nawroty

oblizać rdzę jak łyżeczkę wyciągniętą z głębi

tortu, jak spierzchnięte wargi na przystanku.

wychodzę, wołam autobus, nadsłuchuję odpowiedzi.

jak zawsze bezskutecznie. teraz to on mnie woła.

przyśpieszać jak tempo w finale, kiedy tuż tuż

trzeba się zwijać. dzwonek do drzwi, udawanie, że

nas nie ma. złowrogi szczęk zamka, szybki odwrót,

jak nawrót choroby znowu przystanek. po powrocie

gryźć pościel jak mysz kabel, wysączając nadmiar

śliny kącikami ust. na pragnienie zardzewiały

kran, z wiszącą jedną kroplą szarego śluzu. nie

ma wyboru. zlizana wilgoć rozcieńcza smak w ustach.