Poległym

Nocą, gdy ciemność jest jak zwierzę czarne,

stoi cisza jak lęku drgający biały słup.

I żyła śmierci bije: na marne — drży — na marne,

a rano znów się potknę o rozkopany grób.

A dniem stół pusty stoi, zabrakło na nim rąk,

które by razem ze mną wznosiły kruchą sieć,

a uporczywe twarze i ciała wokół siedzą,

jak gdyby tu przykute miłości mroczną wiedzą,

i głos na ścianach osiadł jak szron i dzwoni: «Leć!»

I każą mi: «Zapomnij!» Więc ręce ciężkie włożyć

w ciężarny ołów gliny i pracy toczyć głaz,

więc jeszcze dzień obrócić, jak mokry piach wyłożyć,

odetchnąć jeszcze śmiercią i jeszcze, jeszcze raz.

A potem znowu noc i słuchać długo trzeba,

jak schodów trzask się wznosi, jak dławi płótno czarne,

a w szyby śniegu bicz: «Na marne — drży — na marne!»

I życie w gardle tkwi jak ostry kamień chleba,

i czuję was w ciemności bez ziemi i bez nieba.

I wtedy trzeba wierzyć, i każą mi: «Zapomnij!»

I trzeba martwą broń zamienić w krzyż i płomień...

Ulice moich dróg są wszystkie w górę — strome,

i cienka struga krwi jak lont się spala — do mnie.

Żelazna miłość — tak — wybuchło, zgasło, starło,

pozostał tępy mus, co w pięści tkwi jak gwóźdź.

Zapomnieć teraz, zdrętwieć, milczeniem tak się struć,

żeby mi pisklę ognia na dłoni nie umarło.

Odeszli. Noc po nocy. Coraz to krzyk za gardło

i tylko cisza po nich i dzwoni śniegu słup,

ale się głupie ciało jak ciężki pień uparło,

choć rano — ktoś się potknie o mój dymiący grób.

6 stycznia 1944