Kamienice

I

Kominy: wieże krótkie, dymiące, bez wiary — — —

Rynny: przewlekłe blachy, w których czas się pluszcze,

i balkon: smętne gniazdo dla chorych i starych,

wyścielone wilgocią, przystrojone bluszczem.

W podwórku, nędznym cyrku katarynek, śpiewów,

chorych papug, ciągnących szczęśliwe numera,

śpiewak z bożej niełaski schyla się bez gniewu

i grosz odczepny w bruku jak pieczarki zbiera.

Na gankach krzywi Żydzi z worami się wloką,

jęczą: handel! i kaszlą w zzieleniałej sieni.

— Noc latarnię księżyca podnosi wysoko

i świeci w martwe oczy nieboskich kamienic.

II

Wśród tych myśli zwapniałych,

tych sfinksów bez głowy,

wiosna niepostrzeżenie jawi się i znika,

deszczem się tylko znacząc

ciężkim, jowiszowym,

którego złoto chłoną cytryny śmietnika.

III

Jaskółki kreślą w locie

wiolinowe klucze,

nietoperz — klucz basowy.

Brzmi muzyka miasta.

Niebo, róża zachodu, krwawa i pierzasta,

zrzuca płatek w kałużę

i z barwy go płucze.

IV

Raz na najwyższym ganku, w pełnym słońcu, siadła

dziewczyna jak Zuzanna w słonecznej kąpieli.

Blask jej odbiły oczu pokątne zwierciadła —

Promień obleciał mury. Ludzie się zdumieli.

Migotały spojrzenia nieśmiałe, zawiłe,

trzech pięter jak trzech starców, wśród zgorszenia troski,

gdy ona trwała dalej, obrócona tyłem

do słońca, co ją w uścisk pochwyciło boski.