Święto umarłych

Smutek jakże ogromny. Zmierzch duszny dławi.

Drzewa i dymy rosną, ziemia się łączy z przestrzenią;

zachodzą w sobie jak włosy deszczu białymi kwiatami,

to znów, jak sięgnąć, światło porasta brunatną ziemią.

Ludzie i zioła jesienne zmieszani, splątani drżą,

wiatr nimi targa i dzwoni, nie wiedzieć w serca, czy w liście,

a oni coraz bledsi, a drzewa rumienią się, gną,

jakby po kropli z nich piły, syciły swój kolor ich krwią.

Jak ciężkie statki spływają na dno milczenia domy.

W tym kraju ludzie żywi po jednym schodzą do ziemi,

mieszkają w głębi ciemności coraz to niżej i niżej,

a rude niebo z wolna zaludnia szelest cieni;

nie wiedzieć, czy glina tak miękka, że stopy pochłania, gdy liże,

czy taka przestrzeń już gęsta, że wchodzą powoli w śmierć

po szarych stopniach powietrza. O co uderza pierś,

kiedy w szumieniu cmentarza spotyka łodyg ruch,

umarli to są, czy żywi tak przemieniają się w puch?

*

I widać matki skośnie schodzące po murze jak cień;

ich usta otworzą się, zamkną, lecz nie uchodzi krzyk.

Nie wiedzą, czy to się zaczął ciężki jak kamień dzień,

czy to jak sznur szary dusząc wloką się jeszcze sny,

w których wydarto im dzieci, a może po prostu wzrok,

bo już nie widzą i ślepe powietrze trzepotem tną

jak ptaki, aż wreszcie spadają, dymy i szum je oddala.

Powietrze porusza skrzydłem, napędza ciemności jak fala,

a z niej dziewczyna wyrasta pianą, szumi i świeci,

nabrzmiewa kształtem, szeleści, ręce jak gałąź kwitnącą

wyrzuca, jak woda opada, wiruje w liści zamieci,

szuka, dłonie obraca, zaklina powietrze i ziemię,

ale się cień nie zjawia, a cisza jeszcze jest głębsza,

więc znowu wiruje jak strumień, zamienia się w wielką łzę.

I spada milcząc boleśnie. To wszystko, co jeszcze umie.

I tylko pachnie po niej cisza jak kwiatów pęk.

*

Znów deszczu szare różyczki pryskają, zmywają ślad,

aż się z nich chmura wyłania ciężka, a może to z dołu

pieni się obraz jak morze pochmurny, huczy jak koło.

Oni ciągną powoli jak czarnej kurzawy bór,

ciemnością dmie, czaszki trzeszczą, hełm uderza o kość.

To się tak wieki zsuwają jak czarne warstwy gór

i spada ciężar w morza, topi się, parska jak wosk.

I idzie pomruk lwi zarytych w ziemię dział,

a oni ślepi suną żywi i martwi razem,

dłoń potrąca o piszczel, serce o żeber chrzęst,

idą omackiem, ciemność macają dłońmi jak mur.

Ciężki toczy się poszum coraz to głośniej, już głazem,

Aż świśnie, grzmotem się zwali i pęknie pieśń jak sznur: —

Nocy — śpiewają — nocy, straszliwa duszna powłoko

lepisz się gliną do stóp, a skuwasz pewniej niż stal.

Tak się wypiętrzać jak morza powałą, aż ku obłokom

i runąć znowu, i runąć. Cóż pozostaje? — żal?

Żal tylko — chyba za mało — na pragnień lawinę huczącą,

Żal tylko — chyba za śpiewnie — na śmierci oddech ogromny.

Nocy straszliwa, nocy, gdzie ty się kończysz — tam

rosną jak drzewa szumiące miasta błękitne i domy.

Nocy, gdzie ty się kończysz? Bo nawet u grobu bram

płaszcz twój do rzeki podobny wieje — to rzeka stracenia.

Ziemio — odpowiedz! — śpiewali. Milczała gorzka ziemia.

I jeszcze szereg, i jeszcze, sztandarów trzepotał liść.

Aż się zwaliły stulecia, cisza zapadła bez przemian

jak toń spokojna i obca, nawet nie marszczył jej wiatr.

I tylko serce słychać jak dudni, jak głuchym gra krokom,

gaśnie, podrywa się, tłucze: dokąd to? dokąd to? dokąd?

16 maja 1944