[Noc zielona była...]1

Noc zielona była. Po dniu skwarnym

głębokość jej szumiała jakby liście czarne,

w których mleczny rdzeń wyrósł, i kroplami gwiazd

odmierzał się powoli nieobjęty czas.

Maria czekała cicho. I zdało się, płynął

świat ogromny w oddechu nieba jak otchłanie,

co wiało wielkim oknem na stół, na posłanie

białe i nie dotknięte. Czekała, W milczeniu

na piersi ręce kładła, a wtedy się pienił

krwi jej rozgrzany napój i owoce mleczne

pęczniały jej pod dłonią, i czuła, jak bije

bolesna piąstka serca. I czuła, że żyje

łodyżka w niej maleńka, listeczkami dwoma

obejmująca miłość całą, jaką ona

i Jan zamknęli w sobie. I gdy rękę niżej

obsunęła, poczuła, jak ją szorstko liże

płomienny język ciszy. Brzuch miała jak kroplę

ogromną, w rozłożystą misę biódr zamknięty.

W takiej ciszy słyszała, jak na godzin stopnie

pnie się w niej ten rośliny puch, twardnieje w orzech

i czeka też, i milczy [...]

*

A był to bój jak skała ciężki, skrzepły w sobie.

Ulica była ciemna. Bił głos. Z okien nisko —

— zlęknionych oczu listek. Od krwi było ślisko.

Sypki grzechot o ściany. Potem świst. Schyleni,

przypadali głowami jak do dna — do ziemi.

A ziarna kul jak nici czerwone śród nocy

szyły wzburzoną ciemność. On zgarnął — na oczy

sypiący — potok włosów i jeszcze raz nabił,

i jak oporne zwierzę długo w dłoni dławił

broń. Znów trzepotał skrzydłem ołowianym

zerwany łańcuch strzałów. Potem granat w górę

trysnął i raz na zawsze zamilczał w ciemności

zmiażdżony bruk i bezruch czarnych ciał.

On jeszcze chwilę wyższy jakby stał

u ściany, przedłużony cieniem, potem skośny

jak kostur, co przy murze postawiony czekał,

ruszony, upadł. Tylko plusk bezgłośny

zamknął się nad nim cicho, noc się jak powieka

zmrużyła i zapadła. Jeszcze gwiazd ulewa

zza chmury wynurzona opadała z drzewa

i szumiał rudy kasztan strugami na wietrze,

i stało skamieniałe nad światem powietrze.

Sień wiała ciemna i z niej, zda się, płynął2

chłodny oddech zapachu róż, krwi i jaśminu.

A ona ręce wzniosła i w nich jakby kruchą

wazę, w której cierpienie jej zastygło ciężkie,

i już tych rąk opuścić ani wznieść nie mogła

wyżej. Wiał chłód spokojny i szumiała trwoga.

Była cisza. Powoli szli tak, nieśli razem

ciężar, co z każdym krokiem stawał im się głazem

w dłoniach serdecznych. Pościel wzdęta wklęsła

i leżał nieruchomy tak — jak przedmiot ważki,

który nie znając trwogi, nie zapragnął łaski.

Twarz miał rzeźbioną w wosku, minuty mu ryły

coraz ją głębiej, niżej zapadała w siebie,

i oczy, które tyle udźwignęły siły,

wędrowały daleko po otwartym niebie,

gdzie krajobraz zmniejszony żeglował spokojnie

na ukos burzom ludzkim, trwogom, łzom i wojnie.

Ona nie rzekła nic, tylko jej dłoń jak kwiat [...]

Przypisy:

1. [Noc zielona była...] — niniejszy tekst stanowi wariant utworu Wybór. [przypis edytorski]

2. Sień wiała ciemna i z niej, zda się, płynął — fragment odtąd aż do końca nie znajduje się w utworze Wybór. [przypis edytorski]