Ballada morska

Po morzu, gdzie ryby jak jaskry

pryskały w górę i w głąb,

na korabiu1 z koralów jasnych

panieneczki błękitne się śmiały,

na skrętach srebrnych trąb

loki lotne jak obłoki kołysały

na przejrzystych muszelkach rąk.

Wyspy ciepłe kwitły jak żółw,

mewy szybkie, ostre jak igły

szyły ciszę, to ją cięły na pół

i u wody przypięte, stygły.

Zaśpiewaliśmy pierwszą pieśń,

zaśpiewajmy rapsod jak chmura:

zapadali się ogromni, aż po śmierć

do ciężkiego dna na czarnych sznurach.

Wyciągały ich dłonie krzepkie

całych w kuli srebrnej jak lód,

w dłoniach mieli perły od krwi lepkie,

oczy mieli smutniejsze niż chłód.

I prosili głosem smukłym: tam

chcemy na dół wrócić, gdzie śpiewnie

rosną ciała wygiętych gam

i szumiące jak ulewa modrzewie.

A na dnie płakali jak dzwonek,

powracali jak pęcherz wodny

i milczeniem tylko wiało od nich,

usta ziemi całowali zielone.

I na ląd wesoły nie zeszli,

i na dno nie spłynęli jak kamień,

tylko byli jak wzniesione ramię

kołyszące się to wzwyż, to w głąb.

Panieneczki błękitne się śmiały

na łodygach wodnych trąb.

I puściły panieneczki jasną sieć,

jak paluszki ich tak wiotką i jak rtęć,

wyłowiły, zapłakały, ciemne oczy całowały

i głęboką w nich aż do dna śmierć.

6 grudnia 1943

Przypisy:

1. korab (daw.) — statek. [przypis edytorski]