Opowieść wildecka

Co rano to samo miejsce wystawione

na sprzedaż oczom:

złuszczona płetwa kamienicy

na brzegu nieruchomego morza ulic,

mężczyzna-ptak uprząta śmieci

z plaży chodnika zalegające

po nocnym przypływie jak martwe ryby,

nerwowy rój w zatoce bramy.

Na słupach króluje miłość:

„Droga diskdżokejko, Beato, córko dróżników,

numer telefonu do ciebie był trefny,

odezwij się, bo tęsknię! Krasnoludek z «Panoramy»”.

A jednak język odwraca się od oczu tego miejsca.

Niewidzialna dłoń odpina kaburę

w trzcinach kominów, odbezpiecza spust.

Strażnik przygląda się zewsząd.