Piotr

Kiedy nad brzegiem ciemnego jeziora,

Które mnie głębią nęciło ogromną,

Rzucałem sieci onego wieczora,

Światłość ujrzałem straszną i cudowną.

On — śród obłoków i płomieni wieńca

Stąpał po wodzie kłębiącej się wrzątkiem.

Twarz moja ślady straciła rumieńca,

Gwiazdy pogasły, jak przed dnia początkiem.

I naglem słowa usłyszał szepnięte:

«Porzuć te sieci, niech dłoń się nie trudzi,

Próżne to sprawy, któremiś zajęty,

Dzisiaj nie ryby masz łowić, lecz ludzi».

Milcząc, bezradnie wzruszyłem ramieniem,

I rzekłem, swemu nie wierząc głosowi:

O, Panie, usta palący płomieniem,

Co mam uczynić? czemże będę łowił?

Ale On ogniem słodko mnie przeraża,

Rzecze i światłem obdarza mnie nowem:

«Co jest cesarskie — oddaj dla cesarza,

Żyjąc nietylko chlebem, lecz i słowem».

Znajdując myślą wielkie zrozumienie,

Milczałem, dalszych wydarzeń ciekawy,

Pojmując sławę wielką nieskończenie

I miłość Twoją, większą od Twej sławy.