Nędza filozofii

Praca najemna i kapitał. O wolnym handlu. Proudhon.

O wolnym handlu

Mowa wygłoszona przez Karola Marksa w Towarzystwie Demokratycznym w Brukseli dnia 9 stycznia 1849 r.

Panowie, zniesienie praw zbożowych w Anglii jest największym tryumfem osiągniętym przez wolny handel w XIX w. We wszystkich krajach, w których fabrykanci głoszą wolność handlu, mają oni przede wszystkim na względzie handel zbożem lub w ogóle surowce. „Obłożenie zagranicznego ziarna cłem ochronnym jest bezczelnością, jest to spekulowanie głodem narodu”.

Tani chleb, wysoka płaca, cheap food, high wages, oto jedyny cel, dla którego zwolennicy wolnego handlu Anglii wydali miliony, a zapał ten zaraził już ich współbraci ze stałego lądu.

Lecz dziwna rzecz! Lud, któremu za wszelką cenę chcą dostarczyć tani chleb, okazuje się bardzo niewdzięczny. W Anglii tani chleb jest tak samo osławiony, jak we Francji tani rząd. W ludziach „pełnych poświęcenia”, takich jak Browing, Brigh et consortes1, lud upatruje swoich najzaciętszych wrogów i najbezwstydniejszych obłudników.

Każdemu wiadomo, że w Anglii walka między liberałami i demokratami jest walką zwolenników wolnego handlu z czartystami2. Przypatrzmy się tylko, w jaki to sposób angielscy zwolennicy wolnego handlu wykazywali ludowi swe dobre chęci, jakimi byli przejęci.

Mówili oni do robotników:

„Cło zbożowe jest podatkiem obciążającym płacę robotniczą; ten podatek wy płacicie właścicielom gruntów, tej średniowiecznej arystokracji; wasz opłakany stan jest wynikiem drożyzny najniezbędniejszych artykułów spożywczych”.

Robotnicy ze swej strony pytali fabrykantów: „Jak się to stało, że w ciągu ostatnich trzydziestu lat, kiedy nasz przemysł doszedł do największego rozwoju, nasza płaca spadła, i to w daleko większym stosunku, niż się podniosła cena zboża?

Podatek jaki my, według waszego twierdzenia, płacimy właścicielom gruntów wynosi na robotnika około trzech pensów3 tygodniowo, przy czym płaca ręcznego tkacza w okresie od 1815 do 1843 roku z 28 szylingów spadła na 5, a tkacza przy maszynie w ciągu okresu od 1823 do 1843 roku z 20 szylingów na 8.

A przez ten cały czas podatek, jaki płaciliśmy właścicielom gruntu, nigdy nie przewyższał trzech pensów. Kiedy zaś w 1834 roku chleb był nader tani, a interesy handlowe szły pomyślnie, coście nam powiedzieli? Jeżeli jesteście nieszczęśliwi, wynika to stąd, że za wiele dzieci płodzicie, że wasze małżeństwo jest płodniejsze od waszego rzemiosła.

Są to wasze własne słowa, którymiście do nas wtedy przemawiali; poczęliście fabrykować nowe prawa dla biednych, urządzać nowe domy robocze, owe bastylie proletariatu”.

Na to fabrykanci odpowiadali:

„Macie słuszność, panowie robotnicy; odgrywa tu rolę nie tylko cena zboża, ale także i konkurencja ze strony rąk roboczych, określająca poziom płacy.

Zważcie jednak na to, że nasza ziemia to tylko skały i piaski. Nie myślicie przecież, żeby zboże można było hodować w doniczkach! Gdybyśmy jednak zamiast marnotrawienia naszych kapitałów i naszej pracy na nieurodzajnej glebie zajęli się wyłącznie przemysłem, to cała Europa zwinęłaby wtedy swoje fabryki i Anglia stałaby się jednym wielkim fabrycznym miastem, a cała Europa jej prowincją rolniczą”.

I kiedy fabrykant tymi słowy przemawia do swych robotników, zostaje zagadnięty przez kramarza, który ot co powiada:

„Jeżeli zniesiemy prawa zbożowe, to zniszczymy wprawdzie rolnictwo, lecz przez to nie zmusimy jeszcze innych krajów do poprzestania na naszych fabrykach i do zwinięcia swych własnych.

Jakież tego będą następstwa? Ja stracę swoją wiejską klientelę, a wewnętrzny handel straci swój rynek”.

Fabrykant odwraca się tyłem do robotnika i odpowiada kramarzowi: „Pozostaw to nam; skoro cła zbożowego nie będzie, otrzymywać będziemy z zagranicy tańsze zboże. Później obniżymy płacę u siebie, a tymczasem podniesie się ona w innych krajach, z których sprowadzamy zboże.

W ten więc sposób, oprócz zysków, które obecnie już ciągniemy, będziemy mieli jeszcze tańszą płacę i przy takich wygodnych warunkach zmusimy i ląd stały do kupowania u nas”.

Lecz teraz miesza się do dyskusji dzierżawca i wiejski robotnik.

„A z nami co będzie? — wołają oni. — Czyż mamy wydać wyrok śmierci na rolnictwo, z którego żyjemy? Czyż mamy zezwolić, by nam grunt spod nóg usunięto?”

Zamiast odpowiedzi liga zawiązana przeciwko prawom zbożowym ogłasza konkurs na trzy najlepsze dzieła, które by traktowały o zbawiennym wpływie, jaki wywrze na angielskie rolnictwo zniesienie praw zbożowych.

Nagrody dostały się pp. Hope, Morse i Greg, których rozprawy w tysiącach egzemplarzy zostały rozrzucone po wsiach.

Jeden z tych nagrodzonych mężów sili się dowieść, że ani dzierżawca, ani rolnik nie będą stratni wskutek przywozu zagranicznego zboża; stratni będą jedynie właściciele ziemscy. Angielski dzierżawca nie ma potrzeby obawiać się zniesienia praw zbożowych, ponieważ żaden kraj nie może wytwarzać tak dobrego i tak taniego zboża jak Anglia. Jeżeli nawet cena na zboże spadnie, wam to nic nie zaszkodzi, bo obniżka ta dotknie jedynie renty4, która spadnie, w żadnym zaś razie nie dosięgnie ona zysku z kapitału ani płacy, które nie ulegną żadnej zmianie.

Drugi laureat, pan Morse, utrzymuje odwrotnie; powiada on, że cena zboża po zniesieniu praw zbożowych podniesie się. Poci się on nad dowiedzeniem, że cła ochronne nigdy nie mogą zapewnić zbożu korzystnej ceny. Dla poparcia swego twierdzenia przytacza fakt, że jednocześnie ze wzrostem przywozu zboża z zagranicy i cena na nie w Anglii znacznie się podnosi. Laureat zapomina, że nie przywóz wywołuje wysokie ceny, lecz że wysokie ceny wpływają na zwiększenie przywozu. Wbrew twierdzeniom swego współzawodnika i współtowarzysza utrzymuje on, że każda zwyżka ceny na zboże jest korzystna dla dzierżawcy i dla robotnika, ale nie dla właściciela ziemskiego.

Trzeci laureat, pan Greg, fabrykant na wielką skalę, zwracający się w swej broszurze tylko do wielkich dzierżawców, takimi bzdurami kwestii tej zbyć nie mógł. Jego język jest bardziej naukowy. Wyjaśnia on, że ustawy zbożowe podnoszą rentę jedynie wskutek tego, że podwyższają cenę zboża, podwyższają zaś cenę zboża dlatego, że zmuszają kapitał do zaangażowania się w uprawę gorszych gruntów, co objaśnia się bardzo prosto.

Mianowicie w miarę wzrostu ludności i jeżeli przy tym obce zboże nie może dostać się do kraju, okazuje się konieczne przystąpienie do uprawy mniej urodzajnych gruntów, co wymaga większych kosztów, wskutek czego plony z tych gruntów stają się droższe. Ponieważ wszelkie w taki sposób wytwarzane zboże znajduje popyt, może więc być sprzedane, ceny zatem z konieczności regulować się będą według kosztów produkcji na gorszych gruntach. Różnica między tą ceną a kosztami uprawy lepszych gruntów stanowi właśnie rentę. Gdy więc, wskutek zniesienia ustaw zbożowych, spada cena zboża, a następnie renta, wypływa to stąd, że gorsze grunty przestają być uprawiane. W ten więc sposób zniżka renty pociąga za sobą nieuniknioną ruinę pewnej części dzierżawców.

Uwagi te były konieczne dla zrozumienia traktatu p. Grega.

Drobni dzierżawcy — mówi on — którzy nie będą w stanie utrzymać się przy rolnictwie, znajdą przytułek w przemyśle. Co się zaś tyczy wielkich dzierżawców, to muszą oni na czysto wygrać. Właściciele albo będą zmuszeni bardzo tanio sprzedać im grunty, albo też zawarte z nimi kontrakty prolongować na długie terminy. To wszystko pozwoli wielkim dzierżawcom włożyć w uprawę roli większe kapitały, zastosować większą ilość maszyn i tym samym zaoszczędzić ludzkiej pracy, która zresztą, dzięki powszechnej zniżce płacy (co będzie następstwem zniesienia praw zbożowych), stanie się tańsza.

Dr Bowring nadał niejako tym wszystkim wywodom pewną religijną świętość, wygłosiwszy na jednym z publicznych meetingów, że „Bóg to wolny handel, a wolny handel to Pan Bóg”.

Oczywiście, wszystkie te paplaniny były tylko najczystszej wody obłudą, bez najmniejszego zamiaru dostarczenia robotnikowi kawałka smacznego chleba.

I czyż mogli robotnicy pojąć tę niespodzianą filantropię fabrykantów, tych samych ludzi, którzy dotychczas jeszcze nie przestali zwalczać ustawy o dziesięciogodzinnym dniu pracy, tj. ustawy, która skracała dzień pracy robotnika fabrycznego z 12 do 10 godzin? W celu uprzytomnienia wam, moi panowie, filantropii fabrykantów, przypomnę wam rozporządzenia zaprowadzone we wszystkich fabrykach. Każdy fabrykant faktycznie posiada dla swego prywatnego użytku istny kodeks karny, według którego wyznacza kary za wszelkie rozmyślne i nierozmyślne przekroczenia; tyle a tyle płaci np. robotnik, jeżeli trafi mu się usiąść na stołku, jeżeli rozmawia, śmieje się lub spóźni się o parę minut, jeżeli następnie zepsuje jakąś część maszyny, jeżeli produkt przez niego ukończony nie okazuje się w dobrym gatunku itp., itp. Kary zawsze są większe, niż wynosi szkoda wyrządzona przez robotnika. Z zegarem urządzają fabrykanci takie np. sztuczki, że on się spóźnia; następnie dają oni zły materiał, z którego jednak robotnik powinien wyrabiać dobre produkty, zwalniają majstra, jeżeli nie wykazuje dość zręczności i nie stara się o powiększenie liczby wykroczeń.

Widzicie więc, panowie, że to prywatne prawodawstwo jest stworzone w celu przysparzania i wywoływania wykroczeń, wszystko to zaś czyni się w celu zarabiania pieniędzy. Fabrykant stara się wszelkimi sposobami o obniżenie nawet nominalnej płacy, wykorzystując nawet te wypadki, którym robotnik nie jest w stanie zapobiec.

I ci oto fabrykanci są tymi samymi filantropami, którzy chcieliby wmówić robotnikom, że są zdolni do wyrzucenia ogromnych sum, i to jedynie w tym celu, aby polepszyć byt robotników. Z jednej strony, za pomocą regulaminów fabrycznych obcinają robotnikowi płacę do minimum, z drugiej zaś ponoszą olbrzymie ofiary, by ją, za pomocą Ligi Antyzbożowej, podwyższyć!

Wyrzucają spore sumy na wybudowanie pałaców, w których Liga mieści swe biura, rozsyłają po wszystkich miejscowościach Anglii całą armię apostołów, głoszących religię wolnego handlu; drukują tysiące broszur i rozdają je bezpłatnie, by tylko oświecić robotnika co do jego własnej sprawy; wydają ogromne sumy dla zjednania sobie prasy; organizują kunsztowną maszynę organizacyjną, która kierować ma ruchem na rzecz wolnego handlu, i rozwijają całą swą wymowę na publicznych meetingach. Na jednym z takich meetingów pewien robotnik odezwał się w sposób następujący:

„Gdyby właściciele gruntów sprzedawali nasze kości, to wy, fabrykanci, pierwsi byście przystąpili do kupna, by je następnie rzucić do młyna parowego i w mąkę zamienić”.

Angielscy robotnicy zrozumieli znaczenie walki toczonej z właścicielami ziemskimi przez kapitalistów. Wiedzą oni dobrze, że chciano by zmniejszyć cenę chleba w celu obniżenia płacy i że zysk kapitalisty powiększy się o tyle, o ile spadnie renta. Pod tym względem Ricardo5, apostoł angielskiego wolnego handlu, ten wybitny ekonomista naszego stulecia, zupełnie się zgadza z robotnikami. Powiada on w swym sławnym dziele, traktującym o ekonomii politycznej: „Gdybyśmy, zamiast uprawiać u siebie zboże, znaleźli nowy rynek, gdzie byśmy je mogli nabywać za tanie pieniądze, to płaca by spadła, zyski zaś by wzrosły. Zniżka cen na produkty rolne obniża płacę nie tylko robotników wiejskich, lecz także płacę wszystkich tych robotników, którzy pracują w przemyśle i handlu”.

Nie sądźcie, moi panowie, iż dla robotnika postać rzeczy się nie zmieniła, jeżeli wobec zniżki ceny zboża dostaje on tylko cztery zamiast pięciu franków6, które przedtem dostawał. Czyż jego płaca w stosunku do zysku kapitalisty nie spadła? I czyż nie jest to rzeczą oczywistą, że jego społeczne położenie w porównaniu z położeniem kapitalisty się pogorszyło? Oprócz tego traci on i bezpośrednio. Mianowicie dopóki tak cena zboża, jak też i płaca były wyższe, mógł sobie na chlebie cokolwiek zaoszczędzić, a więc korzystać z innych przyjemności. Skoro jednak cena chleba, a zatem i płaca obniżyły się, to wtedy na inne potrzeby nie ma on już z czego oszczędzać.

Angielscy robotnicy dali angielskim fabrykantom do zrozumienia, że nie dadzą się wyprowadzić w pole ich kłamliwymi obietnicami, i jeżeli mimo to połączyli się z nimi przeciwko właścicielom ziemskim, uczynili to tylko dlatego, by zburzyć ostatnie resztki feudalizmu i aby mieć do czynienia z jednym tylko przeciwnikiem. Robotnicy nie zawiedli się w swej rachubie, albowiem posiadacze ziemscy, chcąc zemścić się na fabrykantach, pomogli robotnikom w przeprowadzeniu ustawy o dziesięciogodzinnym dniu pracy; ustawa ta została uchwalona niezwłocznie po zniesieniu ustaw zbożowych.

Kiedy na kongresie ekonomistów dr Bowring7 wyciągnął z kieszeni długą listę z wyliczeniem, ile to sztuk bydła, szynek, wędlin, kur itp. sprowadzono do Anglii, by tam one, jak się wyraził, zostały spożyte przez robotników, zapomniał niestety nadmienić, że robotnicy z Manchesteru i innych miast fabrycznych właśnie wskutek kryzysu zostali wyrzuceni na bruk.

W ekonomii politycznej dla wyprowadzenia ogólnych wniosków bezwarunkowo nie wolno zestawiać liczb z jednego tylko roku. Zawsze trzeba brać przeciętnie pięć do sześciu lat, czas, w ciągu którego nowoczesny przemysł przechodzi przez różne fazy: przez fazę rozkwitu, stagnacji i kryzysu, i spełnia w ten sposób swój nieunikniony cykl.

Nie ulega wątpliwości, że ze spadkiem cen na wszystkie towary — co jest nieuchronnym wynikiem wolnego handlu — za jednego franka mogę nabyć więcej towarów niż poprzednio. A przecież frank robotnika ma tę samą wartość, co każdy inny. W ten sposób wolny handel, jak się zdaje, jest rzeczą dla robotnika bardzo korzystną. Niemniej zachodzi tu tylko ta jedna smutna okoliczność, mianowicie, że robotnik, zanim swego franka zamieni na towary, musi najpierw spieniężyć swą pracę. Gdyby robotnik przy tej zamianie zawsze otrzymywał za tę samą pracę stałą ilość franków i gdyby ceny wszystkich innych towarów wciąż spadały, wyszedłby z tego handlu zawsze z zyskiem. Dowiedzenie tego, że wraz ze zniżką cen na wszystkie towary mogę otrzymać za te same pieniądze więcej towarów — nie przedstawia żadnej trudności. Ekonomiści zawsze rozpatrują cenę pracy, kiedy zostaje ona wymieniana na inne towary, a zapominają o chwili, w której praca zostaje wymieniana na pieniądz kapitalisty. Z chwilą, kiedy się okaże, że wprawienie w ruch maszyny wytwarzającej towary wymaga mniejszych kosztów, wtedy koszty potrzebne dla utrzymania tej maszyny — maszyny, która się zowie robotnikiem — będą się musiały zmniejszyć. Jeżeli wszystkie towary tanieją, to i praca, która także jest towarem, spada w cenie i, jak zobaczymy później, obniża się stosunkowo bardziej niż wszystkie inne towary. Gdyby robotnik nadal zdawał się na argumenty ekonomistów, spostrzegłby on, że frank ulotnił się już z jego kieszeni i że pozostało mu wszystkiego tylko pięć sous8.

Na to odpowiedzą mi ekonomiści: „Tak, przyznajemy, że konkurencja między robotnikami, która z pewnością nie zmniejszy się po urzeczywistnieniu żądań wolnego handlu, szybko obniży zarobek do poziomu niskich cen innych towarów. Z drugiej jednak strony, taniość towarów wpłynie na zwiększenie spożycia, zaś wzrost spożycia spowoduje zwiększenie się produkcji, co znowu wywoła zwiększenie popytu na pracę; a wzrost popytu na pracę znowu pociągnie za sobą podwyżkę płacy”.

Cała ta argumentacja ma na celu wykazanie, że wolny handel pomnaża siły wytwórcze. Kiedy przemysł wzrasta, kiedy bogactwo, siły wytwórcze, jednym słowem, kiedy kapitał zwiększa popyt na pracę — wtedy podnosi się jej cena, a zatem i jej płaca. Wzrost kapitału to najkorzystniejsza dla robotnika okoliczność, każdy to przyzna. Kiedy zaś kapitał znajduje się w zastoju, wtedy nie tylko następuje zastój w przemyśle, lecz nadto sam przemysł cofa się, upada, a robotnik stanowi pierwszą ofiarę; zginie on prędzej niż kapitalista. Zobaczmy wszakże, jaki będzie los robotnika w tym wypadku, kiedy kapitał wzrasta, a więc w tym, jak powiedzieliśmy, najkorzystniejszym dla robotnika wypadku. I wtedy także jest on skazany na zagładę. Wzrost produkcji pociąga za sobą nagromadzenie i koncentrację kapitału. Następstwem koncentracji jest większy podział pracy, nowe zastosowanie maszyn. Wskutek wzrostu podziału pracy wyjątkowa zręczność robotnika staje się rzeczą zbyteczną; wprowadzając zaś robotę dostępną dla każdego, podział pracy zwiększa konkurencję istniejącą pomiędzy robotnikami.

Konkurencja ta wzrasta w miarę tego, jak podział pracy stawia robotnika w sytuacji wykonywania roboty za kilku. Maszyny sprowadzają tenże sam skutek w jeszcze wyższym stopniu. Rozwój produkcji zmusza kapitalistów-przemysłowców do wkładania w przedsiębiorstwo coraz większej ilości środków wytwórczych, a przez to rujnuje mniejszych przemysłowców i czyni z nich proletariuszy. Następnie, ponieważ stopa procentowa obniża się w miarę nagromadzania się kapitałów, wiec drobni rentierzy, nie mogąc się utrzymać ze swoich rent, zmuszeni będą chwycić się przemysłu i powiększą przez to liczbę proletariuszy. Wreszcie, im bardziej wzrasta kapitał włożony w produkcję, tym bardziej jest on zmuszony do wytwarzania na rynek, którego potrzeb nie zna. Im bardziej produkcja wyprzedza popyt, tym bardziej podaż stara się ten popyt wyzyskać — następstwem czego bywają dotkliwe i częste kryzysy. Lecz każdy znowu kryzys przyspiesza proces koncentracji kapitałów i powiększa proletariat. Im bardziej więc wzrasta kapitał włożony w produkcję, tym silniejsza staje się konkurencja między robotnikami, i to wzrasta w znacznie większym stopniu. Zarobek każdego uszczupla się, brzemię zaś pracy zwiększa się dla niektórych. W 1829 roku było w Manchesterze 1088 przędzarzy i 36 fabryk. W 1841 roku było ich już tylko 448; obsługiwali oni o 53 353 wrzecion więcej aniżeli 1088 robotników z 1829 roku. Gdyby ręczna praca wzrosła w tym samym stopniu, co i wytwórczość pracy, wtedy liczba robotników wynosiłaby 1838; techniczne zatem ulepszenia pozbawiły pracy 1400 robotników.

Z góry już wiemy, co na to wszystko odpowiedzą ekonomiści.

Ludzie pozbawieni w ten sposób pracy, powiadają oni, znajdą inne zajęcie. Pan dr Bowring nie pominął tego argumentu i nie zapomniał go przytoczyć na kongresie ekonomicznym. Nie omieszkał on jednak dostarczyć argumentów przeciw sobie samemu. Mianowicie w 1838 roku p. Bowring wygłaszał w Izbie Gmin przemowę o położeniu 50 000 londyńskich tkaczy, od dawna cierpiących wielką nędzę i nie mogących jakoś znaleźć zajęcia, o którym tyle gadają zwolennicy wolnego handlu. Posłuchajmy najbardziej uderzających ustępów tej mowy:

„Nędza tkaczy ręcznych — powiada on — spotka każdą pracę, której można się w prędkim czasie nauczyć i która w każdej chwili może być zastąpiona przez mniej kosztowne narzędzie. Ponieważ konkurencja między robotnikami w tych gałęziach pracy jest niezmiernie wielka, przeto najdrobniejsze zmniejszenie popytu sprowadza kryzys. Tkacze ręczni znajdują się pod pewnymi względami na ostatnim szczeblu, na jakim może znajdować się ludzka istota, jeszcze krok dalej, a życie staje się dla niej niemożliwe. Najmniejszy wstrząs wystarcza, by ich zepchnąć w przepaść nędzy. Rozwój techniki, coraz bardziej usuwający ręczną pracę, nieuchronnie pociąga za sobą, w okresie przejściowym, nieustanne cierpienia. Dobrobyt krajowy kupuje się tylko za cenę nieszczęść pojedynczych jednostek. W przemyśle postępuje się naprzód tylko po trupach maruderów, a ze wszystkich wynalazków tkacki warsztat parowy najbardziej unieszczęśliwił ręcznego tkacza. W wielu artykułach, które dotychczas były wytwarzane ręcznie, tkacz został już pokonany przez maszynę i zostanie zwyciężony jeszcze w wielu innych rzeczach robionych dotychczas ręcznie”.

„Jestem — powiada w innym miejscu — w posiadaniu korespondencji prowadzonej przez generalnego gubernatora Indii Przedgangesowych9 z Kompanią Wschodnioindyjską10. Korespondencja ta dotyczy tkaczy z okręgu Dakka. Gubernator pisze w swym liście: Przed kilkoma laty kompania otrzymała sześć do ośmiu milionów sztuk perkalu, które wyrabiano na krajowych krosnach ręcznych. Popyt jednakże nieustannie się zmniejszał i spadł do jednego miliona, po czym ustał prawie zupełnie. Nie dość na tym. W roku 1800 Ameryka Północna sprowadziła z Indii blisko 800 000 sztuk perkalu, w 1830 roku zaś nie więcej niż 4000; w 1800 roku wysłano morzem milion sztuk perkalu do Portugalii, zaś w 1830 roku Portugalia zapotrzebowała nie więcej niż 20 000 sztuk... Sprawozdania o nędzy tkaczy indyjskich są przerażające. A co spowodowało ową nędzę? Oto pojawienie się na rynku angielskich wytworów i wprowadzenie parowego warsztatu tkackiego. Wielka liczba tkaczy zginęła z nędzy, reszta przeszła do innych gałęzi, zwłaszcza do pracy na roli. Nie być w stanie zmienić swego zajęcia — było wyrokiem śmierci. I obecnie okręg Dakka jest zupełnie zalany przez angielskie tkaniny i przędzę. Muślin z Dakki, słynny na cały świat ze swej piękności i trwałości, zanikł również wskutek konkurencji angielskich maszyn. W historii przemysłu trudno wskazać drugą tak wielką klęskę jak ta, która stała się udziałem całych klas ludności w Indiach Przedgangesowych”.

Mowa dra Bowringa tym bardziej zasługuje na uwagę, że przytaczane w niej fakty są prawdziwe, jakkolwiek frazesy, w jakie chce je przyoblec, cechują się obłudą właściwą wszystkim mowom zwolenników wolnego handlu. Spogląda on na robotników tylko jako na narzędzia, które trzeba zastąpić przez inne, tańsze narzędzia. Postępuje w ten sposób, jak gdyby widział tak w pracy, o której mówi, jak również w maszynie tkackiej, która zdruzgotała tkaczy, jakąś wyjątkową pracę i wyjątkową maszynę. Zapomina, że nie ma takiej ręcznej pracy, która by nie mogła pewnego pięknego dnia ulec takiemu samemu losowi jak tkactwo.

„Zaiste, wszelkie udoskonalenia i ulepszenia techniczne zawsze dążą ku temu, ażeby pracę ludzką uczynić zupełnie zbyteczną lub też zmniejszyć jej płacę: pracę dorosłego mężczyzny zastąpić pracą kobiet i dzieci, pracę zaś zręcznego robotnika pracą zwykłego wyrobnika. W większości przędzalni z napędem wodnym wrzecion doglądają wyłącznie szesnastoletnie i młodsze dziewczęta. Wprowadzenie automatycznej maszyny tkackiej w miejsce ręcznego warsztatu pozbawia pracy wielu przędzarzy i zastępuje ich dziećmi i wyrostkami”.

Słowa te, wypowiedziane przez najbardziej zapalonego zwolennika wolnego handlu, dra Ure, powinny uzupełnić wiadomości dra Bowringa. Pan Bowring opowiada o cierpieniach jednostek i mówi jednocześnie, że te indywidualne cierpienia doprowadzają do zguby całe klasy; mówi o chwilowych cierpieniach w przejściowej epoce i jednocześnie nie ukrywa, że cierpienia tej przejściowej epoki były dla większości przejściem z tego padołu płaczu na tamten świat, dla reszty zaś z lepszego położenia do gorszego. Jeżeli potem dodaje, że cierpienia tych robotników postępują równolegle z postępem przemysłu i stają się niezbędne dla dobrobytu narodu, to powiada po prostu, że dobrobyt burżuazji z konieczności opiera się na cierpieniach klasy pracującej.

Cała pociecha, jakiej p. Bowring użycza ginącym robotnikom, i w ogóle cała doktryna rekompensaty, głoszona przez zwolenników wolnego handlu, sprowadza się do następującego: „Wy, robotnicy, którzy giniecie tysiącami, nie traćcie nadziei. Możecie sobie spokojnie umierać. Klasa wasza nie wymrze, ona zawsze będzie dość liczna, by kapitał mógł ją dziesiątkować bez obawy o jej wyginięcie. Zresztą, w jakiż sposób jak można by było z pożytkiem wykorzystać kapitał, gdyby się nie starał, aby swój materiał do wyzyskiwania, robotników, utrzymać przy życiu, po to, żeby ich wciąż mógł wyzyskiwać?”

Ale dlaczego kwestia, jaki wpływ wywrze zastosowanie wolnego handlu na położenie klas pracujących, stanowi po dziś dzień kwestię wciąż jeszcze potrzebującą wyjaśnienia? Wszelkie prawa sformułowane przez ekonomistów od czasów Quesnaya11 aż do Ricarda opierają się na założeniu, że więzi, jakie dotychczas krępują wolny handel, przestały już istnieć. Prawa te stają się coraz bardziej zgodne z rzeczywistością, a więc tym większej nabierają pewności, im bardziej zostają urzeczywistnione żądania wolnego handlu. Pierwsze z tych praw głosi, że konkurencja sprowadza cenę każdego towaru do minimum kosztów produkcji. W ten więc sposób minimalna płaca jest to naturalna cena pracy. A ile wynosi minimalna płaca? Właśnie tyle, ile jest niezbędne dla wytworzenia rzeczy nieodzownych dla podtrzymania egzystencji robotnika, ile potrzeba na to, aby robotnik utrzymał się i spłodził pewną ilość dzieci. Nie wierzymy jednak, aby robotnik otrzymywał nawet tę minimalną płacę, a mniej jeszcze wierzymy w to, żeby ową minimalną płacę pobierał on zawsze.

Nie, według tego prawa niekiedy klasa robotnicza będzie szczęśliwsza. Niekiedy będzie ona otrzymywała więcej niż owe minimum, lecz to „więcej” będzie tylko wyrównaniem tego, na ile ona w czasie zastoju w przemyśle pobierała poniżej minimum. To jest, jeżeli weźmiemy jakikolwiek z tych cykli przemysłowych, które się powtarzają co kilka lat, jednym słowem, jeżeli weźmiemy ów obieg kołowy, zakreślany przez przemysł, na który składają się fazy pomyślności, nadprodukcji, zastoju i kryzysów, jeżeli następnie porachujemy wszystko to, co klasa robotnicza otrzymała powyżej i poniżej niezbędnego minimum, wtedy przekonamy się, że w ogóle nie miała ona ani więcej, ani mniej jak owo minimum, tj. po przebyciu takiej a takiej nędzy, tylu a tylu cierpień, poniósłszy tyle a tyle ofiar na pobojowisku przemysłowym, klasa robotnicza pozostaje klasą robotniczą. I cóż z tego? Klasa trzyma się wciąż, a nawet się powiększa.

To jednak jeszcze nie wszystko. Postęp w przemyśle dostarcza tańszych środków utrzymania. W ten sposób wódka zastąpiła piwo, bawełna — wełnę i płótno, ziemniaki — chleb. Zawsze znajdą się sposoby utrzymania robotnika przy pomocy coraz tańszych i lichszych produktów, więc minimalna płaca będzie ciągle spadać. Jeżeli owa płaca pozwalała z początku człowiekowi pracować, aby żyć, pozwala mu też w końcu żyć, ale życiem maszyny. Jego byt nie ma żadnej innej wartości nad wartość zwyczajnej siły wytwórczej i kapitalista patrzy na niego wyłącznie z tego punktu widzenia. To prawo o towarze zwanym pracą i o najmniejszym poziomie płacy tym bardziej zgadza się z rzeczywistością, im bardziej wciela się w życie przesłanka ekonomistów: wolny handel. Jedno więc z dwojga: albo trzeba odrzucić ekonomię polityczną opartą na zasadzie wolnego handlu, albo należy się zgodzić, że przy istnieniu tego wolnego handlu robotnik jest z całą siłą miażdżony prawami ekonomicznymi.

Ostatecznie, czymże jest przy dzisiejszym ustroju społecznym wolny handel? Jest on wolnością kapitału. Jeżeli zburzycie międzynarodowe granice, dziś jeszcze krępujące swobodny rozwój kapitału, wtedy zdejmiecie z jego działalności wszelkie okowy. Póki nie naruszycie dzisiejszego stosunku płacy do kapitału, to chociażby wymiana towarów odbywała się w najpomyślniejszych warunkach, zawsze wszakże pozostawicie dwie klasy: jedną — wyzyskującą, drugą — wyzyskiwaną. Trudno doprawdy pojąć zarozumiałość zwolenników wolnego handlu wyobrażających sobie, że zyskowne użycie kapitału zatrze kontrast istniejący pomiędzy kapitalistami-przemysłowcami a najmitami-robotnikami. Wręcz przeciwnie. Jedynym rezultatem będzie to, że antagonizm tych dwóch klas z każdym dniem występować będzie coraz jaśniej. Przypuśćmy na chwilę, że nie ma ani praw zbożowych, ani żadnych podatków gminnych i państwowych, jednym słowem, że zupełnie znikły wszystkie okoliczności, które robotnik dzisiaj może jeszcze uważać za przyczynę swego nędznego stanu; właśnie wtedy dopiero zostanie zerwana zasłona, która zakrywa przed jego okiem rzeczywistego wroga. Spostrzeże on wówczas, że wyzwolony kapitał tak samo trzyma jego, robotnika, w niewoli, jak wtedy, gdy ten kapitał był skrępowany cłem. Panowie! Niech wam nie imponuje abstrakcyjne słowo wolność. Wolność czego? Nie jest to bynajmniej swoboda jednej osoby wobec drugiej. Oznacza to tylko swobodę, z jakiej korzysta kapitał, by zdusić robotnika. Dlaczego chcecie wolną konkurencję sankcjonować ideą swobody, kiedy sama ta idea jest tylko wytworem ustroju opartego na wolnej konkurencji?

Wykazaliśmy, jakiego rodzaju jest to braterstwo między różnymi klasami tego samego narodu, które głosi wolny handel. Braterstwo, jakie by chciał zaprowadzić wolny handel między różnymi narodami kuli ziemskiej, bynajmniej nie jest braterstwem. Ochrzcić wyzyskiwanie w jego kosmopolitycznych kształtach mianem powszechnego braterstwa, jest to idea, jaka mogła się zrodzić tylko w łonie burżuazji. Wszystkie destrukcyjne objawy, jakie wolna konkurencja sprowadza wewnątrz kraju, na rynku światowym występują w jeszcze większych rozmiarach. Nie potrzebujemy się dłużej rozwodzić nad sofizmatami12 wypowiadanymi przy tej sposobności przez zwolenników wolnego handlu — zaprawdę tyleż są one warte, ile i argumenty naszych trzech laureatów, pp. Hope’a, Morse’a i Grega. Powiadają na przykład, że wolny handel powoła do życia międzynarodowy podział pracy i że w ten sposób każdemu krajowi przypadnie w udziale produkcja odpowiednia jego przyrodzonym zasobom. A więc zgodnie z tym powinniście mniemać, panowie, że produkcja kawy i cukru stanowi przeznaczenie Indii Zachodnich13. Cóż jednak? Oto przed dwoma wiekami przyroda, która nie troszczy się o handel, nie rodziła tam ani krzewu kawowego, ani trzciny cukrowej. I nie minie, być może, pół wieku, a nie znajdziecie tam ani kawy, ani cukru, ponieważ Indie Wschodnie14 rozpoczęły przy pomocy tańszej produkcji zwycięską walkę przeciw naturalnym jakoby właściwościom Indii Zachodnich.

I właśnie owe Indie Zachodnie ze swymi przyrodzonymi bogactwami stanowią dla Anglików taki sam ciężar, jak i tkacze z Dakki, których również od niepamiętnych czasów przeznaczeniem było zajmowanie się tkactwem ręcznym.

Jeszcze na jedną okoliczność powinniśmy zwracać zawsze uwagę, a mianowicie, że podobnie, jak wszystko stało się monopolem, tak też i niektóre gałęzie przemysłu zwalczają dzisiaj wszystkie inne na rynku powszechnym i zapewniają przewagę tym przede wszystkim narodom, które w tych gałęziach przemysłu zajęły wybitne stanowisko. Tak na przykład bawełna w handlu międzynarodowym ma daleko większe znaczenie niż wszystkie inne surowce używane do produkcji odzieży razem wzięte. Prawdziwie śmieszne się wydaje to, jak zwolennicy wolnego handlu wskazują na kilka specjalności w każdej gałęzi przemysłu, by rzucić je na szalę przeciwko produktom codziennego użytku, które najtaniej bywają wyrabiane w krajach posiadających najbardziej rozwinięty przemysł.

Jeżeli zwolennicy wolnego handlu nie mogą zrozumieć, w jaki sposób jeden kraj może się wzbogacić kosztem drugiego, to nic dziwnego, że ci sami panowie nie mogą pojąć, w jaki sposób wewnątrz kraju jedna klasa może się wzbogacać kosztem drugiej.

Nie sądźcie jednak, panowie, że krytykując wolny handel, mamy zamiar stanąć w obronie systemu cel ochronnych.

Można zwalczać konstytucjonalizm, nie będąc zwolennikiem absolutyzmu.

Zresztą system ceł ochronnych jest tylko środkiem do stworzenia w kraju wielkiego przemysłu, tj. do uzależnienia kraju od rynku światowego, w chwili zaś, kiedy się on staje zależny od tego rynku, staje się jednocześnie mniej lub więcej zależny od wolnego handlu. Prócz tego system celny przyczynia się do rozwoju wolnej konkurencji wewnątrz kraju. Widzimy zatem, że w krajach, w których burżuazja jako klasa zaczyna zdobywać sobie znaczenie, jak np. w Niemczech, podejmuje ona wszelkie wysiłki, by tylko uzyskać cła ochronne. Są one w jej ręku orężem przeciw feudalizmowi i władzy absolutnej, służą one jako środek do ześrodkowania sił i zrealizowania wolnego handlu wewnątrz kraju. Ogólnie jednak system celny jest dziś konserwatywny, wówczas kiedy system wolnego handlu działa rozkładowo. Rozsadza on dawne narodowości i zaostrza w najwyższym stopniu antagonizm między proletariatem a burżuazją. Słowem, system wolnego handlu przyspiesza rewolucję socjalną. I tylko z tego rewolucyjnego stanowiska głosuję, panowie, za wolnym handlem.

Praca najemna i kapitał

Poniżej zamieszczona praca ukazała się jako szereg wstępnych artykułów w „Neue Rheinische Zeitung”, poczynając od 4 kwietnia 1849 roku. Za podstawę jej posłużyły odczyty wygłoszone przez Marksa w stowarzyszeniu robotniczym w Brukseli. Wydrukowano tylko urywki tych odczytów, a zapowiedziany w 269 numerze: „dalszy ciąg nastąpi” nie doszedł do skutku z powodu niespodziewanych wypadków: wkroczenia Rosjan do Węgier15, powstań w Dreźnie, Iserlohn, Elberfeldzie, Palatynacie i Badenii16, wskutek których sama gazeta została zakazana (19 maja 1849 roku).

*

Z rozmaitych stron czyniono nam zarzuty, że nie wzięliśmy pod uwagę stosunków ekonomicznych, które są materialnym podłożem obecnych walk klasowych i narodowych. Wtedy tylko potrącaliśmy o te czynniki, kiedy występowały one bezpośrednio w konfliktach politycznych.

Przede wszystkim szło nam o wyświetlenie walki klas w codziennych zapasach chwili obecnej i o wykazanie na podstawie materiału historycznego, nagromadzającego się z każdym dniem, tego, że wraz z ujarzmieniem klasy robotniczej, która dokonała rewolucji lutowej17 i marcowej18, zostali zwyciężeni i jej przeciwnicy, mianowicie mieszczańscy republikanie Francji, jak również mieszczaństwa i chłopi całego lądu stałego Europy walczący z absolutyzmem; że zwycięstwo „przyzwoitej republiki” francuskiej będzie stanowiło jednocześnie o upadku ludów, które na rewolucję lutową odpowiedziały były bohaterskimi walkami o niepodległość; że na koniec Europa popadnie znowu w swoje dawne kajdany, kajdany angielsko-rosyjskie, kiedy rewolucyjni robotnicy zostaną zwyciężeni. Walka czerwcowa w Paryżu19, upadek Wiednia20, listopadowa tragikomedia w Berlinie, rozpaczliwe wysiłki Polski, Włoch i Węgier, wygłodzenie Irlandii21 — oto główne zdarzenia europejskiej walki klasowej pomiędzy burżuazją a warstwą robotniczą. Na ich podstawie wykazaliśmy, że każdy ruch rewolucyjny, chociażby jego dążenia wydawały się mało związane z walką klas, spełznąć musi na niczym aż do chwili zwycięstwa rewolucyjnej klasy robotniczej, że każda reforma społeczna pozostaje utopią, dopóki rewolucyjny proletariat nie wstąpi na arenę wojny światowej i nie zmierzy swych sił z kontrrewolucyjnym feudalizmem. W naszym zestawieniu, tak samo jak w rzeczywistości, Belgia i Szwajcaria grają rolę tragikomicznych karykatur rodzajowych w wielkim historycznym widowisku; pierwsza występuje jako wzór mieszczańskiej monarchii, druga zaś jako wzór mieszczańskiej republiki, i zarazem jedna i druga jako państwa wmawiające sobie, że są wolne od walki klasowej, jak również i od rewolucji europejskiej.

Teraz, kiedy czytelnicy nasi mają dokładne pojęcie o walce klasowej w kolosalnych zapasach politycznych z roku 1848, możemy śmiało przystąpić do zajęcia się stosunkami ekonomicznymi, na których opiera się istnienie burżuazji i jej panowanie klasowe, jak też i ujarzmienie robotników.

Rozpatrzymy zatem w trzech obszernych rozdziałach: 1) stosunek pracy najemnej do kapitału, niewolę robotnika i władzę kapitalisty, 2) nieunikniony przy dzisiejszym systemie zanik mieszczańskiej klasy średniej i tak zwanego chłopstwa, 3) handlowe ujarzmienie i zrujnowanie klas burżuazyjnych rozmaitych narodów Europy przez despotkę rynku światowego — Anglię.

Postaramy się o ile można najprościej i najpopularniej zestawić najelementarniejsze pojęcia ekonomii politycznej, nie stawiając ich a priori22. Chcemy być zrozumiali dla robotników. Tym bardziej, że w Niemczech panuje szczególna nieświadomość i pomieszanie pojęć co do najprostszych stosunków ekonomicznych; zamęt ten spotykamy, począwszy od patentowanych obrońców istniejącego porządku aż do cudownych uzdrowicieli socjalistycznych i zapoznanych politycznych geniuszów, w których rozdrobnione Niemcy bardziej obfitują niż w ojców narodu.

A więc pierwsze pytanie:

Co to jest płaca robocza i jak się ją określa?

Jeżeli ktokolwiek zapyta robotników, ile wynosi ich płaca, otrzyma od jednego odpowiedź, że otrzymuje od swego pracodawcy jedną markę23 dziennie, drugi znowu odpowie, że otrzymuje dwie marki itd.

Stosownie do tego, w jakiej gałęzi pracują, podawać będą rozmaite kwoty pieniędzy, które otrzymują od swego pracodawcy za pewien określony czas lub też za wykonanie pewnej określonej pracy, na przykład za utkanie łokcia24 płótna lub za złożenie arkusza druku. Mimo że podawać będą sumy rozmaitej wysokości, wszyscy oni zgadzać się będą w jednym punkcie: że płacę roboczą stanowią te pieniądze, które pracodawca daje robotnikowi za pewien określony czas pracy lub za pewną określoną ilość pracy.

A zatem kapitalista kupuje ich pracę za pieniądze i za pieniądze sprzedają mu oni swą pracę. Kapitalista za te same pieniądze, za które kupił ich pracę, np. za dwie marki, mógłby kupić dwa funty25 cukru lub też jakiś inny towar służący do pewnego określonego użytku. Dwie marki, które zapłacił za dwa funty cukru, stanowią cenę dwóch funtów cukru. Dwie marki, które płaci za dwanaście godzin pracy, stanowią cenę pracy dwunastogodzinnej. Praca więc jest towarem tak samo, jak jest nim np. cukier. Pierwszy mierzy się na godziny, drugi na wagę.

Swój towar — pracę — robotnicy wymieniają na towar kapitalisty — na pieniądze. Wymiana ta odbywa się w pewnym określonym stosunku: taka a taka ilość pieniędzy za taką a taką ilość pracy. Za dwunastogodzinne tkanie — dwie marki. Czyż więc nie są te marki tym samym, co i każdy inny towar, który można za nie nabyć?

W ten sposób robotnik w rzeczywistości wymienił swój towar, pracę, na najróżnorodniejsze towary, i wymienił przy tym w określonym stosunku. Kapitalista, wypłacając mu dwie marki, dał mu w zamian za jego dzień roboczy tyle a tyle mięsa, odzienia, drzewa, masła itd. Dwie marki zatem wyrażają stosunek, w jakim praca wymienia się na inne towary, wyrażają one wartość wymienną pracy. Wartość zaś wymienna pewnego towaru, oszacowana w złocie, zwie się także jego ceną. Płaca robocza jest więc jedynie pewną szczególną nazwą ceny pracy, ceny tego specyficznego towaru, który wcielił się w ludzkie ciało i krew.

Weźmy jakiegokolwiek robotnika, np. tkacza. Pracodawca zaopatruje go w warsztat i przędzę. Robotnik bierze się do roboty i przędzę zamienia w płótno. Pracodawca zabiera to płótno i sprzedaje je, np. za dwadzieścia marek. Czy płaca tkacza jest udziałem w tym płótnie, w tych dwudziestu markach, w wytworze jego pracy? Bynajmniej. Robotnik otrzymał już swą płacę roboczą o wiele wcześniej, aniżeli zostało sprzedane utkane przezeń płótno. Pracodawca wypłaca mu jego płacę roboczą nie z tych pieniędzy, które otrzyma dopiero po sprzedaniu płótna, ale z pieniędzy zapasowych. Jak warsztat i przędza nie są wytworami tkacza, a są dostarczone przez pracodawcę, tak samo też nie są jego wytworem te towary, które on otrzymuje w zamian za swój towar — za pracę. Może się zdarzyć, że pracodawca nie znajdzie wcale kupca na swoje płótno. Być może, że mu się nawet nie zwrócą ze sprzedaży płótna koszty wyłożone na płacę robocza; albo też przeciwnie, spienięży on je bardzo korzystnie w porównaniu z płacą, jaką wypłacił tkaczowi. Wszystko to nic a nic nie obchodzi tkacza. Za część swego majątku, kapitału, kapitalista kupuje surowiec — nici, i narzędzia pracy — warsztat tkacki, za drugą zaś część kupuje pracę tkacza. Poczyniwszy te zakupy — a do nich należy też praca, konieczna do wytworzenia płótna — przedsiębiorca przystępuje do produkcji za pomocą należących wyłącznie do niego surowców i narzędzi. Samo się przez się rozumie, że do tych ostatnich zaliczyć trzeba i naszego tkacza, który też nie więcej posiada praw do pewnej części produktu lub jego ceny niż warsztat tkacki.

A więc płaca robocza bynajmniej nie stanowi jakiegoś udziału robotnika w wytworzonym przez niego towarze. Płaca robocza jest to pewna część już istniejących towarów, za którą kapitalista nabywa określoną ilość pracy wytwórczej.

A zatem praca jest towarem, który jego właściciel, robotnik najemny, sprzedaje kapitaliście. Dlaczego go sprzedaje? Aby żyć.

Lecz praca jest pewnym przejawem działalności życiowej robotnika, jednym z przejawów jego życia. I tę to właśnie działalność sprzedaje on kapitaliście, ażeby przez to zapewnić sobie środki do życia. W ten więc sposób działalność życiowa jest dla robotnika tylko środkiem do życia. Pracuje, aby żyć. Praca nie stanowi dlań życia, a jest raczej przymusowym poświęceniem pewnej części życia. Jest to towar, który on oferuje komu innemu. Celem więc jego działalności bynajmniej nie jest wytwór jego pracy. Nie jedwab, który on tka, nie złoto, które wydobywa z kopalni, i nie pałac, który buduje, ale coś innego wytwarza dla siebie robotnik. Dla siebie wytwarza on płacę roboczą, a jedwab, złoto, pałace przemieniają się dla niego w pewne ilości środków do życia, być może w bawełnianą kurtkę, miedzianą monetę lub mieszkanie w suterenie. Robotnik tka, przędzie, świdruje, buduje, toczy, kopie, tłucze kamienie itd. dwanaście godzin dziennie; czyż jednak to dwunastogodzinne tkanie, przędzenie, świdrowanie, ciosanie, toczenie, kopanie, tłuczenie kamieni stanowi dla niego przejaw jego życia, jako życia? Bynajmniej, życie dla niego zaczyna się wtedy, kiedy ta działalność ustaje, zaczyna się przy stoliku, na ławie w szynku26, w łóżku. Dwunastogodzinna praca nie ma w jego oczach żadnego sensu, jeżeli na nią spoglądamy jako na tkanie, przędzenie, świdrowanie, itd. Nabiera ona sensu, jeżeli będziemy ją rozpatrywali jako zarobkowanie, dające mu możność zasiąść za stołem, na ławie, rozciągnąć się w pościeli. Gdyby jedwabnik tkał swą przędzę jedynie w celu zapracowania na swe utrzymanie jako gąsienica, wtedy byłby on prawdziwym robotnikiem najemnym.

Nie zawsze praca była towarem, nie zawsze była ona pracą najemną, tj. wolną pracą. Niewolnik nie sprzedaje swej pracy swemu panu, tak jak jak wół nie sprzedaje swej pracy chłopu. Niewolnik razem ze swą pracą jest raz na zawsze sprzedany swojemu właścicielowi. Jest on towarem, który może z rąk jednego właściciela przechodzić w ręce drugiego. On sam jest towarem, lecz jego praca nie jest jego własnym towarem. Chłop-poddany sprzedaje tylko część swej pracy; to nie on otrzymuje zapłatę od pana, a przeciwnie, pan bardzo często pobiera od niego daninę. Poddany należy do ziemi i oddaje swemu panu plony tej ziemi. Przeciwnie wolny robotnik: rozporządza sobą przy sprzedaży i przy tym sprzedaje się po kawałku. Z dnia na dzień sprzedaje on na licytacji 8, 10, 12, 15 godzin swego życia najwięcej dającemu właścicielowi surowców, narzędzi pracy i środków utrzymania, tj. kapitaliście. Robotnik nie należy do właściciela, nie jest związany nierozdzielnie z gruntem, lecz codziennie 8, 10, 12, 15 godzin jego życia należy do tego, kto je nabył. Robotnik dowolnie porzuca pracodawcę, któremu się był wynajął, a pracodawca odprawia go, jeżeli uzna to za korzystne, tj. kiedy nie może już z nie ciągnąć żadnych zysków lub też nie w takim stopniu, jak by sobie życzył. Ale robotnik, którego jedynym środkiem zarobkowania jest sprzedaż swej pracy, nie może porzucić całej klasy nabywców, tj. klasy kapitalistów, bez narażenia się na śmierć głodową. Należy on nie do tego lub innego kapitalisty, ale do całej klasy kapitalistów, a na jego głowie jest, by w tej klasie kapitalistów znaleźć swojego nabywcę.

Zanim przystąpimy do rozpatrzenia stosunku kapitału do pracy najemnej, streścimy najogólniejsze stosunki, jakie napotykamy przy określaniu płacy roboczej.

Płaca robocza, jakieśmy to widzieli jest to cena pewnego szczególnego towaru — pracy. A zatem płaca robocza podlega tym samym prawom, co i cena wszelkiego innego towaru. Pytanie zatem: jak się określa w ogóle cenę towaru?

Od czego zależy cena towaru?

Zależy ona od konkurencji pomiędzy nabywcami a sprzedawcami, od stosunku między popytem a podażą, zapotrzebowaniem a zaoferowaniem. Konkurencja, która stanowi o cenie towaru, jest trojaka.

Ten sam towar ofiarują rozmaici sprzedawcy. Przy jednakowej jakości towaru, kto go sprzedaje najtaniej, ten pokonuje pozostałych sprzedawców i zapewnia sobie największy zbyt. Sprzedawcy zatem współubiegają się pomiędzy sobą o zbyt, o rynek. Każdy z nich pragnie sprzedać, przy tym sprzedać o ile można najwięcej i ile tylko można wyrugować z rynku pozostałych sprzedawców. Wskutek tego każdy stara się sprzedawać taniej od innych. Istnieje zatem pomiędzy sprzedawcami konkurencja powodująca obniżanie ceny oferowanych towarów.

Istnieje jednak również konkurencja pomiędzy nabywcami, ze swej strony powodująca podnoszenie ceny oferowanych towarów.

Wreszcie istnieje konkurencja między nabywcami a sprzedawcami; pierwsi pragną kupić jak najtaniej, drudzy chcą jak najdrożej sprzedać. Rezultat tej konkurencji zależeć będzie od wzajemnego stosunku pomiędzy obu wyżej wskazanymi stronami konkurencji, tj. od tego, gdzie będzie większa konkurencja: pomiędzy sprzedawcami czy pomiędzy nabywcami. Przemysł wyprowadza do walki dwie wrogie sobie armie, a w łonie każdej z nich, w jej własnych szeregach, wre bezustanna walka pomiędzy oddzielnymi oddziałami i jednostkami. Z dwóch wrogich obozów ta armia zwycięża, której wewnętrzna walka, w jej własnym łonie, jest mniej zacięta.

Przypuśćmy, że na rynku wystawiono na sprzedaż 100 bel bawełny, wówczas kiedy nabywcom potrzeba 1000 takich bel. W tym wypadku popyt będzie 10 razy większy aniżeli podaż. Konkurencja zatem pomiędzy nabywcami będzie nader silna, każdy z nich będzie się starał nabyć te całe 100 bel. Przykład ten nie jest bynajmniej dowolnym założeniem. Spotykamy w historii handlu okresy nieurodzajów bawełny, kiedy niektórzy kapitaliści zmawiali się pomiędzy sobą i starali się zakupić nie sto bel, a bawełnę z całej kuli ziemskiej. W przytoczonym powyżej przykładzie każdy z nabywców będzie się starał odsunąć od kupna innych, wskutek czego zaoferuje stosunkowo wysoką ceną za każdą belę. Sprzedawcy bawełny, widząc, że w łonie nieprzyjacielskiej armii wre zaciekła walka, pewni, że rozprzedadzą całe 100 bel, będą ostrożnie postępować, aby się nie zawikłać w walkę wzajemną i nie obniżyć ceny bawełny wtedy, kiedy ich przeciwnicy prześcigają się pomiędzy sobą o jej podwyższenie. Od razu więc w obozie sprzedawców zapanowuje pokój. Trzymają się wobec nabywców jak jeden mąż, z filozoficznym spokojem założywszy ręce na krzyż, a ich żądania nie miałyby granic, gdyby nie to, że same oferty najnatarczywszych nabywców mają swe nader określone granice.

A więc gdy podaż pewnego towaru jest mniejsza od popytu, jaki na niego istnieje, wtedy wśród sprzedawców nie ma walki konkurencyjnej albo też jest ona nieznaczna. Jednocześnie ze zmniejszeniem się tej walki w łonie sprzedawców wzrasta konkurencja w szeregach nabywców. Wynikiem tego jest mniej lub bardziej znaczne podniesienie się ceny towarów.

Wiadomo, że częściej zdarza się na odwrót. Zazwyczaj podaż znacznie przewyższa popyt; między sprzedawcami wre rozpaczliwa walka, nabywców jest niewielu, cena zaś towarów spada aż nie do uwierzenia.

Lecz cóż to oznacza zwyżka, zniżka cen? Co to jest cena wysoka, cena niska? Ziarnko piasku pod mikroskopem wyrasta na olbrzyma, wieża zaś jest niska w porównaniu z górą. I jeżeli cena jest określana przez stosunek podaży do popytu, to przez co właściwie się określa ten stosunek podaży do popytu?

Zwróćmy się do pierwszego lepszego obywatela. Nie zawaha się on ani na chwilę i jak drugi Aleksander Wielki od razu rozetnie ten węzeł metafizyczny27. Jeżeli produkcja towaru, który sprzedaję, kosztuje mnie samego 100 marek — odpowie — i jeżeli ze sprzedaży otrzymuję 110 marek, oczywiście po upływie roku, wtedy mam uczciwy, obywatelski, prawny procent. Jeżeli zaś ze sprzedaży otrzymam 120, 130 marek, to będę miał nadzwyczajny, niezwykły zysk. A więc co naszemu obywatelowi służy za miarę zysków? Koszty produkcji jego towaru. Skoro przy wymianie tego towaru otrzymuje za niego inne towary, których produkcja kosztowała mniej, wtedy traci. Przeciwnie, zarabia, jeżeli przy wymianie swego towaru otrzymuje towary, których produkcja kosztowała więcej niż produkcja jego towaru. Spadek zaś lub wzrost zysków oblicza stosownie do ilości stopni, jakie wartość wymienna jego towaru zajmuje powyżej lub poniżej zera skali, mianowicie: kosztów produkcji.

Widzieliśmy, że zmieniający się stosunek podaży do popytu powoduje już to wzrost, już to spadek cen, to wysokie, to niskie ceny. Jeżeli z powodu niedostatecznej podaży lub nadmiernie wybujałego popytu cena pewnego towaru znacznie idzie do góry, wtedy z konieczności cena jakiegoś innego towaru musi proporcjonalnie spadać; albowiem cena towaru wyraża w pieniądzach stosunek, w jakim się ten towar wymienia na inne. Jeżeli np. cena łokcia tkaniny jedwabnej podnosi się z pięciu na sześć marek, wtedy cena srebra spada w stosunku do ceny tkaniny jedwabnej, a zarazem cena wszystkich innych towarów, których ceny zostały niezmienione, spada w stosunku do tkaniny jedwabnej. Przy wymianie teraz trzeba dać większą ich ilość, aby otrzymać tę samą co dawniej ilość towaru jedwabnego. A jaki będzie wynik wzrostu ceny pewnego towaru? Otóż pewna suma kapitałów rzuci się do kwitnącej gałęzi przemysłu, i ta wędrówka kapitałów w dziedzinę uprzywilejowanej produkcji trwać będzie dopóty, dopóki nie zacznie ona dawać zwykłego zysku lub raczej dopóki cena jej produktów wskutek nadprodukcji nie spadnie poniżej kosztów produkcji.

Odwrotnie. Jeżeli cena pewnego towaru spada poniżej kosztów produkcji, wtedy kapitały wycofują się produkcji tego towaru. Z wyjątkiem przypadku, kiedy pewna gałąź przemysłu przestała być na czasie, a więc musi zaniknąć, z wyjątkiem więc tego przypadku, taka ucieczka kapitałów dopóty zmniejsza produkcję tego towaru, tj. jego podaż, dopóki ta podaż nie zrówna się z popytem, a więc dopóki cena nie podniesie się znowu na wysokość kosztów produkcji lub raczej dopóki podaż nie spadnie poniżej popytu, tj. dopóki jego cena znowu nie przewyższy kosztów produkcji, albowiem bieżąca cena towaru znajduje się zawsze poniżej lub powyżej poziomu kosztów produkcji.

Widzimy, w jaki sposób kapitały wciąż wędrują z jednej dziedziny przemysłu do drugiej. Wysoka cena wywołuje zbyt silny przypływ, niska zaś zbyt silny odpływ.

Wychodząc z odmiennego punktu widzenia, moglibyśmy również wykazać, że nie tylko podaż, ale też i popyt zostaje określony przez koszty produkcji. Ale to zbyt oddaliłoby nas od naszego przedmiotu.

Właśnie widzieliśmy, w jaki sposób wahania podaży i popytu sprowadzają zawsze cenę towarów do kosztów produkcji. Wprawdzie rzeczywista cena towaru zawsze znajduje się powyżej lub poniżej kosztów produkcji, ale wzrost i spadek nawzajem się równoważą, tak że biorąc w ramach określonego czasu przypływy i odpływy w przemyśle, zobaczymy, iż towary są wymieniane jeden za drugi odpowiednio do swoich kosztów produkcji, a więc, iż ich cena zostaje określona przez ich koszty produkcji.

Tego określenia ceny przez koszty produkcji nie należy brać w znaczeniu używanym przez ekonomistów. Ekonomiści powiadają, że przeciętna cena towarów jest równa kosztom produkcji; to stanowi dla nich prawo. Anarchiczny ruch, w którym spadek zostaje zrównany przez wzrost, a wzrost przez spadek, w ich oczach jest jedynie przypadkiem. Z tą samą słusznością, co też czynią niektórzy ekonomiści, moglibyśmy na wahania spoglądać jako na prawo (rzecz podstawową), a określanie ceny przez koszty produkcji uważać za przypadek. Jednak jedynie te wahania, które, jeżeli przypatrzymy się im z bliska, niosą za sobą najstraszniejsze spustoszenia i jak trzęsienia ziemi wstrząsają mieszczańskim społeczeństwem w jego podstawach, tylko te wahania w swym przebiegu sprowadzają cenę na poziom kosztów produkcji. Ogólny bieg tego chaosu jest jego własnym ładem. Wśród biegu tej przemysłowej anarchii, w tym procesie kołowym, konkurencja, że tak powiemy, wyrównuje jedno odchylenie się przez drugie.

Widzimy więc, że cenę towaru określają koszty jego produkcji w ten sposób, że okresy, podczas których cena towaru przekracza koszty produkcji, zostają wyrównane przez okresy, kiedy spada ona poniżej kosztów produkcji, i na odwrót. Oczywiście, dotyczy to nie jakiegoś pojedynczego produktu przemysłowego, ale całej gałęzi przemysłu. Dotyczy to więc nie poszczególnych przemysłowców, ale całej klasy przemysłowców.

Określenie ceny przez koszty produkcji jest to samo, co określenie płacy przez czas roboczy niezbędny do wytworzenia pewnego towaru, albowiem koszty produkcji składają się 1) z surowca i narzędzi, tj. z wytworów, których wytworzenie kosztowało pewną sumę dni roboczych, a więc przedstawiających pewną określoną ilość czasu pracy, oraz 2) z bezpośredniej pracy, której miernikiem jest czas.

Te same ogólne prawa, które rządzą ceną towarów w ogóle, rządzą też, samo się przez się rozumie, płacą roboczą, ceną pracy.

Płaca robocza to się podnosi, to spada, stosownie do stosunku podaży do popytu, stosownie do konkurencji pomiędzy nabywcami pracy — kapitalistami, a jej sprzedawcami — robotnikami. Wahania cen towarów w ogólnych zarysach odpowiadają wahaniom płacy roboczej. W obrębie jednak tych wahań cena płacy jest określana przez koszty produkcji, przez czas roboczy niezbędny dla wytworzenia tego towaru, pracy.

Jakież więc są koszty produkcji samej pracy?

Są to koszty niezbędne do utrzymania robotnika jako robotnika i do wyszkolenia go na robotnika.

Im mniej czasu potrzeba do wykształcenia robotnika, tym mniejsze są koszty jego pracy, tym niższa jest jej cena, jego wynagrodzenie. W tych gałęziach przemysłu, gdzie na naukę nie potrzeba prawie żadnego czasu i gdzie wystarczy jest posiadać siłę do pracy, tam koszty produkcji pracy ograniczają się prawie wyłącznie do tych towarów, które są niezbędne dla zachowania robotnika przy życiu. Cena więc pracy określana jest przez cenę niezbędnych środków utrzymania.

Do tego przyłącza się jeszcze druga okoliczność. Fabrykant, obliczając koszty produkcji i normując odpowiednio do nich cenę wytworów, wlicza też zużycie maszyn. Jeżeli np. pewna maszyna kosztuje go 1000 marek i zużywa się w ciągu dziesięciu lat, wtedy włącza do ceny towarów 100 marek rocznie, aby w ten sposób po upływie dziesięciu lat zastąpić zużytą maszynę przez nową. W ten sam sposób do kosztów produkcji zwykłej pracy trzeba zaliczyć koszty idące na rozmnażanie, dzięki którym rasa robotników może się rozpładzać i zastępować zużytych robotników przez nowe siły. A więc zużywanie się robotnika obliczamy w ten sam sposób jak zużywanie się maszyn.

Koszty produkcji pracy zawierają w sobie koszty utrzymania i rozpładzania się robotnika. Cena tych kosztów utrzymania i rozpładzania stanowi płacę roboczą. W ten sposób określona płaca robocza zwie się minimalną płacą roboczą. Ta minimalna płaca stosuje się, tak samo jak ma to miejsce przy określaniu ceny towarów przez koszty produkcji, nie do poszczególnych osobników, ale do całego gatunku. Poszczególny robotnik, całe miliony robotników, nie otrzymują nawet płacy wystarczającej na utrzymanie i rozpładzanie; ale płaca robocza całej klasy robotniczej, w granicach swych wahań, wyrównuje się do tego minimum.

Teraz, kiedy uświadomiliśmy sobie najogólniejsze prawa rządzące tak płacą roboczą, jak też ceną wszelkiego innego towaru, możemy bardziej szczegółowo zbadać nasz przedmiot.

Kapitał składa się z surowców, narzędzi pracy i wszelkiego rodzaju środków utrzymania, które służą do wytwarzania nowych surowców, nowych narzędzi pracy i nowych środków utrzymania. Wszystkie te części składowe stanowią twór pracy, jej produkty, nagromadzoną pracę. Nagromadzona praca, która służy jako środek do dalszej produkcji, stanowi kapitał.

Tak twierdzą ekonomiści.

Czym jest Murzyn-niewolnik? Człowiekiem czarnej rasy. Jedno objaśnienie warte drugiego.

Murzyn jest Murzynem. Dopiero w określonych warunkach staje się on niewolnikiem. Maszyna do przędzenia bawełny jest maszyną do przędzenia bawełny — nic nadto. Staje się ona kapitałem dopiero w określonych warunkach. W oderwaniu od tych warunków tak samo nie jest ona kapitałem, jak złoto samo w sobie pieniądzem, a cukier ceną cukru.

Wytwarzając, człowiek ma do czynienia nie tylko z przyrodą. Wytwarza, działając w pewien określony sposób i wymieniając nawzajem swą działalność. By wytwarzać, ludzie wchodzą w określone stosunki i związek pomiędzy sobą, i jedynie w granicach tych stosunków i tego związku przejawia się ich stosunek do przyrody, powstaje produkcja.

Oczywiście, odpowiednio do właściwości środków produkcji różnią się też te społeczne stosunki, w jakie wchodzą pomiędzy sobą wytwórcy, te warunki, na jakich wymieniają swe produkty i uczestniczą w ogólnym biegu produkcji. Wynalazek nowego narzędzia walki, np. broni palnej, zmienia z konieczności całą organizację armii, przekształca też stosunki pomiędzy jednostkami tworzącymi armię i działającymi jako armia, wreszcie zmienia wzajemny stosunek między różnymi armiami.

Stosunki społeczne, w jakich zachodzi produkcja, zmieniają się, przekształcają odpowiednio do zmian i rozwoju materialnych środków produkcji, sił wytwórczych. Ogół stosunków produkcji stanowi to, co nazywamy stosunkami społecznymi, społeczeństwem, i to społeczeństwem określonej, historycznej formacji, społeczeństwem posiadającym właściwe sobie cechy charakterystyczne. Społeczeństwo starożytne, feudalne, mieszczańskie — oto takie grupy stosunków produkcji; z nich każda stanowi szczególną fazę rozwojową w dziejach ludzkości.

Kapitał jest również społecznym stosunkiem produkcji. Jest on stosunkiem społecznym mieszczańskiej produkcji, mieszczańskiego społeczeństwa. Środki utrzymania, narzędzia pracy, surowce — czyż wszystko to, z czego składa się kapitał, nie zostało wytworzone i nagromadzone w określonych warunkach społecznych, określonych stosunkach społecznych? Czyż to wszystko nie zostaje użyte do dalszej produkcji w określonych warunkach społecznych, w określonych stosunkach społecznych? I czyż ten określony charakter społeczny nie czyni produktów, które służą do dalszej produkcji, kapitałem?

Kapitał stanowią nie tylko środki utrzymania, narzędzia pracy i surowce, nie tylko materialne wytwory, lecz zarazem wartości wymienne. Wszystkie produkty, z których się składa, są towarami. Kapitał zatem jest to nie tylko suma materialnych produktów, jest on również sumą towarów, wartości wymiennych, wielkości społecznych.

Kapitał pozostanie bez zmiany, jeżeli zamiast wełny weźmiemy bawełnę, zamiast zboża — ryż, zamiast kolei żelaznych — parostatki, jednak przy tym założeniu, że bawełna, ryż, parostatki — te wcielenia kapitału — posiadają tę samą wartość wymienną, tę samą cenę, co wełna, zboże, koleje żelazne, pod postacią których poprzednio istniał. Cielesna forma kapitału kapitału może się bezustannie zmieniać, nie powodując bynajmniej najmniejszej zmiany w nim samym.

Lecz jeżeli wszelki kapitał składa się z sumy towarów, tj. wartości wymiennych, to jednak nie każda suma towarów, wartości wymiennych, jest kapitałem.

Każda suma wartości wymiennych jest wartością wymienną. Każda pojedyncza wartość wymienna jest sumą wartości wymiennych. Np. dom wartości 1000 marek jest wymienną wartością 1000 marek. Kawałek papieru wartości 1 grosza stanowi sumę 100 wartości wymiennych, równych każda setnej części grosza. Produkty, które można wymienić na inne, są towarami. Określony stosunek, w jakim mogą być one pomiędzy sobą wymieniane, określa ich wartość wymienną, cenę zaś — jeżeli wyrazimy go w pieniądzach. Ilość tych produktów nie zmienia ich przeznaczenia: być towarami lub stanowić wartości wymienne, lub też wreszcie mieć pewną określoną cenę. Drzewo, czy jest ono małe, czy duże, jest bądź co bądź zawsze drzewem. Czyż żelazo dlatego, że będziemy je wymieniać na inne towary nie łutami28, a centnarami29, straci wskutek tego swój charakter towaru, czyż przestanie być wartością wymienną? Od ilości zależy jedynie mniejsza lub większa wartość towaru, wyższa lub niższa jego cena.

W jakiż więc sposób pewna suma towarów, wartości wymiennych, staje się kapitałem?

Staje się ona kapitałem przez to, że jako samodzielna siła społeczna, tj. jako siła będąca w posiadaniu pewnej części społeczeństwa, wzrasta i pomnaża się przez wymianę na bezpośrednią ludzką pracę. Istnienie klasy nieposiadającej niczego oprócz zdolności do pracy jest koniecznym warunkiem istnienia kapitału.

Tylko panowanie nagromadzonej dawniej, uprzedmiotowionej pracy nad bezpośrednią żywą pracą zamienia tę nagromadzoną pracę w kapitał.

Istota kapitału nie na tym polega, że nagromadzona dawniej praca może służyć żywej pracy jako środek do nowej produkcji. Nie. Zasadza się ona na tym, że żywa ludzka praca służy pracy nagromadzonej jako środek do zachowania i pomnażania jej wartości wymiennej.

Co zachodzi przy wymianie pomiędzy kapitalistą a pracownikiem najemnym?

Robotnik w zamian za swą pracę otrzymuje środki do życia, kapitalista w zamian za swe środki do życia otrzymuje pracę, wytwórczą działalność, twórczą siłę, za pomocą której robotnik nie tylko zwraca to, co spożył, ale nagromadzonej pracy nadaje jeszcze większą wartość, niż ją posiadała przedtem. Robotnik otrzymuje część istniejących środków do życia od kapitalisty. Do czego mu służą te środki? Do bezpośredniego spożycia. Lecz skoro raz zużyję pewne środki do życia, wtedy są one dla mnie bezpowrotnie stracone, chyba że czasu, w ciągu którego te środki utrzymują mnie przy życiu, użyję na wytworzenie nowych środków do życia, na zastąpienie spożytych wartości przez nowe, wytworzone moją pracą. Lecz tę to odtwarzającą, szlachetną siłę odstępuje robotnik kapitałowi w zamian za otrzymane środki do życia. Jest ona więc dla niego samego stracona raz na zawsze.

Weźmy przykład: dzierżawca płaci wyrobnikowi jeden złoty dziennie. Za tę złotówkę wyrobnik pracuje na polu dzierżawcy przez cały dzień i zapewnia mu dwa złote dochodu. Dzierżawca otrzymuje nie tylko tę wartość, którą dał wyrobnikowi, lecz podwójną. A zatem tę złotówkę, którą wypłacił wyrobnikowi zużył on w sposób produkcyjny, korzystny. Za złotówkę nabył on pracę i siłę najemnika, a one zrodziły wolny wytwór, posiadający dwa razy większą wartość, tj. z jednej złotówki zrobiły dwie. Wyrobnik zaś za wynajętą dzierżawcy siłę wytwórczą otrzymuje złotówkę, którą wymienia na środki utrzymania i po dłuższym lub krótszym czasie je zużywa. A zatem ta złotówka zostaje zużyta dwojakim sposobem: w sposób produkcyjny dla kapitału, ponieważ została wymieniona na siłę roboczą, wytwarzającą dwa złote; w sposób zaś nieprodukcyjny dla wyrobnika, ponieważ ten ją wymieniał na środki do życia, dla niego raz na zawsze stracone i które może znowu otrzymać jedynie przez zawarcie nowej wymiany z dzierżawcą. Kapitał zatem zakłada istnienie pracy najemnej, praca najemna zakłada istnienie kapitału. Oba te wzajemnie od siebie zależą, wzajemnie się uzupełniają.

Czy robotnik w fabryce wyrobów bawełnianych wytwarza jedynie tkaninę? Nie, wytwarza on jeszcze kapitał. Wytwarza wartości, które znowu posłużą do dalszego ujarzmiania jego pracy i wytwarzania nowych wartości.

Kapitał może wzrastać jedynie przez wymianę na pracę, przez powołanie do życia pracy najemnej. Praca najemna może zostać wymieniona tylko na kapitał, powiększając przy tym i potęgując siłę kapitału, którego jest niewolnicą. Wzrost kapitału jest zatem wzrostem proletariatu, tj. klasy robotniczej.

Z tego względu interesy kapitalisty i robotnika są identyczne — twierdzi burżuazja i jej uczeni ekonomiści. I zaprawdę. Robotnik ginie, jeżeli kapitał go nie zatrudnia. Kapitał, nie wyzyskując pracy, marnieje, a żeby móc ją wyzyskiwać, musi ją kupować. Im bardziej zatem wzrasta przeznaczony na produkcję kapitał, kapitał wytwórczy, im bardziej rozwinięty jest przemysł, tym bardziej poszukiwany jest przez kapitalistę robotnik, tym drożej sprzedaje on swą siłę roboczą.

Niezbędnym zatem warunkiem znośnego choćby położenia robotnika jest możliwie szybki wzrost kapitału wytwórczego.

Lecz na czym zasadza się wzrost kapitału wytwórczego? Jest to wzmacnianie się władzy pracy nagromadzonej nad pracą żywą, potęgowanie się panowania burżuazji nad klasą robotniczą. Praca najemna, wytwarzając panujące nad nią cudze bogactwo, siłę sobie wrogą, kapitał, otrzymuje od niego zatrudnienie, tj. środki do życia, pod warunkiem, że ona także będzie znowu stanowiła część kapitału, nową dźwignię, przyspieszającą wzrost kapitału.

Twierdzenie, że interesy kapitału i interesy robotników są te same, po prostu oznacza, że kapitał i praca najemna są to dwie strony tego samego stosunku. Jedna jest nieodłączna od drugiej, tak samo jak istnienie lichwiarza jest nieodłączne od istnienia marnotrawcy.

Dopóki praca najemna pozostaje pracą najemną, dopóty jej losy zależą od kapitału. To stanowi właśnie osławioną wspólność interesów robotnika i kapitalisty.

Równolegle do wzrostu kapitału wzrasta ilość pracy najemnej, powiększa się liczba robotników najemnych, jednym słowem: panowanie kapitału rozszerza się na większą liczbę jednostek. Wyobraźmy sobie najpomyślniejszy przypadek, mianowicie kiedy równolegle do wzrostu wytwórczego kapitału wzrasta popyt na pracę, wzrasta zatem cena pracy, płaca robocza.

Dom może być wielki lub mały, ale dopóki otaczające go domy będą również małe, dopóty będzie odpowiadał wszystkim wymaganiom społecznym odnośnie do mieszkań. Lecz niech się wzniesie obok niego pałac, a mały dom natychmiast zejdzie do poziomu lepianki. Mały dom będzie teraz dowodził, że jego właściciel nie ma żadnych wymagań lub tylko nadzwyczaj nieznaczne, i przypuśćmy nawet, że z postępem cywilizacji domek stał się dwa razy większy, jednak jeżeli jednocześnie sąsiedni pałac powiększa się w tym samym lub jeszcze większym stopniu, wtedy mieszkaniec stosunkowo małego domu zawsze będzie się czuł nieszczęśliwy, niespokojny i uciśnięty pomiędzy swymi czterema ścianami.

Dostrzegalny wzrost płacy roboczej zakłada szybki wzrost kapitału wytwórczego, zaś szybki wzrost kapitału wytwórczego powoduje szybki wzrost bogactwa, zbytków, potrzeb i uciech społecznych. A zatem jakkolwiek uciechy życia dla robotnika powiększyły się, wszakże dostarczane przez nie zaspokajanie potrzeb społecznych zmniejszyło się w stosunku tak do wzrostu uciech kapitalisty, niedostępnych dla robotnika, jak też w ogóle w stosunku do stopnia rozwoju społecznego. Nasze potrzeby i uciechy rodzi same społeczeństwo; mierzymy je zatem miarą społeczną, a nie przedmiotami służącymi do ich zaspokojenia. Ponieważ są one pochodzenia społecznego, więc pozostają zawsze względne.

W ogóle płacę roboczą określa nie tylko ilość towarów, jakie można za nią otrzymać. Posiada ona i inne strony.

Przede wszystkim za swoją pracę robotnik otrzymuje określoną sumę pieniędzy. Czy płaca robocza jest określona tylko przez tę cenę pieniężną?

Wskutek odkrycia Ameryki w XVI wieku powiększyła się ilość kursującego w Europie złota i srebra, przez co ich wartość spadła w porównaniu z innymi towarami, podczas gdy robotnicy otrzymywali za swoją pracę bez żadnej różnicy tę samą ilość srebrnej monety. W pieniądzach cena pracy robotnika pozostała ta sama, pomimo tego wszakże płaca robocza spadła, ponieważ przy wymianie za tę samą ilość srebra zaczął on otrzymywać mniejszą ilość innych towarów. Było to właśnie jedną z okoliczności, które się przyczyniły do wzrostu kapitału i wzmocnienia się burżuazji w XVI wieku.

Weźmy inny przykład. Podczas zimy 1847 roku wskutek nieurodzaju znacznie podrożały najniezbędniejsze środki utrzymania: zboże, mięso, masło, ser itd. Przypuśćmy, że za swoją pracę robotnicy otrzymywali taką samą ilość pieniędzy, jak i przedtem. Czyż ich płaca robocza nie spadła? Oczywiście, że spadła. Za te same pieniądze otrzymywali przy wymianie mniej chleba, mięsa itd. Ich płaca robocza spadła nie dlatego, że się zmniejszyła wartość wymienna srebra, lecz wskutek tego, że podniosła się cena środków niezbędnych do życia.

Przypuśćmy wreszcie, że w pieniądzach cena pracy pozostaje ta sama, zaś produkty rolne i fabryczne wskutek wynalezienia nowej maszyny, dobrego urodzaju itd. spadły w cenie. Za tę samą kwotę pieniędzy mogą robotnicy obecnie nabyć więcej wszelkiego rodzaju towarów. W ten sposób ich płaca robocza podniosła się właśnie dzięki temu, że jej cena w pieniądzach nie uległa zmianie.

A więc cena pracy w pieniądzach, czyli nominalna płaca robocza nie zmienia się równolegle z realną płacą roboczą, tj. z tą sumą towarów, którą w rzeczywistości otrzymujemy przy wymianie za płacę roboczą. Dlatego też, mówiąc o wzroście lub spadku płacy roboczej, powinniśmy zawsze mieć na względzie nie tylko cenę pracy w pieniądzach, nominalną płacę roboczą.

Lecz ani nominalna płaca robocza, tj. ta kwota pieniędzy, za którą robotnik sprzedaje się kapitaliście, ani realna płaca robocza, tj. ta suma towarów, które może za te pieniądze nabyć, nie wyczerpują stosunków zawartych w płacy roboczej.

Przede wszystkim płaca robocza jest określona przez swój stosunek do korzyści, do zysku kapitalisty; mówimy więc o względnej odnośnej płacy roboczej.

Realna płaca robocza określa cenę pracy w stosunku do ceny pozostałych towarów, zaś względna płaca robocza określa cenę bezpośredniej pracy w stosunku do ceny pracy nagromadzonej, względną wartość pracy najemnej i kapitału, wzajemny zamienny stosunek kapitalisty do robotnika.

Realna płaca robocza może pozostać bez zmiany, może nawet wzrosnąć, a jednak względna płaca robocza może spadać. Przypuśćmy np., że wszystkie środki do życia spadły w cenie o 2/3, podczas kiedy dzienna płaca zmniejszyła się tylko o 1/3, np. z 3 na 2 marki. Chociaż robotnik może teraz za te dwie marki nabyć większą ilość towarów aniżeli poprzednio za trzy, jednakże jego płaca robocza w stosunku do zysku kapitalisty spadła. Zysk kapitalisty (dajmy na to fabrykanta) powiększył się o jedną markę, tj. za mniejszą ilość wartości wymiennych, jaką wypłaca on robotnikowi, ten ostatni musi wytworzyć większą niż poprzednio ilość wartości wymiennych. Wartość kapitału w porównaniu z wartością pracy podniosła się. Podział bogactwa społecznego pomiędzy kapitał a pracę stał się jeszcze bardziej nierównomierny. Kapitalista z tym samym kapitałem opanował większą ilość pracy. Władza klasy kapitalistów nad klasą robotniczą wzmogła się, a społeczne położenie robotnika pogorszyło się, spadł o szczebel niżej w stosunku do położenia kapitalisty.

Jakie jest więc ogólne prawo, określające wzrost i spadek płacy najemnej oraz zysku w ich wzajemnym stosunku?

Są one w odwrotnym stosunku względem siebie. Udział kapitału, zysk podnosi się w tym samym stosunku, w jakim spada udział pracy, płaca dzienna, i odwrotnie.

Zysk rośnie w tym samym stopniu, w jakim płaca robocza spada, i na odwrót.

Uczynią mi być może zarzut, że kapitalista może otrzymywać większe zyski wskutek korzystniejszej wymiany swego towaru na towary innych kapitalistów, wskutek zwiększenia się popytu na jego towar, czy to dlatego, że pojawił się na niego nowy rynek, czy też, że na starych rynkach powiększyło się zapotrzebowanie itd., że zatem zyski kapitalisty mogą się powiększyć kosztem innych kapitalistów, niezależnie od wzrostu lub spadku płacy roboczej, wartości wymiennej pracy; że nareszcie zysk kapitalisty może się powiększyć wskutek ulepszenia narzędzi pracy, wskutek nowego zastosowania sił natury itd.

Przede wszystkim musimy zaznaczyć, że tu wszystkie drogi prowadzą do tego samego rezultatu. Wprawdzie zyski wzrosły nie wskutek obniżenia się płacy roboczej, ale za to ta ostatnia spadła wskutek wzrostu zysków. Za tę samą ilość pracy kapitalista nabywa większą ilość wartości wymiennych, nie płacąc przy tym drożej za pracę, tj. obecnie praca jest taniej opłacana w porównaniu do czystego zysku, jaki daje ona kapitaliście.

Ponadto przypomnijmy sobie, że mimo ciągłych wahań cen towarów przeciętna cena każdego towaru, stosunek, w jakim on się wymienia na inne, jest określony przez jego koszty produkcji. A więc wahania cen siłą rzeczy wyrównują się nawzajem dla całej klasy kapitalistów. Ulepszenie maszyn, nowy sposób zastosowania sił przyrody do produkcji pozwalają w ciągu tego samego czasu roboczego z taką samą ilością pracy i kapitału na otrzymanie większej ilości produktów, ale bynajmniej nie większej ilości wartości wymiennych. Jeżeli wskutek wynalezienia maszyny do przędzenia mogę otrzymać w godzinę dwa razy więcej przędzy niż przed jej wynalezieniem, np. 100 funtów zamiast 50, to przy wymianie za te 100 funtów otrzymam nie więcej towarów niż dawniej za 50, ponieważ koszty produkcji spadły o połowę, czyli że przy tych samych kosztach mogę otrzymać dwa razy więcej produktu.

Wreszcie bez względu na stosunek, w jakim klasa kapitalistów, burżuazja, czy to jednego kraju, czy też całego świata, dzieli między sobą czysty zysk z produkcji, zawsze jednak ogólna suma tego czystego zysku pozostaje tą sumą, o jaką w ogóle powiększyła nagromadzoną pracę praca bezpośrednia. A zatem ta ogólna suma wzrasta w tym samym stosunku, w jakim praca powiększa kapitał, tj. w stosunku, w jakim rośnie zysk w porównaniu z płacą roboczą.

Nie wychodząc nawet poza granice stosunku kapitału i pracy najemnej, widzimy więc, że interesy kapitału i pracy najemnej są sobie wprost przeciwne.

Szybki wzrost kapitału znaczy to samo, co szybki wzrost zysku. Zysk zaś wtedy tylko może szybko wzrastać, jeżeli wartość wymienna pracy, jeżeli względna płaca robocza odpowiednio szybko spada. Względna płaca robocza może spaść, jakkolwiek jednocześnie realna i nominalna płaca robocza, cena pieniężna pracy będzie rosnąć, ale nie w tym samym stosunku, co zysk. Jeżeli np. przy pomyślnym stanie interesów płaca robocza wzrośnie o 5%, a zysk o 30%, to stosunkowa względna płaca robocza nie podniosła się, a spadła.

Jeżeli więc dochody robotnika powiększają się przy szybkim wzroście kapitału, to jednocześnie powiększa się też przepaść społeczna, oddzielająca robotnika od kapitalisty, wzrasta również panowanie kapitału nad pracą, zależność pracy od kapitału.

W interesie robotnika leży szybki wzrost kapitału; innymi słowy to znaczy, że im szybciej pomnaża robotnik cudze bogactwo, tym tłuściejsze dostają mu się okruchy, tym większa ilość robotników może być powołana do życia i zatrudniona w przemyśle, tym szybciej może powiększać się ilość niewolników kapitału.

Widzieliśmy zatem, że nawet najpomyślniejsza dla klasy robotników sytuacja, mianowicie możliwie szybki wzrost kapitału, jakkolwiek polepsza materialny byt robotnika, jednakże nie usuwa sprzeczności pomiędzy jego interesami a interesami burżuazji, kapitalistów. Po wszystkie czasy zysk i praca robocza znajdują się w odwrotnym do siebie stosunku.

Jeżeli kapitał szybko wzrasta, to może też wzrastać i płaca robocza, lecz bez porównania szybciej wzrasta zysk kapitału. Materialny byt robotnika polepsza się, lecz polepsza się kosztem jego społecznego stanowiska. Społeczna przepaść, która go dzieli od kapitalisty, jeszcze się bardziej rozszerza.

Wreszcie:

Możliwie szybki wzrost wytwórczego kapitału jest najbardziej sprzyjającą okolicznością dla pracy najemnej; innymi słowy: im szybciej klasa robocza pomnaża i powiększa wrogą jej siłę, panujące nad nią cudze bogactwo, w tym lepszych warunkach bierze się ona do pracy nad nowym pomnażaniem mieszczańskiego bogactwa, nad powiększeniem władzy kapitału, a do pracy bierze się chętnie, uszczęśliwiona, że może kuć na siebie samą złote kajdany, w których wlecze ją za sobą burżuazja.

Lecz czy rzeczywiście wzrost kapitału produkcyjnego i wzrost płacy roboczej są tak nierozdzielnie ze sobą związane, jak to utrzymują ekonomiści burżuazji? Nie możemy im uwierzyć na słowo, nie możemy im nawet w tym dowierzać, że im tłustszy jest kapitał, tym lepiej mają się jego niewolnicy. Burżuazja zbyt jest wykształcona, zbyt dobrze rachuje, aby miała podzielać przesądy pana feudalnego, który stara się błyszczeć okazałością swej służby. Same warunki jej istnienia każą się jej rachować.

A zatem musimy bliżej zbadać:

Jaki wpływ wywiera wzrost kapitału produkcyjnego na płacę roboczą?

Jeżeli ogólnie rzecz biorąc kapitał produkcyjny społeczeństwa burżuazyjnego wzrasta, wtedy następuje wszechstronniejsze nagromadzanie pracy. Liczba i bogactwo kapitalistów powiększa się. Zwiększanie się liczby kapitalistów powiększa konkurencję pomiędzy kapitalistami. Wzrost rozmiarów kapitału daje środki do wprowadzenia na przemysłowe pole walki silniejszych i lepiej uzbrojonych zastępów roboczych.

Jeden kapitalista może drugiego zwyciężyć i zawładnąć jego kapitałem, jedynie taniej sprzedając. Ażeby zaś móc taniej sprzedawać, nie rujnując się, musi on taniej wytwarzać, tj. jak najbardziej podnieść siłę wytwórczą pracy. Zaś wytwórcza siła pracy podnosi się przede wszystkim wskutek zaprowadzenia większego podziału pracy, wskutek wszechstronniejszego zastosowania i ciągłego ulepszania maszyn. Im liczniejsze są zastępy robotnicze, pomiędzy które rozdziela się pracę, im rozleglejsza jest dziedzina, do której stosuje się maszyny, tym bardziej zmniejszają się koszty produkcji, tym płodniejsza staje się praca. Pod wpływem tych czynników kapitaliści jeden przez drugiego rywalizują, by zwiększyć podział pracy, ulepszyć maszyny i stosować je na jak największą skalę.

Jeżeli wskutek większego podziału pracy, wskutek korzystniejszego i rozleglejszego zużytkowania sił przyrody, pewien kapitalista zyskuje możność wytwarzania przy pomocy tej samej ilości pracy lub nagromadzonej pracy większej ilości produktów niż jego konkurenci, jeżeli może on np. utkać cały łokieć płótna w ciągu tego samego czasu roboczego, jakiego jego konkurenci potrzebują na utkanie połowy łokcia, co wtedy uczyni ten kapitalista?

Mógłby on nadal sprzedawać pół łokcia płótna po dawnej cenie, ale to nie przyczyniłoby się do wyparcia z rynku jego konkurentów i zwiększenia zbytu jego własnego towaru. Jednak w miarę wzrostu jego produkcji wzrasta także potrzeba rozleglejszego rynku. Potężniejsze i kosztowniejsze środki produkcji, jakie zastosował, pozwalają mu wprawdzie sprzedawać swoje towary taniej, lecz zarazem zmuszają go do sprzedawania większej ilości towarów i wyszukania szerszego rynku dla swoich produktów; wskutek czego nasz kapitalista sprzedawać będzie pół łokcia płótna taniej niż jego konkurenci.

Lecz kapitalista nie będzie sprzedawać całego łokcia płótna za tę samą cenę, za jaką jego konkurenci sprzedają pół łokcia, chociaż wyprodukowanie całego łokcia płótna kosztuje go nie więcej niż innych produkcja pół łokcia. W przeciwnym razie przy wymianie jedynie zwróciły by mu się koszty produkcji — nic nadto. Jego większy dochód pochodziłby z puszczenia w obieg większego kapitału, ale bynajmniej nie stąd, iż ten jego kapitał miałby przynosić większe zyski aniżeli u innych. Zresztą dopnie on swego celu, ustalając dla swoich towarów cenę o kilka procent niższą niż jego konkurenci. Obniżając cenę, wypiera ich z rynku lub przynajmniej odbiera im część zbytu. Wreszcie przypomnijmy sobie, że bieżąca cena towaru jest zawsze wyższa lub niższa od kosztów produkcji, stosownie do tego, czy jego sprzedaż przypada na czasy pomyślne czy też na niepomyślne dla przemysłu. Odpowiednio zatem do tego, czy na rynku cena łokcia płótna stoi powyżej czy poniżej zwykłych dotąd kosztów produkcji, będzie się zmieniać i procent, o jaki kapitalista stosujący nowe, wydajniejsze środki produkcji będzie brał więcej ponad swe rzeczywiste koszty produkcji.

Jednakże przywilej naszego kapitalisty nie potrwa długo, pozostali rywalizujący kapitaliści wprowadzą te same maszyny, ten sam podział pracy, wprowadzą je w tej samej lub większej skali, i te ulepszenia staną się tak powszechne, że cena płótna spadnie nie tylko poniżej dawnych, lecz nawet poniżej nowych kosztów produkcji.

Kapitaliści znajdą się więc obecnie w takim samym położeniu, w jakim się znajdowali przed wprowadzeniem nowego środka produkcji, i jeżeli środek ten pozwala im za tę samą cenę dostarczać podwójną ilość produktu, to teraz zmuszeni są dostarczać tę podwójną ilość produktów za mniejszą niż dawniej cenę. Z tymi nowymi kosztami produkcji powtarza się stara historia. Zostaje wprowadzony większy podział pracy, większa ilość maszyn, szersze ich zastosowanie, a wszystko to sprowadza większe wykorzystanie podziału pracy i narzędzi. I wskutek tych samych przyczyn konkurencja przynosi ten sam rezultat.

Widzimy zatem, przez jakie zmiany i rewolucje przechodzą środki i sposoby produkcji, jak podział pracy nieuchronnie pociąga za sobą jeszcze większy podział pracy, zastosowanie maszyn — jeszcze większe ich zastosowanie, a produkcja na wielką skalę — produkcję na jeszcze większą skalę.

Jest to prawo spychające ciągle produkcję burżuazyjną ze starego toru i zmuszające kapitał do doprowadzenia wyzysku sił wytwórczych pracy aż do ostateczności, prawo, które nie daje ani chwili spokoju i bezustannie woła: naprzód! naprzód!...

Jest to to samo prawo, które w granicach wahań, właściwych okresom handlowym, cenę towarów nieuchronnie sprowadza do kosztów produkcji.

Wszystko jedno więc, jak potężne środki produkcji kapitalista wprowadzi do walki, konkurencja środki te upowszechni i z chwilą, kiedy staną się powszechne, jedynym następstwem zwiększenia się płodności kapitału będzie to, że kapitalista będzie obecnie za tę samą cenę dostarczać 10, 20, 100 razy więcej towarów niż dawniej. Lecz przy tym musi sprzedać być może 1000 razy więcej, by za pomocą zwiększenia ilości sprzedanego towaru wynagrodzić sobie niską cenę; bowiem koniecznością jest dla niego większy zbyt, nie tylko, żeby osiągnąć zysk, lecz także po to, żeby uzyskać zwrot kosztów produkcji — same bowiem narzędzia produkcji, jak widzieliśmy, wciąż drożeją. Ponieważ zaś ten olbrzymi zbyt nie tylko dla niego jednego stanowi kwestię życia, ale też i dla jego konkurentów, wybucha więc stara walka i to z tym większą zaciętością, im bardziej płodne są wynalezione już środki produkcji. A zatem podział pracy i zastosowanie maszyn rozwijać się będzie na nowo w bez porównania większej skali.

Konkurencja więc zawsze, bez względu na ogrom zastosowanych środków wytwórczych, będzie dążyła do wydarcia kapitałowi złotych owoców, sprowadzając cenę towarów do kosztów produkcji, dążąc do wytwarzania tej samej ilości najtaniej jak to możliwe, tj. do wytwarzania większej ilości produktów za pomocą tej samej ilości pracy, i w ten sposób konkurencja czyni tańszą produkcję i oferowanie większej ilości towaru za dawną cenę — obowiązującym prawem. Kapitalista więc, pomimo swych wysiłków, nie wygrał nic oprócz obowiązku dostarczania więcej produktu w tym samym czasie roboczym, jednym słowem stworzył sobie trudniejsze warunki do pomnażania swego kapitału. Ponieważ konkurencja ciągle prześladuje go swym prawem kosztów produkcji i każdą broń, którą on ukuje przeciw swym rywalom, obraca przeciwko niemu samemu, zatem stara się nieustannie uśpić jej czujność, wprowadzając w tym celu z konieczności na miejsce dawniejszych nowe, chociaż kosztowniejsze, ale za to taniej produkujące maszyny i nowy podział pracy, nie czekając, aż konkurencja nowe sposoby uczyni przestarzałymi.

Wyobraźmy teraz sobie taki gorączkowy ruch na rynku całego świata, a pojmiemy wtedy, w jaki sposób wzrost, nagromadzanie się i skupianie kapitału pociągają za sobą nieustanny, sam przez się wciąż przyśpieszający się i rozrastający do olbrzymich rozmiarów podział pracy, wprowadzanie nowych i ulepszanie starych maszyn.

Jaki wpływ wywierają te okoliczności, nieodłączne od wzrostu kapitału produkcyjnego, na określenie płacy roboczej?

Większy podział pracy daje możność jednemu robotnikowi wykonać pracę za pięciu, dziesięciu, dwudziestu, a zatem powiększa on konkurencję pomiędzy robotnikami 5, 10, 20 razy. Konkurencja pomiędzy robotnikami ma miejsce nie tylko wskutek tego, że jeden sprzedaje swą siłę roboczą taniej niż inni, lecz także wskutek tego, że jeden wykonuje pracę za pięciu, dziesięciu, dwudziestu; do tego rodzaju konkurencji zmusza robotnika wprowadzany przez kapitał i wciąż powiększany podział pracy.

Następnie, w miarę wzrostu podziału pracy upraszcza się praca. Szczególna zręczność robotnika staje się zbyteczna, zamienia się on w zwykłą monotonną siłę wytwórczą, od której nie wymaga się ani zdolności fizycznych, ani umysłowych. Jego praca staje się dostępna dla wszystkich. Zewsząd cisną się konkurenci; nie zapominajmy, że im prostsza, im łatwiejsza do nauczenia jest praca, im mniej kosztów produkcji wymaga jej opanowanie, tym niżej spada płaca robocza, ponieważ określają ją, jak i cenę każdego innego towaru, koszty produkcji.

Równolegle do wzrostu braku zadowolenia z pracy i jej jednostajności wzrasta konkurencja i spada płaca najemna. Robotnik stara się utrzymać swą płacę na tym samym poziomie, czy to pracując więcej godzin dziennie niż poprzednio, czy też więcej wytwarzając w ciągu godziny. Pod naciskiem głodu i nędzy pomnaża w ten sposób zgubne dlań skutki podziału pracy. Skutek tego jest następujący: im więcej pracuje, tym mniejszą płacę otrzymuje, a to dlatego, iż przez swą wytężoną pracę robi większą konkurencję swoim współtowarzyszom. Ci zaś znowu wskutek tego samego zostają jego zaciętszymi współzawodnikami i muszą przyjąć takie same niekorzystne warunki; koniec końców więc współzawodniczy on z samym sobą, ze sobą jako z członkiem klasy robotniczej.

Maszyny wywołują te same skutki, chociaż w jeszcze większym stopniu; zastępują wykwalifikowanego robotnika przez niewykwalifikowanego, mężczyznę przez kobietę, dorosłych przez dzieci; z chwilą pojawienia się przemysłu maszynowego wskutek wytwórczości maszyny całe masy rzemieślników zostają wyrzucone na bruk, a w miarę jego wzrostu i doskonalenia się, wyrzucanie odbywa się mniejszymi grupami. Powyżej naszkicowaliśmy ogólne rysy przemysłowej walki kapitalistów pomiędzy sobą; walka ta odznacza się tym, że w niej zwycięstwo osiąga się nie przez zwiększenie, a przeciwnie, przez zmniejszenie armii robotniczej. Wodzowie, kapitaliści, starają się jeden drugiego prześcignąć w zwolnieniu jak największej liczby żołnierzy przemysłowych.

Ekonomiści, ma się rozumieć, zapewniają nas, że robotnicy, którzy za sprawą maszyny stali się niepotrzebni, znajdują nowe zajęcie.

Nie ośmielają się otwarcie powiedzieć, że do nowych gałęzi pracy przechodzą ci sami robotnicy, których odprawiono. Rzeczywistość zbyt głośno przeczy temu kłamstwu; utrzymują więc jedynie to tylko, że nowe możliwości zatrudnienia otwierają się dla innej części klasy robotniczej, np. dla młodszego pokolenia robotniczego, które było już gotowe zająć miejsca w zanikającej gałęzi przemysłu. Jest to naturalnie bardzo wielka pociecha dla ginących robotników. Nie zabraknie panom kapitalistom świeżego, nadającego się do wyzysku mięsa i krwi, a umarłych niechaj sobie grzebią umarli30. W ten sposób burżua pociesza chyba samego siebie, lecz nie robotnika. Bo przecież gdyby maszyny zniosły całą klasę najemnych robotników, byłoby to klęską dla kapitału, który wszak bez pracy najemnej przestał by być kapitałem.

Przypuśćmy jednak, że robotnicy bezpośrednio pozbawieni pracy przez maszyny, jak też i całe młode pokolenie, które liczyło na pracę w tej gałęzi przemysłu, znajdą sobie nowe zajęcie. Czy można być pewnym, że to nowe zatrudnienie będzie się im tak samo opłacało, jak dawniejsze, utracone? Przeczyłoby to wszystkim prawom ekonomicznym. Widzieliśmy, jak współczesny przemysł dąży do zastąpienia wyższej, bardziej złożonej pracy przez podrzędniejszą i prostszą.

Jakże więc masa robotników usunięta przez maszyny z pewnej gałęzi przemysłu mogłaby znaleźć zajęcie w innej gałęzi inaczej, niż przyjmując pracę gorszą i niżej płatną?

Jako wyjątek przytaczają tych robotników, którzy są zatrudnieni przy wytwarzaniu samych maszyn. Jeżeli przemysł wymaga i zużywa coraz więcej maszyn, to z konieczności musi się zwiększać ich liczba, a zatem wzrasta produkcja maszyn i powiększa się liczba zatrudnionych przy tym robotników, w dodatku zatrudnieni w tej gałęzi przemysłu robotnicy są robotnikami wykwalifikowanymi, a nawet wykształconymi.

Od roku 1810 twierdzenie to, nawet przedtem słuszne tylko po części, straciło wszelkie pozory prawdy; od tego bowiem czasu do produkcji samych maszyn wciąż wprowadza się najrozmaitsze maszyny w takim samym stopniu, jak i w przemyśle bawełnianym; robotnicy zaś tutaj zatrudnieni wobec tych w wysokim stopniu udoskonalonych maszyn odgrywają rolę nader nieudolnych prostych narzędzi.

Zamiast jednego mężczyzny usuniętego przez maszyny fabryka być może da zatrudnienie trojgu dzieciom i jednej kobiecie! Lecz czyż tym trzem dzieciom i kobiecie nie musi wystarczyć zarobek pobierany dawniej przez jednego mężczyznę? Czy minimum płacy roboczej nie powinno wystarczać jedynie na podtrzymanie i rozmnożenie rasy? Cóż więc oznacza ten ulubiony przez burżuazję wykręt? Nie więcej jak tylko to, że dla zapewnienia bytu jednej rodzinie robotniczej trzeba obecnie poświęcić cztery razy większą ilość istot ludzkich.

Streśćmy powiedziane wyżej: Im bardziej wzrasta kapitał wytwórczy, tym bardziej rozwija się podział pracy i zastosowanie maszyn. Im zaś bardziej rozwija się podział pracy i zastosowanie maszyn, tym silniej wzmaga się rywalizacja pomiędzy robotnikami, tym bardziej spada płaca za pracę.

A w dodatku klasa robotnicza powiększa się jeszcze o ludzi z wyższych warstw społecznych; bankrutuje mianowicie masa drobnych przemysłowców i drobnych rentierów, którym nie pozostaje nic innego, jak tylko stanąć do pracy obok robotnika.

Las sterczących do góry i wyciągniętych po pracę rąk staje się coraz gęstszy, a same ręce coraz chudsze.

Oczywiście, drobny przemysłowiec nie może dotrzymać placu w walce, w której jeden z pierwszych warunków stanowi produkcja na coraz większą skalę, tj. gdzie trzeba być wielkim przemysłowcem, podczas kiedy on jest drobnym.

Że procenty od kapitału spadają w takim samym stopniu, w jakim się powiększają rozmiary kapitału i w jakim kapitał wzrasta, że więc drobny rentier nie może się już utrzymać ze swej renty, że zatem musi się rzucić do przemysłu, powiększyć liczbę kandydatów do stanu proletariusza, wszystko to nie wymaga dowodzenia.

Wreszcie w tym samym stopniu, w jakim kapitaliści zmuszeni są przez naszkicowany powyżej rozwój przemysłu do eksploatowania na coraz większą skalę i tak już olbrzymich środków produkcji i do poruszenia w tym celu wszystkich sprężyn kredytu, w tym samym stosunku potęgują się przemysłowe trzęsienia ziemi, od których świat kupiecki ratuje się, jedynie przynosząc w ofierze podziemnym bóstwom część swego bogactwa, produktów, a nawet samej siły wytwórczej — jednym słowem w tym samym stosunku potęgują się kryzysy. Staja się one częstsze i dotkliwsze już wskutek tego, że równolegle do wzrostu ilości produktów, a zatem równolegle do potrzeby rozleglejszych rynków, rynek światowy coraz bardziej się kurczy; coraz bardziej zmniejsza się ilość niezajętych jeszcze rynków, każdy bowiem kryzys wciąga w wir handlu światowego nawet zupełnie dotąd nieznane lub też mało opanowane rynki. Kapitał zatem nie tylko żyje kosztem pracy. On prócz tego, jak władcy barbarzyńscy, zabiera za sobą do mogiły trupy swych niewolników, całe hekatomby31 robotnicze, ginące od kryzysów. Widzieliśmy więc, że jeżeli kapitał szybko wzrasta, to jeszcze szybciej wzrasta konkurencja pomiędzy robotnikami, czyli innymi słowy, tym bardziej dla klasy robotniczej zmniejszają się źródła zarobku, środki do życia, a wszakże szybki wzrost kapitału stanowi dla pracy najemnej jeszcze najbardziej korzystną okoliczność.

Proudhon

(Z „Socjaldemokraty” Nr 16, 17, 18 z roku 1865)

Londyn, 24 stycznia 65 r.

Szanowny Panie!

Wczoraj otrzymałem od Pana list, w którym prosi mnie Pan o szczegółową ocenę Proudhona32. Brak czasu nie pozwala mi na zaspokojenie Pańskiego żądania. Nadto ani jednego z jego dzieł nie mam obecnie pod ręką. Chcąc jednak dowieść Panu swej dobrej woli, nakreślę tę rzecz pokrótce. Może ją Pan uzupełnić, rozszerzyć, skrócić — jednym słowem uczynić z nią, co pan zechce.33

Nie pamiętam pierwszych występów Proudhona. Jego szkolna praca o „języku powszechnym” (Langue universelle) pokazuje, jak bez ceremonii brał się do rzeczy, do których rozwiązania brakło mu podstawowej wiedzy.

Jego pierwsze dzieło: Co to jest własność (Qu’est-ce que la propriété) jest zarazem bezwarunkowo najlepsze. Jest epokowe, jeżeli nie z powodu nowatorstwa treści, to w każdym razie z powodu pełnego śmiałości nowego sposobu wypowiadania myśli. Naturalnie, że w dziełach znanych mu francuskich socjalistów i komunistów „własność” była na różne sposoby nie tylko krytykowana, ale w sposób utopijny „znoszona”. W dziele tym zachowanie się Proudhona względem St. Simona34 i Fouriera35 jest takie samo jak Feuerbacha36 względem Hegla37. W porównaniu z Heglem Feuerbach jest karłem. A jednak stanowi on epokę po Heglu, ponieważ położył nacisk na pewne punkty, nieprzyjemne dla chrystianizmu i ważne dla dalszego postępu krytyki, które Hegel pozostawił był w tajemniczym półświetle.

W tym dziele Proudhona jeszcze panuje, że się tak wyrażę, silny styl, i to uważam za główną jego zaletę. Widzimy, że nawet wtedy, gdy jedynie skądinąd powtarza stare rzeczy, Proudhon odkrywa je samodzielnie; że wszystko, co powiada, stanowi dla niego i dla innych rzecz nową.

Wybujała zuchwałość, rzucająca się na największe ekonomiczne „świętości”, wspaniałe paradoksy, pod ciężarem których ugina się zdrowy rozum mieszczański, porywające sądy, gorzka ironia, tu i ówdzie przezierające rzeczywiste i głębokie uczucie oburzenia na widok sromotnej teraźniejszości, rewolucyjna powaga — dzięki temu wszystkiemu dzieło Co to jest własność podziałało elektryzująco i wywarło znaczny wpływ w swym pierwszym wydaniu. W ściśle naukowej historii ekonomii politycznej dzieło to zaledwie zasługuje na wzmiankę. Ale tego rodzaju sensacyjne dzieła odgrywają taką samą rolę w nauce, jak i w literaturze beletrystycznej. Weźmy dla przykładu dzieło Malthusa38 o ludności. W swym pierwszym wydaniu jest tylko sensacyjnym pamfletem, „sensational pamphlet”, a nadto plagiatem co do joty. A jednak jaką podnietę dał ten paszkwil na rodzaj ludzki!

Gdybym miał dziełko Proudhona pod ręką, z łatwością wykazałbym na kilku przykładach jego najgłówniejsze cechy. W rozdziałach, które sam uważa za najgłówniejsze, trzyma się antynomii39 Kantowskich — Kant40 był to jedyny wówczas znany mu z tłumaczeń filozof niemiecki — i pozostawia wrażenie, jakby na równi z Kantem uważał rozwiązanie antynomii za rzecz „niedostępną” rozumowi ludzkiemu, tj. za coś, względem czego jego własny rozum pozostaje w niewiedzy.

A jednak, pomimo całego pozornego zniweczenia wszystkich powag, już w dziele Co to jest własność odnajdujemy sprzeczność; mianowicie: z jednej strony Proudhon krytykuje społeczeństwo ze stanowiska i oczyma drobnego chłopa francuskiego (a później drobnomieszczanina, petit bourgeois), a z drugiej strony do oceny tego społeczeństwa używa miary, którą dziedziczy po socjalistach.

Braki dzieła wykazuje już sam tytuł. Pytanie zostało postawione do takiego stopnia fałszywie, że nie sposób było na nie odpowiedzieć należycie. Starożytne „stosunki własnościowe” zostały wyparte przez feudalne, a te przez „mieszczańskie”. Sama historia skrytykowała dawne stosunki własności. Proudhonowi chodziło o obecną, nowożytno-mieszczańską własność. Na pytanie, czym ona jest, można było udzielić odpowiedź jedynie przez krytyczny rozbiór „ekonomii politycznej”, która zawarła w sobie ogół tych stosunków własnościowych nie w ich prawnej postaci, jako objawów woli, ale w ich realnym kształcie, tj. jako stosunków produkcji. Kiedy Proudhon już raz cały ogół tych stosunków ekonomicznych uwikłał w ogólnym prawnym pojęciu „własności”, wtedy nie mógł wybiec poza odpowiedź udzieloną w tych samych słowach i w podobnej broszurze przez Brissota41 jeszcze przed rokiem 1789, mianowicie poza odpowiedź, że „własność jest kradzieżą”.

W najlepszym razie wynika stąd jedynie, że mieszczańsko-prawne pojęcia o „kradzieży” rozciągają się też na „uczciwy” zarobek mieszczanina. Z drugiej znów strony, ponieważ „kradzież”, będąc gwałtem popełnionym na własności, z góry już zakłada własność, uwikłał się przeto Proudhon we wszelkiego rodzaju, dla niego samego niejasne, fantazje co do rzeczywistej własności mieszczańskiej.

Podczas pobytu w Paryżu 1844 spotkałem się osobiście z Proudhonem. Wspominam tę okoliczność, albowiem do pewnego stopnia ciąży na mnie odpowiedzialność za ową „sophistication”, że użyję terminu, jakim Anglicy nazywają fałszowanie artykułów handlowych. Podczas długich, trwających całą noc rozpraw, zaraziłem go na jego własne nieszczęście filozofią Hegla, której jednak z braku znajomości języka niemieckiego nie mógł należycie przestudiować. Co zacząłem, ciągnął po mym wyjeździe z Paryża Karol Grun. Ten ostatni, jako zwiastun filozofii niemieckiej, miał tę wyższość nade mną, że sam jej ani źdźbła nie rozumiał.

Na krótko przed wydaniem swego drugiego dzieła, mianowicie Filozofii nędzy, sam Proudhon powiadomił mnie o tym w nadzwyczaj obszernym liście, mówiąc między innymi: „J’attends votre férule critique42. Krytyka ta wypadła dla niego w sposób (patrz moje dzieło Misère de la philosophie43, Paryż 1847), który przerwał na zawsze naszą przyjaźń.

Jak czytelnik zobaczy, dopiero Proudhona Filozofia nędzy, czyli system sprzeczności ekonomicznych zawiera właściwą odpowiedź na pytanie: „Co to jest własność?”. Istotnie, dopiero po wydaniu tego ostatniego dzieła zaczął swoje studia ekonomiczne; odkrył, że na postawione przezeń pytanie odpowiedzią nie są wymyślanie i łajanie, ale jedynie rozbiór nowoczesnej „ekonomii politycznej”. Zarazem podjął się przedstawienia systemu kategorii ekonomicznych dialektycznie. W miejsce nierozwiązalnych Kantowskich „antynomii” jako środek rozwoju występuje Hegelowska „sprzeczność”.

Nie będę wydawał szczegółowego sądu nad tym grubym, dwutomowym dziełem, odsyłam Pana do swej broszury polemicznej. Między innymi wykazałem w niej, że Proudhon bardzo mało zgłębił tajemnice naukowej dialektyki, że następnie podziela on wszystkie iluzje filozofii spekulatywnej, bowiem zamiast traktować kategorie ekonomiczne jako teoretyczny wyraz historycznych stosunków produkcji, odpowiadający pewnej fazie rozwoju produkcji materialnej, uważa je za odwieczne, stałe idee, i że przez to okrężną drogą znowu staje na stanowisku ekonomii mieszczańskiej.

W dalszym toku dowiodłem jeszcze, że jego znajomość „ekonomii politycznej”, krytykę której obrał sobie za zadanie, jest zaiste powierzchowna, a miejscami nawet wręcz uczniowska, że zamiast kształtowania wiedzy na podstawie krytycznego zbadania ruchu historycznego, ruchu, który sam z siebie wysnuwa materialne warunki wyzwolenia, ugania się on do spółki z utopistami za tak zwaną „nauką”, która ma a priori dostarczyć wzoru dla „rozwiązania kwestii społecznej”. W szczególności zaś wykazałem, że Proudhon co do wartości wymiennej, tej podwaliny wszystkiego, pozostaje w zupełnej niewiedzy i błędzie, a nawet w utopijnej interpretacji Ricardowskiej44 teorii wartości upatruje podstawę nowej wiedzy. W ogóle co do jego ogólnego stanowiska wydaję w streszczeniu następujący sąd:

„Każde zjawisko ekonomiczne posiada dwie strony, dodatnią i ujemną — oto jedyny punkt, odnośnie do którego Proudhon nigdy sam z sobą nie staje w sprzeczności. Według niego, ekonomiści uwydatnili dodatnią, a socjaliści wskazali na ujemną stronę. Od ekonomistów zapożycza konieczność wiecznych stosunków, a od socjalistów iluzję, że w nędzy należy dopatrywać się tylko nędzy (zamiast spostrzegania tutaj rewolucyjnych, niszczących sił, które obalą stare społeczeństwo). O ile zaś stara się oprzeć na powadze nauki, o tyle zgadza się z jednymi i drugimi. Dla niego wiedza sprowadza się tylko do skarłowaciałej dziedziny formułek naukowych: ugania się po prostu za wzorami. Odpowiednio do tego pan Proudhon łudzi się, że dał zarazem krytykę ekonomii politycznej i komunizmu, w rzeczywistości wszakże stoi niżej od obu. Niżej od ekonomistów, gdy jako filozof rozporządzający magiczną formułką uważa się za zwolnionego od wdawania się w ściśle ekonomiczne szczegóły; niżej od socjalistów, ponieważ nie ma ani należytej odwagi, ani dosyć zdrowego zmysłu, aby wydostać się poza widnokrąg mieszczański... Jako człowiek nauki chce stać ponad mieszczaninem i proletariuszem, w rzeczywistości zaś jest tylko drobnomieszczaninem, który waha się wciąż między kapitałem a pracą, ekonomią polityczną a komunizmem”.

Bez względu na całą surowość tego sądu, muszę jeszcze dzisiaj podkreślić każde jego słowo. Proszę jednak nie zapominać o tym, że, kiedy dzieło Proudhona ogłosiłem ewangelią drobnomieszczańskiego socjalizmu i wykazałem to teoretycznie, wówczas uchodził on jeszcze za krańcowego rewolucjonistę, zarówno w oczach socjalistów, jak też prawowiernych ekonomistów. Z tego też powodu nigdy nie uczestniczyłem w krzykach, jakoby „zdradził” rewolucję. Nie jego to wina, że pierwotnie nie pojęli go inni ani też on sam i że nie dotrzymał nieuzasadnionych nadziei.

W Filozofii nędzy, w przeciwieństwie do Co to jest własność, wszystkie wady Proudhona występują w sposób bardzo dla niego niekorzystny. Styl często odpowiada temu, co Francuzi zowią ampoule. Patetyczne spekulacyjne bzdurzenie, mające niby stanowić wykład niemiecko-filozoficzny, występuje, ilekroć Proudhonowi brakuje francuskiego dowcipu. Ton dzieła przypomina przekupkę i jej hymny na cześć swego towaru; szczególnie zaś dźwięczy w uchu bynajmniej nie orzeźwiające uwielbienie i fałszywe kokietowanie „nauki”. Zamiast prawdziwego żaru, który przenika na wskroś pierwsze dzieło, tutaj systematycznie przyodziewa w niektórych miejscach szaty retoryki. Do tego dodajmy wstrętne popisywanie się erudycją, właściwe tym samoukom, którzy postradali naturalne roszczenie do samodzielności ducha, chociaż uroili sobie, że jako dorobkiewicze w dziedzinie wiedzy powinni się chlubić z tego, czego nie posiadają i czym przestali być. Następnie drobnomieszczańskie pojmowanie rzeczy, w sposób brutalny napadające — napaść ani dowcipna, ani głęboka, a nadto nieuprawniona — na Cabeta45, męża zasługującego na szacunek dla swej podstawy wobec proletariatu, a jednocześnie ugrzecznione dla takiego np. Dunoyera46 (zresztą „radcy stanu”), jakkolwiek całe znaczenie Dunoyera polega na komicznej powadze, z jaką w trzech grubych i nie do zniesienia nudnych tomach głosi rygoryzm, o którym Helwecjusz47 rzekł: „On veut que les malheureux soient parfaits48.

Rewolucja lutowa49 zastała Proudhona zaiste nieprzygotowanego, na kilka bowiem tygodni przed nią dowodził niezbicie, że „gorączka rewolucyjna” minęła na zawsze. Jego wystąpienie w Zgromadzeniu Narodowym, jakkolwiek wykazało całe jego niepojmowanie bieżącej chwili, zasługuje wszakże na pochwałę. Po powstaniu czerwcowym50 był to czyn dowodzący wielkiej odwagi. Miało ono ten dodatni skutek, że Thiers51 w swej mowie, skierowanej przeciw projektom Proudhona i następnie opublikowanej w oddzielnej broszurze, wykazał przed całą Europą całą nicość i dziecinność zasad, na jakich wspierał się ten duchowy piewca francuskiej burżuazji. Wobec pana Thiersa Proudhon zaiste wyrósł na przedpotopowego olbrzyma.

Odkrycie przez Proudhona „ bezpłatnego kredytu”, crédit gratuit, i opartego na nim „banku ludowego” były jego ostatnimi „czynami” na polu ekonomicznym. W dziele Przyczynek do krytyki ekonomii politycznej (str. 59–64) dowiodłem, że teoretyczna podstawa jego poglądów wynika z niezrozumienia podstawowego czynnika mieszczańskiej „ekonomii politycznej”, mianowicie stosunku towaru do pieniędzy, podczas gdy praktyczne plany są po prostu jedynie powtórzeniem o wiele starszych i lepiej rozwiniętych projektów. Że instytucja kredytu, jak to widzieliśmy np. w początku XVIII, a później XIX stulecia w Anglii, może przyczynić się do przesunięcia majątku z jednej klasy do drugiej, że w pewnych warunkach ekonomicznych i politycznych może przyspieszyć emancypację klasy roboczej — wszak to nie ulega wątpliwości. Ale uważać procentujący kapitał za główną postać kapitału, ale szczególną formę kredytu, rzekome zniesienie procentu, chcieć uczynić punktem wyjścia dla przewrotu społecznego — wszystko to jest filisterską52 mrzonką. Mrzonki te spotykamy już w lepszym opracowaniu u ekonomicznych przywódców angielskiego drobnomieszczaństwa z XVII wieku. Polemika Proudhona z Bastiatem53 (1850) na temat procentującego kapitału stoi o wiele niżej od Filozofii nędzy. Doszedł do tego, że nawet Bastiat może go pobić, sam zaś tylko wybucha krzykiem, gdy przeciwnik zbytnio mu dopiecze.

Kilka lat temu Proudhon napisał dzieło konkursowe — zdaje się, że konkurs ogłosił rząd kantonu Lozanny — o Podatkach. Tu nie spotykamy nawet najmniejszego śladu geniuszu — pozostał tylko drobnomieszczanin najczystszej krwi, petit bourgeois tout pur.

Co się zaś tyczy politycznych i filozoficznych broszur Proudhona, we wszystkich panuje ten sam duch sprzeczności, dwoistości, co w dziełach ekonomicznych. Przy tym posiadają one znaczenie jedynie lokalne, ograniczone do Francji. Niemniej jego walka z religią, kościołem itd. miała ogromną wartość na owe czasy, kiedy francuscy socjaliści uważali za stosowne zwalczać mieszczański wolterianizm XVIII i niemiecki ateizm XIX w. religijnością. Piotr Wielki barbarzyństwem zgniótł ruskie barbarzyństwo, a Proudhon frazesem tępił francuską frazeologię.

Nie tylko jako nieudane, ale nadto jako nikczemne dzieła, jakkolwiek nikczemność ta jest właściwa drobnomieszczańskiemu punktowi widzenia, musimy napiętnować jego broszurę o zamachu stanu, w której kokietuje Ludwika Bonaparte54 i zaiste stara się dla niego pozyskać robotników francuskich, oraz jego ostatnią broszurę przeciwko Polsce, w której na cześć cara wygłasza cyniczne i kretyńskie poglądy.

Często porównywano Proudhona do Rousseau55. Nie ma nic bardziej błędnego. Raczej przypomina on Lingueta56, którego dzieło Théorie des loix civiles jest zresztą genialną książką.

Z natury Proudhon skłaniał się ku dialektyce. Ale ponieważ nigdy nie pojął rzeczywistej naukowej dialektyki, przeto użył jej tylko na sofizmaty57. W samej rzeczy było to nieodłączne od jego drobnomieszczańskiego stanowiska. Drobnomieszczanin, zupełnie tak samo jak historyk Raumer, składa się z „z jednej strony” i „z drugiej strony”. Spostrzegamy to w jego zainteresowaniach ekonomicznych, a więc i w jego poglądach politycznych, religijnych, naukowych i estetycznych; to samo w jego etyce i „każdej rzeczy, która jego jest”58, in everything. Jest uosobioną sprzecznością. Jeżeli będzie, jak Proudhon, człowiekiem bogato uposażonym umysłowo, wtedy w krótkim czasie wyćwiczy się korzystać z własnych sprzeczności i wytwarzać z nich wedle potrzeby jaskrawe, odurzające, to skandaliczne, to olśniewające paradoksy. Szarlataństwo w nauce i oportunizm w polityce są nieodłączne od takiego stanowiska. Działa tu tylko jeden jedyny bodziec, próżność osobista, i jak każda próżność, ugania się jedynie za powodzeniem w chwili obecnej, za oklaskami na dzisiaj. Z konieczności więc zanika wszelki takt i moralność, które np. Rousseau powstrzymywały od wszelkiego, nawet pozornego kompromisu z istniejącym porządkiem. Być może czasy późniejsze będą w tym widziały charakterystykę ostatniego okresu Francji, że Ludwik Bonaparte był jej Napoleonem, a Proudhon zarazem Rousseau i Wolterem.

Musi Pan przyjąć na siebie odpowiedzialność, że w tak krótkim czasie od zgonu Proudhona wyznaczył mi pan funkcję sędziego.

Karol Marks

Nędza filozofii. Odpowiedź na dzieło Proudhona Filozofia nędzy

Przedmowa

Proudhon59 na tyle nie ma szczęścia, że nigdzie się na nim poznać nie mogą. We Francji ma on prawo uchodzić za nietęgiego ekonomistę, gdyż widzą w nim potężnego filozofa niemieckiego. W Niemczech znowu może być uważany za kiepskiego filozofa, albowiem uchodzi za jednego z wybitniejszych ekonomistów francuskich. Z naszego dwoistego stanowiska, jako Niemca i ekonomisty, czujemy się w obowiązku zaprotestowania przeciw temu podwójnemu błędowi.

Czytelnik pojmie, że w tej niewdzięcznej pracy wielokrotnie zmuszeni będziemy zaprzestać krytyki Proudhona, aby zająć się krytyką filozofii niemieckiej, a nadto od czasu do czasu powiedzieć kilka słów o ekonomii politycznej.

Rozdział pierwszy. Odkrycie naukowe

I. Wartość wymienna a użytkowa

„Właściwość wszystkim wspólna przedmiotom, czy to są wytwory przemysłu, czy też dary przyrody, a mianowicie, że wszystkie one jednako służą człowiekowi do utrzymania, zowie się wartością użytkową; własność znowu ta, że się nawzajem one wymieniają jest wartością wymienną. Jakim sposobem wartość użytkowa staje się wymienną? Powstania idei wartości [wymiennej] nie wyświetlili ekonomiści z należytą starannością, musimy się zatem nad tym pytaniem zatrzymać. Ponieważ spośród rzeczy, których pożądam, wiele istnieje w naturze jedynie w szczupłej ilości lub też zgoła nie występuje, muszę więc własnoręcznie wytwarzać to, czego mi braknie, a ponieważ nie mogę brać się do tylu rzeczy osobiście, zwracam się zatem ku innym ludziom, swym współpracownikom w innych gałęziach działalności, z propozycją, aby pewną część swoich wytworów wymieniali na moje produkty” (Proudhon, tom I, rozdz. II).

P. Proudhon stawia sobie za zadanie przede wszystkim wyjaśnienie podwójnej natury wartości, rozdwojenia wartości, powstania wartości wymiennej z użytkowej. Wraz z p. Proudhonem musimy zatrzymać się na tym akcie przekształcania. Zobaczmy, jak, zdaniem naszego autora, dokonuje się ten akt.

Nader znacznej ilości produktów nie spotykamy w naturze, a musi je dopiero wytworzyć przemysł. Skoro potrzeby przewyższają samorzutną produkcję ze strony przyrody, człowiek zmuszony jest do zawezwania na pomoc produkcji przemysłowej. Czym jest ta ostatnia w pojęciu p. Proudhona? Jak powstała? Pojedynczy człowiek potrzebujący mnóstwa rzeczy „nie jest w stanie tak wielu rzeczom podołać”. Ile mamy zaspokoić potrzeb, tyle musimy wytworzyć rzeczy. Nie ma bowiem produktu bez produkcji. Takie zaś mnóstwo rzeczy, jakie mamy wytworzyć, każe już z góry zakładać więcej nad jednego wytwórcę. Odkąd zaś przyjmujemy, że w produkcji uczestniczy więcej niż jeden człowiek, od tej chwili założyliśmy już istnienie całej produkcji opartej na podziale pracy. A zatem potrzeba, jak ją pojmuje p. Proudhon, każe zakładać całkowity podział pracy. Zakładając zaś podział pracy, tym samym mamy już do czynienia z wymianą, a więc i z wartością wymienną. Moglibyśmy zatem z taką samą racją z góry już założyć istnienie wartości wymiennej.

Ale p. Proudhon woli obracać się w kółku; idźmy więc jego manowcami, które wciąż będą nas sprowadzać z powrotem do punktu wyjścia.

Aby wydobyć się z takiego stanu rzeczy, gdzie każdy jako odludek na siebie pracuje, i dojść do wymiany, „zwracam się — powiada p. Proudhon — do swych współpracowników w różnorodnych gałęziach działalności”. A więc mam już współpracowników, z których każdy zajmuje się odmienną gałęzią działalności, chociaż — wciąż według założeń Proudhona — ani ja, ani inni nie wyzwoliliśmy się jeszcze z samotniczej i niezbyt społecznej sytuacji Robinsona. Współpracownicy i różne gałęzie pracy, podział pracy i wymiana, wszystko to spadło z nieba.

Streszczam: mam potrzeby oparte na podziale pracy i wymianie. P. Proudhon, przyjmując te potrzeby, tym samym przyjął już istnienie wymiany i wartości wymiennej, „których jednak powstanie” postanawia sobie „wyśledzić z większą niż inni ekonomiści starannością”.

P. Proudhon równie dobrze mógłby ten porządek rzeczy wywrócić zupełnie na opak i zgoła nie zaszkodziłby tym słuszności swych rozumowań. Dla wyjaśnienia wartości wymiennej trzeba mu wymiany. Dla wyjaśnienia z kolei wymiany potrzeba podziału pracy. Aby zaś wyjaśnić ten podział pracy, potrzebuje on potrzeb czyniących z podziału pracy konieczność. Wreszcie, by wyjaśnić te potrzeby, należy je jedynie „przyjąć jako założenie”, co wszakże zgoła jeszcze nie jest ich negacją, wbrew pierwszemu pewnikowi z Proudhonowskiego prologu: „przyjąć istnienie Boga jako założenie jest to zaprzeczyć jego istnieniu” (Prolog, str. 1).

Jak teraz postępuje p. Proudhon z podziałem pracy, który zakłada sobie jako daną wiadomą, by wyjaśnić wartość wymienną, rzecz wciąż dla niego niewiadomą? Oto „pewien człowiek” zwraca się ku innym ludziom, swym współpracownikom w różnych gałęziach działalności, z propozycją rozpoczęcia wymiany i odróżniania wartości wymiennej od użytkowej. Przystawszy na to proponowane odróżnianie, współpracownicy uwolnili p. Proudhona od wszelkich „kłopotów” prócz jednego: przy tych warunkach potrzebował jedynie zauważyć ten fakt, „zanotować i zaznaczyć powstanie idei wartości” w swym traktacie ekonomii politycznej. Jednak powinien by nam wyjaśnić „źródło” tej propozycji, powiedzieć, jakim sposobem ten samotnik, ten Robinson, nagle doszedł do tego, aby uczynić swym współpracownikom tego rodzaju propozycję, i czemuż ci współpracownicy bez żadnego wahania ją przyjęli.

Ale p. Proudhon nie wdaje się w te szczegóły genealogiczne. Czynowi wymiany nadaje pewnego rodzaju historyczne piętno, przedstawiając go jako umowę zaproponowaną przez osobę trzecią, która dążyła do ustanowienia tej wymiany.

Oto próbka „historyczno-opisowej metody” p. Proudhona, który z dumną pogardą spogląda na „historyczno-opisową metodę” A. Smitha60 i Ricarda61.

Wymiana ma swą własną historię. Jej rozwój przeszedł przez różne fazy.

Były takie czasy — np. wieki średnie — kiedy wymieniano jedynie nadwyżkę produkcji nad spożyciem.

Następnie były też takie czasy, kiedy nie tylko nadwyżkę, lecz wszystkie produkty, całe istnienie przemysłowe pochłaniał handel, kiedy więc produkcja była całkiem uzależniona od wymiany. Jak wyjaśnić tę drugą fazę wymiany, tę wartość wymienną podniesioną do drugiej potęgi?

P. Proudhon ma odpowiedź na poczekaniu: dajmy na to, że pewien człowiek „zaproponował innym ludziom, swym współpracownikom w innych gałęziach działalności” podnieść wartość wymienną do drugiej potęgi.

Wreszcie nastały czasy, kiedy wszystko, co ludzie uważali dotychczas za święte, stało się przedmiotem wymiany, handlu. Są to czasy, kiedy rzeczy, których dotychczas udzielano, lecz nie sprzedawano: cnota, miłość, przekonanie, wiedza, sumienność i inne, kiedy jednym słowem wszystko stało się przedmiotem handlu. Są to czasy powszechnej sprzedajności, ogólnego frymarczenia, albo — że użyjemy języka ekonomii — czasy, w których każda rzecz, natury fizycznej, jak też moralnej, wędruje jako wartość wymienna na rynek, aby tu zostać oszacowana stosownie do swej rzeczywistej wartości.

Jak teraz wyjaśnić tę nową, a zarazem ostatnią fazę wymiany, tę wartość wymienną podniesioną do trzeciej potęgi?

P. Proudhon nie dałby czekać na odpowiedź: przypuśćmy, że pewna osoba „innym osobom, swym współpracownikom w innych gałęziach działalności zaproponowała” z cnoty, miłości i innych uczynić wartość handlową, podnieść wartość wymienną do trzeciej potęgi.

Jak widzimy, „historyczno-opisowa metoda” p. Proudhona służy do wszystkiego, na wszystko odpowiada i wszystko wyjaśnia. Trzeba np. historycznie wyjaśnić „powstanie pewnego pojęcia ekonomicznego”, on natychmiast wprowadza on na scenę jakiegoś człowieka, który proponuje innym ludziom, „swym współpracownikom w innych gałęziach działalności”, aby dokonali tego aktu stworzenia — i już po wszystkim.

Odtąd też i my przyjmiemy „powstanie” wartości wymiennej za czyn dokonany; chodzi więc teraz tylko o wyjaśnienie stosunku wartości wymiennej do wartości użytkowej. Posłuchajmy p. Proudhona.

„Ekonomiści bardzo dobrze uwydatnili dwoisty charakter wartości, lecz nie przeanalizowali z takim samym stopniem ścisłości jej istoty sprzecznej w samej sobie — tu zaczyna się nasza krytyka... Ale nie dość wskazać w wartości wymiennej i użytkowej ten rażący kontrast, w którym jednak ekonomiści przywykli widzieć rzecz nader prostą, lecz nadto należy dowieść, że ta pozorna prostota kryje głęboką tajemnicę, której przeniknięcie jest naszym obowiązkiem... Że wyrazimy się technicznie, wartość użytkowa i wymienna pozostają w odwrotnym do siebie stosunku”.

Jeżeli trafnie pojęliśmy p. Proudhona, chce on wywieść następujące cztery punkty:

1) Wartość wymienna i użytkowa stanowią rażący kontrast, przeciwstawiają się sobie wzajemnie.

2) Wartość wymienna i użytkowa znajdują się w odwrotnym do siebie stosunku, przeczą sobie.

3) Ekonomiści nie zauważyli, nie pojęli ani tej sprzeczności, ani przeciwstawności.

4) Krytyka p. Proudhona zaczyna od końca.

Zacznijmy i my też od końca i, aby oczyścić ekonomistów od zarzutów Proudhona, posłuchajmy dwóch dość wybitnych ekonomistów.

Sismondi62 powiada: „Handel wszystko sprowadza do przeciwstawności między wartością wymienną a użytkową” (Etudes, tom 2, str. 162, wyd. brukselskie).

Lauderdale63: „W ogóle bogactwo narodowe (wartość użytkowa) zmniejsza się w miarę tego, jak prywatne majątki wzrastają wskutek podnoszenia się wartości wymiennej; ze spadkiem tej wartości zmniejszają się majątki” (Recherche sur la nature et l’origine de la richesse publique, tłumaczenie Largentila de Lavaise, Paryż 1808).

Na antagonizmie między wartością wymienną a użytkową Sismondi oparł swą główną teorię, według której dochód zmniejsza się w stosunku prostym do wzrostu produkcji.

Lauderdale z kolei zbudował swój system na podstawie odwrotnego do siebie stosunku tych obu rodzajów wartości, a jego teoria za czasów Ricarda była tak popularna, że ten mógł o niej mówić jako o rzeczy powszechnie znanej.

„Skutkiem pomieszania wartości wymiennej i bogactwa (wartości użytkowej) zrodził się pogląd, jakoby można było powiększyć bogactwo zwiększenia ilości niezbędnych do życia, pożytecznych lub przyjemnych rzeczy” (Ricardo, Principes d’economie politique, tłumaczenie franc. Constancio, z notami J. B. Saya, Paryż 1835, t. 2, rozdział o bogactwie i wartości).

Widzimy, że już przed p. Proudhonem ekonomiści „wskazali” na głęboką tajemnicę zawartą w tej sprzeczności i przeciwstawności. Zobaczmy teraz jak po ekonomistach Proudhon ze swej strony tłumaczy ową tajemnicę.

Jeżeli popyt pewnego produktu pozostaje bez zmiany, to jego wartość wymienna spada w miarę wzrostu podaży; innymi słowy: im więcej jest produktu w stosunku do zapotrzebowania, tym niższa jego wartość wymienna, czyli cena. Na odwrót: im słabsza podaż w porównaniu do popytu, tym wyżej podnosi się wartość wymienna, czyli cena produktu; innymi słowy: im rzadsze w stosunku do zapotrzebowania są oferowane produkty, tym bardziej rośnie ich cena. Wartość wymienna produktu zależy od jego obfitości lub rzadkości — lecz zawsze w stosunku do zapotrzebowania. Weźmy jakiś więcej niż rzadki przedmiot, a nawet jedyny w swym rodzaju produkt: będzie go aż za dużo, będzie niepotrzebny, jeśli nie ma na niego zapotrzebowania. Bywa też odwrotnie: kiedy weźmiemy w jakiś produkt istniejący w tysiącach sztuk, będzie go mało, jeśli nie będzie zaspokajał zapotrzebowania, tj. jeżeli będzie na niego zbyt duży popyt.

Są to, można powiedzieć, prawie powszechnie znane ogólniki, musieliśmy je jednak wypowiedzieć, aby uprzystępnić zrozumienie Proudhonowskich tajemnic.

„Chcąc zbadać tę zasadę aż do ostatecznych jej konsekwencji, z konieczności dojdziemy do tego najbardziej logicznego wniosku, że rzeczy, które są niezbędne, a ich ilość nieskończona, nie posiadają żadnej wartości; te zaś, których użyteczność równa się zeru, a są nader rzadkie, powinny mieć cenę nieskończenie wysoką”.

„Zamęt ten do ostateczności doprowadza ta okoliczność, że w gruncie rzeczy nie spotykamy się z tymi dwiema skrajnościami: z jednej strony żaden produkt ludzki nie zdoła pod względem ilości posiąść nieskończonych rozmiarów, z drugiej znowu najrzadsze nawet rzeczy muszą być choć w pewnym stopniu użyteczne, gdyż inaczej nie miałyby żadnej wartości. Wartość użytkowa i wymienna są zatem z konieczności ze sobą spojone, chociaż co do swej istoty dążą one do wzajemnego wykluczenia się” (t. I, str. 39).

Czemuż zamęt Proudhona dochodzi aż do ostateczności? Ponieważ przeoczył zapotrzebowanie; że pewna rzecz może znajdować się w obfitości lub też być rzadka tylko w porównaniu do zapotrzebowania. Usunąwszy popyt, p. Proudhon przyjmuje tym samym, że wartość wymienna równa się rzadkości, a użytkowa obfitości. Istotnie, powiadając, że rzeczy, których użyteczność równa się zeru i które są krańcowo rzadkie, mają nieskończenie wysoką cenę, mówi on po prostu, że wartość wymienna to nic innego jak tylko rzadkość. „Krańcowa rzadkość i równa zeru użyteczność” — to tylko rzadkość w postaci czystej. „Nieskończenie wysoka cena” stanowi maksimum wartości wymiennej, to wartość wymienna w postaci czystej. Oba te wyrażenia zrównuje on między sobą. Wartość wymienna i rzadkość są zatem terminami równoznacznymi. Doszedłszy do tych pozornie „ostatecznych wyników”, Proudhon w samej rzeczy do ostateczności doprowadził słowa, lecz nie treść, jaką one posiadają; bawi się raczej w retorykę niż w logikę. Gdzie spodziewa się znaleźć nowe wnioski, tam znajduje jedynie swe pierwotne założenia w całej ich nagości. Wskutek takiego samego postępowania utożsamia też wartość użytkową i czystą obfitość.

Przyrównawszy wartość wymienną do rzadkości, a wartość użytkową do obfitości, p. Proudhon ze zdziwieniem spogląda, czemuż nie znajduje wartości użytkowej w rzadkości i w wartości wymiennej, ani też wartości wymiennej w obfitości i w wartości użytkowej; a widząc, że w praktyce życiowej nie ma tych krańcowości, musi uwierzyć w jakąś tajemnicę. Istnieje dla niego jakaś nieskończenie wysoka cena, ponieważ nie ma na nią nabywców — a tych nigdy nie znajdzie, dopóki nie weźmie w rachubę zapotrzebowania.

Z jednej strony zdaje się, jakoby obfitość u p. Proudhona powstała sama z siebie. Zapomina on, że wytwarzają ją ludzie i że w ich interesie leży liczenie się z zapotrzebowaniem. W innym bowiem razie skąd doszedłby p. Proudhon do twierdzenia, że rzeczy bardzo użyteczne muszą być bardzo tanie lub nawet nic nie kosztować? Przeciwnie, powinien by wywnioskować, że aby podnieść cenę bardzo użytecznych rzeczy, czyli ich wartość wymienną, należy ograniczyć ich obfitość, ich produkcję.

Kiedy dawni właściciele winnic francuskich żądali prawa zabraniającego sadzenia nowych winnic, kiedy Holendrzy palili azjatyckie przyprawy korzenne i tępili krzewy gwoździkowe, dążyli swym postępowaniem po prostu do zmniejszenia obfitości towarów, aby podnieść ich wartość wymienną. Całe średniowiecze trzymało się tej samej metody, ograniczając prawodawstwem ilość czeladników w warsztacie jednego majstra oraz liczbę narzędzi, którymi mógł się posługiwać (patrz Anderson, Histoire du commerce).

Przedstawiwszy obfitość jako wartość użytkową, a rzadkość jako wymienną — a nie ma nic łatwiejszego jak dowieść, że obfitość i rzadkość są do siebie w stosunku odwrotnym — Proudhon utożsamia wartość użytkową z podażą, a wymienną z popytem. Aby tę antytezę uczynić jeszcze jaskrawszą, wprowadza nowe słowo, zastępując wartość wymienną przez „wartość z przeświadczenia”. Arena walki uległa zmianie — po jednej stronie mamy użyteczność (wartość użytkową, podaż), po drugiej przeświadczenie (wartość wymienną, popyt).

Jak pogodzić te wzajemnie sprzeczne czynniki? Jak doprowadzić je do porozumienia? Czyż da się znaleźć choćby jeden ich wspólny punkt?

„Zaiste — powiada p. Proudhon — mamy taki punkt: jest nim wolna wola. Cena, która powstaje z walki między podażą a popytem, między pożytkiem a przeświadczeniem, nie może być wyrazem wiecznej sprawiedliwości”.

Antytezę tę p. Proudhon snuje dalej:

„W swej postawie jako wolnego nabywcy jestem sędzią swych potrzeb, sędzią celowości przedmiotu i ceny, jaką za niego chcę dać. Z drugiej znów strony ty, jako wolny wytwórca, jesteś panem środków produkcji i możesz zmniejszyć swe koszty” (tom I, str. 42).

A ponieważ zapotrzebowanie, czyli wartość wymienna, jest tym samym co przeświadczenie, więc p. Proudhon powiada:

„Jest rzeczą dowiedzioną, że wolna wola stwarza przeciwstawność między wartością wymienną a użytkową. Jak rozwiązać tę przeciwstawność, dopóki istnieje wolna wola? I jakże poświęcić wolną wolę, nie poświęcając zarazem człowieka?” (t. I, str. 41).

Nie sposób zatem dojść do żadnego rezultatu. Mamy walkę między dwiema, że się tak wyrażę, niewspółmiernymi wielkościami, pożytkiem a przeświadczeniem, wolnym nabywcą a wolnym wytwórcą.

Przyjrzyjmy się rzeczy nieco bliżej. Podaż nie reprezentuje wyłącznie użyteczności, a popyt tylko przeświadczenia. Czyż ten, który nabywa, nie oferuje również ze swej strony pewnego wytworu lub pieniędzy, zastępujących wszelkie wytwory, i czyż zdaniem p. Proudhona nie reprezentuje on przez to pożytku, czyli wartości użytkowej?

Czyż z drugiej znowu strony, zbywający nie żąda jednocześnie pewnego wytworu lub pieniędzy, zastępujących wszelkie wytwory? Czy tym samym nie reprezentuje on przeświadczenia, wartości określonej przez przeświadczenie, czyli wartości wymiennej?

Popyt jest zarazem podażą i na odwrót. A zatem antyteza Proudhona, utożsamiająca podaż i popyt z pożytkiem i przeświadczeniem, spoczywa na czczej abstrakcji.

To, co Proudhon nazywa wartością użytkową, inni ekonomiści z taką samą słusznością zwą wartością z przeświadczenia. Niech wolno nam będzie zacytować jedynie Storcha64 (Cours d’economie politique, Paryż 1828, str. 88 i 99).

Jego zdaniem rzeczy, których potrzebę odczuwamy, nazywa się potrzebami; wartościami zaś nazywa się te rzeczy, którym przypisujemy wartość. Większość rzeczy ma wartość tylko dlatego, że zaspokajają potrzeby wytworzone drogą przeświadczenia. Jednak przeświadczenie o naszych potrzebach może ulegać zmianom, a tym samym może się także zmieniać użyteczność rzeczy, wyrażająca jedynie stosunek tych rzeczy do naszych potrzeb. Nawet przyrodzone potrzeby ulegają ciągłej zmienia. W rzeczy samej, jakaż rozmaitość np. panuje wśród przedmiotów stanowiących główne pożywienie różnych ludów!

Nie między pożytkiem a przeświadczeniem toczy się walka — wre ona między wartością sprzedażną, jakiej domaga się ten, kto coś zbywa, a wartością sprzedażną, którą proponuje ten, który pragnie to nabyć. Wartość wymienna produktu jest zawsze wypadkową tych przeciwnych sobie oszacowywań.

W ostatniej instancji podaż i popyt przedstawiają produkcję i konsumpcję, ale produkcję i konsumpcję oparte na wymianach między poszczególnymi osobnikami.

Produkt, który się oferuje, nie jest sam w sobie użyteczny. Dopiero spożywca przyznaje mu użyteczność. A nawet gdy mu już przyznano użyteczne własności, nawet wtedy nie stanowi on jedynie tego, co użyteczne. Podczas produkcji był wymieniany na różne koszty produkcji, jak surowiec, płacę roboczą itd. — a wszystko to są rzeczy mające wartość sprzedażną. W ten sposób dla wytwórcy produkt przedstawia pewną sumę wartości sprzedażnych. Oferuje on nie tylko pewien użyteczny przedmiot, lecz nadto, i to głównie wartość wymienną.

Co się tyczy popytu, jest on o tyle istotny, o ile ma do dyspozycji środki wymiany. A środki te są same produktami, wartościami wymiennymi.

W podaży i popycie znajdujemy z jednej strony produkt, na który poniesiono pewne koszty wartości sprzedażnych, oraz chęć sprzedania go, z drugiej strony — środki, które też kosztowały pewne wartości sprzedażne, i chęć kupna.

P. Proudhon wolnemu wytwórcy przeciwstawia wolnego nabywcę. Obydwu przypisuje metafizyczne własności. Może też z tego powodu powiedzieć: „Jest rzeczą dowiedzioną, że wolna to wola człowieka stwarza przeciwstawność między wartością wymienną a wartością użytkową”.

Dopóki wytwórca w społeczeństwie opartym na podziale pracy i jednostkowej wymianie coś produkuje — a takie jest założenie p. Proudhona — musi sprzedawać. Proudhon czyni wytwórcę panem środków produkcji, ale zgodzi się z nami, że posiadanie tych środków nie zależy od wolnej woli. Co więcej, te środki produkcji przeważnie są produktami, które uzyskuje z zewnątrz, a ponadto w nowoczesnej produkcji nie ma nawet takiej wolności, aby wytwarzać tyle, ile mu się spodoba — obecny rozwój sił wytwórczych zmusza go do produkowania w określonej, takiej czy innej, skali.

Nie bardziej od wytwórcy wolny jest spożywca. Jego przeświadczenie zależy od jego środków i potrzeb. A jedno i drugie wyznacza jego pozycja społeczna, zależąca znowu od całego ustroju społecznego. Robotnik kupujący ziemniaki i utrzymanka kupująca koronki jednakowo kierują się swoim przeświadczeniem; ale niejednakowość ich przeświadczeń wynika z odmienności ich pozycji — a ta jest wytworem ustroju społecznego.