[Świat — kryształowa kula...]

«Powiadam wam, kto zgorszy jednego z tych

maluczkich, nie wejdzie do Królestwa Niebieskiego».

Świat — kryształowa kula, gdzie ogromne raki

poruszają wąsami zwiększone przez szkło,

gdzie burze naprężone twarde runo1 trą

o mleczne bramy, a gwiazdy jak ptaki

spadają, zanim spojrzysz, już dotknęły czasu

i dźwięcząc przygniatają ramiona atlasów2.

A te barw kawalkady jak palety morza

rozwierające obraz — liście wieków wstecz,

a ten anioł o świcie, który kładzie miecz,

co się widzącym zdaje jako pożar

i co oślepia czasem, a czasem gna w ogień

tabuny dusz rozgrzanych, nim się staną Bogiem.

A te lwy niewidoczne, o ślepiach jak waga,

które unoszą czyny pomieszane snem

i z rzek człowieczych — czarno gorejącą krę,

aż oczyszczony płomień staje się i naga

prawda jak słup do góry uderza i łamie

skamieniałe niebiosa na światło i kamień

i po nocach ogniska, co z wysoka są

jak anielskie pochody wskazujących rąk,

a z bliska trzaskiem polan i chlebem człowieczym

lub przeciw szukającym jak strzegące miecze

małej sprawy i małych, pokurczonych oblicz,

które wokoło stoją tym ogniom podobne.

A ty gdzie stoisz? Czy cię w skos ukropów

wrzących w kadziach sklepienia złote grzywy niosą,

czy w dole zaplątany w motowiska włosów,

czy śliskich wodorostów dudniących potopów?

czy może geniusz srebrny o dłoniach, co światłem,

niesie cię między czasem a jego zwierciadłem?

O koro ludzka, że Bóg w tobie począł,

nic to. Bóg w siódmym dniu stworzenia spoczął,

a ty czym jesteś w ziemi wznoszący kolumny,

ty cieślo boskiej myśli, cieślo nierozumny?

Że duch był i że w tobie — to nie w dłoni twojej,

która jest jeno3 martwym ducha niepokojem.

Jeśli ręka niezdarna tak ufna jest w sobie,

o, niechże choć postawi krzyż na swoim grobie.

O ty, któremu dano żyć. Cóż więcej można!?

Dłoń boska zbyt rozrzutna jeszcze, nieostrożna,

że jeden kwiat ty pojąć możesz, a swą żądzą

potrafisz zabić tysiąc tych, co jak ty błądzą.

Dłoń boska zbyt ci hojna, jeśli ten kwiat dała,

a na pojęcie blasku jego ręka twa za mała,

jeśliś zapomniał głosu, głosu rozpoznania,

i jeśliś nie przypomniał, żeś jest snem czekania.

Ty cieślo boskiej myśli, co gdy już nie umiesz

być choć patrzącym na ogień i blask,

czynisz braci na obraz wypalonych miast,

aby jeśli być marnym musisz — to choć w tłumie.

Ty, kiedyś już przegniły strąk wielkiego drzewa,

kiedyś pominął napomnienia głos,

ślepe szczenięta ludzkie prowadzisz na stos,

aby pokazać im, jak Bóg się gniewa,

a pokazujesz przejrzysty łuk blasku

pokryty twoją dłonią — chimerami z piasku,

a rączki szukające napełniasz swą smołą,

by z nich nie wypadł miecz i biały gołąb.

Ale z nich są anioły-mściciele, co głosy

takie w górę uniosą, że zbieleją włosy,

i nim w topór z ołowiu zmienią się i runą,

będą oczom podobne boskim — stu piorunom,

będą wtedy krążące, pozbierane z ust,

z ust skarżących jak płomień i ognisty nóż,

a maluczcy, co niosą krzyż zwalony na nich,

wstaną w blasku. A straszne będzie zmartwychwstanie.

Wstaną w Bogu. A straszny będzie ten czas kary,

kiedy kora bez duszy wybuchnie pożarem

i pozostanie popiół, jeno garść popiołu,

jako ślad tych, co skradli lok złoty — aniołom.

początek maja 42 r.

Przypisy:

1. runo — wełnista sierść. [przypis edytorski]

2. Atlas — gigant, który za karę za udział w walce przeciw bogom olimpijskim z wyroku Zeusa dźwigał na barkach sklepienie niebieskie. [przypis edytorski]

3. jeno (daw.) — tylko. [przypis edytorski]