Próby negocjacji
prequel
O stu tysiącach Alej Piłsudskiego, rwących pod oknem, gdy budzi
mnie w Hotelu dzwonek. Że nie znam źródeł ni prawideł
gry, do której ani nie zapraszam. Wiem wiele, jak na swoje 36 lat.
Psikus światła w odłamkach szyb, w drodze na gorzką impresję z
finałem, co nie smakuje za razem. Potrzeba dokonań, nim
się stanie przedmiotem. Zdrowo pokręciło! Pito zdrowie i zgodnie
paliliśmy mocne i cukierki jadłam garściami. Dziwne odrętwienie.
Nadciągają pociągi z Częstochowy i Białegostoku, z Opola,
Poznania. Żetony C i odrębne unie biletowe. Esoes z wywczasów:
wartcy, względni i zgodni! Ubezpieczaj mnie, po południu wpadaj
zamknąć pocałunkiem usta. W ciemno. Nic właśnie się zdarza.
Zuch dziewczyna! Chyba się porzygam. Stoję jak reklama O czym
piszesz pod neonem Dworzec Łódź Fabryczna. Martwieją opuszki
planów. Mam jeszcze 17 lat i jestem, nie wiem jak napisać
7 grudnia 1996
płodne dni
W takie dni już tylko herbata liptona nad
tomikami bohdana zadury, albo poprawianie
dykcji przed brązowym lustrem.
na przystanku smarkanie wprost do kosza z
przytrzymaniem jednej dziurki,
i po czesku odwracanie numerów autobusów
i tak jadących w jedno i to samo miejsce.
już tylko umywanie rąk od wszystkich ważnych
i nieważnych, od przegranych naszych bitew,
od zaraz. mimowolne przełykanie umykającego
spod podeszw kurzu, latarniane puszczanie oczek
w rajstopach kabaretkach.
nazywają to szerokim układem odniesienia,
jeśli to coś mówi komukolwiek.
w takie dni już tylko do skupu butelek,
po więcej pustki, po więcej.
szerokie spektrum
wydarza się i czujemy się w obowiązku udawać,
że nie u nas. to — nie wiedzieć czemu nie nazywane
po imieniu, postępujące jak wada wzroku i nie do
przerwania jak nieustająca nowenna, w czasie której
wyjście z kościoła jest nie tylko profanacją, jest
towarzyskim samobójstwem.
coś jak odwieczny dylemat wykreślania z notesu
aktualnych numerów do nieaktualnych przyjaciół.
i bez tego mamy sporo w zanadrzu, ale nie tyle,
by czuć się zbyt pewnie.
chłopcy idą na własną wycieczkę, smutne dziewczęta
w pobliskim barze. wszyscy grają w gry. to właśnie
jest szerokie spektrum.
zadziwiające, że kolejny raz udało się powrócić cało
z czarnej dziury.
bez możliwości ruchu w tę czy we w tę
głód nie daje wyboru. odczytane z trudem hieroglify
plam nie drażnią już niewiadomym pochodzeniem. czas
znajduje kupca na brudne ubrania, jak zwykle gotowego
zapłacić ciut więcej za to, co pod spodem.
nie spodziewał się blizny. rozpoznanie sprowadza
odmowę bez prób negocjacji. to są falstarty zamierzone,
potknięcia dopuszczalne. prawdziwe niebezpieczeństwo
dopiero ma nadejść.
chwilowo cisza przed burzą jak w kościele po mszy,
kiedy zostaje tam tylko tysiąc jeden drobiazgów
zgubionych przez wiernych. front jak zwykle przesuwa
się, nim zdążasz go zmienić.
prognoza optymistyczna
duszny spokój pensjonatu obumarłego na czas
plażowego szczytu. siedzieć i patrzeć w wyłączony
czarno-biały telewizor, pukając w czoło i w ścianę,
zza której dobiegają jęki.
już jutro stąd wyjechać — wsiąść do pociągu i się
wdzięczyć lub udać zaczytanie w oczach i gazetach,
z mądrą miną kogoś, kto wie dużo więcej.
albo wytrwać, karmiąc się prognozą zasłyszaną w radiu:
„przyszły tydzień przyniesie spodziewane zmiany”.
że też to zawsze musi przytrafiać się latem, kiedy
powinno się tylko na piwo pod parasole, gdzie jego
smak po raz pierwszy nie różni się od żadnego innego
smaku, upalne popołudnie przyjemnie bez perspektyw
jak wizja ucieczki z czeskim wesołym miasteczkiem.
na złość wszystkim przemaka się na swoim leżaczku
do suchej nitki, nikogo to jednak nie porusza.
asymetria
prawa strona mojego ciała, czująca się lepiej
niż lewa, przesyła pozdrowienia:
słońce operuje z precyzją chirurga usuwając bladość,
opornych opala do cna jak amator cudzych papierosów.
i po takie przychodzi nam przecież sięgać w pociągach
ekspresowych, gdy wyskoczenie po paczkę cameli light
w czasie dwunastosekundowego postoju na stacji
pionki zachodnie byłoby karygodną krótkowzrocznością.
coś w tym mimo wszystko musi być, jeśli wszyscy się na to
łapią, biorą na ten lep. więc skoro już wsadzono nas do
tego pociągu z życzeniami przyjemnej podróży, spędźmy ją
na korytarzu, koniecznie w przeciągu, trącani brzuchami
i walizami przechodzących.
ktoś to starannie z góry zaplanował i wszczepił nam
mikronadajniki wielkości tabletek aviomarin. nie mógł jednak
przewidzieć objawów ubocznych, naszego nie wpisanego w kosztorys
kaprysu, by wyjść i nie wrócić już w to samo miejsce.
asymetria dążeń i spełnień cechuje nas w równym stopniu
co przepocona pod pachami koszulka god save the queen
sex pistols.
niepokojąco, tendencja utrzymuje się. i pogłębia.
abstynencja
więc jeśli złapałeś silny wiatr w żagle,
to już nie przelewki. wiesz rozumiesz — te
zbyt szybkie piłki bywają zabójcze.
z dwóch ewentualności, chcąc pożyć dłużej,
wybiera się nudną.
inaczej wartościować nie sposób.
oczywiście zrobisz to po swojemu, na cienkiej
granicy farta, lekceważąc wciąż nasilające się
objawy. wypracujesz żelazne alibi na czas
planowanej puenty doskonałej.
jedyne, co ci grozi, to śmierć z odstawienia.
nawroty
oblizać rdzę jak łyżeczkę wyciągniętą z głębi
tortu, jak spierzchnięte wargi na przystanku.
wychodzę, wołam autobus, nadsłuchuję odpowiedzi.
jak zawsze bezskutecznie. teraz to on mnie woła.
przyśpieszać jak tempo w finale, kiedy tuż tuż
trzeba się zwijać. dzwonek do drzwi, udawanie, że
nas nie ma. złowrogi szczęk zamka, szybki odwrót,
jak nawrót choroby znowu przystanek. po powrocie
gryźć pościel jak mysz kabel, wysączając nadmiar
śliny kącikami ust. na pragnienie zardzewiały
kran, z wiszącą jedną kroplą szarego śluzu. nie
ma wyboru. zlizana wilgoć rozcieńcza smak w ustach.
jazda?
jazda bez trzymanki na imprezie albo tramwajem kończy
się zwykle na czyichś kolanach. potem bąkanie cichego
„przepraszam’’ z miną, jakby zamiast spodziewanego roweru
górskiego na urodziny dostało się wpierdol.
zabójcze koktajle wódki z winem albo piątkowych zakupów
z old spicem powodują identyczny odruch, zanim się nie
oszołomi i nie przywyknie (przyzwyczajenie — podobno —
jest drugą naturą).
następnego dnia wszystko idzie w zapomnienie, o ile
tylko można było odespać i wziąć aspirynę. ale już
dreszcze okazują się sygnałem niepokojącym.
w tramwaju czy na imprezie łatwo złapać jakieś świństwo.
till the cops come knocking
przecieranie ulubionych dżinsów w kroku,
jak przecieranie oczu po nocy z osobą,
której się nie lubi. pozostaje cerowanie
grubymi nićmi, naszywanie łat.
wcześniej czy później ktoś coś zauważy, ale
teraz trzeba bez zbędnych pytań dostać się
do domu, zrzucić corpus delicti, nago wleźć
pod czyste prześcieradło, nienaruszone
krytycznej nocy przez nikogo, przez nic.
pod zamknięte powieki wpuścić krwotok światła
nie do zatamowania plastrami firanek, nie
pozwalając na przyśnienie się nocy spokojnej,
spędzonej samotnie.
budzik tyka jak mała bomba zegarowa, cofając
wskazówki można opóźnić jej wybuch, ale tylko
na tych parę godzin.
zdalne sterowanie włącza się w pamięci.
wybiera mtv.
bezkrwawe łowy
wilgotne plamki ołowiany krążek szklaneczka
sherry słowa wyliczanki:
narzędzie zbrodni na słoniowych nóżkach
fastryga śmierci biegnie przez firanę
słodka jest trutka wykładana gęsto
pod drzwiami śpiących dziecinnych pokoi
ścieg śliny dzieli pościel na krzyż
i mylisz kwarty gdy mylę oktawy
i nie ma sprawy bo chociaż nie patrzysz
ktoś mimo to uważnie prowadzi ten pociąg
i staje na bocznicy i zmienia mu rozkład
(...) tylko dupki ukrywają słabość
tylko dupki ukrywają słabość. ziarna nie sieją.
fala podnosi się, topi ich. we śnie, kurewsko
nie fair, zawodzą zawory bezpieczeństwa.
wartość ma tylko to, co właśnie tracisz. w co
brniesz dalej. nie będziesz miał nic, co można by
ukraść, zniszczyć, nic, czym można by zabić.
dasz sobie tyle czasu — stąd do tamtąd. ruszysz.
w niemal każdą wiarygodną jutrzejszość. w tego
boga uwierzysz, który tu, teraz, za ciebie.
i wyjdziesz z tego jak spod prysznica. nago,
wyzwolony z formy, pusty w treść. poślizgniesz
się na kafelkach, co się zdarza —
złamany ładniej będziesz wyglądał na zdjęciu. po
zdjęciu z tego, powieszony na następnym, krzyż
pęknie o kant sedesu.
spóźnienie
spóźnienie pomimo budzika nastawionego na za dwie
godziny pora wstawać. męki w kolejce po bilety,
kupowane już tylko dla porządku. uprzejmość z
okienka na drugie śniadanie, pierwsze przepadło
definitywnie, skończyło się na spiciu ostatnich
kropel alkoholi z pozostawionych przez gości
kieliszków. smak wywietrzał razem z procentami, odruch
wymiotny jak krótki spazm minął żeby powrócić wkrótce,
naprawdę niedługo. głowa o dziwo nie boli, za to
usta już pieką na konto nadchodzących usprawiedliwień.
bezcelowych, skoro wszystko przypuszczalnie zostanie
odnotowane w moich nagle pożółkłych papierach.
awaria
czasem opłaca się, zamiast męczącego dnia,
przedłużenie nocy, żaluzje na sztorc jak
kosy chłopów z reprodukcji, czajnik na gazie,
alka-prim w roli bułki na śniadanie.
rewizja nadzwyczajna. więc: wyłączyć huczący
strumień wody w łazience, telewizor, radio,
kupić gazetę z czarno-białą pigułką przekazu,
wyrobić sobie pogląd, wyuczyć na pamięć.
nie zapomina się już o niczym, nie ma prawie
nic godnego pamiętania. niedawne posunięcia
wydają się odległe jak dzieciństwo. awaria
na razie uszła uwadze znajomych. niech trwa.
plan b
monitorowanie wnętrza kończy się kataklizmem
pustki. zastępy skatalogowanych wloką się za
zastępowymi, wybranymi odgórnie z tej masy.
niezgodą na siebie nie można się przed tym
obronić. na ogół bunt mija po kilku dniach
pielenia, spacerowania, zerowania liczników.
obroża jest niewidoczna. odważni twierdzą,
że nie istnieje. nikt jednak nie posunąłby
się do próby jej zerwania, bo niby po co.
wygoda bezstresowego podejmowania jedynie
słusznych decyzji kusi. wymiana instynktów
na instrukcje odbywa się zgodnie z planem.
hieny
hieny odeszły, tak jak przypuszczałeś — wszystkie
naraz niczym wody płodowe, w najmniej oczekiwanym
momencie. rozlały się chropowatościami chodnika,
powciskały w bramy, zeszły do szeroko pojętych
piwnic. opłaciło się poczekać, mówisz ogrzewając
moją dłonią wnętrze kieszeni, unikając łatwo
wyciąganych wniosków. to ja upraszczam, lękliwie
wychylając głowę za róg. już poszły, poszły —
uspokajam się i nie oglądając biegnę w stronę
pobojowiska. zostały tu te same resztki co
zwykle, czyli dobrze, napełnimy się znów jak
wtedy, pamiętasz? wtedy też zostawiły nam wnętrza.
oddział
leżę tu i co chwila sięgam między uda.
można od tego oszaleć. pościel się lepi
do skóry jak nasączone klejem tapety
do porowatych ścian.
te wszystkie wydzieliny — ślina na poduszce,
ropa w kącikach oczu, czasem, rzadziej,
krew. i słowa. to nie jest naturalne pisać
wiersze, ktoś powiedział.
łazienka jak średniowieczna izba tortur.
nos na kafelkach. maksymalne naprężenie,
przyznałabym się teraz do wszystkiego,
kto chce posłuchać?
lekarz z niezapisaną historią choroby się
wyłania. za nim prowadzą moją kroplówkę,
cewnik i talerz tabletek. żartują, że mocz
jest treściwy po
mojej wczorajszej lekturze — „schizma” na
szpitalnej szafce. jak ma się kurwa
motywację, to się wszystko zniesie. ja nie
mam kurwa motywacji.
wiem, że to oddział niedoszłych młodych
samobójców, z których tylko paru naprawdę
chciało umrzeć, nie rozróżniam ich jednak
od reszty.
straże
przy wejściu sprawdzali nadgarstki, więc
rany pochowały się cieknąc do wewnątrz,
wdech ukrył wypukłości; zamilkł poświst
tchawicy, z trudem ukrywając chorobę, co
zatruła flegmą niewidoczny pod ubraniem
żołądek. czytali i z oczu, więc pożółkłe
białka zbladły na zawołanie, pod nimi worki
skóry puste po nieprzespanej nocy napełniły
się ciepłą limfą. trzepot rzęs zagłuszył
wytrwały bolesny stukot maszyny parowej
poruszającej krwią w sinych naczyniach.
pająk sztucznego ciepła rozpełzł się po
zdrętwiałych od dawna policzkach, wargi
wydęły jak skrzela ogłuszonego na święta
karpia. zapomnieli popatrzeć na ręce, a
te drżały monotonnym drżeniem wiedząc,
że nie zdołają go ukryć. ostatnie ruchy
rękawic w pustych przepaściach kieszeni
i wreszcie wpuszczają do środka, gdzie
nieświadomy niczego bóg śpi na ołtarzu.
sacrum bulimiczne
palec w gardle bulimiczki ma moc bliską
stwórcy, odkąd ten notuje stały regres
formy. liście gniją. ktoś podłożył bombę
z opóźnieniem zapłonu wliczonym przezornie
w chaos przestępnego roku. miesiączka jak
zwykle zwleka aż upragnione plamienie robi
wstyd białej spódnicy niedzielnego nabożeństwa,
świecą gromnice z odzysku (jeszcze wczoraj
żegnały) ale ciepła za cholerę w nich jak w
tobie. zapięcie zamka teraz już łatwe jak
odciągnięcie zamka. żadnej czeczenii, zwłaszcza
jeśli zrzucone ubrania na coś się przydały,
nie będzie. teraz powiedz jak mnie kochasz, znów
przegapimy ogłoszenia duszpasterskie i może czyjś