Jak księżyc

Znów krew w misce. Kiedy minął miesiąc?

Rozpięta bielizna kołysze się, koi mnie

widok muru z wyjętą znów cegłą.

Biaława kość świtu, długo ją ssały

bezdomne kundle, tłucze się w zaułku —

co stąd, a co nie stąd,

jaki świat opiewać? Zerkać

na zegarek, patrzeć na termometr,

kpić z tutejszych chmur, ruin,

brzóz i kasztanów. Rzadko

skrzydło wzlatuje: wzgardliwe

wzruszenie ramion, rozgrzewa powietrze

regularne słońce; panika w oczach... jak-się-życ;

i znów krew, szybki oddech

paruje nad miastem, mgła z niedomówień,

ze wspólnych ust.