Do Matki Boskiej

Mario, obłoków ciszo.

Ciężko nam Boga dźwigać,

jeszcze ciężej odrosły świat,

nieba wysokie ciężej; nieba nad nami wiszą

jak przykazania ciemny kwiat.

Mario, tak bardzo boli, powiedzmy słowem prostym,

oto wszystko, całą maluczkość serc:

tu oto świty skazańców, tu oto dzieci, co rosły,

tu oto, Mario — milcząca nawet przed Bogiem śmierć.

Żeby się jeszcze unieść: o, natchnie ciepła muzyka,

ale już ziemia za ciężka, to dusze martwe jak ołów,

ciała i groby za ciężkie — stężałe bryły mozołu,

dym, płomień nad nami wykwita.

Cierpienie to kula, koło,

rzeźbi, lecz toczy się dokąd?

Mario przeczysta, oto są dłonie wyschłe jak ruczaj1,

z których by takie ogrody, zielone wybuchy drzew,

z których by domy jasności. A teraz oczy nauczaj,

jak w baldachimy przestrzeni trwogę zamienić i gniew.

Oto maluczkość nasza, śpiewaj, święta, nie ustań: —

czym wyższa topola śpiewu, tym bliżej dosięgnąć z dna.

Kończę. Oto już wszystko. Jak wióry wyschłe mam usta,

nimi, o cicha, ciebie jak wizerunek wycisnąć w twardych dniach.

sierpień 1943

Przypisy:

1. ruczaj (poet.) — strumień. [przypis edytorski]