Drugie dotknięcie

[Dedykacja]

Marysi

Drugie dotknięcie

Krety

Irracjonalna potrzeba ciepła,

kiedy pół autobusu

opuszcza powieki

na przekrwione białka.

Mężczyźni śpią,

kobiety stoją.

Na szybach para

i wilgotne powietrze

jak papierowe ciasto

klei się w ustach.

Patrzymy przez siebie

na zewnątrz.

Na chmury

odsłaniające brakujące miejsca,

na dziury po dymie.

Czas sobie nic z tego,

nie oferuje nic w zamian.

Odkrywa bloki

o brudnych dziąsłach,

po wyjściu strzela

w żyły zielenią,

na stołach zostawia kurz

i wezwania

ze znienawidzonych urzędów.

Październik

Zapomniałem o nim. Więc dlaczego teraz —

jesienią, kiedy wiatr ładuje pod kołnierz

swój wilgotny jęzor? Kiedy jego żona i córka,

popychane, nie bez trudu nabijają na hak

wyszukane w trawie papiery i śmiecie,

a czarną foliową torbę wyrywa im z rąk?

Kim jest teraz, skoro z taką łatwością wydostał się

z kobiety i dziecka, za nic mając czas i odległość?

Ten sam co przed laty beret w kolorze zgniłego brązu,

sztuczna gałka oczna pod opadającą powieką.

Nagle obecny i równie realny, co malarze przed sklepem,

ciągnący wino z gwinta, choć to październik.

Czy tam skąd przychodzi, nie ma dla niego węża,

żeby jak tu podlewać mógł trawnik, i szpikulca

do nabijania petów rzuconych gdzie bądź?

Obce, stanęło przede mną — życie?

Trzy dni

Wyszedł po chleb i zniknął.

Kierowca ciężarówki był miły:

„To się zdarza, podrzucę”;

wszyscy pozostali — nie.

Teraz nie wie, skąd taki brud

po wyjściu z wanny, nie rozumie,

dlaczego trawa, igliwie.

Pokój z widokiem

Stanęli pod akacją

wplecioną niepewnie

w skwer tuż obok

alei różanych badyli,

które, jak wszystko tutaj,

i wszystkiemu wbrew,

próbują przeżyć jakoś tę zimę.

Ona prosi o coś,

on jej uparcie odmawia,

gestykulują mocno.

Potem on szuka czegoś,

jak się okazuje — zapałek.

Ona kupuje w kiosku

chusteczki higieniczne.

Zdaje się, i ich skuła ta zima.

A jednak przyjeżdża tramwaj

i mimo wszystko

zabierają się razem.

Prognoza

Jesień cofnęła się w lato —

nic sobie nie robi z świętych

zakazów, nieodwracalny porządek

rzeczy zaniedbuje się w obowiązkach.

Ale spójrz — to nas, nie innych,

upodobał sobie w ten świąteczny

czas zły cień. Wkrótce dopadną nas

wszystkie nasze zaniechania, złe

uczynki innych przejrzą się w naszych

uczynkach, proste fakty powiedzą

o nas więcej, niż skłonni bylibyśmy

odsłonić sami przed sobą.

O!

Zmarznięta ziemia pęka

na przekór cofającej się zimie.

Dzikie gęsi wracają postnym

niebem — patrzymy i...

cieszy! W kieszeniach bilon

łaskocze zziębnięte dłonie.

Wiatr pryska od klaszczących

futryn. „Nie wychodzić” —

umówiło się osiedle, wróciło

z kościoła, trwa przy swoim.

Ale, o! wróbel odciska

pieczęcie na szronie!

Sonet po przerwie

Kontra słońca, kiedy banery klaszczą

niczym powieki PRZYJAZDY/ODJAZDY

w holu opustoszałego dworca.

Jakże zdumiewają dziś zdania ulic,

równoważniki przecznic!

Mężczyźni wylegli z bram —

armia niepewnych przecinków

w drodze pod „Biedronkę”.

Średniki kobiet chłoną chłód w cieniu akacji,

wesoło płyną kursywy witryn.

Mówi to ktoś ukryty w naparstku cienia.

Notował na kartoniku, ale przestał.

Szatynka nuci szanty, wiatr dmie w żagiel

jej prania, jakby chciał przestawić Główną.

Godzina dziewiąta

Zielony masztowiec elewacji pręży

żagle okien w pierwszym słońcu.

Mewy anten wszczęły na dachu

świetlny zgiełk, czeszą skrzydła

nad bocianim gniazdem klatki schodowej,

którą ktoś akurat opuszcza się w dół.

Ich pióra dają znaki lusterkiem?

Lecz kim jest kobieta, która bez obaw

przemierza fale powodziowej trawy

pieniącej się czarno w korycie Warty,

czyją jest posłanką i jakie niesie wieści?

Opowieść wildecka

Co rano to samo miejsce wystawione

na sprzedaż oczom:

złuszczona płetwa kamienicy

na brzegu nieruchomego morza ulic,

mężczyzna-ptak uprząta śmieci

z plaży chodnika zalegające

po nocnym przypływie jak martwe ryby,

nerwowy rój w zatoce bramy.

Na słupach króluje miłość:

„Droga diskdżokejko, Beato, córko dróżników,

numer telefonu do ciebie był trefny,

odezwij się, bo tęsknię! Krasnoludek z «Panoramy»”.

A jednak język odwraca się od oczu tego miejsca.

Niewidzialna dłoń odpina kaburę

w trzcinach kominów, odbezpiecza spust.

Strażnik przygląda się zewsząd.

Niekonieczny list z wakacji

Dzień rozpoczął się od płaczu dziecka,

błękit przesuwał się nad blokami jak dynamit,

jak ebonitowa kość, kiść lodu.

Odniosłem wrażenie, że czyjaś twarz

przegląda się w kreskach asfaltu.

Górą i po bokach zielenie w płynnym pędzie,

ogryzek słońca odgryzł się zza wierzb.

Ruszyliśmy — już po kwadransie

wieloryb jeziora oddychał z trudem,

zaryty w piach u naszych stóp.

„Nie lubię myślników” — zagaił ktoś —

„Ich rozchełstanie zastąpiłbym najchętniej

pożywną mową prostolinijnych przecinków”;

nie było chętnych do podjęcia wątku.

Tylko cienie pod brudną pończochą wody

oddawały się zabawie w ciepło-zimno

i małolaty na brzegu wrzeszczały

przed odprawą za granicę zmysłów.

Dedykacja

Ciemna zmarszczka rzeki żłobi

równinę ciągnącą się stąd

aż do miejsca, gdzie jak podpalony

ul dogasa miasto; wiatr czesze

opustoszałe ulice. Czyja brzytwa

strzyże ich karki, czyja strzyże

ich szyje? Psi ząb — księżyc — gaśnie.

Świat ciemnieje: puls w skroniach

skazańca. Zaraz śnieg spadnie,

pokryje ich twarze. On pozna słone

jezioro jej brzucha, szubienicę

piersi. Zanim śnieg zgaśnie.

Lekcja anielskiego

Rzeczywiście. W zasadzie wszystko

stało się do przyjęcia. A że od razu

„Ciepło zabija”, „Wyróżniam przynajmniej

cztery rodzaje śniegu”, w końcu

„Zjadłem księżyc?” I to się zdarza.

Na razie wszakże jedynie mgły mamy

pod dostatkiem. Zieleń niepewna,

jak początki ognia, upomina się o nas

zza drzew. Zatańczę list do ciebie.

Zamilczę piosenkę. I takich wiatr nas

porwie (jak w bajkach, jak w baśniach).

Każde z własną melodią, w swojej koronce

snu. I chmury za oknem podają sobie

z ust do ust nasze pocałunki. Rzeczywiście.

Pamiątka po mojej Łodzi

Nocne dwadzieścia dwa kładzie plaster światła

na obtłuczonej fontannie, skręca, wprawia w gorączkę

pękniętą szybę w oknie. Neon-policjant zagląda

przez nie, donosząc bez troski o ortografię:

POLLENA — NAJLEPSZE ŚRODKI HEMICZNE,

pod blokiem taksówkarz dobija starego fiata.

Sajewicz, z niezawodną teczką, przyspiesza kroku.

Liście lipy, po nocy? Nagle prześwietlony: — „Dokumenty, proszę!”

Radość

Raptem życie zmienia się w „radość”,

dni płyną bezszelestnie jak kursywa

chmur w pogodną noc, choć

za oknami kwitnie już pierwsze

graffiti chłodu i miasto zbroi się

w popiele i ugry. Iskry twojego

śmiechu posiadły moc przemienienia —

staczam się z góry czasu, wciąż

szybciej i szybciej, przeszłość cofa się

za plecy na wstecznym biegu

jak poranna mgła, kieliszek z winem

stoi na łące ciała, usta mają smak mięty,

dłonie suną przez wzgórza brzucha

i piersi bezszelestnie jak wakacyjne pociągi,

za oknem miasto w woalu mroku,

jego niedościgła księga.

W tej podróży czekają nas wyłącznie

niespodzianki, choć będzie krótka

jak błysk flesza w zatoce oka.

Tymczasem usta przyjmują podarunek

ust, śmiech płynie rynną ulicy

jak wiosenny deszcz.

Jabłko

Kasztanowce uciekają za plecy

jak turyści zamykający

za sobą czym prędzej

drzwi wycieczkowych pociągów.

Kończy się ciepły wrzesień,

coś zastyga w pół ruchu — co?

Przez szybę autobusu widzę

dziewczynę z dzieckiem na ręku.

Śpią na pakowym papierze przed sklepem.

Wiatr szarpie drobne banknoty w jej czapce,

ona usta ma otwarte, głowa małego brudna jest

jak jabłko opiekane w ognisku.

Drugie dotknięcie

Obudził mnie głos konduktorki

i skrzep dymu na prześwietlonym niebie.

Otworzyłem oczy —

kopalnia unosiła się w powietrzu jak spławik.

Obok mnie jakaś dziewczyna

szeptała modlitwy pochylona nad książką do nabożeństwa.

Pociąg zwalniał,

pasja z jaką mówiła nabierała rozpędu.

Wychodząc, uśmiechnęła się —

poczułem uderzenie ciepła na wysokości serca.

Rozmowy rodzinne po latach

Tutaj wybuduję kort,

powiadomił ją,

ale na tyle głośno,

że słyszeli go wszyscy.

Południowe światło

przedarło się właśnie

przez mgłę, w której,

jak w dolinie,

tonęło miasto.

Samochody z ulicy

wprawiały szyby

w metaliczny dreszcz.

W kominku ogień

płonął przyjaźnie,

zaczerniając systematycznie

ochronne szkło.

Fasada i schody domu,

obserwowane z dołu,

istotnie prezentowały się

imponująco: ta kreska...

i włoski marmur

o niepowtarzalnej fakturze —

kazałem go sprowadzić

prosto z Palermo!

Na podjeździe, obok lipy,

jak zawstydzona dziewczynka

nie odrywająca wzroku

od sznurowadeł,

stała jodła mongolska.

Tutaj wybuduję kort —

chciał, aby to zdanie dotarło.

Oni jednak zapamiętają

nieokreślony gest matki.

Dłonie kreślące nad głową

znak kapitulacji.

Lub zgody.

Potem

Potem wynieśliśmy jego meble. Na podwórku

czekała ciężarówka gotowa do drogi.

W środku resztki cementu, splątane łańcuchy,

szmaty, tłuste papiery, koce.

Tyle rzeczy — nagle — stało się śmieciem.

Odwrócone krajobrazy lustra, kredens

z kolejnymi warstwami farby, które pękały

jak rzeczne dno po ustąpieniu wody,

licznik sprawdzany przez niego dzień przed

wizytą inkasenta. Oraz inne. Potem

opuściliśmy to miejsce, krzycząc i kłócąc się

o drobiazgi. Nie obejrzała się nawet

na poszarpane odłamkami ściany. Potem, w innym

mieście, podarła wszystkie zdjęcia i listy

od niego i zestarzała się szybko. Wspomina, płacze,

przeklina. Potem wyniesiemy jej meble.