IV. Dni

Jestem sam, ja i puste dni zmierzchem brunatne

jak liście poskręcane jesienią w agonii.

Dni z szelestu wysnute, z nocy bez majaczeń,

zwarzone cichym skrzypem kłamanej ironii.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

A może dni te skłamał ktoś, tępy przechodzień

plugawiący różowe odblaski i słowa,

i może kłamstwo spadnie szarzejącą nocą,

dni się zjawią zielenią i powiedzą: prowadź.

Skry sypną purpurowe z marzących obłoków

i szczęście białym koniem zatętni pode mną,

i powiem: naprzód, szczęście! Dni szeregiem runą

przez noc pachnącą bzami i gęstością ciemną.

Wolność napłynie w usta purpurowym krzykiem,

zieleń pogryzie szare, daltoniczne noce.

Pełność, jędrność i wolność powstawania będzie

nie nadgryzionym myślą, słodkawym owocem

i wtedy szczęście biczem gwiezdnym zatnę

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

teraz jestem ja i te puste dni brunatne...

jesień 38 r.