Podróże Beniamina Trzeciego

Przedmowa Mendelego Mojcher-Sforima

Powiada Mendele Mojcher-Sforim: — Błogosławiony niech będzie Stwórca, który wytyczył ruch planet na wysokościach i ruch wszystkich istot na ziemskim padole. Najmniejsza nawet roślinka nie wyrośnie sama, dopóki nie dźwignie jej anioł, dopóki nie zawoła: „Rośnij! Wyłaź!”. Cóż dopiero człowiek. Ten z pewnością ma swego własnego anioła, który szturcha go i rozkazuje: „Ruszaj się, wyłaź!”. W jeszcze większym stopniu odnosi się to do ludzi szlachetnych, do nobliwych Żydów. U nas żaden głupiec nie śmie się słowem wyrwać przed innymi. Żaden dureń nie podejmie się udzielania rad, żaden nieuk nie będzie chasydem1 i żaden ignorant nie stanie się maskilem2, jeśli nie popchnie go właściwy anioł. Szturchają i wypychają aniołowie również naszych biedaków. Wołają przy tym: „Rośnijcie, biedacy, nędzarze, golcy od urodzenia lub od wczoraj. Wy jawni i wy ukryci żebracy, kwitnijcie i rośnijcie jako trawa, jako pokrzywa! Ruszajcie w drogę, dzieci moje żydowskie. Idźcie dziadować po domach!”. Ale nie o tym chciałem. Pragnę, moi szanowni państwo, opowiedzieć wam, jak jeden z naszych braci dotarł do bardzo dalekich krajów i zdobył dzięki temu wielką sławę.

Przed rokiem wszystkie angielskie i niemieckie gazety rozpisywały się o tej niezwykłej podróży, którą Beniamin, polski Żyd, odbył do krajów Wschodu. „Jakże to — dziwowano się — Żyd, polski Żyd, bez broni, bez maszyn, z torbą jeno na plecach, z tałesem3 i tefilin4 w ręku, dotarł do takich krain, do których nie potrafili dotrzeć nawet najbardziej renomowani podróżnicy angielscy. Nie inaczej, jak tylko dzięki niezwykłej sile, stać to się mogło. Takiej mocy, której zwykłym rozumem nie sposób ogarnąć ani pojąć. Ta bowiem siła jest poza zasięgiem możliwości człowieka. Ale jakby nie było, fakt pozostaje faktem: świat ma do zawdzięczenia Beniaminowi wiele cudownych odkryć, wiele wspaniałych rzeczy, które dzięki niemu zostały nam udostępnione. Mapa świata przybrała przez to zgoła inne oblicze. Sam zaś Beniamin w pełni zasłużył na medal, który wręczyło mu Towarzystwo Geograficzne”.

Gazety żydowskie skwapliwie podchwyciły te słowa i przez całe ubiegłe lato wałkowały wdzięczny temat. Jak dziś wiadomo każdemu czytelnikowi, prasa ta zajmowała się dokładnym wyliczeniem wszystkich mędrców narodu żydowskiego od Adama począwszy i na dniu dzisiejszym skończywszy. A wszystko po to, aby udowodnić, jak mądrym narodem są Żydzi. Zamieściła również listę żydowskich podróżników na przestrzeni dziejów, od Beniamina Pierwszego5, tego sprzed siedmiuset lat, oraz Beniamina Drugiego6 do całej plejady innych podróżników, odbywających dziś wędrówki po świecie.

I jak to zwykle bywa u Żydów, dla uwypuklenia znaczenia podróży naszego obecnego Beniamina, nie pozostawiono suchej nitki na pozostałych globtroterach. Prasa podkreślała, że współcześni podróżnicy to tylko zgraja zwyczajnych włóczykijów, nie mających pojęcia o życiu, zaś, pożal się Boże, ich podróże przypominają w najlepszym wypadku włóczęgę żebraków chodzących po prośbie. Mają się oni do naszego Beniamina Trzeciego, tego prawdziwego, autentycznego podróżnika, niczym małpa do człowieka. Pisząc o nim i o książkach poświęconych jego podróży posłużę się znanym wersetem: „Takiego pachnidła jeszcze nie było”. A mówiąc prościej: „Na żydowskiej glebie roślina o równie wspaniałym aromacie dotychczas jeszcze nie wzeszła”. „Błogosławiony i po wsze czasy niech będzie ceniony jak brylant ten — wołano zgodnym chórem — który cudowny i bezcenny skarb, jakim jest jego podróż opisana we wszystkich obcych językach, przetłumaczy na święty język hebrajski. Niech Żydzi również zakosztują miodu z barci żydowskiej i niechaj światłość roztoczy się przed ich oczyma”.

Ja zaś, Mendele Mojcher-Sforim, którego celem zawsze było służyć swemu narodowi, swoim braciom, podług sił i możliwości, nie mogę się powstrzymać, by nie rzec: „Zanim pisarze żydowscy, którym do pięt nie dorosłem, zdążą się wyspać i napisać książkę o podróżach Beniamina po hebrajsku, ja spróbuję tymczasem opisać ją w skrótowej formie prostym językiem żydowskim”.

Niczym siłacz napiąłem wszystkie mięśnie i nie bacząc na to, żem stary i słaby, zadałem sobie trud, aby zwrócić uwagę na takie rzeczy, które mogą się okazać przydatne dla dzieci Izraela. Postanowiłem opisać je zgodnie ze swoim zwyczajem, zwięźle i prosto. Czuję, jak mnie z góry już chłoszczą słowami: „Obudź się, Mendele! Wstań i wyłaź zza pieca! Idź, nabierz pełne naręcza pachnących roślin z ogrodu Beniamina. Przyrządź z nich smakowitą potrawę dla twoich braci. Taką potrawę, jaką lubią”. I wyszedłem, przy pomocy Boga, zza pieca, i przyrządziłem to oto smakowite danie, które stawiam teraz przed wami.

Skosztujcie, Szanowni Państwo, i niech wam wyjdzie na zdrowie.

Rozdział pierwszy. Kto to jest Beniamin, skąd pochodzi i jak zrodziła się w nim myśl o podróży

Urodziłem się — powiada Beniamin III — i wyrosłem w Tuniejadówce. Tu spędziłem niemal całe życie, to znaczy aż do czasu mojej wielkiej podróży. W Tuniejadówce szczęśliwie ożeniłem się z moją cnotliwą połowicą, panią Zeldą, oby długi miała żywot.

Tuniejadówka to mała mieścina. Leży w zapadłym zakątku, z dala od głównych traktów, prawie zupełnie odcięta od świata. Dlatego też, jeśli ktoś do niej przypadkiem zawita, otwierają się na oścież okna i drzwi we wszystkich domach. Ludzie nie mogą się nadziwić przybyszowi. Wychylając się z okien, zadają sobie pytania: „Kto to może być? Skąd się tu ni z tego, ni z owego zjawił? Czego też może chcieć? Nie zamierza aby czegoś złego? To nie takie proste: wziął i przybył! Tak nie może być. W tym coś tkwi, trzeba to koniecznie wyjaśnić!”. Póki co, każdy usiłuje popisać się mądrością i przenikliwością. Teorie zaś, z palca wyssane, mnożą się jak śmieci. Starsi opowiadają przy okazji niestworzone historie. Przytaczają podobne przykłady z minionych lat. Dowcipnisie mają na podorędziu stosowne i celne powiedzonka. Prostacy zaś trzymają się za brody i tylko uśmiechają skrycie. Starsze kobiety, ot tak sobie, dla kawału, sztorcują dowcipnisiów. Na przemian śmieją się i udają gniew. Młodzi spuszczają oczy, zasłaniają dłońmi usta i duszą się ze śmiechu. Rozmowy zataczają coraz szersze kręgi. Przenoszą się z domu do domu niczym kula śnieżna, która, tocząc się, ogromnieje. Zaglądają wreszcie do bożnicy, za piec, gdzie kończą swoją wędrówkę wszystkie możliwe tematy. Obojętnie, czy dotyczą one sekretów rodzinnych, czy wielkiej polityki. Mogą poruszać problemy Stambułu, pozycji Turcji czy Austrii w ogóle lub zgoła zahaczać o sprawy handlowe — majątek Rotszylda w porównaniu z fortuną obszarników bądź innych wielkich bogaczy. Krążą również pogłoski o złych ukazach carskich i Czerwonych Żydach7. Tematów jest zresztą mnóstwo. Za piecem w bożnicy regularnie zbiera się specjalny komitet, składający się z poważnych i wykształconych Żydów. Obradują przez cały bity dzień do późna w nocy. Bez reszty pochłonięci są pracą. Czynią tak nie z pobudek materialnych, nie otrzymują bowiem za to złamanego szeląga. Pracują dla chwały Imienia Pańskiego. Zdarza się, że wybrane kwestie przenoszą się ze stołu obrad za piecem na wokandę w łaźni, na najwyższą ławkę. Tam w obecności gremium, czyli miejscowych szanownych obywateli, po dłuższej dyspucie wszystkie sprawy zostają rozstrzygnięte i opatrzone starą żydowską formułą używaną przy sporządzaniu dokumentów: „Wszystko jest zgodne z prawem i od dziś nabiera mocy urzędowej”. Gdyby nawet potem zjawili się wszyscy królowie ze Wschodu i Zachodu i domagaliby się poczynienia zmian w orzeczeniu, niczego by nie wskórali.

Na jednym z zebrań, odbytych na najwyższej ławce w łaźni, omal nie doszło do definitywnej klęski Turczyna8. A gdyby innym razem kilku zacnych obywateli nie trzymało sztamy z Rotszyldem, to kto wie, co by się z tym niebogą stało. Niewiele brakowało, a Rotszyld straciłby na ławce od dziesięciu do piętnastu milionów. Pan Bóg w kilka tygodni później dopomógł i uratował Rotszylda. Ludzie, jak to mówią, byli trochę pod muchą. Na górnej ławce panowało ożywienie, miotełki w ciągłym ruchu: nagle doszło do ugody i pozwolono Rotszyldowi na sto pięćdziesiąt milionów czystego zysku.

Natomiast mieszkańcy Tuniejadówki, niech was Bóg uchroni od ich losu, to prawie sami biedacy do potęgi. Okropni nędzarze, ale gwoli prawdy trzeba powiedzieć, że mają pogodne usposobienie, nawet poczucie humoru. Rzec można, niepoprawni optymiści. Gdyby znienacka zapytać Żyda z Tuniejadówki: „Z czego się utrzymujesz? Z czego żyjesz?”, najpierw stanąłby jak wryty. Nie wiedziałby, co odpowiedzieć. Po chwili jednak doszedłby do siebie i odpowiedział naiwnie: „Ja? Z czego żyję? Też mi pytanie! Jest przecież Bóg na świecie. Oto i cała sprawa. On nie opuszcza żadnego ze swoich stworzeń. On daje i będzie dawał. Oto, co mam wam do powiedzenia!”.

„A jednak, czym się pan zajmuje? Czy ma pan jakąś pracę? Jakiś fach w ręku?” „Chwała Bogu. Mam, dzięki Bogu. Tak, jak tu stoję przed wami. Otrzymałem od Niego piękny dar, mam piękny głos. Umiem śpiewać. Podczas świąt jestem kantorem, obsługuję całą okolicę. W pewnym stopniu jestem też rzezakiem. Przed Pesach9 zaś robię krążkiem dziury w macach. Nikt mi nie dorównuje w tym zajęciu. Od czasu do czasu kogoś wyswatam. Mam też, jak mnie tu widzicie, stałe miejsce w bożnicy. Na dodatek, ale niech to pozostanie miedzy nami, dzierżawię skromny szynk; zawsze coś z niego wydoję. Mam również kozę, która daje, bez uroku, trochę mleka. Niedaleko stąd mieszka mój bogaty krewniak. Gdy bieda przyciśnie, gdy robi się ciężko, mogę go troszeczkę poskubać. Ale nade wszystko, powiadam wam, jest Bóg. On jest Ojcem, a synowie Izraela pełni są miłosierdzia. Dlatego też stanowczo stwierdzam, że nie należy narzekać. Nie wolno grzeszyć narzekaniem!”

Na chwałę mieszkańców Tuniejadówki trzeba zapisać, iż zadowalają się tym, co Pan Bóg im zsyła. Nie przebierają w potrawach ani w strojach. Służę przykładem: kapota sobotnia może być podarta, postrzępiona, może się rozlatywać, może nawet być brudna. Nie przeszkadza to nikomu. Ważne, że z atłasu. Grunt, że błyszczy. Przypomina rzeszoto? Prześwieca przez nią nagie ciało? Nic strasznego! Kogo to może obchodzić? Kto na to będzie patrzył? Weźmy, na przykład, pięty: wyłażą z butów. A czyż pięty — to nie ciało? Żywe, ludzkie ciało?

Porcja chleba i trochę krupniku to bardzo dobry obiad. Cóż dopiero bułka z kawałkiem rosołowego mięsa w piątkowy wieczór! Oczywiście, jeśli akurat jest. To ci dopiero królewska potrawa, ale pycha! Chyba nie ma nic lepszego na świecie! Spróbuj opowiedzieć mieszkańcom Tuniejadówki o tym, że istnieją inne potrawy poza zupą rybną, pieczonym mięsem, cymesem z marchwi lub pasternaku, a twoja opowieść wyda im się wręcz niewiarygodna. Mają na takie bajania wiele prześmiesznych określeń. Uważają, że ten, który mówi o zaletach fantastycznych potraw, zasługuje na miano durnia lub wariata. Gada, bo ma zamiar zrobić z nich wariata. Chce im wmówić chorobę. Chce ich przekonać, że krowa fruwała nad dachem i złożyła jajko. Chleb świętojański na Chamisza Asar Biszwat to przepyszny specjał. Gdy patrzysz nań, przypominasz sobie Ziemię Świętą, Ziemię Izraela. Człowiek wytrzeszcza wtedy oczy i wzdycha: „I poprowadzisz nas triumfalnie i obyś nas zawiódł, Ojcze Serdeczny, z radością co się zowie, do kraju naszego, ziemi naszych przodków. Kraju, w którym kozy zajadają się na co dzień chlebem świętojańskim”.

Zdarzyło się, że ktoś przywiózł do miasta daktyl. Trzeba było widzieć, jak ludzie się zbiegli, aby obejrzeć to cudo! Otwarto Pięcioksiąg i sprawdzono, że tamar, czyli daktyl, jest w nim wymieniony. Zatem daktyl rośnie w Izraelu. Ludzie spoglądali na owoc wyobrażając sobie, że oto mają przed sobą Ziemię Izraela. Właśnie przekraczasz, człowieku, rzekę Jordan. A tu masz przed sobą grobowiec Abrahama, grobowiec Racheli. Ścianę Płaczu. Zażywasz kąpieli w Jeziorze Tyberiadzkim. Wspinasz się na Górę Oliwną. Objadasz chlebem świętojańskim i daktylami. Napełniasz kieszenie ziemią Izraela. Towarzyszyły temu westchnienia, a nawet łzy kręciły się w oczach.

W owym czasie — opowiada Beniamin — cała Tuniejadówka, od najmłodszych do najstarszych, przebywała w Izraelu. Z zapałem rozprawiano o Mesjaszu. Ani się spostrzeżono, że oto minęło już południe dnia piątego.

Niedawno przybył do miasteczka nowy prystaw10 i zaczął twardą ręką sprawować rządy. Zdążył już kilku Żydom zerwać jarmułki z głowy. Komuś obciął pejs. Paru przyłapanych nocą w ciemnym zaułku bez paszportu kazał aresztować. Innemu natomiast zajął kozę, bo zżarła nowy słomiany dach. Ze względu na niego obradujący za piecem komitet dobrał się do Turczyna. Jak długo, spekulowano, będzie się jeszcze panoszył? Debaty na ten temat przeplatano opowieściami o dziesięciu zaginionych plemionach11 Izraela. Powiadano o nich, że pędzą szczęśliwy żywot w dalekich stronach. Zażywają chwały, zgromadziły bogactwa i otoczone są szacunkiem. Wspominano historię o Czerwonych Żydach, synach Mojżesza, zabarwiając ją fantastycznymi opowieściami o ich męstwie i odwadze.

Eldod Hadani odegrał w tym, ma się rozumieć, niemałą rolę. Beniamin zawdzięcza mu w dużym stopniu podróż, którą wkrótce potem przedsięwziął.

Dotąd Beniamin żył jak kurczę w saku12, niczym robak w chrzanie. Był przekonany, że za Tuniejadówką kończy się świat i nigdzie mu nie będzie lepiej.

„Sądziłem — powiada Beniamin — że nie można i nawet nie wypada być bogatszym od miejscowego arendarza. Niemały ma przecież majątek! Co za dom i jakie w nim rzeczy! Cztery pary mosiężnych lichtarzy, sześcioramienna lampa wisząca, zwieńczona orłem. Dwa miedziane garnki. Do tego pięć miedzianych patelni. Półka talerzy cynowych i chyba z tuzin tombakowych13 łyżek. Dwa srebrne pucharki. Balzaminka14. Świecznik chanukowy15. Zegar jak cebula. Dwie koperty16 z grubym łańcuszkiem, z paciorków. Dwie krowy, jeden cielak oraz dwie kapoty sobotnie i jeszcze, jeszcze wiele dóbr. Sądziłem również, że na świecie istnieje jeden tylko, jedyny mędrzec. A jest nim reb Ajzyk Dawid, syn reb Arona Josla i Sary Zlaty. O reb Ajzyku Dawidzie nie na próżno mówią przecież, że za młodu opanował tajniki ułamków. Przy odrobinie szczęścia mógł nawet zostać ministrem. Albo Chajkl Jąkała. Kto mógł dorównać mu prezencją? Kto miał obrotniejszy od niego język? Albo znów nasz doktor, nasz lekarz? Potrafi umarłych do życia przywrócić. Powiadano, że znajomość sztuki lekarskiej przejął od pewnego Cygana, podobno w prostej linii potomka kapłanów egipskich”.

Bądź co bądź, życie w miasteczku wydawało się Beniaminowi niezwykle piękne i dobre. Prawda, on sam żył w niedostatku. Żona i dzieci chodziły w połatanych ubraniach. Ale czy kiedykolwiek wpadło Adamowi i Ewie do głowy wstydzić się tego, że paradowali po raju goło i boso?

Cudowne opowieści o Czerwonych Żydach, o zaginionych dziesięciu plemionach, zapadły mu głęboko w serce. Odtąd miasteczko stało się dla niego za ciasne. Ciągnęło go do dalekich krajów. Serce rwało się do tamtych nieznanych stron tak, jak wyrywają się ku księżycowi wyciągając rączki dzieci. Na pierwszy rzut oka niby nic. Czym jest daktyl? Czym prystaw, jarmułka i pejs? A nieszczęsny Żyd, nocą pojmany w zaułku? Czym wreszcie koza lub dach słomiany? Wszystko to jednak, razem wzięte, dokonało w nim metamorfozy. Spowodowało, że przedsięwziął sławną podróż. Na tym świecie nieraz tak już bywa, że z małych rzeczy powstają te wielkie. Oto chłop sieje pszenicę i żyto. Młynarz przepuszcza zboże przez młyn. Część mąki poszła do gorzelni i zamieniła się w wódkę. Część dostała się w ręce szynkarki Gitli. Rozczyniła ona mąkę, ugniotła, zmiesiła i wyszło ciasto. Tysiące lat temu Fenicjanie posiedli umiejętność wytwarzania szkła. Tak powstały szklanki i kieliszki. Z powodu błahych wypadków pojawiali się w różnych miejscach zarówno nieudolni przywódcy kahału17, jak też znakomite i sławne jednostki.

Możliwe, że w Beniaminie tliła się iskierka podróżnika. Zgasłaby jednak niechybnie, gdyby nie podsycały jej owe wspomniane przeze mnie drobnostki, opowieści z okresu poprzedzającego wyprawę. A nawet jeśliby ta iskra nie zgasła, to bez nich Beniamin nie miałby tak wielkiej mocy. Z upływem lat może byłby z niego woziwoda albo najwyżej bałaguła18.

Spotkałem w moim życiu wielu bałagułów. Spotkałem też wielu łaziebnych, którzy mogli zostać podróżnikami. Klnę się, że nadawali się na podróżników nie gorzej od wielu wędrujących dziś po świecie Żydów. Ale nie o tym chciałem mówić.

Najpierw Beniamin począł pilnie studiować opisy podróży morskich i pustynnych rabiego Bar Chone. Sięgnął również po książkę Eldoda Hadani oraz po relację z podróży Beniamina, który przed siedmiuset laty wyruszył na krańce świata. Studiował również Sziwchej Jeruszolaim wraz z suplementem oraz Cel Olam, broszurę, która na siedmiu kartach niewielkiego formatu mieści dorobek wszystkich siedmiu dziedzin wiedzy. Przytacza ona ponadto opisy osobliwości i cudów całego świata, mówi także wiele o dzikich i tajemniczych istotach. Te właśnie lektury otworzyły mu oczy i dokonały w nim przemiany. „Byłem — powiada Beniamin w swoim dziele — wprost zafascynowany tymi cudownymi opowieściami. Nieraz wyrywał mi się z ust okrzyk zachwytu: — Gdybyż Pan pozwolił mi ujrzeć na własne oczy choć jedną setną tych wspaniałości! A myśli moje wędrowały już wówczas hen daleko, daleko”.

Odtąd Tuniejadówka stała się dla niego za ciasna. Postanowił wyrwać się z niej za wszelką cenę. Był niczym kurczę, które pragnie nareszcie przebić skorupkę jajka.

Rozdział drugi. Jak Beniamin został męczennikiem, a Zelda słomianą wdową

Z natury nasz podróżnik był wielce bojaźliwy. W nocy bał się wyjść na ulicę. Mowy nie było, by spał sam w izbie. Choćby go ozłocono. Dla niego opuszczenie miasta równało się utracie życia. Mało bowiem, uchowaj Bóg, może się zdarzyć? Na widok najmniejszego choćby kundla trząsł się z przerażenia.

— Pewnego razu — opowiada Beniamin — pamiętam to jak dziś, a było to w czerwcu, upał niemożliwy, nasz rebe w towarzystwie jednego ze swoich uczniów wybrał się nad rzekę, aby zażyć kąpieli. Wraz z kilkoma koleżkami poszedłem za nim. Okazując szacunek rebemu znajdowaliśmy się w odpowiednim oddaleniu. Mieliśmy pewność, że czeka nas niezła przygoda. Wierzyliśmy, iż zdając się na rebego, powrócimy szczęśliwie do domów. Przecież nie idziemy z byle kim! Jest z nami rebe, do którego tylu ludzi żywi głęboki szacunek. Samo wyliczenie wszystkich jego tytułów zajęłoby całą stronicę. Tymczasem rebe, nasza ostoja, nasz obrońca, nasz puklerz, szybkim marszem zmierzał w kierunku rzeki. My zaś, jak powiedziałem, szliśmy nieco z tyłu. Gdy rebe nad brzegiem rzeki rozbierał się, niespodziewanie wyskoczył jakiś łobuziak i poszczuł go psem. Wówczas nasz obrońca, nasza opoka, ledwo żywy ze strachu, jedną ręką podtrzymując, za przeproszeniem, rozpięte spodnie, drugą zaś myckę, wziął nogi za pas. My, rzecz jasna, straciliśmy zupełnie głowy. Jeśli bowiem sam Lewiatan dał się złapać na wędkę, to co my, płotki, mogliśmy tu zdziałać? Naprężyliśmy mięśnie i chyżo, niczym jelenie, rzuciliśmy się do ucieczki. Gorzko zawodząc i krzycząc wniebogłosy, popędziliśmy co koń wyskoczy do miasta. Bez tchu niemal dopadliśmy równo z rebem rogatek. W mieście powstał popłoch. Zewsząd zbiegli się ludzie. Krzyczano: „Pali się! Biją! Mordują!”.

Gdy Beniamin postanowił wyruszyć do dalekich krajów, postanowił przede wszystkim przezwyciężyć strach. Zamierzał wzmocnić się duchowo. W tym celu zmuszał się do dalekich spacerów, najczęściej późną nocą. Sypiał w pustym pokoju. Zapuszczał się daleko poza miasto. Nie zważał na to, że bezustanne zmaganie się z lękiem kosztowało go dużo zdrowia, że zmizerniał i schudł. Jego odmiana, jego blada, zamyślona twarz i częste zniknięcia zdumiewały ludzi. Wzięto go na języki, nicowano na wszystkie strony. Jedni utrzymywali, iż z pewnością zwariował. Ma zwyczajnie pomieszane w głowie. Po pierwsze — uzasadniali — Beniamin jest przecież nieco głupkowaty. Brak mu piątej klepki. A poza tym od kilku lat Tuniejadówka nie ma swego pomyleńca. Rzecz to bowiem powszechnie znana i nieraz dowiedziona, że każde miasto winno mieć własnych mędrców i własnych wariatów. Nie ma takiego miasta, które by ich nie posiadało. Zwłaszcza teraz, gdy nadeszły takie upały. Dlaczego więc nie wysnuwać z tego faktu najprostszego wniosku, że Beniamin jest szaleńcem? Inni natomiast, na przykład reb Ajzyk Dawid, syn reb Arona Josla i Sary Zlaty, wzruszali tylko ramionami: — Co tam, gdzie tam! Nie da się wprawdzie zaprzeczyć, że Beniamin jest trochę słaby na umyśle, bardzo nawet przygłupi. Z tego jednak bynajmniej nie wynika, że musi być również wariatem. Gdyby tak było, to dlaczego zwariował dopiero teraz, nie zaś wcześniej? Przed dwoma laty, a także rok temu upały były przecież niepomiernie większe. Jakiż więc stąd wniosek? Wniosek nasuwa się sam. Weźmy dla przykładu naszą rzekę. Rzeka nasza, a fakt to niezbity, co roku pochłania człowieka. Od kilku jednak lat nikt się w niej nie utopił. Przeciwnie. W ostatnich latach poziom wody obniżył się. Gdzieniegdzie można przejść suchą nogą. A co do Beniamina, to zostawmy go w spokoju. Najliczniejsi jednak, a wśród nich kobiety, twierdzili z uporem: — Ani chybił, ma kontakt z Nim... Nie ulega wątpliwości, że zadaje się z Nim... z Diabłem. Bo jakże inaczej można wytłumaczyć jego zniknięcia? Jak objaśnić jego długie nieobecności? Dlaczego samotnie sypia w spiżarni? Zelda, jego małżonka, opowiada, że w nocy słyszy, jak w spiżarni coś stuka. Słyszy czyjeś kroki...

Rozmowy na ten temat przywędrowały, jak zwykle, do bożnicy, za piec, a stamtąd trafiły na najwyższą ławkę w łaźni. Tam także nie zdołano wypracować jednolitego poglądu na sprawę Beniamina. Uradzono przeto powołać specjalną komisję składającą się z kilku poważnych Żydów i sofera19. Miała ona chodzić od domu do domu i na podstawie listy sprawdzić wszystkie mezuzy20. A ponieważ zgromadzenie potraktowało sprawę nader poważnie, uznało ją za problem dotyczący całej społeczności, mogący poważnie zaważyć na losach miasta, postanowiono, dla pokrycia ewentualnych wydatków związanych z pracami komisji, podnieść ceny na mięso.

W Tuniejadówce krąży powiedzonko: „Od czego nie zacząć rozmowy, zawsze się zejdzie na temat śmierci”. O czym by nie debatowano na zebraniu, za każdym razem kończyło się na podatku od mięsa. W istocie rzeczy jest to zjawisko normalne. Nawet nie może być inaczej. Tak dyktuje rozum. Przeznaczeniem człowieka jest bowiem śmierć, zaś losem każdego Żyda jest podatek. Prościej mówiąc, każdy człowiek musi umrzeć, a każdy Żyd — płacić podatek. Śmierć i podatek, z natury swojej, to dwie rzeczy, od których ani rusz nie można się uwolnić. Już tak stworzył Pan Bóg nasz świat. I jest to dobre. Widocznie tak musi być. Pytania natomiast zadają tylko heretycy...

W jakiś czas później Beniaminowi przytrafiła się przygoda, dzięki której jego sława wzrosła. Pewnego dnia wyszedł z miasta. Był upalny dzień lipca, godzina dwunasta, samo południe. Słońce piekło niemiłosiernie. Beniamin zawędrował do lasu. Nawet nie zauważył, jak znalazł się pomiędzy drzewami. Pokonał odległość prawie dwu stref sobotnich. Przy sobie miał książki, bez których się nie ruszał. Siadł pod drzewem i pogrążył się w zadumie. A miał o czym rozważać. Wkrótce jego myśli uleciały daleko, przeniosły się do krajów, które leżą gdzieś na krańcach świata. Oto zdobywa góry, pokonuje doliny, przemierza pustynie, dociera do miejsc, które opisano w jego książkach. Wędruje śladami Aleksandra Macedońskiego i Eldada Hadaniego. Spotyka straszliwego smoka. Atakują go węże, napotyka jakieś fantastyczne potwory. Wyrastają przed nim najrozmaitsze przeszkody. Oto zwyciężył przeciwności i znalazł się wśród Czerwonych Żydów. Rozmawiał z synami Mojżesza. Potem wraca szczęśliwie do siebie. Rozmyśla. Właśnie siedzi pod drzewem i zastanawia się, w jaki sposób zrealizować zamierzoną podróż.

I tak zastała go noc. Wstał, rozprostował kości i ruszył z powrotem. Idzie, idzie, ale z lasu wydostać się nie może. Mija godzina, już minęły dwie. Potem przeszła trzecia i czwarta, a końca drogi wciąż nie ma. Zabrnął w las z kretesem. Dookoła ciemno choć oko wykol. Naraz zerwała się burza, spadł ulewny deszcz. Błyskało i grzmiało, groźnie szumiały drzewa. Strach! Beniamin przystanął. Deszcz go przemoczył. Ze strachu i zimna szczękał zębami. Wydawało mu się, że oto napada na niego niedźwiedź. Oto czyha w krzakach lew. Czai się lampart. Zbliża się matul, potwór wymieniony w książce Cel Olam. Potężny stwór o dwóch długich łapach. Słonia potrafi powalić. Beniaminowi ciarki przeszły po ciele. Na dodatek był śmiertelnie głodny. Od rana nie miał w ustach niczego poza gryczanym pierogiem. Przerażony zaczyna odmawiać wieczorną modlitwę. Modli się żarliwie, całym sercem.

I Bóg przychodzi mu z pomocą. Poczęło świtać. Nasz Beniamin zdaje się na łaskę Boga i znowu rusza w drogę. Wędruje więc, aż wreszcie natrafia na ścieżkę. Przez dwie godziny idzie tą ścieżką. Nagle słyszy wołanie. Miast się uradować — przeraził się. Sądził, że to rozbójnik. Ogarnięty strachem rzuca się do ucieczki. Wnet jednak przychodzi do siebie. Tfu, Beniaminie! Chcesz pokonać dalekie morza i pustynie, które roją się od różnych potworów, wszelakich bestii i dzikich ludzi, a na samą myśl o spotkaniu z rozbójnikiem ogarnia cię strach? Nieładnie! Uwierz mi! Powinieneś się wstydzić, Beniaminie! Aleksander Macedoński dosiadł raz orła, nadział mięso na szpic włóczni i wysunął ją przed dziób ptaka. W ten sposób wzbijał się coraz wyżej i wyżej, aż spostrzegł, że orzeł pożarł mięso. Lecz Aleksander Macedoński nie cofnął się. Nie stchórzył. Wyciął z własnego ciała połeć żywego mięsa i podał orłowi. Proszę cię, Beniaminie: bądź silny! Bóg chce cię tylko poddać próbie. Jeśli wyjdziesz z niej zwycięsko, będzie dobrze. Nawet więcej niż dobrze. Wtedy, Beniaminie, w pełni zasłużysz na miano człowieka. Staniesz się godnym łaski bożej, osiągniesz swój cel. Dotrzesz do synów Mojżesza i będziesz miał okazję porozmawiać z nimi na temat naszych Żydów. O tym, co robią i czym się zajmują. Jeśli teraz zwycięsko przejdziesz przez próbę i w porę zawrócisz w stronę głosu, to możesz być pewny, że żadne strachy ciebie nie zmogą, żadne lęki nie będą cię dręczyć. Staniesz się wzorem doskonałości, dzieci Izraela będą cię błogosławić. Przysporzysz sławy Tuniejadówce. Od tej chwili Tuniejadówka i Macedonia figurować będą obok siebie jako równe sławą. Jedna dzięki Aleksandrowi Tuniejadowskiemu, druga dzięki Beniaminowi Macedońskiemu.

Naturalnie nasz Beniamin zawrócił. Pokrzepiony na duchu, nabrał otuchy i ruszył w kierunku domniemanego rozbójnika. Był nim chłop, wiozący do miasta na wozie zaprzężonym w parę wołów worki ziemniaków.

— Dzień dobry! — zawołał szybko Beniamin. Głos miał przy tym dziwny, pełen rozmaitych odcieni. Wydał ni to krzyk, ni to prośbę. Coś pomiędzy: „Możesz ze mną zrobić, co ci się żywnie podoba” a: „Laboga! Miej litość, zmiłuj się nad moją żoną, nad moimi biednymi dziećmi!”. Powiedziawszy albo lepiej — wykrzyknąwszy, albo jeszcze lepiej — wypłakawszy to dobry deń21, Beniamin zapomniał języka w gębie. Uczuł, że coś go dusi, zakręciło mu się w głowie. W oczach pociemniało, nogi odmówiły posłuszeństwa. Jak martwy osunął się na ziemię.

Gdy przyszedł do siebie i otworzył oczy, zorientował się, że leży na wozie, na ogromnym worku kartofli, przykryty grubym kocem. U jego wezgłowia szamotał się spętany kogut. Jednym okiem gapił się na Beniamina i jednocześnie drapał go pazurami. Przy nogach posłania stały koszyki pełne młodego czosnku, cebuli i innych jarzyn, prawdopodobnie także jaj. Pył słomiany unosił się w powietrzu i wciskał do oczu. Chłop siedział na wozie i kurzył fajkę. Raz po raz pokrzykiwał na woły: „Sop, haj, sop!”. Zwierzęta poruszały się ociężale. Koła wozu okropnie skrzypiały. Każde wydawało odmienny dźwięk. W sumie wychodził koncert skrzypcowy, od którego bębenki pękały w uszach. Kogutowi również muzyka ta nie przypadła do gustu. Nim koła wykonały pełny obrót, wydawały jakby potrójny świst; wówczas kogut mocniej drapał Beniamina. Co rusz piał gniewnie, przy tym z taką siłą, że gdy skończył, to mu jeszcze długo coś w gardle bulgotało. Beniamina bolały kości, był oszołomiony. Prawdę powiedziawszy, miał ku temu powody. Był głodny i przemarznięty. Bał się. Zdawało mu się, że został pojmany do niewoli przez jakiegoś Turka. Oto Turek wiezie go na targ, aby pozbyć się jeńca. Beniamin pomyślał: „Niechby mnie sprzedał przynajmniej jakiemuś Żydowi. Miałbym wówczas jakąś szansę na wyzwolenie. Ale on gotów jest sprzedać mnie jakiemuś księciu. Wtedy koniec. Przepadłbym z kretesem”. Wspomniał historię Józefa i Putyfara22. Nagle złapał go silny ból, westchnął więc ciężko. Usłyszawszy to, chłop obejrzał się. Przysunął się bliżej i zapytał:

— No, Żydku, a szczo23, troszkę lipsze24?

Beniaminowi przejaśniło się w głowie. Przypomniał sobie wszystko. Sytuacja, w jakiej się znalazł, była jednak wielce niezręczna. Ani w ząb nie rozumiał języka, którym posługiwał się chłop. Co robić? Jakiej udzielić odpowiedzi? Jak się z nim dogadać i w jaki sposób wyciągnąć od niego, dokąd jedzie? Beniamin spróbował usiąść, ale na próżno. W kościach łamało go okrutnie.

— Troszkę tebe lipsze25? — zapytał go ponownie chłop i dodał: — Sop, hajda, sop!

Lipsze. Tylko moje ryby. Oj, oj! — wyjaśnił Beniamin jak mógł najlepiej i wskazał na swoje nogi.

Izwidki ty26, Żydku?

Izwidki ty Żydku?! — powtórzył Beniamin tonem, jakim czyta się Torę. — Ja jestem Niomka, Beniomka27 z Tuniejadówki.

— Ty jesteś z Tuniejadówki? Każy, że szczo ty wytarszczył na meni oczy i glianysz28 jak szalony? Ale może ty taki i szalony29? Tresci twoi materi30? Sop, hajda, sop!

— Ja, jak to? Ja Niomka, sam ub Tuniejadówki — odparł Beniamin. Uczynił przy tym błagalną minę i wskazując na siebie ręką błagał o litość. — Ub Tuniejadówki, żinka31 tebi32 da czarkę śliszy i szabaszkowe bułkę i dobre dankujet tebi33.

Chłop najwidoczniej pojął prośbę Beniamina.

Dobre, Żidku — odrzekł i obracając się na koźle zawołał: — Sop, hajta, sop!

W dwie godziny później zajechali na rynek w Tuniejadówce. Ludzie otoczyli ich zwartym kołem, zasypali chłopa pytaniami. Ktoś krzyczał: — Czujesz, skilki choczesz za piweń34, za cebulę? Inny pytał: — Może majesz kartofle? Może majesz jajcy35?

Nagle padło pytanie: — Czujesz, może ty baczył na drogi36 Żydka? U nas jeden taki Żydko Biniomka wczera pripał jak ub wody37.

Zanim chłop zdążył odpowiedzieć, baby rzuciły się na wóz. Zdarły koc i wrzasnęły triumfalnie: — Jest! Mamy go! Tu jest Beniamin! Cypo, Krojne! Bas Szewa-Brajndl, biegnijcie szybko po Zeldę. Przekażcie jej dobrą nowinę. Zguba znalazła się. Koniec z jej wdowieństwem!

Powstał tumult, zbiegowisko. Zawrzało w całej Tuniejadówce. Kto żyw przybiegł, aby na własne oczy ujrzeć Beniamina. Szukano go przez cały dzień i całą noc. Sprawdzono dokładnie okolicę, każdą piędź ziemi. Uznano go już za męczennika, a jego żonę ogłoszono nieszczęsną wdową.

Wśród gwaru pojawiła się jego połowica. Na widok małżonka zaniosła się płaczem. On zaś, blady jak śmierć, leżał tymczasem nieruchomo na wozie. Zelda załamywała ręce. Nie wiedziała, nieszczęsna, co robić. Czy natrzeć mu solidnie uszu, czy też cieszyć się, okazać swoje szczęście, radość, że Bóg jej nie opuścił.

Wzięto Beniamina, tak jak leżał na worku z ziemniakami, i triumfalnie, z wielką pompą poprowadzono przez rynek. Cała Tuniejadówka, od najmłodszych do najstarszych, okazywała mu szacunek. Bez specjalnego zaproszenia odprowadzano go do domu. W zgiełku rozległy się głosy: — Męczennik, męczennik, męczennik! — Od tego czasu przydomek męczennika przylgnął do niego na zawsze. Nie nazywano więc Beniamina inaczej, tylko Beniamin Męczennik. Zeldę zaś zwano Słomianą Wdową.

Jeszcze tego samego dnia zjawił się u Beniamina turniejadowski znawca medycyny i zaczął go leczyć za pomocą wszystkich dostępnych mu środków. Postawił bańki. Przystawił pijawki. Ogolił od stóp do głowy. Na odchodne zaś powiedział, że po zastosowaniu tych wszystkich środków Beniamin przy pomocy bożej wyzdrowieje i nazajutrz rano będzie mógł, jeśli oczywiście da radę, pójść do bożnicy. Tam powinien odmówić modlitwę na intencję ocalenia.

Rozdział trzeci. Jak Beniamin związał się z Senderlem38 Babą

Pozornie wydawało się, że przygoda Beniamina, która przysporzyła jego żonie tyle zgryzoty i wywołała moc poważnych komentarzy w mieście oraz za piecem bożniczym i na najwyższej ławce w łaźni, powinna była raz na zawsze wybić mu z głowy wszelkie rojenia o wyprawie do dalekich krajów. Tak się jednak nie stało. Przeciwnie, odtąd podróż jeszcze bardziej go zajmowała. Teraz patrzył z większym szacunkiem na siebie samego. Uważał, że jest bardzo doświadczony, bo niemało już w życiu przeszedł. Urósł niepomiernie we własnych oczach, wykazał bowiem niezwykły hart ducha w chwili ciężkiej próby. Zdołał pokonać własną słabość. Uważał się za bohatera, miał się za mędrca biegłego we wszystkich siedmiu dziedzinach wiedzy ludzkiej wymienionych w księdze Cel Olam. Zajmowały go wszystkie dzieła na ten temat, niczym gąbka nasiąkał ich mądrościami. Zdawało się, że wie już wszystko o tym, co się dzieje na świecie. Z wolna poznawał dogłębnie samego siebie i litował się nad sobą. Oto on, człowiek wielkiego formatu, znalazł się w sytuacji róży wśród cierni. To znaczy on był różą, a dookoła same kolce. I to gdzie? W Tuniejadówce! W takiej dziurze, wśród prostaków, którzy nie mają zielonego pojęcia o życiu. Wyważone słowa i mądre powiedzonka kierowane pod jego adresem przyspieszyły decyzję. Pragnął jak najszybciej opuścić Tuniejadówkę.

Wciąż marzył: „Chciałbym dożyć chwili, aby móc wyruszyć w daleką podróż, a potem powrócić szczęśliwie do domu. Chciałbym nieść Żydom pomoc i pociechę, gdy wrócę w aureoli sławy. Wtedy cała Tuniejadówka przekona się, kim ja, Beniamin, jestem naprawdę. Ile ja, Beniamin, znaczę...”.

Na razie parę drobiazgów powstrzymywało go od wyprawy. Pierwsza przyczyna: skąd zdobyć pieniądze na podróż? Nigdy nie śmierdział groszem. Całymi dniami, zupełnie bez powodu, przesiadywał w bożnicy. Dom utrzymywała żona. Prowadziła tak zwaną „mokrą apteczkę”, coś w rodzaju kramu lub małego szynku. Zajęła się tym w momencie, gdy dobiegł końca jej bezpłatny wikt u rodziców. Zresztą, pożal się Boże, co to był za interes! Gdyby nie dorabiała szyciem i darciem pierza podczas długich zimowych nocy lub gdyby nie wytapiała gęsiego smalcu na święta wielkanocne, albo nie zawierała transakcji ze znajomymi chłopami, to doprawdy nie można by było wyżyć. Zastanawiała się często, czy nie sprzedać jakichś rzeczy. Ale co tam w domu było do sprzedania? Parę lichtarzy miedzianych, odziedziczonych po rodzicach. Nad świecznikami odmawiała błogosławieństwo w wigilię sobót i świąt. Czyściła je regularnie, dokładnie. Z tego zajęcia czerpała szczególną radość. Kosztowności, rzecz jasna, nie miała. Na miano biżuterii przecież w żadnej mierze nie zasługiwały srebrny pierścionek i perły osadzone w opasce, którą otrzymała od matki. Chowała ją głęboko i bardzo rzadko używała. Zakładała ją tylko w święta albo ważne uroczystości rodzinne. A może należało pozbyć się któregoś ze „skarbów” Beniamina? Ale cały majątek Beniamina składał się z jednej jedynej szabasowej39 kapoty z atłasu. Ślubna kapota była natomiast podarta, po prostu rozlatywała się. Żółta podszewka przeświecała w wielu miejscach. Prawda, miał jeszcze tułup40, ale pożal się Boże, co to był za tułup! Kołnierz goły, bez pokrycia. Gdy brał ślub, ojciec jego narzeczonej, oby z jego łaski Beniamin miał długi żywot, obiecywał, że nie pożałuje futra. Ale póki co, polecił pokryć tymczasem kołnierz podszewkowym suknem, zostało mu bowiem trochę materiału po własnej kapocie. Futro winien dostarczyć razem z ostatnią ratą posagową. A ponieważ posagu do końca nie wypłacił, to nic dziwnego, że tułup i kołnierz pozostały w pierwotnym stanie. Po drugie: Beniamin najzwyczajniej nie wiedział, jak wyrwać się z domu. Rozważał. Dumał. Pogadać z żoną i wyłożyć kawę na ławę? To nie wchodziło w rachubę. Za dużo będzie wrzasku i zamieszania. Gotowa wylać morze łez. Uznałaby go wtedy za skończonego wariata. A w ogóle, czy kobieta potrafi zrozumieć takie sprawy? Kobieta, nawet niech to będzie herod-baba, zawsze jest kobietą. To, co byle mężczyzna ma w jednym palcu, tego nie ma i mieć nie może w głowie choćby najlepsza i najmądrzejsza kobieta. A może wymknąć się cichcem i zapomnieć o pożegnaniu? Przykra rzecz. Tak może postąpić tylko litwak. A może pozostać w domu i wyrzec się podróży? To niemożliwe! To po prostu samobójstwo.

Żył podróżą. Żyd musi trzy razy dziennie odmawiać modlitwę, Beniamin zaś musiał bezustannie myśleć o wyprawie. Marzenia o niej nie opuszczały go nawet we śnie. Miał majaki. Wyprawa zapuściła głęboko korzenie w jego sercu. Przesłoniła wzrok. Wdarła się do uszu. Nie zwracał uwagi na otaczającą go rzeczywistość. Widział i słyszał tylko to, co się działo w odległych krajach. Nieraz bywało, że rozmawiając z kimś wtrącał takie oto słowa: Indie, Sambation41, antypody, smok, osioł, muł, chleb świętojański, ambrozja, Turek, rozbójnik i wiele podobnych.

Podróż w końcu musiała dojść do skutku. Problem polegał na tym, jak usunąć przeszkody. Był bezradny. Doszedł do wniosku, że powinien z kimś się w tej sprawie naradzić. W Tuniejadówce był odpowiedni człowiek. Nazywał się Sender. Takie właśnie imię otrzymał po swoim pradziadku. Sender, zdrobniale Senderl, nasz wspaniały Sender, był człowiekiem prostym, naiwnym, nie znającym się na żartach. Miał stałe miejsce w bożnicy. Prawda, że znajdowało się ono za bimą42. Znak, że do bogaczy nie należał. Do śmietanki, do elity daleko mu było. Miał on zwyczaj przysłuchiwać się rozmowom prowadzonym w bożnicy. Słuchał z powagą i w milczeniu, jak to zwykle czyni człowiek postronny. A jeśli czasem wyrwał się słowem, to w odpowiedzi wybuchał ryk śmiechu. Oczywiście nie z tej racji, że w jego mowie zawarta była jakaś nadzwyczajna mądrość lub coś odkrywczego. Po trzykroć nie! Po prostu każde jego słowo wywoływało śmiech. Nikt nie baczył na to, że nieborak wypowiadał się z wrodzoną mu prostodusznością, że wcale nie miał zamiaru kogokolwiek rozśmieszyć. Przeciwnie, gdy śmiano się, wybałuszał ze zdziwienia oczy, starając się zrozumieć przyczynę nagłej radości. Nie miał też jej nikomu za złe, z natury bowiem był łagodnym i dobrym człowiekiem. Przypominał czasami łagodną i potulną krowę. Nawet sobie nie wyobrażał, że można mieć do kogoś o to pretensje. A, że ktoś się śmieje, no to co? Niech się śmieje. Widocznie sprawia mu to przyjemność.

Trzeba jednak przyznać, że w słowach Senderla tkwił czasami głęboko ukryty sens, choć on sam nie zdawał sobie z tego sprawy. W swojej naiwności tylko tak do siebie mawiał. Lubiano stroić sobie z niego żarty. W dziewiątym miesiąca Aw43 dzieci obrzucają się bodziakami44 i naturalnie najwięcej bodziaków dostawało się jego pejsom. Sender zawsze i wszędzie był kozłem ofiarnym. W przeciwieństwie do wielu ludzi nie był uparty. Jeśli ktoś powiedział „tak”, Sender uważał to za słuszne. Zgadzał się z każdym nie dlatego, że ustępując komuś w jednej sprawie, chciał, aby oponent ustąpił mu w innej. Nie, on najzupełniej zgadzał się z każdym, spełniał wszelkie życzenia — Co mi to szkodzi? — zwykł był mawiać — Co mi tam? Koniecznie chcesz, żeby tak było, niech będzie tak. — Pośród chłopców Senderl pragnął być chłopcem. Często wpadał do nich na rozmowę, brał udział we wspólnych zabawach. Czerpał z tego sporą satysfakcję. W ich gronie Senderl zachowywał się rzeczywiście niczym łagodna krowa, która dopuszcza do siebie dzieci, pozwala się ujeżdżać i drapać po mordzie. Urwisy właziły mu na głowę i szczypały w brodę. Niektórych to raziło, besztali więc chłopców: — Szacunku, łobuzy! Miejcie poważanie dla starszego! Uszanujcie brodatego człowieka!

— Nic nie szkodzi, nic nie szkodzi! — odpowiadał na to Senderl. — Co mi to szkodzi? Też zmartwienie! Niech sobie szczypią.

We własnym domu Senderl nie zaznał słodyczy. Tam spodnie nosiła małżonka. Ona sprawowała władzę. Przypadł mu ciężki los, bo żona utrzymywała go w ciągłym strachu. Bywało, że i biła. Nieszczęsny, przyjmował to z pokorą. Gdy zbliżały się święta, kazała mu zwykle malować mieszkanie i własnoręcznie zawiązywała mu brodę chustką. Obierał kartofle, miesił ciasto, kroił makaron, faszerował rybę, nosił polana i palił w piecu. Robił zatem to wszystko, co powinna robić kobieta. Dlatego też przezywano go Senderlem Babą.

Tego Senderla Babę obrał sobie Beniamin za spowiednika. Przed nim miał otworzyć swoje serce, jego chciał się radzić. Dlaczego właśnie Senderl? Otóż Beniamin odczuwał zawsze wobec Senderla coś w rodzaju uwielbienia. Z wielu względów Senderl przypadł mu do gustu. W wielu sprawach mieli jednakowe zdanie. Każda z nim rozmowa dostarczała Beniaminowi satysfakcji. Może dlatego, że Senderl nie był uparciuchem. Beniamin był pewny, iż zaakceptuje on jego plan i we wszystkim będzie mu ustępował. A gdyby nawet przyszło Senderlowi do głowy uprzeć się przy kilku punktach, to on, Beniamin, przy bożej pomocy i dzięki swym zdolnościom krasomówczym, da sobie z nim radę.

I pewnego dnia Beniamin wybrał się do Senderla. A gdy zjawił się u niego, zastał go siedzącego na mlecznej ławce. Obierał właśnie ziemniaki. Jeden policzek miał czerwony, jakby płonął ogniem. Pod okiem okazały siniak. Siedział jakiś osowiały i smutny niczym młódka, którą porzucił właśnie mąż.

Żony Senderla nie było w domu.

— Dzień dobry, Senderl! Czemuś taki smutny, mój kochany? — rzekł Beniamin i wskazując palcem na policzek gospodarza dodał: — Aha, znowu ona! A gdzie się podziewa ta twoja dziewoja?

— Na targu.

— Doskonale! — omal nie krzyknął Beniamin z wielkiej radości. — Zostaw, duszo moja, kartofle. Wejdźmy lepiej do alkierza. A nie ma tam kogo? Nie potrzebuję policjanta do rozmowy z tobą. Chcę otworzyć przed tobą duszę. Już więcej nie mogę, nie mogę już. Wszystko we mnie gra i kipi. Prędzej, kochany, szybciej. Jeszcze może nadejść ona i wszystko zepsuć.

— A mnie tam co! Chcesz prędko, niech będzie prędko. Też mi zmartwienie! — powiedziawszy to, Senderl poszedł do alkierza.

— Senderl — zaczął Beniamin. — Powiedz mi, czy ty wiesz, co jest po drugiej stronie Tuniejadówki?

— Wiem, tam jest karczma, gdzie czasem można dostać szklankę dobrej wódki.

— Głupi jesteś. Mam na myśli to, co jest dalej, znacznie dalej.

— Jeszcze dalej od karczmy? — zdziwił się Senderl. — Nie, tego nie wiem. A ty, Beniaminie, wiesz?

— Czy ja wiem? Też mi pytanie. Tam ci dopiero świat! — Beniamin mówił to ze szczególną pasją, przypominał teraz Kolumba z okresu, gdy odkrywał on Amerykę.

— Cóż więc tam jest?

— Tam, tam — zapalił się Beniamin — tam jest smok, tam są potwory!

— Czy to ten potwór, który dla króla Salomona ciął kamienie na budowę Świątyni? — zapytał prostodusznie Senderl.

— Tak, kochanie, tak. Tam, w Ziemi Izraela, w tamtej krainie. A chciałbyś tam być?

— A ty?

— Też pytanie. Oczywiście, że chcę, Senderl. Chcę i wkrótce tam będę.

— Zazdroszczę ci, Beniaminie. Najesz się do syta chleba świętojańskiego i daktyli.

— I ty byś mógł się najeść. Twój udział w Ziemi Izraela jest równy mojemu.

— Udział udziałem, ale jak się tam dostać? Tam przecież Turczyn45 włada.

— Na to, Senderl, znajdzie się sposób. Powiedz mi, kochany, czy wiesz coś o Czerwonych Żydach?

— Nasłuchałem się o nich wielu opowieści za piecem, ale żebym wiedział dokładnie, gdzie mieszkają i jak do nich dotrzeć, nie, tego nie wiem. Gdyby było inaczej, nie omieszkałbym cię o tym powiadomić. Czemu nie? Co mi tam!

— A ja, widzisz, wiem — powiedział z dumą Beniamin i mówiąc to wyciągnął z kieszeni książkę Sziwchej Jeruszolaim. — Zobacz, co tu napisane. Przeczytam ci: „Gdy tylko przybyłem do Barutu, spotkałem czterech Żydów z Babilonii. Z jednym nawiązałem rozmowę, znał hebrajski i nazywał się Mojżesz. Przekazał mi wiele prawdziwych informacji o rzece Sambation46. Sam to słyszał od Izraelitów, którzy na własne oczy ją widzieli i twierdzili, że mieszkają tam synowie Mojżesza. A dalej tak wyznał: przywódca tamtejszych Żydów opowiadał mi, że jakieś trzydzieści lat temu zatrzymał się u niego pewien osobnik, a był on z plemienia Szymon47, który twierdził, że w jego rodzinnej miejscowości przebywają cztery plemiona, spośród których wymienił plemię Isoschor48, zajmujące się studiowaniem Tory. Z tego też plemienia wywodzi się rządzący tam król”. Poza tym przecież wyraźnie napisane jest w książce Podróże Beniamina: „Stamtąd jest około dwudziestu dni drogi do gór Gisbon wznoszących się nad rzeką Guzon. W górach Gisbon mieszkają cztery plemiona: Dan, Zwulon, Aszer i Naftali. Ich państwo rozciąga się na obszarach położonych w górach. Z jednej strony otacza je rzeka Guzon. Nie znają te plemiona, co to jarzmo niewoli. Jednego mają króla nad sobą, a na imię mu reb Josef Amarkalo Halewi. I łączy ich przymierze z Kofel el Torech”. Podano również wiele informacji o rodzie Bnej Rechew oraz o kraju Tejma, gdzie panuje król żydowski; poszczą tam i odprawiają modły z powodu rozproszenia w diasporze synów Izraela. A więc, jak myślisz, kochany, co by też oni uczynili, gdybym ja, Beniamin z Tuniejadówki, nagle się zjawił przed nimi? Co sądzisz o tym, Senderl?

— Ja, powiadam ci, Beniaminie, byłbym po prostu wniebowzięty. To przecież nie byle co, taki gość, taki szanowny gość. Każdy zechce cię gościć, wyrywać sobie będą ciebie. Król Amarkalo chyba też. Zechciej przekazać im ode mnie najserdeczniejsze pozdrowienia. Gdybym mógł, powiadam ci, to bym tam wyruszył wraz z tobą.

— A więc! — wykrzyknął Beniamin, nagle natchniony nowym pomysłem. — Może byśmy razem odbyli tę podróż? Słuchaj, Senderl, wierzaj mi, masz świetną okazję. Właśnie tam wyruszam. Zabieram cię ze sobą. We dwójkę jest raźniej. Jeśli, a wszystko się może na tym świecie wydarzyć, zostanę tam królem, to uczynię ciebie moim zastępcą, wicekrólem. Masz na to moją rękę. Jak długo chcesz tu tkwić i znosić niewolę twojej małżonki? Tej megiery? Popatrz na swój policzek. Marny los przy niej. Zaklinam cię, Senderl, chodź ze mną, nie pożałujesz.

— W takim razie, niech będzie jako rzekłeś, skoro taka twoja wola.

— A ona, co ona na to powie?

— Też ci zmartwienie! Byłbym chyba ostatnim durniem, gdybym jej powiedział, dokąd mam zamiar się wybrać.

— Kochany mój, daj, niech cię uściskam! — Beniamin wypowiedział to z radością i czule objął ramionami Senderla Babę. — Rozwiązałeś mi problem, bardzo trudny problem. Teraz powtarzam za tobą: „A co powie ona?”. Mam na myśli moją połowicę. Też mi zmartwienie. Pozostała wszak jeszcze jedna sprawa. Skąd wziąć pieniądze na podróż?

— Pieniądze na podróż? Czy masz zamiar wykosztować się na nowe ubranie, Beniaminie, albo na przenicowanie starej kapoty? Posłuchaj mnie, ja bym ci tego nie doradzał. Przeciwnie, na drogę bardziej nadaje się stare obuwie. Nowe, piękne ubranie dostaniemy chyba na miejscu.

— Racja, zupełnie słusznie. Tam nie będziemy mieli trosk tego rodzaju. Ale na razie, dopóki nie dotrzemy do celu, trzeba trochę pieniędzy na strawę.

— Co znaczy, Beniaminie, na prowiant? Czy masz zamiar wozić ze sobą kuchnię? W jakim celu? Czy to po drodze nie ma szynków, zajazdów?

— Nie rozumiem ciebie, Senderl. Nie wiem, co masz na myśli — odpowiedział zdumiony Beniamin.

— Sądzę — rzekł dobrodusznie Senderl — że skoro są jeszcze na świecie domy, to za jednym zamachem można do nich chodzić po prośbie. A jak postępują inni Żydzi? Jedni chodzą do drugich, po czym tamci chodzą znów do innych. Żydowska to przecież specjalność, pożyczać...

— Przypuszczalnie masz rację! — powiedział uradowany Beniamin. — W takim wypadku mogę powiedzieć, żem całkowicie gotów. Wyruszamy jutro o świcie, gdy wszyscy będą jeszcze spać. Nie wolno tracić czasu, to byłby grzech.

— Chcesz jutro, niech będzie jutro. Też mi zmartwienie.

— Jutro rano, skoro świt, Senderl, wymknę się po cichu z domu. Będę na ciebie czekał koło starego wiatraka. Nie zapomnij, Senderl, jutro o świcie. Pamiętaj! — powtórzył Beniamin i zamierzał odejść.

— Zaczekaj chwileczkę, Beniaminie — zatrzymał go Senderl. Poszperał w wewnętrznej kieszeni marynarki i wydobył woreczek z wytartej skóry, opasany sznurkiem i zawiązany na dwadzieścia chyba supełków. — Zawartość tego skórzanego woreczka zdołałem uzbierać w ciągu całego mojego żywota pod panowaniem żony. Zacząłem zbierać od dnia ślubu. Czy to się przyda na początek?

— Zasłużyłeś, kochany, na tysiące pocałunków — powiedział Beniamin i serdecznie uścisnął Senderla.

— A żeby cię szlag trafił! Popatrzcie tylko, proszę was, na tę wielką miłość! Jak to się ściskają, jak się obejmują! A na środku izby stoi koza i obżera się kartoflami. Żeby cię robaki zjadły! — niespodziewanie usłyszeli krzyk.

Pochodził on od małżonki Senderla. Wydawała się cała jakby w płomieniach. Jedną ręką wskazywała na kozę, drugą przywoływała Senderla. Senderl ociągając się ruszył w kierunku izby. Podobny był do dziecka, które coś przeskrobało, a teraz oczekuje zasłużonej kary.

— Trzymaj się, Senderl. To już ostatni raz, pamiętaj, jutro skoro świt — tak mu szeptał do ucha Beniamin i jak kot wymknął się z izby.

Rozdział czwarty. O tym, jak Beniamin i Senderl opuścili Tuniejadówkę

Nazajutrz o świcie, zanim jeszcze pastuch zdążył pogonić krowy na pastwisko, nasz Beniamin z paczką pod pachą czekał już koło wiatraka, gotów do drogi. W paczce miał wszystkie niezbędne w podróży rzeczy: tałes i tefilin, modlitewnik, dzieła Derech Hachaim i Chok Leisrael, Psałterz oraz pozostałe książki, bez których nie mógł się obejść, podobnie jak rzemieślnik nie może się obejść bez swoich narzędzi pracy. Zabrał także szabasową kapotę; trzeba przecież jakoś wyglądać przed ludźmi. W kieszeni miał piętnaście i pół groszy, wydobył tę sumę spod poduszki swojej połowicy, tuż przed opuszczeniem domu. Był wiec, dzięki Bogu, zaopatrzony we wszystko, co potrzeba. Mógł wyruszyć w drogę.

Tymczasem wzeszło słońce i obróciwszy się twarzą ku ziemi rzucało ku niej promienne spojrzenia. A każde spojrzenie dodawało człowiekowi sił i radowało wszelkie stworzenie.

Pokryte jeszcze kroplami nocnej rosy uśmiechały się drzewa i trawa. Zupełnie jak małe dzieci, które nagle na widok błyszczącej zabawki wybuchają śmiechem, mimo że w oczach ich perlą się jeszcze wielkie niczym ziarna grochu łzy. Drobne ptaszki fruwały wokół Beniamina, śpiewały i igrały, jakby chciały przez to powiedzieć: „Śpiewajmy i wiwatujmy na radość i pociechę tego wspaniałego jegomościa, który właśnie stoi przy wiatraku. To przecież Beniamin, Beniamin we własnej osobie. Beniamin z Tuniejadówki, współczesny Aleksander Macedoński, który właśnie opuszcza swoją ojczyznę, porzuca żonę i dzieci i udaje się z misją, hen daleko, tam, gdzie go oczy poniosą. Oto stoi Beniamin Wielki, ten, co niczym słońce wyszedł ze swojego namiotu i pełen radości, jak prawdziwy bohater pospiesznie rusza w drogę z paczką pod pachą. Jest silny jak lampart, jest lekki jak orzeł. Jest gotów spełnić każde żądanie Ojca w niebiosach. Śpiewajcie mu więc. Radujcie jego serce!”

I rzeczywiście, radość zagościła w sercu Beniamina. Powtarzał sobie w duchu: „Jestem najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem. Czego mi jeszcze, na psa urok, brakuje? Czy mam jakieś kłopoty? Żonę, dzięki Bogu, oby imię Jego było błogosławione, zaopatrzyłem. Jako takie utrzymanie ma zapewnione. Sam zaś jestem wolnym ptakiem. Cały świat stoi przede mną otworem. Przy takich umiejętnościach, zapale, wybitnej orientacji we wszystkich siedmiu dziedzinach wiedzy ludzkiej, taki Żyd jak ja nie zginie. Do tego jestem jeszcze Żydem pełnym ufności. A odkładając na bok wszystkie pozostałe zalety, Żydzi dzięki samej tylko ufności przetrwali wieki i Bóg ich nigdy nie opuścił”.

Było mu lekko i błogo na sercu. Był w tak wspaniałym nastroju, że wargi same układały się do śpiewu. Miłym głosem intonował hymn na cześć Najwyższego Władcy. Jego śpiew przeplatał się z kwileniem ptaków, brzęczeniem much oraz cykaniem świerszczy i jedna potężna melodia wzbiła się ku niebiosom, aż dotarła do tronu Najwyższego, osiągając siódme niebo.

Tymczasem upłynęło sporo czasu, a Senderl wciąż nie nadchodził. Beniamin zaniepokoił się; cała radość przepadła. Wytężał wzrok. Od rozglądania się na wszystkie strony oczy nieomal wyszły mu z orbit. Ale daremny trud, Senderla ni widu, ni słychu. Jak go nie było, tak nie ma. A może ta megiera zaprzęgła go do roboty? Lecz pora to niezbyt stosowna. W tej chwili cała Tuniejadówka jeszcze słodko śpi. Ziemniaki obiera się znacznie później. Obiad gotują kobiety dopiero po kłótni z mężem. Przedtem dzieci muszą otrzymać należną im porcje batów. Trzeba najpierw rozwiesić pościel na sznurach. Beniamin nie wiedział, co począć. Nie było mu wesoło na duszy. Raczej smutno. A może wrócić do domu? O, to byłoby nieładnie. Aleksander Macedoński zniszczył most, po którym przeprawił się do Indii, aby nie zawrócić. Wyruszyć bez Senderla? Niedobrze. Bardzo niedobrze. Senderl był mu teraz nader potrzebny. Odkąd się z nim związał, świat jakby pojaśniał. Wyprawa bez Senderla wydawała mu się przedsięwzięciem wprost szalonym. Przypominała okręt bez steru, państwo bez ministrów.

Nagle w oddali ukazało się coś, co nieco przypominało człowieka. Senderl! A jednak Senderl! Jakby kobieta w perkalowej kiecce, z chustką na głowie. Serce Beniamina mocno zabiło. Zbladł jak ściana. Przypominał śmierć. Miał wrażenie, że oto nadchodzi jego żona. Raczej nadbiega, nadlatuje. Pędzi! Już go dopada. Rzuca się na niego z wściekłością. Wnet wyładuje na nim całą złość i głośno łkając zaciągnie go do domu.

— Jeden Bóg tylko wie — opowiada Beniamin — jak wtedy cierpiałem, jakie męki przeżywałem. Wolałbym spotkać setkę smoków aniżeli własną żonę. Smok bowiem gryzie tylko ciało, kobieta zaś, gdy wpada w gniew, kąsa duszę. Bóg jednak, oby imię Jego było błogosławione, dodał mi sił i w porę zdążyłem umknąć. Ukryłem się za wiatrakiem, zaczaiłem, jak lew czyhający na łup.

Niebawem wszakże Beniamin jednym susem wyskoczył z kryjówki i ryknął jak opętany: — Senderl! Senderl! — Senderl, odziany w perkalową kieckę, zbliżał się powoli. Twarz miał obwiązaną brudną, zatłuszczoną chustką. Pod oczyma dwa siniaki, ślady zadrapań. W ręku dzierżył kij, na plecach niósł pokaźny tłomok49.

W oczach Beniamina był on wtedy uosobieniem wdzięku i czaru. Wyglądał jak piękna, wystrojona panna młoda oczekująca oblubieńca. Tak Beniamin opisuje swoją radość:

Jak łania poszukująca źródła, jak spragniony wędrowiec na pustyni, który nagle odkrywa oazę, tak ja rzuciłem się ku Senderlowi, ku temu, którego sam Pan Bóg przeznaczył mi na towarzysza i wiernego pomocnika.

— Cóż się stało, Senderl? Dlaczego kazałeś na siebie tak długo czekać?

— Po prostu. Najpierw przecież musiałem udać się do ciebie do domu. Zanim tam doszedłem, dopóki obudziłem twoją Zeldę, sporo czasu upłynęło.

— Obudziłeś Zeldę? — straszliwym, zupełnie jakby nie swoim głosem wrzasnął Beniamin. — Senderl, wariacie jeden, po coś to zrobił?

— Co znaczy „po co”? — odparł zdziwiony Senderl. — Po co? Zapukałem do twojej spiżarni, a gdyś się nie odezwał, zastukałem do drzwi twego mieszkania. Stukam, pukam, znowu stukam. Wtedy Zelda półżywa ze strachu zerwała się z łoża i ja ją wtedy zapytałem o ciebie.

— Senderl, przepadliśmy! Narobiłeś bigosu. Zelda teraz pobiegnie za nami, zobaczysz!

— Nie bój się, Beniaminie. Ona mnie posłała do wszystkich diabłów i była przy tym tak wściekła, jakbym jej zniszczył kapotę. „Idź — powiedziała — i razem z moim50 przepadnij! Niech was obu ziemia pochłonie”. Przez dłuższą jeszcze chwilę stałem pod drzwiami jak oniemiały. Dopiero potem przypomniałem sobie o wiatraku i zrozumiałem, że ty chyba już tam jesteś. Nic dziwnego, że żona twoja powiedziała: „Idź i niech was obu ziemia pochłonie!”. Z tego wynika, że musiała chyba zauważyć, jak wychodziłeś.

— Co powiadasz, Senderl? Zauważyła? Może już idzie, może już tu jest?

— Uchowaj Bóg, Beniaminie! Zamknęła drzwi na łańcuch. Zanim odszedłem, jeszcze raz zapukałem i zapytałem: „Zeldo, a może chcesz przekazać coś swojemu mężowi? Było nie było, może dasz mu coś na drogę, Zeldo?”. Nie odezwała się słowem. Pomyślałem, że ma chyba twardy sen i bez uroku, chrapie sobie słodko. Więc ja znowu: „Zeldo, jeżeli już śpisz, to śpij sobie na zdrowie! Bądź zdrowa, Zeldo!” — powiedziałem i poszedłem sobie.

Słowa Senderla podziałały na Beniamina niczym balsam. Oddychał teraz lżej. Spadł mu kamień z serca. Rozpogodziła się jego twarz, a w oczach pojawiły się błyski radości.

— A teraz, Senderl — rzekł uradowany Beniamin — teraz w drogę! Prawą nogą.

Wówczas z bajora dobiegło kumkanie żab. Wyglądało na to, że swoim rechotem chcą one pożegnać naszych bohaterów, zachęcić do marszu. A żaby w Tuniejadówce wydają z zatęchłych bagien potworne głosy. Słyną z tego na całym świecie. Podobnie sławne są miejscowe pluskwy i karaluchy.

Rozdział piąty. O tym, co się przytrafiło naszym bohaterom zaraz po wymarszu

Nasi bohaterowie wyruszyli bez zwłoki. Maszerowali tak ochoczo, iż zdawało się, że zerwali się z łańcucha albo że ktoś pogania ich batem. Szerokie poły płaszczy rozwiewał wiatr niby żagle spiesznie przemierzającego ocean statku. Gotów jestem przysiąc, że niejeden woźnica dyliżansu z naszej okolicy najgoręcej by sobie życzył, aby jego konie poruszały się w tempie naszych podróżników. Spacerujące opodal wrony i sroki z szacunkiem ustępowały im drogi, a następnie kracząc rozlatywały się na cztery strony świata. Przerażały je owe dwunożne stworzenia, które z takim zapałem parły naprzód.

Żadne pióro nie jest w stanie opisać, jak bardzo czuli się wówczas szczęśliwi, arcyszczęśliwi. Ogarnęła ich niewysłowiona radość. Zadowoleni cieszyli się widokiem nieba i świata.

Senderl widać był rad, że udało mu się wyrwać od żony; wreszcie pozbył się okrutnego jarzma. Miniony dzień był dla nieboraka szczególnie ciężki. Dzień pełen zmartwień i cierpień. Pozostawił po sobie pamiątkę w postaci siniaków na całym ciele. Z brody Senderla ubyło wiele włosów. Pod oczami pojawiły się granatowe plamy. Mężowie-pantoflarze! Nikomu z was nie życzę tak przykrej nauczki, jaką otrzymał wczoraj od swojej połowicy nasz nieszczęsny Senderl.

W milczeniu, nie odzywając się do siebie, co tchu w piersiach, nasi bohaterowie pędzili naprzód. Marsz rozgrzał ich. Duże krople potu spływały im z twarzy. Senderl raz po raz przystawał. Sapał niczym gęś.

— Prędzej, szybciej, Senderl! — Beniamin dodawał towarzyszowi animuszu, sam zaś wysuwał się do przodu. Był jak mocarz, który zebrawszy wszystkie siły rzuca się bez wahania w wir walki.

— Oj, rety! Miej litość nade mną, Beniaminie — błagał Senderl. — Nie mam już sił biegać za tobą. Ty, bez uroku, pędzisz jak kozica w górach, niby cap przed stadem.

— Szybciej, prędzej, Senderl! — powtórzył Beniamin i parł, parł naprzód. — Widzisz, Senderl, mógłbym tak pędzić i pędzić aż na kraj świata.

— Ale po co, Beniaminie, tak gnasz? Zapewniam cię, że zdążymy na czas. A jeśli nawet spóźnimy się o dzień lub dwa to też, wierzaj mi, nie będzie nieszczęścia. Świat przez ten czas nie zginie. Wedle tego, co słyszałem, świat powinien przetrwać do siódmego tysiąclecia, to znaczy, że pozostało mu jeszcze kilkaset lat.

— Prędzej, Senderl, szybciej! Szkoda czasu! Im śpieszniej wyrwiemy się stąd, tym lepiej. Ruszaj się, Senderl! Wytęż siły. Gdy dotrzemy na miejsce, będziemy mogli rozprostować kości. Wtedy pooddychasz pełną piersią. Będziesz wówczas niczym wielki pan.

— Masz rację, też mi zmartwienie. Niech będzie prędzej. Mnie przekonałeś. Jak jednak przekonać moje nogi?

Nie było wyjścia, Beniamin musiał ustąpić Senderlowi i zwolnić tempo marszu.

Gdy słońce wychyliło się zza horyzontu i poczęło mocno grzać, a nawet przypiekać, nasi podróżni, chroniąc się przed żarem, ukryli się w zagajniku na skraju drogi. Rzęsisty pot pokrył ich czoła. Z trudem chwytali oddech. Bolały ich wszystkie kości. Świeże obrażenia na ciele Senderla spuchły i przyprawiały go o straszliwy ból. Miał wrażenie, że ktoś kłuje go szpilkami.

Kiedy nieco odsapnęli, uznali za stosowne wydobyć tałes i tefilin i przede wszystkim odmówić modlitwę. Beniamin modlił się coraz żarliwiej, kołysał się i pogrążał w ekstazie. Uczciwie zasłużył na dobry kieliszek wódki. Ale jak tego dokonać? Byłby zadowolony nawet z kawałka chleba. Konał z głodu. Po takim marszu miał ogromny apetyt. Konia z kopytami mógłby zjeść, a tu, jak na urągowisko, nie było nawet okruszynki. Spojrzał w prawo, spojrzał w lewo, strzelił palcami, ziewnął, podrapał się, przełknął ślinę, pogłaskał się po głowie, pociągnął za pejsy i brodę. Jeszcze raz się podrapał, ponownie pogłaskał, aż coś mu zaświtało w głowie. Wydobył z paczki niewielką książeczkę o rozmiarach czterokrotnie mniejszych od normalnych. Był to modlitewnik. Otworzył go i niebawem zaczął coś mruczeć z przyśpiewem, jaki towarzyszy czytaniu adkosmos w święto Szawuot51.

— Senderl — Beniamin przerwał w połowie zdania. — Czy wiesz, co czytam? Czy wiesz, dlaczego czytam z takim przyśpiewem?

— Zapewne jesteś głodny — odparł prostodusznie Senderl.

— Akurat — mruknął Beniamin. — To co, żem głodny?

— Dlatego śpiewasz — rzekł Senderl. — Powiadają przecież: Koły Żyd śpiwaje, koły wyn hołodny.52 Ty, Beniaminie, możesz sobie śpiewać. Śpiewaj, ile chcesz. A ja tymczasem zajmę się czymś innym.

Mówiąc to Senderl wsunął rękę do swojej paczki i wyciągnął z niej torbę.

— Nic nie wiesz i nic nie rozumiesz — rzekł na to Beniamin. — Głupiec z ciebie. Zaraz ci wszystko wyłożę.

Senderl tymczasem robił swoje. Z wolna otwierał torbę. Gdy Beniamin zajrzał do niej, natychmiast wszystko się w nim odmieniło. W torbie były prawdziwe skarby: chleb, kawałki chały pozostałe po sobocie, ogórki, rzodkiewka, cebula i czosnek. „Zapobiegliwa gospodyni, która pamięta o wszystkim” — pomyślał Beniamin o Senderlu. Przyjaciel bardziej urósł w jego oczach. Jakże się cieszył, że Pan Bóg obdarzył go tak wartościowym towarzyszem podróży. Tylko Stwórca mógł mu zesłać Senderla, tak jak w swoim czasie zesłał synom Izraela mannę na pustyni. Pokrzepili się, a potem Senderl zawinął resztki jedzenia w papier i schował z powrotem do torby.

— Przydadzą się na jeszcze jeden posiłek. Natomiast torba starczy jeszcze na tysiąc lat, na całe nasze życie. Z nią, jeśli Bóg będzie łaskaw, będziemy chodzić po domach. Nic się nie martw, Bóg nas nie opuści. Nasza kochana sakwa jest niby ten cudowny obrus z bajek. Wystarczy powiedzieć: „Obrusiku, obrusiku, daj nam jeść, daj mi to, daj mi tamto”, a obrusik natychmiast spełnia życzenia. Wielu, bardzo wielu ludzi dzięki torbie utrzymuje się przy życiu w cudownie łatwy sposób. Przekazują ją nawet w spadku dzieciom i wnukom. W istocie swojej każda torba jest taka sama. Jest tylko torbą. Ale w zależności od miejsca, w którym się znajduje, przybiera różne kształty, różne nazwy. U prostych biedaków jest zwyczajną płócienna torbą. Wśród wyższych sfer przybiera jednak najbardziej rozmaite kształty. To formę pudełka, to koszyczka, puszki, skarbonki na cele religijne, sakiewki na cele społeczne, kasy pożyczkowej, a nawet pończochy gromadzącej honoraria na spotkania literackie. A wszystkie wyżej wymienione kształty są niczym innym, jak tylko odmianami tej torby. Żydowskiej torby.

— Senderl — odezwał się Beniamin mocno pokrzepiony jego słowami — my obaj stanowimy parę przez samo niebo skojarzoną. Stanowimy jedność, jak ciało i dusza. Gdy ty troszczysz się o sprawy materialne, o jedzenie i picie, ja dbam o sprawy duchowe. Ponawiam pytanie: czy wiesz, dlaczego odmawiam z przyśpiewem hymny? Mam ku temu poważny powód. Troszczę się o to, abym w momencie, gdy Bóg, niech imię Jego będzie błogosławione, pozwoli mi dotrzeć do synów Mojżesza, mógł się z nimi rozmówić i nie zapomnieć języka w gębie. Język, którym się posługują, to aramejski. W aramejszczyźnie zostały napisane te hymny. Moim zdaniem ułożył je Eldod Hadani, który przybył do nas z ich kraju. A więc uważaj, Senderl. Zaczynam mówić ich językiem. Tu, za granicą, wystarczy nam nasz język53 rodem z Niemiec, ale tam z całą pewnością nie znają tej mowy.

— Polegam całkowicie na tobie — powiedział pokornie Senderl. — Ty jesteś uczony, zaglądasz sobie do tych swoich książek i chyba wiesz, co robisz. Wiesz, dokąd zmierzasz. Najlepszy dowód, że nie zapytałem nawet, czy idziemy właściwą drogą. Ty prowadzisz, a ja się nie przejmuję. Prowadź, a ja pójdę za tobą, jak cielę za krową.

Zaufanie, jakie Senderl okazał Beniaminowi, sprawiło mu wielką satysfakcję. Ujrzał siebie w roli kapitana statku, który pewną ręką prowadzi okręt po morzu. Mimo to jednak spróbował określić miejsce, w którym się obecnie znajdował. Nie jest wykluczone, że zabłądził, że zboczył z drogi, że ją zgubił.

Gdy tak rozważał, nadjechał chłop na wozie załadowanym po brzegi sianem.

— Senderl — powiedział Beniamin — nie zaszkodziłoby zapytać chłopa o drogę. Chodzi o zwykłą ciekawość. Tu, za granicą, ty lepiej i prędzej się dogadasz w tym ich nieokrzesanym języku. Ciebie częściej zabierała żonka na targ.

Senderl podniósł się ze swego miejsca i z wielkim szacunkiem podszedł do chłopa.

Dobry dień! Kazi no, czełowicze, kudy54 droga na Erec Isruel55?

Szczo56? — chłop ze zdumienia wytrzeszczył oczy. — Jaki Srul57? Ne baczył58 ja Srula!

— Nie, nie! — wtrącił się Beniamin. — Eto ni Srul, a win, nie przymierzając, Erec Israel kazaty win! Senderl, wyjaśnij mu dokładniej. Ma chłopską łepetynę. Jaśniej wyłóż.

Na Erec Isruel, kudy dorogi? — powtórzył Senderl.

A pies was, Żydku, znajet, szczo wy moroczyty mene gołowu. Eto doroga na Pijawki, a win wsio Ełes słual, Ełes słual59 — przedrzeźniał ich chłop i splunąwszy odjechał.

Nasi bohaterowie ruszyli w dalszą drogę.

Beniamin odczuwał ból w nogach. Miał wrażenie, że zagotowała się w nich krew. Chwilami nawet sądził, że stracił nogi. Próbował nie zwracać na to uwagi i jak mógł dodawał sobie ducha. A ponieważ trudno mu było kroczyć prosto i szybko, oby żaden Żyd nie zaznał podobnego położenia, począł raz po raz podskakiwać. Oczywiście nie był to już dziarski marsz z początku wyprawy. Mimo to Beniamin uporczywie szedł dalej. A co innego mógł uczynić? Miał się położyć na drodze? I co by z tego przyszło? No i czy wypada, aby Żyd tak sobie nagle ułożył się na środku drogi? Sprawiłby tym zawód towarzyszowi. Nie daj Bóg przerwać wyprawę. Wypadało iść zatem dalej. Maszerowali więc tak cały dzień, dopóki nie trafili na nocleg do Pijawki.

Gdy tylko Beniamin dotarł do miejscowej karczmy przede wszystkim zaszył się w kącie izby, aby odsapnąć i rozprostować zbolałe nogi. Senderl, jak przystało na zapobiegliwego gospodarza, rozglądał się za kolacją.

Arendarz wnikliwym okiem zmierzył Senderla i doszedł do wniosku, że z ubioru i wyglądu jest to ktoś niezwyczajny, niepodobny wręcz do pozostałych podróżnych. Serdecznie go przywitał, a na pytanie, jak się nazywa i skąd przybył, otrzymał od Senderla odpowiedź nader prostą: nazywa się Senderl, jest w pewnej mierze Żydem z Erec Israel. Pełni służbę u reb Beniamina, który właśnie raczył w całym swoim majestacie spocząć tam w kącie. Arendarz przybrał bogobojne oblicze, nieco się zamyślił i poprosił Senderla, by zechciał usiąść.

Zostawmy tymczasem naszą księżniczkę, czyli Senderla, na rozmowie z arendarzem, a sami powróćmy do księcia, to jest do Beniamina. Zobaczmy, czym się zajmuje.

Od momentu, gdy położył się, leżał jak kamień. Nie zdawał sobie sprawy, na jakim świecie przebywa. Nogi miał obrzmiałe. Krew w nich nieustannie bulgotała. Coś kłuło i szczypało, jakby tysiące mrówek poruszało się po ciele i gryzło. Łomotało mu w skroniach, miał wrażenie, że ktoś wali w nie młotkiem. W uszach szumiało, słyszał dźwięki przypominające melodię z baraniego rogu, w który dmie się podczas święta Rosz Haszana60. Chwilami huk w skroniach przypominał wybuchy rac. Po każdej wylatującej z głowy racy błyskało mu przed oczyma tysiące różnokolorowych iskier. Żółtych, zielonych, niebieskich, czerwonych i pąsowych. Gdy fajerwerki zgasły, ciemniało mu w oczach i znów słyszał dokuczliwy szum.

Niespodziewanie dobiegł go daleki dźwięk dzwonków. Z każdą chwilą zbliżał się, był wyraźniejszy, silniejszy. I nagle zamilkł. Rozległo się skrzypienie wozu, po chwili fura zatrzymała się przed bramą karczmy. Wydaje się, że całe miasteczko zebrało się tu na jakiś ważny wiec. Słychać różne głosy: skrzeczące, chrapliwe, zawodzące, płaczliwe i przyjemne. Nie wiadomo, o co chodzi. Gdy koty, we właściwym dla siebie czasie, gromadzą się na dachu, to jasne, w czym rzecz. Po to są koty. Wiemy, co kryje ich miauczenie, aczkolwiek nie znamy ich kociego języka. W tej natomiast sprawie trudno coś pewnego powiedzieć. Czemu krzyczą, czego chcą? Śmiech splata się z jękiem, szept z westchnieniem, pisk z basem łobuza, wazeliniarskie deklaracje z chrapliwym skrzeczeniem. Ktoś pociąga nosem, ktoś stuka lub klaszcze. I bądź tu mądry, zrozum, co to wszystko ma znaczyć.

Nagle otworzyły się drzwi i do izby wpadła z impetem gromada ludzi. Beniamin zaszywa się głębiej w kącie. Tymczasem w izbie przejaśnia się. Zapalono świece w lichtarzach szabasowych. Niektóre świeczniki są zalane woskiem i świece ledwie się w nich trzymają. Gdzieniegdzie świece topią się. Czasem otwory lichtarzy są zbyt luźne i świece się pochylają. Trzeba je podeprzeć.

Za długim dębowym stołem siedzi grupa muzykantów strojących instrumenty. Skrzypek przebiega palcami po strunach. Łaskocze struny, a każda z nich odpowiada słodkim, miłym dźwiękiem. Jakby chciała rzec: „Nie szkodzi, możesz mnie łaskotać. Jeśli chodzi o mnie, to jestem gotowa. Oby tylko nie nawalił smyczek”. Muzykant chwyta smyczek, gładzi go, obraca w dłoni. Instrument jest gotów do gry. Flecista przemawia łagodnie do fletu; odpowiada mu cicha melodia. Cymbalista zręcznie przesuwa palcami po cymbałach. Młoteczki wystukują powoli właściwą tonację. Tylko ślepy bębnista w głębokiej, aż na oczy zsuniętej czapce futrzanej, ukradkiem drzemie.

Tuż przy muzykantach stoi ławka. Wspiął się na nią jakiś człowiek. Coś mówi. Ledwie pada słowo, a wszyscy w śmiech. Nawet dzieci, które tłoczą się za oknami, zaglądając przez szyby, śmieją się do rozpuku i stroją dziwne miny. Nagle mężczyzna na ławce krzyczy: „Hurra”. To wiwat na cześć gospodarza i jego gości. Poleca zagrać coś żywego, wesołego. I muzykanci biorą się do dzieła. Kobiety i mężczyźni puszczają się w tan. Taniec zwie się szer.

Wszystko w ruchu. Nawet pluskwy i karaluchy wylazły ze swoich kryjówek i biegają po ścianach. Naraz jeden z tancerzy wpadł na spoczywającego w kącie Beniamina. Przyjrzał się jego twarzy i nagle w krzyk:

— Toć to Beniamin. Ale mam szczęście, alem go zmacał! Przysięgam, że złapałem wielką wygraną. Jest! Jest!

Na ten krzyk przybiegło wielu ludzi. Beniamin rozpoznał wśród nich notabli z Tuniejadówki. Był też i rabin.

Krzyczano zewsząd:

— Beniamin do tańca! Pójdź z nami w tany, Beniaminie!

— Nie mogę w żadnym wypadku — Beniamin błaga o litość, prosi. — Nie mogę się ruszyć.

— Nie szkodzi, nie szkodzi — słyszy w odpowiedzi. — Chodź — powiadają — spróbuj. Co w tym zresztą trudnego? Niedźwiedź umie tańczyć, a cóż dopiero człowiek. Dalej, żwawo! Ale będziemy mieli co opowiadać!

— Tylko nie Zeldzie — prawie bez tchu wykrzykuje Beniamin — błagam was, tylko nie Zeldzie!

— Ruszaj się, ty krowo — krzyczą mu w odpowiedzi. — Ruszaj się, stawaj na nogi!

— Zlitujcie się nade mną, dzieci Izraela! Nie mogę! Nie mogę, przyjaciele, nie mogę się ruszyć! Mam ważny powód. Wyjawię go tylko rabinowi.

I gdy objął w mocnym uścisku rabina, aby mu szepnąć do ucha swój sekret, czuje uderzenie w bok. Cios był tak silny, że zakręciło mu się w nosie jak od chrzanu. Pod wpływem bólu podskakuje. Przeciera oczy i cóż widzi? W izbie mrok, przez okno sączy się blask księżyca. Samotnie leży obok cielęcia i trzyma je w objęciach.

Co tu się dzieje? Skąd nagle to cielę? Czyżby Beniamin się ocielił? Dobrze, ale w jaki sposób? Załóżmy, że jest rzeczywiście krową. Po stokroć krową. Tak czy owak jest jednak krową dwunożną, a czy ktoś słyszał lub widział, aby dwunożna krowa urodziła cielę?

Prawda, że jest u nas sporo cieląt, a większość z nich pochodzi nawet z bogatych, szacownych domów, ale mimo wszystko to przecież tylko cielęta w ludzkiej postaci. Większość z nich wyróżnia się nawet ładną prezencją. Są nawet takie, które mają ładne twarzyczki, a na nich piękne, pełne czaru dołeczki. Lecz cielę, które Beniamin właśnie obejmował, to przecież, co tu gadać, autentyczne. Nic innego, tylko cud. Prawdziwy cud. Po prostu — z nieba spadło. Ależ nie, szanowni moi Państwo. Nie wierzcie w niebiańskie cielęta. Wśród wszystkich naszych cieląt nie ma ani jednego, które by zesłano z nieba. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Nie warto zatem wydziwiać na temat cielęcia i nie należy przydawać mu takiego znaczenia. Po prostu i bez upiększenia rzecz wyglądała tak: gdy śmiertelnie zmęczony Beniamin rzucił się w kąt, nie zauważył, że zaszyło się tam cielę. Zasnął w męce. I wtedy ujrzał we śnie wesele z muzykantami. Zaniepokojony wsuwał się coraz głębiej i głębiej w kąt. A kiedy we śnie obejmował rabina Tuniejadówki, w rzeczywistości ściskał cielę arendarza z Pijawki. To zwierzęciu szeptał do ucha sekret swojej podróży. Cielę jednak nie znało się na czułościach. Nie pragnęło, aby je ktoś przyciskał i dusił. Wyprostowało więc kopyta i poczęstowało Beniamina w bok. Wtedy się obudził. Po przebudzeniu nadal trzymał cielę. Był oszołomiony, na pół przytomny. Dopiero po chwili odepchnął stworzenie. Przerażony zerwał się na nogi i uciekł. Cielę zaś, gdy tylko uwolniło się z objęć Beniamina, również poderwało się do ucieczki. W popłochu wpadło na ceber pełen wody. Trach, ceber się przewrócił, a woda rozlała. Łoskot zaniepokoił Senderla i arendarza. Przyświecając świecą wpadli do izby. Tu stanęli, jak wryci. Gdyby ich ujrzał jakiś wierszokleta, niechybnie ułożyłby mniej więcej taki oto wierszyk:

Serdeczni dla siebie i mili,

Czy to w kącie, czy w kałuży

Nigdy się nie rozstawali.

Arendarz i Senderl byli jednak zwykłymi zjadaczami chleba, a nie poetami. Dlatego też natychmiast rozdzielili Beniamina i cielę. Tych serdecznych i miłych. Cielę odprowadzono do matki, nie skąpiąc mu przy tym dokuczliwych słówek. Wypomniano zwierzęciu niegrzeczne zachowanie. Beniamina zaś wyciągnięto z kąpieli i zaprowadzono do alkierza, gdzie spoczął na wiązce słomy. Dostał także poduszkę pod głowę.

Rozdział szósty. Beniamin otrzymuje policzek

Po nocnej kąpieli, dokładnie obmyty wodą wylaną z cebra, Beniamin poczuł, że ból w kościach nieco ustąpił. Rano był rześki, wypoczęty. W przygodzie z cielęciem dostrzegł palec boży. To dzięki boskiej ingerencji ustały bóle; wyzdrowiał. Tłumaczył więc Senderlowi, że niesprawiedliwym stworzeniem jest człowiek, który uskarża się na los, gdy dosięga go nieszczęście. Nie rozumie, grzesznik, że bieda może odmienić się w szczęście, że, jak mówią, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Pan Bóg wybiera na wykonawców swojej woli różne istoty. Może wybrać nawet krowę. Także cielę odgrywa czasem rolę lekarza. Nawet mała muszka potrafi drążyć mózg, straszliwie dokuczać lub stanąć w gardle. Najlepszym tego potwierdzeniem jest historia, która przydarzyła się w czasach starożytnych cesarzowi Tytusowi. Nocne wydarzenie było dobrą wróżbą. Podróż weszła w szczęśliwą fazę i jeśli Bóg pozwoli, osiągną to, czego tak bardzo pragną.

Od wieków wiadomo, że napotkać nosiwodę z pełnym wiadrem to dobry znak. Cóż dopiero cały ceber!

— Ceber — zawtórował Beniaminowi Senderl.

Ból w nogach i miłe słowa spowodowały, że Beniamin pozostał w Pijawce jeszcze przez cały dzień. Był niczym okręt, który osiadł na mieliźnie i czeka na sprzyjający wiatr, by popłynąć dalej.

Następnego dnia o świcie Beniamin zerwał się ze swego posłania i ruszyli w drogę. Przez dłuższy czas trapiła go melancholia. Szedł pogrążony w zadumie i w ogóle nie odezwał się. W pewnej chwili uderzył się w czoło i wielce zasępiony przystanął. Milczał kilka chwil, nim wyrzekł z westchnieniem te oto słowa:

— Och, Senderl, zapomniałem!

— Czegoś zapomniał? Gdzieś zapomniał? — dopytywał się Senderl, jednocześnie chwytając torbę.

— W domu, Senderl, w domu zapomniałem.

— Co ci przyszło do głowy, Beniaminie? Wzięliśmy chyba wszystko, co jest potrzebne człowiekowi podczas wyprawy. Torba, uchowaj nas Boże od grzechu, jest. Tałes, tefilin i modlitewnik są. Kapota szabasowa też. I to chyba wszystko, ku chwale Najwyższego. Zabraliśmy wszystko. Co nas więcej może obchodzić? Co mogliśmy zapomnieć?

— To, o czym zapomniałem, ma ogromne znaczenie. Jest wprost niezbędne do życia. Oby tylko to skończyło się pomyślnie! Jeśli jednak, bo diabeł nie śpi, spotka nas ta przygoda, wtedy dopiero będziemy w stanie ocenić wartość tego, o czym zapomniałem. Zapomniałem mianowicie wychodząc z domu wypowiedzieć odpowiednie zaklęcie z pewnej księgi opartej na starym rękopisie. Należy je wygłosić przed wyprawą w pobliżu rogatek. Daje ono absolutną gwarancję i pewne zabezpieczenie przed wszelkim niebezpieczeństwem. Chroni przed złymi spotkaniami. Teraz już wiesz.

— A może chcesz wrócić do domu? — zapytał prostodusznie Senderl.

— Zwariowałeś? Zmysły postradałeś? — zawołał Beniamin. Krew uderzyła mu do głowy, policzki zaś płonęły. — Czy wiesz, co oznacza powrót do domu? Po tylu trudach, po tylu milach już przebytych? Jak to wrócić? A świat? Co świat na to powie?

— Co ja słyszę. Mówisz o świecie, Beniaminie? A czy świat prosił cię, abyś wyruszył w podróż? Czy świat podpisał z tobą umowę i dał ci pieniądze na drogę?

— Akurat trafiłeś w sedno! — ironizował Beniamin. — A czy Aleksandra Macedońskiego proszono, aby wyprawił się do Indii i toczył tam wojnę? A tych wszystkich naszych Żydów podróżników może świat też prosił, aby wędrowali od miasta do miasta?

— Skąd ja mam o tym wiedzieć? — odpowiedział Senderl i uśmiechnął się. — Jeżeli chodzi o mnie, to zapewniam cię, że moglibyśmy siedzieć w domu. Wyszłoby to i nam, i całemu światu na dobre. Oj, poczciwcze, mój Aleksandrze Macedoński! W domu masz wszystko. Nie brak ci niczego. Siedzisz sobie zadowolony, szczęśliwy i tylko drapiesz się po brzuchu. Potrzebne ci jeszcze Indie do szczęścia, naiwniaku. Sydy doma, ta ne rypajsia61, mówi lud. A głos ludu, to, nie przymierzając, głos Gemary62. To znaczy zostać w domu i zajmować się swoją robotą. Komu potrzebne takie wędrowanie? Błąkanie się bez ładu i składu? Po co tracić zdrowie i, co najważniejsze, zdzierać buty? Powiadam ci, Beniaminie, jakem Żyd: gdybym spotkał kogoś takiego, z miejsca przytoczyłbym mu to przysłowie. Ale cóż ja plotę, zacytowałbym mu lepiej Gemarę.

Przez dłuższy czas nasi bohaterowie toczyli zawzięty spór, Senderl zadawał pytania, a Beniamin udowadniał mu, że nie ma wcale pojęcia o tych sprawach. Senderl przypominał konia, który przez długie lata wiernie służył swemu panu, gotów za nim pójść w ogień i wodę, aż raptem, pewnego dnia, ni z tego, ni z owego stracił zapał, stanął okoniem i za nic nie chciał ruszyć z miejsca. Choć weź i powieś się. Zabij się, ku uciesze wrogów Izraela. Beniamin nie znalazł bata, aby przekonać upartego Senderla. Ostrym językiem wiercił mu dziurę w brzuchu, zasypywał go gradem słów. Wreszcie Senderl zmiękł i stał się znowu potulnym konikiem. Nastawił uszu. Słuchał bacznie słów, które drążyły mu mózg i wreszcie, zgodnie ze zwyczajem, oświadczył:

— Skoro tak chcesz, niech będzie po twojemu. Też mi zmartwienie.

Uporawszy się z Senderlem, Beniamin pociągnął towarzysza dalej. Przemierzyli wiele mil dróg i ścieżek, aż ledwie żywi dotarli do Teterywki. Tu zatrzymali się. Teterywka była dużym miastem. Nic więc dziwnego, że gapili się na równo wybrukowane ulice, murowane domy i nie mogli się napatrzeć do syta. Chodzili po trotuarach prawie na czubkach palców. Podnosili przy tym nogi w dziwaczny sposób, tak jakby bali się, że stąpając mocniej, uszkodzą gładkie kamienie. Chodziło w gruncie rzeczy tylko o nogi. Nie zaznały one dotąd szczęścia u swoich właścicieli. W małych miasteczkach nigdy się z nimi zbytnio nie certowano. Małomiasteczkowe nogi, które nigdy nie zaznały podłóg. Nogi, które brodziły niczym świnie po błocie, nurzały się w nim często po kostki, bo tak żądał ich właściciel. Nic dziwnego, że takie nogi mogły ulec, wzorem pijaka, zamroczeniu, gdy nagle poczuły pod sobą kamienne podłoże. Z wielkiego szacunku zaczęły podskakiwać i przez pewien czas nie wiedziały, gdzie się mają podziać. Na wybrukowanych ulicach wielkiego miasta w lot można poznać te nowe nogi, przybyłe właśnie z małej mieściny.

Ostrożnie chodzili po mieście. Z szacunkiem ustępowali drogi. Gdy kogoś spotykali, Senderl chwytał Beniamina za poły i odciągał na bok. Pewnego razu z tego powodu Senderl musiał nawet wykonać krótki taniec z człowiekiem, który nadszedł z przeciwnej strony. Zszedł na bok, zastępując w ten sposób tamtemu drogę. Ów rzucił się w prawo, ale nasz Senderl go uprzedził i już tam był. Jednocześnie skoczyli więc w lewo i znowu w prawo, aż wreszcie przechodniowi udało się wyminąć Senderla. Inny mężczyzna, wyraźnie nie mający ochoty zatańczyć z Senderlem, po prostu odrzucił go na stronę. Senderl omal przy tym nie stracił zębów. Dla naszych bohaterów to wszystko było nowością. Mieli wrażenie, że wszyscy im się przyglądają, pokazują palcami. Zdawało im się, iż dorożki huczą, faetony63 dudnią, bramy pysznią się przed nimi, domy patrzą na nich z góry poprzez szyby, a ludzie naigrywają się z nich i pokrzykują: — Kultury, kultury, łapserdaki! Kultury, małomiasteczkowe Żydki! Kultury i jeszcze raz kultury!

Senderl zadarł głowę i z podziwem oglądał kamienice.

— Słuchaj, Beniaminie — powiedział. — Mam wrażenie, że to chyba Stambuł.

— Daj spokój, naiwniaku. To się nawet nie umywa do Stambułu. — Beniamin powiedział to z taką miną, jakby był rodzonym stambułczykiem. — Stambuł, jak wiadomo, posiada pięćset razy po pięćset ulic. Każda ulica ma pięćset razy pięćset piętnaście, dwadzieścia albo nawet pięćset trzydzieści wysokich domów. A w każdym domu mieszka pięćset razy po pięćset ludzi. Sądzisz, że to już wszystko? Nie, zaczekaj, naiwniaczku. Do tego dodaj zaułki, uliczki, oraz place, których jest tyle, ile piasku nad morzem.

— O rety — wyrwało się z ust zdumionemu Senderlowi. — Na Boga, to strach. Takie duże miasto! Wyjaśnij mi, Beniaminie, skąd się biorą takie miasta? Ludzie cisną się, duszą na jednym kawałku ziemi. Leży jeden na drugim tak, jakby świat był za mały i brakowało miejsca na nim. Chyba tkwi coś w tym, że ludzie oddalają się od ziemi i chcą się wznieść w przestworza. Pragną zdobyć najwyższe nieba. Może dlatego, że dusza człowieka pochodzi z nieba i przez to ciągnie ją tam. Chce wciąż wyżej i wyżej. Ma ochotę rozwinąć skrzydła. Wzbić się wysoko i pozostać na zawsze w przestworzach. Co na to mówią twoi uczeni, Beniaminie? Znalazłeś coś na ten temat w swoich książkach?

Beniamin zmarszczył czoło i odpowiedział:

— Dość sporo na ten temat dotąd napisano. W swoim czasie sam nawet zajmowałem się tą sprawą. W bożnicy za piecem. Dzięki temu został wyjaśniony ustęp Gemary traktujący o dziesięciu garnkach nędzy, które posłano na ziemię. Objaśniono również sens następującego zdania: „Cały świat napełnił się grabieżą, ziemia pełna była rozboju”. Spróbuję ci jednak wytłumaczyć to na podstawie samej Tory. Z pewnością przerabiałeś kiedyś Pięcioksiąg. Otóż według Pięcioksięgu wczesne pokolenia naszych przodków mieszkały w namiotach. Później, gdy przyszło na świat Pokolenie Rozłamu i czas wieży Babel, ludzie zebrali się w jednym miejscu i wytwarzali cegły, aby z nich zbudować miasto o domach sięgających nieba. Podczas pracy wpadli w popłoch. Pomieszali się. Przestali się nawzajem rozumieć. Wyszło zatem zupełnie nie tak. Cud, że Pan Bóg rozpędził ich w porę. Dzięki temu mogli rozpocząć na nowo normalne życie i odetchnąć swobodnie. Świat został ocalony. Grzech pychy zapoczątkowany przez Pokolenie Rozłamu wciąż jednak daje o sobie znać. Skutkiem więc ich przewiny tkwi od owych czasów w ludziach pragnienie życia w skupiskach. Wizja wysokich domów. Żądza poznania tajemnic Boga. A wszystko po to, aby wznieść się w niebiosa. „Czemu się do mnie przyczepiłeś jak złoczyńca” — powiada Abraham do Lota. „Czemu to twoi ludzie mają się kłócić z moimi o piędź ziemi, kiedy cały świat przecież stoi przed tobą otworem. Możesz sobie iść, dokąd pragniesz, a mnie zostaw”.

Zanim jednak Beniamin dokończył swój wykład, posłyszeli donośny krzyk właściciela dwukonki64, która tymczasem najechała z tyłu na naszych bohaterów i o mały włos nie potrąciła ich dyszlem.

— Pętaki! — ryknął na nich woźnica i pogroził batem. — Łazicie jak te raki! Nie tarasujcie drogi! Och wy, niedołęgi, ślamazary!

Nasi bohaterowie wzięli nogi za pas i jak przerażone zające rozbiegli się na dwie strony. Senderl natrafił na słup. Zderzył się z nim i jak długi runął na ziemię.

Beniamin wpadł na kosz pełen jaj, który właśnie niosła kurołapka, czyli handlarka drobiem. Jajka potłukły się i powstało istne piekło. Pisk, krzyk i urwanie głowy. Kobieta obsypała dzielnego podróżnika gradem straszliwych przekleństw. W końcu wymierzyła mu siarczysty policzek i na dodatek jeszcze chciała mu wyrwać włosy z głowy. Beniamin przeżył więc całkiem sporo, nim udało mu się wyrwać z rąk przekupki i umknąć w boczną ulicę. Tam spotkał się z Senderlem.

— Oto i masz to wielkie miasto! — rzekł Senderl, ocierając połą płaszcza pot z twarzy. — Tu nie stój, tam nie chodź. Tu nie siadaj. A niech ich jasny piorun!

— To się jeszcze ciągnie od Pokolenia Rozłamu — stwierdził Beniamin, sapiąc niczym gęś. — Wszystko, co tu widzisz, to następstwo Pokolenia Rozłamu, pokolenia wieży Babel: chaos, tumult wypełniony złodziejstwem, grabieżą i rozbojem.

— No to głową do ziemi! Chodź, Beniaminie — powiedział Senderl. — Czas odpocząć! Okropnie wyglądasz, policzek ci płonie. A niech tę bezczelną babę szlag trafi. Wytrzyj twarz. Ta przekupka wysmarowała ci ją żółtkiem.

Rozdział siódmy. Jak z powodu Beniamina doszło do przewrotu w polityce

W jednej z bożniczek Teterywki wrzało od rozmów na temat toczącej się wówczas wojny krymskiej. Zapiecek podzielił się na kilka grup. Każda miała swego prezesa i własną linię polityczną.

Chajkl Głowa ze swoją grupą przejmował się szalenie ciocią Wiktą65. Analizował szczegółowo posunięcia jej rządu. Po prostu rozkładał je na czynniki pierwsze. Wydobywał na jaw wszystkie zatajone plany i rozmaite kruczki.

W swoim czasie Chajkl zajmował się po trosze zegarmistrzostwem. Miał sprawne ręce, był zręczny w posługiwaniu się krążkiem do wytłaczania otworów w macy. Nikt nie potrafił mu dorównać we wznoszeniu szałasów na święto Sukot66. Deseczka do krajania makaronu, stara szufla, półka na mleczne potrawy, półka czulentowa67 i połamany kojec nigdzie i u nikogo tak idealnie nie pasowały do siebie, jak w szałasie jego roboty. Były dopasowane jak w zegarku. Nic więc dziwnego, że ilekroć tylko rozmowa schodziła na tematy techniczne, ludzie z szacunkiem podkreślali: — W tym dobry jest Chajkl. Na tym to Chajkl się zna.

Chajkl opowiadał niezwykłe historie o fantastycznie dziwnych angielskich maszynach, że aż włosy stawały dęba. Gdy ktoś przerywał mu prośbą o dokładniejsze wyjaśnienia, Chajkl odpowiadał krótko i węzłowato, posługując się przykładem sprężyny. Robił przy tym osobliwą minę i uśmiechał się słodko, jakby objaśniał arcytrudną kwestię i otwierał w ten sposób oczy pytającemu. Za pomocą sprężyny Chajkl wyjaśniał dosłownie wszystko. Zasadę działania zegara i telegrafu lub pozytywki, a także mechanizmy wszystkich innych wynalazków.

Icka Prostaka sprężyny Chajkla nigdy nie pociągały. Widział w nich coś w rodzaju odstępstwa od ogólnie przyjętych prawd, formę herezji i nie mógł powstrzymać się od ironicznych uwag: — Chajkl wkrótce wmówi wam, że golem i podobne mu cuda też są na sprężynkę. Tfu, doprawdy, tylko splunąć. Wszystkie jego wymysły to jedynie, za przeproszeniem, skończone głupstwa.

A ponieważ Chajkl Głowa był zakochany w cioci Wikcie, Icek Prostak, jego zaprzysiężony oponent, uczepił się cioci Rosi68. Bronił jej konsekwentnie, stał za nią murem.

Każda partia starała się przeciągnąć na swoją stronę pozostałe grupy. Zdawało się na przykład, że oto Chajkl już dogadał się ze Szmulkiem Bokserem, prezesem klubu wuja Izmaela69, i jest na najlepszej drodze do porozumienia się z Berlem Francuzem, liderem licznego stronnictwa Napoleona, gdy nagle Icek zrywał się, robił wrzawę i przeciągał na swoją stronę Tewjego Moka, zwolennika Kiry70. Każdy wykładał swoje racje. Świat chwiał się w posadach. Bożniczka trzeszczała.

Właśnie podczas takiego zamieszania nasi bohaterowie dotarli do Teterywki. Trafili wnet do rozpolitykowanej bożniczki. Senderl, który zwykł we wszystkim ustępować, również w tej materii nie miał zamiaru bronić swoich racji. Zgadzał się z każdym i każdemu przytakiwał.

— Chcesz tak — zwykł mawiać — niech będzie tak.

Dzięki tej ustępliwości zyskał sobie powszechną sympatię i z miejsca przypadł wszystkim do gustu. Na początku stwierdzono, że Senderl nie jest fałszywy.

— To Żyd — mówili — prostolinijny, nie uznaje żadnych podstępów, wolny od przywary, której na imię upór. — I gdy Senderl pozostał w idealnej zgodzie z miejscowymi ludźmi, Beniamin dla kontrastu był nader wybredny w nawiązywaniu znajomości. Od początku spodobał mu się Szmulik Bokser. Stopniowo zbliżył się do niego. Wkrótce połączyły ich mocne więzi przyjaźni. Beniamin ujawnił mu plan swojej podróży. Szmulik był zachwycony. Postanowił omówić tę sprawę z Chajklem. Były zegarmistrz ujął sprawę w swoje ręce, chociaż nie należała do najłatwiejszych. Naradził się z Berlem Francuzem i Tewje Mokiem, razem wzięli problem na warsztat. Nie kryli przy tym wielkiego uznania dla Beniamina.

— On — doszli do wniosku — rzeczywiście nie wygląda na zwykłego człowieka. Dziwnie roztargniony, zupełnie jakby nie z tego świata. Gdy mówi, trudno cokolwiek z tego zrozumieć. Zdarza się, że wpada w zadumę, wytrzeszcza szkliste oczy i dziwnie się uśmiecha. Wygląda dziwacznie i tak samo się zachowuje. Wiele wskazuje na to, że należy do zupełnie odmiennej kategorii ludzi. W nim tkwi jakaś tajemnica. Niełatwo go rozszyfrować. Kto wie, czy Beniamin w ogóle jest Beniaminem. Dziwne się na tym świecie dzieją rzeczy.

W bożniczce panował straszny harmider. Odbywała się sesja polityczna. Dyskutowano z Ickiem Prostakiem, który wydzierał się na całe gardło. Starał się przekrzyczeć oponentów.

— Zobaczcie, co jest napisane w Josipponie71 — mówiąc to uderzał palcem w stronicę otwartej księgi. — W Josipponie stoi jak byk, że Aleksander Macedoński pragnął odnaleźć potomków Jonadewa, syna Rechewa. Udało mu się dotrzeć do Gór Ciemności, ale dalej nie mógł się przedostać wraz ze swoją potężną armią. Nogi grzęzły żołnierzom po kolana w błocie. Ponieważ słońce tam nie dochodziło, ziemia zamieniła się w bagno. Mam wrażenie, że zrozumieliście już, o co mi chodzi. Sam Aleksander Wielki, Aleksander Macedoński, który dosiadł w locie orła, który był już u wrót raju, nie zdołał pokonać Gór Ciemności. Tym bardziej nie zdoła tego dokonać nasz Beniamin. Tu nie pomoże nawet Chajkl i jego sprężyny.

— Ty zakuta pało — ryknął Chajkl, wskazując przedmówcę grubym palcem. — Gdzie ty masz oczy? A popatrz, jeśliś łaskaw, co mówi księga. Stoi jak byk: Aleksander usłyszał głosy ptaków mówiących po grecku. Jeden z ptaków zwrócił się do niego tymi oto słowy: „Trud twój daremny, chcesz bowiem wedrzeć się do Przybytku Pańskiego, w którym przebywać mogą tylko jego słudzy, synowie Abrahama, Izaaka i Jakuba”. Rozumiesz już, zakuty łbie, dlaczego Aleksander Macedoński nie mógł tam wejść?

— A co powiesz, mój mądralo, jeśli się okaże, jak zresztą wielu mędrców twierdzi, że te dziesięć pokoleń, ci Czerwoni Żydzi, synowie Mojżesza, mieszkają zupełnie gdzie indziej? Powiedzmy w okolicach kraju księdza Jana. Szukaj, a znajdziesz go na święty nigdy.

— Bzdury pleciesz Icku! Przysięgam, bzdury.

— Zaczekaj, zechciej chwilę zaczekać, mój mądralo! Jest jeszcze Sambation72. Co zrobisz z Sambationem? Co powiesz o tej rzece, która przez sześć dni w tygodniu miota kamienie? Załóżmy, że udało ci się sforsować Góry Ciemności. Dotarłeś do kraju księdza Jana. Teraz masz przed sobą Sambation. I stop. Lawina kamieni. Dalej ani kroku. Tu na nic twoja Wikta. Choćby stanęła na głowie.

— Aha! Już zaczepiasz Wiktę, oto dokąd zajechałeś!

— Dalibóg, co to za chwyt, Icku! Ni z tego, ni z owego drwisz sobie z królowych — wtrącił zagniewany Berl Francuz. — Mówimy przecież o Beniaminie, jego możesz besztać, ale proszę cię, królowych do tego nie mieszaj.

— A z jakiego powodu należy besztać Beniamina? — zapytał Tewje Mok. — Mnie się wydaje, że Beniamin kroczy drogą mogącą przynieść Żydom zbawienie.

— Oj, Moku, Moku — powiedział z wyrzutem Icek, kiwając przy tym głową. — Przysięgam, że tego po tobie się nie spodziewałem. Nie spodziewałem się, żebyś trzymał sztamę z nimi i w ten sposób komentował poczynania Beniamina. Coś ty takiego szczególnego w nim dostrzegł?

— Coś ty takiego nadzwyczajnego w nim dostrzegł? — przedrzeźniał Icka Szmulik Bokser. — Czyś ty czasem nie zwariował, Icku? Mnie się wydaje, że jego roztargnienie, jego skłonność do melancholii, sposób, w jaki patrzy i mówi, dobitnie świadczą o tym, kim jest. Najlepszym zwierciadłem człowieka jest jego twarz. Jeśli to ci nie wystarcza, to już naprawdę nie wiem, co znaczy dla ciebie człowiek. Akurat nadchodzi, możesz mu się przyjrzeć. Powiedz, proszę cię, jeśliś łaskaw, ale tak z ręką na sercu, czyś ty czasem nie oszalał? Popatrzcie na niego. Jeden z jego policzków błyszczy czerwonym płomieniem, a trzy żółte pasemka w kształcie litery szin przecinają jego twarz. No, Icku, jak ty teraz wyglądasz?

Icek podszedł do Beniamina, zmierzył go od stóp do głów, splunął, nieomal mu w twarz, i odszedł wściekły. Od tego momentu sytuacja w bożniczce uległa zmianie. Szmulik Bokser wraz z Berlem Francuzem zawarli pakt z Chajklem Głową. Wikta wysłała na morze tysiące okrętów ze straszliwymi maszynami. Wujek Izmael przekroczył Prut73, a Napoleon zasypał gradem bomb Sewastopol74. Tewje Mok wahał się. Nie mógł się zdecydować, na którą stronę przejść. Obracał tylko językiem i nie wiedział, na jakim świecie żyje. Icek Prostak natomiast pozostał sam; samotny jak palec. Próbował walczyć, wprost wychodził z siebie. Przecież to nie żarty. On jeden, na ich tylu. Tym bardziej uwziął się na Beniamina. Odtąd wciąż szukał z nim zatargu. Gdzie tylko mógł, robił mu na złość.

— Bóg mi świadkiem — pisał Beniamin — że nie wtrącałem się do polityki. To nic by nie dało. Co polityka ma wspólnego z Żydami? Dla mnie mogło być tak, mogło być inaczej. Wszystko jedno. Również Senderl, za Boga, nie mieszał się do tych spraw. Mimo to Icek nie dawał mi spokoju ani w dzień, ani w nocy. To obsypywał mnie podstępnie pierzem, to ukradkiem rzucał we mnie poduszką, to znów chował mi but, a ja miałem potem urwanie głowy. Gdym tylko zasypiał, łaskotał mnie słomką po piętach. Budziłem się przerażony. Gdym ponownie zasnął, puszczał mi dym w nos. Zrywałem się wtedy z posłania półżywy, kaszlałem potem przez godzinę. Wychodziło na to, że z mojej winy trzy partie połączył sojusz.

Rozdział ósmy. O tym, jak nasi bohaterowie chodzili po prośbie

Większą część dnia nasi bohaterowie poświęcali na uganianie się za zarobkiem. Składali wizyty w domach mieszkańców Teterywki, nic więc dziwnego, że wnet stali się sławni. Pokazywano ich z daleka palcami. Witano uśmiechami, dobrymi słowami. Ktoś inny na ich miejscu chodziłby dumny jak paw z powodu okazywanego mu szacunku. Obwieściłby na cztery strony świata, że wszyscy, bez uroku, ludzie cenią go, wprost pławią się w rozkoszy na jego widok i delektują każdym łaskawie im wydzielonym słowem. Bo przecież pozdrawiają go uśmiechem już na progu domu i takim samym uśmiechem odprowadzają potem do samych drzwi. Nasi bohaterowie należeli jednak do ludzi skromnych i nic sobie nie robili z tych zaszczytów. Beniamin miał głowę zaprzątniętą własnymi sprawami, zaś Senderl zważał tylko na jedno: dbał, aby torba była pełna. Aby w kieszeni znalazło się trochę grosza na niezbędne wydatki. Dla Żyda jest obojętne, jak wręczają mu datek. Czy przy tym grymaszą, czy też śmieją się. Ważne tylko, aby w ogóle coś dali.

Dziś jest Purym, a jutro już nie —

Dajcie grosik i wyrzućcie nas precz.

Ta popularna żydowska piosenka doskonale charakteryzuje naszych bohaterów. Pewnie dlatego Senderl nucił ją bez przerwy. — Dzień dobry! Szczęść Boże! — pozdrawiali gospodarzy. W takich wypadkach Senderl najpierw ciągnął Beniamina za poły, a potem wypychał go naprzód. Szeptem udzielał mu wówczas rad, by zechciał przemóc wstyd. Sam zaś stawał z boku i przyjmował postawę pełną skromności i szacunku.

Pewnego razu, gdy obchodzili dom po domu, w jednym z mieszkań natknęli się na młodego człowieka, który właśnie zajęty był rozmową z gospodarzem. Młodzieniec wyraźnie nie skąpił sobie pochwał. Podpierał swoje racje jakimiś papierkami i raz po raz wysuwał konkretne żądania. Gospodarz raczej nie okazywał zachwytu. Krzywił się z dezaprobatą i dumał, jak się uwolnić od tego młodzieńca. Ujrzawszy naszych bohaterów, uczepił się ich jak tonący deski. Powstał i ruszył im naprzeciw. Miał nadzieję, że mają do niego jakiś ważny interes. To oznaczałoby wybawienie. Kiedy jednak usłyszał, o co im chodzi, przeraził się. Uznał ich odwiedziny za dopust Boży, za klęskę, która spadła nań nieoczekiwanie. Tym gorzej, że to podwójne nieszczęście. Masz ci los! Jeszcze kilku podróżników. Gospodarz aż syczał ze złości. Zwrócił się do młodzieńca:

— Ci oto Żydzi to także podróżnicy. Niech pan przyjmie to do wiadomości. Sami wędrowcy zwalili się na moją biedną głowę.

Młodzieniec zmierzył naszych bohaterów złym okiem, ci zaś odwzajemnili mu się podobnym spojrzeniem.

— Słuchaj, Beniaminie — szepnął Senderl, trzymając jednocześnie towarzysza za poły kapoty. — Możliwe, że ten oto młodzieniec udaje się w tym samym kierunku, co my. Jeszcze gotów, uchowaj Bóg, nas wyprzedzić. Gotów wystrychnąć nas na dudków.

— Coś mi się wydaje, że stanowicie razem dobraną kompanię — odezwał się gospodarz.

— Skarz nas Bóg — gorliwie zaprzeczyli Beniamin i Senderl. — Wędrujemy oddzielnie, każdy swoją drogą. Pora chyba już iść.

— A idźcie sobie na zdrowie. Niech będzie oddzielnie. Dla mnie i tak wszystko jedno — mówiąc to gospodarz wyjął z kieszeni monetę.

Na ten widok Senderl natychmiast wyciągnął rękę.

— Darujcie ją, za przeproszeniem, nam. My zaś wydzielimy już temu młodzieńcowi jego udział. Młody człowieku, chodź z nami. To, co ci się należy, dostaniesz. Ja mam drobne, rozmienię.

Nieoczekiwanie drzwi kuchenne otworzyły się z łoskotem i rozległ się kobiecy krzyk:

— Ależ to on! Ten sam. Obok tego chuderlaka. Wtedy też włóczyli się we dwójkę. Od razu go poznałam. To cudo, tę piękność! Poznaję. Ta sama gęba, ta sama ruda bródka. Ale bym mu z niej włoski wyrwała. Boże jedyny! Spraw, aby jego serduszko szlag trafił! Oby mu szpik w grzesznych kościach wysechł na amen.

— Nic tu po nas, Beniaminie! Chodźmy stąd — Senderl wziął przyjaciela za klapy, powlókł za sobą i rzekł: — A niech ją licho porwie. To ci bezczelna baba! Ją ciągle jeszcze obchodzą te jajka!

Rozdział dziewiąty. Jak zasługi przodków obróciły się na korzyść naszych bohaterów

Tylko stękać i wzdychać, gdy czyta się życiorysy sławnych myślicieli i wynalazców. Ilu krzywd doznali od świata, któremu poświęcili całe swoje życie. I za co? Za to, że zapełnili go wieloma przepięknymi rzeczami, stanowiącymi owoc ich wytężonej pracy. Świat jest niczym dziecko, które uparcie trzyma się spódnicy matki. Trzyma spódnicę i boi się odstąpić choćby na krok. Przepada za naiwnymi bajkami, które powtarzają mu w kółko niańki i babcie. Dziecko, które uważa, że nie ma na tym świecie nic lepszego od jego zabawek, że w tych zabawkach mieści się cała mądrość ludzka. A gdy do takiego dziecka przychodzi pomocnik mełameda75, aby je zaprowadzić do chederu76, to podnosi krzyk i rwetes, jakby je krzywdzono lub wręcz zarzynano. Świat chce żyć po staremu, zgodnie ze swoimi nawykami.

Każda nowość razi go swoją dziwacznością. Jest mu obca. Buntuje się przeciw niej, nie skąpi jej szyderstw, autora wynalazku zaś miesza z błotem. Później dopiero, gdy nowość staje się już faktem, zyskuje prawo obywatelstwa, gdy ponad wszelką wątpliwość jest użyteczna, ludzie garną się do niej, zaczynają z niej korzystać, mają nawet przy tym satysfakcję. Zapominają jednak o tym, który w trudzie i znoju kosztem wielu wyrzeczeń dokonał wynalazku lub odkrycia. Szczęście, że świat, a należy to zapisać na jego plus, przypomina sobie czasami, że wypada odmówić na cześć wynalazcy requiem i wystawić mu po śmierci pomnik.

Wielu ludzi zażywa dziś szczęścia i wolności w Ameryce, nie zdając sobie wcale sprawy, że odkrywca tego kontynentu, Krzysztof Kolumb, gdy zaczął głosić swoje idee, uważany był przez cały współczesny mu świat za szaleńca. Stał się po prostu przedmiotem drwin.

Tak się miała rzecz z naszym Beniaminem z Tuniejadówki. Ludzie, ledwo rzuciwszy na niego okiem, uznali go za pomyleńca. Kiedy natomiast wysłuchali jego opowieści o zamierzonej podróży, śmiali się do rozpuku. Naigrywali się z niego, docinali mu i zaczepiali na każdym kroku. Wykpiwano go. Szczęście, że Beniamin nie był zbyt domyślny ani przeczulony. Rozchorowałby się ze zmartwienia i mógłby, nie daj Boże, zrezygnować i plunąć na tę swoją podróż. Pomińmy milczeniem wiele tak zwanych „pomysłów”, które dotyczyły Beniamina. Nie chcemy bowiem, aby na nas wszystkich padł jakikolwiek cień winy. Nie chcemy, aby została na nas najmniejsza choćby plamka, abyśmy z tego powodu mieli się wstydzić przed potomnością. Udajmy lepiej, że nic nie wiemy. A więc sza. Cicho, pst, mogiła. A teraz wracajmy do naszej opowieści.

— W Teterywce — powiada Beniamin — jest wielka gmina żydowska. Mieszka tam wielu Żydów, oby się mnożyli. Kim są, jakiego pokroju, jakiego rodu i skąd się wywodzą, sami nie wiedzą. Nie wyznają tego nawet pod przysięgą. Z przekazów swoich ojców, dziadów i pradziadów wiedzą tylko tyle, że pochodzą od Żydów. Jeśli wziąć pod uwagę ich ubiór, obyczaje, język, zamiłowanie do handlu, i tak dalej, to rzeczywiście powinni być Żydami. Stanowią jednak jakiś zlepek różnych szczepów. Nie ma między nimi solidarności. Jeśli ktoś z nich upadnie, nikt mu nawet nie poda ręki. Nikt go nie podniesie. Nawet, gdyby człowiek miał wyzionąć ducha.

Są wśród nich tacy, którzy doskonale znają język złodziejski — żargon, zwany tu językiem mani forgissimus. Mani znaczy język, zaś forgissimus — cygański. Żydzi maniforgiści znają się na chiromancji. Potrafią dobrze wróżyć z ręki. Żyją z tego i można powiedzieć, że nie najgorzej. Poza tym opanowali wiele innych profesji. Wyrabiają na przykład lampki. Przede wszystkim zasłynęli jednak w świecie jako niezrównani tokarze. Zaiste, należy podziwiać perfekcję, z jaką wyrabiają różne przedmioty. Jakie wspaniałe potrafią wytoczyć dzieła, wzbudzające podziw oryginalnymi kształtami. W darze od Najwyższego otrzymali też talent do mijania się z prawdą. Korzystają też nieraz z tej umiejętności. A kłamią ci w żywe oczy głosem tak spokojnym, rzewnym, popartym ruchami rąk i innymi gestami, że człowiek szlocha i gotów stracić ochotę do życia. Twierdzą, że wywodzą się od jakichś tam ludów, które przyłączyły się do Żydów w czasie, gdy ci wyszli z niewoli egipskiej.

— W istocie — powiada Beniamin — są to porządni ludzie. Zawsze przyjmowali mnie z uśmiechem. Widać było, że znajdują wprost niewysłowioną przyjemność w obcowaniu ze mną. O tym, że są ze mnie zadowoleni, mogłem nieraz przekonać się naocznie. Życzę im też z całego serca, aby Pan Bóg oraz wszyscy przyzwoici ludzie byli z nich tak samo zadowoleni, jak oni ze mnie. Amen.

W dalszej części przytacza Beniamin zdumiewającą wprost historię. Otóż w Teterywce można niekiedy natrafić na typy w pewnej mierze świniopodobne. Łatwo je rozpoznać od pierwszego wejrzenia. Niektórzy twierdzą, że to taka rasa. Inni dla odmiany utrzymują, że decydujący wpływ na ich wygląd wywiera środowisko, czyli teren, który zasiedlają. Beniamin nie podejmował się sam rozstrzygnąć tej kwestii. Uważał, że jest to sprawa uczonych. Oni powinni problem zbadać dokładnie i nam przekazać wnioski.

— Tak czy owak — powiada Beniamin — zjawisko w samej rzeczy nie należy do nadzwyczajnych i niespotykanych na tym świecie.

Jeszcze stary Matitjahu Delekarti, dawno, bardzo dawno temu pisał w książce Cień światła: „W Brytanii żyją ludzie, którzy z tyłu mają ogony jak u zwierząt. Są tam również kobiety wysokiego wzrostu, potężnie zbudowane. Olbrzymki obrośnięte gęstą szczeciną niczym świnie. We Francji pojawili się ludzie z rogami na czole. W górach zaś żyją kobiety pokraczne. Im bardziej pokraczna, tym bardziej uchodzi za piękną”. Można powiedzieć, że zupełnie tak, jak u nas. Mamy dziś u nas wiele kobiet pokracznych, którym — wybaczcie te słowa — dynda z tyłu długi do samej ziemi ogon.77 „Cóż jest, co było? — powiada Pismo — to, co potem będzie. Nic nowego nie masz pod słońcem”.

— Teterywka — powiada Beniamin — to duże miasto. Miasto o pięknych kamienicach i długich ulicach. Na pierwszy rzut oka wydaje się niezwykle żywe, życie wre tam nieustannie, kipi. Ale po dłuższym pobycie, gdy się oswoisz trochę z tym wszystkim, dochodzisz do wniosku, że w istocie rzeczy to tylko swego rodzaju Tuniejadówka. Tuniejadówka w powiększeniu. Mieszkańcy spożywają tam swoje posiłki, kładą się spać i wstają codziennie dokładnie o tej samej porze. Czas mierzy się tam według posiłków. Od śniadania na przykład do obiadu i od obiadu do kolacji. Śniadanie bowiem, obiad i kolacja odgrywają w ich życiu rolę trzech zajazdów, do których człowiek ma ochotę dowlec się na popas. Nie tylko zresztą na popas. Zwłaszcza po dniu spędzonym w suchym stepie. Utarła się opinia, że powietrze Teterywki rozleniwia. Pozbawia człowieka energii, usypia. Jeśli do miasta przybędzie człowiek pełen animuszu, pragnący czegoś dokonać, to po już stosunkowo krótkim pobycie traci zarówno animusz, jak i pragnienie czynu. Pozostaje mu tylko ochota do jedzenia, do spania. Jeśli ma jeszcze ochotę do wstawania, to tylko po to, aby znów wrócić do jedzenia i do spania.

Beniamin widział tam stancje, w których zatrzymywali się małomiasteczkowi poborcy podatków oraz pokątni adwokaci. Gdy opuszczali swoje domostwa, aby udać się do Teterywki, tryskali jeszcze werwą. Przepełniała ich jeszcze moc ponad zwykłą miarę. Trzeba jechać, wołali, i starali się wszystkich o tym przekonać. Trzeba koniecznie pojechać. Wykazać inicjatywę, pracować, tyrać, ściągnąć pieniądze. Te zaś są potrzebne na określone cele społeczne, na ważne potrzeby miasta. Ich praca jednak, ich starania nikomu nie są przydatne. Jak piąte koło u wozu. Od wszystkiego jest przecież budżet. Wszystko odbędzie się bez ich pomocy i ich udziału. Ale oni zdążyli już nabrać ochoty. Jakoś dziwnie w tym zasmakowali. Ściągać mieli od ludzi pieniądze dla siebie, dla swoich żon i swoich dzieci. Czym prędzej ruszyli w drogę. Jak to się mówi: „W dobry czas na szczęście”.

Po przybyciu do Teterywki, natychmiast, jakby za sprawą szatana, tracili ochotę i zapał. Nie wiadomo, jak, kiedy i gdzie podziało się całe ich junactwo. Na stancji ogarnęło ich lenistwo, osobliwa bezradność. Zachowywali ochotę tylko do jedzenia, picia i snu. Jakby ich ktoś zaczarował. W takim stanie spędzają nieboracy dni i lata. Na ich prośbę ludzie przysyłają im pieniądze i jeszcze raz pieniądze, a oni wciąż przebywają na stancji. Ziewają, jedzą i piją. Zaczarowani książęta. Po prostu nie da się ich stamtąd wyciągnąć. Nie pomoże tu żaden cudotwórca. Nie da rady nawet znachor.

Beniamina opanowała przemożna chęć poznania kogoś ze znanych miejscowych uczonych lub pisarzy. W pewnej mierze sam był przecież uczonym. Był badaczem, nieraz zaglądającym do poważnych dzieł naukowych. Wiedział, co to jest żydowska księga filozoficzna, z której czerpali swoją mądrość i wiedzę w zakresie siedmiu dziedzin nauki owi uczeni ludzie z Teterywki. Jakże więc? Być w Teterywce i nie spotkać się z mężami o podobnych poglądach? Ponadto chciał omówić z nimi plan swojej podróży. Tacy ludzie jak oni potrafią to właściwie ocenić. Miał nadzieję, że otrzyma od nich listy polecające, że w listach wysoko go ocenią. Wiedział, że ludzie ci lubią wystawiać listy polecające nawet w drobnych sprawach, w zupełnie drobnych głupstwach. Cóż dopiero w jego sprawie, tym doprawdy wielkim przedsięwzięciu. Tu ich pióro puści się w galop. Niczym rączy rumak. Do kogo by jednak Beniamin nie przyszedł, zastawał go śpiącego. Raz udało mu się dopaść jednego. Był to strasznie wielki pisarz. Niezmiernie sławny, figura. Siedział rozparty na tapczanie w bocznym pokoju.

— Dzień dobry!

— Dzień dobry! Czego sobie Żyd życzy?

— Nic szczególnego. Chciałbym tylko porozmawiać.

Mówi i mówi, nie zapowiada się dobrze. Sławny pisarz jakby naraz oklapł. Ledwo porusza ustami. Wydaje się, że za chwilę jego dusza opuści ciało. Oczy mu się kleją. Beniamin zaczyna go pobudzać. Przemawia do niego. Stara się, jak tylko może. Daremny trud. Zimny głaz. Upłynęło trochę czasu, nim się nieco rozbudził. Ziewnął potężnie, poczochrał się i zawołał żonę.

— Kiedy wreszcie zasiądziemy do stołu? — z trudem wydobył z siebie pytanie. Rozprostował z ociąganiem kości i znowu ziewnął. — A podaliby coś do jedzenia. Mam ochotę troszkę się zdrzemnąć.

Zatem Teterywka to jedna wielka sypialnia. Wszystko, co w niej się mieści, śni sobie spokojnie. Nauka, handel, banki, sądy, przedsiębiorstwa, zakłady i urzędy. Nikogo i niczego nie można się tam dobudzić. Gdy kilku ludzi naraz zbiera się gdzieś, natychmiast tracą mowę. Jakby zapominają języka w gębie. Siedzą, ziewają i patrzą po sobie. Zupełnie jakby byli golemami z gliny. Wnet też całe to towarzystwo zapada w sen. Dopiero wieczorem, gdy podają kolację, zaczyna się w nich coś ruszać. Ożywają. Z apetytem zabierają się do jedzenia. Zjedli, to do widzenia. Idą do domu spać.

Beniamin odczuł to później na własnej skórze. Nic nie robił w Teterywce, tylko jadł i spał. Odeszła mu jakoś ochota do podróżowania. Zawisło nad nim prawdziwe niebezpieczeństwo. Mógł utknąć jak żaglowiec, który wpłynął na nieruchome wody spokojnego morza. Mógł tam przespać całe życie. Mógł, gdyby na jego szczęście, a co za tym idzie — na szczęście całej ludzkości — nie zdarzyło się coś takiego, co niby sztorm albo burza popchnęło go w dalszą podróż. Nienawiść Icka Prostaka do Beniamina rosła z każdym dniem. Ostatnio przyczepił się do niego jak rzep psiego ogona. Śmiał się i drwił z jego wyprawy. Starał się go zniechęcić przez wyolbrzymianie piętrzących się przeszkód.

— Prędzej włosy mi na dłoni urosną, aniżeli ty dotrzesz do Sambationu. Prędzej zobaczysz swoje własne uszy, nim ujrzysz Czerwonych Żydów.

Beniamin nie dał sobie jednak w kaszę dmuchać. Dowodził, że na świecie jest Bóg. Bóg nie opuszcza tych, co mu ufają. To nic, że czekają go przeszkody. Jeśli Bóg pozwoli, to przy jego wsparciu dotrze na miejsce we właściwym czasie, na złość wrogom. A gdy Beniamin w ferworze dyskusji rozkręcał się i zapalał, zaczynał równocześnie podniesionym głosem wtrącać takie oto słowa: smok, potwór, osioł, muł i wiele podobnych. W przybliżeniu oznaczało to: „Szczekajcie sobie na zdrowie. Ja w tym czasie jestem już daleko, daleko stąd. Otom już na pustyni, maszeruję, idę, kroczę”. W tej sytuacji Icek mógł tylko trzy razy splunąć. — On zwariował — krzyczał. — Trzeba go zaprowadzić do znachora.

Doszło wreszcie do tego, że ledwie Beniamin pokazał się na ulicy, łobuziacy i chuligani uganiali się za nim jak za pomyleńcem. Obrzucali go kamieniami i wołali: — Smok, potwór!

Pewnego razu wieczorem Beniamin i Senderl przechadzali się ulicą, gdy nagle opadła ich banda łobuzów i zaczęła niemiłosiernie im dokuczać. Chyłkiem wycofali się w boczną uliczkę. Zaułek przecinała rzeka. Nad nią przerzucono wąską kładkę. Wbiegli na pomost i natrafili na samym środku na idącego z przeciwnej strony człowieka. Mowy nie było o wyminięciu go. Chyba, że skoczyć w dół i rozbić sobie głowę. W najlepszym wypadku można było złamać nogę. I głowa, i noga były jednak bardzo potrzebne. Bez głowy lub bez nóg nie mogło być mowy o dalszej podróży. Zatrzymali się więc i oto stoją obaj z nosami spuszczonymi na kwintę.

Szolem Alejchem78! Witaj, Beniaminie — odezwał się idący z przeciwka człowiek. W jego głosie gniew przeplatał się ze śmiechem. — Co za cudowne spotkanie. Lepszego nie mógłbym sobie wymarzyć.

Szolem Alejchem! Alejchem Szolem, reb Ajzyk Dawid! — Beniamin wypowiedział pozdrowienie całkiem nieswoim głosem. Był wyraźnie zmieszany. Stał przecież przed nim Ajzyk Dawid, syn reb Arona Josla i Sary Zlaty, mędrzec z Tuniejadówki.

— Ładnie postępujecie, moi panowie — powiedział reb Ajzyk Dawid z wyrzutem. — Wykradacie się z domu jak złodzieje. Potajemnie, chyłkiem. Puszczacie się w daleki świat. A ja pytam was, dlaczego? Po co? W jakim celu? Dalibóg nie wiem. Każdy postępek musi mieć przecież swoje uzasadnienie. Wszystko, co się dzieje, powinno mieścić się w jakichś ramach. Co to ma znaczyć? Zostawić, ot tak sobie, żony i nic? Czy mają nieszczęsne uschnąć we wdowieństwie? Dalibóg, nie wiem. Odkładam teraz na bok wszystkie inne kwestie i po raz wtóry pytam: dlaczego? Albo inaczej. Powiedzcie mi, co wy tu robicie? I ciebie, Senderl, mam na myśli. Twoja połowica, Senderl, da ci za swoje. Poczęstuje, uhonoruje jak się należy. A wściekła jest jak osa. Gotowa cię rozedrzeć na kawałki. Serce jej nie oszukało. Serce jej mówiło, że powinniście tu właśnie być. Chciała od razu tu przybyć. Twoja kobieta zamierzała przyjechać tu razem ze mną.

— Aha, jest gagatek! — okrzyk ten wydała niewiasta, ukryta za plecami reb Ajzyka Dawida.

Senderl rozpoznał swoja połowicę. Zbladł jak ściana. Ze strachu omal nie wyzionął ducha. Oburącz chwycił Beniamina za poły. Zakręciło mu się w głowie. Spadłby niechybnie z kładki do wody. Wydawało mu się, że żona już go dopada, a jej ciosy sypią się właśnie na jego głowę.