Podróż po Ameryce Północnej
Rozdział I. Z Hawru do Nowego Jorku
W wieku, w którym, jak mówi Wiktor Hugo: „Paryż, Londyn, Nowy Jork połączone są drutem drgającym w głębi mórz”; w wieku, w którym para pokonała odległość; w wieku, w którym postęp sunie także jakby napędzany parą, narody nie powinny żyć zamknięte w sobie, muszą uczyć się, poznawać i oceniać wzajemnie. Wielka rodzina ludzka, ten tysiąc milionów ludzi rozrzuconych po kuli ziemskiej musi się ze sobą zapoznać.
Może wtenczas znikną te przesądy, ta nienawiść jednego narodu do drugiego.
Ludzie skierują całą swą inteligencję do rolnictwa i przemysłu, nauk i sztuk i zaczną robić wynalazki użyteczniejsze, a mniej oburzające niż pomysły coraz nowszych bomb pękających, kartaczownic1 i karabinów.
Ludy zrozumieją wreszcie, że własny ich interes zobowiązuje jednych względem drugich, że powinni żyć w zgodzie, dopomagać sobie zamiast się zabijać.
Dziś więc ktokolwiek pragnie być użytecznym ojczyźnie, czy to w naukach, czy sztukach, przemyśle, handlu lub polityce, nie powinien ograniczać się do poznania swojego kraju, trzeba mu objechać świat; dzięki wynalazkowi pary to przedsięwzięcie łatwiejsze jest teraz, niż była niegdyś podróż po Francji.
Mniej dziś potrzeba czasu na przejazd z Marsylii do Chin, niż za panowania Ludwika XIV2 potrzeba było na podróż z Paryża do Marsylii.
U wszystkich ludów, nawet uważanych za barbarzyńskie, znajdzie się coś dobrego, użytecznego praktycznego do zbadania; w nadużyciach nawet, w ciemnocie dopatrzeć można jakiejś nauki dla siebie.
Biorąc samą istotę postępu, reform, zwyczajów świata całego, będzie można dojść dopiero do tego nec plus ultra3 prawdziwej cywilizacji. Dlatego właśnie że Francuzi, ten naród najdowcipniejszy4 w świecie, zanadto żyją u siebie, nie troszczą się o to, co się dzieje gdzie indziej, dlatego zachowują zwyczaj nieszczęsnej rutyny i zawikłani są w pewne przesądy, które opóźniają ich postęp.
Dwudziesty wiek będzie kosmopolityczny, niechże Francuzi zrozumieją to i idą za postępem.
Byłoby niegodne tej pięknej Francji widzieć się wyprzedzoną przez sąsiednie narody.
Ameryka pod względem nauki rządzenia się i tej wielkiej sztuki, umiejętności bycia wolnym daje nam piękny przykład. Przyczyniliśmy się do jej usamowolnienia, do jej wielkości... Nazwiska Rochambeau i Lafayete5 są czczone poza oceanem, Francuzi są tam uważani za braci.
Ale ten młody naród, któremuśmy pomagali, wyprzedził nas, umiejmyż przynajmniej iść za nim. Francuz nie bardzo lubi podróżować; jemu tak dobrze w swoim kraju, może ktoś powie... Tak jest, we Francji żyć najwygodniej.
Ależ, Francuzi, połóżmy rękę na sercu i powiedzmy, czy to nam pochlebia, że cudzoziemcy nachodzą nasz kraj, że uważają go za wyborną austerię6... za kasyno, gdzie kupują się wszelkie przyjemności?... Czy wiecie, co o nas mówią za granicą? Traktują nas tam bez ceremonii, nazywają Francuzami de la Grande Duchesse7, Francuzami chylącymi się do upadku.
Przytaczają naszą lekkomyślność, nasz dowcip, nie mówią o nas poważnie... Czyż Francja zechce przyjąć smutną rolę suflera Europy? Nie, to niepodobna! Ocknie się ona z tego letargu, w którym leży uśpiona przez dwadzieścia lat władzy osobistej8.
Przypatrzyć się Ameryce, zwiedzić ten kraj, te trzydzieści osiem milionów ludzi, tych pracowników, tych najdoskonalszych producentów byłoby rzeczą najpożyteczniejszą dla Francuzów.
Czyż tu jeszcze kraj przesądu? I czemuż obawiać się jechać do Ameryki? Przebywa się wesoło Morze Śródziemne, jedzie się z Paryża do Egiptu, nie czując, że się oddalamy od Francji, ale w chwili siadania na statek dla przebycia wielkiego oceanu opanowuje nas nieprzezwyciężony smutek; ten Nowy Świat przedstawia się nam w czarnych kolorach.
Czy zobaczę kiedyś Francję? — pytanie to nasuwa się mimo woli.
Ja sama, która zawsze wyjeżdżam wesoła, kiedy mam zwiedzić jakiś kącik ziemi nieznany, która bez namysłu długiego odjeżdżałam do Rosji, Turcji, Egiptu, Hiszpanii i Anglii, miałam jednakże ból w sercu, kiedy „Saint Laurent” podnosił kotwicę i całą siłą pary oddalał się z Hawru; na widok znikających brzegów Francji oczy moje zrosiły się łzami i w myśli zadałam sobie pytanie: „Czyż je kiedyś znowu oglądać będę?”.
I mówiłam sobie potem nie bez obawy: „Cóż tam znajdę w tym Nowym Świecie?”.
Kiedy tak się niepokoiłam, jakaś ładna panienka piętnasto- czy szesnastoletnia zbliżyła się do mnie i rzekła z przymileniem:
— Pani wydajesz mi się smutna; zapewne opuszczasz swój kraj, ja zaś powracam do swojego.
— Tak — odpowiedziałam — opuszczam Francję, a lękam się Ameryki; zdaje mi się, że tam ujrzę się zupełnie samotną, obcą dla wszystkich.
Powiedziałam jej, kim jestem i w jakim celu jadę do Nowego Świata.
Wtenczas wyciągnęła do mnie swoją drobną rączkę i rzekła:
— Uspokój się, pani, znajdziesz tam przyjaciół, znajdziesz kobiety uszczęśliwione, że cię będą mogły przyjąć, i będą się starały usilnie złagodzić smutek twego oddalenia z kraju.
Wzruszyła mnie szczerość tych wyrazów i ujmująca prostota, z jaką zapewniała mnie o przyjaźni swoich rodaczek, i pomyślałam: „Jeżeli wszystkie Amerykanki są tak uprzejme, to ich kraj musi być prześliczny i gościnny dla cudzoziemców”.
Następnie zauważyłam, że w samej rzeczy Amerykanie mają tę uprzejmość w obejściu, tę serdeczność, która im dodaje szczególnego wdzięku. Wszystkie kobiety, które spotykałam w Ameryce, umiały swoim wzięciem9 się, swoją przychylnością, wzbudzić we mnie zaufanie; dały mi pewną swobodę, że nie czułam się obca wśród nich. Ich oświadczenia przyjaźni wcale nie są podobne do tej zimnej i ceremonialnej grzeczności europejskiej. Młoda moja towarzyszka podróży wielkie ma prawo do mojej wdzięczności, jej uśmiech dobrotliwy, jej uściśnienie ręki rozproszyły smutne myśli, które opanowały mój umysł i serce.
I wkrótce dowiodła mi, że jej słowa były szczere i że chce odtąd uważać mnie za swego gościa; przedstawiła mnie swojej matce, ojcu, bratu i wszyscy powiedzieli mi:
— Niech pani będzie spokojna, znajdziesz przyjaciół w Ameryce, wszyscy tam starać się będą, żeby się pani kraj nasz podobał.
Od tej chwili było mi z kilkoma rodzinami amerykańskimi tak dobrze, jak w gronie starych przyjaciół. Bardzo mało i źle znałam język angielski, ubiegano się więc o pierwszeństwo zaszczytu nauczenia mnie czytać, wymawiać w sposób syczący te dziwne, nierówne wyrazy, aby być zrozumianą przez Anglików.
Jakże miłe mi było to dobre przyjęcie! Przyznaję, że gościnność, gotowość pomagania cudzoziemcom są prześliczne cnoty; ludy zbyt oświecone zapominają o nich, zastępują je zimną ceremonią, a to szkoda prawdziwie.
Niechże Amerykanka sama, jadąc statkiem do Francji, znajdzie się w towarzystwie rodzin francuskich, będą na nią spoglądali z nieufnością. „Kto to może być?” — zapytywać się będą między sobą. Kobiety będą dla niej obojętne, oględne, mężczyźni zaś zbliżą się do niej w chęci powiedzenia kilku frazesów grzeczności interesownej, a w każdym razie nieco zuchwałej, ja zaś przez całą drogę doznawałam od Amerykanów największych względów; starali się robić mi wszelkie przysługi, i to z taką grzecznością, że znajdowałam się między nimi z całym zaufaniem.
Na pokładzie „Saint Laurent” znajdował się jeden z najsławniejszych ludzi Ameryki, znany w świecie całym Morse, wynalazca najprostszego systemu telegraficznego przyjętego w całej Europie.
Wszystkie rządy razem dają panu Morse pięćdziesiąt tysięcy franków pensji jako wynagrodzenie za wynalazek, został nadto ozdobiony wieloma krzyżami i orderami.
Znakomity ten uczony jest zarazem człowiekiem bardzo sympatycznej powierzchowności. Jest to starzec z długą siwą brodą, ma postać poważną, oko łagodne i pojętne. Jeden rys z jego życia może nam dać wyobrażenie o jego pięknym sercu.
Owdowiawszy, został członkiem Komisji Wychowania Głuchoniemych; zwiedzał więc często szkoły, w których kształcą te biedne ofiary dziwactwa natury.
I spostrzegł tam jedną dziewczynkę; była ona ładna, lecz na jej miłej, słodkiej twarzyczce rozlany był smutek, pochodzący zapewne ze świadomości kalectwa, jakiemu podlegała!
Morse zrozumiał cierpienie pięknej dziewczyny i zajął się nią. Wyuczył się sam mowy głuchoniemych i w niej wyraził uczucia swe dla dziewicy, razu jednego rzekł do niej:
— Chcesz zostać moją towarzyszką, moją żoną?
— Nie — odpowiedziała młoda osoba — zbyt wielkie byłoby to poświęcenie z pańskiej strony. Istota pozbawiona słuchu i mowy smutną byłaby dla was towarzyszką.
Morse nalegał, bo kochał ją prawdziwie, a miłość jego była podwojona współczuciem dla nieszczęśliwej dziewczyny.
— Wyleczę cię — mówił — jestem pewny, że cierpliwość i starania moje obdarzą cię słuchem i głosem.
Głuchoniema także pokochała tego człowieka, tak dobrego i zacnego, który dawał jej dowody szczerej miłości; oddała mu swą rękę.
Ślub odbył się w kościele głuchoniemych, w obecności wszystkich jej koleżanek szkolnych. Była to ceremonia bardzo wzruszająca.
Morse nie był jeszcze podówczas sławnym wynalazcą telegrafów, ale był już znakomitym malarzem.
Przyjaciele jego nie mogli zrozumieć podobnego wyboru.
— Co za dziwaczna myśl — mówili — żenić się z głuchoniemą.
On tymczasem pojechał z żoną na wieś i tam, z dala od świata, poświęcił jej się zupełnie, badał tajemnice nauki i sztuki, aby ją tylko uzdrowić.
Przez trzy lata robił na niej doświadczenia magnetyczne i elektryczne z cierpliwością bez granic. Udało mu się najprzód słyszeć, jak jąkała parę wyrazów, następnie wypowiadała małe zdanie, aż nareszcie zaczęła cokolwiek słyszeć i mówić.
Dziś można tylko powiedzieć, że ma nieco tępy słuch, ale słysząc ją mówiącą, nikt by nie domyślił się, że do osiemnastu lat była niema.
Jąka się tylko trochę i z trudnością wymawia długie wyrazy.
Męża swego ubóstwia. Wielkie czarne oczy zwraca zawsze ku niemu z niewypowiedzianą czułością. Mają troje dzieci, dwóch synów, dobrze wychowanych młodzieńców, i jedną córkę, najśliczniejsze stworzenie w świecie; dobra, kochająca, zawsze zajęta przypodobaniem się każdemu, zdaje się nie wiedzieć ani domyślać nawet, że jest piękna.
Cała rodzina Morse’ów znajdowała się na pokładzie „Saint Laurent”. Przyjemnie mi było poznać się z nimi, a gdy przybyłam do Nowego Jorku, oprowadzili mnie po mieście i przyjmowali z największą życzliwością i dobrocią. Kiedy patrzę na tę rodzinę kochającą się, szanującą wzajemnie, gościnną, rodzinę prostych obyczajów, przychodzą mi na myśl te rody patriarchalne, o których wspomina Pismo Święte.
Było kilku Francuzów na pokładzie „Saint-Laurent”. Zaraz w podróży przekonałam się, że to prawda, jakoby Francuz tracił takt i dowcip, opuściwszy swój kraj. Nie wiem dlaczego, każdy mój rodak za granicą nie widzi nic przyjemniejszego nad wyszydzanie i krytykowanie wszystkiego, co nie jest francuskie.
O wszystkich krajach wydaje uporczywy sąd ze stanowiska Francji.
Każdy zwyczaj, każda opinia różniąca się od naszych oburzają go.
Dla niego kraj jest francuski albo nie jest francuski.
Jeżeli obyczaje, zwyczaje różnią się od francuskich, mówi bez ogródki:
— To kraj dziki, barbarzyński, śmieszny.
Nie chce zrozumieć, że każda kraina ma swoje wady, przymioty, obyczaje, zależne od klimatu, w którym się znajduje.
Bo jeżeli klimat ma wpływ na zwierzęta, rośliny, minerały, wpływa także, i to nierównie więcej na charakter, temperament, a tym samym na obyczaje i zwyczaje ludzi.
Wszyscy Francuzi na pokładzie, uważając to pewnie za dobry ton, powtarzali głośno przy Amerykanach:
— Jaki to szkaradny naród, sami złodzieje, grubianie, źle wychowani, pospolici.
Amerykanie, snadź10 przywykli do tych grzeczności, wzruszali tylko ramionami.
To przypomina jednego Chińczyka, bardzo rozumnego, który mi raz powiedział:
— Naród francuski jest bardzo grzeczny i dowcipny; lubię bardzo Francuzów, ale takich, jakimi są we Francji, ale bynajmniej nie takich, jakich widziałem w Chinach.
W samej rzeczy, gdziekolwiek ich spotkałam, robiłam to samo spostrzeżenie, że każdy z nich inny jest za granicą i że traci bardzo na tej zmianie.
Kiedy ktoś tak jak ja nie boi się morza, choroby morskiej, to podróż po Atlantyku jest dla niego bardzo interesująca; robią się tu spostrzeżenia nadzwyczaj ciekawe; na pokładzie odgrywają się komedie, czasami zabawne, czasami sentymentalne.
Lekarz statku „Saint Laurent”, człowiek pełen rozumu, nader spostrzegawczy; pisze on dziennik, pewien rodzaj latarni czarnoksięskiej11, w której pokazują się typy najdziwaczniejsze obok najpiękniejszych. Ten dziennik, fotogram pokładu byłby dziełkiem humorystycznym, bardzo zabawnym. Znajdujemy w nim:
życiorysy pasażerek, pasażerów, nawet opis choroby morskiej,
dwa rozdziały pod tytułami „Całą siłą pary!” oraz „Nauka, która się bardzo udała”,
inny rozdział, nie mniej zabawny, pod tytułem: „Majtek na pokładzie”.
Poczciwy doktór mógłby dodać do tego wszystkiego biografię bojaźni. Jakże to uczucie czyni ludzi szpetnymi i nieprzyjemnymi!
Trzeba wyznać, że nasza podróż po oceanie nie jest wolna od niebezpieczeństwa, a w każdym razie dość jest przykra.
Zdaje się, jakoby żywioły sprzysięgły się celem przeszkodzenia mieszkańcom Starego Świata komunikować się z mieszkańcami Nowego.
Wiatr ciągle przeciwny; para, jak rumak zadyszany, wydaje huk rozpaczy i uderza o olbrzymie bałwany, które piętrząc się przed statkiem, chcą tamować jego bieg; maszty wstrząsane wichrem wydają ponury łoskot; od piątej godziny wieczór gęsta mgła rozciąga się na morzu; nie można dostrzec statku na dwadzieścia metrów, wtenczas dzwon rozlega się głosem przenikliwym przez noc całą i zdaje się przypominać podróżnym, że lada chwila mogą trącić o jakiś statek lub o jakąś skałę i że dosyć także jednej chwili dla pochłonięcia statku i podróżnych w głębokościach oceanu.
Rok 1868 był najgorszym dla podobnych podróży12. Zdaje się, że nigdy nie pływało po Atlantyku tyle gór z lodu i tak olbrzymich. Kiedy słońce pozłaca te masy, lód błyszczy tysiącem ogni, widok prawdziwie czarujący.
Przez trzy dni „Saint Laurent” był otoczony tymi kolosalnymi masami, z których niektóre miały na wysokość pięćdziesiąt metrów i jeszcze raz tyle zagłębiały się pod wodą. Pędzą one szybko z mórz północnych i płyną przez ocean, niwecząc wszystko po drodze. Biada statkowi, który o nie uderzy, gdyż zatonie w jednej chwili, a wraz z nim kilkaset istot żyć przestanie.
Tak nazwany Le Tron du diable, punkt środkowy oceanu, zdaje się być bardzo niebezpieczny. W tym miejscu istotnie bałwany jakby chciały nas pochłonąć lub wciągnąć w głębię otwartą; słychać pod okrętem podziemny ryk, coś przerażającego; statek walczy z jakimś wirem, ogromnym i wściekłym. Przyznaję atoli, że na wielkich, mocnych steamerach13 Towarzystwa Transatlantyckiego14, nie ma obawy podróżować; mają one po sto metrów długości; ich budowa może się opierać wściekłości oceanu; dowódcy tych parowców są to ludzie chowani na morzu, przyzwyczajeni do tej niebezpiecznej żeglugi; lecz mówię otwarcie, nie chciałabym odbywać tej podróży na małych statkach różnych kompanii. Kiedy takie kolosy jak „Saint Laurent”, jak „Le Pereire”, jak „La Ville de Paris” ciężko walczą z rozhukanymi falami i wiatrami, jakże ubolewam nad podróżnymi małych statków, które od czasu do czasu spotykamy.
Statki pocztowe powstały za panowania Ludwika Filipa15. Na kilku statkach parowych o sile 160 koni16 (niektórych o sile 240), tak rządowych, jak prywatnych, przewożono najpierw depesze i pasażerów na główne punkty Morza Śródziemnego; te statki zostawały pod rozkazami poruczników okrętowych, a marynarze państwa stanowili ich załogę.
Wkrótce jednak przekonano się, że te statki pod zarządem wojskowym kosztowały wiele, a nie odpowiadały zamierzonemu celowi.
Kupcy i właściciele okrętów marsylskich, a na pierwszym miejscu dom handlowy Rostan, byli promotorami urządzenia służby teraźniejszej; wsparcia pieniężne wyjednano od rządu; okręty rządowe ustąpiono kompanii Kurierów Cesarskich17, która na szczęście miała na czele administracji i od samego założenia dwóch ludzi znakomitych: pana Alberta Rosta, organizatora i pana Simmensa finansistę; później pan Rostan ustąpił miejsca panu Behic, także doskonałemu administratorowi.
Przewozy wojska, sprzętów i osób prywatnych podczas wojny krymskiej wzbogaciły Kurierów Cesarskich; od tego czasu wzrosła potęga tej kompanii, jej akcje potroiły swą wartość i dlatego, kiedy szło o urządzenie komunikacji między Brazylią a Indiami, kompania ta łatwo znalazła fundusze do tego potrzebne.
Wiadomo, że kompania transatlantycka uformowała się przed samą wojną meksykańską18. Pereirowie byli głównymi jej założycielami. Statki jej w bardzo krótkim czasie doszły do wielkiej doskonałości. Dowódcy i oficerowie są doskonałymi marynarzami; liczba oficerów, mechaników, palaczy, majtków jest dostateczna dla zaradzenia wypadkowi.
Kuchnia na pokładzie statków Towarzystwa Transatlantyckiego jest bardzo zdrowa, wystarczająca dla służby okrętowej, a wyszukana i urozmaicona dla pasażerów; nakrycie stołu wykwintne, potrawy takie, że mogą zadowolić najwybredniejsze podniebienia.
Kawa, herbata czekolada od siódmej godziny podawane są w kabinach lub w sali; zupełne śniadanie o dziewiątej, obiad o piątej, herbata i grog19 o ósmej.
Podróż z Francji do Ameryki dlatego jest męcząca, że nie widać wcale lądu. Zostaje się ciągle śród20 niezmierzonych wód, znikąd żywności nabyć nie można.
Wszystkie zapasy, nawet mleko, dobrze się przechowują w lodzie, nic się nie psuje; ale muszę wyznać, że jeżeli w pierwszych dniach jem wszystko z przyjemnością, to w ostatnich, przeciwnie, mogę jeść tylko jarzyny i pekeflejsz21. Myśl, że ryby i mięso są na statku od ośmiu lub dziesięciu dni, sprawia mi odrazę.
Statki Kurierów, jak i Towarzystwa prześlicznie są zbudowane, część żeglarska zupełnie oddzielona od miejsca zostawionego dla pasażerów, żeby ci ostatni mogli tańczyć, śpiewać i bawić się, nie przeszkadzając służbie; to jeszcze ma i tę dogodność, że nieraz da się ukryć wypadek lub niebezpieczeństwo przed pasażerami, którzy, mówiąc tu nawiasowo, nie są zwykle bardzo odważni.
Niech mi będzie wolno odezwać się trochę złośliwie o płci silnej... Odwaga jej na morzu nie równa się nawet odwadze płci słabej, wszyscy żeglarze świadczą, że kobieta w chwili niebezpieczeństwa z większą obojętnością i stoicyzmem patrzy na śmierć nieuchronną...
Kapitan „Pereiry”, Duchesne, doskonały żeglarz, opowiadał mi raz, że dowodząc innym statkiem, spostrzegł ogromny otwór, którym się woda cisnęła; trzeba było wszelkimi sposobami zaradzić złu, inaczej statek zatonąłby w bezdennej przepaści; gdy pomoc służby żeglarskiej była niedostateczna, wezwano pasażerów. Kobiety rączo i energicznie wzięły się do roboty; mężczyźni zaś na wiadomość o niebezpieczeństwie dostali większych ataków choroby morskiej i tylko jeden Anglik zeskoczył z łóżka, a drżąc z bojaźni i zimna, bo był zaledwie odziany, bez obuwia, pracował przez pięć godzin, powtarzając na głos ustępy z Pisma Świętego. Najodważniejszy człowiek na lądzie staje się dzieckiem na morzu, lada co go trwoży i sił pozbawia. Chciałby, żeby mu wytłumaczono przyczynę każdego manewru, każdego obrotu... Dlatego też kapitan okrętu trzyma się z daleka od pasażerów, aby uniknąć tych próżnych pytań, które powtarzałyby się co chwila.
I dlatego bardzo jest rzeczą pożyteczną i rozsądną, że część żeglarska statku jest odosobniona i może ukryć przed podróżnymi małe wypadki, a często nawet grożące niebezpieczeństwo.
Kiedy „L’Impératrice”, statek Kurierów, wybierał się w 1862 roku w żeglugę przez Kanał Sueski do Hongkongu, o dwieście mil od Adenu o ósmej godzinie wieczorem na okręcie zapalił się węgiel kamienny. Kapitan wydał rozkazy potrzebne dla przytłumienia pożaru, a chcąc uniknąć krzyku, płaczu i wrzawy pasażerów, co by przeszkadzało tylko robotnikom w niesieniu pomocy i gaszeniu ognia, nie pozwolił nikomu mówić o tym, ale owszem, rozkazał oświetlić tylną część okrętu i rzekł: „Ponieważ pogoda prześliczna, noc ciepła, statek prawie się nie porusza, pobawcie się państwo”. Przyjęto tę propozycją z wdzięcznością. Zawieszone płótno zasłaniało pracę robotników przy tamowaniu szerzących się płomieni, a zadowoleni podróżni tańczyli do drugiej godziny rano, po czym udali się na spoczynek, nie domyślając się wcale, na jakie niebezpieczeństwo byli narażeni.
Jest jedna trudność, prawie niepokonana na statkach, w uczynieniu życia wygodnym dla pasażerów, a tą jest nocleg. Miejsce jest ograniczone, ścieśnione, łóżka muszą być jedne nad drugimi... Czyż może być coś przykrzejszego jak pokoik na okręcie z czterema lub sześcioma łóżkami? Nad głową sąsiad trapiony morską chorobą.
Być zamkniętą jakby w więzieniu i znosić towarzystwo nieznajomych!
Co do mnie, dwanaście razy odbywałam podróże po różnych morzach, a zawsze tak szczęśliwie trafiałam, że nie miałam żadnej towarzyszki w kajucie; samotność moją uważałam za największe szczęście.
Gdyby urządzono jak najszczuplejsze kajutki na jedną osobę, podróż stałaby się o połowę mniej przykra.
Może ktoś powie: „W takim razie można opłacić cały jeden pokoik i mieć wygodę”. Rada dobra dla krezusów22, ale krezusów niewielu... Każde łóżko kosztuje 3000 franków z Marsylii do Hongkongu, a zatem za jedną kajutę z czterema łóżkami (najmniejsza) zapłacić trzeba 12 000 franków. Obok słusznych pochwał, jakie z przyjemnością oddaję budowniczym statków pocztowych transatlantyckich, wyznać jednak muszę, że panowie ci zapomnieli o grzeczności dla dam. Mężczyźni oprócz sali jadalnej wspólnej z kobietami mają osobny śliczny salonik do palenia cygar na pokładzie; jest w nim dużo okien, powietrze świeże, położony w samym środku statku, gdzie kołysanie najmniej czuć się daje... Kobiety mają także salonik, ale w głębi okrętu, światło dochodzi tylko z korytarzy, lekkie przepierzenie oddziela je od maszyny tak dalece, że narażone są na nieprzyjemny zapach rozgrzanego tłuszczu i na głuszący łoskot maszyny, mało mają powietrza, a już żadnego widoku. Administratorzy tych statków powinni by pamiętać, że nazwa Francuza obowiązuje, niech więc umieszczą gdzie indziej piękny salonik dla dam albo, co jeszcze łatwiej, ten lepszy, wygodniejszy niech dadzą kobietom, a gorszy przeznaczą dla mężczyzn. Płeć brzydka tak jest grzeczna, nie będzie to dla niej żadną ofiarą!
W każdym razie konieczną jest rzeczą zmienić miejsce salonu dla dam.
Nauka żeglugi jako trudność pokonana wydaje mi się jedną z najpiękniejszych, najgodniejszych podziwienia.
Ten niezmierzony, jednostajny ocean to prawdziwy labirynt, a jednakże nasi żeglarze tak go znają, że urządzili śród niego rodzaj grobli; trzymając się tego kierunku, nie zboczą nawet na pięćdziesiąt metrów w prawo lub w lewo.
Wszystkie okręty płynące do Nowego Jorku lub na powrót suną po tej grobli, która ma najwyżej dwieście metrów szerokości. Spotykają się i mijają obok siebie na odległość strzału karabinowego. Podczas mgły jest to jedno niebezpieczeństwo więcej; kapitanowie stoją całymi nocami na mostku jako na swoim stanowisku obserwacyjnym, bez względu na pogodę.
Przykry to obowiązek i niemało potrzeba odwagi do przyjęcia takowego.
Żeglarz tym się różni od żołnierza, że ten ostatni narażany bywa na niebezpieczeństwo raz, dwa razy w życiu, wtenczas kiedy jest na wojnie; po zawarciu pokoju walka ustaje, żołnierz może wrócić do spokojnego życia. Dla żeglarza walka nigdy się nie skończy, niebezpieczeństwo przed nim zawsze okropne, groźne!
Śmierć ciągle przed jego oczyma; nie może ani na chwilę być spokojny.
Musi walczyć, walczyć bez przestanku, życie jego całe to jedna długa walka ze strasznym niebezpieczeństwem, z wodą, z ogniem, z nawałnicą. Czuwa on dzień i noc, bo gdyby sobie pozwolił choć chwilę rozrywki, już byłoby po statku, kilkaset osób straciłoby życie.
Na okręcie wszyscy żeglarze, od chłopca okrętowego do kapitana, mają twarz zamyśloną, poważną, bo wiedzą, że najmniejsza nieroztropność, jeden obrót źle wykonany naraża życie wielu istot.
Nauka żeglugi trudna jest i zawikłana, wymaga znajomości matematyki, astronomii, ale za to jakże jest użyteczna, wielka i godna uwielbienia!
Chcąc być żeglarzem, trzeba mieć naukę, i co ważniejsze, tę odwagę stoicką, która czyni nas zdolnymi nie tylko nie lękać się śmierci raz, dziesięć razy w życiu, ale patrzeć jej w oczy dwadzieścia razy na dzień, co godzina, co chwila.
Żeglarz to człowiek niepospolity. Mając ciągle przed swoim wzrokiem nieskończoność, morze bez granic wokoło siebie i niebo bez końca nad sobą, przywyka do życia kontemplacyjnego, samotnego, staje się marzycielem, poetą; podziwiając wielkość natury, nie przywiązuje się, jak inni ludzie, do wielkości ziemskich, rzekomych.
Żeglarzami nie miota żądza wyniesienia się; biorą oni życie tak, jak się je brać powinno, za rzecz przemijającą, którą jedno nic, jeden cios, jedno tchnienie może zniweczyć.
Żeglarz jest zwykle dobry, prawy, jest filozofem, znosi ze swobodą nudy, troski, zmartwienia nieodstępne od doli ludzkiej.
Ze względu na naukę, jaką musi posiadać, życie czynne, usługi, jakie oddaje społeczeństwu, a także swój charakter jest to człowiek najsympatyczniejszy i najgodniejszy sympatii całej ludzkości.
Za przybyciem23 do Nowego Jorku nie spostrzega się od razu wszystkich piękności natury Nowego Świata. Miasto przedstawia się przybyszowi z najbrzydszej strony. Podróżny, dokąd okiem zasięgnąć może, nie dopatrzy żadnego pięknego pomnika. Widzi tylko mnóstwo dachów płaskich i tysiące kominów, jak w miastach wschodnich. Nowy Jork nie ma pięknych ulic nadbrzeżnych; nadają tu to nazwę szerokiej drodze brudnej, zastawionej lichymi ruderami drewnianymi.
Każda kompania wystawiła na rzece pewien rodzaj ogromnej szopy. Statek zarzuca kotwicę w bliskości takiej szopy, ustawiają most, podróżni przechodzą na ląd; towary, pakunki przenoszą do szopy; komora posyła tam swoich ludzi do zrewidowania kufrów.
Nic nieznośniejszego dla podróżujących nad komory celne. Oburzające jest prawo pozwalać ludziom, którzy nie zawsze mają czyste ręce, przewracać w walizach, ruszać każdą rzecz z osobna, rozrzucać ją, rozwijać, brudzić, a właściciel gniewać się nawet o to nie może.
Muszę jednak oddać sprawiedliwość celnikom amerykańskim; grzeczniejsi oni jeszcze od wielu innych. Nade wszystko pochwalam w nich to poszanowanie człowieka, wskutek którego naród amerykański postanowił, że każdy może być wolny od rewizji celnej, jeżeli tylko przysięgnie, że nie ma nic, co by ulegało opłacie.
Wolność ma także swoje nieprzyjemne strony. Powozy publiczne nie mają w Ameryce żadnej taryfy. W czasie niepogody woźnica podaje ceny niesłychane; wsiąść i kazać jechać, jak u nas zwykliśmy robić, nikt się nie odważy, bo właściciel dorożki zawołałby policjanta i kazałby wysiąść.
Zapłaciłam więc i wszyscy pasażerowie zapłacili, jak ja, po czterdzieści franków za przewiezienie z ulicy nadbrzeżnej do hotelu.
Europejczykowi przybywającemu pierwszy raz do Ameryki Nowy Jork źle wpada w oko.
Co do mnie, wydało mi się to miasto obszernym rynkiem jarmarcznym; wszędzie ogromne afisze, dziwaczne, śmieszne; całe domy, wszystkie mury nimi zawieszone.
Zaraz przychodzi Barnum24 na myśl i bierze chętka zapytać, czy mamy przed sobą lud rozumny, silny, potężny, czy też oglądać będziemy samych wytrawnych kuglarzy.
Z wolna przyzwyczaja się cudzoziemiec do tych różnokolorowych afiszów. Pojmuje, że ten naród żyjący bardzo szybko, bo tylko z parą ma do czynienia, naród, który wziął za dewizę: „Time is money”25, słusznie żąda, aby dostawcy oszczędzili mu trudu szukania swoich towarów, chce więc za jednym rzutem oka wiedzieć, gdzie sprzedają najlepszą czekoladę, gdzie robią dobre buty i gdzie może wieczorem przepędzić kilka godzin dla rozerwania się po całodziennych trudach.
Afisze i ogłoszenia są więc konieczne w Ameryce.
Nowy Jork i Albany to dwa najdawniejsze miasta Stanów Zjednoczonych.
W sześć lat po odkryciu i zbadaniu rzeki, której dał swoje imię nieustraszony podróżnik Henryk Hudson, uformowały się w bliskości dwie osady holenderskie: jedna została nazwana Port Orange, druga Nowy Amsterdam.
Port Orange przybrało później nazwę Albany: to miasto jest stolicą stanu Nowego Jorku. Nowy Amsterdam stał się samym Nowym Jorkiem, a nazwę tę zyskał za czasów posiadłości angielskiej, na cześć Jakuba, wielkiego księcia Yorku. Dziś to miasto najważniejsze w Stanach Zjednoczonych, ale jest do przewidzenia, że niedługo Chicago przewyższy je w ludności, zbytku i bogactwie26.
Nowy Jork leży na południu wyspy Manhattan, nad wielką zatoką, rozciąga się więcej ku części północnej wyspy, ale jeżeli ludność jego ciągle tak wzrastać będzie, to wkrótce zapełni wyspę. Rzeka Hudson oblewa je wężykowato i tworzy małe wysepki; piękne to, wdzięczne, kiedy na statku objeżdża się wyspę naokoło, ale z miasta nie widać ani rzek, ani morza, bo, jak powiedziałam, ulice nadbrzeżne bardzo brudne; mnóstwo bud drewnianych zasłania wodę.
Rzeki te czynią pobyt w mieście nieznośnym, bo w lecie upał wilgotny, nużący; mniej pod tym względem cierpiałam na pustyni Sahary niż w Nowym Jorku.
W Egipcie noce chłodne i prześliczne, od czwartej godziny po południu promienie słońca tracą siłę, pada rosa i oddycha się swobodnie.
W Nowym Jorku przeciwnie, przez cały czas, jak słońce świeci, jest cokolwiek chłodu, wietrzyk chwilami odświeża powietrze, ale przestaje wiać, jak tylko słońce zniknie; powietrze wtenczas staje się ciężkie jak w łaźni parowej. W nocy niebo staje się czerwone jak krew; ciepłe wyziewy unoszą się nad miastem; człowiek doznaje uczucia oczadzenia, duszenia się; jedynym miejscem, w którym można mieć trochę lżejszą atmosferę, jest Central Park na wzgórzu nad miastem.
Amerykanie chcieli naśladować nasz Lasek Buloński27. Trzeba przyznać, że dzięki urodzajności gruntu mają nawet coś piękniejszego, coś wspanialszego.
Roboty około tego parku zaczęły się od prawdziwej bitwy. Początkowo mnóstwo żebraków, cyganów, awanturników i złodziejów wyprowadziło się na to miejsce; nazwano ich squatters, popostawiali tu sobie chałupki, liche, drewniane. Nie można było we dnie zajść w te strony bez niebezpieczeństwa; w nocy z pewnością narażono by się na obdarcie lub zabicie.
Od ósmej, dziewiątej godziny wieczór ludzie ci puszczali się do Nowego Jorku, aby tam zużytkować swój przemysł, po czym powracali ze zdobyczą na swoje wzgórze. Policja nawet nie śmiała się zabrać do nich.
Kiedy już postanowiono urządzić park, a najprzód przebić szerokie drogi w lesie, wezwano urzędownie tych ludzi, żeby jak najprędzej zmienili miejsce swojego pobytu. Za całą odpowiedź złoczyńcy wzięli broń do ręki, zaklinając się, że pójdą gromadnie podpalić miasto, jeżeli władza zechce ich stamtąd wypędzić. Opierali się na prawie, które nadawało posiadanie gruntu temu, kto go pierwszy zajął. Lecz trzeba ich było koniecznie stamtąd wyrugować. Mieszkańcy chcieli mieć piękne miejsce przechadzki, a nade wszystko pozbyć się raz jaskini łotrów.
Jeszcze raz wezwano ich, ażeby się wydalili i zaczęto obalać ich chałupy; wtenczas wściekłość opanowała awanturników; rzucili się na Nowy Jork, każdy z zapaloną pochodnią w jednej ręce, a rewolwerem w drugiej.
Dał się słyszeć dzwon na trwogę, pozamykano magazyny, strach ogarnął wszystkich mieszkańców miasta; mer28 zwołał pośpiesznie gwardię narodową, kilkuset żołnierzy znajdujących się w mieście wraz z policjantami wyruszyło na tych zbójców.
Walka zacięta z obu stron trwała dwa dni.
Zapewniano mnie, że do tysiąca tych nędzników zginęło; pochowano ich jak najśpieszniej, nic nie mówiąc o liczbie. Ci, którzy pozostali, schronili się na pola okoliczne, na stepy.
Central Park kosztował mieszkańców Nowego Jorku przeszło sto milionów.
Słyszałam nieraz o muchach, które w nocy wydają światło i blask taki jak najpiękniejsze diamenty; wiedziałam, że kobiety hawańskie wsadzają je na szpilki, dbając o to, by nie tak prędko pozbawiać je życia, bo z nim i iskra błyszcząca gaśnie; wpinają potem owe muchy we włosy, a czasem w fałdy tiulowych sukien; na balu zdaje się, jakoby te panie potarte były fosforem. Nie widziałam dotąd nigdy takich owadów i nie myślałam, że ich blask w ciemności może być tak znaczny.
Kiedy pierwszy raz wieczorem przybyłam do Central Parku, upał był nie do zniesienia. Wszedłszy do lasku, spostrzegam naokoło siebie to krzaki gorejące, to znowu słupy ogniste, z których jeden pędem zbliża się do mnie, i już widzę naokoło siebie mnóstwo drobnych iskierek. Zapytuję, co to być może i skąd się biorą te błyskotki ogniste; wtem jedna z nich siada mi na głowie i więźnie we włosach. Czym prędzej chwytam ręką i widzę muchę trochę większą od naszej; skrzydła jej i spód ciała tak błyszczą jak rozżarzony węgiel.
Wszystkie te fire flys, tak je nazywają, robią czarowny efekt podczas letnich nocy w Central Parku.
Kto ma bujną imaginację, może sobie wyobrażać, że te iskry są to dusze umarłych wesoło pląsające.
Raz tworzą one grupy, to znów dziwaczne desenie, niektóre unoszą się parami, inne pojedynczo, jakby uciekały spłoszone; na prawo na lewo, wzbijają się w obłoki lub znowu spadają na ziemię... zbliżają się do krzaka, gdzie widać tysiące ich sióstr, krążą koło nich, a następnie opuszczają zniechęcone, niby dusze szukające dusz ukochanych.
Szelest ich skrzydeł czyni wrażenie tajemniczego szmeru, coś w rodzaju westchnień lub pocałunków. A jeżeli któraś z nich dotknie twarzy, jeżeli na niej usiądzie, to mimowolnie człowiek zadrży i pomyśli: „Czy to nie duch drugi, ukochany, który tym ognistym pocałunkiem przypomina się naszej pamięci?”.
Niektóre z tych fire flys błąkają się i po ulicach Nowego Jorku. Widzieć je można przelatujące z drzewa na drzewo, a wtedy wydaje się jakoby deszcz ognisty spadał na miasto.
Jeżeli ciemno w mieszkaniach, to muchy te wlatują przez okna i w jednej chwili rój owadów oświetla wszystkie pokoje latającymi iskrami.
Wyobrażałam sobie, że Nowy Jork, to miasto pochodzenia holenderskiego, musi przypominać matkę-ojczyznę swoją nadzwyczajną czystością i porządkiem; jakże się zawiodłam!
Są tu wprawdzie piękne chodniki marmurowe, ale tak źle utrzymane, że można sobie w nocy połamać nogi, co krok to wyboje i dziury.
Domy kamienne, ciemnej marmurowej barwy, przed każdym ogródek, a nadto ulice wysadzone kwitnącymi drzewami; widok więc wesoły.
Ale niestety drzewa te pokryte są czarnymi liszkami29 o czerwonych łebkach. Na każdym listku liszek tych pełno; gdy przechodzisz, zaczepiają się o ubranie i włażą na twarz; co za obrzydliwość! Raz znalazłam na sobie blisko pięćdziesiąt tych poczwarek.
Nie ma wróbli w Ameryce; te, które tam przywieziono, są cenione i chowane z wielką troskliwością; porobiono małe domeczki drewniane dla nich na każdym drzewie; lecz i cóż to pomoże: na dziesięć milionów liszek jest zaledwie jeden wróbel.
Biedne ptaszyny chorują, schną w tym klimacie piekielnym, ale za to liszki są niesłychanie tłuste. Administracja dróg i ulic powinna by pomyśleć o wytępieniu tych gąsienic i rozkazać palić siarkę pod drzewami.
Kiedy ktoś robi te uwagi Amerykanom, to usłyszy następującą odpowiedź:
— Płacimy i tak miliony na utrzymanie miasta, ale ci, do których to należy, wolą chować te pieniądze do kieszeni niż wydawać je na bruk lub na udogodnienie życia mieszkańców.
Gdyby jakiś wynalazca odkrył, że liszka spalona, utłuczona, żywa lub martwa może się na coś przydać, przynieść zysk jakikolwiek, z pewnością Nowy Jork uwolniłby się od tych brzydkich owadów, wszyscy gentlemani wdrapywaliby się na drzewa dla obierania ich z liszek.
O czystości ulic dwie rzeczy mogą nam dać wyobrażenie.
Na pięknych murowanych chodnikach przed każdym domem znajduje się beczka na półtora łokcia wysoka; mieszkańcy tego domu wrzucają w nią wszystkie nieczystości, służba wypróżnia je w nocy; łatwo sobie wyobrazić, jak mile te szeregi beczek wpadają w oczy.
Każdy w imieniu wolności może zastawiać chodniki czym chce... Kupcy urządzają tu filie swoich magazynów, wypakowują na nich skrzynie, paki z towarami... ustawiają kosze, butelki... Wszyscy używają zupełnej wolności, prócz przechodnia, który nie może chodzić!...
W najludniejszej i najpiękniejszej części miasta zdarzyło mi się kilka razy widzieć zdechłe psy lub koty, leżące od kilku dni na bruku.
Na 23 ulicy30, która jest jedną z ulic arystokratycznych, zostawiono raz przez trzy dni konia zdechłego przed moimi drzwiami. Było to w sierpniu, podczas upałów zwrotnikowych. Cóż to za powietrze z tych wyziewów!
Nieczystość niższej części miasta i ulic nadbrzeżnych może tylko iść w porównanie z nieczystością, jaką się spotyka w Konstantynopolu.
Wszystkie miasta amerykańskie budowane są na jeden wzór. Z południa na północ idą wielkie drogi, poprzerzynane ulicami ze wschodu na zachód. Ulica, która tworzy środek Nowego Jorku i przerzyna wyspę przez całą jej długość, nazywa się Broadway: wyraz złożony z broad, szeroka, i way, droga. Ulica ta jest rzeczywiście bardzo szeroka, ma bowiem 26 metrów szerokości, na 6 kilometrów jest długa. Ostatni dom oznaczony cyfrą31 2800. Ulice są także numerowane. Wszystko tu dzieli się za wschód, południe, północ i zachód. Żeglarze mogą się łatwo orientować, ale ludzie pospolici niełatwo się z tym oswajają. Dlatego też radzę szukającym fortuny taki rodzaj przemysłu: kupić we Francji 600 000 busol po 2 franki i sprzedawać je w Ameryce po 20 franków.
Nowy Jork jest prawdziwie kosmopolityczny. Ci, co znają tylko to miasto, niech sobie nie pochlebiają, że mają jakie takie wyobrażenie o obyczajach amerykańskich.
Jest tu miasto niemieckie, które liczy 75 000 mieszkańców; ma swoje hotele, kluby, dzienniki niemieckie. Zupełnie tu inne życie, inne obyczaje; zdaje się, że to Drezno lub Wiedeń. Jest nawet ładny teatr, w którym grywają opery i dramaty niemieckie.
Jest znowu część miasta francuska. Ludność francuska w Nowym Jorku dochodzi najwyżej do pięciu lub sześciu tysięcy. Prócz rzadkich wyjątków, Francuzi tu wegetują tylko, nie robiąc ogromnych majątków.
Żyją najwięcej między sobą; wielu z nich nie umie ani słowa po angielsku. Pan M., człowiek nadzwyczaj wykształcony, mieszka w Ameryce od dwudziestu lat; natura jego interesów zmusza go mieć ciągle do czynienia z Amerykanami, jednakże nie zna ani jednego wyrazu ich języka.
Nie uczy się po angielsku trochę z lenistwa, a więcej jeszcze z nienawiści do tego narodu. Charakter francuski tak różni się od charakteru amerykańskiego, że Francuzi w żaden sposób nie mogą sympatyzować z narodem Nowego Świata; nudzą się w Ameryce, źle im tu. Całą ich rozrywką jest krytykować tutejsze obyczaje, zwyczaje, ludzi i rzeczy.
Ale za to w interesach Amerykanie biorą górę i umieją wyprowadzić w pole Francuza. Ten ostatni, nawet najchciwszy zysku w porównaniu z Amerykaninem, nazywany być może człowiekiem niesłychanie bezinteresownym.
Jeżeli kolonia moich rodaków nie jest najbogatsza, to natomiast jest najpoczciwsza, najszlachetniejsza.
Mamy tu również towarzystwo, kółko familijne, z kobiet i mężczyzn złożone. Nazywa się Harmonie Club. Zgromadzają się w nim całe rodziny. Jest wspólny stół, gdzie członkowie mogą jeść obiad, jest to salon do czytania, sala bilardowa, sala balowa, gdzie czasami tańczą, bez ceremonii i zbytku. Powinny by się i w Europie urządzać podobne towarzystwa. Zabawa byłaby serdeczniejsza; znaczna sumka od wszystkich dozwoliłaby za tanie pieniądze zjeść doskonały obiad, korzystać z bogatej biblioteki i z pięknych salonów. Ojcowie i mężowie graliby w bilard, a przez ten czas kobiety rozmawiałyby lub grały.
Prócz tych dwóch części miasta jest jeszcze trzecia, włoska; policja nie śmie tam nosa wetknąć, a mieszkańcy tej dzielnicy mogą się bić, zabijać, jak im się tylko podoba.
Jest nawet część miasta chińska!
Około tysiąc pięciuset Chińczyków osiadło w Nowym Jorku. Zebrali się w jeden punkt i tworzą mały osobny kraik; wszyscy prawie pożenili się z Irlandkami. Jeżeli mamy wierzyć podróżnikom piszącym o Chinach... kobiety są niewolnicami w Niebiańskim Cesarstwie i mężowie bardzo się źle z nimi obchodzą. Chińczycy osiedli w Nowym Jorku są natomiast mężami wzorowymi: łagodni, ulegli dla żon, wierni, stali, pracują z zapałem i zadziwiającą zręcznością.
Dawne rodziny holenderskie i angielskie stanowią tu rodzaj przedmieścia Saint-Germain32 Nowego Jorku.
Widzieć się tam daje prosta i serdeczna gościnność dawniejszych panów; żyją tylko ze sobą, przypuszczając niekiedy do swego kółka znakomitych cudzoziemców; wśród nich oddycha się wonią dobrego towarzystwa.
Część miasta w bliskości ulic nadbrzeżnych zamieszkana jest przez kupców i rzemieślników.
Marzeniem każdego kupca, każdego przemysłowca jest nabycie takiego majątku, ażeby mógł kupić sobie dom na Fifth Avenue33.
Fifth Avenue jest przedmieściem schodesów; tak nazywają nowo wzbogaconych parweniuszów, którzy nie mieli czasu jeszcze nauczyć się żyć w świecie. Ludzie ci tracą głowę, stawszy się panami domów we wspomnianej części miasta. Chcą błyszczeć, pokazać że są bogaci, olśnić wszystkich. Kobiety ozdabiają się złotem, brylantami, koronkami; od dziesiątej rano każda wystrojona jak na bal.
Widziałam na własne oczy w jednym z takich domów firanki prawdziwe koronkowe u okien i takież pokrowce na meblach.
Schodes, wydając bal u siebie, stara się nade wszystko, żeby goście widzieli, jak go dużo kosztował; wszyscy też pamiętają tu o komplemencie: „Musiałeś pan niemało wydać pieniędzy!”.
Paryżanie uskarżają się, może i słusznie, na szwaczki za ich tysiączne wymysły przy robocie sukien i żądanie cen bajecznych. Narzekają na zbytek swoich żon. Niechby im któryś z Amerykanów pokazał rachunki za stroje swej żony, a musieliby przyznać, że paryżanka obok Amerykanki nie tylko jest skromna, ale i oszczędna, prawie skąpa.
Na balach żony tych dorobkiewiczów występują w strojach najdziwaczniejszych, bez żadnego gustu, ale bogatych, bardzo bogatych. Każda z tych kobiet ma na sobie pięćset lub sześćset tysięcy franków w klejnotach, koronkach, piórach i kwiatach. Kolory czerwony, różowy, niebieski i zielony mieszają się tu bez ładu i symetrii.
Każda suknia sprowadzona z Francji, kosztująca tam 300 franków, po opłaceniu przewozu, cła, komisjonerów34 itd. wypadnie 900 franków. Ileż zapłacą za suknię balową, która w Paryżu kosztuje 1500 franków?
Kobieta przyswaja sobie prędzej niż mężczyzna każde nowe stanowisko, z łatwością i naturalnie wstępuje w nową sferę towarzystwa. Mężczyzna, przeciwnie. Niech tylko jakiś wielki pan lub człowiek dobrze wychowany pozostanie pewien czas w towarzystwie pospolitym, upodoba sobie w nim z pewnością.
W salonach więc Fifth Avenue kobiety nie zdradzają swego pochodzenia. Noszą one długie suknie, jeżeli nie ze swobodą, to zawsze z wdziękiem. Ubranie głowy z czasów Ludwika XV35.
Lubią bardzo puder i muszki, chociaż zamiast przypominać dawne markizy, podobne są do zgrabnych pokojówek.
A mężczyźni!
Wszyscy ci schodes mają chód i ruchy pospolite; dziwnie wyglądają przy swoich żonach. Niejeden z nich bije w oczy niemiecczyzną, żuje gałki tytoniu... Uderzają ręka w rękę na znak przyjaźni, odwijają rękawy dla powitania się.
Taniec w Ameryce jest twardą gimnastyką; dawny kadryl jest tylko w użyciu, ten kadryl, tak żałowany przez naszych ojców, którzy utrzymywali, że jest on weselszy i piękniejszy niż nowy kontredans.
Będąc dzieckiem, miałam metra36 tańca, który ucząc mnie teraźniejszych tańców, mówił często:
— Za moich czasów tańczono, dziś się tylko chodzi; za moich czasów potrzebna była gracja, giętkość, teraz zaś dobry tancerz powinien mieć minę poważną i sztywną. Dziś trzeba wydać się znudzonym przy zabawie. My zaś bawiliśmy się wesoło, co było naturalniejsze.
Kiedy wpadł na ten przedmiot, ożywiał się i zaczynał wykręcać piruety lub pas de Zephyr37.
Amerykanie nie chodzą, ale skaczą kontredansa. Nad walca i polkę przekładają germana. Taniec ten podobny jest do polki „skakanej” i mazurki „suwanej;” jest to rażąca mieszanina, a pary tancerzy podobne są do figurek klejonych z papieru, które się ciągnie za nitkę.
We Francji, jak w całej Europie, panny młode chodzą na bal, ale zachowują się skromnie, przyzwoicie. Ustępują miejsca zaszczytniejszego mężatkom, osobom w wieku szczególniej.
W Ameryce wszystko się dzieje inaczej.
Jeżeli pani domu ma córkę, to ta czyni honory domu; jest uprzejma, uprzedzająca dla panien, matkom ich zaledwie się ukłoni, nie troszczy się dla nich o miejsce, uważa je po prostu za osoby do towarzystwa przydane.
Można zarzucić Amerykankom, a tym bardziej Amerykanom, że nie szanują siwych włosów.
Po dziesięciu latach mieszkania przy Fifth Avenue, kiedy schodes przywyknie do swego majątku i stanowiska, opuszcza ze wszystkim to miejsce, a przenosi się na Madison Square lub Madison Avenue, gdzie mieszka arystokracja stara (do jej tytułu trzeba mieć najmniej dziesięć, a najwięcej czterdzieści lat posiadania majątku). Może ktoś myśli, że w tej wielkiej rzeczypospolitej38 nędza jest nieznana?
Po Londynie jest to pierwsze miasto, gdzie największa przedstawia się sprzeczność między ogromnymi majątkami z jednej strony a okropną nędzą z drugiej.
Są pewne ulice i zakątki, w które wchodzić nikt nie ośmiela się, nawet policja; jest tam ludność ogorzała, wynędzniała, w łachmanach, pokryta robactwem.
Wyrobnicy39, ludzie biedni zajmują tenement houses40, jest to pewien rodzaj osiedli wyrobniczych.
Niepodobna wyobrazić sobie tych tenement houses, trzeba widzieć na własne oczy, aby uwierzyć.
Proszę sobie przedstawić dom poczerniały, przy każdym oknie wiszą łachmany, materace, sienniki; roje much pokrywają te brudne gałgany.
Gdy wejdziesz zaduch nie pozwala ci oddychać, noga ślizga się po zabłoconej podłodze; słyszeć się dają klątwy, błagania, skargi, jęki, narzekania, wybuchy śmiechu itd. Gdy się zatrzymasz z zadziwienia, osoby, które cię przeprowadzają (bo trzeba pomocy policji, aby dojść do tych jam), uspokajają cię, mówiąc:
— To nic; ten budynek powinien mieścić tylko dziesięć osób; a w nim obecnie znajduje się sto, nic więc dziwnego, że jedni się biją, drudzy się bawią.
Jeżeli masz odwagę wejść do pierwszej izby, to zobaczysz leżących na ziemi pięćdziesiąt istot ludzkich na mokrej słomie lub brudnych materacach.
Kobiety, dziewczęta, dzieci, mężczyźni, starcy — wszystko to leży razem, poruszane robactwem, bez wstydu, skromności i obyczajności.
Bydlęcość tylko pozostała w tych biednych pariach41, bystrość rozumu zgasła, twarze ich szpetne, oczy bez życia, ponure.
We wszystkich izbach tego domu znajdujesz pięćdziesiąt lub sześćdziesiąt tych nieszczęśliwych razem; młoda mężatka obchodzi tam swój miodowy miesiąc, bo ci ludzie żenią się czasami, tu znowu dziecię na świat przychodzi, a tam na kupie gałganów umiera kobieta.
Kiedy zwiedzałam tenement houses, było to w lecie, różne epidemie panowały w Nowym Jorku. Nie umiem wypowiedzieć, jakie tam było powietrze; myślałam, że się zaduszę. Są izdebki mające zaledwie jedno małe okienko, a w nich żyje, albo raczej kona trzydzieści osób.
Widziałam wielką salę, w której było pięćdziesiąt tapczanów na ziemi; na jednym z nich jakiś mężczyzna umierał w konwulsjach, przy nim dziewczynka trzynastoletnia, klęcząc, szlochała na głos; obok dwóch pijaków, wysączających butelkę lichego wina, wyśmiewało się z wykrzykiwań umierającego.
Kobiety, dziewczęta stały tam, obojętnie patrząc, co się działo około nich, jedna ogryzała kość, druga czesała się. Na innym barłogu kobieta jakaś łamała się w boleściach; nikt nie biegł jej z pomocą.
W izbie sąsiedniej pijatyka; mężczyźni i kobiety bili się o ostatni kieliszek ostatniej butelki whisky.
Widok to był rozdzierający. Nie widziałam nigdy i nie wierzyłam, żeby rodzaj ludzki mógł dojść do takiego spodlenia; a kiedy pomyślałam, że pomiędzy tymi bydlętami byli może ludzie rozumni, kobiety obdarzone wyższym uczuciem, to złorzeczyłam tej ohydnej nędzy, która staje się żywiołem poniżenia, znikczemnienia natury ludzkiej i która wyradza tyle występków, tyle podłych i brudnych namiętności.
Rzecz dziwna, ludzie tracący czas na wyszukiwanie narzędzi zniszczenia lub wystawianie pomników chwały swego kraju nie pomyślą przecież naprawdę nad sposobem wyrugowania głodu i nędzy ze świata.
Ten tylko naród, który mógłby wyrzec do innych narodów: „U mnie ani jeden człowiek nie umiera z głodu, nie drży z zimna”, ten tylko naród zaiste miałby prawo nazwać się wielkim oświeconym!
Myliłby się ten, kto by myślał, że tenement houses są to schronienia bezpłatne dla ludzi niemogących najmować sobie mieszkań. Nie, Amerykanin jest praktyczny, robi pieniądz ze wszystkiego, umie nawet z nędzy ciągnąć dla siebie korzyści; tenement houses są domami spekulacyjnymi.
W miarę wzrastania ludności Nowego Jorku handel dociera do górnej części miasta, gdzie mieszkają tylko obywatele lub bankierzy.
Wtenczas dorobkiewicze, nie chcąc mieszać się z dawnymi kolegami, opuszczają swoje domy, a wielu obraca je na tenement houses; kilka z tych domów przed niedawnym czasem służyło za mieszkanie bogatym finansistom.
Wynajmują je nawet z meblami. Sprzęty te składają się z materaców lub ze słomy, o której mówiłam, z kilku krzeseł i stołów, z wielkiej kuchni, gdzie na wspólny koszt gotuje się zupę, w porównaniu z którą zupa naszych żołnierzy francuskich wydałaby się wykwintna.
Podczas epidemii mieszkania te są ogniskiem zarazy nie tylko dla tych, którzy tam przebywają i umierają jak muchy, ale i dla sąsiadów.
Rada zdrowia nie ma nad nimi żadnego dozoru: członkowie tego towarzystwa nie chcą się narażać na nieprzyjemność zwiedzania tych lochów.
Pożary często zdarzają się w tych domach, w jednym z takowych spaliło się sto sześćdziesiąt osób, bo jedno jest tylko wyjście, jedne schody; od czasu tej katastrofy policja zlitowała się i wymogła na właścicielach urządzenie kilkorga drzwi i schodów bocznych, dla ułatwienia ucieczki tym biednym ludziom.
Cudzoziemcom pragnącym poznać dobrze Nowy Jork polecam zwiedzać wszystkie poślednie części miasta, między innymi tak nazwaną niegdyś Five Points42. Tam zobaczą odwrotną stronę medalu zbytków Fifth Avenue, spostrzegą okropną demoralizację, która stanowi rażący kontrast z gorliwością religijną, tak głośną w innych częściach miasta.
Five Points ma swojego bohatera. Opowiem jego historię, bo ona maluje jedną stronę obyczajów i charakteru Amerykanów, a John Allène jest typem czysto amerykańskim.
John Allène, lepiej znany z przydomka „Coickedestman”, odebrał staranne wychowanie; ojciec jego, członek sekty metodystów, kształcił syna na księdza. Brat jego poszedł za wyznaniem matki i został pastorem.
Należał więc nasz bohater, jak widzimy, do szlachetnej familii. Mając lat dwadzieścia pięć, porzucił stan duchowny i oddał się handlowi: wszystkich dróg się chwytał.
Jednego dnia widziano na pozłacanym szyldzie błyszczący napis: „John Allène, bankier”. W sześć miesięcy później spotykano go jak na ulicy nadbrzeżnej pełnił obowiązki tragarza; brał się on i do faktorstwa43, ale zły los prześladował go wszędzie.
Jednego pięknego poranku mieszkańcy Nowego Jorku przerażeni zostali wiadomością, że John Allène, niegdyś ksiądz, brat pastora powszechnie szanowanego, otworzy karczmę w Five Points, karczmę wraz z domem nierządnym, utrzymywanym i prowadzonym przez niego. Gorszono się tym bardzo, jednakże przez ciekawość wszyscy chcieli widzieć Johna Allèna w tym nowym ohydnym zawodzie. Przez pół roku karczma jego była pełna. Ale gdy zaspokojono ciekawość, przychód zmniejszył się, Allène uciekał się do najniegodziwszych sposobów, aby tylko ściągnąć publiczność do siebie; dom jego tak stał się gorszący, że co wieczór policja musiała tam zachodzić. Ze zgrozą mówiono o Coickedestmanie, bo Amerykanie czuli się odpowiedzialni w oczach cudzoziemców za haniebną rozpustę tego zakątka.
Przed dwoma laty John Allène przekonał się, że pomimo wszelkich usiłowań niepoczciwych nie może dorobić się majątku i powiedział sobie: źle to frymarczyć44 występkiem, niewielki z tego zysk.
Ubrał się jednego dnia zupełnie czarno, zrobił smutną minę świętoszka i poszedł do wszystkich redaktorów dzienników; do każdego tak przemawiał głosem wzruszonym:
— Byłem nędznikiem, splamiłem rodzinne miasto życiem haniebnym, szerzyłem zgorszenie, pobudzałem do złych obyczajów. Tak jest, bardzo jestem występny i Bóg powinien by mnie ukarać, ale On jest miłosierny, przebacza mi, dając łaskę skruchy i żalu. Żałuję też z całej duszy, a sumienie mówi mi: „Ponieważ zgorszenie było publiczne, żal mój takimże być powinien”. Przychodzę więc prosić panów w pokorze o ogłoszenie, że niegodziwiec, nędznik, przewrotny John Allène uczyni jutro w tej a tej sali wyznanie publiczne win swoich i da zadośćuczynienie wobec wszystkich współobywateli.
Dzienniki zapełniły trzy szpalty wiadomość o nawróceniu Johna Allène’a, na temat owcy, która powraca do owczarni, lub syna marnotrawnego; wszyscy śpiewali: „Hosanna! Łaska zbawiła występnego!”.
Nazajutrz, chociaż sala obrana przez Allène’a mogła mieścić dwanaście tysięcy osób, tłok i ścisk był niesłychany. Za wejście płacono po pół dolara, co przyniosło dochodu sześć tysięcy dolarów.
John Allène ukazał się na estradzie, mina jego była surowa, a zarazem pełna skruchy i jakby natchniona. Zaczął swoją spowiedź głosem poważnym, powolnym, zatrzymywał się chwilami, ocierał pot z czoła i zdawał się pognębiony od wstydu.
— Brawo! Brawo! John Allène! — wołał tłum.
Opowiadał więc swoje życie, wszystkie szczegóły rozpusty, jakiej się dopuszczano w jego domu. Nikt nie pomyślał nawet krzyczeć „shocking!” w miejscach nieprzyzwoitych jego mowy, bo wszakże to była spowiedź publiczna.
Nie wolno mu było nic zataić, mówił wszystko i bez ogródki. Wyznanie to nie było bynajmniej budujące, ale intencja była czysta.
Gdy skończył, rzucił się na kolana i prosił współobywateli pokornie o przebaczenie, przysięgając, że będzie się starał życiem uczciwym odtąd okupić przeszłość.
Przez kwadrans cały głośne okrzyki i brawa rozlegały się po sali; przy wejściu oczekiwano na Johna Allène’a. Każdy chciał uścisnąć go za rękę, kobiety wzruszone płakały nad nim, winszowały mu i pocieszały, jak mogły. Coickedestman wielkie miał powodzenie.
Wszyscy pastorowie protestanccy od tej chwili mieli staranie o nowo nawróconego. Dusze pobożne dla zachęty dawały mu pieniądze.
On zaś wypędził lokatorów ze swego domu i zamienił salę karczmy na salę nauki kościelnej. Jeden kaznodzieja poświęcił się przychodzić nauczać tu motłoch z Five Points. Przez ciekawość wszyscy chodzili tam słuchać kazań i oglądać dom zatracenia przemieniony w kościół.
Czasami też i John Allène głos zabierał, a zwracając się do dawnych towarzyszy rozpusty, namawiał ich, żeby się nawrócili i poszli za głosem Zbawiciela.
Jego wymowa, zdawało się, płynęła z serca; objawiał najdoskonalszą skruchę.
Ludzie na wysokim nawet stanowisku okazywali względy Allène’owi, zapraszali go do siebie.
Dzienniki, w szczególności „Tribune”, poświęcały codziennie długie artykuły temu godnemu człowiekowi, kanonizowano go już w połowie, nazywano poczciwym, zacnym gentlemanem. Artykuły te były drukowane we wszystkich dziennikach amerykańskich, tak dalece, że w przeciągu miesiąca stał się Allène najsławniejszym człowiekiem na lądzie.
Wtem jednego razu zapakował on swoje manatki i rzekł:
— Czas już korzystać z naszej popularności i zamienić ją na złoto!
Jeździł więc odtąd z miasta do miasta, powtarzając swoją spowiedź i prosząc o przebaczenie. Wszędzie ciekawi byli dla niego z szacunkiem i obdarzali pieniędzmi. Po skończonej wyprawie wrócił do Nowego Jorku, a mając zebranych sto pięćdziesiąt tysięcy dolarów, wystawił dom piękny, wygodny, w dobrym położeniu, wcale niepodobny do dawnej klitki.
Mówiono wtenczas:
— Pewno ten czcigodny człowiek założy tam dom dla sierot, ochronkę, może szpital.
Gdy go się pytano, przybierał skromną minkę i odpowiadał:
— Niechże go skończę, zrobię wam wszystkim niespodziankę, zobaczycie!
I nadszedł ten wielki dzień, dom stał ukończony, pięknie umeblowany, a John Allène umieścił w nim... czterdzieści dam kameliowych45 sprowadzonych z Paryża i prowadził dalej swoje niecne rzemiosło w ślicznym lokalu nabytym za odegraną komedię.
Wielu oburzało się na tę zdradę, na to zgorszenie, ale byli i tacy, co z uśmiechem zadowolenia odzywali się:
— Sprytny człowiek!
Być zręcznym, praktycznym i mieć powodzenie są to przymioty wysoko cenione w Ameryce; dla tych przymiotów wiele się tu przebacza.
Nowy Jork jest zupełnie czym innym niż Paryż; nasza stolica jest wielką oberżą, gdzie wszystko w taki sposób urządzone, że cudzoziemcy znajdują wszelką wygodę i przyjemność. Ale za to paryżanin sam nie znajduje tego u siebie. Paryżanin w Paryżu jest to drobnostka, którą się nikt nie zajmuje.
Do kogo należą najpiękniejsze domy na Champs Élysées46?
Do cudzoziemców.
Kto wydaje najwystawniejsze bale?
Cudzoziemcy.
Jakie kobiety wzbogacają nasze szwaczki, naszych krawców, robotników?
Cudzoziemki, które przybywają tu wyrzucać w oczach uszczęśliwionych głupców oszczędności zbierane przez długie lata w swoim kraju: a gdy wyczerpią wszelkie środki, znikają: inne zastępują ich miejsce; i tak te ulotne meteory wodzą rej w Paryżu i wspierają handel.
W tym wielkim kosmopolitycznym mieście cudzoziemcowi jest doskonale, wszystko obmyślone dla jego wygody i przyjemności. Znajduje tu nawet kuchnię swojego kraju, potrawy, które lubi.
W Nowym Jorku wszystko jest dla Amerykanina, wszystko podług jego gustu i przyzwyczajenia; nie myślą tu bynajmniej o cudzoziemcu.
I dlatego cudzoziemiec jest tu w kłopocie, nie ma żadnej swobody, czuje, że jest intruzem, gościem nieproszonym; nie znajduje tu dla siebie ani tłumacza, ani przewodnika, ani nawet komisjonera.
Nie mogę się dosyć nażałować tych dobrych Owerniaków47, którzy w Paryżu stoją po rogach ulic i gotowi są za franka odnieść list lub pakunek na koniec miasta.
W Ameryce nie znają tej korporacji, a odległości tu niezmierne. Ani w hotelach, ani na ulicach nie znajdziesz nikogo, kto by chciał odnieść jakąś paczkę, jakiś list, choćby najpilniejszy. Ha, więc nająć dorożkę i jechać samemu. Łatwo o to w Paryżu. Tu długo trzeba czekać i dużo to kosztuje. Na całe miasto, które przedstawia dwa razy tak wielkie rozmiary jak Paryż, jest tylko osiem lub dziesięć miejsc, gdzie stają dorożki; a może właśnie znajdujesz się o jakieś pół godziny od jednej z tych stacji.
Jest wprawdzie pewna ilość powozów do najęcia, ale trzeba umieć je znaleźć; żądają one dwadzieścia pięć franków, niekiedy czterdzieści za kurs. Jeżeli pogoda przykra, ceny są szalone, a woźnice, nie mając żadnego przepisu i żyjąc w kraju wolnym, nie są wcale obowiązani wyjeżdżać na miasto.
Za dorożkę wziętą ze stacji trzeba płacić dwa dolary na godzinę, ale kiedy ktoś chce dać woźnicy kilkanaście sou48 więcej, ten zwraca je natychmiast, mówiąc:
— Mnie się należy tylko dwa dolary, więcej nie żądam.
Obchodzić się z nim jednakże trzeba bardzo grzecznie, nazywać go „my dear gentleman”49, nie tak jak paryżanie traktują dorożkarzy pod pozorem, że ci ostatni bywają zwykle grubiańscy. Gdyby się ktoś odważył odezwać do amerykańskich woźniców tonem pogardliwym, lekceważącym, nauczyliby go oni grzeczności, braterstwa i równości.
Przytoczę tu jedno autentyczne zdarzenie, które tym jest zabawniejsze, że przytrafiło się surowemu republikaninowi; był to Francuz, wygnaniec z 10 grudnia50, który się uważał za najlepszego demokratę w świecie.
Dorożkarz z Nowego Jorku nauczył go, że teoria dobra, ale praktyka jeszcze lepsza.
Ten jegomość najął dorożkę, pilno mu było gdzieś jechać:
— Jedźże prędzej, ruszaj! — wołał co chwila na woźnicę.
Ten ostatni wzruszał tylko ramionami i jakby umyślnie wjeżdżał pomiędzy inne powozy i wlókł się za nimi powoli.
Przy pierwszym zwolnieniu nasz republikanin mruknął pod nosem:
— To bydlę, głupiec!
Po chwilce otwiera okno, pociąga woźnicę za płaszcz i krzyczy ze wszystkich sił:
— Gamoniu, bydlę! Nie mogłeś wziąć na lewo?
Ten schodzi z kozła, otwiera drzwiczki i mówi:
— Sam pan jesteś bydlęciem, proszę mi zapłacić dwa dolary i wysiąść z dorożki.
Było to na Broad Street, na jednej z najbrudniejszych ulic miasta, deszcz padał ulewny. Francuz nie chce ani płacić, ani wychodzić i krzyczy w gniewie:
— Rozkazuję ci jechać, i to jak najprędzej!
Woźnica daje znak policjantowi, który przybywa, a dowiedziawszy się, że ten gentleman ubliżył woźnicy, przyznał słuszność obejścia się temu ostatniemu.
Republikanin rad nierad musiał wysiąść i zapłacić za kurs.
Opowiadał potem z oburzeniem tę przygodę:
— Czy kto widział taki naród, takie prawa, żeby dorożkarz nie chciał jechać gdzie i jak mu każą! Żeby mógł wyrzucić z dorożki pasażera! Jakże tu żyć w takim kraju?
Wielu jest zaiste ludzi nazywających się republikanami we Francji, ale mało z nich rozumie znaczenie tego wyrazu.
Po większej części lubią wolność dla samych siebie, ale chętnie targają się na wolność drugich.
Wielu jest także demokratów, ale względem wyższych od siebie, dla niższych umieją pokazać się arystokratami.
W Ameryce nie tylko dorożkarze mają pretensję nazywać się gentlemanami, domagają się tego nawet służący.
Postępują oni ze swymi panami z zupełną śmiałością, bez ceremonii, mówią do nich z kapeluszem na głowie; jak powóz zatrzyma się w lesie na spacerze, to lokaj siada na stopniu od powozu z cygarem w ustach i rozmawia z państwem.
Posługacze w kawiarniach lub w hotelach à la quaker przybierają postawę ministrów; biada temu, kto by śmiał niegrzecznie, rozkazująco do nich przemówić.