Dziecię wieszczek1
nowela w trzech pieśniach
Pieśń pierwsza
Był sobie... tak się zwykle zaczynają
Bajki; lecz któż ich chętnie dzisiaj słucha?
Świat dziwnie dojrzał; a cuda nie mają
Żadnego wpływu na ludzkiego ducha.
Romans, nowela nawet, rozkwitają
Pod hasłem: „naprzód” — Na pieśni — posucha!
A kto nadzieją sławy się kołysze,
Niech póki życia nic wierszem nie pisze.
Gdzie czas, gdy starcom, mimo siwych włosów,
Zaczarowany flecik Oberona2
wiat rzeczywisty zdmuchiwał z przed nosów?...
Czas ów, gdy dziewczę tuliło do łona
Swego Schillera3?... gdy z Goethem4 niebiosów
Sięgał młodzieniec? ... Odzie myśl rozmarzona,
Co boskie dźwięki pieśni wieszczów chwyta?
Zamiast ich czytać — dziś o nich się czyta.
Odkąd się życie po relsach5, wrąc, toczy
I leci z parą — śniąc tylko o złocie,
Któż muz wybrańca chce widzieć na oczy
Lub słuchać w zgrzycie maszyn i łoskocie?
— «Oddział6 palących» — tłum trzeźwy się tłoczy
Ty Auerbacha dobywasz w przelocie...
Zaledwo został przez ciebie odczuty,
Świst... słychać okrzyk: «Stacja! Trzy minuty!»
Bogi wszechmocne! Cóż pocznie w tej wrzawie
Mówiące rymem tylko «wieszczek dziecię»?
Sądzę, te nikt z was trzech pieśni w oktawie7
Z rękawa łatwo nie wytrząśnie; przecie
Tłum ani głową nie skinie łaskawie...
Przyjaciel nawet z zwątpieniem poecie
Rękę podaje... a wielka krytyka
Brak mi trzeźwości współczesnej wytyka.
Mniejsza! Dni lepsze ujrzy, kto dożyje...
Co do mnie, choćby ludzie śmiać się mieli,
Czar stary łatwo duszę mą podbije...
Strofa Ariosta8 zawsze mnie weseli!
Pył — i dym, który nad głową się wije
W wiecznego piękna spłukuję kąpieli...
Na wielkiej drodze, wbrew karnej ustawy,
Pas rozwiązuję — i pluskam w oktawy.
Kto się tym gorszy, niech z dala zostanie,
I niech na sucho ratuje swą duszę.
Wam jednak, zacni panowie i panie,
Maleńkie słówko powiedzieć tu muszę:
Ściśle prawdziwym jest opowiadanie,
Które fantazją upiększyć się kuszę;
I mimo polot tych strof idealny,
Kierunek cały na wskroś jest realny.
Już Jakub Cazotte9 rozsnuwał ten wątek;
Duch jasny; przecież — źródło mętnej wody,
Większą część jego pieśni i pamiątek
Czas zatarł; pisma jego wyszły z mody...
I tylko jeden pozostał nam szczątek,
Na wieki piękny i na wieki młody:
Le diable amoureux10 — (ostrzegam w nawiasie,
Że niedorostkom od książki tej zasię11).
Otóż, opowieść naszą fantastyczną,
Cazotte, z uśmiechem satyra12, podaje
Pełną psot, figlów, cyniczną, drastyczną,
Rażącą czasów naszych obyczaje...
Lecz ja całą wartość artystyczną
Na nowo, z źródeł pierwotnych, dostaję.
Co tu nadmieniam, niech przyzna lub przeczy
Znawca Cazotta — a teraz — do rzeczy!
Był sobie pewien książę w Astrachanie13;
Kalibad-chanem zwali go poddani;
A był tak piękny, jak wiosny zaranie.
Królowa matka, mądra bardzo pani.
Gdy mąż jej zaległ grobowe posłanie,
Tak wychowała syna, by był dla niej
Podporą, chlubą, wsparciem i obroną,
Gdy włos zbieleje pod ciężką koroną.
Zaledwo chłopca puszczała od boku:
Na radzie państwa, na modłach w meczecie.
On wszędzie musiał dotrzymać jej kroku,
Pieszo, czy konno, czy w dworskiej karecie.
W cnoty wzrastało w promieniach jej wzroku
To ukochane i pieszczone dziecię;
I nocą nawet przy niej zasypiało,
Kotarą tylko oddzielone białą.
Płoszony jednak troskami i trudem,
sen odlatywał od powiek królowej.
Komuż, z tych wielkich, co stają nad ludem,
Spać obowiązek pozwala surowy?
Nie było zatem dziwem, ani cudem,
Że próżno księżna w puchar kryształowy
Mieszała opium... aż w szczęśliwej chwili
Znalazł się sposób, co snem ją posili.
Trzy stare wiedźmy, wsławione bajkami,
Co opowieści, jak przędzę, w lot snuły,
Kazała przyzwać, hojnymi datkami
Uposażyła je z własnej szkatuły;
Zamianowawszy «hof-usypiaczkami14
Królewskiej mości» — te stare gaduły...
A gdy noc przyszła, z kolei wezwana
Bajarka dziwy prawiła do rana.
Królowej jednak — szczególnej kobiecie,
Którą poddanych losy rozbudzały —
Baśnie o cudach niebywałych w świecie
Zbyt dziecinnymi nieraz się zdawały.
W miejscach, gdzie każdy wzdrygnąłby się przecie,
Jej cicho do snu powieki spadały;
I często — wolna od sztucznej ekstazy —
Ziewnęła przez nos, raz po raz, trzy razy.
Ale bajarzom nie zbraknie rezerwy
Publiki, która oklaskuje rada15
Dowcip — i głupstwa, w równym stopniu werwy.
Jakie inaczej tyłaby gromada
Partaczy w sztuce?... Bywają też nerwy,
Których narkotyk do snu nie układa.
Dość, że ziewania królowej przyczyna
W dziwną bezsenność wprawiała jej syna.
Wstrzymując oddech, by lekkiej kotary
Nie wzruszyć, leżał — i nie zmrużył oka.
Śledząc z przejęciem straszliwe poczwary,
Karłów, olbrzymów, skrzydlatego smoka
I pięknych książąt czyny nie do wiary,
I dobrą wróżkę, co czuwa z wysoka,
Aż przez płomienie i burze szalone,
Luby zdobędzie królewską koronę.
O piękny wieku! O wieku złudzenia!
Gdy wymysł z prawdą majaczą złączone...
Gdy się do cudów zbliżamy bez drżenia,
A rzecz zwyczajna przed oczy olśnione
Jak cud się zjawia... gdy senne marzenia
Na jawie snują niteczki złocone! ...
Obcą ni jeszcze ta mądrość wytarta:
«Żadna rzecz twego podziwu nie warta».
Tak fantastycznych i lotnych mar tłumy
Nad Kalillbadem, znęcone, bujały,
Że często w zmierzchu głębokiej zadumy
Młodzieniec tonął w słoneczny dzień biały.
Wówczas odgarniał grzywy, co jak szumy
Kaskady na kark rumaka spadały,
Wbijał ostrogi — i puszczał wędzidła —
A koń go nosił, jak gdyby miał skrzydła.
I jak dzień długi, lubił się przedzierać
Przez las, w dumaniach pogrążony cały,
Bez celu, ścieżki nie racząc wybierać.
A za nim Murzyn łuk nosił — i strzały
I milcząc, z nudów zdawał się umierać,
Tak mu wycieczki owe dokuczały;
Bo musiał gonić za pana rozpędem,
Który się dziwnym stał pod każdym względem.
Przed lada jamą wydrążoną w skale
Zsiadał, by drzeć się przez ciernie i głogi,
I wołać: «Sezam, otwórz się!» — zuchwale
I wypatrywać tajemnicze drogi
Do Aladyna skarbów; wierząc stale,
Że trafi wreszcie w dobrej wróżki progi —
Ptakom i gadom przyglądał się bacznie;
I czekał — rychło który mówić zacznie.
I to w tym wieku, gdy chluba narodu,
Młodzież współczesna od dawna urąga
Podobnym baśniom — i wie już od rodu,
Że skarby wróżek niewarte szeląga;
Że koń skrzydlaty, godzien jej zachodu,
Jest ten, co stawkę w wyścigu osiąga;
Że siłą — wiedza, czas — złotem, a stary
Ideał, to wy — o srebrne talary!
Lecz taki książę, któremu nie trzeba
Zdobywać sobie karyjery w świecie,
Ni w pocie czoła dorabiać się chleba,
Ten — śmiać się może z tego! Jemu przecie
Czego zapragnie — to wnet spada z nieba;
On żyje we śnie rozkosznym, jak dziecię...
I — jeśli duchem nie chce spać na wieki,
Musi cel pragnień mieć bardzo daleki!
Negr16 realistą był najczystszej wody —
I za wariata miał pana swojego,
Sądząc, i słusznie, że książę ten młody
Mógłby coś bardziej robić książęcego,
Jak pukać w skały; sam lubił przygody
I nie był wrogiem uciech, lecz innego
Trochę rodzaju; a choć łeb miał siwy,
W lot chwytał każdą, jak ptaka myśliwy.
Kiedy więc księżna spostrzegła stroskana
Zadumę syna, wnet Negra przyzwała,
Który znał jeszcze nieboszczyka pana,
I rzekła: «dusza księcia posmutniała,
(Znać, że w Szekspirze była oczytana),
Dlatego-m ciebie do rady wybrała...
Co robić?» — Hussajn kłania się co słowo; —
«Pozwól mi działać wszechwładna królowo!»
I korzystając z pierwszej sposobności,
Drogę skierował do uroczej wioski,
Która wśród winnic świeżej zieloności
Kryła się, jakby eden jaki boski.
Tam z ojcem starym żyły w samotności
Trzy piękne dziewy, młode — i bez troski;
Z ich-to pomocą, w chlubnym przedsięwzięciu
Miał mądry mentor rozum wrócić księciu.
Lecz dziki książę, gdy śliczne dziewczęta
Puchar mu wina podały z uśmiechem,
Nie spojrzał nawet w błyszczące oczęta;
Jakby był ślepym, lub mniemał to grzechem;
I czarę, która była owinięta
Wieńcem róż młodych, odstawił z pośpiechem...
A kiedy piękne puściły się w skoki,
Ostrogą konia spiął w obadwa boki.
«Ha — myślał Hussejn — od jednego cięcia
Drzewo nie pada; a pierwszy krok pono
Zawsze najcięższy... ja-bo od chłopięcia
Miałem nicponia sławę ustaloną..
Lecz do takiego białego panięcia,
Co-to ma brodę ledwo opuszoną,
Kobieta zawsze w pół drogi wyjść musi.
Inaczej — mądry będzie, kto go skusi!
Z trzech sióstr, dwie były zbyteczne w intrydze;
A wszystkie nadto pierzchliwe — i młode.
Inny tu atut grę weźmie, jak widzę!»
Pod wieczór zatem obmyśla wygodę
(Księcia i koni folgując fatydze)
W oberży, kędy17 lubiąca swobodę,
Gosposia, hoża18 i nie nazbyt święta
Oskubywała wędrowne ptaszęta.
Przezacny mentor wciągnął ją do spisku;
Jak łatwo zgadnąć, prosić się nie dała.
Chłopiec był piękny — i godzien uścisku
Tej nawet, która nigdy nie kochała...
Opinia wprawdzie, lubo bez nacisku,
Coś-nie-coś niby przeciw temu miała,
Lecz pałac, stroje i tytuł «metresy19»,
To też coś znaczy dla serca — i kiesy.
Dała im tedy oddzielnie pokoje.
Hussejn zachrapał wnet, jak sprawiedliwy,
Co wiernie spełnił obowiązki swoje.
Wtem, o północy, okrzyk przenikliwy
Budzi go ze snu... przez pchnięte podwoje
Kalilbad wpada; Negr nasz ledwo żywy,
«Na Boga — wola — co to?» książę blady
«Jedziemy» — rzecze. — «W nocy?» — «Nie ma rady!»
— «Wasza wysokość gorączką oddycha!
Noc jest tak zimna... wicher dmie na dworze...
A płaszcz... lecz gdzież on podział się u licha?
Książę jest w nader dwuznacznym ubiorze!»
Ale Kalilbad gwałtem go wypycha.
Istotnie, gdyby podzielić z nim łoże
Smok przyszedł nocą ciemną, bez wątpienia
Młodzieniec nie drżałby tak z przerażenia.
Odtąd się Hussejn utwierdził w swój wierze,
Iż młody książę po prostu ma bzika.
Strzegł go, jak zwykle wariatów się strzeże,
Nie dając w rękę nawet scyzoryka.
A gdy wzrok chłopca utonął w gwiazd sferze,
Lub szukał ziela, co groty odmyka,
Starego Negra mina tajemnicza
Zdała się mówić: «szkoda nam panicza!»
Wtem, nagle, marzeń idyllę różową
Przerwał krzyk życia — i jego niedoli;
Królowa, która była już niezdrową,
Od dawna niknąc i gasnąc powoli,
Poznała, że śmierć większą jest królową,
I że wszechmocy nie ma w ludzkiej woli;
Zmarła; a wielka dostojników rada
Berto złożyła w ręce Kalilbada.
Choć w Astrachanie barbaryzm panuje,
Kulturą naszą ledwo złagodzony
(Zarząd i władzę najwyższą sprawuje
Sznurek, z cienkiego jedwabiu skręcony); —
Przecież jest jeden punkt, który znajduje
Przykładnym nawet Zachód oświecony;
Ten mianowicie, że książę nie robi
Nic, tylko ludom dziedziców sposobi.
Co oprócz tego czyni — nie popłaca.
Rządy królowej bywały ganionie,
Więc się już wszystko na dobre obraca,
Kiedy młodzieńczy pan bierze koronę,
Jest bowiem pewność, że zrazi go praca,
Że trud surowy odłoży na stronę;
Rząd zda na Boga, rad swemu imieniu
«Ojca narodu» w najmilszym znaczeniu.
Jakież zdumienie, gdy siadłszy na tronie
(Cud ten zrozumiał tylko Hussejn stary),
Książę wziął krzepko cugle państwa w dłonie.
Praw i powagi pilnując się miary;
A piękne panie zostały na stronie,
Choćby tak chętnie dzieliły ciężary
Rządu, ze ślicznym księciem, który tylko
W oczach im mignął jakąś wolną chwilką.
Wysoka Rada pierwsza z przerażeniem
Niebezpieczeństwo ojczyzny pojęła;
Widząc ze smutkiem i z wielkim zgorszeniem,
Że książę serio bierze się do dzieła;
(Mówiono nawet, że bladym płomieniem
Lampa po nocach w komnacie płonęła)
Więc uradziły głosy zjednoczone
W imieniu Indu błagać, by wziął żonę.
Gdy wezyr20 zamysł ten objawił panu
I krasomówstwem poparł go cudownie,
Z wzrostu dynastii robiąc kwestię stanu,
Zląkł się o księcia Hussejn niewymownie!...
Zakaszlał, począł biegać — i z dywanu
Podjąwszy cybuch, dym puszczał gwałtownie.
Jakby powiedzieć chciał: wszystkie te plany
Tak się rozwieją, jako dym fajczany!
Lecz jakże zdumiał, gdy pełen powagi
Książę zapewnił, że jest oswojony
Z obowiązkami tronu; że odwagi
Mieć będzie dosyć, by ciężar korony
Podźwignąć z jarzmem tak ogromnej wagi,
Jak jest małżeństwo; lecz w wyborze żony
Łatwym nie będzie — a jeśli dziewicy
Serca nie znajdzie, żyć woli w tęsknicy.
«Dziewicy serca? — rzeki wezyr z uśmiechem —
O tę, jak mniemam, nie będzie zbyt trudno...» —
Tu spis księżniczek wydobył z pośpiechem, Małych i dużych... litanię dość nudną; «Chciej spojrzeć, panie! Wszak nie jest-to grzechem!
Wybierzem młodą, bogatą, przecudną;
A jeśli kiedyś wypadnie inaczej,
Książę w haremie pocieszać się raczy»,
«Nie! — rzeki młodzieniec — poznajcie mą wolę!
Przysiągłem, kiedy-m był chłopięciem jeszcze,
Że urodzonej na ziemskim padole
Kobiety jako żony nie popieszczę...
Dla mnie dziewicę wybrały w swym kole
Czarowne wróżki i geniusze wieszcze;
Ona z błękitów spłynie do mnie cudem.
Idź i oznajmij to przed moim ludem».
«Książę żartuje! — rzekł dworak zmieszany —
Co? Dziecię wieszczek?... Myśl przednia! A przecie
Śmiem się spodziewać, iż pewne odmiany
W przysiędze owej — sprawi — ziemi dziecię».
«To nie żart — rzekł książę zadumany —
I choć z boleścią zostawię na świecie
Kraj mój obcemu — jednak rzecz skończona!
Dla mnie — lub wieszczka, lub też żadna żona».
Rzekł to — i wyszedł. Jakby piorun psotny
Padł nagle z nieba i brwi mu osmalił,
Tak zdrętwiał wezyr; umysł jego lotny
Był porażony; spojrzeniem się żalił
Negrowi, który błysk jakiś przelotny
Miał w czarnym oku — i fajkę wciąż palił.
«I cóż ty na to?» — rzekł do powiernika. —
«Dawno wiedziałem, że książę ma bzika».
Tegoż wieczora, gdy w chłodnym ogrodzie
Spoczął Kalilbad, nadszedł mufti siwy,
O długiej, białej, jak śnieg górski, brodzie,
Prosząc o posłuch. Starzec też sędziwy
Niejedną duszę w świętym swym zawodzie
Chwale Allaha pozyskał; nie dziwy,
Że za igraszkę miał sobie dziecięcą
Z dziwnych mar głowę uleczyć książęcą.
Nie chcąc jednakże tak obces21 napadać,
Zasiadł do fajki — i sorbetu22 czary,
I krotofilnie23 począł opowiadać
Dworskie i miejskie plotki nie do wiary;
I anegdotki, które umiał składać
Naprędce; wreszcie wytykał przywary
Młodego wieku, skarżąc się, że zawsze
Obłęd ogarnia umysły najprawsze.
«Na przykład: mówią o Kalilbad-chanie,
Że jakąś wieszczkę chce wybrać za żonę...
Bardzo to pięknie! Lecz czyż w Alkoranie24
Jest choćby słówko o nich wyrażone?...
Kto, kiedy, wieszczki widział w Astrachanie,
Albo też dziecię z wieszczki urodzone?
I książę miałby, dla bajek poety,
Wyrzec się szczęścia i pięknej kobiety?»
«Jak to! — rzekł książę — ty, starzec, zwiesz szałem
Wiarę w to, czego nie widzi się w świecie?
Koran! — lecz jakąż surę25 w nim czytałem
O tej tu fajce, lub o tym sorbecie,
Lub o mnie samym? Jeśli to, co ciałem
Dotykam, prawdą jedyną na świecie,
Cóż więc jest przestrzeń, czas, wiedza, sumienie,
Duch, umiejętność?... czy tylko złudzenie? —
Wszak sam chcesz, aby świętość była czczona;
Dla mnie świętymi są wieszczek dziewice...
I kto się waży wydrzeć z mego łona
Wiarę, że w nich są szczęścia tajemnice?...
Gdzie milczy ziemskość głucha i skażona,
My światom duchów stawiamy granice,
Jakby nad naszą tą znikomą bryłą
Wyższej i świętszej sfery już nie było.
Czyż nie dość mamy dowodów pewności
W wspólnych mniemaniach powszechnego świata?
Cóż są porywy tajemne ludzkości
Do czystszych wyżyn, kędy duch ulata?
Czyliż proroka w rajskie wysokości
Nie uniósł rumak — jak mara skrzydlata?
Wszak ja w to wierzę... a cóż mi odpowiesz
Na wzlot Majmuna?... Czy kłamstwem to zowiesz?
Taką mieć żonę, jaką matka była!
Lecz wiem, że drugiej nie znajdę na świecie.
Dlatego pragnę, by mi uskrzydliła
Ducha istota wyższa, wieszczek dziecię.
W objęciach kobiet ginie wodzów siła,
Tak mi mówiono — ja ufam poecie,
Że mnie do czynu zahartuje szczęście
Z niebianką, którą pojąć chcę w zamęście!»
«No! — odrzekł Mufti, któremu ten temat
Zdał się krytycznym (gdyż kazuistyka26,
Która na każdy wypadek ma szemat27,
Tu go nie miała, nawet sofistyka
Przed taką wiarą milkła) jak problemat
Postawmy kwestię tę... Wieszczek mistyka
I tak ustąpi, na szczęście korony,
Gdy książę będziesz więcej doświadczony.
Przysiąż mi tylko, że gdy za trzy lata
Wieszczki w marzeniach twoich wypieszczone
Dla ciebie swego nie porzucą świata,
Weźmiesz po prostu ziemiankę za żonę.
A gdy się zjawi istota skrzydlata.
Wszak związki z lewej ręki dozwolone!»
— «Dobrze — rzekł książę — ja dotrzymam wiary,
Masz moje słowo!» — I z tym odszedł stary.
Jak tylko wieść ta wiadomą się stała,
Wszedł u lwów miejskich rodzaj «wieszczek» w modę, .
Młódź tylko «walce wieszczek» tańcowała,
Dworski poeta pisał: «wieszczek odę».
Publiczność serio całkiem roztrząsała,
Kwestię płodności wieszczek, ich przyrodę28...
A to, czy wieszczka zamężna podległą
Jest śmierci, głośne dysputy zażegło29.
Filozof tylko wzruszał ramionami
I dał do druku, przy tej sposobności
Metafizykę wieszczek z przypisami
I ofiarował «Jego Wysokości».
Miał też za swoje! — mówiąc między nami —
Książę nie znosił mądrych wątpliwości;
Rozkazał przeto, by autor poślubił
«Hof-usypiaczkę» — lubił czy nie lubił!
W miarę, jak wieść ta po kraju się niosła,
Powstały krzyki i wielkie rozruchy...
Chór starych panien wołał: «to rzecz wzniosła,
Hamować zmysłów szalone wybuchy!»
Mężczyźni drwili... straszna burza wzrosła
W wszystkich haremach; chodziły posłuchy,
Że panie mocno uczciły zniewagę,
Iż je odrzucić książę miał odwagę.
Krewkość młodzieńcza sąd nader łaskawy
U pięknych kobiet znajduje w ogóle;
Don Juan30 tylko na scenie plugawy...
W życiu nań patrzą ze smutkiem a czule...
Cnota z krwią rybią — okaz nieciekawy!
Kto nie zapłynął nigdy wbrew regule,
Wprawdzie chłopiętom za przykład się daje,
Lecz grzesznik więcej współczucia doznaje.
Dopieroż książę! Wszakże dlań goręcej
Serce u każdej uderza kobietki...
Mógł zrobić wybór z pomiędzy tysięcy...
Fanatyk! Wszystkie blondynki, brunetki,
Odrzucić!... Jakby te nie miały więcej
Wdzięków od wieszczki, powietrznej kokietki.
I to bez próby! Młody jest, jak róża,
A kobiet nie chce!... ależ to oburza!
Tak wyrzekały piękne Astrachanki,
Które się różnią bardzo bez wątpienia
Od naszych kobiet; ale kurtyzanki
Mogą się od nich uczyć doświadczenia...
Czy równie biegłe są śliczne sułtanki
W intrygach dworskich, niechaj sam ocenia
Każdy, kto tylko będzie dość cierpliwy,
Żeby doczytać ten opis prawdziwy.
Ogród, gdzie z szumem biły chłodne zdroje31,
Leżał pod zamkiem; i z tej właśnie strony,
Miały swe okna sypialne pokoje.
Tu nieraz książę w dumach pogrążony,
Słowiczych pieśni słuchał — i gwiazd roje
Pozdrawiał, blady, samotny, stęskniony;
Nieraz, w godzinie duchów go widziano
W oknie objętym girlandą różaną.
Była noc letnia; srebrzysty i blady
Księżyc wszedł w pełni; Kalilbad wpół senny
Czytał, jak zwykle, tom Szecherezady,
(Duszy to jego pokarm był codzienny)
W komnacie łuny miesięcznej32 kaskady
Biły, zmierzch tworząc przejrzysty, promienny...
Wstał wreszcie książę — i w oknie wsparł głowę
Śniąc światy duchów — cudne, księżycowe.
Wtem widzi — nisko, kędy złote piaski
Znaczą trzy ścieżki na rozstaj przecięte,
Zjawisko srebrne, jak księżyca blaski...
Kobieta — czy też widziadło zaklęte
Stoi w okręgu, który końcem laski
Zakreśla druga... obie owinięte
Od stóp do głowy w obłoczne zasłony.
Których nie może przebić wzrok zdumiony.
Patrzy — wtem pierwsza na kolana pada,
A druga, z twarzą ku niebu zwróconą,
W płowych pobłyskach stoi cicha, blada...
Nagle posłyszał pieśń dziwnie nuconą,
Która w westchnieniach rwie się, jak ballada...
Ledwo śpiew umilkł, jak gdyby rzuconą
Z nieba, gołąbkę ujrzał — a z altany
Pełznął wąż w dziwne cętki nakrapiany.
Przypełzł — i żywą przepaską się zwinął
Wokoło szyi tej, co stała w kole;
Tymczasem biały gołąbek opłynął
Nad głową drugiej — i siadł na jej czole,
I jak diadem skrzydełka rozwinął;
Zasłony z ramion frunęły na wolę;
Jedna w czerwieni — a draga w błękicie,
Zaczęły tańczyć, jakoby w zachwycie.
A gdy się obie zgodnym niosą ruchem,
Gołąbek wzleciał... wąż kręgiem go ściska,
Mieszając pierścień szmaragdowy z puchem
Białej ptaszyny, jak twór bez nazwiska...
A kiedy pragnień porwany wybuchem,
Książę chce wybiec, cud obaczyć z bliska,
Nim krok postąpił — wszystko jedną chwilką
Znikło, jak gdyby snem to było tylko.
I niedowiarka — o to się założę —
Zmieszałby dziw ten; cóż Kalilbad-chana?
Z płonącą duszą chodził tam, po dworze,
Gdzie znikła para tanecznic świetlana.
I ledwo wtedy rzucił się na łoże,
Gdy kogut opiał świt białego rana;
Wierząc najmocniej, gorączką trawiony,
Że mu cud wielki był dziś objawiony.
Jak człowiek, który w najdroższym spojrzeniu,
Ujrzawszy pierwszy promyk wzajemności,
Chodzi jak gdyby w sennym osłupieniu
I żadnej zwykłej nie tknie się czynności
Czekając, rychło w lubym upojeniu
Znów mu zabłyśnie błogi świt miłości:
Tak pełen jakiejś rozkosznej niemocy,
Czekał Kalilbad przyjścia drugiej nocy.
Tym razem jednak nie chciał tam, na górze,
W oknie, z daleka oczekiwać wróżek.
Zaledwo księżyc zabłysnął w lazurze,
Szedł gorejący wzdłuż kwiecistych dróżek,
Jak w szału swego zatopiony chmurze,
Iż posłyszawszy kroki (nóg, nie nóżek),
Zapomniał, że się wieszczki we mgłach rodzą
I że bujają w wietrze — nie zaś chodzą.
I znów, jak wczoraj, mary zakwefione
Stanęły, kędy koła widne ślady;
I znów te same sztuki powtórzone:
Klękanie, modły, tajemne narady...
Znów pod wężowe pierścienie zielone
Podpłynął gołąb... gdy wtem wypadł blady
Książę z ukrycia i z błagalnym gestem
Rzekł: «Duchy jasne, sługą waszym jestem!
Błogie istoty! Niech znam imię wasze,
I cel przybycia i tajne zamiary!...
Żadnych się trudów dla was nie ustraszę,
Jeśli zechcecie przyjąć me ofiary!»
Tutaj wzruszone obie panie nasze
Spojrzały milcząc, zwyczajnie, jak mary.
A jedna wzrokiem zdawała się błagać,
Druga: «No, dalej! Przestań-że się wzdragać!»
«Książę! — wyrzekła wreszcie grubym głosem,
Jaki z ust wieszczki od początku świata
Kie wyszedł (zgadłby słuchacz z lepszym nosem,
Że nie ambrozja33 z ustek tych zalata),
Przebaczam, nad twym litując się losem,
Żeś złamał koło, które nas oplata.
Jeśli przysiężesz wierność i milczenie,
Usłyszysz rzeczy ważne nieskończenie.
Znasz już zapewne wsławione imiona
Cnej Mofetuzy oraz Kankrelady?
Patrz! Tych to wieszczek para uwielbiona
Chce ci łask swoich użyczyć i rady.
Pragniesz, by z świata duchów narzeczona
Żoną ci była, o młodzieńcze blady?
Jest takie dziewczę, więc nie trać otuchy,
Jednym zamachem dwie zabijem muchy.
Wiedz, że prawdziwa wieszczka, czystej rasy,
Która się waży poślubić człowieka,
Chociażby króla, na wieczne już czasy
Wygnana, próżno przebaczenia czeka.
Taka to kara, za miłość Karkasy
Dla Foh książęcia, dotąd się przewleka;
Z krainy wieszczek za chwilę słabości
Wyklęta, żyje w ciężkiej samotności.
Na dzikiej wyspie, w pośród mórz, nieznana,
Hoduje dziecię, istnego anioła,
Czasem odwiedza ją wieszczka Morgana;
(Morganatyczność34 nie razi jej zgoła)
I ta przysięga, że w krainach chana,
A może nawet na świecie dokoła,
Nie ma piękności tak cudownej miary
Jak piękność wieszczki dziecięcia, Giulnary.
Przecież, nieszczęsna! za matki swej winy
Ponosi karę, choć niezasłużoną;
Żaden duch z wieszczek uroczej krainy,
Dziecięcia błędu nie nazwie swą żoną.
Świat nawet gani takie zaślubiny.
Któż chce, by żonę »podrzutkiem« mu lżono?
Choć tron ozdobić może wdzięk Giulnary,
Któż zechce patrzeć na ród jej przez szpary?»
«Ja! — krzyknął nagle wzruszony młodzieniec —
Dzięki wam wieczne!... Więc lud mój obaczy,
Żem nie fantastyk żaden, nie szaleniec,
Co w chorej głowie widziadła majaczy!
Niegodny wprawdzie jestem oblubieniec
Dziecięcia wieszczki, lecz gdy przyjąć raczy
Miłość mą, wierny będę aż za grobem!
Lecz gdzież ją znajdę i jakim sposobem?»
«Cicho, na Boga, burzliwy młokosie!
Już my królową przez węża pytały
I przez gołębia, co o twoim losie
Postanowił? Wieść dobrą nam dały.
Lecz teraz, gdy krzyk, lecący po rosie,
Potargał pasma mgły, co szal jej tkały,
Gniew ją ogarnął! Nie wiem, czy przebaczy,
Dla dawnych zasług, ten hałas prostaczy.
«Odejdź! Będziemy pytać jej na nowo;
Jeśli »tak« powie, jutro już dziewica,
Na puchach ptasich, nocą księżycową,
Spłynie w twe progi, jak oblubienica...
Lecz musisz tutaj książęce dać słowo,
Że nie wpierw zechcesz oglądać jej lica,
Aż a drzwi swoich usłyszysz pukanie
I głos: »już czas jest«. Wtedy... niech się stanie!
Matka nie życzy, aby przed miesiącem,
Żoną ci było niewinne jej dziecię,
Nie waż się tedy słówkiem zbyt gorącym
Drażnić ją pierwej35; lecz, jak bywa w świecie,
Królewskich skarbów opromień ją słońcem,
Jako swą przyszłą; wszak wy to umiecie!
Lecz ani słówka! Ni w domu, ni w tłumie...
Nie wart jest szczęścia, kto milczeć nie umie».
Umilkła wróżka; książę zachwycony
Skłonił się niemy i do zamku wrócił.
Zapewne, każdy więcej doświadczony
Gruby ten figiel w śmiech byłby obrócił;
Lecz nasz marzyciel, szczęściem odurzony,
Zamknąwszy oczy, w kraj ułud się rzucił.
Przebiegał pokój wzdłuż, wszerz i ukośno,
Strofy Hafiza36 deklamując głośno.
Wtem: puk, puk! «Kto tam?» «Czas wieczerzać, panie».
«Nie jestem głodny». «Ach! Niechby obaczył,
Pan mój choć pasztet... ostygło już danie,
Gdy książę klątwy jakieś szeptać raczył...»
Kalilbad odrzekł:. O! Gdybyś był w stanie
Ocenić raj ten! Próżno bym tłumaczył,
Milczeć mi trzeba!... jedzcie, przyjaciele...
Pieśni! Muzyki! Przyślij mi kapelę!»
Westchnął i odszedł Negr, drapiąc się w głowę.
Wkrótce, gdzie kwitną pomarańcze złote,
Zabrzmiały dźwięki stłumione, echowe,
Jakby nadzieję głosząc i tęsknotę.
Hussejn tymczasem miał kłopoty nowe,
Siedząc za stołem i ciężką robotę...
Spożywał za dwóch, ażeby we dworze
Nikt nie powiedział, że pan jeść nie może.
A gdy do pełna boki już wyłożył,
Zapalił fajkę na długim cybuchu
I na puchowej sofie się rozłożył,
Taki monolog wiodąc sobie w duchu:
«Większego głupca jeszcze Bóg nie stworzył,
Jak marzyciela sławy o czczym brzuchu!
Niech mi kto zechce pytanie rozwiąże:
Kto tu jest panem? ja — czy też nasz książę?
Jak król jem, piję; odziewam się w złoto,
W jedwab, w aksamit; ministrom powiadam
O każdym księcia katarze... hołotą
Dworską, jak zechcę tylko sam, tak władam.
Kobietki wdzięczą się do mnie, z ochotą
Szepcząc najmilsze słóweczka... posiadam
Młode huryski, stare wina, wpływy...
I król Salomon nie był tak szczęśliwy.
Brak tylko nazwy, lecz kto ją ma, dziennie
Podpisać musi dekretów tuziny
(Czytając, jeśli rzecz bierze sumiennie)
A przy tym dobrze napocić czupryny,
Zmarszczywszy czoło monarsze solennie.
Taka królewskość — a! To czyste drwiny!
Ten tylko żywot prowadzi książęcy,
Kto je, używa, pije — i nic więcej!
Tak zwykli czynić mądrzy monarchowie,
Ale nasz książę... zmiłuj się ty, Boże!
Wolałbym diabłu powiedzieć »na zdrowie!«
Niż nosić takich umartwień obrożę,
Co on, u licha, powinien mieć w głowie,
Jeśli nie piękne odaliski37 hoże38?»
Tu począł drzemać, pełen przeświadczenia,
Że kamerdyner — jest panem stworzenia!
Pieśń druga
Pierwsze «rendez-vous39!» Wiosenne podmuchy
W zakrzepłe piersi wieją z tego słowa!
Któż jest tak stary, tak zimny, tak głuchy,
Co ca dnie duszy w świeżości nie chowa
Młodzieńczych wspomnień? Tak szkła odłam kruchy
Na wieki znaczy rysa diamentowa.
Ileż lat! Przecież dotąd mi się marzy,
Jak kapelusik ów był jej do twarzy!
Sama go matka włożyła na włosy...
«W ogrodzie chłodno» — Chłodno? Pani droga!
Wszak dziewczę płonie, jak świtem niebiosy.
W szesnastym roku — i zima nie sroga!
Drobnymi kroki wilgotną od rosy
Łąkę przebiega... to potknie się noga,
To się przychyli, gdzie rośnie wyniosły
Buk, jakby fiołki dziś jeszcze tam rosły!
Jak to! Znajomych kroków tak się lęka,
Jakby o niczym zgoła nie wiedziała?
O obłudnico! Czyliż moja ręka
Czarno na białym ci nie napisała,
Że «serce moje ból śmiertelny nęka...
Że gdybyś tylko wieczorem zechciała...
Dzisiaj... nad stawem... łaskawym obliczem —»
I ty przychodzisz — i nie wiesz o niczem?
Pod wpływem chwili, choć bardzo dziecinny,
(Od Kalilbada młodszy rokiem przecie)
Byłem poważny tak, jak każdy inny,
Co kiedykolwiek rozprawiał na świecie
O wiecznym związku serc! Ona — niewinny
Wzrok opuściła... wstążki w palcach gniecie.
A gdy jej rączkę uściśnieniem pieszczę,
Jak błyskawica przebiegły ją dreszcze.
Wreszcie na ławie siedliśmy oboje.
«Serio to bierzesz?» — pytałem z pośpiechem.
Pobladła, wzniosła jasne oczy swoje,
I «bardzo serio!» — odrzekła z uśmiechem!
Więc dalej gadać!... prawych40 dzieci dwoje,
Słów my się naszych nie strzegli przed echem;
I chociaż mogłem (tak byliśmy sami),
Ust jej moimi nie tknąłem ustami.
Po prostu, na myśl nie przyszło! Inaczej
Byłbym się ważył... ty byś nie broniła!...
Nie byłem wcale nieśmiały, a raczej
Wyznam, że tęskność dawno mnie trawiła!
Lecz teraz, jak to dziecko, co obaczy
Przysmak, który mu matka przyrządziła,
Nie je, szczęśliwe, że go swoim zowie;
Tak mnie pragnienia nie postały w głowie!
Nigdym nie posiadł, o czym ja tam marzył...
I nigdy ust tych, co się oddawały,
Nie tknąłem! Jakiś chłód uczucia zwarzył.
A gdym ją żegnał na zawsze, zdrętwiały,
Tom do ust niosąc dłoń jej, zauważył...
Przez rękawiczkę!... że palce jej drżały.
Koniec był zwykły, szpetny, obojętny...
Ale początek — wieczyście pamiętny!
Gdzie ty się błąkasz pieśni? Z Astrchana
Do... cicho! przecież nie pamiętnik piszę!
Powróćmy lepiej do Kalilbad-chana.
Jak wolno chwile zapadają w ciszę,
Zanim w gwiazd blasku nadejdzie czekana!
Kto nie wie, jak się wahadło kołysze
W oczekiwaniu, jak minuty cieką
Śmiertelnie długo... ma pod nosem mleko41.
Kalilbad był sam — i pełen tęsknoty
Szukał spokoju, biegając po gmachu...
Przyjdzie?... nie przyjdzie?... puchar szczerozłoty
Nadziei na dnie — mieści gorycz stracha.
Zbierał wachlarze przedziwnej roboty,
Szkatułki drogie o cudnym zapachu,
Mnożąc weselne dary, jakie w świecie
Tysiąca nocy zaledwie znajdziecie.
Nawet korona z pereł i rubinów,
Którą królowa nieboszczka nosiła
Podczas wspaniałych, dorocznych festynów,
Na młodszym czole będzie dziś świeciła.
Hussejn, zdziwiony niezwykłością czynów,
Pyta: «Czy jego wielkość zaprosiła
Gości na dzisiaj?...» Lecz książę rozkazał
Krótko: «Idź spać już!» — i drzwi mu pokazał.
Istniał gdzieś w starym, jedwabnym obiciu
Otwór nieduży — lecz przecie dość wielki,
By przezeń można wypatrzeć w ukrycia
Tajniki państwa — i różne figielki
Książąt — przy jakim tête-à-tête42... W użyciu
Był on od dawna na przypadek wszelki;
Tam podglądała służba ich wielkości,
Z wyższych poleceń — albo z ciekawości.
I Hussejn takoż udał się na czaty,
Wstrzymując oddech... Nic nie widział długo;
I tylko książę, jak jeniec skrzydlaty,
Wzdychał, księżyca oświecony smugą.
Z pobladłą twarzą, w pośrodku komnaty,
Wstrząsany dreszczem stał przed wiernym sługą,
Przygryzłszy wargi, nasłuchiwał bacznie
Ilekroć wietrzyk w drzewach szumieć zacznie.
Księcia zdobiła szata purpurowa.
Gronostajami w koło bramowana43;
Rękojeść szabli jego szmaragdowa
Zawstydzić mogła skarb wielkiego chana;
Lustro pochlebne szeptało mu słowa...
Że piękna była postać młodociana,
Dawno już wiedział! Wszak pochwał czczym dymem
Był okadzany — i prozą — i rymem.
Lecz jakże z wieszczką równać się w urodzie
I najpiękniejszy ze śmiertelnych zdoła?...
To też od rana niepokój go bodzie,
Czy narzeczona nie uzna go zgoła
Brzydkim?... kto wie też, czy przy swej przyrodzie44
Człowieka zechce pokochać?... I z czoła
Odgarnął ręką, od gorączki drżącą,
Bujnych swych włosów masę czarną, lśniącą.
Przyjdzie?... nie przyjdzie?... a nuż przedsięwzięcia
Królowa wieszczek nie uzna?... a może
Matka zabroni wybrać córce księcia?...
Pewno w pałacu jej, o każdej porze,
Skrzydlate smoki pilnują dziewczęcia...
I czary wkoło otaczają łoże?...
O biedny książę!... Wtem — przestał oddychać...
Na schodach — zda się, chrzęst jedwabiów słychać!
Stanął — i patrzy — i drżą mu kolana...
Puka!... tak tylko wieszczki pukać zwykły!
Rzucił się do drzwi... Zawoalowana
Dziewczyna w progu stoi, jak cień nikły,
Bez ruchu. Więc to, co dusza młodociana
W snach przeczuwała, cud dziwny, niezwykły,
Spełnił się wreszcie!... nadzieje — dojrzały!
On może ręką dotknąć — ideały! ...
Bez tchu stał przed nią, jak ci, co się boją
Spłoszyć widziadło... dziewczę milczy skromnie.
«Giuluaro! — wyrzekł wreszcie — daj mi twoją
Rączkę!... Prawdaż to?... ty przyszłaś tu, do mnie?
Kraj swój zamieniasz na ojczyznę moją?...
Zda się, że marzę o czymś nieprzytomnie...
O, pójdź tu bliżej! Niech dotknę się ciebie.
Powiedz: jam twoja, na ziemi i w niebie!...»
Ona jednakże bez ruchu, milcząca,
Stoi na progu... książę dłoń ujmuje
Z słodką przemocą, ciesząc się bez końca,
Że mu na skrzydłach gdzie nie ulatuje...
A gdy stanęła w jasności miesiąca,
Z dziewiczych rysów zasłonę zdejmuje,
Wstrzymując ledwo okrzyk uwielbienia...
Tak cud ten żywy — przechodził marzenia!
Z rożnych widzianych dotąd wizerunków
Znał tylko wieszczki o długich blond włosach,
Z płcią różowawą — jak od pocałunków;
I uśmiechnięte — jak gwiazdki w niebiosach.
A tutaj — widzi ślad ciężkich frasunków45
I więcej płaczu odgaduje w losach,
Niźli uśmiechów... Ta cera smagława46,
Wśród łez zgubiła kędyś do róż prawa.
Twarzyczka ściągła — i szczupła — i śniada47,
Purpura wzruszeń ledwo zapłoniona;
Ważkie jej czoło opływa kaskada
Czarnych i bujnych włosów — jak korona;
Brew w łuk zagięta, ku skroni opada,
Jak pióro krucze. Jeśli dowiedziona
Rzecz, że blondynką była jej nadobna
Matka, to ona — do ojca podobna.
I kto wie nawet, czy wieszczki Karkasy
Książę Foh włosy nie zjednał czarnymi?
Sprzeczność przyciąga; i po wszystkie czasy,
Blondynki — pragną brunetów na ziemi.
Wszak jednostajność niszczy piękność rasy!...
Lecz jeśli można względami ludzkimi
Tłumaczyć winy wieszczek — bez uśmiechu
Przyznaję: — dziecię warte było grzechu.
Historia stroju jej nie opisuje;
A że nie myślę iść Cazotta śladem
I zmyślać bajek, więc mocno żałuję
Iż brak mi źródeł; przecież — za przykładem
Mojej kroniki — serio utrzymuję,
Że piękność — z lada kwiatka ma diadem.
Zwięzły historyk po prostu jest zdania,
Iż «była cudną do pocałowania».
«Giulnaro! — błagał — czyś ty nieszczęśliwa,
Że tutaj jesteś?... czy nigdy spojrzenia
Twego nie ujrzę?» Naówczas, trwożliwa,
Podniosła rzęsy długie, pełne cienia...
A z modrych oczu taka jasność żywa
Błękitną smugą drżącego promienia
Biła w młodzieńca pierś, iż mu się zdało,
Jakoby serce jego zmartwychwstało.
Znacie szafiry?... o nie! — te nie żyją...
Leśne fijołki?... nie! — te są zbyt płowe48...
Wrześniowe niebo, gdy błękity piją
Różaność wschodu — i rosy perłowe?
Zimne... zbyt zimne!... Jakże więc i z czyją
Pomocą znajdę porównanie nowe?
Chyba z poety tego wezmę słowo,
Co w Capri zwiedził «grotę lazurową».
Ten, kto na płaskim czółnie pochylony
Przepływał popod zębate granity,
Wie, jaki zachwyt, z trwogą połączony,
Budzą tam blade, kryształowe świty...
Wtem pluśnie rybka, grzbiet swój prześwietlony
Odbłyskiem słońca niosąc w wód błękity...
Wtedy lazury drżą blaski takimi,
Że nic równego — na niebie — i ziemi!
Chyba — Giuluary oczy, które płoną
Wstydliwie rzęsy49 przyćmione długimi.
I jeśli śniade lica, pod koroną
Czarnych warkoczy, zdradzają krew ziemi,
Przecież, że z wieszczki została zrodzoną,
Kto raz się spotkał z oczyma takimi,
Pewno nie wątpił — i nie szukał fary50,
By w księdze metryk znaleźć dowód wiary.
«Droga! — rzekł książę — jak dzięki mam składać,
Że nieznanemu powierzasz się śmiało?...
Przebacz mil... pięknych słów nie umiem gadać...
Wzruszenie szczęścia głos mi odebrało...
Wszystko czćm jestem, co mogę posiadać,
Bez ograniczeń — i duszę — i ciało
U nóg twych składam! — i chciałbym się łudzić,
Że tęskność ze snn nie będzie cię budzić!...
Ty jednak milczysz... masz wzrok zadumany...
O, pójdź tu!... spocznij!... ty jesteś znużona!...
Czy zechcesz spojrzeć na skromne te ściany?
Nie jest to wieszczek siedziba złocona...
Dom mój jest mały — ale gaj różany
Kwitnie wokoło — i palma zielona...
Przywykniesz, jeśli nie będzie ci wstrętny
Pan domu... jakże?...» Spuściła wzrok smętny.
«Nie! Nie chcę, nie chcę, by usta mówiły,
Czego twe serce czuć jeszcze nie może...
Kiedy mnie poznasz — i będę ci miły —
Przyznasz, że ludzie — też stworzenia boże!
Prawdaż to, że nas losy rozłączyły
Na cały miesiąc, nim błyśniesz na dworze,
Jako królowa?... O! Jak zimno sądzą
Miłość te, które losem naszym rządzą!
«Znasz je?...» Skinęła zamiast odpowiedzieć;
Westchnienie łonem wzruszylo dziewiczym.
Zamilkł i książę; on rad51 by coś wiedzieć
Więcej o życiu wieszczek tajemniczym,
Ale Giulnara zdawała się siedzieć
Bez czucia, jakby przed strasznym obliczem
Meduzy52 jakiej... tylko dłoń, co drżała
W ręku książęcia, życie w niej zdradzała.
Rozmowa w dwoje, której koszt opłaca
Ktoś jeden z pary gruchającej tkliwie,
Rychło zasypia; niemała to praca
Mówić, gdy luba milczy uporczywie;
W niwecz się cały dowcip twój obraca
I — że całujesz — wcale się nie dziwię!
Ale Kalilbad, choć nieraz czytywał
O pocałuukach, sam w ogniu nie bywał.
Podał jej czarę wina — wzrusza głową.
Sorbet, owoce przepyszne z koszykiem —
Nie chce; ust żadne nie otwiera słowo...
Jakże ma mówić, czy wieszczek językiem?
Książę przestraszył się... wszak taką mową
W całym się dworze nie dogada z nikim...
«Lecz do wesela zrozumiem ją pewnie!»
Tymczasem dary przedstawia królewnie.
«Pójdź, o najdroższa! — rzekł w tkliwym wzruszeniu —
Obacz, czy skarb mój zająć cię nie zdoła...
Oto dyjadem, co w włosów twych cieniu
Ma błyszczeć, na kształt miesięcznego53 koła...
Oto korona — kamień przy kamieniu —
Co była godną matki mojej czoła
Dotykać — teraz błogą ma nadzieję,
Że w niej młodzieńcza księżna zajaśnieje.
A oto pierścień, co jak słońce płonie;
Syn go najstarszy brał z ojca i dziada,
By nim ozdobić tę, która na tronie,
Jak monarchini, przy boku mu siada...
A jak ten klejnot, tu, w całej koronie
Równego nie ma, tak dla Kalilbada
Tyś jest jedyna!... o, daj mi swą rączkę —
I weź na wieczne śluby tę obrączkę!»
Tu się pochylił — i gibkim ramieniem
Objął ją — w usta całując... Pobladła —
I ze śmiertelnym jakimś przerażeniem
Nagle mu do nóg na dywan upadła,
Kolana jego rączek swych pierścieniem
Objąwszy — z twarzą jakby n widziadła
Bidą... Usta jej: «łaski!» — wyszeptały,
A on stał przed nią, drżąc z wzruszenia cały.
Wreszcie się schylił, by jej uścisk błogi
Złożyć na czole; zerwała się z ziemi...
«Ach paść mnie, panie! puść!... na wszystkie bogi!...
Z zamku mnie wypędź rękami własnymi...
Niech się nade mną dopełni los srogi!...
A gdy już ujdę krokami cichymi
W cień i w noc — przebacz! Zapomnij, o panie,
Żeś mnie tu widział!...» Głos stłumiło łkanie.
Lecz ten szalony wybuch był dla księcia
Jak objawieniem uroków dziewicy.
«O nie! — zawołał — z mojego objęcia
Nikt cię nie wyrwie, blasku mej źrenicy!
Nie wzbraniaj sercu miłości przyjęcia!...
Wyznaj, dla jakiej smutnej tajemnicy
Chcesz mi ulecieć?...» — Łzy jej w oczach stają:
«Panie! nie godna-m być i sługą twoją!»
On patrzy, jakby z oczu chciał dochodzić.
Co za szał nagły unosi jej ducha?...
Prędzej by wierzył, iż kłamstwa dowodzić
Mogą mu zmysły, niż — że prawdy słucha.
«O panie! Dłużej nie mogę cię zwodzić! —
Ze łkaniem znowu dziewczyna wybuchła —
i choćby w sztuki poszarpać mnie miano,
Wyznam ci zdradę podle uknowaną.
Gdyż wiedz, o książę, iż nie jestem zgoła
Dziecięciem wieszczek, lecz nędzną istotą,
Podrzutkiem, który nie śmie podnieść czoła...
A jeśli umrzeć mam — umrę z ochotą!
Bom bez ojczyzny, jak wiatr, co dokoła
Lata... i ręce bezlitosne oto
W mocy mnie swojej mają... lud tułaczy
Podjął mnie kędyś, na żywot żebraczy!
Step był mym łożem — lub kamień wśród drogi...
Mlekiem mnie klaczy Cyganki karmiły...
Ciernie mi bose kaleczyły nogi —
A skórę żary słońca przepaliły...
Ilekroć w wioski przybyliśmy progi,
Musiałam tańczyć, choć mi brakło siły...
I wróżyć w chatach — i żebrać przy drodze.
Wróciłam próżno54 — to bito mnie srodze.
Lecz chociaż nigdym dawniej nie słyszała
O cnocie, zbrodni, o prawdzie, o Bogu,
Przecież mnie hańba zawsze przerażała;
I — czysta żyłam tam — na tym barłogu!
Aż raz, gdym meczet otwarty ujrzała
I prawa niebios posłyszałam w progu,