Reforma słów

Janowi Gwalbertowi Pawlikowskiemu, juniorowi — ofiarowuję

Ja, kochająca polską mowę,

widzę w niej z bólem braków dużo...

i choć niejedni się oburzą,

wprowadzę w nią

reformy nowe.

W wyrazach głębszy sens odkrywam,

odkurzam sekret

dawnych znaczeń,

aby ta mowa, wiecznie żywa,

brzmiała wciąż piękniej,

wciąż inaczej!

Więc RZECZOWNIKIEM zwę tragarza,

a SZATANAMI

zwykłych krawców.

Wyrazem BACHOR zaś wyrażam

Bacha najlepszych wykonawców.

Rozwód powinien brzmieć:

WESELE,

a złodziej — jakżeż, jak nie

BUCHAJ?

WIERZBĄ znów wiarę zwę nieśmiele,

słowo: PASIBRZUCH znaczy: kucharz.

HYCEL: — skoczek,

MASZTALERZ: — lokaj,

BARAN: — atleta w barach tęgi,

KOSZULE: — panny te urocze,

które koszami dają cięgi.

PRAŁAT: — piorący syna ojciec:

(tak mowę się udoskonala! )

a żonę, gdy na bale chodzić

pragnie za wiele —

zowię: BALAST.

CHORĄŻY: — pacjent,

PROSIĘ: — żebrak,

a słowo BOA

tchórz oznacza.

Słowo: kominiarz w PIECUCH przebrać

zdążyłam, szczęściem, jeszcze na czas.

PODRÓŻ jest to, co podrożało,

a KRAJCZYM

zowię patriotę.

WYJAZD: psa na łańcuchu żałość,

a CŁO — nie powiem, mniejsza o to!

Tę, która płacze, nazwę BECZKA —

a SKORKIEM znów: motocyklistę —

snoba — CHRABĄSZCZEM zwijmy raczej,

a MATNIĄ —

poród, oczywiście.

NALEŚNIK

zamiast leśniczego —

brzmi apetycznie,

w pamięć wrasta,

zaś rozrzutnika bezwstydnego

zwę WYDRWIGROSZEM —

no i basta.

KRYTYK:

bezpiecznie kryty człowiek,

POCIĘGLE —

nazwę konduktorów,

BRAT — jednym słowem — ten, co bierze!

SAMIEC: pustelnik z głębi boru.

I tak nocami, wieczorami,

projekt

reformy słów układam,

pracuję — wyczerpana, blada,

lecz zbożnie!

to przyznajcie sami!

„Cyrulik Warszawski”, listopad 1929