Próby negocjacji

prequel

O stu tysiącach Alej Piłsudskiego, rwących pod oknem, gdy budzi

mnie w Hotelu dzwonek. Że nie znam źródeł ni prawideł

gry, do której ani nie zapraszam. Wiem wiele, jak na swoje 36 lat.

Psikus światła w odłamkach szyb, w drodze na gorzką impresję z

finałem, co nie smakuje za razem. Potrzeba dokonań, nim

się stanie przedmiotem. Zdrowo pokręciło! Pito zdrowie i zgodnie

paliliśmy mocne i cukierki jadłam garściami. Dziwne odrętwienie.

Nadciągają pociągi z Częstochowy i Białegostoku, z Opola,

Poznania. Żetony C i odrębne unie biletowe. Esoes z wywczasów:

wartcy, względni i zgodni! Ubezpieczaj mnie, po południu wpadaj

zamknąć pocałunkiem usta. W ciemno. Nic właśnie się zdarza.

Zuch dziewczyna! Chyba się porzygam. Stoję jak reklama O czym

piszesz pod neonem Dworzec Łódź Fabryczna. Martwieją opuszki

planów. Mam jeszcze 17 lat i jestem, nie wiem jak napisać

7 grudnia 1996

płodne dni

W takie dni już tylko herbata liptona nad

tomikami bohdana zadury, albo poprawianie

dykcji przed brązowym lustrem.

na przystanku smarkanie wprost do kosza z

przytrzymaniem jednej dziurki,

i po czesku odwracanie numerów autobusów

i tak jadących w jedno i to samo miejsce.

już tylko umywanie rąk od wszystkich ważnych

i nieważnych, od przegranych naszych bitew,

od zaraz. mimowolne przełykanie umykającego

spod podeszw kurzu, latarniane puszczanie oczek

w rajstopach kabaretkach.

nazywają to szerokim układem odniesienia,

jeśli to coś mówi komukolwiek.

w takie dni już tylko do skupu butelek,

po więcej pustki, po więcej.

szerokie spektrum

wydarza się i czujemy się w obowiązku udawać,

że nie u nas. to — nie wiedzieć czemu nie nazywane

po imieniu, postępujące jak wada wzroku i nie do

przerwania jak nieustająca nowenna, w czasie której

wyjście z kościoła jest nie tylko profanacją, jest

towarzyskim samobójstwem.

coś jak odwieczny dylemat wykreślania z notesu

aktualnych numerów do nieaktualnych przyjaciół.

i bez tego mamy sporo w zanadrzu, ale nie tyle,

by czuć się zbyt pewnie.

chłopcy idą na własną wycieczkę, smutne dziewczęta

w pobliskim barze. wszyscy grają w gry. to właśnie

jest szerokie spektrum.

zadziwiające, że kolejny raz udało się powrócić cało

z czarnej dziury.

bez możliwości ruchu w tę czy we w tę

głód nie daje wyboru. odczytane z trudem hieroglify

plam nie drażnią już niewiadomym pochodzeniem. czas

znajduje kupca na brudne ubrania, jak zwykle gotowego

zapłacić ciut więcej za to, co pod spodem.

nie spodziewał się blizny. rozpoznanie sprowadza

odmowę bez prób negocjacji. to są falstarty zamierzone,

potknięcia dopuszczalne. prawdziwe niebezpieczeństwo

dopiero ma nadejść.

chwilowo cisza przed burzą jak w kościele po mszy,

kiedy zostaje tam tylko tysiąc jeden drobiazgów

zgubionych przez wiernych. front jak zwykle przesuwa

się, nim zdążasz go zmienić.

prognoza optymistyczna

duszny spokój pensjonatu obumarłego na czas

plażowego szczytu. siedzieć i patrzeć w wyłączony

czarno-biały telewizor, pukając w czoło i w ścianę,

zza której dobiegają jęki.

już jutro stąd wyjechać — wsiąść do pociągu i się

wdzięczyć lub udać zaczytanie w oczach i gazetach,

z mądrą miną kogoś, kto wie dużo więcej.

albo wytrwać, karmiąc się prognozą zasłyszaną w radiu:

„przyszły tydzień przyniesie spodziewane zmiany”.

że też to zawsze musi przytrafiać się latem, kiedy

powinno się tylko na piwo pod parasole, gdzie jego

smak po raz pierwszy nie różni się od żadnego innego

smaku, upalne popołudnie przyjemnie bez perspektyw

jak wizja ucieczki z czeskim wesołym miasteczkiem.

na złość wszystkim przemaka się na swoim leżaczku

do suchej nitki, nikogo to jednak nie porusza.

asymetria

prawa strona mojego ciała, czująca się lepiej

niż lewa, przesyła pozdrowienia:

słońce operuje z precyzją chirurga usuwając bladość,

opornych opala do cna jak amator cudzych papierosów.

i po takie przychodzi nam przecież sięgać w pociągach

ekspresowych, gdy wyskoczenie po paczkę cameli light

w czasie dwunastosekundowego postoju na stacji

pionki zachodnie byłoby karygodną krótkowzrocznością.

coś w tym mimo wszystko musi być, jeśli wszyscy się na to

łapią, biorą na ten lep. więc skoro już wsadzono nas do

tego pociągu z życzeniami przyjemnej podróży, spędźmy ją

na korytarzu, koniecznie w przeciągu, trącani brzuchami

i walizami przechodzących.

ktoś to starannie z góry zaplanował i wszczepił nam

mikronadajniki wielkości tabletek aviomarin. nie mógł jednak

przewidzieć objawów ubocznych, naszego nie wpisanego w kosztorys

kaprysu, by wyjść i nie wrócić już w to samo miejsce.

asymetria dążeń i spełnień cechuje nas w równym stopniu

co przepocona pod pachami koszulka god save the queen

sex pistols.

niepokojąco, tendencja utrzymuje się. i pogłębia.

abstynencja

więc jeśli złapałeś silny wiatr w żagle,

to już nie przelewki. wiesz rozumiesz — te

zbyt szybkie piłki bywają zabójcze.

z dwóch ewentualności, chcąc pożyć dłużej,

wybiera się nudną.

inaczej wartościować nie sposób.

oczywiście zrobisz to po swojemu, na cienkiej

granicy farta, lekceważąc wciąż nasilające się

objawy. wypracujesz żelazne alibi na czas

planowanej puenty doskonałej.

jedyne, co ci grozi, to śmierć z odstawienia.

nawroty

oblizać rdzę jak łyżeczkę wyciągniętą z głębi

tortu, jak spierzchnięte wargi na przystanku.

wychodzę, wołam autobus, nadsłuchuję odpowiedzi.

jak zawsze bezskutecznie. teraz to on mnie woła.

przyśpieszać jak tempo w finale, kiedy tuż tuż

trzeba się zwijać. dzwonek do drzwi, udawanie, że

nas nie ma. złowrogi szczęk zamka, szybki odwrót,

jak nawrót choroby znowu przystanek. po powrocie

gryźć pościel jak mysz kabel, wysączając nadmiar

śliny kącikami ust. na pragnienie zardzewiały

kran, z wiszącą jedną kroplą szarego śluzu. nie

ma wyboru. zlizana wilgoć rozcieńcza smak w ustach.

jazda?

jazda bez trzymanki na imprezie albo tramwajem kończy

się zwykle na czyichś kolanach. potem bąkanie cichego

„przepraszam’’ z miną, jakby zamiast spodziewanego roweru

górskiego na urodziny dostało się wpierdol.

zabójcze koktajle wódki z winem albo piątkowych zakupów

z old spicem powodują identyczny odruch, zanim się nie

oszołomi i nie przywyknie (przyzwyczajenie — podobno —

jest drugą naturą).

następnego dnia wszystko idzie w zapomnienie, o ile

tylko można było odespać i wziąć aspirynę. ale już

dreszcze okazują się sygnałem niepokojącym.

w tramwaju czy na imprezie łatwo złapać jakieś świństwo.

till the cops come knocking

przecieranie ulubionych dżinsów w kroku,

jak przecieranie oczu po nocy z osobą,

której się nie lubi. pozostaje cerowanie

grubymi nićmi, naszywanie łat.

wcześniej czy później ktoś coś zauważy, ale

teraz trzeba bez zbędnych pytań dostać się

do domu, zrzucić corpus delicti, nago wleźć

pod czyste prześcieradło, nienaruszone

krytycznej nocy przez nikogo, przez nic.

pod zamknięte powieki wpuścić krwotok światła

nie do zatamowania plastrami firanek, nie

pozwalając na przyśnienie się nocy spokojnej,

spędzonej samotnie.

budzik tyka jak mała bomba zegarowa, cofając

wskazówki można opóźnić jej wybuch, ale tylko

na tych parę godzin.

zdalne sterowanie włącza się w pamięci.

wybiera mtv.

bezkrwawe łowy

wilgotne plamki ołowiany krążek szklaneczka

sherry słowa wyliczanki:

narzędzie zbrodni na słoniowych nóżkach

fastryga śmierci biegnie przez firanę

słodka jest trutka wykładana gęsto

pod drzwiami śpiących dziecinnych pokoi

ścieg śliny dzieli pościel na krzyż

i mylisz kwarty gdy mylę oktawy

i nie ma sprawy bo chociaż nie patrzysz

ktoś mimo to uważnie prowadzi ten pociąg

i staje na bocznicy i zmienia mu rozkład

(...) tylko dupki ukrywają słabość

tylko dupki ukrywają słabość. ziarna nie sieją.

fala podnosi się, topi ich. we śnie, kurewsko

nie fair, zawodzą zawory bezpieczeństwa.

wartość ma tylko to, co właśnie tracisz. w co

brniesz dalej. nie będziesz miał nic, co można by

ukraść, zniszczyć, nic, czym można by zabić.

dasz sobie tyle czasu — stąd do tamtąd. ruszysz.

w niemal każdą wiarygodną jutrzejszość. w tego

boga uwierzysz, który tu, teraz, za ciebie.

i wyjdziesz z tego jak spod prysznica. nago,

wyzwolony z formy, pusty w treść. poślizgniesz

się na kafelkach, co się zdarza —

złamany ładniej będziesz wyglądał na zdjęciu. po

zdjęciu z tego, powieszony na następnym, krzyż

pęknie o kant sedesu.

spóźnienie

spóźnienie pomimo budzika nastawionego na za dwie

godziny pora wstawać. męki w kolejce po bilety,

kupowane już tylko dla porządku. uprzejmość z

okienka na drugie śniadanie, pierwsze przepadło

definitywnie, skończyło się na spiciu ostatnich

kropel alkoholi z pozostawionych przez gości

kieliszków. smak wywietrzał razem z procentami, odruch

wymiotny jak krótki spazm minął żeby powrócić wkrótce,

naprawdę niedługo. głowa o dziwo nie boli, za to

usta już pieką na konto nadchodzących usprawiedliwień.

bezcelowych, skoro wszystko przypuszczalnie zostanie

odnotowane w moich nagle pożółkłych papierach.

awaria

czasem opłaca się, zamiast męczącego dnia,

przedłużenie nocy, żaluzje na sztorc jak

kosy chłopów z reprodukcji, czajnik na gazie,

alka-prim w roli bułki na śniadanie.

rewizja nadzwyczajna. więc: wyłączyć huczący

strumień wody w łazience, telewizor, radio,

kupić gazetę z czarno-białą pigułką przekazu,

wyrobić sobie pogląd, wyuczyć na pamięć.

nie zapomina się już o niczym, nie ma prawie

nic godnego pamiętania. niedawne posunięcia

wydają się odległe jak dzieciństwo. awaria

na razie uszła uwadze znajomych. niech trwa.

plan b

monitorowanie wnętrza kończy się kataklizmem

pustki. zastępy skatalogowanych wloką się za

zastępowymi, wybranymi odgórnie z tej masy.

niezgodą na siebie nie można się przed tym

obronić. na ogół bunt mija po kilku dniach

pielenia, spacerowania, zerowania liczników.

obroża jest niewidoczna. odważni twierdzą,

że nie istnieje. nikt jednak nie posunąłby

się do próby jej zerwania, bo niby po co.

wygoda bezstresowego podejmowania jedynie

słusznych decyzji kusi. wymiana instynktów

na instrukcje odbywa się zgodnie z planem.

hieny

hieny odeszły, tak jak przypuszczałeś — wszystkie

naraz niczym wody płodowe, w najmniej oczekiwanym

momencie. rozlały się chropowatościami chodnika,

powciskały w bramy, zeszły do szeroko pojętych

piwnic. opłaciło się poczekać, mówisz ogrzewając

moją dłonią wnętrze kieszeni, unikając łatwo

wyciąganych wniosków. to ja upraszczam, lękliwie

wychylając głowę za róg. już poszły, poszły —

uspokajam się i nie oglądając biegnę w stronę

pobojowiska. zostały tu te same resztki co

zwykle, czyli dobrze, napełnimy się znów jak

wtedy, pamiętasz? wtedy też zostawiły nam wnętrza.

oddział

leżę tu i co chwila sięgam między uda.

można od tego oszaleć. pościel się lepi

do skóry jak nasączone klejem tapety

do porowatych ścian.

te wszystkie wydzieliny — ślina na poduszce,

ropa w kącikach oczu, czasem, rzadziej,

krew. i słowa. to nie jest naturalne pisać

wiersze, ktoś powiedział.

łazienka jak średniowieczna izba tortur.

nos na kafelkach. maksymalne naprężenie,

przyznałabym się teraz do wszystkiego,

kto chce posłuchać?

lekarz z niezapisaną historią choroby się

wyłania. za nim prowadzą moją kroplówkę,

cewnik i talerz tabletek. żartują, że mocz

jest treściwy po

mojej wczorajszej lekturze — „schizma” na

szpitalnej szafce. jak ma się kurwa

motywację, to się wszystko zniesie. ja nie

mam kurwa motywacji.

wiem, że to oddział niedoszłych młodych

samobójców, z których tylko paru naprawdę

chciało umrzeć, nie rozróżniam ich jednak

od reszty.

straże

przy wejściu sprawdzali nadgarstki, więc

rany pochowały się cieknąc do wewnątrz,

wdech ukrył wypukłości; zamilkł poświst

tchawicy, z trudem ukrywając chorobę, co

zatruła flegmą niewidoczny pod ubraniem

żołądek. czytali i z oczu, więc pożółkłe

białka zbladły na zawołanie, pod nimi worki

skóry puste po nieprzespanej nocy napełniły

się ciepłą limfą. trzepot rzęs zagłuszył

wytrwały bolesny stukot maszyny parowej

poruszającej krwią w sinych naczyniach.

pająk sztucznego ciepła rozpełzł się po

zdrętwiałych od dawna policzkach, wargi

wydęły jak skrzela ogłuszonego na święta

karpia. zapomnieli popatrzeć na ręce, a

te drżały monotonnym drżeniem wiedząc,

że nie zdołają go ukryć. ostatnie ruchy

rękawic w pustych przepaściach kieszeni

i wreszcie wpuszczają do środka, gdzie

nieświadomy niczego bóg śpi na ołtarzu.

sacrum bulimiczne

palec w gardle bulimiczki ma moc bliską

stwórcy, odkąd ten notuje stały regres

formy. liście gniją. ktoś podłożył bombę

z opóźnieniem zapłonu wliczonym przezornie

w chaos przestępnego roku. miesiączka jak

zwykle zwleka aż upragnione plamienie robi

wstyd białej spódnicy niedzielnego nabożeństwa,

świecą gromnice z odzysku (jeszcze wczoraj

żegnały) ale ciepła za cholerę w nich jak w

tobie. zapięcie zamka teraz już łatwe jak

odciągnięcie zamka. żadnej czeczenii, zwłaszcza

jeśli zrzucone ubrania na coś się przydały,

nie będzie. teraz powiedz jak mnie kochasz, znów

przegapimy ogłoszenia duszpasterskie i może czyjś

typowy nekrolog z błędami stylistycznymi. odruchowo

rozsunę nogi, wpychając palec wskazujący do gardła.

zasłyszane

no ile miałeś owacji na stojąco? mam na myśli:

ile w tym tygodniu? rozbijasz się po knajpach

nie płacąc rachunków, pijesz na umór, bierzesz w pysk —

a co ty, kurwa, myślisz, że jesteś charles bukowski?

a ile razy byłeś w pracy? nawet jej nie szukasz,

myślisz pewnie, że poezja jakoś się wyżywi.

poezja być może — ale spójrz na siebie — zarzygane

spodnie, wymięta koszula. i kto ma to prać?

a jeszcze ta gęba nie znająca mydła ni żyletki.

i w takim stanie ty chcesz do historii?

nawet telewizja ciebie nie chce.

uciekinier bez powodu

sygnały niezdrowego zainteresowania docierają co jakiś

czas, podobnie jak pocztówki z odległych miasteczek

sygnowane beznamiętnym „do zobaczenia” przez kogoś,

w kim można się było zakochać, tylko przegapiło się

okazję. pozostawanie w przyjaźni z niezliczoną

ilością niedoszłych mężów i żon jak kolekcjonowanie

kapsli z niemożliwością wygrania jeszcze czegoś ponad

to, co już się otrzymało. a trzeba wkalkulować

mieszanie imion, rosnące rachunki telefoniczne,

niespodziewane wizyty. konsekwencje drobnych kłamstw

jak zimujący w kościach złośliwy nowotwór czekają na

swoją chwilę. odłożona na bok jak zaległe listy słuchawka

jeszcze ciepła ciepłem policzka, traci miarowy puls sygnału.

ostateczne rozwiązanie — rwiesz żyłę kabla strzępiąc opuszki

palców, cieknąc ryglujesz drzwi, udajesz, że wyszedłeś

i nie wiesz, kiedy wrócisz. po drugiej stronie światła gasną

z równą gwałtownością, chociaż nie wszędzie rozgrywa się

dramat. długa zima osłabia czujność, wypycha z resorów,

wymusza podjęcie ryzyka. kupisz pół litra, zmienisz adres na

etykiecie, znikniesz cicho jak wywabiona wybielaczem plama.

list do marcina

świat ruszył. znowu beze mnie. wmówiłam wszystkim,

że jeszcze nie pora, choć czuję się znacznie lepiej.

wracam. a powrót zajmuje coraz więcej czasu.

pisałam jakieś ważne listy, ale nie było komu ich

przeczytać, jakieś wiersze. w sumie godzono się na

nie jako część terapii, tak to teraz odbieram.

wychodzę po mleko, wracam z nim. nie mam pokus, nie

jestem zmuszona niczego tłumić, niczego mówić. dziś

po raz pierwszy nie wzięłam tabletek i nic, nic.

zasypiam tylko na wznak, ale częściej przebywam w

łazience. nie palę światła i nie odkręcam kranu, wiję

sobie pajęczynę w rogu umywalki.

pomyślałam o tym właśnie wczoraj. była leniwa sobota,

niesmaczny obiad, nudny odcinek. nie poszłam oglądać

parady, odbytej mimo złej aury.

myślałam, żeby złapać sobie jakieś muchy, ale to kłóci się

z przejętą religią. pozostawiam sprawy w cudzych rękach.

zobaczymy jak się tam ułożą.

wkłułam pod szarą skórę drobinki powietrza. moja krew

teraz też ma czym oddychać. kaszel nie powraca, ból serca

ustaje. rozkołysana, o tak — czekam na wiadomość.

literacki

to jest poezja seryjna. a to obosieczna. zżółkły wrzód

rozkrawam tym nożem trzymając za ostrze. w obie

strony bryzga, jak z chuja?

tym tam to nie przeszkadza. oni już tylko sobie

sami. w tym rzecz, nie popuszczać.

nieczęsto aż tak to widać,

zwykle zmilczane przysycha jak strupek na

łokciu. gesty robią swoje. cudze

drażnią jak gdyby brak tolerancji nie

był do opanowania. gąbka rozpręża spęczniałe ciało,

z wierzchu zostaje osad mydlin, zapach wody.

tę wodę trzeba teraz lać.

graffiti

mógłby to być kolejny taki wiersz: idziesz gdzieś,

zostawiając za sobą to spalone miasto, chociaż tak

naprawdę tylko ty jesteś w nim spalony. linie wysokiego

napięcia między nami nie przerwane. pii piii telegrafu.

„kto nie czyta poezji ma wjebane”. graffiti na murze

operetki wywołuje w ciemniach twarzy uśmiechy jak

zdjęcia. (nikt się nie podpisał, ze wszystkich znaczeń

pozostaje więc tylko to najmniej dosłowne). kiedy po

ośmiu kolejne piwa przestają się liczyć, idea powraca

czkawką pijackiej deklaracji: kto nie czyta poezji itd.

(tylko że rano nikt już nie będzie pamiętał). kolejna

knajpa w której jesteś jak list — bezpowrotnie spalony.

wiersz dla maćka meleckiego

pięść w kamień. ptaki fruną szybko jak z klatek

filmu grozy. park jest już zielony, włosy białe,

krew jak zwykle. natrętna myśl o tym zabija każdą

inną, która pewnie dałaby czemuś początek.

nagle konieczność wzięcia zakrętu stawia w martwym

punkcie. zatrzęsienie równorzędnych alternatyw

wobec którego można jedynie spasować. wybieranie

nie jest niczyją mocną stroną, przeciwnie.

światło w tunelu okazuje się ogniskiem stworzonym

na bazie porzuconej butelki, z której mógłby

wyleźć dżin, ale nie wyłazi. za to cień kładzie się

pod nogami coraz dłuższy i węższy jak margines.

instynktownie wyczuwana bliskość celu spowalnia

krok, opóźniając na siłę dotarcie, przestające się

nagle liczyć. nikt już nie próbuje wymierzyć proporcji

pomiędzy przebytym a tym, co pozostaje do przejścia.

śnieg retrospekcja

spadł znowu śnieg i przykrył. pod drzwiami

poczty głównej naprzeciw starego kina kolejka

zmarzniętych czeka na dialog z automatem.

znowu nie przyszedł na spotkanie, chociaż

to nie on miał być kanwą wiersza, tylko ty.

przewidziałeś to już wcześniej, wychodząc ze

mnie jak zza rogu z przepraszającą miną

przypadkowego przechodnia, zakłopotanego

zaproszeniem na kawę. szybka retrospekcja —

też był śnieg, też kończyło się, już tylko

przyśpieszony jak kurs pociągu oddech zdradzał

obecność. nastały nowe pory roku i nowe

okoliczności łagodzące. tym razem jest inaczej:

żeton zamarza w fałdzie rękawiczki. nie pamiętam

numeru, pod który należy dzwonić w razie czego.

opuszczam kolejkę, ku wyraźnej radości tych za mną.

białystok 22–24 V 1996

Lampa świtu w hotelowym pokoju. Jak w

każdym takim wierszu, tu też panuje

względny spokój.

Mucha nie krąży już. Krew wolniej, szum

spłuczki jak wodospad w skroniach. Jest

ta konieczna zgoda.

Radio puste w środku. Dociera do nas tylko

godzina, po sobie samej, przed kolejną tak

samo przeżytą.

Gościem jest każdy, kto wkrótce wyjedzie.

Gdzieś i po coś, lub z kimś. Widok zza szyby

to też jest dobry powód.

Poznać, zaaprobować — to ma sens. Tego w

niektórych więcej jest, w innych mniej. Ale

poziom się wyrównuje — na wysoki.

brynów latem

wrzące tramwaje wyskakujące jak kluski z gardła

śródmieścia. jasne tunele, szerokie podmiejskie

pasaże pod światło. poprawianie włosów na przystanku.

otwarte oczy sklepów, usta kiosków wypluwające gazety

sportowe. kolejka knajp serwujących złudne pocieszenie,

siłę chwilowo uderzającą do głowy.

park kościuszki z drużyną harcerską na rolkach. schody,

motel dla niemieckich kierowców ciężarówek. wino. most,

kusząca propozycja skrótu.

zgubiony klucz dzwoni w kieszeni — dzyń, dzyń.

*** [wsunięcie delikatnej czarodziejskiej różdżki nie...]

wsunięcie delikatnej czarodziejskiej różdżki nie

załatało powstałych uszkodzeń. łaskotanie krwi

nadbiegłej w te miejsca, tłoczącej się do wyjścia

awaryjnego, wprost na fotel, podłogę, fartuch.

zawrotna szybkość w przebiegu umożliwia koniec

z pamięcią początku. i tak było za wolno, by nie

odczuć bólu w wymiarze szarpnięcia przy zrywaniu

plastra, który nie zdążył się dobrze przykleić.

zanim przyschło już zmiana opatrunku na powietrzny,

całkiem niewidoczny pod bawełną majtek, którą

stopniowo znów będzie można zamieniać na jedwab.

myślisz, że nie zajdzie w tobie żadna zmiana, że

zbudzisz się sama, wiedząc, że nie ma już nikogo w

środku. okazuje się, że nie ma też nikogo obok i że

to nie jest chwilowa absencja, choć nikt cię na taki

obrót spraw nie przygotował. więc może to i lepiej —

samoistne poronienie. rychło w czas.

naruszenie, wiersz wtórny

gazety donoszą — bartek istnieje, sylwia

nie istnieje. myślę o obojgu bez względu

na słowa, przeglądając nekrologi na pchlim

targu w jakimś obcym mieście.

element przetargowy pozostał zawieszony

w próżni, zawieszony jak wyrok śmierci.

dziś znów brakuje odwagi, aby go wykonać.

postawić na słabszych.

raz jeszcze można zawierzyć gazetom. ich

intencje, jeśli już nie metody, są czyste,

powszechnie akceptowane. naruszenie odbywa

się gdzie indziej, chociaż coraz bliżej.

przyzwalanie, odmawianie

ten pociąg nie mógł chyba odjechać bez mojego

błogosławieństwa. ogon kurzu merda jeszcze przez

dłuższą chwilę. coś z tego wpada do oka i

przełamuje wymuszoną suchość. teraz autozabieg:

czysta chusteczka znieczula, osłania, odwraca

uwagę jak bileter. droga w tę i we w tę tak samo

zawiła, skracana przyzwyczajeniem. coś nie tak

z autobusami, czekanie rodzi zamysł reakcji,

ciągnie gdzieś w głąb, do śmierdzącego źródła.

osiedlowy zboczeniec pyta, czy chcę się dupić?

wykręcam się bokiem, tam pociąg już dojeżdża,

tu, teraz, muszę być silna, powiedzieć, że nie.

nasz ostatni raz

kiepskie przyjęcie. goście są jak duchy.

tylko w telewizorze nadzieja. błąd w poniedziałkowej

sztuce, na szczęście nie do wychwycenia dla laików,

jakimi jesteśmy.

żółta skorupka schnie na wymiętym białym prześcieradle.

wyszedłeś — nie wytrzymałeś tempa. szyba lustra

prześwietla mi piersi jak klisze, zakrzywia pustkę.

tym słowem, którego nie chciałeś wypowiedzieć

zapisałam każdy mały skrawek papieru w twoich

kieszeniach, nawet bilet. teraz złościsz się

w pociągu na wspomnienie.

wyrzucałeś mi, że jestem trupem i osunęłam się

właśnie w twoje łóżko. że płaczę i rozbieram się

zamiast wreszcie iść. wtedy nie wzięłam cię

poważnie, tylko do ust.

rozstępy

przełomy i wyłomy o kant dupy. pozostaje

niesmak. no przecież sam mówiłeś —

zmieni się niechybnie, zmieni się już wkrótce.

tymczasem stagnacja zżera energię jak dwustuwatówka,

bez skrupułów, bo jeśli nic już nie drgnie, nie popłynie,

na potem będzie tylko tu i teraz —

to co wtedy?

będziemy pielęgnować stagnację, odwiedzać cmentarz,

pielić i odchwaszczać z uporem maniaka? albo

pozwolimy sobie pomóc chociaż nie lubimy takich pomagierów?

na początek zapalmy papierosa. to światło w oddali

nie może być daleko.

coś się jeszcze wydarzy tej nocy, ścieżki poplączą się,

buty zamokną. duszna ciemność zamieni się w

wilgotną mgłę, łzy napłyną do oczu, wódka do szklanek.

w tym stanie rzeczy zachowanie zasad będzie

niemożliwe — z przyczyn obiektywnych.

nazajutrz przekażemy sobie znak pokoju.

te drugie

wieczorny wstrząs dla systemu, znów

bajzel w mózgu jak po fenactilu —

nie, on się już nie zmieni, zawsze

już będzie używał półśrodków.

będąc ludźmi czynu, kupmy kawałek

ziemi i załóżmy farmę. tylko nie kopmy

sobie więcej pod nogami, kalecząc ślady

czyichś ostrożnych kroków.

już nie rzucamy się sobie na szyję

jak głodny sznur, już tylko dbamy o

pozorny ład naszych stosunków, jak

to brzmi, posłuchaj.

a kiedy kładziemy się spać, zawsze mamy

żal, lecz nie do kogoś, kto

przecież nam robi to wszystko.

och, ona jest nietykalna.

bardziej niż umarli.

ściółka (sylwia)

zrobiłam się tak mała, że weszłam w mech, jak

kobieta w kobietę, dusząc się własnym zapachem.

byłyśmy dla siebie delikatne.

zastanawiałam się, jeśli to dłużej potrwa, która

którą przeciągnie, jak sprute oczko swetra, na swoją

stronę, im szybciej.

to był tylko sen michael stipe śpiewa magnetofon

zwalnia, widzę zielone niebo i zmarszczki kory, leżę

w mchu i jestem mchem.

mokry ślad buta na wysokości mostka.

telefon milczy albo kłamie

one of these nights — mam w buzi żwir, który nie

chce dać się przełknąć. myję zęby, ze szczoteczki

zostaje wiór, no trudno.

na pożegnanie nie powiedziano sobie nic specjalnie

odkrywczego, to było jedno ze zwykłych pożegnań,

z kimś, kto wróci, zanim zdążysz przytyć i wyłysieć.

mimo wszystko niepokój wlókł się jak autobus i ten

żal, że się nie posiada automatycznej sekretarki,

a przecież nie każdy listonosz dzwoni drugi raz

(znowu nie ma mnie w domu. nie mam mnie w domu

stanowczo zbyt często i chyba przez to tracę

coś więcej niż ciepłe posiłki).

tym razem nie zostawiono żadnych wiadomości, mimo

że obiecywano zawsze dawać cynk. jasne, że nic

i tak by z tego nie wyszło, więc pewnie lepiej, że

posiada się przynajmniej kolorowy telewizor

(mężczyzna, którego kroki zrównały się z moimi przy

jakiejś ciemnej bramie nawet na mnie nie spojrzał,

ja też starałam się nie patrzeć).

odjeżdżającym przydałoby się parę ciepłych jak

posiłki słów, kilka machnięć, dziecięce „pa, pa”

i cmoknięcie w czoło. pozostającym nie pozostaje

nic innego, jak tylko zadowolić się szybko,

byle czym.

unplugged

tej nocy wszyscy jesteśmy jak wrzucane do

ogniska niedopałki. próbujemy znaleźć miarę

naszej pojedynczości w melanżu twarzy

i sylwetek, nie odnajdując nawet śladu

potwierdzającego czyjąkolwiek tożsamość.

skomle we mnie suka oddana w dobre ręce,

błądzące właśnie pomiędzy udami. kochałam

poprzedniego pana zbyt mocno, by jego

nagła zmiana mogła mną nie wstrząsnąć.

ale to normalka.

jutro uśmiechnięte kurwy w słonecznych

okularach wypną tyłki tarasując pobocze,

kiedy pomkniemy zalaną słońcem autostradą

szybkiego ruchu. ruchu, który nie zostanie

wykonany przez najbliższe dni.

wiersz z kluczem

maleńki zator jak na autostradzie

odcina dopływ tlenu i jak pechowy płetwonurek

ma się z głowy.

cucenie śmierdzącą watką przytkniętą do nozdrzy

daje ten efekt, który jeszcze długo

pozostanie synonimem wynurzania się.

piętnaście minut dwadzieścia pięć sekund

— dokładnie tyle z życia leżąc na kozetce

i nie dając znaków, tak że musiano się

w końcu i mną zająć w tłumie pokrzywdzonych

(najwięcej dzieci, złamań i oparzeń).

gdzie byłam? czy odpowiadałam na jakieś pytania?

czy przeprowadzono na mnie eksperyment?

czy coś się stało, co się nie odstanie?

i czemu nie widziałam tunelu i światła i nie czułam

niebiańskiego spokoju?

dlaczego wszystko musi odbywać się nudno, głupio,

bez pompy i bez naszej zgody?

ten punkt — nie znika, on

daje się złapać.