Dziecię wieszczek1
nowela w trzech pieśniach
Pieśń pierwsza
Był sobie... tak się zwykle zaczynają
Bajki; lecz któż ich chętnie dzisiaj słucha?
Świat dziwnie dojrzał; a cuda nie mają
Żadnego wpływu na ludzkiego ducha.
Romans, nowela nawet, rozkwitają
Pod hasłem: „naprzód” — Na pieśni — posucha!
A kto nadzieją sławy się kołysze,
Niech póki życia nic wierszem nie pisze.
Gdzie czas, gdy starcom, mimo siwych włosów,
Zaczarowany flecik Oberona2
wiat rzeczywisty zdmuchiwał z przed nosów?...
Czas ów, gdy dziewczę tuliło do łona
Swego Schillera3?... gdy z Goethem4 niebiosów
Sięgał młodzieniec? ... Odzie myśl rozmarzona,
Co boskie dźwięki pieśni wieszczów chwyta?
Zamiast ich czytać — dziś o nich się czyta.
Odkąd się życie po relsach5, wrąc, toczy
I leci z parą — śniąc tylko o złocie,
Któż muz wybrańca chce widzieć na oczy
Lub słuchać w zgrzycie maszyn i łoskocie?
— «Oddział6 palących» — tłum trzeźwy się tłoczy
Ty Auerbacha dobywasz w przelocie...
Zaledwo został przez ciebie odczuty,
Świst... słychać okrzyk: «Stacja! Trzy minuty!»
Bogi wszechmocne! Cóż pocznie w tej wrzawie
Mówiące rymem tylko «wieszczek dziecię»?
Sądzę, te nikt z was trzech pieśni w oktawie7
Z rękawa łatwo nie wytrząśnie; przecie
Tłum ani głową nie skinie łaskawie...
Przyjaciel nawet z zwątpieniem poecie
Rękę podaje... a wielka krytyka
Brak mi trzeźwości współczesnej wytyka.
Mniejsza! Dni lepsze ujrzy, kto dożyje...
Co do mnie, choćby ludzie śmiać się mieli,
Czar stary łatwo duszę mą podbije...
Strofa Ariosta8 zawsze mnie weseli!
Pył — i dym, który nad głową się wije
W wiecznego piękna spłukuję kąpieli...
Na wielkiej drodze, wbrew karnej ustawy,
Pas rozwiązuję — i pluskam w oktawy.
Kto się tym gorszy, niech z dala zostanie,
I niech na sucho ratuje swą duszę.
Wam jednak, zacni panowie i panie,
Maleńkie słówko powiedzieć tu muszę:
Ściśle prawdziwym jest opowiadanie,
Które fantazją upiększyć się kuszę;
I mimo polot tych strof idealny,
Kierunek cały na wskroś jest realny.
Już Jakub Cazotte9 rozsnuwał ten wątek;
Duch jasny; przecież — źródło mętnej wody,
Większą część jego pieśni i pamiątek
Czas zatarł; pisma jego wyszły z mody...
I tylko jeden pozostał nam szczątek,
Na wieki piękny i na wieki młody:
Le diable amoureux10 — (ostrzegam w nawiasie,
Że niedorostkom od książki tej zasię11).
Otóż, opowieść naszą fantastyczną,
Cazotte, z uśmiechem satyra12, podaje
Pełną psot, figlów, cyniczną, drastyczną,
Rażącą czasów naszych obyczaje...
Lecz ja całą wartość artystyczną
Na nowo, z źródeł pierwotnych, dostaję.
Co tu nadmieniam, niech przyzna lub przeczy
Znawca Cazotta — a teraz — do rzeczy!
Był sobie pewien książę w Astrachanie13;
Kalibad-chanem zwali go poddani;
A był tak piękny, jak wiosny zaranie.
Królowa matka, mądra bardzo pani.
Gdy mąż jej zaległ grobowe posłanie,
Tak wychowała syna, by był dla niej
Podporą, chlubą, wsparciem i obroną,
Gdy włos zbieleje pod ciężką koroną.
Zaledwo chłopca puszczała od boku:
Na radzie państwa, na modłach w meczecie.
On wszędzie musiał dotrzymać jej kroku,
Pieszo, czy konno, czy w dworskiej karecie.
W cnoty wzrastało w promieniach jej wzroku
To ukochane i pieszczone dziecię;
I nocą nawet przy niej zasypiało,
Kotarą tylko oddzielone białą.
Płoszony jednak troskami i trudem,
sen odlatywał od powiek królowej.
Komuż, z tych wielkich, co stają nad ludem,
Spać obowiązek pozwala surowy?
Nie było zatem dziwem, ani cudem,
Że próżno księżna w puchar kryształowy
Mieszała opium... aż w szczęśliwej chwili
Znalazł się sposób, co snem ją posili.
Trzy stare wiedźmy, wsławione bajkami,
Co opowieści, jak przędzę, w lot snuły,
Kazała przyzwać, hojnymi datkami
Uposażyła je z własnej szkatuły;
Zamianowawszy «hof-usypiaczkami14
Królewskiej mości» — te stare gaduły...
A gdy noc przyszła, z kolei wezwana
Bajarka dziwy prawiła do rana.
Królowej jednak — szczególnej kobiecie,
Którą poddanych losy rozbudzały —
Baśnie o cudach niebywałych w świecie
Zbyt dziecinnymi nieraz się zdawały.
W miejscach, gdzie każdy wzdrygnąłby się przecie,
Jej cicho do snu powieki spadały;
I często — wolna od sztucznej ekstazy —
Ziewnęła przez nos, raz po raz, trzy razy.
Ale bajarzom nie zbraknie rezerwy
Publiki, która oklaskuje rada15
Dowcip — i głupstwa, w równym stopniu werwy.
Jakie inaczej tyłaby gromada
Partaczy w sztuce?... Bywają też nerwy,
Których narkotyk do snu nie układa.
Dość, że ziewania królowej przyczyna
W dziwną bezsenność wprawiała jej syna.
Wstrzymując oddech, by lekkiej kotary
Nie wzruszyć, leżał — i nie zmrużył oka.
Śledząc z przejęciem straszliwe poczwary,
Karłów, olbrzymów, skrzydlatego smoka
I pięknych książąt czyny nie do wiary,
I dobrą wróżkę, co czuwa z wysoka,
Aż przez płomienie i burze szalone,
Luby zdobędzie królewską koronę.
O piękny wieku! O wieku złudzenia!
Gdy wymysł z prawdą majaczą złączone...
Gdy się do cudów zbliżamy bez drżenia,
A rzecz zwyczajna przed oczy olśnione
Jak cud się zjawia... gdy senne marzenia
Na jawie snują niteczki złocone! ...
Obcą ni jeszcze ta mądrość wytarta:
«Żadna rzecz twego podziwu nie warta».
Tak fantastycznych i lotnych mar tłumy
Nad Kalillbadem, znęcone, bujały,
Że często w zmierzchu głębokiej zadumy
Młodzieniec tonął w słoneczny dzień biały.
Wówczas odgarniał grzywy, co jak szumy
Kaskady na kark rumaka spadały,
Wbijał ostrogi — i puszczał wędzidła —
A koń go nosił, jak gdyby miał skrzydła.
I jak dzień długi, lubił się przedzierać
Przez las, w dumaniach pogrążony cały,
Bez celu, ścieżki nie racząc wybierać.
A za nim Murzyn łuk nosił — i strzały
I milcząc, z nudów zdawał się umierać,
Tak mu wycieczki owe dokuczały;
Bo musiał gonić za pana rozpędem,
Który się dziwnym stał pod każdym względem.
Przed lada jamą wydrążoną w skale
Zsiadał, by drzeć się przez ciernie i głogi,
I wołać: «Sezam, otwórz się!» — zuchwale
I wypatrywać tajemnicze drogi
Do Aladyna skarbów; wierząc stale,
Że trafi wreszcie w dobrej wróżki progi —
Ptakom i gadom przyglądał się bacznie;
I czekał — rychło który mówić zacznie.
I to w tym wieku, gdy chluba narodu,
Młodzież współczesna od dawna urąga
Podobnym baśniom — i wie już od rodu,
Że skarby wróżek niewarte szeląga;
Że koń skrzydlaty, godzien jej zachodu,
Jest ten, co stawkę w wyścigu osiąga;
Że siłą — wiedza, czas — złotem, a stary
Ideał, to wy — o srebrne talary!
Lecz taki książę, któremu nie trzeba
Zdobywać sobie karyjery w świecie,
Ni w pocie czoła dorabiać się chleba,
Ten — śmiać się może z tego! Jemu przecie
Czego zapragnie — to wnet spada z nieba;
On żyje we śnie rozkosznym, jak dziecię...
I — jeśli duchem nie chce spać na wieki,
Musi cel pragnień mieć bardzo daleki!
Negr16 realistą był najczystszej wody —
I za wariata miał pana swojego,
Sądząc, i słusznie, że książę ten młody
Mógłby coś bardziej robić książęcego,
Jak pukać w skały; sam lubił przygody
I nie był wrogiem uciech, lecz innego
Trochę rodzaju; a choć łeb miał siwy,
W lot chwytał każdą, jak ptaka myśliwy.
Kiedy więc księżna spostrzegła stroskana
Zadumę syna, wnet Negra przyzwała,
Który znał jeszcze nieboszczyka pana,
I rzekła: «dusza księcia posmutniała,
(Znać, że w Szekspirze była oczytana),
Dlatego-m ciebie do rady wybrała...
Co robić?» — Hussajn kłania się co słowo; —
«Pozwól mi działać wszechwładna królowo!»
I korzystając z pierwszej sposobności,
Drogę skierował do uroczej wioski,
Która wśród winnic świeżej zieloności
Kryła się, jakby eden jaki boski.
Tam z ojcem starym żyły w samotności
Trzy piękne dziewy, młode — i bez troski;
Z ich-to pomocą, w chlubnym przedsięwzięciu
Miał mądry mentor rozum wrócić księciu.
Lecz dziki książę, gdy śliczne dziewczęta
Puchar mu wina podały z uśmiechem,
Nie spojrzał nawet w błyszczące oczęta;
Jakby był ślepym, lub mniemał to grzechem;
I czarę, która była owinięta
Wieńcem róż młodych, odstawił z pośpiechem...
A kiedy piękne puściły się w skoki,
Ostrogą konia spiął w obadwa boki.
«Ha — myślał Hussejn — od jednego cięcia
Drzewo nie pada; a pierwszy krok pono
Zawsze najcięższy... ja-bo od chłopięcia
Miałem nicponia sławę ustaloną..
Lecz do takiego białego panięcia,
Co-to ma brodę ledwo opuszoną,
Kobieta zawsze w pół drogi wyjść musi.
Inaczej — mądry będzie, kto go skusi!
Z trzech sióstr, dwie były zbyteczne w intrydze;
A wszystkie nadto pierzchliwe — i młode.
Inny tu atut grę weźmie, jak widzę!»
Pod wieczór zatem obmyśla wygodę
(Księcia i koni folgując fatydze)
W oberży, kędy17 lubiąca swobodę,
Gosposia, hoża18 i nie nazbyt święta
Oskubywała wędrowne ptaszęta.
Przezacny mentor wciągnął ją do spisku;
Jak łatwo zgadnąć, prosić się nie dała.
Chłopiec był piękny — i godzien uścisku
Tej nawet, która nigdy nie kochała...
Opinia wprawdzie, lubo bez nacisku,
Coś-nie-coś niby przeciw temu miała,
Lecz pałac, stroje i tytuł «metresy19»,
To też coś znaczy dla serca — i kiesy.
Dała im tedy oddzielnie pokoje.
Hussejn zachrapał wnet, jak sprawiedliwy,
Co wiernie spełnił obowiązki swoje.
Wtem, o północy, okrzyk przenikliwy
Budzi go ze snu... przez pchnięte podwoje
Kalilbad wpada; Negr nasz ledwo żywy,
«Na Boga — wola — co to?» książę blady
«Jedziemy» — rzecze. — «W nocy?» — «Nie ma rady!»
— «Wasza wysokość gorączką oddycha!
Noc jest tak zimna... wicher dmie na dworze...
A płaszcz... lecz gdzież on podział się u licha?
Książę jest w nader dwuznacznym ubiorze!»
Ale Kalilbad gwałtem go wypycha.
Istotnie, gdyby podzielić z nim łoże
Smok przyszedł nocą ciemną, bez wątpienia
Młodzieniec nie drżałby tak z przerażenia.
Odtąd się Hussejn utwierdził w swój wierze,
Iż młody książę po prostu ma bzika.
Strzegł go, jak zwykle wariatów się strzeże,
Nie dając w rękę nawet scyzoryka.
A gdy wzrok chłopca utonął w gwiazd sferze,
Lub szukał ziela, co groty odmyka,
Starego Negra mina tajemnicza
Zdała się mówić: «szkoda nam panicza!»
Wtem, nagle, marzeń idyllę różową
Przerwał krzyk życia — i jego niedoli;
Królowa, która była już niezdrową,
Od dawna niknąc i gasnąc powoli,
Poznała, że śmierć większą jest królową,
I że wszechmocy nie ma w ludzkiej woli;
Zmarła; a wielka dostojników rada
Berto złożyła w ręce Kalilbada.
Choć w Astrachanie barbaryzm panuje,
Kulturą naszą ledwo złagodzony
(Zarząd i władzę najwyższą sprawuje
Sznurek, z cienkiego jedwabiu skręcony); —
Przecież jest jeden punkt, który znajduje
Przykładnym nawet Zachód oświecony;
Ten mianowicie, że książę nie robi
Nic, tylko ludom dziedziców sposobi.
Co oprócz tego czyni — nie popłaca.
Rządy królowej bywały ganionie,
Więc się już wszystko na dobre obraca,
Kiedy młodzieńczy pan bierze koronę,
Jest bowiem pewność, że zrazi go praca,
Że trud surowy odłoży na stronę;
Rząd zda na Boga, rad swemu imieniu
«Ojca narodu» w najmilszym znaczeniu.
Jakież zdumienie, gdy siadłszy na tronie
(Cud ten zrozumiał tylko Hussejn stary),
Książę wziął krzepko cugle państwa w dłonie.
Praw i powagi pilnując się miary;
A piękne panie zostały na stronie,
Choćby tak chętnie dzieliły ciężary
Rządu, ze ślicznym księciem, który tylko
W oczach im mignął jakąś wolną chwilką.
Wysoka Rada pierwsza z przerażeniem
Niebezpieczeństwo ojczyzny pojęła;
Widząc ze smutkiem i z wielkim zgorszeniem,
Że książę serio bierze się do dzieła;
(Mówiono nawet, że bladym płomieniem
Lampa po nocach w komnacie płonęła)
Więc uradziły głosy zjednoczone
W imieniu Indu błagać, by wziął żonę.
Gdy wezyr20 zamysł ten objawił panu
I krasomówstwem poparł go cudownie,
Z wzrostu dynastii robiąc kwestię stanu,
Zląkł się o księcia Hussejn niewymownie!...
Zakaszlał, począł biegać — i z dywanu
Podjąwszy cybuch, dym puszczał gwałtownie.
Jakby powiedzieć chciał: wszystkie te plany
Tak się rozwieją, jako dym fajczany!
Lecz jakże zdumiał, gdy pełen powagi