Drugie dotknięcie

[Dedykacja]

Marysi

Drugie dotknięcie

Krety

Irracjonalna potrzeba ciepła,

kiedy pół autobusu

opuszcza powieki

na przekrwione białka.

Mężczyźni śpią,

kobiety stoją.

Na szybach para

i wilgotne powietrze

jak papierowe ciasto

klei się w ustach.

Patrzymy przez siebie

na zewnątrz.

Na chmury

odsłaniające brakujące miejsca,

na dziury po dymie.

Czas sobie nic z tego,

nie oferuje nic w zamian.

Odkrywa bloki

o brudnych dziąsłach,

po wyjściu strzela

w żyły zielenią,

na stołach zostawia kurz

i wezwania

ze znienawidzonych urzędów.

Październik

Zapomniałem o nim. Więc dlaczego teraz —

jesienią, kiedy wiatr ładuje pod kołnierz

swój wilgotny jęzor? Kiedy jego żona i córka,

popychane, nie bez trudu nabijają na hak

wyszukane w trawie papiery i śmiecie,

a czarną foliową torbę wyrywa im z rąk?

Kim jest teraz, skoro z taką łatwością wydostał się

z kobiety i dziecka, za nic mając czas i odległość?

Ten sam co przed laty beret w kolorze zgniłego brązu,

sztuczna gałka oczna pod opadającą powieką.

Nagle obecny i równie realny, co malarze przed sklepem,

ciągnący wino z gwinta, choć to październik.

Czy tam skąd przychodzi, nie ma dla niego węża,

żeby jak tu podlewać mógł trawnik, i szpikulca

do nabijania petów rzuconych gdzie bądź?

Obce, stanęło przede mną — życie?

Trzy dni

Wyszedł po chleb i zniknął.

Kierowca ciężarówki był miły:

„To się zdarza, podrzucę”;

wszyscy pozostali — nie.

Teraz nie wie, skąd taki brud

po wyjściu z wanny, nie rozumie,

dlaczego trawa, igliwie.

Pokój z widokiem

Stanęli pod akacją

wplecioną niepewnie

w skwer tuż obok

alei różanych badyli,

które, jak wszystko tutaj,

i wszystkiemu wbrew,

próbują przeżyć jakoś tę zimę.

Ona prosi o coś,

on jej uparcie odmawia,

gestykulują mocno.

Potem on szuka czegoś,

jak się okazuje — zapałek.

Ona kupuje w kiosku

chusteczki higieniczne.

Zdaje się, i ich skuła ta zima.

A jednak przyjeżdża tramwaj

i mimo wszystko

zabierają się razem.

Prognoza

Jesień cofnęła się w lato —

nic sobie nie robi z świętych

zakazów, nieodwracalny porządek

rzeczy zaniedbuje się w obowiązkach.

Ale spójrz — to nas, nie innych,

upodobał sobie w ten świąteczny

czas zły cień. Wkrótce dopadną nas

wszystkie nasze zaniechania, złe

uczynki innych przejrzą się w naszych

uczynkach, proste fakty powiedzą

o nas więcej, niż skłonni bylibyśmy

odsłonić sami przed sobą.

O!

Zmarznięta ziemia pęka

na przekór cofającej się zimie.

Dzikie gęsi wracają postnym

niebem — patrzymy i...

cieszy! W kieszeniach bilon

łaskocze zziębnięte dłonie.

Wiatr pryska od klaszczących

futryn. „Nie wychodzić” —

umówiło się osiedle, wróciło

z kościoła, trwa przy swoim.

Ale, o! wróbel odciska

pieczęcie na szronie!

Sonet po przerwie

Kontra słońca, kiedy banery klaszczą

niczym powieki PRZYJAZDY/ODJAZDY

w holu opustoszałego dworca.

Jakże zdumiewają dziś zdania ulic,

równoważniki przecznic!

Mężczyźni wylegli z bram —

armia niepewnych przecinków

w drodze pod „Biedronkę”.

Średniki kobiet chłoną chłód w cieniu akacji,

wesoło płyną kursywy witryn.

Mówi to ktoś ukryty w naparstku cienia.

Notował na kartoniku, ale przestał.

Szatynka nuci szanty, wiatr dmie w żagiel

jej prania, jakby chciał przestawić Główną.

Godzina dziewiąta

Zielony masztowiec elewacji pręży

żagle okien w pierwszym słońcu.

Mewy anten wszczęły na dachu

świetlny zgiełk, czeszą skrzydła

nad bocianim gniazdem klatki schodowej,

którą ktoś akurat opuszcza się w dół.

Ich pióra dają znaki lusterkiem?

Lecz kim jest kobieta, która bez obaw

przemierza fale powodziowej trawy

pieniącej się czarno w korycie Warty,

czyją jest posłanką i jakie niesie wieści?

Opowieść wildecka

Co rano to samo miejsce wystawione

na sprzedaż oczom:

złuszczona płetwa kamienicy

na brzegu nieruchomego morza ulic,

mężczyzna-ptak uprząta śmieci

z plaży chodnika zalegające

po nocnym przypływie jak martwe ryby,

nerwowy rój w zatoce bramy.

Na słupach króluje miłość:

„Droga diskdżokejko, Beato, córko dróżników,

numer telefonu do ciebie był trefny,

odezwij się, bo tęsknię! Krasnoludek z «Panoramy»”.

A jednak język odwraca się od oczu tego miejsca.

Niewidzialna dłoń odpina kaburę

w trzcinach kominów, odbezpiecza spust.

Strażnik przygląda się zewsząd.

Niekonieczny list z wakacji

Dzień rozpoczął się od płaczu dziecka,

błękit przesuwał się nad blokami jak dynamit,

jak ebonitowa kość, kiść lodu.

Odniosłem wrażenie, że czyjaś twarz

przegląda się w kreskach asfaltu.

Górą i po bokach zielenie w płynnym pędzie,

ogryzek słońca odgryzł się zza wierzb.

Ruszyliśmy — już po kwadransie

wieloryb jeziora oddychał z trudem,

zaryty w piach u naszych stóp.

„Nie lubię myślników” — zagaił ktoś —

„Ich rozchełstanie zastąpiłbym najchętniej

pożywną mową prostolinijnych przecinków”;

nie było chętnych do podjęcia wątku.

Tylko cienie pod brudną pończochą wody

oddawały się zabawie w ciepło-zimno

i małolaty na brzegu wrzeszczały

przed odprawą za granicę zmysłów.

Dedykacja

Ciemna zmarszczka rzeki żłobi

równinę ciągnącą się stąd

aż do miejsca, gdzie jak podpalony

ul dogasa miasto; wiatr czesze

opustoszałe ulice. Czyja brzytwa

strzyże ich karki, czyja strzyże

ich szyje? Psi ząb — księżyc — gaśnie.

Świat ciemnieje: puls w skroniach

skazańca. Zaraz śnieg spadnie,

pokryje ich twarze. On pozna słone

jezioro jej brzucha, szubienicę

piersi. Zanim śnieg zgaśnie.

Lekcja anielskiego

Rzeczywiście. W zasadzie wszystko

stało się do przyjęcia. A że od razu

„Ciepło zabija”, „Wyróżniam przynajmniej

cztery rodzaje śniegu”, w końcu

„Zjadłem księżyc?” I to się zdarza.

Na razie wszakże jedynie mgły mamy

pod dostatkiem. Zieleń niepewna,

jak początki ognia, upomina się o nas

zza drzew. Zatańczę list do ciebie.

Zamilczę piosenkę. I takich wiatr nas

porwie (jak w bajkach, jak w baśniach).

Każde z własną melodią, w swojej koronce

snu. I chmury za oknem podają sobie

z ust do ust nasze pocałunki. Rzeczywiście.

Pamiątka po mojej Łodzi

Nocne dwadzieścia dwa kładzie plaster światła

na obtłuczonej fontannie, skręca, wprawia w gorączkę

pękniętą szybę w oknie. Neon-policjant zagląda

przez nie, donosząc bez troski o ortografię:

POLLENA — NAJLEPSZE ŚRODKI HEMICZNE,

pod blokiem taksówkarz dobija starego fiata.

Sajewicz, z niezawodną teczką, przyspiesza kroku.

Liście lipy, po nocy? Nagle prześwietlony: — „Dokumenty, proszę!”

Radość

Raptem życie zmienia się w „radość”,

dni płyną bezszelestnie jak kursywa

chmur w pogodną noc, choć

za oknami kwitnie już pierwsze

graffiti chłodu i miasto zbroi się

w popiele i ugry. Iskry twojego

śmiechu posiadły moc przemienienia —

staczam się z góry czasu, wciąż

szybciej i szybciej, przeszłość cofa się

za plecy na wstecznym biegu

jak poranna mgła, kieliszek z winem

stoi na łące ciała, usta mają smak mięty,

dłonie suną przez wzgórza brzucha

i piersi bezszelestnie jak wakacyjne pociągi,

za oknem miasto w woalu mroku,

jego niedościgła księga.

W tej podróży czekają nas wyłącznie

niespodzianki, choć będzie krótka

jak błysk flesza w zatoce oka.

Tymczasem usta przyjmują podarunek

ust, śmiech płynie rynną ulicy

jak wiosenny deszcz.

Jabłko

Kasztanowce uciekają za plecy

jak turyści zamykający

za sobą czym prędzej

drzwi wycieczkowych pociągów.

Kończy się ciepły wrzesień,

coś zastyga w pół ruchu — co?

Przez szybę autobusu widzę

dziewczynę z dzieckiem na ręku.

Śpią na pakowym papierze przed sklepem.

Wiatr szarpie drobne banknoty w jej czapce,

ona usta ma otwarte, głowa małego brudna jest

jak jabłko opiekane w ognisku.

Drugie dotknięcie

Obudził mnie głos konduktorki

i skrzep dymu na prześwietlonym niebie.

Otworzyłem oczy —

kopalnia unosiła się w powietrzu jak spławik.

Obok mnie jakaś dziewczyna

szeptała modlitwy pochylona nad książką do nabożeństwa.

Pociąg zwalniał,

pasja z jaką mówiła nabierała rozpędu.

Wychodząc, uśmiechnęła się —

poczułem uderzenie ciepła na wysokości serca.

Rozmowy rodzinne po latach

Tutaj wybuduję kort,

powiadomił ją,

ale na tyle głośno,

że słyszeli go wszyscy.

Południowe światło

przedarło się właśnie

przez mgłę, w której,

jak w dolinie,

tonęło miasto.

Samochody z ulicy

wprawiały szyby

w metaliczny dreszcz.

W kominku ogień

płonął przyjaźnie,

zaczerniając systematycznie

ochronne szkło.

Fasada i schody domu,

obserwowane z dołu,

istotnie prezentowały się

imponująco: ta kreska...

i włoski marmur

o niepowtarzalnej fakturze —

kazałem go sprowadzić

prosto z Palermo!

Na podjeździe, obok lipy,

jak zawstydzona dziewczynka

nie odrywająca wzroku

od sznurowadeł,

stała jodła mongolska.

Tutaj wybuduję kort —

chciał, aby to zdanie dotarło.

Oni jednak zapamiętają

nieokreślony gest matki.

Dłonie kreślące nad głową

znak kapitulacji.

Lub zgody.

Potem

Potem wynieśliśmy jego meble. Na podwórku

czekała ciężarówka gotowa do drogi.

W środku resztki cementu, splątane łańcuchy,

szmaty, tłuste papiery, koce.

Tyle rzeczy — nagle — stało się śmieciem.

Odwrócone krajobrazy lustra, kredens

z kolejnymi warstwami farby, które pękały

jak rzeczne dno po ustąpieniu wody,

licznik sprawdzany przez niego dzień przed

wizytą inkasenta. Oraz inne. Potem

opuściliśmy to miejsce, krzycząc i kłócąc się

o drobiazgi. Nie obejrzała się nawet

na poszarpane odłamkami ściany. Potem, w innym

mieście, podarła wszystkie zdjęcia i listy

od niego i zestarzała się szybko. Wspomina, płacze,

przeklina. Potem wyniesiemy jej meble.

Błękitne kamienie

Zima dogasa. Białe ognie szronu tlą się

jeszcze — pod płotami, na trawnikach; wkrótce

zgasną. Ptak słyszany rano umilkł, teraz

sprzedawca warzyw przyjmuje pospiesznie

nową dostawę towaru w obawie przed deszczem.

Chmura za jego plecami rośnie jak wzgórze

formowane przez ruch lodowca. Świat obojętnieje,

traci tętno, potem znów się rozpędza. Dotyczy

ich? Nas nie? Woda, z której wyszliśmy, otwiera

się i zamyka nad nami z cichym pluskiem?

Pocztówka z Inowrocławia

Przyśniła mi się podróż. Przyśniły

mi się wersy z Songs of Experience

Blake’a. Przyśniła mi się parafia

na wzgórzach w objęciach słońca.

Tydzień później, stojąc przed dworcem

w Inowrocławiu, patrzyłem na most

zatarasowany przez ciężarówki.

Jeszcze trochę, a dojechałby pan

nad morze — powiedział konduktor,

zanim wysiadłem z pociągu.

Pierwszy raz przespałem stację —

pochwaliłem się kobiecie z kiosku.

Jestem w Inowrocławiu — usłyszała

moja żona, kiedy do niej zadzwoniłem.

Pieniędzy wystarczyło jedynie

na karmelowe piwo i paczkę Westów,

ale siedząc w barze, do woli mogłem

patrzeć na kelnerkę i Cyganów

krojących w kącie chleb i tajemnicze

mięso. Byłeś tu przed laty, teraz

znów tu jesteś — pomyślałem,

przepuszczając dwa powrotne

składy. W pamięci stanęli: Kefir,

Sylwek, Punio — znów smażyliśmy

płocie na sennym ogniu. Wysoko

nad nami burza cięła nocne niebo

nierównym ściegiem błysków.

Potem Psy wojny w „Gongu”. Ktoś

załatwiał się bez skrępowania pod

nasze siedzenia. Klatki innego filmu

przesuwały się po szybach nocnego

pociągu. Oleśnica, wojskowe miasto,

powtarzałeś z dumą, zanim wojskowi

nie ścięli ci twojej dumy — włosów.

Nie otworzyło się już na całą szerokość

twoje ciemne oko. Osobno pozdrawiam

fale Bałtyku, betonową rurę służącą

nam za sypialnię. Karmę dla psów

i dzieciarnię z Oazy tuż przed świtem

burzącą spokój w osobowym linii

Białogard-Świdwin, Świdwin-Białogard.

Wino marki Wino pite dla rozgrzewki,

bo ziemia pod plecami twardniała nad

ranem w lodowaty kamień. Dziewczynę

z Koszalina, której imię zatarł czas.

Zgubną skłonność do picia. Zamykam

pudełko pamiątek, klucz, jak nakazuje

instrukcja, chowając w żołądku.

Tak!

Istotnie, najwyższa pora,

aby nadzieja zagościła

i w tym sercu. Pan nie

przypuszcza, jaka radość

teraz buchnie. Płomień

pożre lokomotywę razem

z maszynistą. Rodzina

w odświętnych paltach

wybiegnie z krzykiem

na ulicę, poniosą transparent:

ENTUZJAZM! Już pełne

są kościoły i słowo odzyskuje

cudowną moc! Śniły mi się

złe bajki. Źle, że się śniły.

Chwała uśmiechniętym

we śnie!

Nie widziałem jej od kwietnia

W żółtej kurtce przypomina Chinkę.

Kiedy się uśmiecha, też przypomina Chinkę.

A kiedy przyglądać się jej zbyt długo,

opuszcza powieki, jakby zasłaniała się liściem.

Maj

Zasuszone staruszki na ławce

pośrodku podwórka. Ich ptasie

paznokcie, ich stopy w foliowych

torbach okutane warstwami skarpet.

Powoli brniemy pod górę, po schodach

wyślizganych ich starczymi modlitwami.

Donos Legia kurwa na ścianie, czyjeś życie

za drzwiami ciężkimi od brązowej farby,

pies patrzy na nas i nie widzi ze starości.

Piękne są te brązy, piękne są te ślepe ślepia.

Pięknie psia sierść zakwita jak światło latarki.

Przyjemnie kaleczą oczy te brudne obrazki.

Meta

Może nie bliscy, ale jakoś połączeni z sobą,

sobie przeznaczeni. Aż któregoś dnia długo

i w tajemnicy ostrzony nóż przedarł się —

trudno powiedzieć przez co. I nie było powrotu.

Cięcie

Nazywałem się Latos. Tej środy, jak każdego

dnia kwadrans po ósmej, jechałem

samochodem do pracy. Dziwna rzecz — jakiś

czas temu poczułem, że tracę serce

do tych wszystkich spraw. Zacząłem się oddalać.

Nie przykręciłem półki. Sądząc, że jeszcze

zdążę, nie pozwoliłem zrobić sobie zdjęcia

z własnym synem. Zniechęcony rozmyślałem

wyłącznie o drobnych porażkach. Teraz leżę

ubrany w weselny garnitur. Mój ojciec

płacze głosem zranionego zwierzęcia.

Moja matka pyta bez końca: Dlaczego?

Nie rozumiem, co zaszło. Moja zdeformowana

głowa tonie w poduszce, jakby zapadała

się w ciemność. Ludzie, których kochałem i których

nie potrafię teraz rozpoznać, opowiadają

zdumiewającą historię, jakoby pogoda rozpadła

się na dwoje w miejscu mojego zejścia.

Do zakrętu słońce. Od zakrętu deszcz. Czuję, że

słabnę. Powoli staję się kimś innym. Ale,

jak przez mgłę, przypominam sobie, że nazywałem

się Latos, zanim nastąpiło cięcie.

Wiosna z hałasem epoki maszynowej1

Ziemia dogasa pod okaleczoną bielą,

czerń oddaje przyczółki napierającej

czerwieni, nie ugaszona krew wsiąka

w narożnik płótna. Ale labirynt

plam jest wyłącznie pretekstem, wskazówką,

aby rozwiązania szukać gdzie indziej,

na własną rękę. Przypuszczenia, ach, odsyłane

jak posłaniec z listem, którego nie ma

kto odebrać. Przykro nam — wszyscy

wyjechali, zamknięte.

Dziennik pokładowy

Stara kobieta na brzegu dni. Stoję i patrzę,

jak mgła dobija się i odwraca od moich okien.

Porzuciłam miasto pamięci — przeszłość.

Wciąż je rzucam. I wciąż słyszę tamtą muzykę,

głosy płynące z oddali. Stoję i patrzę, jak

życie pyszni się w koronach drzew na przekór

mojemu rozkładowi. Stara kobieta, z której szydzą

dzieci sąsiadów. Skłócona z bazarowym

tandeciarzem. Z listonoszem — płazem, któremu

co miesiąc pozwalam oszukiwać na drobnych.

Kurczaki

Mówiłam, prosiłam — nie docierało.

Któregoś razu na moich oczach

chwycił siekierę w garść, i dalej —

przewrotką przez płot. Zeszłej zimy

rozniósł nam telewizor. W drobny mak.

Siadamy do kolacji, on śrubokręt w rękę —

wykręca kineskop, pakuje do środka

żarówkę. Pytam: Tatusiu, co tatuś robi?

On na to: Przynieś ziarna, będę tu

trzymać kurczaki. Teraz też — nawet

nie wiedzieliśmy, że poszedł. Znaleźli

go strażacy. W rowie, kilometr stąd.

Oko

Dziewczyna ściskająca książki —

dlaczego dziwię się, przypominając

sobie ten widok? Gruby słownik

i coś jeszcze, w foliowej torbie

trzymanej na brzuchu. Otoczone

ramionami jak dzieci. Skąd

to natrętne skojarzenie z uprawą?

Kto jest kwiatem, kto marchewką?

Czyja dłoń pielęgnuje kwiat,

czyja marchewkę? Słońce przystanęło

nade mną i patrzy. „Ptak wykluł

się z jaja — musi je zniszczyć”.

Moje wciąż w całości. Mistrzowie

pierwszego kroku w formie,

choć od dawna powinni stać

w kącie. Zdanie jednego z nich

biegnie właśnie przez moją

głowę — beztroskie stworzenie

przybyłe bóg wie skąd. Po drodze

dowiedzieliśmy się tego i owego

o sobie. Nie ma wyjścia, zostajemy

razem. Tutaj, sto czterdzieści

trzy metry nad poziomem morza

głupot widać to całkiem wyraźnie —

jak na dłoni. Na dłoni języka?

Miasto faluje w dole niczym

pergamin unoszony przez wodę.

Słońce przystanęło i patrzy.

Jestem okiem słońca

zanurzonym w trawie.

Korekta w kwietniu

Wybuchy pąków, deszcz nacina

błękit zalewający wręgi kamienic.

Ale zaraz słoneczna rosa na dachach

i szybach! Przerzutnie światła

plenią się na bluzach malarzy

na przemian z głuchym akordem cienia.

Ulica nie ma ram — latarnio, ustaw

ją na baczność, zanim malarze obwiodą

podwórko granatowym pasem!

Gdyby jeszcze samochody zgodziły się

nie seplenić przez chwilę za oknem,

byłoby łatwiej — na amen utkwiliśmy

w zagonach zdań. Mój wehikuł

odbija szesnasta trzydzieści.

Kobieta patrzy na rzekę

Rzeka uprowadza wodę za most.

Woda jest zrezygnowaną dziewczyną.

Po moście sunie pociąg.

Właśnie zwolnił, wsuwa wilgotny pysk

między liście kasztanowców.

Zielone skarpety na nogach kobiety

pienią się jak trawa —

ktoś przesyła nam wiadomość:

TO NA CO PATRZYSZ JEST INNE!

Więc barka to grubo malowana rzęsa,

która utknęła w oku zatoki?

Ale zastanów się — list wyjęty rano ze skrzynki

stoi ością w gardle tego wiersza.

Twarz kobiety jest Buddą!

Spacerując nieopodal ESSO

Co tak siedzisz, dziadku?

Poszedłbyś stąd, schował się —

brzytwa chmur opada

w twoją stronę ciemnym ostrzem

i pierwsze krople uderzają

w piasek głucho jak kule.

Gdzie twoja żona?

Jeszcze niedawno kręciliście się

przy stacji we dwoje.

Musiała wyjechać lub zmarła,

skoro nie golisz się od tygodni,

skoro włóczysz się samotnie.

Godziny

Jej dzieciństwo rozpadło się w pamięci

jak suszony kwiat. Po kobiecości

zostały tylko ślady. Nie może spać,

siedzi przed monitorem wpatrzona w kolejny

pasjans, który nie wyszedł. Modli się w myślach

do boga, którego imię dawno zapomniała.

Wielu wie o jej istnieniu, niewielu ono obchodzi.

Jej nogi stały się monumentalne jak doryckie kolumny.

Twarz — mapa dawnych zaszłości. Paznokcie u stóp —

łyse łby małych sępów. Jej myśli są jak wata.

Gdyby spadł deszcz, powiedziałaby „deszcz”.

Gdyby kazali jej wyjść z domu i zabrali

w nieznanym kierunku, nie stawiałaby oporu.

Historia

Ciężkie musi być

życie sprzedawcy samochodów.

Wciąż ta sama mowa o najtańszym kredycie,

o pakiecie

ubezpieczeń

w cenie sprzedaży.

Uśmiech

przyklejony do twarzy

niczym wąs dorysowany Giocondzie.

Patrzę na niego,

kiedy wraca ze sklepu

z bulkami i mlekiem w foliowej siatce.

Jego smutny pies

podąża za nim jak cień. Jego „szczęście”

rozkłada na balkonie poszwę wielką jak skrzydła orła.

Ale urlop to urlop, ma swoje prawa.

Czarny szpic zmieniony na podrabiane adidasy,

firmowe daewoo na fiata pamiętającego lata osiemdziesiąte.

Jedynie

jego ostentacyjna milkliwość

jest niezmienna.

Myślę: Niemożliwe!

I zapewne ich krzywdzę, kiedy wyobrażam sobie

siedzących w domu, bez słowa.

Telewizor ćmi w kącie pokoju,

on siada do faktur, ona przynosi kawę i ciastka,

potem znika na palcach, żeby mógł studiować w spokoju.

Tyle lat

Któregoś razu po prostu wyszedł

i wrócił kto inny? Kto inny krząta się

teraz nad zachowaniem pozorów?

Dziś taki gorący dzień: on nie może,

nie potrafi myśleć spokojnie o tym,

co spostrzegł ani usiedzieć spokojnie

w jednym miejscu. A przecież milczącego

siadu uczył się tyle lat, tyle lat słuchał

cierpliwie, był, jak to się mówi, dobry,

wierząc: przyda się, w końcu się przyda.

I nagle — akurat dziś! — to przejmujące

uczucie gorąca, pewność: jestem osłem,

skoro dałem się w ten sposób nabrać.

Myśląc o nich, zapomniałem o sobie.

Ten przestraszony stwór to ja?

Granice

Okazuje się, że nadal nie potrafię powiedzieć,

po której jestem stronie, bo ani tu, ani tam.

Zadawania bólu i bezmyślnej krzywdy

wciąż nie znoszę tak samo jak jęku bezradności.

Zmieniałem zajmowaną pozycję —

to jedno jest pewne. Kiedyś ktoś przyszedł

do mnie z podobna myślą — powiedziałem:

Przyjacielu, takie sprawy załatwia się samemu.

I teraz, kiedy mówię innym, jak jest, słyszę:

Przyjacielu, takie sprawy załatwia się samemu.

Czarne twarze butów

A jednak najważniejsza metafora

przychodzi ostatnia, jak śmierć:

dzień po dniu wytapiamy metal,

który w końcu pociągnie nas na dno.

Biały poniedziałek

Miasto uwięzło w kleszczach lodu.

Mróz ścina wszystko, czego dotknie.

Szkli się na ulicach przejrzyste światło.

Kończy się biały poniedziałek —

piosenka zmęczenia na nóż i osełkę chłodu.

Wracam po omacku do domu —

szyby oczu przetarte brudną szmatką.

Dwie dziewczyny budzą przez chwilę

ciekawość tłumu, więc i moją, śmiejąc się

do rozpuku na zatłoczonym przystanku.

Ale już po chwili hałas tramwaju stającego

przed politechniką ścina ich frywolne głosy

i w lot zrywa ścieżkę dostępu do świata,

nad którym wschodzi już trujący obłok ciemności.

I śnieg śmieje się jak sidła pod butami przechodniów.

Kule duńskie

Anecie Lehmann, której nie widziałem

dziesięć lat, aż spotkaliśmy się we śnie

Oczyszczalnia wydala trujący gaz.

Trująca mgła przenika śpiących.

Ale we śnie prowadzę osła

przez śnieżycę i dawną kobietę

z dzieckiem obcego mężczyzny.

I już płomień liże uśpione palenisko,

i budzę się wypoczęty, śnieg mając

w płucach i w przejrzystej głowie.

Osioł leży na wznak, z racicami w górze.

Śmierć postronkiem ścisnęła osłu racice.

Oczy jego zmienione w duńskie kule.

Widoki

Widoki

Małgorzacie Pniewskiej,

Michałowi Staniszewskiemu

Mężczyzna na deskorolce

próbuje wjechać na szczyt

asfaltowego pagórka.

Regularna łyżwa, prosta sylwetka,

stójka na jednej nodze, jaskółka.

Powiedz, mogłabyś w takiej chwili

studiować — dajmy na to —

heglowskie smutki?

A jeśli od tego zależy jego życie?

Siedząc w domu, bywa się niekiedy

stawianym w głupich sytuacjach.

Lecz czas się zbierać, koniecznie.

Pięć minut w jednym miejscu

to stanowczo za długo, jak na ten stan.

Szczypanie, „mrówki” pod skórą,

amfiteatr cały w błyskach,

jakby marszczyła się w rogach

posrebrzana tkanina powietrza.

Coś szybkiego przebiega ekran —

podglądacz patrzy na nas

ze wszystkich stron.

Za linią cisów wybite szyby,

w środku cennik — czyjaś ręka

dopisała na nim „pierdolenie”.

Nie miałem pojęcia: tutaj, w Łodzi?

Cytadela, park Matejki?

A może przyśniło mi się to miejsce?

Bar, w którym piłem colę,

raz w życiu, piętnaście lat temu, zimą.

Dasz wiarę? Tylko, co to ja?

Chciałem o coś zapytać,

ale twoja odpowiedź była szybsza!

Ręce trochę się jednak trzęsą,

coś biegnie, kudłate, małe —

zając? koziołek! wiewiórka?

Już się nie dowiemy.

Koniec papierosów, rośnie pragnienie,

baton czekoladowy uparcie

dopomina się wejścia na wizję

(teraz w kolorze czerwonym,

zielonym, niebieskim).

Tylko, kto zrealizuje zamówienie?

Język out, od kiedy leżymy na pagórku.

Raptem otoczyły nas ptaki

i psy wielkie jak nigdy przedtem.

„Podejdź do nich, spróbuj pogadać,

przekonasz się, będą jaja”.

Ale nie, siedzę i patrzę,

z sercem nagle pełnym podziwu

dla zmyślności mrówek,

hipnotyzowany przez liście

toczące z wiatrem milczącą wojnę.

I zaraz, jak inni, wybieram zbiórkę —

wstajemy pod rząd, jak na capstrzyk,

każdy zabiera sweterek

po młodszej siostrze.

I znów kosimy, jedną po drugiej,

pustoszejące alejki,

jak najszybciej chcąc znaleźć się na moście,

skąd do woli patrzeć można na chłopców

uprawiających hokej na rolkach.

Chmury tak bezceremonialnie

brudzą błękit i samolot wciąż ten sam

krąży nad nami, jak kundel,

który przymila się, choć przed chwilą

zarobił kamieniem po żebrach.

Och, znaleźć się tam, w górze —

nic, tylko świece, beczki, pętle,

ślizgi na skrzydło!

Nigdy więcej naziemnych żebrów!

Słyszysz mnie, Adolfie?

Jesteś tam, Richardzie?

Ale oto wesoły buldog Happy,

zażywszy kąpieli w stawie,

łasi się do moich stóp.

Czy jest tym, czym jest,

czy raczej tym, na co wygląda?

„Te i inne pytania” oraz my, dyletanci...

Tak, ze słonka zupełne już dziś nici,

zamiast deseru — resztówka.

Harce po bunkrach, kuksańce w trawie

jak lakmus zachodzącej fioletowym światłem.

Chłód szantażem zmusza nas do marszu.

Jeszcze niewidomy, o lasce —

mija nas, nie myląc kroku,

bezbłędnie prowadzony przez krótkofalówkę!

I już pierwsze bloki, latarnie, tramwaje.

Spotykamy Perełkę i Marka.

Piątka? Przyda się, jasne, gest się liczy!

Ale już „I jak się czujecie?

Czy ekstra była jazda?” —

nie nazbyt to nachalne?

„Czujemy się... zajebiście!”

„Znaczy dobrze?” I, spłoszeni, poszli.

PIOTR I PAWEŁ wyskoczył na powierzchnię

zza ich pleców, jak HMS Treasure.

W środku muzeum pop-artu,

film dla dzieci, choć pełen zakazów:

„Prosimy nie ruszać eksponatów”,

„Dotknięcie grozi śmiercią”.

1 gdzie nie spojrzysz,

lustra z podobizną twojej twarzy!

Więc po wyjściu... ulga.

Mijamy mostek, przyspieszając

jak legendarna ciuchcia i po chwili

znów jesteśmy w brzuchu matki —

są fajki, jest poduszka, Dylan nuci

tę samą balladkę. Czy chcę herbaty?

I owszem, choć bardziej przydałoby się

coś poniżej damskiej szyi...

Tymczasem dyskusja schodzi do stóp —

ładniejsze ma Michał?

Moim zdaniem, Małgosia!

Potem tramwajem przepływam

zaciemnione miasto

jak tuńczyk w puszce ocean,

bez siły w ramionach,

bez tchu w płucach,

przestraszony jak dziecko,

któremu policja zamknęła matkę,

bo „Kurtką dusiła sierżanta na służbie!”

Sierżantowi spadła czapka!

Strach rośnie w skroniach

jak szron na szybach.

Boję się drzwi, boję się silnika.

Czuję jakby ktoś dywan trzepał

w zakamarkach mojego mózgu.

Po wbiegnięciu do mieszkania

zatrzaskuję drzwi i zaszyty między

stołem a lodówką chleb jem łapczywie,

używając dużo masła. Wyobrażasz

sobie? Nie? No, jasne. Bo jak?

Dlaczego? Chciałem inaczej,

„Na wskroś”, i żeby słowa były

jak łodzie. Cóż, nie wyszło.

Za dużo tego proszku. I tylko uparte

„Rozumiesz?” ciśnie się na usta,

pocę się cały, siadając na stołku,

niezdolny nawet do zdjęcia skarpet

przystrojonych wieńcem ostów.

Potem, spragniony chłodu, kładę się

na podłogę, zamykam oczy.

Z czego się śmieję? Ze strachu?

Być może.

Przypisy:

1. Wiosna z hałasem epoki maszynowej — tytuł obrazu Morrisa Gravesa. [przypis autorski]