Inżynier i poeta

INŻYNIER:

Poeto! wreszcie się zastanów,

Za własną duszę pacierz zmów...

Już bliski szum aeroplanów

Zagłusza dźwięki twoich słów.

Kto zechce z tobą w górę gnać

Na skrzydłach marzeń i Pegaza,

Kiedy ten — z glinu i z żelaza, —

Mój rumak nie chce w miejscu stać?

Na wichrze lecę śmigłą racą,

Piję ocean, łykam ląd,

Zwyciężam żywioł, zmieniam prąd

I mocną ręką ster obracam.

Powiedz, czy nie jest bardziej cenne,

Niż twoje chwile zmienne, senne,

To, żeś naprawdę w chmurach znikł?

Ze mną polecisz wolnym sportem

Wygodnie, mięko i z komfortem,

Spływam przed każdym większym portem,

Masz towarzystwo, grację, szyk...

Z nas dwuch — ja zbliżam się do gwiazd,

I ja zakładam stopy w tęczę,

I ja się w twojem słońcu wdzięczę,

Do najpiękniejszych płynę miast.

To wszystko, wszystko jest prawdziwe,

Że chwytam wichrów dumną grzywę,

Że z góry patrzę na ten świat,

Że śmierć i życie łączę żartem,

Jak finish z rozpędzonym startem,

Że słowa prawdy niezatarte

W przestworzach kreśli lotu ślad...

A ty? umysłem rozpalonym

Na chwilę sięgniesz w moje strony,

I spadasz grzeszny i znużony,

Żeby na nowo w sercu snuć

Tęsknotę swoją niepokorną,

I burzę uczuć swych upiorną,

I żeby ogniem słowa skuć.

O, ja mam lepsze aparaty,

Które przenoszą myśli wlot.

Ty często pragniesz zdobyć światy,

A trafiasz kulą w płot.

Jak bardzo jesteś niewspółczesny!

Prześciga cię mój pęd bezkresny, —

— — Motocyklopów idzie tłum!

— — Miljarda śmigieł straszny szum!

A nad twą głową smęt bolesny...

POETA:

O, mój daleki krwawy śnie!...

O, moja ciężka winna czaro!...

Prześniłem próżno wszystkie dnie

Goryczą, szczęściem i ofiarą!

Prześniłem noce, przebyłem kres,

Doszedłem szczytów, których nie znam.

Ach, ile łez! ach, ile łez

Okryła skrzydłem przepaść gwiezdna...

Łzy nie pomogą, nie zmoże grom,

Słowo prawdziwe w sercu się pocznie.

Na jakiej skale stanie mój dom,

Mój dom szczęśliwy bezobłocznie?...

INŻYNIER:

O, młodociany entuzjasto!

Rozepnij skrzydła. Podaj rękę.

Fruniemy razem ponad miasto

Oglądać z góry jego mękę.

I my, poeto, dwa mieszczuchy,

Jak romantyczne lecąc duchy,

Ujrzymy piekło, nędzę, nudę,

Zbrodnię i przemoc i obłudę,

I usłyszymy głuchy grzmot.

To wzdłuż, to wpoprzek ponad miastem,

Fruwając z sercem, jak z balastem,

Które obciąża dumny lot...

Zanim poezji zniknie zwid już,

Pamiętaj, że jest prawda szczera.

Lepszy jest Roentgen, niż Owidjusz,

I Pasteur większy od Homera.

Przemija twoja próżna glorja,

Zasługa bierze w świecie prym,

Ja zbudowałem sanatorja

Piękniejsze, niźli rym.

POETA:

Ach, wiersze, wiersze! kto je czyta?

Próżno me serce o nie pyta,

Napróżno pisze tysiąc rąk

Tyle zbytecznych słodkich ksiąg...

O, mój Wergili! mój Horacy!

Ukaż mi swą poezję pracy,

Przemysł, maszyny, rozpęd, szał...

I żartem proszę cię. Wergili,

Pozostań przy mnie od tej chwili,

Żebym się z tobą razem śmiał...

Masz rację, pyszny inżynierze,

Zaproponuję ci przymierze, —

Do ciebie dziś należy świat,

A do mnie, do mnie — ty należysz,

Jeżeli słowom-gwiazdom wierzysz,

Wykwitłym z wczesnych lat...

O, dosyć, dosyć, dosyć wierszy!

Olbrzymie życie wstaje pieśnią nową!

Mów przyjacielu-inżynierze pierwszy,

Do mnie należy Ostatnie Słowo.