Przygody Hucka Finna
Przedmowa
Wśród tysiąca określeń usiłujących scharakteryzować człowieka, istotę najtrudniejszą do określenia, spotykamy i takie, że człowiek to animale risibile1, to jest zwierzę zdolne do śmiechu. Że jednak moglibyśmy spotkać przypadkiem w ogrodzie zoologicznym jakieś stworzenie przejawiające choć w małym stopniu zdolność podobną, więc sama ta definicja nie bardzo by nam pochlebiała. Śmiać się nie w porę, bezmyślnie i nie wiadomo dlaczego to ujemność fatalna — a nie przywilej. Na szczęście człowiek jest istotą nie tylko risibile, lecz i razionale2, to jest prócz zdolności do śmiechu ma i rozum. Otóż dopiero przy kombinacji tych dwóch określeń możemy uważać człowieka za istotę z humorem i dowcipem.
Liczni pisarze twierdzą nie bez pewnej racji, że człowiek pozbawiony zdolności śmiechu, rozweselenia się zabawną rzeczą, nie może być nigdy typem istoty doskonałej, gdyż najwymowniejszym dowodem niedoskonałości niższych stworzeń jest jakoby ich niezakłócona i bezduszna powaga. Człowiek to jedyna istota, która się śmieje i płacze, ponieważ tylko ona ma świadomość różnicy pomiędzy rzeczami, jakie są, a jakimi być winny.
Lecz jak nie wszyscy ludzie posiadają w jednakowym stopniu chęć do śmiechu lub do rozbudzania wesołości i niejednakowo się śmieją, tak i narody różnią się w tym kierunku bardzo wybitnie, zarówno ze względu na swój charakter, jak i warunki, wśród których żyły. Toteż badania nad tym, jak, kiedy i z czego śmiał się dany naród, są także pouczające i stanowią dla historii cywilizacji ciekawe źródło.
Humor ma niewątpliwie bardzo starą tradycję; przejawiał się on w życiu i w literaturze wszystkich narodów i czasów. Specjalne zamiłowanie w nim ma wszakże arcypoważna rasa anglosaksońska.
„Humor — mówi Taine3 — wyraz niedający się przetłumaczyć, ponieważ mu rzeczy brakuje, jest rodzajem talentu, który może bawić Germanów4, dzieci północy, gdyż tak jest właściwy ich duchowi, jak piwo i wódka ich podniebieniu. Ludzie innej rasy nie znoszą go, gdyż dla naszych nerwów jest zbyt cierpki i gorzki. W tym talencie tkwi, między innymi, skłonność do kontrastów i zapominania o publiczności. Autor oznajmia nam, że nie troszczy się o nas, że nie potrzebuje być zrozumiany i uznany, że myśli i bawi się sam i że jeśli jego smak oraz idee nam nie dogadzają, możemy go wcale nie słuchać. Chce on być subtelny i oryginalny dla swej wygody, jest u siebie, w swej książce, przy drzwiach zamkniętych, ubiera się w szlafrok i w pantofle, siedzi często z nogami w powietrzu, a niekiedy nawet bez koszuli. Humor to wybuch jowialności5 gwałtownej, zagrzebanej wśród smutków. Nieprzyzwoitość śmieszna zjawia się niespodziewanie. Natura fizyczna, ukryta i przygnieciona refleksją melancholijną, rozbiera się na chwilę... do naga. Widzisz grymas, gest ulicznika i wszystko wraca do powagi uroczystej. Wreszcie dodaj do tego nieprzewidziane kaprysy wyobraźni! Humorysta zamyka poetę — aż tu nagle, u kresu rozumowania, w monotonnej mgle prozy błysnął krajobraz, mniejsza — piękny czy brzydki; wystarcza, ażeby olśnił. Te nierówności malują dosadnie Germanina samotnego, energicznego, zwolennika kontrastów gwałtownych, ugruntowanego na refleksji osobistej a smutnej, z niespodzianymi6 zwrotami instynktu fizycznego. To nie człowiek rasy łacińskiej i klasycznej, rasy artystów i mówców, gdzie piszą tylko dla publiczności, lubują się w ideach jasnych, są szczęśliwi wobec form harmonijnych, gdzie wyobraźnia jest prawidłowa, a rozkosz zdaje się naturalną...”.
Przytoczyliśmy powyższe słowa, w wysokim stopniu przesadne i jednostronne, dla wykazania, że jeśli pisarz tej skali nie umiał zrozumieć i ocenić należycie genialności humoru angielskiego u nawet takich mistrzów pióra jak: Dickens7, Thackeray8, Eliot9 i Carlyle10 — to znaczy, że charakter tego humoru ma swoje cechy na wskroś odrębne, nieprzystępne dla ludów rasy romańskiej.
Więc chociaż humor, w nowożytnym pojęciu tego słowa, nie jest obcy żadnemu z narodów cywilizowanych, stanowi jednak niemal specyficzną właściwość Anglików i Amerykanów, którzy najwięcej go cenią i rozumieją jego doniosłość, bowiem tkwi on głęboko w ich naturze.
Literatura angielsko-amerykańska wykazuje nie tylko największy zastęp humorystów, lecz także i teoretyków humoru, którego analizie poświęcały się najdzielniejsze umysły, pragnąc mianowicie określić pojęcia humoru i dowcipu oraz wykazać zasadnicze różnice między nimi. George Eliot, Sydney Smith11, Wiliam Hazlitt12 i inni poświęcają temu przedmiotowi w nowszych czasach całe studia, a Fleet na przykład w dziele pod tytułem A Theory of Wit and Humour (Teoria dowcipu i humoru) poddaje te dwa pojęcia analizie niesłychanie subtelnej i drobiazgowej aż do przesady.
Dotychczas w Anglii największą powagą cieszy się określenie dowcipu wypowiedziane przez słynnego filozofa Locke’a13 (1632–1704). „Dowcip — według niego — zasadza się po większej części na tak szybkim i urozmaiconym zestawieniu różnorodnych idei, żeby mogło uwydatnić się ich pewne podobieństwo i pewna zgodność, dająca zabawny obraz i przyjemne dla wyobraźni wrażenie; gdy przeciwnie, nasz sąd o rzeczy polega na tak troskliwym rozdzieleniu idei, żeby nawet przy ich największym pokrewieństwie uwydatniła się zasadnicza różnica między nimi, niedozwalająca brać jednej idei za drugą...”.
„Prosta rzecz — wyjaśnia Addison14 — że dowcip wytryska tylko przy takim podobieństwie idei, która oprócz rozkoszy daje przede wszystkim czytelnikowi... niespodziankę”.
Wesołość to niższy stopień humoru, który znów jest pośledniejszym15 gatunkiem dowcipu. Istotą humoru jest niewłaściwość, niezgodność, i tak zależy od gwałtownych kontrastów, jak dowcip od ukrytych podobieństw. Humor działa za pomocą silnych przeciwieństw, dowcip czaruje zręcznymi kombinacjami; wszakże rdzeniem, istotą obu jest niespodzianka.
„Gdyby jaki poważny kupiec — pisze Sydney Smith — okazałej powierzchowności, ubrany świątecznie w kostium barwy zielonego groszku, upadł w błoto i zniszczył zupełnie swój garnitur, byłoby barbarzyństwem śmiać się z niego, chociażby nawet podczas upadku i peruka opuściła zdradziecko głowę dostojnego obywatela. Lecz gdyby ów mąż pod wpływem rozdrażnienia uniósł się gniewem i dał go odczuć przechodniom, nikt by nie mógł zapanować nad niezgodnością pomiędzy położeniem szanownego kupca w zielonkawym stroju, unurzanego w błocie, a groźbą rzucaną pod wpływem niehamowanej wściekłości. Wówczas już każdy drobiazg potęgowałby humor tej sceny, w której zabawność kostiumu, szanowne oblicze nieszczęśnika, popręgowane bryzgami błota, i jego bezsilna wściekłość walczą o lepsze dla wywołania wesołości. Gdyby wszakże jakiś uliczny stróż znalazł się w tym położeniu, nie zwróciłby niczyjej uwagi, gdyż niezgodność idei byłaby w tym wypadku bardzo mała”.
Dowcip im subtelniejszy, im więcej daje rozkosznych niespodzianek, tym jest bardziej przelotny i niepochwytny. Błyska i niknie. Trzeba być niesłychanie bystrym i bacznym, żeby coś dojrzeć przy jego świetle. Gdy dowcip zjawia się przelotnie — humor trwa; tamten jest blaskiem, ten płomieniem, stąd też pierwszy olśniewa i pobudza — drugi grzeje. Społecznie dowcip jest młodszy, humor ma pochodzenie bardzo stare. Są ludzie, którzy mając poczucie humoru, uważają błyski dowcipu za rozdrażniający wybryk.
Humor — według Haweisa16 — to atmosfera elektryczna, dowcip to błyskawica. Charakter Carlyle’owskiego Teufelsdröckha17 jest przepełniony pewnego rodzaju humorem suchym a płynnym, lecz gdy ten pisarz mówi, że Anglia składa się z dziesięciu milionów istot po większej części wariatów — to błyskawica.
Dowcip ma orzeźwiającą siłę, zawiera bowiem przesadę, odwrotną stronę idei, promień pewnej niewłaściwości i niemożliwości, stąd też na przedstawieniach ludowych zawsze ma powodzenie mysz duża jak słoń lub mucha wielkości wołu. Kiedy klaun w cyrku, patrząc z podziwem na sztuki konia posłusznego każdemu skinieniu swego pana, zawoła do publiczności: „jest rzeczą zadziwiającą, jak te owady można wykształcić” — odwrotna strona myśli jest zabawna, gdyż w naszym mózgu następuje błyskawiczne porównanie rumaka z komarem lub muszką. Gdy Dickens mówi o damie, którą nieśli do domu „w potoku łez i w lektyce18”, wówczas zabawnie oddziaływa bezpośrednie poczucie niewłaściwości.
Gdy kuglarz19, pokazując wypchanego krokodyla, mówi: „Panowie i panie: to ekscentryczne zwierzę zamieszkuje samotną wyspę, odległą o siedemdziesiąt pięć mil20 od jakiegokolwiek lądu lub morza” — wówczas prawdziwa naturalność głosu czyni ten absurd jeszcze zabawniejszym.
Dla Anglików i Amerykanów dowcip posiada swoją godność i szlachetny cel, gdyż przy odpowiednim użyciu jest rozumny, moralny i pobudzający w najwyższym stopniu. Porson21 uważa „dowcip za rozum najlepszy w świecie, bowiem wszystko prawdziwie dowcipne jest — według niego — jądrem zwartej myśli, samym ekstraktem rozumu”.
Toteż nawet kaznodzieje posiłkują się tam bronią dowcipu i satyry w przekonaniu, że na ambonie humor działa nieraz więcej niż powaga. Rowland Hill22 widząc, że niektórzy chronią się do kościoła przed deszczem, powiedział z ambony: „Słyszałem o ludziach, którzy z religii robią płaszcz, lecz dopiero dziś poznałem takich, którzy z niej czynią parasol”.
Dowcip jest darem indywidualnym, humor zaś przeważnie narodowym, tak że ze znamiennych rysów danej humorystyki można by odgadnąć jego pochodzenie narodowe.
Doktor Davies23 w swym pracowitym dziele Fun, Ancient and Modern mniema, że nawet z epigramatycznych24 drobiazgów humoru można poznać, czy są irlandzkie na przykład, czy szkockie.
Irlandczyk odznacza się w swoim humorze pewną naiwnością satyryczną. Zapytany, na którym piętrze mieszka, odpowie: „Gdyby dom przewrócił się do góry nogami — to na pierwszym”. Inny twierdzi, że księżyc jest „dwa razy lepszy od słońca, bo świeci w nocy, gdy tego potrzebujemy, słońce zaś przyświeca we dnie, gdy nam go wcale nie potrzeba”. Zapytany, dlaczego trzyma świnie w mieszkaniu, gdzie jest rodzina — odpowiada: „A czemuż nie? Czy to miejsce niewygodne, żeby świnia mogła żądać lepszego?”.
Humor Szkota jest zwykle suchy i szorstki. Strzeże się on zawsze stopni najwyższych w wyrażaniu swego uznania czy podziwu. Przezorność wrodzona nakazuje mu unikać zagalopowania się w danym kierunku przy ocenie ludzi, rzeczy i wypadków. Na słowa: „to jest dobry dzień”, odpowie zazwyczaj: „tak, widziałem gorsze”. O najlepszej żonie powie tylko „niezła kobieta”; o znanym powszechnie dobroczyńcy wyrazi się: „nienajgorszy człowiek na świecie”. Usłyszawszy jakąś rzecz zupełnie nową a mądrą, powie na pewno: „Właśnie myślałem tak samo”. Szkotka, żegnając się przed samą śmiercią z siedzącym u jej wezgłowia mężem, starym szewcem, rzecze do niego:
— Wygrałeś, Janie, swoją sprawę. Byłam dla ciebie bardzo dobrą żoną.
— O tak, średnią, moja Dżenny, średnią — odparł małżonek.
— Janie, obiecałeś pochować mnie na starym cmentarzu w Stravon, przy mojej matce. Nie mogłabym leżeć spokojnie wśród obcych ludzi w Glasgow25, brudnym i błotnistym.
— Dobrze, dobrze, moja żono — odpowiada małżonek pieszczotliwie. — Spróbujemy naprzód26 w Glasgow, a gdybyś tam nie miała spokoju, to spróbujemy w Stravonie.
Humor amerykański, na wskroś narodowy, ma swoje odrębne cechy, właściwe arcyzłożonemu charakterowi Jankesa27, który jest osobliwszym mieszańcem, wyrosłym wśród nowego świata na starym pniu purytańskim28. Mistyczna praktyczność, zapał roztopionego żelaza, kwaśno-szczery humor, a wreszcie skąpa i twarda szlachetność — oto znamienne cechy Jankesa.
„Uczciwość jest najlepszą policją, mój przyjacielu — poucza Jankes — ja to wiem, bo obie zdradziłem”. „Czy, chłopcze, porachowałeś te świnie?” „Wszystkie, z wyjątkiem jednej — brzmiała odpowiedź — gdyż ta jedna tak się w kółko kręciła, że jej porachować nie mogłem”. Młody człowiek wzięty do wojska błaga o uwolnienie ze względu, że jest jedynym synem wdowy, która go utrzymuje.
Humor amerykański zasadza się po większej części na mieszaninie rzeczy arcypoważnych z zabawnymi, na bijącym w oczy fałszu, który pragnie uchodzić za prawdę, lub na upowszechnionej i pospolitej prawdzie, która ma pretensję do nowości. Kochają się też w takich porównaniach i zwrotach, które są zabawne przez niespodziankę zawartą w ostatnich paru wyrazach.
„Statek tak lekki, że można nim żeglować... po rosie”. „Ów człowiek był tak ciężki, że cień jego padłszy na chłopca... zabił go”.
Albo taki napis na nagrobku żony:
„Tu, pod tym żona moja pochowana głazem!
Teraz ona w spokoju — a i ja zarazem!”.
Dowcip amerykański ma trzy główne korzenie, wyrastające z charakteru narodowego i ściśle związane z pierwszą historią Amerykanów.
Na pierwszym planie stoi kolizja pomiędzy interesem a bogobojnością; jest to obfite źródło komedii dla cudzoziemców. Ci pierwsi ojcowie emigranci, którzy wyszli dla zdobycia nowego świata i wytworzenia nowej cywilizacji, tak byli przezorni wielce, jak pobożni.
Nawet będąc męczennikami idei religijnych, wcielali się w praktyczną stronę rzeczywistego życia.
— Janie — mówi pobożny handlarz amerykański — czy pomieszałeś piasek z cukrem?
— Tak, panie.
— Dodałeś słoniny do masła?
— Tak, panie.
— Pomączyłeś imbir?
— Tak, panie.
— No, to idź do pacierza.
Satyra Irvinga29, wymierzona przeciwko prawnikowi Jankesów, który, ujrzawszy widmo, nawrócił się i już odtąd nigdy nie oszukiwał „z wyjątkiem, gdy chodziło o jego własną korzyść”, uderza właśnie w to faryzeuszostwo30 religijne, które bez względu na swą ohydę moralną stanowi dla pisarzów amerykańskich niewyczerpaną skarbnicę humoru.
Inną podstawą tego humoru jest kontrast narodowy, jaki istnieje dla każdego Amerykanina pomiędzy Jankesem a biednym czerwonoskórym31. Irving i Ward stworzyli do spółki wielką sztukę na ten temat pod tytułem Knickerbocker32.
Wreszcie kontrast pomiędzy kolosalnością natury amerykańskiej a małością człowieka, zwłaszcza europejskiego, zdaje się być niewysychającym nigdy źródłem zabawy dla humorystów.
Według dowcipu jednego z nich Niagara33 zgasiłaby Wezuwiusza34 w dziesięć minut. Nasze największe rzeki są w porównaniu z Missisipi35 i Missouri36 tylko szemrzącymi strumykami. Alpy37 i Pireneje38 to karły, a nasze pola i drzewa mają się jak pastwiska i krzewy do dziewiczych lasów i bezbrzeżnych stepów Ameryki. Turysta-Jankes zapytany, jak mu się podobała Wight39, angielska wyspa, odpowiedział: „Dość ładna, lecz niebezpieczna, gdyż można bardzo łatwo spaść z łóżka w morze, tak jest maleńka”. Umieją też Amerykanie drwić i z siebie.
„Mężowie z Rochester40 — przemawia Webster do mieszkańców tego miasta — cieszę się, że widzę i was, i wasz zacny gród. Dżentelmeni! Widzę wasz wodospad, który ma sto pięćdziesiąt stóp41 wysokości. Jest to bardzo interesujący fakt. Dżentelmeni! Rzym miał swego Cezara42, swego Scypiona43, swego Brutusa44, lecz Rzym w swoich najświetniejszych dniach nie miał nigdy wodospadu o stu pięćdziesięciu stopach wysokości. Dżentelmeni! Grecja miała swego Peryklesa45, swego Demostenesa46, swego Sokratesa47, lecz Grecja w swoich najświetniejszych dniach nigdy nie miała wodospadu sto pięćdziesiąt stóp wysokiego. Mężowie z Rochester! Ten naród nie straci swojej wolności, który ma wodospad na sto pięćdziesiąt stóp wysoki”.
Albo inna humoreska o Ameryce:
„To jest sławny kraj! Ma on rzeki dłuższe, bardziej błotniste, głębsze, bystrzejsze, wznoszące się wyżej i spadające niżej, a czyniące więcej szkody niż jakiekolwiek rzeki na świecie! Nasze wagony są obszerniejsze, wspanialsze, wykolejają się częściej i zabijają ludzi daleko więcej niż wszystkie koleje świata. Nasze parostatki wiozą więcej ciężaru, są dłuższe i szersze, zaś kotły wybuchają na nich daleko częściej i wyrzucają pasażerów nierównie wyżej niż parostatki innych narodów. Nasi mężczyźni są wyżsi i grubsi, biją się częściej i lepiej, piją mniej wódki i palą mniej tytoniu, a plują dalej i wyżej niżeli w innych krainach. Nasze panie są bogatsze, piękniejsze, marnują więcej pieniędzy, łamią więcej serc, noszą pierścionki grubsze, a suknie krótsze, wyzywają zaś diabła daleko lepiej niż inne niewiasty w świecie. Nasze dzieci krzyczą głośniej, rosną szybciej, są zbyt wybujałe w stosunku do swoich majtek i dochodzą do lat dwudziestu o kilka miesięcy wcześniej niż inne dzieci we wszystkich krainach świata”.
W licznym szeregu amerykańskich humorystów najwyżej stanął pod każdym względem i cieszy się największą popularnością równie w Ameryce, jak w Europie Samuel Langhorne Clemens, piszący pod pseudonimem Mark Twain.
Clemens urodził się we Florydzie 30 listopada 1835 roku, a swoje dzieciństwo spędził w mieście Hannibal nad brzegiem Missisipi. W owym czasie rzeka ta była wielkim gościńcem handlowym pomiędzy stanami średnio zachodnimi a Nowym Orleanem48, więc statki najrozmaitszego typu przepływały nieustannie, pochłaniając całą uwagę i zajęcie wszystkich nadbrzeżnych mieszkańców. Nic też dziwnego, że wśród chłopców panowała najwyższa ambicja zostania żeglarzem, sternikiem i kapitanem. Dlatego też mały Clemens błagał rodziców, żeby go oddali na jeden z parostatków krążących pomiędzy St. Louis49 a Orleanem, rodzina jednak, nie uwzględniając prośby chłopca, oddała go na naukę do drukarni brata, w czternastym roku życia. Wyuczywszy się drukarstwa, Clemens pracował następnie w St. Louis, Cincinnati50, Filadelfii, Nowym Jorku i innych wielkich miastach. Niezadowolony wszakże z tego zajęcia, wrócił na zachód, żeby urzeczywistnić swoje dziecinne marzenia i zostać żeglarzem na Missisipi. Więc zostawszy nim, z całą gorliwością młodzieńca, jak sam się wyraża, learned the river51, to jest poznał rzekę. Właśnie wtedy zdobył swój pseudonim. Przy sondowaniu rzeki wołano zwykle: Mark one, Mark twain, Mark three i tak dalej, co znaczy „jedna, dwie, trzy miary”. Osłuchawszy się tych wykrzykników, Clemens przyjął później „Mark Twain” za swe nazwisko literackie.
Gdy w 1861 roku żeglarstwo na Missisipi upadło, Clemens udał się do Nevady jako sekretarz swego brata, który był agentem rządowym przy kopalniach srebra, i w tej dzikiej krainie wystąpił po raz pierwszy jako dziennikarz pod pseudonimem Mark Twain. Opuściwszy Nevadę, zwiedził Kalifornię i inne miejscowości w stanach zachodnich. W czasie tych wędrówek był kolejno komisantem52, dziennikarzem, wydawcą i prelegentem. W 1863 roku zaczął opisywać swe podróże w redagowanym przez siebie dzienniku „Virginia City Enterprise”. W roku następnym osiadł w San Francisco i tu przez jeden rok wydawał dziennik. W 1866 roku zwiedził Wyspy Hawajskie i stamtąd wrócił do Stanów Zjednoczonych z odczytami o swych podróżach, którymi zjednał sobie niemały rozgłos. W roku 1867 zwiedził stany wschodnie, a po przyjeździe do Nowego Jorku wystąpił po raz pierwszy z książką pod tytułem The Jumping Frog and Other Sketches (Żaba skacząca i inne szkice), która swoim świeżym humorem zwróciła ogólną uwagę na autora. W 1867 roku razem z amerykańskimi turystami odbył podróż po Morzu Śródziemnym, zwiedził Palestynę, Egipt, a w końcu i Europę. Podróż tę opisał w książce pod tytułem The Innocents Abroad (Niewinni poza krajem), która w ciągu pięciu miesięcy uczyniła autora sławnym, wszędzie gdzie tylko mówią po angielsku, a według Forda „wsławiła imię Twaina po koniec świata”. Odtrąciwszy ową przesadę, przyznać musimy, że w Niewinnych autor złożył dowody pierwszorzędnego talentu w kierunku humorystycznym. Ten opis podróży jest właściwie satyrą, ośmieszającą tego rodzaju opisy. Historyczne miasta, pałace, muzea, dzieła sztuki, a nawet rzeki i góry swawolny autor przedstawiał w świetle i w barwach na wskroś humorystycznych, jak gdyby odkrywając zupełnie nową Europę. Praca ta miała powodzenie tak olbrzymie i powszechne, że według słów Wrighta już sama wzmianka o autorze Niewinnych wszędzie budziła wesołość. W 1870 roku Clemens osiadł w Buffalo53 i wydawał tu dziennik pod tytułem „The Buffalo Express” oraz drukował mnóstwo artykułów literackich i humorystycznych w nowojorskim piśmie „Gallaxy Magazine”.
W 1872 roku, po ożenieniu się z kolosalnie bogatą panią Langdon, przyjechał do Anglii z odczytami, które miały wielkie powodzenie, a po powrocie osiadł na stałe w Hartford54, w bliskim sąsiedztwie pani Beecher Stowe55, słynnej autorki Chaty wuja Toma.
Z kolei następna książka Twaina, nosząca tytuł Roughing it, przedstawia sceny z życia górników w Nevadzie, pełne ruchu, prawdy i humoru. W 1874 roku Clemens wystawił komedię The Gilded Age (Pozłacany wiek), graną w Ameryce z powodzeniem. Bohaterem sztuki jest pułkownik Sellars, jeden z tych zapaleńców złotej gorączki, którym się zdaje, że bez pracy można dojść do olbrzymiej fortuny.
Przy talencie humorystycznym Mark Twain jest psychologiem w subtelnych analizach natury ludzkiej oraz posiada pewną skłonność do patetycznych opowieści. Nic w tym dziwnego; źródło śmiechu graniczy niesłychanie blisko z krynicą łez.
W książce pod tytułem Przygody Tomka Sawyera (1876) autor przedstawia świat dziecinny z wyborną znajomością i widocznym ukochaniem przedmiotu. Bohater opowieści Tomek i jego przyjaciel Huck, obaj dziewięcioletni chłopcy, otoczeni całym gronem rówieśników, wypełniają książkę swoim arcyzabawnym i do pewnego stopnia romantycznym urwisostwem.
Do tej samej kategorii należy następna opowieść The Adventures of Huckleberry Finn (Przygody Hucka Finna) napisana dopiero w 1884 roku, a mająca nieporównanie wyższą wartość od poprzedniej. Rzecz tę, wysoce oryginalną i ciekawą, dajemy właśnie naszym czytelnikom w polskim przekładzie, nadmieniając tylko celem wyjaśnienia zasadniczych w niej szczegółów, że wypadki przedstawione w tej powieści rozgrywają się w epoce, kiedy jeszcze kwitło niewolnictwo w Ameryce i kiedy nie tylko prawo zajadle ścigało tych wszystkich, którzy by pomagali Czarnemu w ucieczce lub opiekowali się zbiegiem, ale i opinia publiczna piętnowała tego rodzaju humanitarne objawy.
Punch, Brothers, Punch (1878) jest humoreską niestojącą na wysokości poprzednich. To samo trzeba powiedzieć o The Decay of Lying (Upadek kłamstwa), Crime in Connecticut (Zbrodnia w Connecticut), trawestacji56 poematu Edgara Poego57 i The Stolen White Elephant (Skradziony biały słoń). Za to A Tramp Abroad (Włóczęga na obczyźnie) (1880) ma niepospolitą wartość. Jest to w rzeczywistości rodzaj wybornego przewodnika po Europie, ilustrowanego mnóstwem dowcipów i żartów. Najzabawniejszą część książki stanowią Appendices (Dodatki), wśród których spotykamy humoreskę o języku niemieckim i jego niezbędnej reformie. Wyrazy niemieckie, według autora, „są tak długie, że posiadają... perspektywę; na oznaczenie rzeczy nie ma wyrazów, ale całe procesje alfabetyczne”. „Możesz przyczepić — pisze autor — jakikolwiek wyraz do końca innego i otrzymasz znaczenie według woli. Zacznij od Schlagader58, co znaczy arteria, a przystawiając na końcu wszystkie wyrazy ze słownika, będziesz miał za każdym razem co innego. Taką samą przysługę odda i wyraz Zug59. Ja bym dla udoskonalenia mowy niemieckiej projektował przede wszystkim zniesienie celownika, który niepotrzebnie bruździ w liczbie mnogiej, posunąłbym czasownik ku frontowi, żeby wszak raz zszedł się z podmiotem, przeniósłbym kilka silnych wyrazów z angielskiego, zreorganizowałbym płeć zgodnie z wolą Stwórcy, wyrzuciłbym do licha owe nieskończonej długości wyrazy złożone albo je podzielił na sekcje dla wypoczynku mówiącego, gdyż pokarm umysłowy, jak każdy inny, przyjemniej spożywać łyżką niż szuflą. Zaleciłbym mówcom zatrzymywać się we właściwym miejscu, bez dochodzenia do nieszczęsnych haben sind gewesen60, gehabt haben61, geworden sein62, które zamykają każdą mowę. Wreszcie zniósłbym nawiasy, a zatrzymawszy tylko wyrazy Schlag i Zug z ich odpowiednikami i wyraz also63, wyrzuciłbym resztę ze słownika. To by znacznie uprościło język! Moje studia filologiczne doprowadziły mnie do przekonania, że jeśli osoba rozgarnięta mogłaby nauczyć się (prócz wymowy) języka angielskiego w czterdziestu godzinach, francuskiego w czterdziestu dniach, to niemieckiego w czterdzieści lat”.
W powieści pod tytułem The Prince and the Pauper (Książę i żebrak) autor daje nam obraz życia w czasach Edwarda VI64, króla Anglii, przedstawiając czytelnikowi Londyn w początkach XVI wieku, z jego pałacami i lepiankami, ze słynnym Towerem65 napełnionym więźniami z wyższych sfer, z paradami wojskowymi i tym podobne. Bajka zasadzająca się na zamianie stroju pomiędzy młodziutkim królem Edwardem a biedakiem Tomem Cantym oraz na przeróżnych następstwach tej zamiany grzeszy nadmierną patetycznością.
Do najpiękniejszych utworów Clemensa należy Life on the Mississipi, w którym to dziele autor z wielkim artyzmem odtworzył życie żeglarzy, tak kiedyś przez niego umiłowane. Pełno tu pięknych opisów przyrody i malowniczych obrazów społeczeństwa amerykańskiego w danej epoce.
W powieści pod tytułem Connecticut Yankee in King Arthur’s Court (Jankes na dworze króla Artura) Twain przeniósł typowego Jankesa dzisiejszych czasów w epokę Okrągłego Stołu. Swoje przygody razem z królem Arturem i z Lancelotem, pogardę dla zwyczajów rycerstwa i niesmak, jaki mu sprawia ciemnota rycerzy Okrągłego Stołu, zabawnie opowiada sam bohater, który, uzbrojony w wiedzę nowożytną, góruje nad Merlinem, czarnoksiężnikiem, wprowadza do kraju telefony i bicykle66, urządza faktorie67 i szkoły, przekształcając starą Brytanię w nowożytną.
W powieści Pudd’nhead Wilson (Tępa głowa Wilson) autor złożył jeden dowód więcej, że jest dzielnym obserwatorem życia i że umie głęboko wnikać w dusze swoich współziomków. Jak w Tomku i Hucku przedstawia typowe amerykańskie dzieci, tak tu z dużą plastyką nakreślił charakter męża.
Personal Recollections of Joan of Arc jest romansem historycznym o mężnej Dziewicy Orleańskiej68. Do tego dzieła Twain przez rok zbierał w Paryżu materiały z największą gorliwością historyka.
Oto wszystkie ważniejsze prace Marka Twaina. Komu wystarczy zdanie Thackeraya, że głównym celem pisarza humorysty jest rozbudzanie i utrwalanie miłości, współczucia, dobroczynności i miłosierdzia dla słabych, biednych, uciśnionych i nieszczęśliwych, a wstrętu i pogardy dla fałszu, pychy i wszelakiego szalbierstwa69; jeśli od humorysty wymagamy, żeby był nie tylko bawicielem70 swych czytelników, lecz i artystą, który w całej pełni daje nam swoją intuicję o świecie i życiu ludzkim, jeśli zadowala nas tylko taki humor, który posiada twórczą siłę, będącą wyjątkowym przywilejem niepospolitych umysłów, to i przy takim dziale spraw możemy przyznać Twainowi, że jest prawdziwym humorystą.
Ma on cięte i ostre pióro, a serce miękkie i szlachetne. Śmieje się z głupoty, piętnuje zło, jednak w najgorszym okazie ludzkim widzi człowieka i ma dla niego pewne współczucie. Gdyby czytelnik nie wiedział od biografów Twaina, że jest on człowiekiem najzacniejszym, sam by się o tym przekonał z jego utworów. Przede wszystkim kto tak kocha dzieci, nie już jak ojciec, bo to zwyklejsze, ale jako obywatel kraju widzący w tych drobnych istotkach przyszłe szczęście, wielkość i odrodzenie swego narodu — ten już musi być dobry. Obcuje on też z dziećmi w swoich utworach z bardzo widoczną rozkoszą i jest ich znakomitym psychologiem. Co to za świetny epizod miłości dziewięcioletniego chłopca i siedmioletniej dziewczynki w Tomku Sawyerze! Co za prawda w humorystycznym przedstawieniu zabawnego romansu tych dwojga dzieci...! Jak dalece Twain umiłował te przyszłe pociechy narodu, świadczy między innymi pełen humoru, a dziwnie rozrzewniający toast, jaki wzniósł w imieniu dzieci (The Toast of the Babies) na uczcie w Chicago, wydanej dla niego przez generała Granta71.
Humor Twaina, zbyt powierzchowny i gwałtowny w pierwszych utworach, pogłębił się z czasem i uspokoił, co świadczy o ciągłym doskonaleniu się tego pisarza, który celuje również w niezmiernie malowniczym odtwarzaniu cudów przyrody, gorąco przez niego ukochanej.
Powodzenie Twaina jako pisarza jest w Ameryce kolosalne; ceni go również i Europa, która przyswoiła sobie prawie wszystkie jego utwory. Toteż każda linijka autorstwa Twaina jest obecnie na wagę złota. Jego biografowie podają, że do 1894 roku zarobił piórem czterysta tysięcy dolarów. Twain umiał jednak zdobywać nie tylko złoto, lecz, co więcej znaczy, miłość ludzi. „Jest on kochany — mówi historyk Wright72 (American Men of Letters) — i w domu, i poza domem, gdyż dzięki swemu charakterowi wszędzie zdobywa przyjaciół”. „Niech nam Twain żyje jak najdłużej — tak kończy swą pracę o nim Robert Ford (American Humorists Recent and Living) — gdyż swoim piórem daje współziomkom więcej zdrowia i szczęścia niżeli cała armia doktorów ze skalpelami i apteką”.
Mark Twain umarł dnia 21 kwietnia 1910 roku w Danbury, Connecticut73, licząc lat siedemdziesiąt cztery.
J. A. Święcicki
Rozdział I
Cywilizowanie Hucka. — Mojżesz w trzcinach. — Miss74 Watson. — Tomek Sawyer czeka na mnie.
Muszę państwu powiedzieć, że ja i Tomek Sawyer, mój przyjaciel, znaleźliśmy pieniądze, które rabusie ukryli byli75 w jaskini, i to nas wzbogaciło. Dostaliśmy każdy po sześć tysięcy dolarów, samym złotem. Otóż sędzia Thatcher wziął je i oddał na procent, co nam przynosiło każdemu po dolarze dziennie przez cały rok. Wdowa Douglasowa wzięła mnie do siebie za syna i obiecała, że mnie ucywilizuje; ciężko jednak było wytrwać w tym domu, tak okropnie porządna i przyzwoita była wdowa i wszystkie jej postępki. Toteż ile razy nie mogłem wytrzymać, wymykałem się do beczki po cukrze, włożywszy na siebie stare łachmany; czułem się całkiem swobodny. Tomek Sawyer zawsze mi obiecywał, że zebrawszy bandę rozbójników i stanąwszy na jej czele, przyłączy mnie do niej, bylebym tylko pozostał u wdowy i wiódł porządne życie. Wracałem więc do niej.
Wdowa płakała nade mną, nazywając mnie biedną, zbłąkaną owieczką i dając mi różne inne przezwiska, którymi zresztą nie chciała mnie krzywdzić. Sprawiła mi też nowe ubranie, w którym się strasznie pociłem, bo było ciasne. Gdy wdowa zadzwoniła na wieczerzę76, trzeba było zaraz przychodzić i czekać, aż ona, spuściwszy głowę, pomruczy trochę nad jedzeniem, z którym, prawdę rzekłszy, nic się nie działo.
Po wieczerzy wdowa wydobywała księgę i uczyła mnie o Mojżeszu i o trzcinach. Aż poty na mnie biły, tak pragnąłem dowiedzieć się wszystkiego o Mojżeszu, ale gdy się okazało, że on już od dawna nie żyje, przestałem dbać o niego, bo co mnie tam obchodzą umarli.
Poczuwszy pociąg do tytoniu dość wcześnie, prosiłem wdowę, żeby mi pozwoliła palić; otrzymałem jednak odpowiedź, że to brzydki nałóg, że z tego w domu nieporządek, więc że palić nie powinienem. Tak właśnie jest z niektórymi ludźmi. Wdowa zawracała mi głowę Mojżeszem, który jej ani brat, ani swat77, i nikogo nie obchodzi, skoro już umarł, i broniła78 mi palić, a sama zażywała tabakę79, uważając to, ma się rozumieć, za dobre — ponieważ ona to robiła.
Jej siostra, miss Watson, nieco przychuda stara panna, z puklami zwiniętymi w obwarzanek na skroni, zamieszkawszy z nią, gnębiła mnie elementarzem, znęcając się nade mną co dzień przez pół godziny. Nie mógłbym wytrzymać dłużej! Potem z dobrą godzinę bywało śmiertelnie nudno, więc też zaczynałem się kręcić. Wtedy miss Watson mawiała:
— Huckleberry, po co kładziesz tu nogi?
Albo:
— Nie garb się tak, siedź prosto.
Parę minut później znów zrzędziła:
— Nie otwieraj ust, nie przeciągaj się tak, dlaczego nie siedzisz przyzwoicie? — I opowiadała mi o tym miejscu, gdzie dusze idą za karę. Gdy rzekłem, że chciałbym się tam dostać, aż oniemiała ze zgrozy, choć nie miałem zamiaru powiedzieć nic złego. Po prostu pilnie mi było pójść sobie gdzie indziej, pragnąłem zmiany, nie będąc wcale wybredny w wyborze miejsca. Miss Watson twierdziła, że to grzech tak mówić i że ona za nic w świecie nie powiedziałaby tego, albowiem pragnie się dostać do miejsca wiecznej szczęśliwości. Nie widząc dla siebie żadnej korzyści w przebywaniu gdziekolwiek razem z nią, postanowiłem nie starać się o to. Tego jednak nie powiedziałem, bo byłaby nowa afera, a pożytku żadnego.
Wziąwszy więc nade mną górę, poczęła opowiadać wszystko, co tylko było jej wiadomo o miejscu onej80 szczęśliwości. Mówiła, że człowiek, nic tam nie robiąc, będzie tylko siedział z harfą i śpiewał. Jakoś mi się to nie podobało, ale nie pisnąłem ani słówka. Spytałem tylko, czy Tomek Sawyer tam pójdzie. A ona:
— Nie! Daleko mu do tego!
Bardzo się wtedy ucieszyłem, chciałem bowiem, żebyśmy zawsze byli razem.
Ale miss Watson ciągle miała do mnie o coś pretensje, aż mi się to w końcu uprzykrzyło81. Niezadługo potem zaczęła sprowadzać wszystkich Czarnych na pacierz, a po pacierzu każdy musiał iść do łóżka. Więc i ja poszedłem z kawałkiem świecy do swego pokoju, a postawiwszy ją na stole, sam siadłem na krześle przy oknie i próbowałem myśleć o czymś wesołym, ale na próżno. Czułem się taki samotny i taki smutny, że prawie pragnąłem już śmierci. Gwiazdy świeciły na niebie, w pobliskim lesie jakoś posępnie szumiały liście; w oddali odzywała się sowa, zawodząc po kimś, kto już umarł; przy domu pies i puszczyk, wzajemnie sobie wtórując, zapowiadały komuś śmierć; wiatr usiłował coś mi powiedzieć, coś do ucha szepnąć, a ja nie mogłem zrozumieć, o co idzie82, i aż mnie dreszcze przejęły. Zapragnąłem jakiegoś towarzystwa. Aż oto pająk zaczął mi leźć po ramieniu. Strąciłem go tak silnie, że wpadł w płomień; zanim zdążyłem dobiec do stołu, już był nieżywy. Nie wątpiłem, że to zły znak i że śmierć pająka pewno przyniesie mi smutek, toteż przestraszony, zacząłem z siebie zrywać ubranie. Po trzech obrotach w kółko, przy żegnaniu się za każdym razem, wziąłem kosmyk swych włosów i szczelnie obwiązałem go nitką, aby oddalić od siebie czarownice, które mogły mnie urzec. Lecz to mi nie przywróciło spokoju. Drżąc ze strachu, wydobyłem fajeczkę, aby się trochę zaciągnąć, pewny, że wdowa mnie teraz nie złapie. Siedząc tak, słyszę, że w pobliskim mieście zaczyna bić zegar. Bum! bum! bum! Dwanaście razy uderzył — potem znów cisza. Wtem na dole, pośród drzew, trzeszczy złamana gałązka... Coś się tam rusza! Prawie tłumiąc oddech, słuchałem. Po zaledwie chwili dosłyszałem na dole:
— Mia-u! Mi-a-u-u!
Doskonale! Więc ja też:
— Mia-u! Mi-a-u-u! — Jak najciszej...
Zdmuchnąwszy świecę, wyszedłem przez okno na biegnący wokoło domu gzyms. Stamtąd zsunąłem się na ziemię i popełzłem pomiędzy drzewami w głąb ogrodu, gdzie, ma się rozumieć, czekał na mnie... Któż by inny, jak nie Tomek Sawyer!
Rozdział II
Chłopcy wymykają się Jimowi. — Rozbójnicza banda. — Głęboko obmyślane plany.
Szliśmy na palcach ścieżyną83, która wijąc się wśród drzew, wiodła na skraj ogrodu. Idąc, musieliśmy pochylać się, żeby gałęzie nie podrapały nam twarzy. Kiedy przechodziliśmy obok kuchni, przewróciłem się o korzeń i narobiłem hałasu. Skuliliśmy się i położyliśmy nieruchomo. Jim, ogromny Czarny należący do miss Watson, siedział w otwartych drzwiach kuchni, widzieliśmy go jak najwyraźniej, przed światłem. Usłyszawszy hałas, wstał, wyciągnął szyję i nasłuchiwał przez parę minut.
— Kto tam? — zapytał.
Znów nasłuchuje, a wreszcie wszedłszy do ogrodu, tak stanął między nami dwoma, że każdy z nas mógł był dotknąć go ręką. Jak na złość zaczęło mnie swędzić kolano, potem ucho, następnie plecy, pomiędzy samymi łopatkami. Zdawało mi się, że umrę, jeżeli się nie podrapię. Już ja to nieraz zauważyłem, że gdy jesteś w przyzwoitym towarzystwie albo na pogrzebie, albo musisz leżeć, nie mogąc w ogóle spać, wówczas, gdy nie wypada ci się drapać, to od razu poczujesz swędzenie w kilkunastu miejscach. Po chwili Jim się odzywa:
— Kto tam? Odezwij się. Czy jest tam kto? Bodaj pies zdeptał mego kota, jeżeli ja nie słyszałem, że coś chodzi. Wiem, co zrobię. Będę tu siedział, póki znów czegoś nie usłyszę.
Usiadł więc na ziemi, pomiędzy mną i Tomkiem. Plecami oparł się o drzewo, a nogi wyciągnął przed siebie tak, że jedną prawie dotykał mojej. Poczułem swędzenie w nosie i to tak silne, że aż łzy stanęły mi w oczach, nie podrapałem się jednak, żeby nie zdradzić swej obecności. Mało ze skóry nie wyskoczyłem, tak mi dokuczało swędzenie w różnych miejscach. Trwała ta męczarnia kilka minut, a wydała mi się bardzo długa. Gdy już czułem, że nie wytrzymam, Jim zaczął oddychać ciężko, a potem chrapać.
Wówczas, pełzając po cichu na rękach i na kolanach, coraz bardziej oddalaliśmy się od Jima. Nagle Tomek szepnął do mnie, żeby przywiązać Jima do drzewa, ot tak, dla zabawy, ale ja się na to nie zgodziłem. Mógł narobić hałasu i zaraz by się wydało, że mnie nie ma w domu. Chwilę później Tomek postanowił zabrać z kuchni parę świec. Wzięliśmy trzy świece, a on położył na stole pięć centów jako zapłatę. Pomimo że aż poty biły na mnie z niecierpliwości, Tomek popełznął na czworakach do Jima, aby mu spłatać jakiegoś figla. Gdy powrócił, dowiedziałam się, że zdjąwszy Jimowi kapelusz z głowy, zawiesił go na dość wysokiej gałęzi. Później Czarny opowiadał, że czarownice urzekły go i pozbawiwszy przytomności, jeździły na nim wierzchem84 po okolicy. Pięciocentówkę zaś nosił zawsze na szyi, zawieszoną na sznureczku, mówiąc, że to dany mu przez diabła talizman na każdą chorobę i na sprowadzanie czarownic do usług. Schodzili się zewsząd Czarni i dawali Jimowi, co kto miał, aby tylko pokazał im tę monetę, ale żaden nie chciał jej dotknąć, dlatego że była w diabelskim ręku. Jako służący Jim stał się do niczego, tak zhardział85 od chwili, gdy diabła widział na własne oczy i czarownicom służył za wierzchowca.
Spotkawszy Józia Harpera, Benia Rogersa i kilku innych chłopców ukrytych w zapuszczonym sadzie, popłynęliśmy z nimi łódką ku wąwozowi odległemu na jakieś dwie i pół mili. Tu, w krzakach, Tomek odebrawszy od nas przysięgę, że dochowamy tajemnicy, pokazał nam rozpadlinę wiodącą w głąb wzgórza, a ukrytą w najgęstszych zaroślach; zapaliwszy świece, wczołgaliśmy się wewnątrz na czworakach do obszernej jaskini, Tomek zaś, będący na przedzie, wrócił pod ścianę i znikł niebawem w otworze tak ukrytym, że nikt nie zauważyłby tam dziury. Poszliśmy wszyscy jego śladem, a po przejściu przez wąziutki korytarzyk znaleźliśmy się w małym niby pokoiku, wilgotnym i zimym. Tomek powiada:
— No! Teraz utworzymy bandę rozbójników i nazwiemy ją bandą Tomka Sawyera. Każdy, kto chce do niej należeć, niech złoży przysięgę i podpisze krwią swoje nazwisko.
Zgoda była ogólna i ochocza.
Tomek wydostał więc arkusz papieru, na którym poprzednio napisał był przysięgę i przeczytał ją głośno. Każdy z chcących należeć do bandy zobowiązywał się, że święcie dochowa wszystkich tajemnic.
Gdyby któryś z członków bandy zdradził jej tajemnicę, czekała go za to kara ścięcia, po czym jego trup miał być spalony, popioły rzucone na wiatr, jego imię wykreślone krwią ze spisu członków. Pozostałym wzbraniało się wymawiać imię zdrajcy, które miało być uroczyście przeklęte, a potem na wieki zapomniane.
Wszyscy uznali jednomyślnie, że rota86 przysięgi jest prześliczna i każdy zapytywał Tomka, czy ją sam ułożył. Tomek odpowiadał każdemu, że trochę sam, a resztę wziął z książek o rozbójnikach morskich i opryszkach.
Niektórzy odezwali się z tym, że należałoby zabijać rodziny zdrajców, którzy wydali tajemnicę stowarzyszenia. Tomkowi podobał się ten pomysł: wziął więc ołówek i dodał kilka słów w tym sensie. Na to odzywa się Benio Rogers:
— No a Huck Finn? On nie ma nikogo z rodziny. Cóż z nim będzie?
— Ma przecież ojca — odpowiedział Tomek.
— Tak, ma ojca, ale nikt teraz nie wie, gdzie się ten ojciec podziewa. Dawniej widywano go po chlewach, gdzie spał pijany razem z wieprzami, ale od przeszło roku nikt go nie spotkał w tych stronach.
Zaczęli rozprawiać o tym i o mały włos nie wyrzucili mnie spomiędzy siebie, mówili bowiem, że każdy z nas musi mieć rodzinę lub kogoś przeznaczonego do zabicia, gdyż w przeciwnym razie nie byłoby wśród nas sprawiedliwości. Nikt nie wiedział, co na to poradzić, milczeli więc wszyscy, zakłopotani. Ja byłem gotów płakać, ale naraz przyszła mi szczęśliwa myśl do głowy:
— Oddam wam miss Watson! — krzyknąłem.
Na co oni, jak jeden, zawołali:
— Prawda! Prawda! Można zabić miss Watson! Wszystko w porządku! Przyjmujemy miss Watson! Huck może do nas należeć.
Po czym każdy ukłuwszy się szpilką w palec, wycisnął kropelkę krwi i nią podpisał swoje nazwisko, kto zaś pisać nie umiał, ten własnoręcznie położył na papierze swój znak.
— A teraz — zaczął Benio Rogers — trzeba się naradzić, jaka będzie działalność stowarzyszenia.
— Żadna inna prócz grabieży i morderstw! — odparł Tomek.
— Ale kogo i co mamy grabić? Domy, bydło lub...
— Pleciesz! Kto zabiera bydło i tym podobne rzeczy, nie jest rozbójnikiem, lecz złodziejem — odpowiada Tomek.
— My nie złodzieje, tylko rozbójnicy. W maskach na twarzy zatrzymując na gościńcach wozy z towarami, będziemy zabijali podróżnych, żeby im zabierać zegarki i pieniądze.
— Czy koniecznie trzeba zabijać?
— Koniecznie. Tak wypada. W niektórych książkach czytałem, że lepiej nie, ale w innych uważane to jest za konieczność. Z wyjątkiem, ma się rozumieć, tych podróżnych, których się tu przyprowadzi do jaskini i trzymać będzie, dopóki nie złożą okupu.
— Okupu? Co to znaczy?
— Nie wiem dobrze... „Wziąć okup”. Tak jest napisane w książkach, więc naturalnie trzeba tak czynić.
— Ale jakże możemy tak czynić, skoro nie wiemy dobrze, co to jest?
— E! Nie nudź. Musimy i koniec. Nie słyszysz? Tak jest napisane w książkach!
— Więc chcesz być rozbójnikiem byle jakim i robić nie to, co potrzeba, lecz to, co ci przyjdzie do głowy?
— Dobrze ci mówić, Tomku, ale ja bym tylko chciał wiedzieć, co będzie, jeżeli i nasi jeńcy nie będą rozumieli, co to jest „okup”? Jak ty myślisz: co to znaczy?
— Nie... nie wiem... Może oni będą wiedzieli...
— A jeżeli nie będą, to co?
— Ha! To trzeba ich będzie trzymać w niewoli, dopóki nie pomrą.
— A! Tak, to rozumiem. Tak, to dobrze. Czemu od razu tak nie mówiłeś? Myślę tylko, że będzie z nimi dużo kłopotu, bo im trzeba dawać jeść i pilnować, żeby nie pouciekali.
— Co też ty pleciesz, Beniu? Jakże mogą pouciekać spod straży gotowej do zabicia ich, gdy ruszą palcem?
— Straż? A to mi się podoba! Więc musimy pilnować ich przez dnie i noce?
— Głupstwo! Dlaczego nie mamy zabić ich od razu, zamiast czekać, aż „wezmą okup” i umrą?
— Dlatego, że tak jest napisane w książkach. Powiedz mi raz, Beniu, czy chcesz być prawdziwym rozbójnikiem, czy nie? Albo myślisz może, że ci, co pisali książki, nie wiedzieli, jaki powinien być rozbójnik? Czy chcesz ich uczyć rozumu i myślisz, żeś ty od nich mędrszy87? Nie. Prawda? A więc skoro nie, to siedź cicho i postępuj według prawideł88.
— Dobrze już, dobrze. Nie upieram się, tylko chciałem zrozumieć. A kobiety? Czy także mamy zabijać?
— Słuchaj, Beniu, gdybym tak niczego nie rozumiał jak ty, to już bym przynajmniej siedział cicho. Zabijać kobiety? W jakiejże książce powiedziano, że można zabijać kobiety? Nie! Przyprowadziwszy je do jaskini, będziesz dla nich słodki jak cukierek; zawsze skończy się na tym, że kobieta zakocha się w tobie i nie zechce wracać do domu.
— No, kiedy tak, to tak. Tylko widzisz, niezadługo nazbiera się w jaskini tyle kobiet i jeńców czekających na „okup”, że zabraknie miejsca dla rozbójników. No, ale niech i tak będzie.
Mały Tomuś Barnes rozespał się przez ten czas na dobre; gdy go zbudzono, przestraszył się i zaczął krzyczeć, że on chce iść do domu, do swej mamusi, a nie myśli już wcale być rozbójnikiem.
Inni, śmiejąc się z niego, przezywali go beksa. Tomuś więc, rozzłoszczony, zagroził wydaniem wszystkich tajemnic. Tomek Sawyer dał mu zatem pięć centów, żeby milczał, nam zaś polecił rozejść się i wyznaczył schadzkę za tydzień.
Benio Rogers oświadczył, że będąc wolnym tylko w niedzielę, w inne dni nie może chodzić na rozbój.
Ale wszyscy chłopcy stwierdzili, że byłoby niegodziwością robić to w niedzielę.
Po czym, obrawszy Tomka Sawyera dowódcą, a Józia Harpera jego namiestnikiem89, rozeszliśmy się do domów.
Wróciłem przez okno do pokoju przed samym świtem. Moje nowe ubranie było potłuszczone i całe gliną uwalane90, a ja okropnie zmęczony.
Rozdział III
Porządna bura. — Dwie Opatrzności. — Geniusze. — Tomek Sawyer okłamuje mnie.
No, nazajutrz rano dostałem też porządną burę od starej miss Watson za to, że tak powalałem91 ubranie! Ale wdowa nie skarciła mnie wcale, tylko wzięła się do czyszczenia i wywabiania plam, a tyle przy tym miała roboty, tak się zmęczyła, że postanowiłem być lepszy choć przez dni kilka. Właśnie miss Watson wzięła mnie ze sobą do maleńkiego pokoiku i zaczęła modlić się ze mną, mówiąc, że o cokolwiek bym prosił, otrzymam. Prosiłem, modliłem się co dzień, co rano, ale nic. Nic nie otrzymałem! Próbowałem znów. Nic! Raz dostałem wędkę, ale bez haczyków. Wędka bez haczyków jest na nic. Prosiłem więc kilka razy o haczyki, ale nadaremnie. Po paru dniach spytałem miss Watson, czy ona nie mogłaby prosić za mnie, ale odpowiedziała, żem głupi, nie tłumacząc mi nawet dlaczego.
Pewnego dnia długo nad tym rozmyślałem w lesie. Jeżeli każdy może otrzymać wszystko, o co prosi, dlaczego nasz sąsiad nie może odzyskać pieniędzy, które stracił na wieprzach? Dlaczego miss Watson nie może troszeczkę przytyć? Nie, to coś nie tak, jak mówi miss Watson. Idę więc do wdowy i pytam jej, jak to jest naprawdę. A ona mi tłumaczy, że każdy może otrzymać to, o co prosi, ale że prosić należy jedynie o „dary duchowe”, nie zaś o nabytki doczesne92. Za mądre to było dla mnie, ale mi zaraz wytłumaczyła:
— Powinieneś dopomagać drugim, każdemu dobrze czynić, myśleć o szczęściu drugich, o swoim zaś najmniej. Starszych trzeba szanować i słuchać...
No, to z pewnością dotyczyło miss Watson!
Znów poszedłem do lasu, żeby to sobie obrócić w głowie na wszystkie strony. Nie widząc jednak żadnej korzyści dla siebie w ciągłym myśleniu „o drugich”, postanowiłem dłużej się tym wcale nie martwić.
Czasami wdowa wezwawszy mnie, tak opowiadała o Opatrzności, że mi się aż miękko na sercu robiło, ale już nazajutrz z nowych rozpraw miss Watson o Opatrzności wyciągałem wnioski wprost odwrotne. Przypuszczałem więc, że muszą być dwie Opatrzności: z Opatrznością wdowy byłoby biedakowi jak u Pana Boga za piecem, ale gdyby go złapała Opatrzność miss Watson, to już po nim! Wszystko to sobie obmyśliwszy, postanowiłem, w razie gdyby mnie przyjęła Opatrzność wdowy, pójść pod Jej rządy. Nie wiem tylko, jaką by ona korzyść stąd miała, bo ja nieborak93 głupi i prosty, biedny włóczęga i nic więcej.
Nikt nie widział taty od przeszło roku i było mi z tym bardzo dobrze; nie miałem najmniejszej ochoty znów go zobaczyć. Miał brzydki zwyczaj bić mnie zawsze, nawet gdy był trzeźwy, toteż spędzałem w lesie prawie cały czas jego bytności w okolicy. W tych dniach właśnie znaleziono go w rzece, o jakieś dwanaście mil od miasta: utonął! Tak przynajmniej mówiono, gdyż topielec był tego samego wzrostu, tak samo obdarty, takie same długie włosy — tatko wykapany! Tylko twarzy nie mogli rozpoznać, bo tak długo leżała w wodzie, że już przestała być twarzą. Zwłoki płynące na wznak wydobyto i pogrzebano na brzegu. Ale ja ciągle byłem niespokojny, bo mi wciąż przychodziło do głowy, co kiedyś usłyszałem: że mężczyzna, gdy utonie, nie może wypłynąć na wznak, tylko zawsze twarzą do wody. Byłem więc pewien, że to nie tatko, lecz jakaś kobieta w męskim stroju.
Bawiliśmy się od czasu do czasu w rozbójników, z miesiąc może, a potem daliśmy spokój. Nikogo nie ograbiliśmy ani nie zabiliśmy, tylko tak udawaliśmy, że napadamy. Czyniąc zasadzki w lesie, uderzaliśmy na ludzi pędzących wieprze do miasta, na kobiety wiozące na targ jarzyny, niewolników jednak nie braliśmy. Tomek Sawyer nazywał wieprze „jeńcami”, a jarzyny „łupem”.
Pewnego dnia Tomek wyprawił jednego z naszych chłopców do miasta i kazał mu biegać po ulicach z zapalonym patykiem, to jest z „żagwią94 mordu”, na znak, że banda powinna się zebrać czym prędzej. Po zebraniu powiedział nam, że przez swoich szpiegów otrzymał ważne wiadomości. Nazajutrz miała stanąć obozem w jednej z górskich dolin karawana hiszpańskich kupców i bogatych Arabów, wiodąca ze sobą dwieście słoni, sześćset wielbłądów i przeszło tysiąc mułów, objuczonych samymi brylantami; cała zaś straż karawany składała się z zaledwie czterystu żołnierzy. Otóż uczyniwszy zasadzkę, mieliśmy niespodzianie uderzyć na karawanę, rozbić ją i zabrać skarby. Kazał nam wyczyścić broń, opatrzeć i stać w pogotowiu wojennym. Nawet przy pogoniach za wózkiem z rzepą musieliśmy zawsze mieć wyczyszczoną broń, choć składała się ona tylko z kijów od mioteł i blaszanych szabelek, które można było trzeć i szorować do siódmego potu95, blacha zaś zawsze była blachą, tak jak kij kijem. Nie wierząc, żebyśmy mogli pobić taką moc Hiszpanów i Arabów, jedynie z ciekawości ujrzenia wielbłądów i słoni stawiłem się nazajutrz w sobotę o wyznaczonej godzinie.
Z gęstych zarośli na komendę wodza zbiegliśmy pędem w dolinę. Nie było tam jednak Hiszpanów ani Arabów, nie było wielbłądów ani słoni, ale za to spotkaliśmy dzieciaki z niedzielnej szkółki na majówce.
Napadliśmy na nich i rozpędziliśmy, wszakże naszą jedyną zdobyczą były pierniczki i marmolada. Benio Rogers znalazł wprawdzie zwiniętą z gałganów lalkę, a Józio Harper książeczkę do nabożeństwa, lecz nauczyciel, zmusiwszy nas do oddania łupu, rozpędził bandę.
Brylantów nie widziałem wcale i powiedziałem to Tomkowi, on jednak upierał się, że były ich tam całe fury96; byli też i Arabowie, słonie i wszystko, co być miało. Na moje pytanie, dlaczego ja nic nie widziałem, nazywał mnie nieukiem, dodając, że gdybym znał Don Kichota, pytać bym nie potrzebował. Stało się to wszystko za sprawą czarów. Nieprzyjaźni nam czarnoksiężnicy przemienili wszystko w dzieciaki z niedzielnej szkółki, w pierniczki i w galaretę.
— Skoro tak — odpowiedziałem — to trzeba bić się z czarnoksiężnikami.
— Cóż ty sobie myślisz, głowo cielęca? — odparł Tomek. — Czy to czarnoksiężnik nie ma całego wojska geniuszy97, którzy cię rozsiekają na drobny mak, zanim powiesz „Jack Robinson”?! Każdy geniusz jest wysoki jak drzewo, a gruby jak kościół.
— A jeżeli kilku geniuszy stanie po naszej stronie, czy nie możemy zwyciężyć tamtych?
— Aha! A skądże weźmiesz geniuszy?
— Nie wiem. Skądże ich biorą czarnoksiężnicy?
— To co innego. Taki czarnoksiężnik potrze sobie pierścień albo starą lampę blaszaną i geniusze hurmem98 się cisną do niego... Pioruny biją, grzmot huczy, błyskawice po niebie latają, dym bucha kłębami, a czarnoksiężnik rozkazuje geniuszom i co im powie, to oni czynią. To nic dla nich wyrwać wieżę z korzeniami i przerzucić ją sobie przez głowę razem z dyrektorem niedzielnej szkółki.
— Któż ich zmusi do wyrwania wieży?
— Każdy, kto potrze lampę albo pierścień. Oni są poddani każdemu, kto posiada lampę albo taki pierścień, i muszą być posłuszni każdemu rozkazowi swego władcy. Jeżeli im powie: „Zbudujcie mi pałac na czterdzieści mil długi, cały z diamentów, i napełnijcie go od dachu do piwnic cukierkami, porwijcie cesarzowi chińskiemu córkę dla mnie za żonę”, oni muszą to zrobić i to zaraz, nim słońce wstanie. Więcej ci powiem: muszą na twój rozkaz przenosić ten pałac z miejsca na miejsce i to prędko: raz, dwa, trzy, jakby walca tańczył. Rozumiesz?
— Wiesz, co ja myślę? Głupi być muszą ci geniusze, jeżeli tak szafują pałacami i cukierkami, zamiast je zatrzymać dla siebie! Niedoczekanie, żebym ja porzucał to, co robię, i pędził na rozkazy pierwszego lepszego, kto potrze starą lampę albo pierścień!
— Sam nie wiesz, co gadasz, Huck. A ja ci powiadam, że rad nierad i ty byś przyjść musiał.
— Ja? Gdybym był wysoki jak to drzewo i gruby jak nasz kościół?! No dobrze, przyszedłbym, ale za to zmusiłbym tego człowieka do wdrapania się na najwyższe drzewo w całym lesie.
— Wiesz, Huck, z tobą gadać nie warto. O niczym nie masz pojęcia! Istna cielęca głowa!
Rozważając to wszystko przez kilka dni, postanowiłem wreszcie przekonać się, czy jest w tym cokolwiek prawdy. Wyszukawszy starą, blaszaną lampę i również stary pierścień żelazny, tarłem go w lesie aż do potu, licząc na to, że zbudowany przez geniusza pałac sprzedam za dobre pieniądze. Ale wszystko na nic! Nie przyszedł ani jeden geniusz. Doszedłem więc do wniosku, że cała gadanina była kłamstwem wymyślonym przez Tomka. Może i on zresztą wierzył zarówno w Arabów, jak i w słonie, ale ja nie. To była po prostu szkółka niedzielna.
Rozdział IV
Powoli naprzód. — Huck i sędzia. — Zabobon.
Upłynęło kilka miesięcy i nadeszła zima. Prawie przez cały ten czas chodziłem do szkoły, umiałem już czytać, literować, pisałem już jako tako, umiałem na pamięć tabliczkę mnożenia aż do: „sześć razy siedem, trzydzieści pięć”. Zdaje mi się jednak, że gdybym żył nie wiem jak długo i przez całe życie chodził do szkoły, tobym nie potrafił nauczyć się jej do końca. Nie mam jakoś zapału do matematyki.
Z początku nie cierpiałem szkoły, ale powoli doszło do tego, że znosiłem ją nieźle. Gdy byłem zanadto zmęczony nauką, szedłem zamiast do szkoły na wagary, a nazajutrz brałem za to odpowiednie natarcie głowy, które mnie orzeźwiało na jakiś czas. Im dłużej zresztą chodziłem do szkoły, tym nauka wydawała mi się łatwiejsza i zabawniejsza. Przyzwyczaiłem się także do mojej wdowy i jej dziwactwa przestały mnie razić. Co prawda okropnie ciężko było mi żyć ciągle wśród czterech ścian i sypiać w łóżku, ale przed nadejściem zimy wykradałem się kiedy niekiedy i spędzałem noc w lesie pod gołym niebem, tak że miałem trochę odpoczynku i ulgi. Wolałem dawny sposób życia, ale przywykałem do nowego, nawet zaczynałem go lubić. Wdowa mawiała, że postępy czynię: „powoli, ale naprzód”, i była ze mnie bardzo zadowolona, dodając, że nie potrzebuje wstydzić się mnie.
Pewnego dnia przy śniadaniu zdarzył mi się wypadek: przewróciłem solniczkę. Jak najprędzej wyciągnąłem rękę, aby wziąć trochę soli i, dla odwrócenia nieszczęścia, rzucić ją przez lewe ramię za siebie, ale zburczała mnie miss Watson:
— Weźże ze stołu ręce — powiada. — Zawsze coś zbroić musisz.
Wdowa wtrąciła jakieś słówko za mną, ale ja już wiedziałem, że nieszczęście nie da się odwrócić. Wstałem od śniadania w złym humorze, myśląc tylko o tym, skąd się na mnie zwali bieda99.
Są sposoby na odwrócenie pewnych nieszczęść, ale na to, które sprowadza rozsypana sól, nie ma żadnego. Chodziłem więc smutny, ciągle się mając na baczności.
Wkrótce potem będąc w ogrodzie, spostrzegłem na śniegu jakieś ślady. Ktoś idąc od lasu ku domowi, postał trochę przy bramie i obszedł ogród dookoła pod parkanem. Dziwne to było, że nie wszedł do środka, lecz krążył; przyglądając się bacznie owym śladom, spostrzegłem, że w obcasach lewego buta były ćwieki w kształcie krzyża, mające odpędzać diabła. Zerwawszy się w mgnieniu oka, wpadam do sędziego Thatchera, cały zdyszany.
— Cóż to, mój chłopcze, tchu złapać nie możesz? Po procent przychodzisz?
— Nie, proszę pana, a czy jest?
— A jakże! Za całe pół roku. Dzisiejszej nocy upłynęło półrocze. Są pieniądze, są, sto pięćdziesiąt dolarów z górą. Niemały to grosz, jak dla ciebie. Daj mi upoważnienie do złączenia tej sumki z kapitałem, bo jeżeli ją weźmiesz do ręki, wydasz wszystko.
— Nie, proszę pana — mówię — nie wydam, nie. Mnie tych pieniędzy nie potrzeba, ani tych, ani sześciu tysięcy. Niech pan sobie wszystko zabierze.
Zdziwił się sędzia, nie mogąc zrozumieć mojej mowy.
— Co to ma znaczyć, mój chłopcze?
— Niech pan się nie pyta. Proszę zabrać wszystko. Czy dobrze?...
— Nic nie rozumiem. Co ci się stało?
— Ja pana na wszystko proszę o wzięcie tych pieniędzy bez żadnych pytań, żebym nie potrzebował kłamać.
Sędzia pomyślał chwilę, a potem rzekł:
— Aha! Rozumiem. Chcesz mi pożyczyć swoją własność.
— Tak! Pożyczyć. Rozumie się!
— A cóż? Pożyczkę mogę zaciągnąć.
Napisał więc coś na arkuszu papieru, przeczytał raz i drugi i mówi:
— Oto jest dowód, że pożyczyłem od ciebie sześć tysięcy na dziesięć lat, z obowiązkiem wcielania procentu do kapitału. Podpisz imię i nazwisko. A teraz... masz oto dolara dla siebie.
Podpisawszy, wziąłem dolara i wróciłem do domu.
Jim, Czarny należący do miss Watson, posiadał kulę ze zbitej sierści, wielką jak pięść, wyjętą z żołądka wołu. Używał on jej do wróżenia, mówiąc, że w środku siedzi zaklęty duch, któremu wszystko jest wiadome. Powiedziawszy więc zaraz Jimowi, że tatko powrócił, bo widziałem jego ślady na śniegu, prosiłem go o wybadanie ducha, co tatko zamierza czynić i czy długo tu zabawi. Wyjąwszy włosianą kulę, Jim coś nad nią szeptał, a potem rzucił na podłogę. Upadła, lecz nieodbita potoczyła się niedaleko, na cal100 zaledwie. Jim znów ją rzucił raz, drugi i trzeci, a ona zawsze padała tak samo i nie toczyła się wcale. Więc Jim ukląkł, przyłożył do niej ucho i słuchał, ale na próżno.
— Zdarza się — wyjaśnił Czarny — że kula dopóty nic nie powie, dopóki pieniędzy nie otrzyma.
— Mam starą, fałszywą monetę, ćwierć dolara (z rozmysłu nic nie mówiłem o dolarze), może weźmie ją kula, która przecież nie pozna się na niej.
Jim powąchał pieniądz, spróbował zębami, potarł go, aż w końcu rzekł:
— Zrobię tak, żeby kula wzięła ten pieniądz za prawdziwy. Nadkroję surowy kartofel i wsadzę w środek monetę na całą noc. Gdy zaśniedzieje, każdy weźmie ją za dobrą. A już co kula włosiana, to wcale się na niej nie pozna.
Jim dobrze mówił. Ja i bez niego wiedziałem, że kartofel na to najlepszy, tylko nie wiem, dlaczego zapomniałem.
Jim wsadził monetę pod kulę, znów przykląkł, przyłożył ucho i słuchał. Tym razem kula oświadczyła, że jest gotowa przepowiedzieć mi całe życie. Ja na to: „i owszem”. Gadała więc kula Jimowi, a Jim powtarzał mnie. Mówiła tak:
— Twój ojciec do tej pory nie wie jeszcze, co zrobi. Czasem zamierza pójść het, daleko, czasem znów mówi, że zostanie. Niech robi, co chce. Unoszą się nad nim dwa anioły. Jeden aż lśni od białości, drugi czarny. Biały skłania ku dobremu, czarny przeszkadza. Nie można jeszcze przewidzieć, który zwycięży. O siebie bądź spokojny. Pomimo wielkich kłopotów i zmartwień czeka cię w końcu wielka radość i szczęście. Stoją koło ciebie dwie panny. Jedna biała, a druga czarna, jedna bogata, druga uboga. Ożenisz się najpierw z ubogą, później z bogatą. Strzeż się wody, nie puszczaj się na nią, bo za wielką wodą twoja śmierć stoi i czeka...
Gdy powróciłem do swego pokoiku, czekał tam na mnie mój tatko we własnej osobie.
Rozdział V
Ojciec Hucka. — Czuły „tatko”. — Poprawa.
Wszedłszy, zamknąłem drzwi, odwracam się i widzę: tatko! Zazwyczaj drżałem przed nim, gdyż bił mnie, ile się zmieściło. Mój ojciec miał lat pięćdziesiąt z górą i na tyle wyglądał. Czarne, długie włosy, potargane i zatłuszczone, tak spadały na twarz, że mu prawie nie było widać oczu. Nosił też i bokobrody: białą, bladą twarz zaledwie było można dojrzeć przez włosy. Łachmany ledwo się na nim trzymały. Gdy siedząc, założył nogę na nogę, z jednego buta wyglądały dwa palce, którymi od czasu do czasu poruszał. Na podłodze położył stary, czarny, pikowy101 kapelusz, którego oddarte dno wpadało do środka, przypominając wieko od pudełka.
On patrzył na mnie, ja na niego. Postawiwszy świecę na stole, spostrzegłem, że okno jest otwarte: musiał wejść po gzymsie na balkon. Po długim milczeniu rzekł wreszcie:
— A to mi elegant, co się zowie102. Pewno się masz za coś wielkiego? Może nie?
— Może się mam, a może i nie mam — odrzekłem.
— Nie rozpuszczaj buzi tak śmiało! Strasznie głowę zadarłeś podczas mojej nieobecności. Przytrę ja ci rogów, nim cię z rąk wypuszczę. Podobno jesteś uczony: umiesz czytać i pisać? Masz się za coś lepszego od ojca? Co? Prawda? Ale ja to z ciebie wytrzęsę. Kto ci powiedział, że możesz się bawić w taką głupotę jak uczoność? Hę? Pytam się ciebie, kto ci to powiedział?
— Wdowa.
— Wdowa? To tak? A wdowie kto powiedział, że może wtykać swój nos w cudze sprawy?
— Nikt jej tego nie mówił.
— No to ja ją oduczę wtykania nosa. Słuchaj no: rzucisz mi szkołę, rozumiesz? Ja im pokażę, co to jest wychowywać chłopca, żeby zadzierał nosa, patrzył z góry na ojca i miał siebie za coś lepszego. Niech ja cię złapię w tej szkole! Popamiętasz ty mnie! Twoja matka, rodzona matka, czytać nie umiała... i pisać także! Nikt w naszej rodzinie nie umiał czytać ani pisać... do samej śmierci. I ja nie umiem, a ty się będziesz nadymał swoją mądrością! Ja nie taki, żebym to znosił, rozumiesz? Weź książkę, niech no usłyszę, jak ty czytasz.
Zaledwie przeczytałem kilka wierszy o Waszyngtonie103, ojciec dał książce takiego prztyka104, że wypadła mi z ręki o kilka kroków.
— No, teraz widzę, że umiesz czytać. Ale słuchaj: daj sobie spokój z tym rozumem. Ja tego nie chcę. Niech no cię przydybię105, ty elegancie, w bliskości szkoły, odpowiesz mi za to skórą. Przede wszystkim trzeba mieć religię: czcić ojca i matkę. Co z ciebie za syn wyrośnie?
Wziąwszy do ręki mały obrazek, przedstawiający żółte krowy i niebiesko ubranego chłopczyka, pyta:
— Co to?
— Nagroda za dobrą naukę.
Rozdarł obrazek na dwoje, mówiąc z cicha:
— Ja tobie dam coś lepszego, wygarbuję ci skórę106 co się zowie!
Siedział jakiś czas, mrucząc coś pod nosem, a w końcu rzekł:
— Jaki to z ciebie paniczyk! Łóżko, pościel, lustro, dywanik na podłodze, fiu, fiu! A rodzony ojciec musi sypiać w chlewie ze świniami! Jak żyję, nie widziałem takiego syna. Że ja cię oduczę tych grymasów, to pewne. Z rąk nie popuszczę! Będziesz sobie nadawał jakieś tony? Ja ci pokażę tony! Powiadają, że masz pieniądze. Jakie pieniądze? Skąd? Gadaj.
— Mówią nieprawdę.
— Mów no ty do mnie, jak się patrzy, bo się moja cierpliwość wyczerpie. Gadaj prawdę. W miasteczku wszyscy o tym gadają, żeś bogaty. Wszyscy powtarzają to samo. Dlatego przyszedłem. Jutro zaraz oddasz mi pieniądze.
— Nie mam żadnych pieniędzy.
— Nieprawda. Są u sędziego Thatchera. Odbierz i daj mi, bo potrzebuję.
— Powiadam tatkowi, że nie mam żadnych pieniędzy. Proszę się spytać pana sędziego.
— Dobrze, zapytam się. Gadaj zaraz: ile masz w kieszeni?
— Mam tylko dolara, potrzebny mi...
— Mało mnie to obchodzi. Dawaj go zaraz.
Spróbowawszy w zębach dolara, powiedział, że pójdzie do miasteczka po wódkę, której jakoby tego dnia nie miał w ustach, i wyszedł przez okno.
Po dobrej chwili, gdy już byłem pewny, że go nie ma, wsadził głowę do pokoju, wołając:
— A pamiętaj, co ci mówiłem, żebyś się nie kręcił koło szkoły.
Nazajutrz poszedł pijany do sędziego, żeby odebrać moje pieniądze. Spotkawszy się z odmową, zaprzysiągł zemstę i sądowne dochodzenie owych pieniędzy.
Sędzia i wdowa podali prośbę do sądu o odebranie mnie ojcu i ustanowienie opiekuna. Ale gdy przybył nowy sędzia, który nie znał tatka i nikogo w mieście, nie pozwolił na rozłączenie mnie z ojcem.
Pod ciągłą groźbą ojca pożyczyłem od sędziego Thatchera trzy dolary, za które, upiwszy się, takich narobił awantur w mieście, że go wreszcie wsadzili do kozy107 na tydzień.
Tymczasem nowy sędzia postanowił zająć się ojcem. Wziął go do swego domu, ubrał czysto od stóp do głowy, sadzał do stołu ze swą rodziną i był dla niego prawdziwym dobrodziejem. Po wieczerzy rozmawiał z nim o wstrzemięźliwości, o poprawie, a tak pięknie, że stary, płacząc, przeklinał swoją głupotę i solennie przyrzekał rozpocząć uczciwy żywot, byleby mu sędzia nie odmawiał swojej pomocy. Sędzia, słysząc te słowa, ściskał tatka jak brata i płakał nad nim razem z całą swoją rodziną. Gdy przyszła pora spoczynku, stary mój, powstawszy z krzesła, wzniósł rękę do góry i prawił:
— Spojrzyjcie na tę rękę, szanowni państwo. Weźcie tę rękę w swoje dłonie, uściśnijcie ją. Była to ręka ostatniej świni, ale nią nie jest i nigdy nie będzie, dziś ona należy do człowieka, który rozpoczął nowe życie i bodajbym nie ruszył się z tego miejsca, jeśli powrócę do dawnego. Zapamiętajcie sobie te słowa, szanowni państwo! Nie zapominajcie, że z ust moich wyszły. Nie lękajcie się dotknąć tej ręki, bo ona już czysta.
Więc kto był w pokoju, ściskał rękę tatka, a żona sędziego to ją nawet pocałowała. Wreszcie mój stary podpisał znakiem przyrzeczenie, że będzie innym człowiekiem. Sędzia mówił, że nie pamięta uroczystszej chwili w swoim życiu. Gdy stary przeszedł do pokoju, w którym zwykle nocowali najprzedniejsi108 goście, w nocy, poczuwszy widać straszne pragnienie, spuścił się z okna po filarze ganku, poszedł do szynku109 i oddał nowy surdut za flaszkę wódki. Wróciwszy z dzbankiem, pił co się zowie. Spuszczając się nad ranem, pijaniusieńki, po filarze, spadł, złamał lewe ramię w dwóch miejscach i leżał w śniegu na wpół umarły.
Sędzia, wziąwszy ponoć do serca tę historię z moim starym, miał się odezwać, że takiego człowieka poprawić może tylko kula karabinowa.
Rozdział VI
Tatko bierze się do sędziego Thatchera. — Huck w ręku tatka. — Tatko używa.
Wyzdrowiawszy, tatko zaraz pozwał sędziego Thatchera o pieniądze. Wziął się także i do mnie za chodzenie do szkoły, lecz choć mnie wytłukł parę razy, uczyłem się. Dawniej nic mnie do szkoły nie ciągnęło, ale teraz chodziłem do niej na złość tatkowi! Sprawa w sądzie ciągnęła się bardzo powoli, więc od czasu do czasu musiałem brać od sędziego Thatchera po parę dolarów, żeby uniknąć garbowania skóry. Ile razy tatko wziął pieniądze, zawsze się upijał i awantury opłacał kozą.
Gdy zaś wdowa zabraniała mu wtrącać się do mnie, pewnego dnia, na wiosnę, chwyciwszy mnie, wsadził w czółno110 i popłynął na drugą stronę rzeki, do lesistego brzegu stanu Illinois, gdzie nie było domów, tylko stara, drewniana buda, a las taki gęsty, że kto go nie znał, musiał w nim błądzić. Cały czas trzymał mnie przy sobie. Tak mnie pilnował, że nie było sposobności do ucieczki. Mieszkaliśmy w tej starej budzie, którą tatko zamykał na klucz, chowając go zawsze pod poduszkę. Miał też i strzelbę, pewnie skradzioną, więc polowaliśmy i łowiliśmy ryby, żyjąc zdobyczą. Od czasu do czasu tatko, zamknąwszy mnie, szedł do sklepu odległego stamtąd o trzy mile, żeby zwierzynę i ryby wymienić na wódkę, którą przynosił do domu. Wówczas upijał się i bił mnie. Wdowa wywiedziała111 się jakoś, gdzie ja jestem, i przysłała po mnie człowieka. Ale tatko zagroził mi śmiercią i zostałem. Po jakimś czasie przywykłem do naszego życia, polubiłem je nawet i byłoby mi nieźle, gdyby nie to garbowanie mej skóry.
Żadnej roboty, zupełna swoboda, bo to cały dzień leżysz z fajeczką w ustach lub z wędką w dłoni; książki i lekcji ani na lekarstwo. Po dwu miesiącach ubranie moje rozleciało się w strzępy i zapomniałem nawet, jak to się żyło u wdowy.
Ale gdy tatko coraz częściej brał się do kija, wcale mi się to nie podobało, gdyż byłem pokryty siniakami. O ile zaś wychodził na dłużej, musiałem siedzieć zamknięty, raz nawet przez całe trzy dni. To mnie dręczyło. Byłem pewny, że się utopił, że zostanę w swoim zamknięciu. Brał mnie wielki strach.
Postanowiłem więc wydostać się z budy. Nieraz już tego próbowałem, ale na próżno. Okienko było tak małe, że i szczeniak nie przelazłby przez nie; kominem wyjść nie mogłem, bo wąski, drzwi zaś były zbite z grubych desek dębowych, a tatko zawsze gdzieś chował wszelkie narzędzia, których szukałem ze sto razy. Nareszcie udało mi się znaleźć w wiązaniach dachu starą, zardzewiałą piłę bez rękojeści. Wysmarowawszy ją tłuszczem, zabrałem się zaraz do roboty.
Do jednej ściany, przy której mieliśmy stół, przybita była spadająca do ziemi zużyta dera końska112, dla zabezpieczenia od wiatru świecy, która zawsze stała w tym miejscu. Wlazłszy więc pod stół, uniosłem derę i zacząłem w pierwszej belce od dołu wypiłowywać otwór tak wielki, żebym się mógł przez niego wydobyć. Ciężka to była robota i szła powoli, lecz gdy już zbliżała się ku końcowi, silny wystrzał zapowiedział przybycie tatka. Uprzątnąwszy ślady swej pracy, spuściłem derę i schowałem piłę. Po chwili wszedł tatko.
Będąc w złym humorze, jak zazwyczaj, powiedział, że ma nadzieję wygrać proces, ale nieprędko, bo sędzia Thatcher działa na zwłokę. Mówił też, że sąd po raz drugi ma wyrokować w sprawie wyznaczenia wdowy moją opiekunką i że zapewne tym razem wdowa zwycięży. Co prawda nie miałem już najmniejszej ochoty wracać do niej po to, żeby się, jak mówiła, „cywilizować”. Następnie tatko zaczął przeklinać wszystkich ludzi znanych i nieznanych.
— Chciałbym widzieć — mówił — jak cię to wdowa teraz odbierze. Będę stał na czatach bez ustanku, a gdybym spostrzegł, że chcą cię wykraść, znajdę inne miejsce, w którym cię do śmierci nikt nie znajdzie.
Zaniepokojony tymi słowami, postanowiłem nie czekać, aż stary spełni swój zamiar.
Tatko posłał mnie do łodzi po przywiezione sprawunki. Był tam worek mąki, połeć113 słoniny, proch i naboje, garncowy114 gąsior115 wódki, trochę bielizny, a przy tym jakaś stara książka i dwa numery gazety, w którą był owinięty połeć. Zabrałem, ile mogłem unieść, a wróciwszy po resztę, usiadłem w łodzi i tak myślę: gdy będę uciekał, zabrawszy strzelbę i trochę bielizny, pójdę w las, nigdzie się nie zatrzymując. Co w dzień upoluję, zjem w nocy, byleby odejść tak daleko, żeby ani tatko, ani wdowa nigdy na mój ślad nie mogli wpaść. Jeżeli tatko upije się dzisiaj aż do utraty przytomności, a pewien byłem, że to zrobi, skończę swój otwór jeszcze tej nocy i ucieknę.
Gdy zaniosłem do budy resztę sprawunków, było już ciemno. Podczas gotowania wieczerzy tatko pociągał z butelki, a w miarę jak pił coraz więcej, swoim obyczajem wymyślał na rząd.
— I to się nazywa rząd! Ładne prawo, nie ma co mówić... Odbierać ojcu rodzonego syna, którego wychowanie kosztowało tyle trudu, starań i kosztów. I kiedy syn już się odchował, kiedy dziś lub jutro zacznie pracować i zarabiać, żeby odwdzięczyć się ojcu, to prawo każe mu wtedy odebrać syna. I to ma być prawo. Nie koniec na tym! Prawo przyznaje słuszność temu Thatcherowi i pozwala na przetrzymanie mojej własności. Tak czyni prawo! Prawo bierze człowieka posiadającego sześć tysięcy dolarów z górą i pakuje go do takiej budy, i każe mu pokazywać się ludziom w ubraniu, którego nie chciałby nosić wieprz... Powiadają, że jest rząd! A dlaczegóż dzieje mi się taka krzywda? Albo to ja pod tym rządem dojść mogę swoich praw? Czasem myślę, że najlepiej bym zrobił, rzucając ten kraj raz na zawsze. A tak! Powiedziałem to nawet Thatcherowi w żywe oczy. Nie on jeden mnie słyszał, wszyscy słyszeli i wszyscy zaświadczyć mogą. Powiedziałem tak: „Zobaczycie, czy ja nie rzucę tego przeklętego kraju na zawsze. Patrzcie na mój kapelusz, jeśli to można zwać kapeluszem. To nie kapelusz, jak się patrzy, sprawiedliwe nakrycie głowy, to dziura od komina, z której wygląda moja głowa. Patrzcie — powiadam — i to ja, jeden z najbogatszych ludzi (gdyby mi oddano, co moje), muszę nosić taki kapelusz! O tak, rząd przecudowny!”. Posłuchajcie tylko, co się dzieje. Przyjechał tu wolny Czarny z Ohio, Mulat, miał białą skórę, bielusieńką jak śnieg koszulę i świecący jak lustro kapelusz. W naszym całym mieście nie znalazłby większego eleganta. I miał złoty zegarek, z łańcuszkiem, i srebrną gałkę u laski. No bogacz co się zowie, pan całą gębą. No i cóż? Powiadali, że to profesor w kolegium, że mówi wszystkimi językami, że wszystko umie. Ale nie koniec na tym. Powiadali, że on tam u siebie w swoim stanie ma prawo... głosować. Tego to już nadto. Do czego to dojdzie, myślę sobie. A był to właśnie dzień wyborów. I ja miałem także dać swój głos, jeżeli się nie upiję i nie padnę po drodze, ale kiedy mi powiedziano, że jest taki stan, w którym Czarny ma prawo głosować, nie poszedłem i nie będę głosował, póki życia! Słowo w słowo tak, wszyscy słyszeli: „Niech kraj przepada, ja nawet nie ruszę palcem, póki życia!”. A trzeba było widzieć minę tego Czarnego. Cóż powiecie? Nie ustąpił mi z drogi, póki go na bok nie zepchnąłem. Mówię ja do ludzi: „Chciałbym wiedzieć, dlaczego ten Czarny jest niesprzedany?”. I cóż mi odpowiedziano, jak myślicie? Że prawo nie pozwala go sprzedawać, dopóki nie przesiedzi u nas przez pół roku. I to jest rząd, który nie ma prawa sprzedawać wolnego Czarnego, kiedy zechce. Nazywają go rządem, a musi czekać sześć miesięcy, zanim położy rękę na takim urwipołciu116 w białej koszuli!
Tatko rozprawiał i rozprawiał, słaniając się po izdebce, ale że nie bardzo pewnie stał na nogach, więc przewrócił się i wpadł głową w kadź117 z solonym mięsem. Bardzo się stłukł, więc klął siarczyście to Czarnego, to rząd, a wreszcie wymyślał kadzi, którą też kopnął, aż zadudniła. Na nieszczęście zrobił to butem, z którego wyglądały dwa palce. Jak nie zacznie krzyczeć i znów kląć w żywe kamienie118! Sam potem mówił, że jeszcze nigdy słowa nie płynęły mu z taką łatwością. Był u nas pewien Sowberry, który słynął z klątw i wymyślań; tatko utrzymywał, że go w tym dniu prześcignął. Może, ale ja sądzę, że to przechwałki.
Po kolacji znów chwycił za flaszkę, mówiąc, że dosyć w niej wódki na dwa upicia. Myślałem, że za godzinę będzie gotów, a ja wówczas wykradnę mu klucz lub wyrżnę otwór. Pił i popijał, aż w końcu upadł na posłanie. Niestety, nie usnął mocno, lecz tylko niespokojnie drzemał, jęczał, stękał, rzucał się na wszystkie strony. Zmęczony oczekiwaniem, zasnąłem twardo, zostawiając niezgaszoną świecę.
Jak długo spałem, tego nie wiem, lecz nagle zerwałem się na równe nogi, słysząc jakiś okropny wrzask. Patrzę, aż tu tatko, całkiem nieprzytomny, rzuca się po izbie, krzycząc:
— Węże! Węże!
W przywidzeniu, że je ma przy swoich nogach, otrząsał się z nich, krzycząc, że go jeden ukłuł w policzek. Ja jednak nie widziałem żadnego węża. Potem znów zaczął biegać naokoło izby, krzycząc:
— Zrzuć go! Zrzuć! I w kark mnie ugryzł!
Nigdy nie widziałem u człowieka takich strasznych oczu jak wtedy u tatka. Niebawem zmęczył się i upadł na ziemię zadyszany, ale zamiast spokojnie leżeć, kopał nogami, kułakował119, taczał się po całej podłodze, krzycząc, że diabeł go trzyma. Dopiero wyczerpany leżał spokojnie i jęczał. Po chwili umilkł zupełnie i tylko wycie wilków w lesie i hukanie sów przejmowało mnie dreszczem. Wkrótce tatko, wsparty na łokciu, przysłuchiwał się czemuś.
— Huup! Huup... huup... To umarli idą... Huup... huup... huup... Po mnie idą... Ale ja... nie pójdę. Hu! Przyszli... Już są... Nie dotykać mnie... Precz z rękami... zimne... Puszczajcie... A-a-a-a! Puśćcie mnie biednego...
Stanął na czworakach, a czołgając się, prosił, by go puścili; potem zawinął głowę w kołdrę i wsunął się pod stół, wrzeszcząc: „puszczajcie!”, a przez kołdrę słychać było jego szlochanie!
Po jakimś czasie, stanąwszy na równe nogi, nieprzytomny i dziki rzucił się na mnie. Uciekałem, a on mnie gonił po całej izbie, ściskając w ręku mały, składany nożyk, ostry jak brzytwa; nazywając mnie aniołem śmierci, krzyczał, że gdy ja zginę, to już nie przyjdą po niego. Perswadowałem mu, że to ja, Huck, ale on ze śmiechem podobnym do zgrzytania piły krzyczał, klął i gonił za mną. Lecz gdy zawróciwszy na miejscu, przemknąłem mu się pod ramieniem, schwycił mnie za kurtkę w plecach... i byłem pewny, że już po mnie. Na szczęście wysunąłem się z kurtki i to mnie zbawiło. Niebawem sił mu zabrakło, upadł na podłogę, włożył nóż pod siebie i siedział oparty plecami o drzwi, mówiąc, że gdy odpocznie, zabije mnie.
Gdy szybko zasnął, wziąwszy nasze jedyne krzesło, z przedziurawionym siedzeniem, stanąłem na nim najostrożniej, żeby zdjąć ze ściany strzelbę. Przekonawszy się, że jest nabita, położyłem ją w poprzek pudła, w którym trzymaliśmy rzepę, lufą na wprost twarzy tatka. Następnie, usiadłszy za pudłem, czekałem, czy się nie zbudzi. Ach, jak wolno, jak ciężko płynęły godziny tej nocy!
Rozdział VII
Jakiś człowiek. — Zamknięty. — Przygotowania do podróży. — Ułożenie i wykonanie planu. — Odpoczynek.
— Wsta-a-waj! Co sobie myślisz!
Otworzywszy oczy, spojrzałem dokoła, starając się przypomnieć sobie, gdzie jestem. Słońce stało już wysoko, długo więc musiałem spać. Tatko stał nade mną i wyglądał zarówno na człowieka w złym humorze, jak i na chorego. Powiada do mnie:
— A ty co robisz z tą strzelbą?
Przypuszczając, że nie pamięta, co wyrabiał w nocy, odpowiadam:
— Ktoś tu próbował wejść, więc miałem broń w pogotowiu.
— Czemu mnie nie obudziłeś?
— Próbowałem, ale nie mogłem.
— Hm! No dobrze... Idź no zobacz, czy nie ma rybek na haczykach... Z wieczora założyłem wędki... Ja także wyjdę, lecz nie na długo.
Gdy otworzył drzwi, pobiegłem prosto nad rzekę. Woda niosła gałęzie, spore odłamy kory, oderwane kępki nadbrzeżnej ziemi, widocznie rzeka przybierała. Czemu ja teraz nie jestem w mieście! Miałbym używanie co się zowie. Czerwcowy przybór zawsze dawał mi zdobycz. Niech tylko woda przybierze, zaraz niesie drzewo różnej wielkości. Łapało się nieraz i po kilkanaście bali razem zbitych.
Idąc brzegiem, to bacznie śledziłem ojca, to spoglądałem na powierzchnię rzeki. Patrzę, aż tu płynie jak łabędź prześliczna łódź, ze trzynaście do czternastu stóp długa. Jak żaba skoczyłem z brzegu do wody i za chwilę siedziałem w łodzi. Gdy dopłynąłem do brzegu, tatka jeszcze nie było. Kierując łódź w stronę niewielkiej zatoki, zacienionej brzozami i dzikim winem, postanowiłem dobrze schować swą zdobycz, a gdy przyjdzie chwila ucieczki, popłynąć sobie z jakieś pięćdziesiąt mil w dół rzeki i przybić do miejsca, które już znam... Będzie mi wygodniej niż pieszo.
Zatoczka była w pobliżu budy, więc ciągle mi się wydawało, że słyszę tatka. Ledwie żem po ukryciu łodzi na brzeg wyskoczył, patrzę, a tatko stojąc na ścieżce, celuje do jakiegoś ptaka. Nie widział ani mnie, ani łodzi.
Gdy się zrównaliśmy, zwymyślał mnie trochę, że nic nie robię, ale odpowiedziałem, że wpadłem w rzekę i dlatego nie obejrzałem wędek. Wiedziałem, że nie ujdzie jego oku moje zmoczone ubranie i że zaraz zapyta o przyczynę. Zdjąwszy z wędek pięć sporych ryb, poszliśmy zaraz na śniadanie.