Prometeusz rozpętany

Kilka słów o życiu autora

Percy Bysshe Shelley urodził się w Field Place1 w hrabstwie Sussex, d. 4 sierpnia r. 1792, kiedy Byron2 był już dzieckiem czteroletnim. Był on synem lekarza (Tymoteusza), a wnukiem zbogaconego wskutek popierania wigowskiej3 polityki baroneta4, który, umierając, pozostawił po sobie arcypoważną na owe czasy spuściznę. Ale ani dziadek, ani ojciec, ani całe otoczenie nie dawały owej żywotnej atmosfery, w której by dusza, powołana do wysokich przeznaczeń, całą piersią oddychać mogła. W Field Place, wśród wiejskiej rodziny arystokratycznej, w której ojciec prowadził praktykę lekarską wątpliwej wziętości, a dziadek marzył o zbudowaniu zamku — nasz Percy zdawał się jakoby odmieńcem, zaniesionym z innego świata, a złożonym do gniazda, które powołując się nieustannie na genealogię, sięgającą czasów Edwarda I5, wydawało dotąd mężów pieniędzy, dostojeństw i „szanownej głupoty, ale niewielu poetów”. Tak więc pierwsze ziarno zwątpienia i walki z zewnętrznym, obcym mu światem zapadło w duszę Shelleya na samym wstępie życia, w domu rodzicielskim. Kiełkowało ono następnie, naprzód w szkole Sion House School, a później w Eton6, dokąd oddano go w piętnastym roku jego życia. Tu dopiero prawdziwy początek owej uporczywej walki słabego przeciw silnemu, charakteru anielskiej słodyczy ze średniowieczną rutyną mistrzów i dziką szorstkością współuczniów, którzy nie szczędzili szyderstw i złośliwych epitetów. W okresie pomiędzy opuszczeniem Eton a wstąpieniem do Uniwersytetu Oksfordzkiego7 osiemnastoletni nasz Percy ukazuje się jako początkujący autor, zakochany w kuzynce swojej, Henryce Grove8 (dwie powieści i tom poezji z owej epoki przeszły bez śladu). W r. 1810 wstąpił do uniwersytetu, gdzie w towarzystwie Jeffersona Hogga9, serdecznego przyjaciela a przyszłego autora życiorysu Shelleya, gorliwie studiował filozofię Platona10, Locke’a11, Hume’a12, Volneya13. Prace te urozmaicał niekiedy przesyłaniem bezimiennie pisemek polemicznej lub naukowej treści do ówczesnych powag literackich. Jeden z takich pamfletów po odkryciu nazwiska autora spowodował wydalenie go z uniwersytetu. Pod tym uderzeniem pękło ostatnie ogniwo i tak już luźnego związku Shelleya ze starym społeczeństwem. Wkrótce po opuszczeniu Oksfordu nastąpiło smutne w skutkach, bo nierozmyślnie, pod wpływem chwilowego szału zawarte małżeństwo z Henryką Grove, która tajemnie opuściła dom rodzicielski. W r. 1813 urodziła się im córka, Jante14, i pod hasłem tego imienia powstał poemat Królowa Mab15, napisany pod wpływem Southeya16, w którym poeta, na tle staromitycznego podania, rzuca główne zarysy negacyjnych dogmatów społecznych, od których odtąd już nigdy nie odstąpił. Małżeństwo to nie przyniosło szczęścia obojgu. Wkrótce bowiem rozłączyli się, a następnie (w r. 1816) Henryka zakończyła życie samobójstwem — jednak nie z powodu zerwania małżeństwa (bo węzeł przyjaźni pozostał nieosłabiony do końca), lecz pod wrażeniem ucisku ze strony ojca. Dodać przy tym należy, że Shelley nie zapomniał zapewnić opuszczonej środków utrzymania, na jakie tylko pozwalały bardzo naówczas ograniczone, z powodu poróżnienia z ojcem, jego stosunki majątkowe.

W Henryce poeta nasz nie znalazł był jednej z owych dwu gwiazd platońskich, które szukają się i spotykają na koniec pod przyciągającą siłą wszechświatowej miłości. Taką gwiazdą była Maria Godwin17, córka znakomitego autora Badań w kwestii sprawiedliwości politycznej18, którą spotkał na cmentarzu, przy grobie jej matki. Połączeni idealnym ogniwem, a następnie poślubieni sobie, Shelley i pięknowłosa, blada, o głęboko przenikającym spojrzeniu, Maria, wraz z przyrodnią swą siostrą, miss Clairmont19, potajemnie puścili się w podróż do Francji. Widok zniszczenia i śladów klęsk po świeżej wojnie wywarł na duszę poety niezatarte wrażenie, którego echo przypomnieć się miało później w cudnych obrazach Rokoszu islamu20. Wkrótce jednak brak pieniędzy spowodował powrót trojga zbiegów Renem21 do Anglii. W pierwszym roku wspólnego życia szczęśliwych kochanków, niewątpliwie pod wpływem wspomnień z fantastycznej wędrówki, powstał Alastor, czyli Duch samotności22, utwór zapowiadający już orle poloty, gdzie ukryty poza bohaterem poeta nakreśla niejako pierwsze rysy biografii ducha własnego w chwilach walki ideału z rzeczywistością. Ale, co ważniejsze dla charakterystyki Shelleya, słyszymy tu już wyraźniejszą zapowiedź kultu natury:

„Matko tego bezdennego świata! Przewódź uroczystej pieśni mojej, albowiem ciebie kochałem zawsze i tylko ciebie”.

Po stworzeniu Alastora poeta z Marią i miss Clairmont w początkach lata udali się do Szwajcarii i tu nastąpiło spotkanie Shelleya z Byronem, a raczej wzajemne odnalezienie się dwóch dusz pokrewnych, które odtąd wciąż oddziaływały na siebie i dopełniały się wzajem: Byron majestatem pochodu i zdolnością żywszego, bezpośredniejszego kształtowania pojęć, Shelley duchem filozoficznym, którego w dotychczasowych utworach Byrona nie spostrzegamy, oraz prowadzonymi na skalę wszechświatową malowidłami natury, w połączeniu z czarowną słodyczą tak myśli, jak tonów. Tu Shelley po raz pierwszy przeczytał Nową Heloizę23.

Dwaj nowi, ale duchem już dawni przyjaciele, a raczej dwie pary (albowiem miss Clairmont stała się teraz dla Byrona tym, czym była Maria dla Shelleya), poili się rozkoszami samotności, zasnutej wspomnieniami i widokami Clarensu24, „kolebki” głębokiej miłości, i „gaiku Julii”25. Ale twórca Childe Harolda26 wcielał te wrażenia, Shelley pochłaniał je tylko — w wyobraźni jego zawiązywały się pierwsze pomysły do Rokoszu islamu. Miejscem poczęcia i urodzenia tej olbrzymiej budowy było Marlow27, gdzie poeta po powrocie do Anglii spędzał całe godziny nad brzegami Tamizy28, pod uroczym cieniem lasów bishamskich29. Od lat prawie chłopięcych trawiąca duszę poety gorączka protestu i reformatorstwa przybrała tu postać wyraźniejszą, bardziej konkretną niż indziej — chociaż w ogólnym przesnuwaniu pasma brak tu przejrzystości. Myśl wyzwolenia kobiety, a przez kobietę całego społeczeństwa, poeta przeprowadza w powieści, wybierając dla niej za scenę świat muzułmański, jako najjaskrawsze pole moralnych, umysłowych i społecznych więzów tego rodzaju.

Dwoje kochanków, Laon i Cytna30, natchnieni gorącą wiarą w swój ideał, puszczają się w pielgrzymkę apostolstwa. Laon na pierwszym zaraz kroku dostaje się do niewoli. Wówczas posłannictwo bierze na siebie Cytna: sprowadza przy pomocy kobiet rozruch, a następnie wojnę, i chwilowo tryumfuje. Ale naraz odwraca się karta: zwyciężeni wpadają w ręce sułtana i, na stos rzuceni, giną rzekomo w płomieniach. Ale poeta nie skąpi cudowności: oto w końcu na łodzi perłowej pod sterem dziecięcia-anioła odpływają na wyspę błogosławioną.

W nerwowo przyśpieszonym życiu Shelleya szybko następują teraz po sobie klęski i arcydzieła. Wyrokiem kanclerza, strasznego i znienawidzonego lorda Eldona31, odsądzony został od praw wychowywania dwojga swych dzieci z pierwszej żony, Janty i Karola32, które odebrano mu i oddano pod opiekę duchownego, Hume’a. Ten gwałt śmiertelny zadany prawom ojca, upamiętniony w wierszu Do lorda Eldona33, zerwał ostatnią nić wiążącą go z ojczyzną.

W r. 1818 Shelley z rodziną przybył do Włoch, aby uścisnąć dłoń wielkiego współbojownika i odnowić przyjaźń zawartą w Szwajcarii. Temu spotkaniu winniśmy prześliczny obrazek Julian i Maddalo — Rozmowa34, w której hrabia Maddalo jest uosobieniem Byrona; „Julian (Shelley) — jak mówi poeta w przedmowie — jest to Anglik, człowiek dobrego urodzenia, który pod hasłem doktryn filozoficznych przemawia za panowaniem człowieka duchem i dowodzi możebności olbrzymich postępów rodu ludzkiego po wytępieniu pewnych utrzymujących się jeszcze przesądów”. Maddalo występuje przeciwko pierwszemu punktowi, skąd wywiązuje się gorąca wymiana poglądów, której główną osią jest współczucie dla nieszczęśliwej doli obłąkanych. Prawie jednocześnie ukazała się druga powieść poetycka: Rozalinda i Helena35, zaliczana bezwarunkowo do rzędu najpiękniejszych kwiatów poezji nowoczesnej. Jest to wołający o pomstę do nieba głos w obronie nieszczęśliwych ofiar przymuszonego małżeństwa. Poeta stworzył go w chwilach rozpaczy; „nigdzie też — mówi Brandes36 — w walce przeciw wszelkim formom tradycyjnym Shelley nie zaszedł tak daleko”.

Cztery lata spędzone wo Włoszech, od marca r. 1818 aż do dnia katastrofy, a mianowicie czasy pobytu w Pizie37 i dokonywanych stamtąd wycieczek do Neapolu38, Rzymu39, Balsorano40, Florencji41 — przedstawiają geniusz poety w fazie najwyższego natężenia siły twórczej. Tam, „na zwaliskach termów Karakalli42”, jak powiada Shelley w przedmowie, powstał najpotężniejszy w poezji nowożytnej utwór, Prometeusz rozpętany, przed którym nawet najgroźniejsi wrogowie i współzawodnicy Shelleya w końcu ugięli kolano. Wkrótce po Prometeuszu nastąpiła, w tym samym prawie roku, tragedia Cenci43 — arcydzieło demonicznego majestatu, do jakiego tylko Milton44 i Byron, a spośród naszych mistrzów tylko Słowacki45 w tragedii tegoż imienia, wznieść się umieli. Shelley — równie jak nasz poeta — zaczerpnął treść swego utworu z archiwów pałacu Cencich, w odwrotnym wszakże przedstawił ją profilu. Jakby dla osłabienia czynionych mu zarzutów, że jego typom braknie substancji, doprowadził tu je Shelley do ostatecznych krańców rzeczywistości.

Włochy hojnie dostarczały wieszczowi natchnień najróżnorodniejszych; wielkimi falami wpływał w duszę poety ów świat przeżytej wielkości, piękna, sztuki i natury, z zawisłą nad nim atmosferą materialnych ponęt i zbrodni; obok tych czynników podniecały jeszcze twórczy jego polot wypadki życia. W końcu r. 1820 zagasła najpoetyczniejsza, najrodzeńsza mu dusza — John Keats46; niezapomniany twórca Endymiona47 zmarł bolesnym zgonem w 26. roku życia. Temu smutnemu wypadkowi, jak zranieniu muszli, poezja zawdzięcza Adonaisa48, elegię nad elegiami, gdzie nasz poeta, tak pesymistycznie nastrojony względem świata i rzeczy ludzkich, bryznął im w oczy krwawą żółcią. Adonais — to cała dusza Shelleya, z której rozpaczliwie rozlega się pogrzebowy dzwon nad ukochanym Johnem i nadziejami samego poety.

Przeciwobrazem Adonaisa jest Epipsychidion49, prześliczna rapsodia, w której Shelley, pod postacią nieznanego poety, zmarłego we Florencji, wypowiada swą platoniczną miłość ku Emilii Viviani50.

Paląca naówczas kwestia grecka natchnęła go pomysłem do Hellady51, dramatu lirycznego z chórami, w którym poeta przepowiada wyzwolenie Grecji, jako nieulegającą wątpliwości, cywilizacyjną konieczność postępu ludzkości. Na koniec do tego okresu, pomiędzy r. 1819 i 1822, należy między innymi poczet arcydzieł liryki: Oda do Nieba, Czarodziejka Atlasu, Oda do Wiatru zachodniego, Oda do Skowronka itd., Mimoza52, sielanka niewysłowionej piękności, którą słusznie nazwano „świętem kwiatów”, oraz niektóre poematy polityczne i satyry.

W drugiej połowie roku 1822 kończy się poetycka, z namaszczoną namiętnością prowadzona działalność Shelleya, a kończy się nieprzewidzianym jego zgonem. Podczas wycieczki morskiej w odwiedziny do przyjaciół utonął wraz z towarzyszem, Williamsem53, w Zatoce Spezia54. Wyrzucone przez morze zwłoki wskutek polecenia władz miejscowych spalono, a popioły złożono na cmentarzu protestanckim w Rzymie. Na grobie wyryto napis (w języku łacińskim):

Percy Bysshe Shelley

Serce Serc

Urodzony IV sierpnia 1792

Zmarł VIII lipca 1822.

Prometeusz rozpętany

OSOBY DRAMATU:

  1. Prometeusz
  2. Demogorgon
  3. Zeus (Jowisz)
  4. Ziemia
  5. Ocean
  6. Apollo
  7. Hermes (Merkury)
  8. Herakles (Herkules)
  9. Azja, oceanida
  10. Pantea, oceanida
  11. Jona, oceanida
  12. Widmo Zeusa
  13. Duch Ziemi
  14. Duch Księżyca
  15. Duchy Godzin
  16. Duchy, Echa, Fauny, Furie.

Tragicy greccy, biorąc przedmiot utworu z własnych dziejów lub mitologii, rozsnuwali go z pewną swobodą. Nie uważali oni za konieczny obowiązek przyłączać się do zwykłego poglądu ani iść śladem współzawodników lub poprzedników, tak w tytule, jak i w prowadzeniu akcji. Byłoby to bowiem zrzeczeniem się dążenia do wyższości nad nimi, kiedy właśnie to dążenie wywołało utwór. Historię Agamemnona55 z rozmaitymi zmianami przedstawiano w teatrze ateńskim.

Na krok podobnej swobody i ja się odważyłem. W Prometeuszu rozkutym56 Eschylosa57 pojednanie Zeusa58 ze swą ofiarą następuje jako nagroda za odkrycie niebezpieczeństwa, jakim groziło Zeusowi małżeństwo z Tetydą59. Odpowiednio do tego pojęcia Tetyda zostaje żoną Peleusa60, a Zeus posyła Herkulesa61, aby uwolnił z więzów Prometeusza62. Gdybym ja dramat mój wzorem tego ukształtował, byłoby to nic więcej, jak odbudowanie zatraconego dramatu Eschylosa... Ale myśl o pojednaniu się bojownika ludzkości z Zeusem, wyznaję, wstrętna mi była. Duchowe współczucie ku akcji, wywołane tak potężnie cierpieniami i wytrwałością Tytana63, upadłoby stanowczo, gdyby pomyśleć nam przyszło, że Prometeusz cofa wzniosłe swe słowa i ugina się przed tryumfującym, krzywoprzysięskim przeciwnikiem. Jedyną postacią fantazji, podobną poniekąd Prometeuszowi, jest szatan; ale zdaniem moim Prometeusz uosabia charakter wyższy poetycznie; ponieważ oprócz tego, że koniecznymi stronami jego charakteru są: moc duchowa, wzniosłość, cierpliwa i wytrwała walka z wszechmocnym gwałtem, występuje on wolny od wszelkich skaz nienawiści, zemsty i chciwości władania, które tak wybitnie odejmują sympatię Miltonowskim bohaterom Raju utraconego64. Tu nasuwa się przed oczy niebezpieczna kazuistyka65 — kiedy tymczasem Prometeusz jest niejako typem najwyższej doskonałości ducha i serca, podniecanym ku arcydobremu i arcyszlachetnemu celowi najczystszymi i najprawdziwszymi pobudkami.

Przy tej sposobności niech wolno mi będzie oświadczyć, że posiadam w duszy mej to, co jeden z filozofów szkockich nazywa „namiętnością reformowania świata”. Co do mnie, wolę być potępiony z Platonem i lordem Baconem66, aniżeli pójść do nieba z Paleyem67 i Malthusem68... Błędem jednak byłoby sądzić, że moje poezje poświęcam jedynie prostym i bezpośrednim wymogom reformy, w ogóle bowiem mam wstręt do poezji dydaktycznej. Celem moim było dotąd spokrewnić wysoko wykształconą fantazję wybranych czytelników z pięknymi ideałami doskonałości moralnej.

P. B. Shelley.

AKT I

Scena. Wąwóz lodowatych skał Kaukazu Indyjskiego69. Nad przepaścią widać Prometeusza w więzach. U stóp jego siedzi Pantea70 i Jona71. Noc. Podczas sceny z wolna świta poranek.

PROMETEUSZ

Wszechwładco bogów, demonów i duchów72,

Prócz jedynego73 wszystkich, co te jasne,

Te wirujące napełniają światy,

Na które tylko ty, a wśród żyjących

Ja tylko, patrzym bezsenną źrenicą;

O Zeusie, spojrzyj na tę ziemię, która

Twych niewolników roi się mrowiskiem.

A ty, za hołd ich, modły, uwielbienia,

Za hekatomby tylu serc złamanych

Odpłacasz grozą twego majestatu,

Ich samowzgardą i marną nadzieją.

A mnie — wrogowi — ślepy z zaciekłości,

Ku własnej hańbie, mnie ty pozwoliłeś

— Królować, tryumf odnosić nad moją

Nędzą, nad twoim bezsilnym szyderstwem.

Trzy tysiąclecia, co — łamiąc się wiecznie

W bezsenne chwile, w godziny katuszy —

Porówne latom, męka i samotność,

Szyderstwo, rozpacz... oto me królestwo,

Świetniejsze nad to, na które spozierasz

Z wyżyny tronu, o ty, dziś wszechwładny!

Wszechwładny — gdybym ja dzielić był raczył

Sromotę twojej tyranii, nie wisiał

Na tym skalisku, co orłom urąga,

Burzliwe, czarne, umarłe, bez granic,

Ziół, zwierząt, kształtu lub dźwięku żywota,

Biada mi, biada! Na wieki, na wieki!

Wytchnienia, zmiany, nadziei — o! żadnej.

A przecież znoszę. Więc pytam tej Ziemi,

Czy moich cierpień nie poczuły Góry?

Więc pytam Niebios, czy ich nie widziało

To wszechwidzące Słońce? Więc wśród burzy

I ciszy ciebie ja pytam, o morze,

Ty wiekuiście zmienny cieniu Nieba

Tu rozścielony, czy głuche twe fale

Nie dosłyszały mojego konania?

Biada mi, biada! Na wieki, na wieki!

Lodowce bodą mnie grotem kryształów,

Marznących nocą; łyskliwe kajdany

Piekącym chłodem wyżerają kości,

A pies skrzydlaty, plugawiąc dziób jadem

Nie swoich — twoich — ust, szarpie mi serce;

Bezkształtne widma wokół mnie koczują;

Straszydeł roje z królestwa senności,

Szydząc, przechodzą nade mną; Demonom

Trzęsienia ziemi kazano, by nity

Drgających ran mych zdzierały o skałę,

Co się rozwiera i zwiera pode mną;

A z jej otchłani tłoczą się i wyją

Geniusze burzy, podniecając wściekłość

Orkanów, aby chłostały mnie gradem.

A jednak miły jest mi dzień, noc miła.

Czy ten rozkuwa siwą mgłę poranku,

Czy ta gwiaździsto, z wolna, w ołowiane

Tło wschodu pełza; bo one prowadzą

Orszaki godzin, gnuśnych — lecz z nich jedna74,

Jak mroczny kapłan, uporną ofiarę

Pod nóż wlokący, wlec będzie i ciebie,

Okrutny Zeusie, abyś krew całował

Tych nóg wybladłych, co mogłyby wtedy

Tratować ciebie, gdyby nie gardziły

Zwalonym nędznie do stóp niewolnikiem...

Pogarda? O, nie! To litość nad tobą,

Bo jakież zniszczenie ścigać cię będzie,

Rozbrojonego, po przestworzach nieba!

Bo jakże dusza twa, trwogą rozdarta,

Jak otchłań piekła do dna się rozzieje!

Z boleści mówię, nie z naigrawania,

Bo nienawiści już nie mam, jak niegdyś,

Gdym jeszcze nędzą nie zdobył mądrości;

Przekleństwo owe, którem niegdyś rzucił

Na ciebie, chciałbym odwołać. —

— Wy, Góry!

Wy, których echa stugłose rozniosły

Tych czarów piorun po mgle wodospadów!

Wy, Źródła, które, kostniejąc pod lodem,

Na moje słowa drgałyście, a potem

Po całej Indii w dreszczach się rozpełzły!

Ty, przenajczystsze Powietrze, po którym

Palące słońce kroczy bez promieni!

Wy, kręte Wichry, coście w onej chwili

Niechwiejnym skrzydłem, nieme, nieruchome

Nad uciszoną zawisły otchłanią,

Straszniejszą niźli wasz piorun, gdy wstrząsa

Okręgiem świata! O, jeżeli wtedy

Me słowa miały moc — acz tak jam dzisiaj

Przeistoczony, że wszelka zła żądza

Zamarła we mnie i samo wspomnienie

O nienawiści — pomnijcież przekleństwo.

Jak brzmiało? — Wszakże słyszeli je wszyscy.

PIERWSZY GŁOS

od Gór

Po trzykroć trzysta tysięcy lat

Stojąc niezłomne tu, na pokładach

Trzęsienia ziemi, nieraz w jej ślad

Myśmy wszem tłumem drgnęły w posadach,

Jak zdjęty trwogą ludzki ten świat.

DRUGI GŁOS

od Źródeł

Nieraz piorunowe strzały

Wypalały nasze wody,

Gorzką krwią je pokalały;

A te, nieme, wciąż przez grody,

Przez pustynie upływały.

TRZECI GŁOS

od Powietrza

Gdy nagiej Ziemi pierwooblicze

Jam barwą własnej szaty natarło,

Nieraz jęczenie tajemnicze

Pogodną ciszę mą rozdarło.

CZWARTY GŁOS

od Burz

Od wieku wieków, wirem orkanu

Wokół tych gór krążył nasz lot;

Lecz nigdy jeszcze ani ów grzmot,

Ani ogniste źródło wulkanu,

Ni moc od góry, ni od poziomu

Dziwem nie tchnęła w burze pogromu.

PIERWSZY GŁOS

Pierwszy to raz mój szczyt zaobłoczny

Na twój się zatrząsł odzew wyroczny.

DRUGI GŁOS

Nigdy na fali indyjskiej łono

Takiego głosu nie poniesiono.

Sternik przez sen w gardziel odmętu

Z dreszczem śmiertelnym skoczył z okrętu;

«Biada mi!» — krzyknął i w gąszczu piany

Skonał, szalony, jak fal bałwany.

TRZECI GŁOS

Jeszcze pod słowy tak gromowymi

Nigdy się wskroś, od nieba do ziemi,

Nie rozstąpiła moja ojczyzna,

A gdy zarosła pierwsza ta blizna,

To w krwawy cień osnuł się dzień.

CZWARTY GŁOS

Zbiegłyśmy w trwodze, bo tam nas, aż tam

Sny o zniszczeniu wszerz świata i wzdłuż

Do lodowatych ścigały jam

I nakazały milczenie nam.

A wszak milczenie jest piekłem dla burz.

ZIEMIA

Od wzgórz skalistych milczące Jaskinie

Jęknęły: «Biada!»; bezdenne Niebiosa

Odjękły: «Biada!»; purpurowa fala,

Z dna Oceanu75, bijąc w ląd, do wiatrów

Siekących wyła — i ludy pobladły,

I ludy bowiem usłyszały: «Biada!».

PROMETEUSZ

Słyszałem głosy, lecz nie te, co niegdyś

Wyszły z ust moich. Matko, syny twoje

I ty bluźnicie temu, bez którego

Niezłomnej woli wy byście pospołu,

Jak mgła, pod wiatrem poranku rozwiana,

Pod dziką Zeusa wszechmocą zniknęli.

Więc mnie nie znacie?... Tytana, co stanął

Przez męki swoje wałem od pogromu

Waszego wroga? O, karmione śniegiem

Strumienie, w skałę oprawione smugi,

Po których, w cieniu, jam błąkał z Azją76,

Z jej ukochanych oczów77 pijąc życie;

Dlaczegóż nowy duch broni wam dawnej

Wspólności ze mną, com jeden ukracał

Jak rozpęd furii ogniami gnanego

Woźnicy — siłę i podstęp mocarza,

Który, zdobywszy tron, napełnia jękiem

Obezwładnionych swoich niewolników

Jasne pustynie i ciemne wąwozy?

Przecz78, Bracia, jeszcze nie odpowiadacie?

ZIEMIA

Nie śmieją.

PROMETEUSZ

Któż śmie? Bo chciałbym raz jeszcze

Usłyszeć owo przekleństwo. Ha! Jakieś

Wśród nich złowieszcze przebiegły szeptania,

Nie głosy... Tylko po krwi zatętniły,

Jak błyskawica, co drgnie, nim uderzy.

Mów, Duchu! Głos twój, niewcielony, tylko

Mnie tu wskazuje, że krążysz w pobliżu

I kochasz. Mów więc, jak ja go przekląłem

Przed wieki79?

ZIEMIA

Jakże możesz mnie dosłyszeć,

Ty, który nie znasz języka umarłych?

PROMETEUSZ

Tyś duch żyjący, mów mową żyjących.

ZIEMIA

Mową żyjących? Nie, nie śmiem przemówić,

By nie dosłyszał mnie dziki Pogromca

I nie osadził na kole męczeństwa,

Straszliwszym niźli to, po którym krążę.

Tyś pełen wiedzy, dobry, i — choć bogom

Ten głos jest tajny — tyś wyższy nad Zeusa

Sercem i wiedzą. Więc bacznie posłuchaj.

PROMETEUSZ

Po mózgu moim mrocznie, jak cień bury,

Migają straszne, nieprzejrzyste myśli,

Omdlewam, jakby w duszącym uścisku

Miłości — ale to nie jest rozkoszą.

ZIEMIA

Nie, mojej mowy ty słyszeć nie możesz:

Tyś nieśmiertelny, a ta mowa tylko

Tym bywa znana, którzy umierają.

PROMETEUSZ

A któż ty jesteś, o melancholijny

Głosie mój?

ZIEMIA

Jam jest matka twoja, Ziemia,

Po której żyłach kamiennych, aż w krańce

Ostatnich włókien najwyższego drzewa,

Co gronem listków potrząsa w powietrzu,

Przebiegła rozkosz, jak krew w żywym ciele,

Gdy ty z jej łona, we mgle majestatu

Powstałeś, duchu rozkoszy niebieskiej,

A na dźwięk głosu twego mdłe jej syny

Podniosły czoła z prochu pohańbienia,

A nasz Pogromca blednął — nim piorunem,

Niosącym zemstę, przykuł cię do skały.

O, wtedy... widzisz te światów miliony,

Co tu naokół toczą się i płoną:

Ich ludy były świadkami, jak zszarzał

W bezmiarach nieba mój okrąg świetlisty;

Pod dziwną burzą spiętrzyło się morze,

A nowy ogień z śnieżnych gór, rozdartych

Trzęsieniem ziemi, aż po niebokręgu

Granice włosy rozpuścił złowieszcze;

Doliny gnębił Potop z Błyskawicą80,

Po grodach osty zakwitły, po pysznych

Komnatach głodne dyszały ropuchy,

Bo Głód z Zarazą padły na człowieka,

Na zwierza lasów i ziemne robactwo,

A rdzawa rosa na drzewa i zioła;

W winnicach, w zbożu i wśród łącznej trawy

Bez liku lęgnął się chwast jadowity,

Ich wzrost tamując — bo piersi z boleści

Schły mi; powietrze, ten lotny mój oddech,

Skaziły tchnienia nienawiści, które

Matka zionęła na mordercę dziecka.

O tak, słyszałam ja twoje przekleństwo,

Którego, jeśli ty już nie pamiętasz,

To moje góry, niezliczone morza,

Jaskinie, wiatry, eter bezgraniczny

I oniemiałe narody umarłych

Jak czarodziejski skarb je przechowują.

Z nadzieją, z tajną radością ważymy

Wyroczne słowa twe myślą, lecz wyrzec

Tych słów nie śmiemy.

PROMETEUSZ

O, matko czcigodna!

Kto tylko żyje i cierpi, każdego

Pocieszasz; kwiatów, owoców, melodii,

Miłości nawet przelotnej nie żądam;

Tylko mych własnych słów mi nie odmawiaj.

ZIEMIA

Usłyszysz: Zanim Babilon81 legł w gruzy,

Mag Zoroaster82, umarłe me dziecię,

W ogrodzie spotkał kroczący swój obraz.

Jedyny z ludzi on miał to widzenie.

Bo wiedz, dwa światy są: życia i śmierci.

Jeden tu widzisz wokoło; świat drugi

Pod grobem leży, tam gdzie zamieszkują

Cienie wszech kształtów, co myślą i żyją,

Aż śmierć je złączy, by już nie rozłączyć.

To są sny, świetlne pierworysy ludzi;

Co stwarza wiara, miłość roi, wszystkie

Straszliwe, dziwne i piękne postacie.

I ty tam jesteś, jako cień stargany,

Wśród gór wiszący na wichrów stolicy;

Są tam bogowie wszyscy, są tam także

Wszystkie potęgi bezimiennych światów,

Olbrzymie widma z berłami, mężowie,

I bohaterzy, i dzikie zwierzęta,