wiersz dla maćka meleckiego
pięść w kamień. ptaki fruną szybko jak z klatek
filmu grozy. park jest już zielony, włosy białe,
krew jak zwykle. natrętna myśl o tym zabija każdą
inną, która pewnie dałaby czemuś początek.
nagle konieczność wzięcia zakrętu stawia w martwym
punkcie. zatrzęsienie równorzędnych alternatyw
wobec którego można jedynie spasować. wybieranie
nie jest niczyją mocną stroną, przeciwnie.
światło w tunelu okazuje się ogniskiem stworzonym
na bazie porzuconej butelki, z której mógłby
wyleźć dżin, ale nie wyłazi. za to cień kładzie się
pod nogami coraz dłuższy i węższy jak margines.
instynktownie wyczuwana bliskość celu spowalnia
krok, opóźniając na siłę dotarcie, przestające się
nagle liczyć. nikt już nie próbuje wymierzyć proporcji
pomiędzy przebytym a tym, co pozostaje do przejścia.