Pocztówka z Inowrocławia

Przyśniła mi się podróż. Przyśniły

mi się wersy z Songs of Experience

Blake’a. Przyśniła mi się parafia

na wzgórzach w objęciach słońca.

Tydzień później, stojąc przed dworcem

w Inowrocławiu, patrzyłem na most

zatarasowany przez ciężarówki.

Jeszcze trochę, a dojechałby pan

nad morze — powiedział konduktor,

zanim wysiadłem z pociągu.

Pierwszy raz przespałem stację —

pochwaliłem się kobiecie z kiosku.

Jestem w Inowrocławiu — usłyszała

moja żona, kiedy do niej zadzwoniłem.

Pieniędzy wystarczyło jedynie

na karmelowe piwo i paczkę Westów,

ale siedząc w barze, do woli mogłem

patrzeć na kelnerkę i Cyganów

krojących w kącie chleb i tajemnicze

mięso. Byłeś tu przed laty, teraz

znów tu jesteś — pomyślałem,

przepuszczając dwa powrotne

składy. W pamięci stanęli: Kefir,

Sylwek, Punio — znów smażyliśmy

płocie na sennym ogniu. Wysoko

nad nami burza cięła nocne niebo

nierównym ściegiem błysków.

Potem Psy wojny w „Gongu”. Ktoś

załatwiał się bez skrępowania pod

nasze siedzenia. Klatki innego filmu

przesuwały się po szybach nocnego

pociągu. Oleśnica, wojskowe miasto,

powtarzałeś z dumą, zanim wojskowi

nie ścięli ci twojej dumy — włosów.

Nie otworzyło się już na całą szerokość

twoje ciemne oko. Osobno pozdrawiam

fale Bałtyku, betonową rurę służącą

nam za sypialnię. Karmę dla psów

i dzieciarnię z Oazy tuż przed świtem

burzącą spokój w osobowym linii

Białogard-Świdwin, Świdwin-Białogard.

Wino marki Wino pite dla rozgrzewki,

bo ziemia pod plecami twardniała nad

ranem w lodowaty kamień. Dziewczynę

z Koszalina, której imię zatarł czas.

Zgubną skłonność do picia. Zamykam

pudełko pamiątek, klucz, jak nakazuje

instrukcja, chowając w żołądku.