białystok 22–24 V 1996

Lampa świtu w hotelowym pokoju. Jak w

każdym takim wierszu, tu też panuje

względny spokój.

Mucha nie krąży już. Krew wolniej, szum

spłuczki jak wodospad w skroniach. Jest

ta konieczna zgoda.

Radio puste w środku. Dociera do nas tylko

godzina, po sobie samej, przed kolejną tak

samo przeżytą.

Gościem jest każdy, kto wkrótce wyjedzie.

Gdzieś i po coś, lub z kimś. Widok zza szyby

to też jest dobry powód.

Poznać, zaaprobować — to ma sens. Tego w

niektórych więcej jest, w innych mniej. Ale

poziom się wyrównuje — na wysoki.