Prometeusz rozpętany

Kilka słów o życiu autora

Percy Bysshe Shelley urodził się w Field Place1 w hrabstwie Sussex, d. 4 sierpnia r. 1792, kiedy Byron2 był już dzieckiem czteroletnim. Był on synem lekarza (Tymoteusza), a wnukiem zbogaconego wskutek popierania wigowskiej3 polityki baroneta4, który, umierając, pozostawił po sobie arcypoważną na owe czasy spuściznę. Ale ani dziadek, ani ojciec, ani całe otoczenie nie dawały owej żywotnej atmosfery, w której by dusza, powołana do wysokich przeznaczeń, całą piersią oddychać mogła. W Field Place, wśród wiejskiej rodziny arystokratycznej, w której ojciec prowadził praktykę lekarską wątpliwej wziętości, a dziadek marzył o zbudowaniu zamku — nasz Percy zdawał się jakoby odmieńcem, zaniesionym z innego świata, a złożonym do gniazda, które powołując się nieustannie na genealogię, sięgającą czasów Edwarda I5, wydawało dotąd mężów pieniędzy, dostojeństw i „szanownej głupoty, ale niewielu poetów”. Tak więc pierwsze ziarno zwątpienia i walki z zewnętrznym, obcym mu światem zapadło w duszę Shelleya na samym wstępie życia, w domu rodzicielskim. Kiełkowało ono następnie, naprzód w szkole Sion House School, a później w Eton6, dokąd oddano go w piętnastym roku jego życia. Tu dopiero prawdziwy początek owej uporczywej walki słabego przeciw silnemu, charakteru anielskiej słodyczy ze średniowieczną rutyną mistrzów i dziką szorstkością współuczniów, którzy nie szczędzili szyderstw i złośliwych epitetów. W okresie pomiędzy opuszczeniem Eton a wstąpieniem do Uniwersytetu Oksfordzkiego7 osiemnastoletni nasz Percy ukazuje się jako początkujący autor, zakochany w kuzynce swojej, Henryce Grove8 (dwie powieści i tom poezji z owej epoki przeszły bez śladu). W r. 1810 wstąpił do uniwersytetu, gdzie w towarzystwie Jeffersona Hogga9, serdecznego przyjaciela a przyszłego autora życiorysu Shelleya, gorliwie studiował filozofię Platona10, Locke’a11, Hume’a12, Volneya13. Prace te urozmaicał niekiedy przesyłaniem bezimiennie pisemek polemicznej lub naukowej treści do ówczesnych powag literackich. Jeden z takich pamfletów po odkryciu nazwiska autora spowodował wydalenie go z uniwersytetu. Pod tym uderzeniem pękło ostatnie ogniwo i tak już luźnego związku Shelleya ze starym społeczeństwem. Wkrótce po opuszczeniu Oksfordu nastąpiło smutne w skutkach, bo nierozmyślnie, pod wpływem chwilowego szału zawarte małżeństwo z Henryką Grove, która tajemnie opuściła dom rodzicielski. W r. 1813 urodziła się im córka, Jante14, i pod hasłem tego imienia powstał poemat Królowa Mab15, napisany pod wpływem Southeya16, w którym poeta, na tle staromitycznego podania, rzuca główne zarysy negacyjnych dogmatów społecznych, od których odtąd już nigdy nie odstąpił. Małżeństwo to nie przyniosło szczęścia obojgu. Wkrótce bowiem rozłączyli się, a następnie (w r. 1816) Henryka zakończyła życie samobójstwem — jednak nie z powodu zerwania małżeństwa (bo węzeł przyjaźni pozostał nieosłabiony do końca), lecz pod wrażeniem ucisku ze strony ojca. Dodać przy tym należy, że Shelley nie zapomniał zapewnić opuszczonej środków utrzymania, na jakie tylko pozwalały bardzo naówczas ograniczone, z powodu poróżnienia z ojcem, jego stosunki majątkowe.

W Henryce poeta nasz nie znalazł był jednej z owych dwu gwiazd platońskich, które szukają się i spotykają na koniec pod przyciągającą siłą wszechświatowej miłości. Taką gwiazdą była Maria Godwin17, córka znakomitego autora Badań w kwestii sprawiedliwości politycznej18, którą spotkał na cmentarzu, przy grobie jej matki. Połączeni idealnym ogniwem, a następnie poślubieni sobie, Shelley i pięknowłosa, blada, o głęboko przenikającym spojrzeniu, Maria, wraz z przyrodnią swą siostrą, miss Clairmont19, potajemnie puścili się w podróż do Francji. Widok zniszczenia i śladów klęsk po świeżej wojnie wywarł na duszę poety niezatarte wrażenie, którego echo przypomnieć się miało później w cudnych obrazach Rokoszu islamu20. Wkrótce jednak brak pieniędzy spowodował powrót trojga zbiegów Renem21 do Anglii. W pierwszym roku wspólnego życia szczęśliwych kochanków, niewątpliwie pod wpływem wspomnień z fantastycznej wędrówki, powstał Alastor, czyli Duch samotności22, utwór zapowiadający już orle poloty, gdzie ukryty poza bohaterem poeta nakreśla niejako pierwsze rysy biografii ducha własnego w chwilach walki ideału z rzeczywistością. Ale, co ważniejsze dla charakterystyki Shelleya, słyszymy tu już wyraźniejszą zapowiedź kultu natury:

„Matko tego bezdennego świata! Przewódź uroczystej pieśni mojej, albowiem ciebie kochałem zawsze i tylko ciebie”.

Po stworzeniu Alastora poeta z Marią i miss Clairmont w początkach lata udali się do Szwajcarii i tu nastąpiło spotkanie Shelleya z Byronem, a raczej wzajemne odnalezienie się dwóch dusz pokrewnych, które odtąd wciąż oddziaływały na siebie i dopełniały się wzajem: Byron majestatem pochodu i zdolnością żywszego, bezpośredniejszego kształtowania pojęć, Shelley duchem filozoficznym, którego w dotychczasowych utworach Byrona nie spostrzegamy, oraz prowadzonymi na skalę wszechświatową malowidłami natury, w połączeniu z czarowną słodyczą tak myśli, jak tonów. Tu Shelley po raz pierwszy przeczytał Nową Heloizę23.

Dwaj nowi, ale duchem już dawni przyjaciele, a raczej dwie pary (albowiem miss Clairmont stała się teraz dla Byrona tym, czym była Maria dla Shelleya), poili się rozkoszami samotności, zasnutej wspomnieniami i widokami Clarensu24, „kolebki” głębokiej miłości, i „gaiku Julii”25. Ale twórca Childe Harolda26 wcielał te wrażenia, Shelley pochłaniał je tylko — w wyobraźni jego zawiązywały się pierwsze pomysły do Rokoszu islamu. Miejscem poczęcia i urodzenia tej olbrzymiej budowy było Marlow27, gdzie poeta po powrocie do Anglii spędzał całe godziny nad brzegami Tamizy28, pod uroczym cieniem lasów bishamskich29. Od lat prawie chłopięcych trawiąca duszę poety gorączka protestu i reformatorstwa przybrała tu postać wyraźniejszą, bardziej konkretną niż indziej — chociaż w ogólnym przesnuwaniu pasma brak tu przejrzystości. Myśl wyzwolenia kobiety, a przez kobietę całego społeczeństwa, poeta przeprowadza w powieści, wybierając dla niej za scenę świat muzułmański, jako najjaskrawsze pole moralnych, umysłowych i społecznych więzów tego rodzaju.

Dwoje kochanków, Laon i Cytna30, natchnieni gorącą wiarą w swój ideał, puszczają się w pielgrzymkę apostolstwa. Laon na pierwszym zaraz kroku dostaje się do niewoli. Wówczas posłannictwo bierze na siebie Cytna: sprowadza przy pomocy kobiet rozruch, a następnie wojnę, i chwilowo tryumfuje. Ale naraz odwraca się karta: zwyciężeni wpadają w ręce sułtana i, na stos rzuceni, giną rzekomo w płomieniach. Ale poeta nie skąpi cudowności: oto w końcu na łodzi perłowej pod sterem dziecięcia-anioła odpływają na wyspę błogosławioną.

W nerwowo przyśpieszonym życiu Shelleya szybko następują teraz po sobie klęski i arcydzieła. Wyrokiem kanclerza, strasznego i znienawidzonego lorda Eldona31, odsądzony został od praw wychowywania dwojga swych dzieci z pierwszej żony, Janty i Karola32, które odebrano mu i oddano pod opiekę duchownego, Hume’a. Ten gwałt śmiertelny zadany prawom ojca, upamiętniony w wierszu Do lorda Eldona33, zerwał ostatnią nić wiążącą go z ojczyzną.

W r. 1818 Shelley z rodziną przybył do Włoch, aby uścisnąć dłoń wielkiego współbojownika i odnowić przyjaźń zawartą w Szwajcarii. Temu spotkaniu winniśmy prześliczny obrazek Julian i Maddalo — Rozmowa34, w której hrabia Maddalo jest uosobieniem Byrona; „Julian (Shelley) — jak mówi poeta w przedmowie — jest to Anglik, człowiek dobrego urodzenia, który pod hasłem doktryn filozoficznych przemawia za panowaniem człowieka duchem i dowodzi możebności olbrzymich postępów rodu ludzkiego po wytępieniu pewnych utrzymujących się jeszcze przesądów”. Maddalo występuje przeciwko pierwszemu punktowi, skąd wywiązuje się gorąca wymiana poglądów, której główną osią jest współczucie dla nieszczęśliwej doli obłąkanych. Prawie jednocześnie ukazała się druga powieść poetycka: Rozalinda i Helena35, zaliczana bezwarunkowo do rzędu najpiękniejszych kwiatów poezji nowoczesnej. Jest to wołający o pomstę do nieba głos w obronie nieszczęśliwych ofiar przymuszonego małżeństwa. Poeta stworzył go w chwilach rozpaczy; „nigdzie też — mówi Brandes36 — w walce przeciw wszelkim formom tradycyjnym Shelley nie zaszedł tak daleko”.

Cztery lata spędzone wo Włoszech, od marca r. 1818 aż do dnia katastrofy, a mianowicie czasy pobytu w Pizie37 i dokonywanych stamtąd wycieczek do Neapolu38, Rzymu39, Balsorano40, Florencji41 — przedstawiają geniusz poety w fazie najwyższego natężenia siły twórczej. Tam, „na zwaliskach termów Karakalli42”, jak powiada Shelley w przedmowie, powstał najpotężniejszy w poezji nowożytnej utwór, Prometeusz rozpętany, przed którym nawet najgroźniejsi wrogowie i współzawodnicy Shelleya w końcu ugięli kolano. Wkrótce po Prometeuszu nastąpiła, w tym samym prawie roku, tragedia Cenci43 — arcydzieło demonicznego majestatu, do jakiego tylko Milton44 i Byron, a spośród naszych mistrzów tylko Słowacki45 w tragedii tegoż imienia, wznieść się umieli. Shelley — równie jak nasz poeta — zaczerpnął treść swego utworu z archiwów pałacu Cencich, w odwrotnym wszakże przedstawił ją profilu. Jakby dla osłabienia czynionych mu zarzutów, że jego typom braknie substancji, doprowadził tu je Shelley do ostatecznych krańców rzeczywistości.

Włochy hojnie dostarczały wieszczowi natchnień najróżnorodniejszych; wielkimi falami wpływał w duszę poety ów świat przeżytej wielkości, piękna, sztuki i natury, z zawisłą nad nim atmosferą materialnych ponęt i zbrodni; obok tych czynników podniecały jeszcze twórczy jego polot wypadki życia. W końcu r. 1820 zagasła najpoetyczniejsza, najrodzeńsza mu dusza — John Keats46; niezapomniany twórca Endymiona47 zmarł bolesnym zgonem w 26. roku życia. Temu smutnemu wypadkowi, jak zranieniu muszli, poezja zawdzięcza Adonaisa48, elegię nad elegiami, gdzie nasz poeta, tak pesymistycznie nastrojony względem świata i rzeczy ludzkich, bryznął im w oczy krwawą żółcią. Adonais — to cała dusza Shelleya, z której rozpaczliwie rozlega się pogrzebowy dzwon nad ukochanym Johnem i nadziejami samego poety.

Przeciwobrazem Adonaisa jest Epipsychidion49, prześliczna rapsodia, w której Shelley, pod postacią nieznanego poety, zmarłego we Florencji, wypowiada swą platoniczną miłość ku Emilii Viviani50.

Paląca naówczas kwestia grecka natchnęła go pomysłem do Hellady51, dramatu lirycznego z chórami, w którym poeta przepowiada wyzwolenie Grecji, jako nieulegającą wątpliwości, cywilizacyjną konieczność postępu ludzkości. Na koniec do tego okresu, pomiędzy r. 1819 i 1822, należy między innymi poczet arcydzieł liryki: Oda do Nieba, Czarodziejka Atlasu, Oda do Wiatru zachodniego, Oda do Skowronka itd., Mimoza52, sielanka niewysłowionej piękności, którą słusznie nazwano „świętem kwiatów”, oraz niektóre poematy polityczne i satyry.

W drugiej połowie roku 1822 kończy się poetycka, z namaszczoną namiętnością prowadzona działalność Shelleya, a kończy się nieprzewidzianym jego zgonem. Podczas wycieczki morskiej w odwiedziny do przyjaciół utonął wraz z towarzyszem, Williamsem53, w Zatoce Spezia54. Wyrzucone przez morze zwłoki wskutek polecenia władz miejscowych spalono, a popioły złożono na cmentarzu protestanckim w Rzymie. Na grobie wyryto napis (w języku łacińskim):

Percy Bysshe Shelley

Serce Serc

Urodzony IV sierpnia 1792

Zmarł VIII lipca 1822.

Prometeusz rozpętany

OSOBY DRAMATU:

  1. Prometeusz
  2. Demogorgon
  3. Zeus (Jowisz)
  4. Ziemia
  5. Ocean
  6. Apollo
  7. Hermes (Merkury)
  8. Herakles (Herkules)
  9. Azja, oceanida
  10. Pantea, oceanida
  11. Jona, oceanida
  12. Widmo Zeusa
  13. Duch Ziemi
  14. Duch Księżyca
  15. Duchy Godzin
  16. Duchy, Echa, Fauny, Furie.

Tragicy greccy, biorąc przedmiot utworu z własnych dziejów lub mitologii, rozsnuwali go z pewną swobodą. Nie uważali oni za konieczny obowiązek przyłączać się do zwykłego poglądu ani iść śladem współzawodników lub poprzedników, tak w tytule, jak i w prowadzeniu akcji. Byłoby to bowiem zrzeczeniem się dążenia do wyższości nad nimi, kiedy właśnie to dążenie wywołało utwór. Historię Agamemnona55 z rozmaitymi zmianami przedstawiano w teatrze ateńskim.

Na krok podobnej swobody i ja się odważyłem. W Prometeuszu rozkutym56 Eschylosa57 pojednanie Zeusa58 ze swą ofiarą następuje jako nagroda za odkrycie niebezpieczeństwa, jakim groziło Zeusowi małżeństwo z Tetydą59. Odpowiednio do tego pojęcia Tetyda zostaje żoną Peleusa60, a Zeus posyła Herkulesa61, aby uwolnił z więzów Prometeusza62. Gdybym ja dramat mój wzorem tego ukształtował, byłoby to nic więcej, jak odbudowanie zatraconego dramatu Eschylosa... Ale myśl o pojednaniu się bojownika ludzkości z Zeusem, wyznaję, wstrętna mi była. Duchowe współczucie ku akcji, wywołane tak potężnie cierpieniami i wytrwałością Tytana63, upadłoby stanowczo, gdyby pomyśleć nam przyszło, że Prometeusz cofa wzniosłe swe słowa i ugina się przed tryumfującym, krzywoprzysięskim przeciwnikiem. Jedyną postacią fantazji, podobną poniekąd Prometeuszowi, jest szatan; ale zdaniem moim Prometeusz uosabia charakter wyższy poetycznie; ponieważ oprócz tego, że koniecznymi stronami jego charakteru są: moc duchowa, wzniosłość, cierpliwa i wytrwała walka z wszechmocnym gwałtem, występuje on wolny od wszelkich skaz nienawiści, zemsty i chciwości władania, które tak wybitnie odejmują sympatię Miltonowskim bohaterom Raju utraconego64. Tu nasuwa się przed oczy niebezpieczna kazuistyka65 — kiedy tymczasem Prometeusz jest niejako typem najwyższej doskonałości ducha i serca, podniecanym ku arcydobremu i arcyszlachetnemu celowi najczystszymi i najprawdziwszymi pobudkami.

Przy tej sposobności niech wolno mi będzie oświadczyć, że posiadam w duszy mej to, co jeden z filozofów szkockich nazywa „namiętnością reformowania świata”. Co do mnie, wolę być potępiony z Platonem i lordem Baconem66, aniżeli pójść do nieba z Paleyem67 i Malthusem68... Błędem jednak byłoby sądzić, że moje poezje poświęcam jedynie prostym i bezpośrednim wymogom reformy, w ogóle bowiem mam wstręt do poezji dydaktycznej. Celem moim było dotąd spokrewnić wysoko wykształconą fantazję wybranych czytelników z pięknymi ideałami doskonałości moralnej.

P. B. Shelley.

AKT I

Scena. Wąwóz lodowatych skał Kaukazu Indyjskiego69. Nad przepaścią widać Prometeusza w więzach. U stóp jego siedzi Pantea70 i Jona71. Noc. Podczas sceny z wolna świta poranek.

PROMETEUSZ

Wszechwładco bogów, demonów i duchów72,

Prócz jedynego73 wszystkich, co te jasne,

Te wirujące napełniają światy,

Na które tylko ty, a wśród żyjących

Ja tylko, patrzym bezsenną źrenicą;

O Zeusie, spojrzyj na tę ziemię, która

Twych niewolników roi się mrowiskiem.

A ty, za hołd ich, modły, uwielbienia,

Za hekatomby tylu serc złamanych

Odpłacasz grozą twego majestatu,

Ich samowzgardą i marną nadzieją.

A mnie — wrogowi — ślepy z zaciekłości,

Ku własnej hańbie, mnie ty pozwoliłeś

— Królować, tryumf odnosić nad moją

Nędzą, nad twoim bezsilnym szyderstwem.

Trzy tysiąclecia, co — łamiąc się wiecznie

W bezsenne chwile, w godziny katuszy —

Porówne latom, męka i samotność,

Szyderstwo, rozpacz... oto me królestwo,

Świetniejsze nad to, na które spozierasz

Z wyżyny tronu, o ty, dziś wszechwładny!

Wszechwładny — gdybym ja dzielić był raczył

Sromotę twojej tyranii, nie wisiał

Na tym skalisku, co orłom urąga,

Burzliwe, czarne, umarłe, bez granic,

Ziół, zwierząt, kształtu lub dźwięku żywota,

Biada mi, biada! Na wieki, na wieki!

Wytchnienia, zmiany, nadziei — o! żadnej.

A przecież znoszę. Więc pytam tej Ziemi,

Czy moich cierpień nie poczuły Góry?

Więc pytam Niebios, czy ich nie widziało

To wszechwidzące Słońce? Więc wśród burzy

I ciszy ciebie ja pytam, o morze,

Ty wiekuiście zmienny cieniu Nieba

Tu rozścielony, czy głuche twe fale

Nie dosłyszały mojego konania?

Biada mi, biada! Na wieki, na wieki!

Lodowce bodą mnie grotem kryształów,

Marznących nocą; łyskliwe kajdany

Piekącym chłodem wyżerają kości,

A pies skrzydlaty, plugawiąc dziób jadem

Nie swoich — twoich — ust, szarpie mi serce;

Bezkształtne widma wokół mnie koczują;

Straszydeł roje z królestwa senności,

Szydząc, przechodzą nade mną; Demonom

Trzęsienia ziemi kazano, by nity

Drgających ran mych zdzierały o skałę,

Co się rozwiera i zwiera pode mną;

A z jej otchłani tłoczą się i wyją

Geniusze burzy, podniecając wściekłość

Orkanów, aby chłostały mnie gradem.

A jednak miły jest mi dzień, noc miła.

Czy ten rozkuwa siwą mgłę poranku,

Czy ta gwiaździsto, z wolna, w ołowiane

Tło wschodu pełza; bo one prowadzą

Orszaki godzin, gnuśnych — lecz z nich jedna74,

Jak mroczny kapłan, uporną ofiarę

Pod nóż wlokący, wlec będzie i ciebie,

Okrutny Zeusie, abyś krew całował

Tych nóg wybladłych, co mogłyby wtedy

Tratować ciebie, gdyby nie gardziły

Zwalonym nędznie do stóp niewolnikiem...

Pogarda? O, nie! To litość nad tobą,

Bo jakież zniszczenie ścigać cię będzie,

Rozbrojonego, po przestworzach nieba!

Bo jakże dusza twa, trwogą rozdarta,

Jak otchłań piekła do dna się rozzieje!

Z boleści mówię, nie z naigrawania,

Bo nienawiści już nie mam, jak niegdyś,

Gdym jeszcze nędzą nie zdobył mądrości;

Przekleństwo owe, którem niegdyś rzucił

Na ciebie, chciałbym odwołać. —

— Wy, Góry!

Wy, których echa stugłose rozniosły

Tych czarów piorun po mgle wodospadów!

Wy, Źródła, które, kostniejąc pod lodem,

Na moje słowa drgałyście, a potem

Po całej Indii w dreszczach się rozpełzły!

Ty, przenajczystsze Powietrze, po którym

Palące słońce kroczy bez promieni!

Wy, kręte Wichry, coście w onej chwili

Niechwiejnym skrzydłem, nieme, nieruchome

Nad uciszoną zawisły otchłanią,

Straszniejszą niźli wasz piorun, gdy wstrząsa

Okręgiem świata! O, jeżeli wtedy

Me słowa miały moc — acz tak jam dzisiaj

Przeistoczony, że wszelka zła żądza

Zamarła we mnie i samo wspomnienie

O nienawiści — pomnijcież przekleństwo.

Jak brzmiało? — Wszakże słyszeli je wszyscy.

PIERWSZY GŁOS

od Gór

Po trzykroć trzysta tysięcy lat

Stojąc niezłomne tu, na pokładach

Trzęsienia ziemi, nieraz w jej ślad

Myśmy wszem tłumem drgnęły w posadach,

Jak zdjęty trwogą ludzki ten świat.

DRUGI GŁOS

od Źródeł

Nieraz piorunowe strzały

Wypalały nasze wody,

Gorzką krwią je pokalały;

A te, nieme, wciąż przez grody,

Przez pustynie upływały.

TRZECI GŁOS

od Powietrza

Gdy nagiej Ziemi pierwooblicze

Jam barwą własnej szaty natarło,

Nieraz jęczenie tajemnicze

Pogodną ciszę mą rozdarło.

CZWARTY GŁOS

od Burz

Od wieku wieków, wirem orkanu

Wokół tych gór krążył nasz lot;

Lecz nigdy jeszcze ani ów grzmot,

Ani ogniste źródło wulkanu,

Ni moc od góry, ni od poziomu

Dziwem nie tchnęła w burze pogromu.

PIERWSZY GŁOS

Pierwszy to raz mój szczyt zaobłoczny

Na twój się zatrząsł odzew wyroczny.

DRUGI GŁOS

Nigdy na fali indyjskiej łono

Takiego głosu nie poniesiono.

Sternik przez sen w gardziel odmętu

Z dreszczem śmiertelnym skoczył z okrętu;

«Biada mi!» — krzyknął i w gąszczu piany

Skonał, szalony, jak fal bałwany.

TRZECI GŁOS

Jeszcze pod słowy tak gromowymi

Nigdy się wskroś, od nieba do ziemi,

Nie rozstąpiła moja ojczyzna,

A gdy zarosła pierwsza ta blizna,

To w krwawy cień osnuł się dzień.

CZWARTY GŁOS

Zbiegłyśmy w trwodze, bo tam nas, aż tam

Sny o zniszczeniu wszerz świata i wzdłuż

Do lodowatych ścigały jam

I nakazały milczenie nam.

A wszak milczenie jest piekłem dla burz.

ZIEMIA

Od wzgórz skalistych milczące Jaskinie

Jęknęły: «Biada!»; bezdenne Niebiosa

Odjękły: «Biada!»; purpurowa fala,

Z dna Oceanu75, bijąc w ląd, do wiatrów

Siekących wyła — i ludy pobladły,

I ludy bowiem usłyszały: «Biada!».

PROMETEUSZ

Słyszałem głosy, lecz nie te, co niegdyś

Wyszły z ust moich. Matko, syny twoje

I ty bluźnicie temu, bez którego

Niezłomnej woli wy byście pospołu,

Jak mgła, pod wiatrem poranku rozwiana,

Pod dziką Zeusa wszechmocą zniknęli.

Więc mnie nie znacie?... Tytana, co stanął

Przez męki swoje wałem od pogromu

Waszego wroga? O, karmione śniegiem

Strumienie, w skałę oprawione smugi,

Po których, w cieniu, jam błąkał z Azją76,

Z jej ukochanych oczów77 pijąc życie;

Dlaczegóż nowy duch broni wam dawnej

Wspólności ze mną, com jeden ukracał

Jak rozpęd furii ogniami gnanego

Woźnicy — siłę i podstęp mocarza,

Który, zdobywszy tron, napełnia jękiem

Obezwładnionych swoich niewolników

Jasne pustynie i ciemne wąwozy?

Przecz78, Bracia, jeszcze nie odpowiadacie?

ZIEMIA

Nie śmieją.

PROMETEUSZ

Któż śmie? Bo chciałbym raz jeszcze

Usłyszeć owo przekleństwo. Ha! Jakieś

Wśród nich złowieszcze przebiegły szeptania,

Nie głosy... Tylko po krwi zatętniły,

Jak błyskawica, co drgnie, nim uderzy.

Mów, Duchu! Głos twój, niewcielony, tylko

Mnie tu wskazuje, że krążysz w pobliżu

I kochasz. Mów więc, jak ja go przekląłem

Przed wieki79?

ZIEMIA

Jakże możesz mnie dosłyszeć,

Ty, który nie znasz języka umarłych?

PROMETEUSZ

Tyś duch żyjący, mów mową żyjących.

ZIEMIA

Mową żyjących? Nie, nie śmiem przemówić,

By nie dosłyszał mnie dziki Pogromca

I nie osadził na kole męczeństwa,

Straszliwszym niźli to, po którym krążę.

Tyś pełen wiedzy, dobry, i — choć bogom

Ten głos jest tajny — tyś wyższy nad Zeusa

Sercem i wiedzą. Więc bacznie posłuchaj.

PROMETEUSZ

Po mózgu moim mrocznie, jak cień bury,

Migają straszne, nieprzejrzyste myśli,

Omdlewam, jakby w duszącym uścisku

Miłości — ale to nie jest rozkoszą.

ZIEMIA

Nie, mojej mowy ty słyszeć nie możesz:

Tyś nieśmiertelny, a ta mowa tylko

Tym bywa znana, którzy umierają.

PROMETEUSZ

A któż ty jesteś, o melancholijny

Głosie mój?

ZIEMIA

Jam jest matka twoja, Ziemia,

Po której żyłach kamiennych, aż w krańce

Ostatnich włókien najwyższego drzewa,

Co gronem listków potrząsa w powietrzu,

Przebiegła rozkosz, jak krew w żywym ciele,

Gdy ty z jej łona, we mgle majestatu

Powstałeś, duchu rozkoszy niebieskiej,

A na dźwięk głosu twego mdłe jej syny

Podniosły czoła z prochu pohańbienia,

A nasz Pogromca blednął — nim piorunem,

Niosącym zemstę, przykuł cię do skały.

O, wtedy... widzisz te światów miliony,

Co tu naokół toczą się i płoną:

Ich ludy były świadkami, jak zszarzał

W bezmiarach nieba mój okrąg świetlisty;

Pod dziwną burzą spiętrzyło się morze,

A nowy ogień z śnieżnych gór, rozdartych

Trzęsieniem ziemi, aż po niebokręgu

Granice włosy rozpuścił złowieszcze;

Doliny gnębił Potop z Błyskawicą80,

Po grodach osty zakwitły, po pysznych

Komnatach głodne dyszały ropuchy,

Bo Głód z Zarazą padły na człowieka,

Na zwierza lasów i ziemne robactwo,

A rdzawa rosa na drzewa i zioła;

W winnicach, w zbożu i wśród łącznej trawy

Bez liku lęgnął się chwast jadowity,

Ich wzrost tamując — bo piersi z boleści

Schły mi; powietrze, ten lotny mój oddech,

Skaziły tchnienia nienawiści, które

Matka zionęła na mordercę dziecka.

O tak, słyszałam ja twoje przekleństwo,

Którego, jeśli ty już nie pamiętasz,

To moje góry, niezliczone morza,

Jaskinie, wiatry, eter bezgraniczny

I oniemiałe narody umarłych

Jak czarodziejski skarb je przechowują.

Z nadzieją, z tajną radością ważymy

Wyroczne słowa twe myślą, lecz wyrzec

Tych słów nie śmiemy.

PROMETEUSZ

O, matko czcigodna!

Kto tylko żyje i cierpi, każdego

Pocieszasz; kwiatów, owoców, melodii,

Miłości nawet przelotnej nie żądam;

Tylko mych własnych słów mi nie odmawiaj.

ZIEMIA

Usłyszysz: Zanim Babilon81 legł w gruzy,

Mag Zoroaster82, umarłe me dziecię,

W ogrodzie spotkał kroczący swój obraz.

Jedyny z ludzi on miał to widzenie.

Bo wiedz, dwa światy są: życia i śmierci.

Jeden tu widzisz wokoło; świat drugi

Pod grobem leży, tam gdzie zamieszkują

Cienie wszech kształtów, co myślą i żyją,

Aż śmierć je złączy, by już nie rozłączyć.

To są sny, świetlne pierworysy ludzi;

Co stwarza wiara, miłość roi, wszystkie

Straszliwe, dziwne i piękne postacie.

I ty tam jesteś, jako cień stargany,

Wśród gór wiszący na wichrów stolicy;

Są tam bogowie wszyscy, są tam także

Wszystkie potęgi bezimiennych światów,

Olbrzymie widma z berłami, mężowie,

I bohaterzy, i dzikie zwierzęta,

I ów ponury pomrok — Demogorgon83,

I Zeus na tronie z płonącego złota.

O synu, jeden z nich wyjawi owo

Przekleństwo, które wszyscy pamiętają.

Wywołaj ducha twojego lub ducha

Zeusa, Hadesa84, Tyfona85 lub jednej

Z tych potężniejszych istot, co poczęte

W brzemiennym łonie Złego, po twej klęsce

Dziś depczą moich ukorzonych synów,

I pytaj — oni muszą odpowiedzieć...

Tak — niechaj raz już przewionie Najwyższa

Zemsta po próżni cieniów, jako wicher

Przez opuszczoną bramę zapadłego

W gruzy pałacu.

PROMETEUSZ

Matko, niech już nigdy

To, co złem grozi, nie przejdzie raz drugi

Przez usta moje lub mnie podobnego.

O, widmo Zeusa — powstań, ukaż mi się.

JONA

Skrzydła mi własne zaćmiły wzrok,

Skrzydła mi własne zaparły słuch,

Lecz i przez srebrny cienia ich mrok,

Przez ich drzemiące piórka i puch

Prześwieca Widmo, grzmią groźne tony.

Niechże przeminie nie w złej godzinie

Dla ciebie, więźniu, krwawo zraniony,

Gdy my dla siostry, o Bracie nasz,

Wieczne sprawujem czaty i straż.

PANTEA

To huk trzęsienia ziemi, to burze,

Ogień spod świata, dno gór zapadło:

Oto ponure kroczy widziadło

W ciemnej, gwiazdami tkanej purpurze;

Żylasta ręka widma-olbrzyma,

By dotrwać kroku na tle obłoku,

Bladozłote berło trzyma;

Dziki, spokojny wzrok zda się głosić:

«Jam mocen krzywdę spełniać, nie znosić».

WIDMO ZEUSA86

Przecz tajne moce tej dziwnej krainy

Mnie, wątłe widmo bez ciała, tu wparły

W szalonych burzach? Jakież mi niezwykłe

Po wargach drgają dźwięki, niepodobne

Do głosu, którym blade plemię nasze

Prowadzi trupią rozmowę w ciemnościach?

I któż ty jesteś, dumny męczenniku?

PROMETEUSZ

Straszny Obrazie! Takim, jak ty, musi

Być ten, któregoś cieniem. Jam wróg jego,

Tytan. Wypowiedz to, co słyszeć pragnę,

Choć próżny głos twój jest próżnią bez myśli.

ZIEMIA

Słuchajcie! — lecz niech milczy wasze echo —

Wy, siwe góry, wy, lasy przedwieczne,

Wysepne wody, jaskinie prorocze,

Zaczarowane źródła. Usłyszycie

To, czego dotąd wymówić nie śmiecie.

WIDMO ZEUSA

Duch przebiegł po mnie i mówi tam, w głębi,

Targa jak ogień chmurę błyskawiczną.

PANTEA

Patrz, jak potężny podniósł wzrok! Mroczeje

Niebo!

JONA

Przemawia! O, brońcie mnie, brońcie!

PROMETEUSZ

Jak wypisane na zwitku, już widzę

Przekleństwo w dumnej i zimnej postawie,

W spojrzeniach groźby i zemsty milczącej,

I w tej rozpaczy, co własnym uśmiechem

Urąga sobie. Lecz przemów, o, przemów!

WIDMO ZEUSA

«Wrogu, wyzywam Cię! Nieulękniony,

W ciebie odpieram wszystkie twoje groty:

Bogów i ludzi ciemiężco szalony,

O! Jednej tylko nie zmożesz istoty!

Wybuchnij na mnie wszech plag twoich deszczem,

Trupią niemocą, obłąkania dreszczem;

Niech mróz, niech ogień, twej pomsty narzędzie,

Wgryza się we mnie, gniew niech gradem będzie,

Gromem; niech orkan, z wędzideł spuszczony,

Wpędzą na mnie krwawiących furii legiony.

Brnij w złym. Poddałem ci pod dłoń wszechwładną

Wszystko — prócz ciebie i prócz mojej woli —

Więc z eterycznej wieży twej niech spadną

Na ludzkość czarne zastępy niedoli.

Ozioń w mroku piekłem całym

Ród ten, który ukochałem:

Moją i wszech braci duszę

Poświęcam ci na katusze.

Tu krnąbrna głowa męczarń się nie wzbrania,

Aż po kres niepochybny twego królowania.

A tobie — bytów pogromcy i panu —

Co ten świat płaczu napełniasz swą duszą,

Któremu wszystkie twory oceanu,

Nieba i ziemi hołd trwogi nieść muszą —

Przekleństwo, Zeusie! Niech jęk męczennika

Wyrzutów jadem w krew twoją przenika,

Wieczność twa niech będzie cała

Szatą jadem napuszczoną,

A wszechmoc twoja męczeńską koroną,

Aby, jak złoto w ogniu wraz z mózgiem stopniała.

Pod tym przekleństwem mnóż złe w tysiąckrotność,

Dręcz się widokiem dobrego na ziemi:

Bo te, jak wszechświat, są nieskończonymi,

Jak ty i twoja trawiąca samotność.

Groźna larwo87, acz od skroni

Ciszy świecisz majestatem,

Przyjdzie chwila, co przed światem

Wnętrzną istność twą odsłoni,

Kiedy po zbrodniach, po fałszu i zdradzie,

Czas i przestrzeń rozniosą wieść o twej zagładzie».

PROMETEUSZ

Mojeż to słowa, matko?

ZIEMIA

Twoje, synu!

PROMETEUSZ

Rodzico, żal mi i słów mych, i czynu,

Bo słowa marne to, przelotne tony;

A gniew zaślepia. Byłem zaślepiony.

Bodaj nie znała cierpień żadna istność żywa.

ZIEMIA

O! Nieszczęśliwa ja, nieszczęśliwa!

Zwycięży ciebie ten Zeus, wyklęty.

Zapłaczcie lądy i wód odmęty,

Rozdarta Ziemi pierś wam odpowie;

Zapłaczcie, żywych i zmarłych Duchowie,

Wasza tarcz, wasza schrona leży zwyciężona.

PIERWSZE ECHO

Leży zwyciężona.

DRUGIE ECHO

Leży zwyciężona.

JONA

Nie drżyj — to krótkie, spazmowe dreszcze,

Tytan Zwycięzcy nie uległ jeszcze.

Lecz patrzcie tam, tam, w szczerbę błękitu:

Pod śnieżnym grzbietem widłatej skały,

Spychając wiatry z żeber granitu,

Stopą, ozutą w złote sandały,

Skrzydłem, podobnym barwą w purpurze

Świeżo skąpanej słoniowej kości,

Od prawej ręki miga się w górze

Z wężów opaska i złota laska.

PANTEA

To Hermes88, Zeusa gońcem się zwie.

JONA

A oweż, z hydry89 włosem na łbie,

Których żelazne skrzydła wiatr wzdyma,

I tylko On je w posłuchu trzyma,

Gdy za nim stado wrzaskliwe gna,

Iście zgnilizny ziejąca mgła?

PANTEA

To wichrolotne psy z jego sfór,

Które jękami karmi i krwią,

Gdy na siarczanym rydwanie z chmur

Opuścić ma stolicę swą.

JONA

Więc z krajów śmierci, z głodną paszczęką,

Przyszły tu nową karmić się męką.

PANTEA

Jak zawsze: stały, niedumny wzrok więźnia.

PIERWSZA FURIA

Ha! Już zwietrzyłam życie.

DRUGA FURIA

Pozwól tylko

Zajrzeć mu w oczy. Ta myśl, że katować

Go będę, pachnie mi tak, jak stos trupów

Ptakowi śmierci na pobojowisku.

PIERWSZA FURIA

I ty śmiesz zwlekać, heroldzie? Ho! Hura,

Hura, psy piekła — a nużby syn Mai90

Spadł nam na strawę. Któż długo ma łaskę

U Zeusa?

HERMES

Precz stąd, do żelaznej wieży,

I tam, nad rzeką ognia i łez, głodnym

Zgrzytać mi zębem. Powstań, Gerionie91,

Chimero92, Gorgo93 i ty, najchytrzejsza

Z potwornic, Sfinkso94, coś niegdy Tebidom95

Zatrute z nieba przyprawiła wino:

Dzikiej miłości — dzikszej nienawiści96;

Sprawcie się pilnie.

PIERWSZA FURIA

Ach! Zlituj się, zlituj!

My umieramy z żądzy — nie odpędzaj.

HERMES

To milczcie, jędze...

Wielki Męczenniku!

Do niechętnego i najniechętniejszy

Schodzę tu z woli wielkiego Rodzica,

Aby wykonać wyrok nowej kaźni.

Ach! Żal mi — sam ja siebie nienawidzę,

Żem więcej zdziałać nic zdolen. Gdy żegnam

Spojrzenie twoje, to długo mi, długo

Piekłem się zdaje niebo, wciąż mnie ściga

Uśmiechem skargi znędzniała twa postać.

Tyś stały, mądry i dobry. Lecz próżno!

Sam jeden chciałbyś upierać się w walce

Z wszechmocą, którą uznały od wielu

Lat i uznawać będą owe światła,

Co mierzą, dzieląc, powolny prąd czasów,

Przed którym nie ma ucieczki. Dziś właśnie

Twój wróg uzbraja potworne potęgi,

Co w piekle srogie wymyślają męki,

I mnie poleca spędzić je, a z nimi

Wszech dzikich, jeszcze chytrzejszych demonów,

Co śpią w otchłani. Oby tak nie było.

Jest tajemnica, li97 tobie wiadoma98,

Prócz ciebie — żadnej z żyjących istności,

Która mu berło z rąk wytrącić może;

Ta myśl zatrważa Piorunującego.

Odziej ją w słowa, niech natchnie tron jego

Orędownictwem. Skłoń duszę do modłów,

Jak błagalnica w wspaniałej świątyni,

Niech wola w dumnym sercu twym uklęknie.

Przysługa bowiem z pokorą — najdzikszych

I najsilniejszych ugłaszcze.

PROMETEUSZ

Złe dusze

I dobro nagną do swojej natury.

Jam dał mu wszystko, co ma; on mnie za to

Przez lata, wieki więzi dniem i nocą,

Gdzie słońce spiekłą skórę mi rozdziera,

Gdzie w noc miesięczną śnieg szklanymi skrzydły

W mój włos się wkleja, kiedy ukochane

Me plemię leży zdeptane przez srogich

Siepaczy, jego myśli wykonawców.

Tak, tak nagradza wielki Zeus! I słusznie.

Kto złym jest, dobra przyjąć ci nie może.

Świat mu podaruj, strać dlań przyjaciela —

To gniew poczuje, wstyd, bojaźń — nie wdzięczność.

On mści się na mnie za własne swe zbrodnie;

Dla niego dobroć — to wyrzut, co gorzkim

Przerywa żądłem wpółczujny sen Zemsty.

Sam wiesz — na korność ważyć się nie mogę;

jakąż inną korność on by przyjąć,

A jam udzielić mógł, jeśli nie owo

Wyroczne słowo, tę śmiertelną pieczęć

Niewoli rodu ludzkiego, drgającą

Nad jego skronią, jak niegdyś na włosku

Miecz sycylijski99. Nie, tego nie spełnię,

Niech inni kadzą zbrodni, co zasiadła

Na krótką wszechmoc — oni są bezpieczni,

Sprawiedliwość, zwycięska, nie kary,

Lecz współboleści łzami płakać będzie

Nad krzywdą swoją, aż nadto pomszczoną

Na tych, co krzywdzą. Więc czekam wytrwale

Na dzień odpłaty, co z biegiem słów moich

Wciąż się przybliża. Lecz słuchaj: już wyją

Te psy piekielne... Nie zwlekaj... Czy widzisz,

Jak niebo mroczy się pod brwi zmarszczeniem

Twojego ojca?

HERMES

Oby mi oszczędził

Był bólu, że ci męki zadać muszę.

Jeszcze raz błagam, odpowiedz: wszak nie wiesz

O kresie władzy Zeusa?

PROMETEUSZ

Wiem to tylko,

Że kres ten musi nastąpić.

HERMES

Niestety!

Więc lat twej przyszłej męki ty nie zliczysz!

PROMETEUSZ

Trwać będą, póki on włada; nie pragnę

Ni mniej, ni więcej.

HERMES

Ach! Zapuść się myślą

W tę wieczność, gdzie by czas zapamiętany

I pomyślany nawet w wieki wieków

Kropelką zdał się, a harda twa dusza

Mdlała, ścigając jej lot nieskończony,

I padła ślepa, obłędna, zgubiona...

I ta nie zliczy lat, które tu musisz

Przejęczeć w mękach, nieułaskawiony.

PROMETEUSZ

Nie zliczy może, lecz one wciąż płyną.

HERMES

Tymczasem mógłbyś je przeżyć wśród bogów

W pełniach rozkoszy.

PROMETEUSZ

Za nic bym nie rzucił

Tych czarnych urwisk, mąk nieżałowanych.

HERMES

Podziwiam, ale i żałuję ciebie.

PROMETEUSZ

O, żałuj raczej tych służalców Zeusa,

Co sami sobą gardzą, ale nie mnie,

W którego duszy króluje spokojność

Jak w słońcu światło. Po co tu czcze mowy;

Wołaj swych zbirów.

JONA

Patrz, patrz, siostro moja,

Jak biały ogień rozszarpał z korzeniem

Ów cedr olbrzymi, przywalony śniegiem!

Jak w grozie piorun boga mu odgrzmiewa.

HERMES

Niestety! Muszę być posłuszny twoim

I jego słowom, choć pognębiające

Zgryzoty brzemię spada mi na serce.

PANTEA

Patrz! Już syn nieba skrzydlatymi stopy

Mknie po ukośnych promieniach poranku!

JONA

O luba, zapuść twe piórka na oczy,

Abyś, ujrzawszy, nie umarła. Idą,

Już idą, idą — i dnia narodzenie

Czernią milionem swych skrzydlisk, od wnętrza

Jako śmierć pustych.

PIERWSZA FURIA

Hej, Prometeuszu!

DRUGA FURIA

Hej, nieśmiertelny Tytanie!

TRZECIA FURIA

Wojaku,

Walczący w sprawie niewolników Nieba!

PROMETEUSZ

Ten, na którego woła głos straszliwy,

Jest tu: spętany Tytan, Prometeusz.

Lecz kto jesteście wy, ohydne zmory?

A wszak, jak piekło piekłem, w jego toniach

Ćmy tak bezecne nie zlęgły się dotąd

Z wszechpotwornego mózgu Gromowładcy.

Gdy patrzę na te przeklęte dziwadła,

To zdaje mi się, żem podobny temu,

O którym marzę, więc śmiech mnie porywa

I osłupienie w obmierzłym współczuciu.

PIERWSZA FURIA

Jesteśmy duchy męki i postrachu,

Kłamstw, nienawiści, rozszalałej zbrodni

I nieufności; my, jak psy zgłodniałe,

Po krzach100 i bagnach zranione sarniątko,

Tropimy wszystko, co ma łzy, krew, życie,

A z Jego woli na pastwę nam spadnie.

PROMETEUSZ

O! Tyle strasznych plag w jednym imieniu!

Ja znam was, wody i echa te znają

Brzęk czarnych skrzydeł waszych; ale czemuż

Dziś, ohydniejsze nad własną ohydę,

Aż legionami wpadacie z otchłani?

DRUGA FURIA

Nie wiem. Hej! Cieszmy się, cieszmy, siostrzyce.

PROMETEUSZ

Możnaż się cieszyć pod piętnem brzydoty?

DRUGA FURIA

Piękność rozkoszy raduje kochanków,

Gdy w oczy sobie patrzą. Tak jest z nami.

Jak od tej róży, którą, klęcząc, zerwie

Blada kapłanka na wianek świąteczny,

Na twarz jej pada szkarłat świąteczny,

Tak od wyrocznych mąk naszej ofiary

Pada cień, który zabarwia nam postać,

Zwykle bezkształtną, jak Noc, matka nasza.

PROMETEUSZ

Szydersko śmieję się z potęgi waszej

I tego, co was zesłał tu. Nalejcież

Kielich mąk.

PIERWSZA FURIA

Myślisz ty, że ci będziemy

Szarpać za kością kość i nerw za nerwem,

Jak ogień w twoich nurtując wnętrznościach?

PROMETEUSZ

Męka — to żywioł mój, jak twój — nienawiść.

Już teraz wy mnie szarpiecie, a jednak

Ja się nie skarżę.

DRUGA FURIA

Czy myślisz, że tylko

Śmiać ci się będziem w te oczy bez powiek?

PROMETEUSZ

Nie myślę o tym, co czynicie; myślę

O tym, co, czyniąc złe, cierpieć musicie.

Okrutną była ta Moc, co z ciemności

Was i podobne wam jędze wyzwała.

TRZECIA FURIA

Czy wiesz, Tytanie, że żyć będziem w tobie

Zwierzęcym życiem, i chociaż niezdolne

Zaćmić płonącej duszy, zamieszkamy

Obok niej, jako czcza, wrzaskliwa tłuszcza,

Co wiarę w siebie najmędrszym wydziera?

Że będziem straszną myślą w twoim mózgu,

Bezecną żądzą, wokół zdumionego

Serca krążącą? Krwią, ból roznoszącą

Po labiryncie żył?

PROMETEUSZ

Już tym jesteście.

Jam jednak królem nad sobą, bo wirom

Walk i boleściom ducha rozkazuję,

Jak wam Zeus, kiedy piekło kark podnosi.

CHÓR FURII

Od kończyny101 wszech ziem, od kończyny wszech ziem,

Tam gdzie noc ma swój grób, gdzie kolebkę ma świt,

O! Bywajcie, bywajcie!

I wy, co w tryumfie wstrząsacie gór tłem

Z hasłami, że w gruzy miast wali się szczyt,

I wy, co bez skrzydeł po morzu kroczycie,

Radośnie witając okrętu rozbicie

I głodną śmierć ludzi, czy nocą czy dniem,

Bywajcie, bywajcie!

Porzućcie łoże zimne, czerwone,

Obok umarłych ludów zastawione;

Rzućcie nienawiść, bo tak się ściele

Na przyszły pożar iskrę w popiele;

Wybłyśnie ona z krwawszym wybuchem,

Gdy ją wskrzesicie nowym podmuchem.

Rzućcie kuszący młodzieńca łono,

Uwikłanego w chuciowej przędzy,

Zmysł samowzgardy i przyszłej nędzy,

Głowienkę niedopaloną.

I marzyciela sny niech przestrasza

Niewyjawiona tajemnica piekła;

Rzućcie i jego: trwoga zaciekła

Srodzej go strawi niż nienawiść wasza.

Bywajcie, bywajcie!

Pędzim, jak wyziew od piekielnej bramy,

Ciążę pomoru w powietrzu wdychamy;

Lecz bez was próżną jest tu praca nasza —

Bywajcie!

JONA

Siostro, ja słyszę tam grzmot nowych skrzydeł.

PANTEA

Potężne góry drgają pod ich hukiem,

Drga i powietrze, a cień ich w pośrodku

Mych piór mrok spuszcza czarniejszy od nocy.

CZWARTA FURIA

Ten wyzew wasz, jak lot rydwanu,

Party skrzydłem huraganu,

Z czerwonego oceanu

Mąk i wojny do tych stref

Oderwał nas...

PIĄTA FURIA

Od miast przestronnych,

Głodną śmiercią spustoszonych;

SZÓSTA FURIA

Niedosłuchanych jęków, od trzew

Z krwią nieliźniętą;

SIÓDMA FURIA

Od pysznych niecnotą

Wieców mocarzy, kędy za złoto

Kupują i sprzedają krew.

ÓSMA FURIA

Od pieca, w którym czerwony żar,

Wrąc do białości...

JEDNA Z FURII

Milcz! Wiem ja, wiem

Wszystko, co wyrzec chcesz w słowie twym;

Snadź102 jedno słowo złamie nam czar,

Który miał ugiąć Niezwyciężonego,

Niech więc i szeptów usta się strzegą.

Ta krnąbrna dusza, ta myśl burzliwa

Najgłębszą piekieł potęgę wyzywa.

JEDNA Z FURII

Zedrzyj zasłonę!

INNA FURIA

Zdarłam.

CHÓR103

Patrz! Oto świtanie

Smutno gwiazdami olśniło bladymi

Postać, zrodzoną na nędzę tej ziemi...

Omdlewasz? Więc ci, wszechmocny Tytanie,

Urągam. Chełpisz się otwarciem wieka

Przeczystej wiedzy przed wzrokiem człowieka?

Tyś nią zapalił to pragnienie duszy,

Co owe zgubne wody wskroś wysuszy:

Gorączkę zwątpień, uczuć, żądz, nadziei,

Które ją trawić będą po kolei.

Był Mąż, pokoju pełen i czci,

Który na ziemię, skąpaną w krwi,

Zszedł z pojednania uśmiechem;

Głos Męża przeżył go swoim echem,

Przeżył — lecz jako przezgubny jad,

Wypalający hasło i ślad

Prawdy, litości, bratniej miłości!

Patrz! Po widnokręgu tym,

Z grodu, co milion serc w sobie mieści,

Pod jasne niebo wzbija się dym!

A teraz — słyszysz okrzyk boleści?

To jego cichy duch się rozżalił

Nad wiarą, którą On sam zapalił...

A teraz: płomień blednie, zanika

Jak w krzach skrzydlata lampka świetlika;

Ci, co zostali, z bliska i z dali,

Drżąc, otaczają popioły ogniska.

O! Radości, radości!

Tyle wieków przed tobą! A każdy ci powie:

«Przyszłość ciemna, obecność104 tak srodze uciska

Jak głowę twą bezsenną cierniste wezgłowie».

PÓŁCHÓR I

Zimna kropla, jak przy zgonie,

Broczy białe, drżące skronie;

Niech na chwilę z mąk ochłonie...

Patrz, jak w moc wyrocznej zmiany,

Z udręczenia, z umęczenia

Wschodzi lud odczarowany;

Jego hasłem — prawda żywa,

Przywódczynią — dusz swoboda

I ta spójna braci zgoda,

Których dziatwą swą nazywa

Miłość.

PÓŁCHÓR II

Mnie inny świat się odsłania:

Patrz, jak brat morduje brata!

Jak wschodzi czas winobrania

Śmierci i Grzechu; z wnętrzności świata

Tryska sok nowy — krew! Aż z rozpaczą,

Wśród zgliszcz, konania dusz i płomieni,

Na zwłokach świata wspólnie zapłaczą

Zwycięzcy i zwyciężeni.

Wszystkie Furie znikają oprócz jednej.

JONA

O, siostro! Co za jęk złowieszczo głuchy

Wybucha z serca dobrego Tytana,

Jak wichry, kiedy zawyją po głębiach,

A zwierz dosłyszy to wycie z pieczary.

Czy śmiałaś patrzeć, jak wróg go katuje?

PANTEA

Po dwakroć, ale już więcej nie będę.

JONA

I cóż widziałaś?

PANTEA

Widok rozpaczliwy:

Młodzieńca z cichym, cierpliwym obliczem,

Przygwożdżonego do krzyża.

JONA

A potem?

PANTEA

Ziem rozpadliny i Niebo zasnute

Widmami ludzi umarłych strasznymi;

Z tych jedne były rąk ludzkich ofiarą,

Niektóre, jak się zdawało, serc ludzkich.

Bo nieraz ludzi zabijano samym

Brwi namarszczeniem lub uśmiechem. Inne

Też, wstrętne oku i życiu, przede mną

Przemknęły widma. Po cóż szukać grozy

Wstrętniejszej — dosyć zraniły i tamte.

FURIA

Znaj godło: «Ci, co cierpią za człowieka

Krzywdy, szyderstwo i pęta, skupiają

Tysiąckroć męki na niego i siebie».

PROMETEUSZ

O! Spędź z oblicza ten mrok osłupienia105,

Zawrzyj zsiniałe usta, aby z twojej,

Cierniem zranionej, skroni krew nie trysła,

Bo ona miesza się z moimi łzami.

Utkwij źrenice w spokoju i śmierci,

Aby pod spazmem twym krzyż się nie zatrząsł,

Wychudłe palce we krwi nie pływały.

Duchu! Imienia twego nie wymówię,

Bo dziś się stało złorzeczeniem. Widzę

Mężów mądrości, wzniosłości i prawdy,

Znienawidzonych przez twe niewolniki

Za to, że tobie podobni; tych nędzne

Kłamstwa wygnały za ognisko serca,

Wcześnie wybrane, późno opłakane,

Jak łań poszczutą ryś zakapturzony;

Tamtych — w zgniliźnie skowano z trupami;

Innych (słyszycie głośny śmiech motłochu?)

Na stos wrzucono. U stóp moich płyną

Szeroko, na kształt wysep, z korzeniami

Wyrwanych z morza, potężne królestwa,

Których synowie giną w krwi pospólnej

Przy świetle głowni swych domów spalonych.

FURIA

Krew możesz widzieć i ognie, jęk słyszeć;

Lecz gorsze rzeczy — niedosłyszanymi,

Niewidzianymi pozostaną.

PROMETEUSZ

Gorsze?

FURIA

Obawa, w sercu każdego człowieka,

Przeżyje strawę, którą pochłonęła.

Najpotężniejszych przestrasza to wszystko,

W czym prawdy uznać nie raczą. Obłuda

I zwyczaj czynią z ich duchów świątynie

Przeróżnych, dziś już przeżytych, obrzędów.

Nie śmią pomyśleć o dobru ludzkości,

A jednak o tym nie wiedzą, że nie śmią.

Dobrym sił braknie, prócz siły ronienia

Łez bezowocnych; silnym brak dobroci,

Co jeszcze gorsze; mądrym brak miłości;

Tak wszelkie dobro w zło się przeistacza.

Niejeden z silnych i bogatych byłby

Snadź sprawiedliwy, lecz tak wśród cierpiących

Żyje, jak gdyby z tych żaden nie cierpiał:

Tacy nie wiedzą, co czynią.

PROMETEUSZ

Twe słowa

To chmara wężów skrzydlatych, a jednak

Żal mi tych, których nie dręczą te słowa.

FURIA

Żal ci? Nic więcej nie powiem.

Znika.

PROMETEUSZ

O, biada!

Biada! Katuszo! Na wieki, na wieki!

Zamykam oczy bezłzawe; lecz w duszy,

Opromienionej męką, jaśniej widzę,

Podstępco, sprawy twe. Spokój jest w grobie;

Grób kryje wszystko, co piękne i dobre;

Lecz jam Duch, znaleźć ich tam ja nie mogę

I szukać nie chcę, bo zemsta, choć sroga,

Porażką będzie twoją, nie zwycięstwem.

Zmory, którymi dręczysz mnie, pierś moją

Uzbroją w pancerz nowej wytrwałości,

Aż przyjdzie chwila, kiedy już nie będą

Widmami rzeczy, które są.

PANTEA

Niestety!

Coś widział?

PROMETEUSZ

Dwie są srogie klęski: mówić

I widzieć; oszczędź mi jednej. Są słowa,

Są święte hasła Natury; wysoko

W gwiazd aureoli zrodziły się one;

W imię ich wokół zbiegły się narody

Z okrzykiem: «Prawda, Swoboda i Miłość!».

Aż nagle z nieba spadł zamęt i wszczął się

Wśród nich bój, podstęp i popłoch — a w zgiełku

Powstali możni, dzieląc się łupami.

Widziałem tedy cień prawdy.

ZIEMIA

O synu,

Twój ból odczułam z tą rzewną otuchą,

Jaką sprawiają cierpienia i cnota.

Więc na pociechę wezwałam z podniebia

Czarowne Duchy te, których domami

Są myśli ludzkiej kryjome pieczary

I które wskroś, jak ptacy głąb powietrza,

Jej wszechświatowy eter zamieszkują.

Poza królestwem zorzy widzą one,

Jakby w zwierciadle, przyszłość: niech przemówią

I rozweselą ciebie.

PANTEA

Patrz, patrz, siostro!

Tłum Duchów spływa, jak stada obłoków,

Gdy te pod błogim tchem wiosny zalegną

Modre powietrze.

JONA

Wciąż, wciąż napływają,

Jak mgła nadwodna, co w chwili bezwietrza

Luźnymi pręgi wznosi się z parowu.

O, słuchaj — czy to gra muzyka jodeł?

Może jeziora? Może wodospadu?

PANTEA

To coś słodszego — ach! I smętniejszego

Nad wszystko.

CHÓR GENIUSZÓW DUSZY106

Od niepamiętnych wieków i lat

My bronim, chronim od ciosów i strat

Ten pognębiony ludzkości świat.

My w atmosferze myśli człowieka,

Bez krzywd jej, czerpiem żywioły tchnień,

Czy to w posępne mgły się obleka,

Jak pod zawieją zgaszony dzień,

O który ledwie promyk potrąca;

Czy — jak tu wszystko między przestworzem

Niebieskich sfer a sennych wód łożem —

Wolna, przejrzysta, ciszą płynąca,

Jak po wiatrzanej łodzi ptaszęta,

Rybka, przez szkliste fali ogniwa,

Jak myśl, w człowieczej duszy poczęta,

Nad skrajem grobu wszechświat przepływa.

Aż tam rozbiwszy namioty wodne,

Mkniemy, jak lotny obłok swobodne,

Przez nieskończony żywiołów wątek,

Na twe sieroctwo niosąc proroctwo,

Co w tobie ma i kres, i początek.

JONA

Wciąż napływają: wkoło nich powietrze,

Jak wkoło gwiazdy, lśni się promienisto.

PIERWSZY GENIUSZ

Na huczny trąby wojennej grzmot,

Po szarej fali mroku i słot

Pędzę z wysoka, w lot, w lot, w lot.

Na prochu zgasłych, prastarych wiar

I zapomnianych haseł ciemięstwa107

Szły hasła nowej barwy i miar:

«Nadziei, Swobody, Śmierci, Zwycięstwa»;

Szły — aż, skłócone w zamęt niezwykły,

Kędyś108 w otchłaniach nieba zanikły;

I tylko jedno nutą tajemną

Brzmiało nade mną, wokół, przede mną:

«Dusza Miłości, współczułych łez».

Więc na sieroctwo niosęć proroctwo,

Co w tobie ma początek i kres.

DRUGI GENIUSZ

Nad morzem zawisł tęczowy łuk,

Od morza gniewny pogrzmiewał huk,

W pośrodku, istny tryumfów bóg,

Szła burza, pędząc w zwycięstwie swym,

Jak stado branek, przeciągły sznur

Potwornie ciemnych, gwałtownych chmur,

Na wpół rozdartych piorunu kłem.

Słucham: to gromu chrapliwy śmiech;

Okręt wyziewał ostatni dech,

I rozpryśnięty w próchna i sierci109,

Zwalił się z pianą do piekła śmierci.

Wpadam na odłam, bo mnie tam zwrócił

Jęk męża... Biedny! Na ratowanie

Swojego wroga deskę mu rzucił,

A sam — zapadał w otchłanie.

TRZECI GENIUSZ

Przy łożu mędrca zasiadłem w bok;

Czerwona lampa świeciła w mrok;

On z księgi ssał mądrości sok.

Wtem na wezgłowie, skrzydłem z płomienia,

Spuścił się sen — poznałem: to ten,

Ten sam, co niegdyś tchnął w pokolenia

Litość, wymowę — ha! i cierpienia!

I długo, długo od jego szat

Padał cień na ten poziomy110 świat.

On to mnie porwał z mędrca świetlicy

Na wyzew twój w lot błyskawicy;

Jeśli nie wrócę dziś z nim przed ranem,

Mędrzec się zbudzi z sercem złamanym.

CZWARTY GENIUSZ

Ja dziś na ustach poety spałem;

Jak zakochany, duszą i ciałem

Z jego oddechu zdrowie wdychałem.

On o śmiertelne nie dba zachwyty,

On pocałunkiem powietrznym syty,

Widmami, które błędnie koczują

Po stepie myśli; ani poczują

Snu jego nerwy, gdy od poranku

Do zmierzchu czujną patrzy źrenicą,

Czy się w podwodnym słońcu odświécą

Pszczółki, zdrzemane w bluszczowym wianku.

Nie śledząc tajni ziemskich istności,

Stworzyć z nich może formy najczystsze,

Nad rzeczywisty świat rzeczywistsze;

Formy te — córki nieśmiertelności!

Na hasło jednej z nich po mgle nocy

Śpieszę z ofiarą bratniej pomocy.

JONA

Czy widzisz owe dwa widma na zrębie

Dwóch szlaków nieba, wschodu i zachodu?

Oba zlatują tu, jak dwa gołębie

Na wspólne gniazdo — bliźnięta: ich rodu

Ojcem powietrze, wszechrzeczy obsłona;

Jak słodko smętny ich głos! To, skłócona

Z rozpaczą, potem w dźwięki roztopiona

Miłość.

PANTEA

O siostro, czy możesz przemówić?

Bo moje słowa — wszystkie potonęły.

JONA

Ich piękność wraca mi mowę. Patrz, luba,

Jak tam wiosłują skrzydłami prześwietnej

Barwy lazuru, w złoto wpadającej;

Wdzięczne uśmiechy ich świecą w powietrzu

Jak ogień gwiazdy.

CHÓR GENIUSZÓW

Czy ty widziałeś Geniusza Miłości?

PIĄTY GENIUSZ

Gdym sfery dróg mlecznych przebiegał od szlaku do szlaku,

Jak obłok płynący po morzu błękitnych przezroczy,

Na skrzydłach z błyskawic On zszedł, w planetowym szyszaku111.

Od stóp jego biły światłości, lecz zblakły w tej chwili,

Gdym nadbiegł — i oto z otchłani zionęła ruina,

A prawdy obrońcy, a mędrcy na śmierć obłąkani,

Młodzieńcy, co niegdyś krwią swoją jej cześć odkupili,

Mignęli w noc ową — widemka bez ciała i kości!...

Przemknąłem — aż twoje uśmiechy, o Królu żałości,

W wesele zmieniły straszliwe widzenie.

SZÓSTY GENIUSZ

Ach, siostro! Zniszczenie — nieodgadniona to siła straszliwa;

Nie żegluje powietrzem, nie kroczy ona po ziemi,

Nie depcze stopą zabójczą — upieszcza skrzydły cichymi

Nadzieje, które człowiek najczulej w sercu ukrywa;

I w spokój zwodniczy, uśpiony pod zdradnym wachlarzem jej piór,

Któremu drganie jej stóp ponętnie przygrywa jak wtór,

On, w eterycznym widzeniu, potwora Miłością nazywa;

A potem, gdy się zbudzi na progu wyrocznej snów bramy,

Widzi cień — Mękę, jak ten, którego teraz witamy.

CHÓR

Choć nieodstępnym Miłości cieniem

Jest tu Ruina, która na białym

Skrzydlatym koniu Śmierci po całym

Ściga ją świecie, strasząc zniszczeniem,

Tak że najchyższy umknąć nie zdoła,

I depcze kwiaty i brudne zioła,

Wdzięk i brzydotę, męża i zwierzę,

Jak burza, blask i mrok w atmosferze —

Lecz tego jeźdźca, acz niemy

I nietykalny, ujarzmisz przecie.

PROMETEUSZ

O, Duchy, skąd wy wszystko to wiecie?

CHÓR

My świat powietrzny zamieszkujemy.

Jak czerwienieją drzewne pąkowia,

Gdy po śnieżycach przedsmakiem zdrowia

Powieje wiosna, bliska tuż, tuż,

Bez pod jej tchnieniem pękać zaczyna,

Wędrowny pasterz przeczuwa już,

Że wnet zakwitnie biała tarnina —

Tak Mądrość, Miłość, Pokój i Cześć

Słuszności, która równo odmierza

I walcząc, z mroku sili się wznieść,

Są dla nas tym, czym dla pasterza

Wiatr, pękająca tarnina i bez:

Są, nad sieroctwem, wielkim proroctwem,

Co w tobie ma początek i kres.

Geniusze znikają.

JONA

Gdzież są Geniusze, co jeszcze przed chwilką

Nuciły?

PANTEA

Znikły; zostało nam tylko

Wrażenie, jako tej gędźby112 wszechwładza,

Gdzie głos natchniony i lutnia zżeniona

Z głosem osłabną już pierwej, nim skona

Odpowiedź chóru, i znów się odradza

W labiryntowej głębi i załomach

Duszy, jak echo po grotach i stromach.

PROMETEUSZ

Jakże są piękne te dzieci powietrza!

A jednak marne są wszystkie nadzieje

Oprócz miłości. A tyś mi daleko,

Ty, Azjo! Która w chwilach przepełnienia

Istoty mojej nieraz byłaś dla mnie

Jak złoty puchar dla czystego wina,

Które bez ciebie spada w proch spragniony.

Wokoło cisza... Ach! Jakże boleśnie

Ten cichy ranek ciąży na mym sercu;

Gdybym mógł marzyć, chciałbym spać i z troską

(Gdyby, niestety! snu mi nie wydarto),

I zostać tym, czym być mam z przeznaczenia:

Zbawcą i tarczą zbolałej ludzkości113,

Lub zapaść w otchłań pierwotną wszechrzeczy,

Gdzie już mąk nie ma ni radości; Ziemia

Pocieszać, Niebo dręczyć już nie może.

PANTEA

Czyż zapomniałeś o tej, co tu czuwa

O mroźnej nocy i nie wpierw zasypia,

Aż spadnie na nią cień twojego ducha?

PROMETEUSZ

Wszak powiedziałem, że oprócz miłości

Wszystkie nadzieje są próżne: ty kochasz.

PANTEA

O! I głęboko, zaprawdę. Lecz oto

Już wschodnia gwiazda pobladła i Azja

Czeka w dalekiej dolinie indyjskiej114,

Smutnej krainie wygnania jej, niegdyś

Urwistej, mroźnej, pustej jak ten wąwóz,

A dziś odzianej w szaty ziół i kwiecia,

Tchnącej słodyczą powietrza i dźwięków,

Które tam wpośród wód i lasów płyną,

Przeobrażone w czarownym eterze

Jej obecności, i zwiędłyby marnie,

Bez skojarzenia z twoimi. — Więc żegnaj!

AKT II

SCENA I

Poranek. Rozkoszna dolina w Kaukazie Indyjskim.

AZJA

sama

Wschodzisz z przybytku wszech dźwięków niebieskich!

Tak! Jak duch wschodzisz, jak myśl wciskająca

Strugi łez w oczy od łez już odwykłe,

A nowe tętna w serce pognębione,

Które by dawno, o! dawno powinno

Już się nauczyć spoczynku. Ty, w burzach

Ukołysana, wschodzisz mi, o Wiosno!

O dziecię wiatrów! A wschodzisz tak nagle,

Jak przypomnienie snu, co teraz smutne

Przeto, że sen był tak słodki; jak geniusz

Lub radość, która, jakoby spod ziemi

Wschodząca, w złote obłoki osnuwa

Pustynię życia naszego.

To pora roku, to dzień, to godzina;

Czemuś nie wzeszła mi o wschodzie słońca?

Przybywaj, siostro, dawno upragniona,

A zwlekająca tak długo, przybywaj!

Tam skrawek białej gwiazdy za górami

Purpurowymi drga jeszcze głęboko

W żółtym tle świtu; teraz się przez szczerbę

Mgły odzwierciedla w ciemniejszym jeziorze;

Teraz zanika, błyszczy; kiedy fale

Spłowieją, pasma płomienne obłocznej

Tkani rozpłaczą się w bladym powietrzu.

Już znikł. Od szczytu owych stert śniegowych

Już drga różowy blask słońca. O, czyliż

Nie słyszę, jak tam po świtu szkarłacie

Wieje eolska115 muzyka piór jego,

W mórz zieloności skąpanych?

Wchodzi Pantea.

Ja czuję

Te oczy, widzę płonące uśmiechem,

Przyćmionym łzami jak mgłą srebrnej rosy

Na wpół zgaszona gwiazda. Ukochana,

Przenajśliczniejsza ty moja! Co nosisz

Cień owej duszy, przez którą ja żyję,

Jak późno wschodzisz! Już słońce wstąpiło

Nad morze, serce me schnęło z tęsknoty,

Nim eter poczuł leniwe twe skrzydła.

PANTEA

O, przebacz! Ale pod czarem wspomnienia

Snu rozkosznego116 omdlały me skrzydła,

Jak chyżolotne piórka letnich wiatrów

Pod wonią kwiecia. Wprzód jam zasypiała

Spokojnie — cicho, rzeźwo się budziła,

Nim upadł święty nasz Tytan, a miłość

Twa nieszczęśliwa, przez czas i współczucie,

Tchnęła mi w serce miłość i cierpienie,

Już znane tobie. Wprzód jam zasypiała

W błękitnych grotach Starca-Oceanu,

W cieniu paproci i mchów purpurowych;

Pieściwe, mleczne dłonie naszej Jony

Jak dziś przez ciemny włos mój przeświecały,

A moje usta i zamknięte oczy

W ożywczej głębi jej łona tonęły.

Dziś nie tak! Oto stałam się jak wietrzyk,

Zamierający pod melodią twojej

Bezsłownej mowy; otom roztopiona

W boleść, językiem miłości mówiącą;

Sny moje trwożne są dziś, zakłócone,

Ale i słodkie — a chwile czuwania

Zbyt pełne troski i mąk.

AZJA

Podnieś oczy,

Niech w nich odczytam twój sen.

PANTEA

Więc powtarzam,

Że z morską siostrą naszą u stóp jego

Zasnęłam. Górne mgławice, na głos nasz

Zgęszczone, śnieżną płachtą pod księżycem

Zasłały bratnią drzemkę, osłaniając

Od twardych lodów. I dwa sny mnie zaszły.

Jednego z nich już nie pamiętam; w drugim —

Blade, zranione członki już opadły

Z Prometeusza, a noc lazurowa

Rozpromieniła się pod glorią117 wiecznie

Niezmiennej duszy Tytana; głos jego

Był tą muzyką, co wprawia w omdlenie

Mózg, odurzony wonnością rozkoszy:

«Siostro tej, której stopa świat ukwieca

Lubością, stokroć piękniejszą nad wszystko,

Oprócz tej, której jesteś cieniem, spojrzyj

Na mnie!». — Spojrzałam: blask olśniewający

Tej nieśmiertelnej postaci ciemniła

Miłość, co z miękkich, smagłych jego cieniów,

Co z ust pieściwych, ze mgławo płonącej

Źrenicy biła jak para ognista.

I wskroś mnie jakaś błoga atmosfera

Owiała siłą swą roztapiającą,

Jak ciepły eter porannego słońca

Owiewa rosy wędrowny obłoczek,

Nim go wypije. Już anim patrzyła,

Ani słuchała, nieruchoma; tylkom

Czuła, że jego obecność przepływa

W krew moją, że się z nią miesza, aż jego

Życiem się stała, a jego krew — moim:

Tak mnie pochłaniał. I przeszło widzenie.

A jak wyziewy, gdy słońce opadnie,

Znów się gromadzą, skraplając na sosnach,

I drżą jak one — tak się moja istność

Na tle skropliła nocy; a gdy z wolna

Promienie myśli wróciły z rozsypki,

Dopierom mogła zasłyszeć głos jego,

Którego dźwięki, nim skonały, słabły,

Jak tony nikłej melodii. Lecz z wielu

Niejasnych dźwięków tylko Twoje imię

Szło do mych uszu, chociaż jeszczem długo

Słuchała, kiedy już dźwięków nie było.

Wtedy ocknęła się Jona i mówi:

«Czy zgadniesz, co mnie straszyło tej nocy?

Przedtem wiedziałam zawsze, czego pragnę,

A marnych pragnień nigdy nie lubiłam;

Teraz ja sama nie wiem, czego szukam:

Czegoś — ach! Nie wiem — słodkiego, bo słodko

Nawet zapragnąć tego. Obłudnico!

Ty igrasz ze mną, tyś musiała odkryć

Odwieczne jakieś czary, których siła

Podczas snu mego wykradła mi ducha

I zlała z twoim; bo gdyśmy się teraz

Ucałowały, tom z ust twych poczuła

Mój własny oddech, a ciepło krwi życia,

Której utrata wprawia mnie w omdlenie,

Drgało tam w naszych serdecznych uściskach».

Nic nie odrzekłam jej, bo wschodnie gwiazdy

Już bladły, ale pobiegłam do ciebie.

AZJA

Ty mówisz, siostro, ale słowa twoje

Są jak powietrze. Ja słów tych nie czuję.

O luba! Podnieś oczy, abym mogła

Przeczytać jego duszę tam wpisaną.

PANTEA

Podnoszę, lecz mi więdną pod ciężarem

Tego, co z głębi wyrazić by chciały;

Bo cóż w nich dojrzeć możesz, jeśli nie ten

Twój najpiękniejszy cień, tam odciśnięty?

AZJA

Te oczy są jak głębokie, błękitne

Niebo, ściągnięte w dwa krążki pod parą

Długich, cieniutkich rzęs, ciemne, dalekie,

Bezmierne; krążek w krążku, linia w linię

Wetkana.

PANTEA

Czemu tak na mnie spoglądasz,

Jak gdyby jakiś duch przeszedł przed nami?

AZJA

Tu nowy obraz: w samym dnie ich głębi

Widzę cień, postać. To On, oświetlony

Uśmiechów swoich jasnością, bijącą

Jako promienie księżyca w zamgławiu!

Prometeuszu! To twój cień. Nie znikaj,

O, Duchu! Czyż te uśmiechy nie mówią,

Że się znów z sobą spotkamy pod owym

Jasnym namiotem, który ich promienie

Zbudować mają na pustyni świata?

Sen odgadniony. Lecz cóż to za widmo

Wpośród nas staje? Patrz, szorstki włos jego

Pod dęciem wiatru jeży się, wzrok widma

Ognisty, dziki; to coś utkanego

Z powietrza, bowiem przez szarą oponę118

Przelśniewa złota rosa, której gwiazdek

Nie zagasiło słońce.

SEN

Za mną! Za mną!

PANTEA

To mój sen drugi.

AZJA

Już znikł.

PANTEA

On przechodzi

Teraz do mojej duszy. Zdało mi się,

Żeśmy siedziały tu. Ciężarne kwiatem,

Pękały pączki tam na porażonym

Od błyskawicy drzewie migdałowym,

Gdy wtem od białej pustyni119 scytyjskiej120

Wionęło; ziemia skostniała pod mrozem.

Spojrzałam: wszystkie pąkowia opadły,

Ale na każdym listku — jak błękitne

Hiacyntu dzwonki121 zapisały niegdyś

Smutek Apolla122 — było wyciśnięte:

«O, za mną, za mną!».

AZJA

Kiedy ty przemawiasz,

To słowa twoje z wolna napełniają

Widmami własny mój sen, zapomniany.

Marzyłam we śnie, żeśmy razem z tobą

O szarym świcie kroczyły po gaju;

Obłoków tłumy, gęste, białorunne

Wzdłuż gór zbitymi ciągnęły stadami.

Niechętny, gnuśny wiatr był im pasterzem,

A biała rosa drzemiąco zawisła

Na trawie ledwo wyklutej spod ziemi.

Było coś więcej — lecz już nie pamiętam;

Tylko na cieniach rannego obłoku,

Wzdłuż purpurowej pochyłości góry,

Czernił się napis: «O, za mną, o, za mną!».

Gdy znikły cienie, na każdym ziółeczku,

Z którego rosa nieba już opadła,

Ten sam był napis, jakby wyciśnięty

Trawiącym ogniem. Wśród sosen wiatr zawył,

Strząsł z ich gałęzi uśpioną melodię,

I słychać było mdłe, słodkie, głębokie

Podźwięki, jakby pożegnania duchów:

«O, za mną, za mną, za mną!». Wtedy rzekłam:

«Panteo, spojrzyj na mnie!» — ale w głębi

Owych najdroższych oczów jeszczem długo

Widziała: «Za mną, za mną!».

ECHO

Za mną, za mną!123

PANTEA

O jasnym wiosny poranku te skały

Wciąż przedrzeźniają nam głosy, jak gdyby

Były mównymi duchami.

AZJA

Zapewne

Przebywa jakaś istota w tych skałach.

Jakież to lube dźwięki! O, słuchajmy!

ECHA

niewidzialne

Słuchaj! Bo my, głosu odgłosy,

Ustać nie możem ani na jedną

Chwilkę — jak gwiazdki rosy,

Co błysną i bledną,

O córko Oceanu!

AZJA

Słuchaj, to Duchy mówią; płynne dźwięki

Powietrznej mowy ich brzmią jeszcze.

PANTEA

Słucham.

ECHA

Za nami, za nami!

Aż głos nasz do gór,

Do pieczar zamami,

Gdzie skały, gdzie piętrzy się bór.

z oddalenia

Pędź za nami, wciąż za nami,

W głąb pieczary głos nasz mami;

Ta nut fala dalej woła,

Niż doleci dzika pszczoła;

Przez południe, zmrok, świt ranny,

Tam gdzie, roniąc woń nad ziemią,

Mdławo nocne kwiaty drzemią,

W grotach iskrzą się fontanny,

A melodia nasza bliźnia

Chwiejne kroki twe przedrzeźnia,

Córko Oceanu!

AZJA

Czyż mamy ciągle pomykać za głosem?

On coraz słabszy i dalszy.

PANTEA

Słuchajmy!

Bo teraz pienia płyną gdzieś w pobliżu.

ECHA

W nieznanej świata dzielnicy

Śpi słowo niewyrzeczone

I tylko ty z tajemnicy

Uchylić możesz zasłonę,

Córko Oceanu!

AZJA

Jak nikną dźwięki te z wiatru odpływem!

ECHA

O! Za nami, za nami!

W próżnię groty, w głąb pieczary,

Dokąd pieśni dźwięk zamami,

Przez jeziora, lasy, jary,

Przez porannej rosy ślady,

Stromy gór i wodospady,

Ku przepaściom, w których cieniu

Matka-Ziemia po trzęsieniu

Odpoczęła w wielkiej chwili,

Kiedyście się rozłączyli

Ty i On — a po rozbracie

Teraz się zjednoczyć macie124,

Córko Oceanu!

AZJA

Luba Panteo, pójdźmy z dłonią w dłoni

Za śladem głosów, póki nie zanikną.

SCENA II

Las napełniony skałami i grotami. Azja i Pantea wchodzą. Na skale siedzą dwaj Faunowie, słuchając.

I PÓŁCHÓR DUCHÓW

Nad ścieżką, którą przeszły bliźnięta,

Żadne tu drzewo: cis, cedr ni sosna,

Pod gąszczu stropem — czy skwar czy wiosna —

Widoku nieba nie zapamięta.

Wiatr, słońce, księżyc, gradowe ciosy

Ich baldachimu wskroś nie rozplączą,

Chyba że błędne obłoczki rosy,

Pod mdłym podmuchem, po liściu suchym

Na siwych pniach tu krople wysączą,

Przemkną nad bladych kwiateczków rzeszą,

Na laur zielony perłę zawieszą;

A tam sasanka, piękna a cicha,

Pochyla nikłą skroń i usycha;

Chyba że która z gwiazd miliona,

Krocząc przez głuche nocy pustynie,

Znajdzie szczelinę i tą wpuszczona

Utopi promyk w mrocznej głębinie.

I — nim ją popchną wszechświatów drogą

Lotne niebiosa, co stać nie mogą —

Snuje z wysoka smukłe promiona,

Co wokół srebrne kropelki sieją,

A każda świeci jak deszczu nici,

Które się nigdy z sobą nie zleją —

I odlatuje...

I ciemność boża po jej odlocie,

A pod ciemnością — mchy i paprocie.

II PÓŁCHÓR

Tam rozkochane stadło słowicze

W pełni południa bezsennie czuwa;

Jeden wynuca żal lub słodycze

I, śpiewak puszcz, z bluszczu na bluszcz

Pod upojenia czarem przefruwa,

Aż mdlejącemu przychyli łona

Luba, melodii szałem uśpiona.

Drugi, pod kwiecie zbiegłszy od słońca,

Chciwie na czatach wygląda końca

Ostatniej zwrotki; gdy ta przewieje,

Uderza czułej pieśni skrzydłami,

Wtem zabrzmi czulsza, pieśń nad pieśniami...

I milczą wszystkie bory i knieje,

Kiedy po ciszy naraz powstanie

W ciemnym powietrzu i skrzydeł granie,

I niby fletów dźwięk tajemniczy,

Co tak się stłacza w mózgu słuchacza,

Że z męką prawie rozkosz graniczy.

I PÓŁCHÓR

Tam, w czarodziejskie zbiwszy się grona,

Śpiewno-języczne Echa bujają;

Na ich skinienie, bezwiedną zgrają,

W imię potęgi Demogorgona125,

Z podziwem, z grozą, z pełnią otuchy

Wciąż pędzą wszystkie a wszystkie duchy

Po tajnej drodze — jak tłumy łodzi

Po rzekach, wzdętych górską lawiną,

Do oceanu płyną a płyną.

Więc zrazu cichy głosek zachodzi

Tych na rozmowach, tych w snu okowach,

I Przeznaczonych budzi słodkimi

Tętnami serca. Z sennej pościeli

Rwą się w świat coraz śmielej i śmielej,

Bo czar ich wabi. Ci, co widzieli,

Mówią, że chyłkiem, z oddechem ziemi

Wybucha wiatr i wzdyma im skrzydła,

Co ich wpędzają w wyroczne sidła;

A tym się zdaje ów pęd sokoli

Grą stóp, posłusznych ich krwi i woli.

I tak żeglują po swoim prądzie,

Aż, wabna zrazu, lecz już z hałasem

Ich łódkę burza dźwięków obsiądzie,

Nawalna, czarna burza — tymczasem

Z tyłu, wśród piany prą ją bałwany

Jak wiatr obłoki pod gwiazd sklepienia —

Pod tajną górę ich Przeznaczenia.

PIERWSZY FAUN

Czy wiesz, gdzie mają siedzibę te duchy,

Co brzmią tak cudną muzyką po lasach?

Wszak my w najdzikszych puszczach przebywamy,

W najodludniejszych grotach i kryjówkach,

Wskroś znamy knieje te; nigdy ich przecież

Nie spotykamy. Gdzie kryją się one?

DRUGI FAUN

Odpowiedź na to niełatwa. Słyszałem

Od tych, co głębiej znają się na duchach,

Że bańki, które czar słońca ssie z bladych

Podwodnych kwiatów, co to wyścielają

Szlamiste, grząskie dno jezior i bagien,

To ich namioty; tam spławione, brodzą

Popod zielono-złotą atmosferą,

Którą po liści sklepieniach zapala

Południe. Kiedy rozprysną się, kiedy

Parne powietrze, które w siebie z tchnieniem

Wzionęły w owych liścianych świetlicach,

Wzbije się, aby jako meteory

Po toniach nocy żeglować, to duchy

Wsiadają na nie, krępują szalone

Ich pędy, wrzące ich głowy zginają,

A potem w szatach ognistych z powrotem

Do swych podwodnych siedzib zapadają.

PIERWSZY FAUN

Jeżeli jedne żyją tam, to inne

Snadź pod pączkami gwoździków lub w dzwonkach

Łącznego kwiecia, pod fałdem fiołków,

A może w tej już ostatniej wonności,

Jaką wyziewa kwiat, kiedy umiera?

A może w rosy słonecznym odblasku?

DRUGI FAUN

Zaprawdę, jest ich jeszcze co niemiara.

Pierw, nim byś zliczył, zeszłoby południe,

I Bachos126, sprzeka127, zastawszy koźlęta

Swe niedojone, nie chciałby nam śpiewać

Przedziwnie mądrych i nadobnych pieśni

O Przeznaczeniu, o Trafie, o bogach,

Pierwo-chaosie, Miłości, o czarnej

Doli Tytana, w więzach spętanego,

I o tym, jako ma być wyzwolony,

Przetworzyć ziemię w jedno wszechbraterstwo;

Rozkosznych pieśni, co nam osładzają

Samotne zmierzchy, tak że pod ich czarem

Słowiki nawet milkną — bez zazdrości.

SCENA III

Szczyt skały pomiędzy górami. Azja i Pantea.

PANTEA

Aż tu nas zawiódł ów dźwięk — do królestwa

Demogorgona, do potężnej bramy,

Z której jak z gardła wulkanicznej góry,

Meteorami ziejącej, paruje

Wyroczny wyziew128 — a ludzie go piją,

Samotnie błądząc po drodze młodości,

I nazywają cnotą, geniuszem,

Miłością, prawdą, to odurzające

Wino żywota, a gdy sok pochłoną

Aż do szaleństwa, wtedy jak menady129,

Krzyczące hucznie «Evoe! Evoe!»,

Wznoszą głos, który jest zarazą świata.

AZJA

Tron, jak być winien, dla takiej potęgi!

Wspaniały! Ziemio! Jakżeś ty wielmożna!

O, gdybyś była cieniem, tylko cieniem

Jakiegoś ducha jeszcze piękniejszego —

Choć jego dzieła plami zło, a on sam,

Jak jego utwór, słaby jest, lecz piękny —

Ja bym upadła na twarz, cześć składając

Jemu i tobie. Wszak teraz już z serca

Mojego płynie modlitwa. O! Cuda!

Spójrz, luba siostro, nim wyziewy zaćmią

Twój mózg.

Pod nami przestwór mgły faluje

Na kształt jeziora, co kędyś w dolinie

Indów o świcie rozściela błękitne

Wód zmarszczki, srebrnym światłem migające;

Patrz, jak się toczy, wiatrem kędzierzawa,

Uwyspia szczyty, na których stoimy

W opięciu mrocznych lasów, łąk kwiecistych,

Strugami lśniących grot, zaczarowanych

Od wiatru złudnych widm, ze mgły utkanych;

A wyżej góry, rozszczepiając niebo,

Z lodowych wieżyc blaskiem odbijają

Świt... tak iskrawe piany oceanu

Z brzegu szkarłatnej wyspy Atlantyku

Złocą wiatr lśniwych kropel paciorkami.

Ich wał okala dolinę, a pogwar

Katarakt z głębi rozdartych ich żeber

Podsyca wiatr, wciąż czujny, czyhający,

Groźnie uroczy jak milczenie. Słuchaj:

Tam spada śniegu lawina, od słońca

Zbudzony odłam! Jego straszna bryła,

Trzykroć przyparta burzą, tu stłoczyła

Warstwy na warstwach — jak w duchach, niebiosa

Wyzywających, tłoczą się i piętrzą

Myśli na myślach, póki jedna z wielkich

Prawd rozwiązana nie będzie, a wokół

Świętym jej echem ozwą się narody,

Jak dziś te góry, wzruszone w posadach.

PANTEA

Patrz! Tu burzliwe morze mgły u naszej

Stopy w różową pianę się rozkręca

I rośnie tak, jak pod czarem księżyca

Ocean rośnie naokół trawionych

Głodem rozbitków na wyspie szlamistej.

AZJA

Strzępki obłoku wzbiły się — wiatr, dołem

Podwiewający, rozgarnia mi włosy;

Teraz falują mi już nad oczami,

Już w mózgu czuję zawrót, w mgle już widzę

Jakieś postacie.

PANTEA

To widmo uśmiechem

Swoim skinienie nam daje; ze złotych

Kędziorów jego bije blask niebieski...

Znów inne! Inne! Słuchaj: widma mówią.

PIEŚŃ DUCHÓW

Nuż! W głębie, pod głębie,

W podświecie ze szczytu

Po ciemnym snu zrębie,

Po chmurach milionu

Walk Życia i Zgonu,

Za gwiazd kres i świtu,

Złudzenia i bytu,

Aż do podnóża ostatniego tronu!

Nuż! W głębie, pod głębie.

Nim zaniknie dźwięku ślad,

Za nim, za nim popod świat.

Jak pęd sarny wabi psa,

Błyskawicę — parna mgła,

Świeca — ćmy, dżdże — siwy szron,

Miłość — smutki, rozpacz — zgon,

A czas — wszystko i bez kresu,

Jak stal, posłuszną duchowi magnesu...

Za nim, za nim, popod świat!

W głąb, w głąb! Bez wstrętu — na dno odmętu!

Przez szarą próżnię pod dolnym światem,

Gdzie już powietrze nie jest pryzmatem,

Gdzie nie ma gwiazd, nie ma miesiąca130,

Gdzie nigdy w głuche wnętrzności skały

Z niebios promyki nie zawitały,

Z ziemi nie wsiąkła pomroka ćmiąca,

Gdzie Jeden na dnie, tylko Jeden władnie.

Nuż! Bez wstrętu w krtań odmętu!

Nuż! W głębię głębi, z dołu do dołu,

W czarne przestworze, wszechmocy morze,

Jak w mgłę spowita strzała gromowa,

Iskra, dysząca w stosie popiołu,

Jak łza ostatnia, którą przechowa

Pamięć miłości, jak w min131 skarbnicy

Lśniący po mroku promień diamentu:

Bo tam was czeka ów czar tajemnicy.

Nuż! W głębię głębi, w odmęt z odmętu!

My wam pochodnią, gwiazdą przewodnią;

A hasłem drogi w tajne otchłanie

Niech będzie słodycz i pojednanie.

W głąb! W głąb! Pod hasłem błogosławionym,

Bowiem obojga czar tak jest dzielny,

Że Wiekuisty, że Nieśmiertelny

Przez moc ich samą, za życia bramą,

Jak wąż zwiniętą pod jego tronem

Zagadkę Losu rozwiązać jest w stanie.

SCENA IV

Pieczara Demogorgona. Azja i Pantea.

PANTEA

Cóż to za postać, okryta zasłoną,

Zasiadła owdzie na tronie z hebanu?

AZJA

Zasłona spadła.

PANTEA

Wielki mrok napełnia

Jego stolicę czarem majestatu.

Dokoła biją posępne promienie

Jak blask słoneczny wśród pełni południa.

To niewidzialne, bezkształtowe widmo!

Ani tam rysów, członków, ni postawy;

A jednak — czuję, że to duch żyjący.

DEMOGORGON

Zapytaj o to, co chciałabyś wiedzieć.

AZJA

Co nam powiedzieć możesz?

DEMOGORGON

Wszystkie rzeczy,

O które spytać się ważysz.

AZJA

Kto stworzył

Ten świat żyjący?

DEMOGORGON

Bóg.

AZJA

Kto stworzył wszystko,

Co on zawiera: myśl, rozum, namiętność,

Wolę, fantazję?

DEMOGORGON

Bóg, Bóg wszechpotężny.

AZJA

Kto stworzył owo uczucie, co z wiosny

Powiewem, w rzadkim, rzadkim nawiedzeniu

Lub na głos lubych ust, słyszany niegdyś

W młodości, oczy strugą łez napełnia,

Pod którą bledną promieniste lica

Niewiednych troski kwiateczków, i ziemię

Tę zaludnioną zamienia w pustynię,

Gdy głos nie wraca już?

DEMOGORGON

Bóg miłosierny,

Bóg.

AZJA

A kto stworzył trwogę, kto szaleństwo,

Zbrodnie, sumienia żądła, co od ogniw

W wielkim łańcuchu wszechrzeczy do każdej

Myśli w głębinie istoty człowieka

Ciążą i cisną go, a pod ciężarem

Każde się toczy ku dołowi śmierci?

Kto zawiedzioną nadzieję i miłość,

Obracającą się w gorzką nienawiść,

Kto samowzgardę, wstrętniejszą nad samą

Krew do wypicia, i cierpienia, których

Szczerym, ojczystym językiem są jęki

I wieczne krzyki rozpaczy? Kto Piekło

Lub czarną trwogę przed Piekłem?

DEMOGORGON

On włada.

AZJA

Powiedz mi jego imię! Świat, niedolą

Znękany, pyta cię tylko o jego

Imię: przekleństwa zgubią go!

DEMOGORGON

On włada.

AZJA

To wiem i czuję; ale kto?

DEMOGORGON

On włada.

AZJA

A któż to włada?

Na początku było

Niebo i Ziemia, i Światło, i Miłość,

A potem Kronos132, od którego tronu

Spadł cień zazdrosny: Czas. Za jego rządów

Dola pierwotnych duchów ziemi była

Jak cicha radość kwiatów, ziół i liści,

Dopóki wiatr ich nie zwarzy lub słońce

I wpółżywotne robactwo. Lecz on im

Odmówił praw, ich istocie wrodzonych:

Potęgi, wiedzy, tajemnicy władztwa

Nad żywiołami; myśli, która w cieniu

Na wskroś ten wszechświat przenika jak światło;

I majestatu miłości — a duchy

Mdlały z pragnienia. Wtedy Prometeusz

To, co jest siłą — mądrość — dał Zeusowi

I z godłem: «Ludzie niech będą swobodni!»

Udzielił steru nad przestworem nieba.

A być potężnym, ale bez przyjaciół,

Miłości, prawa, wiary — jest to władać.

Otóż Zeus władał; bo na ród Człowieka

Zwalił się naprzód głód, mozół i nędza,

Potem bój, rany i czarna zaraza,

I najczarniejsza, przedtem niewidziana,

Śmierć... Powikłane pory, samowolną

Koleją mrozu i ognia strzałami,

Bezschronne, blade jego pokolenie

Wparły do górskich jam — a na pustkowia

Ich serc on zesłał dzikie niepokoje,

Czcze cienie szczęścia niedoścignionego,

Które wzajemny toczą bój i burzą

Im legowisko, na którym szalały...

I widział Tytan — i wzbudził zastępy

Nadziei, śpiące w elizejskich133 kwiatów

Czarownych zwojach, w moly i nepenthe,

I amarancie134 — nieśmiertelnym kwieciu,

Aby lekkimi, tęczowymi skrzydły

Przysłonić mogły widmo Śmierci; zesłał

I miłość, aby ta porozrywane

Związała pędy owej winorośli,

Co rodzi wino życia — winorośli

Serca ludzkiego; on ujarzmił ogień,

Który jak zwierzę drapieżne, straszliwie,

Lecz i uroczo grał w oku człowieka;

Zdobył żelazo i złoto — znamiona

I niewolników potęgi; klejnoty

I szybkie jady, i najsubtelniejsze

Kształty pod falą i w górach ukryte;

On człowiekowi dał mowę, a mowa

Stworzyła z siebie myśl — miarę wszechświata.

Tedy nauka trąciła o trony

Ziemi i nieba; zatrzęsły się one,

Lecz nie upadły; i harmonia duszy

Naraz w prorocze wylała się dźwięki,

I duch słuchacza rósł muzyki czarem,

Aż wyzwolony od troski śmiertelnej,

Na obraz bóstwa krążył nad jasnymi

Falami tonów. I oto dłoń ludzka,

Wprzód naśladowczo, a potem misterniej

Nad samo dzieło przyrody, stworzyła

Postać człowieczą, przewyższając siebie —

I ubóstwiła się bryła marmuru.

A matki, patrząc, spłonęły miłością,

Jaką poczuwa ojciec, gdy w swym dziecku

Zobaczy rodu własnego odbicie —

I tak patrzyły, aż schnęły z miłości.

Objawił skrytą moc ziół i zdrojowisk:

Niemocą tknięty, spijał i zasypiał,

I śmierć się stała jako sen. Pokazał

Zawiłe drogi, po których wędrowne

Kołują gwiazdy; pokazał, jak słońce

Tor zmienia, jaki tajny czar księżyca

Twarz przeobraża, gdy blada, szeroka

Jego źrenica nie patrzy na morze.

Nauczył rządzić, jak życie — człowiekiem,

Wichrowo-skrzydłym wozem Oceanu:

Więc Indianina135 poznał Celt136, stanęły

Grody, przez białe ich kolumny ciepłe

Płynęły wiatry, zwyż eter przeświecał,

A z dala — morze i góry cieniste.

Taką to ulgę na dolę człowieka

Zlał Prometeusz; za niego przykuty

Usycha w mękach... Lecz któż to, jak z deszczem,

Zsyła zło, plagę te nieuleczoną,

Która człowieka — kiedy ten, jak bóstwo,

Na dzieło swoje pogląda i widzi,

Że jest chwalebne — utrapia; człowieka,

Rozbitka własnej woli, pośmiewisko

Ziemi, wyrzutka, sierotę, wygnańca?

Nie Zeus. Wszak jeszcze brwi zmarszczeniem wstrząsał

Olimp, a gdy go Tytan w diamentowym

Łańcuchu przeklął, to drżał jak niewolnik.

Powiedz mi, Duchu, gdzie jest jego władca?

Czy i on także ma być niewolnikiem?

DEMOGORGON

Niewolnikami są wszystkie te duchy,

Co posługują złemu. A czy Zeus jest,

Czy nie jest takim, o tym wiesz zaprawdę.

AZJA

A kogo pierwej nazwałeś ty Bogiem?

DEMOGORGON

Mówiłem tylko to, co ty mówiłaś,

Bo Zeus najwyższy jest z istot żyjących.

AZJA

A któż jest władcą niewolników?

DEMOGORGON

Gdyby

Otchłań wyziała swoje tajemnice...

Lecz brak jej głosu; głęboka, naprawdę

Nie ma wcielenia: cóż by ci pomogło,

Gdybym na świat ten, kręgiem wirujący,

Spojrzeć ci kazał lub wymówić słowo:

Czas, Przeznaczenie, Traf, którym podległe

Są wszystkie rzeczy prócz wiecznej Miłości?

AZJA

O to pytałam już pierwej, a serce

Dało mi twoją odpowiedź; bo każda

Z takich prawd winna być sobie wyrocznią.

Jeszcze cię spytam, a ty mi odpowiedz

Tak, jakby dusza ma odpowiedziała,

Gdyby rozwiązać mogła zapytanie:

Czyli137 powstanie kiedyś Prometeusz,

To słońce świata uradowanego?

Kiedy nadejdzie wyroczna godzina?

DEMOGORGON

Patrz.

AZJA

Oto skały pękają. O nocy

Czerwonej konie w tęczowej uprzęży

Pędzą z wozami, wiatry depczącymi;

Na każdym wozie stoi dzikooki.

Z tych jedni patrzą za siebie, jak gdyby

Złe duchy gnały za nimi; ja przecież

Prócz gwiazd iskrzących nic dojrzeć nie mogę.

Drudzy ognistym wzrokiem spoglądają

Przed siebie, pijąc chciwymi ustami

Wiatr swych rumaków, jak gdyby istota,

Którą kochali, z rąk im się wymknęła...

Już, już chwytają! Ich jasne kędziory

Płyną w pomroce jak warkocz ognisty

Jądra komety. Teraz popędzili...

DEMOGORGON

To nieśmiertelne Godziny, o które

Pytałaś pierwej. Jedna z nich snadź czeka

Na ciebie.

AZJA

Jakiś duch strasznej postaci

Wóz zatrzymuje przy skalnej zatoce.

Różny od braci twych, dziki woźnico,

Kto jesteś? Dokąd unosisz mnie?

DUCH

Jam jest

Cień Przeznaczenia sroższego nad samo

Oblicze moje. Zaprawdę, nim owa

Planeta w bezmiar zapadnie, już ciemność,

Co społem ze mną zstępuje, zagarnie

W noc wiekuistą bezwładczy tron Nieba.

AZJA

Co masz na myśli?

PANTEA

Ów straszny Cień bucha

Od jego tronu, jak bucha nad morzem

Dym czarno-żółty z grodów powalonych

Trzęsieniem ziemi. Patrz! Oto wstępuje

Na wóz. Rumaki pędzą, przerażone!

Śledź jego drogę wpośród gwiazd, czerniącą

Tło nocy!

AZJA

Takąż daje mi odpowiedź:

O dziwo!

PANTEA

Spojrzyj, przy skalnej krawędzi

Drugi wóz stanął — muszla ze słoniowej

Kości, czerwonym wykładana ogniem,

Który się wzbija i spada po cudnych,

Po fantastycznie rzeźbionych jej ściankach.

Młody Duch, który przewodzi, ma rzewne

Oczy nadziei, gołąbkom podobne.

Patrz! Cichy uśmiech ten przyciąga duszę

Jak blask skrzydlate robaczki w pomroku.

DUCH

Rumaków mych karmią138 jest chmur błyskawica,

Napojem — orkanów krynica;

Gdy wschodu kraina czerwienieć zaczyna,

To w świeżych promieniach się kąpią

I z dróg nie ustąpią, i pędu nie skąpią.

Więc zasiądź tu ze mną, Córko Oceanu!

Rozkażę — to pędem noc w ogniach pogrążą,

Przerażę — to wicher przegonią;

Nim mgły te Atlasu139 rozpłynąć się zdążą,

My ziemię z księżycem, z wód tonią,

Opłyniem przecudnie, spoczniemy w południe.

Więc zasiądź tu ze mną, Córko Oceanu!

SCENA V

Wóz zatrzymuje się w głębi obłoku na wierzchołku śnieżnej góry. Azja, Pantea i Duch Godziny.

DUCH

Na skrajach północy i ranku

Dla koni mych chwila przystanku;

Lecz oto pod nimi brzmi hasło od Ziemi,

By rączej nad ogień pędziły —

I będą pędziły co siły.

AZJA

Bo tchem podrażniasz im nozdrza; mój oddech

Żywiej by dodał im bodźca.

DUCH

Niestety!

Nie może.

PANTEA

Dość, dość, o Duchu! Ty powiedz,

Skąd bije światło to, zalewające

Obłoki? Jeszczeć nie zeszło nam słońce.

DUCH

I przed południem nie zejdzie. Apolla

Czar zatrzymuje w niebiosach, a światłość

Bijąca w obłok — jak powietrzna barwa

Róż, zapatrzonych w fontannę, zapada

W wodę — ta światłość bije od oblicza

Dostojnej Siostry twej.

PANTEA

O tak, ja czuję...

AZJA

Co tobie, Siostro? Tak pobladłaś.

PANTEA

A ty —

Jakżeś zmieniona! Ja nie śmiem już spojrzeć

Na ciebie — czuję, lecz nie widzę ciebie.

I ledwie znieść już mogę promienienie

Twojej piękności. Jakiś zwrot szczęśliwy

Działa w żywiołach świata, że pozwolą,

Że mogą twoją obecność oglądać

Tak odsłoniętą. Nereidy140 mówią,

Że w on dzień, kiedy jasna hyjalina141

Przy urodzeniu twym się rozstąpiła

I kiedyś stała w rzeźbionej muszelce,

Lekko płynącej po cichym zwierciadle

Przezroczej toni pośród Wysp Egejskich142,

Co noszą imię twoje, wtedy Miłość,

Jak atmosfera płomieni słonecznych,

Napełniających żywy świat, z twojego

Łona wybłysła i opromieniła

Ziemię i niebo, głębie oceanu

I wiekuisty mrok pieczar, i wszystko,

Co w nich mieszkało — aż smutek na duszę,

Z której zrodzona jest Miłość, sprowadził

Zaćmienie światła... Taką jesteś teraz.

O! I nie tylko ja — siostra, ja — twoja

Wspólniczka życia, ja — wybrana twoja:

Cały świat szuka twojego współczucia.

Czyliż nie słyszysz dźwięków od powietrza,

Głoszących miłość wszech istot wcielonych?

Nie czujesz w szmerze wiatrów, acz bezdusznych,

Że zakochane są w tobie?... O, słuchaj!

Muzyka.

AZJA

Twe słowa słodsze są nad słowa wszystkich

Prócz słów tej Duszy, której są echami.

Lecz każda miłość słodka jest: darząca

Czy odpłacana; wspólna jest jak światło;

Jej głos — tak zwykły, a nigdy nie strudzi;

Jest ona jak te nieskończone nieba,

Jak to powietrze, podściel wszechnatury,

Gdzie płaz poczuwa się równy z bogami.

Kto wzbudza miłość, ten arcyszczęśliwy,

Jak ja w tej chwili; lecz kto cierpiał długo,

Szczęśliwszy jeszcze jest, znacznie szczęśliwszy,

Jak wkrótce może, po długich cierpieniach,

Ja szczęsna będę.

PANTEA

Słuchaj! Duchy mówią.

GŁOS

śpiewający w powietrzu

Ty, Życie Życia! Pod ust twych czarem

Sam oddech płonie miłości żarem;

Twój uśmiech, pierw nim z twarzy uleci,

W zimnym powietrzu ognie roznieci

I tonie w oczach; kto spojrzy w nie,

W zaczarowanym omdlewa śnie.

O! Córko światła! Przez mgły obsłonki

Wskroś przełyskują wabne twe członki,

Jak smugi świtu przez chmurę czarną,

Nim ją promieni rzutem rozgarną.

Gdzie tylko błyśniesz, już cię ubiera,

Już złoci boska ta atmosfera.

Są inne piękna; ciebie nie zoczy

Nikt; tylko cichy, tylko uroczy

Głos twój dosłyszy: tak tajni szata

Ciebie osłania przed wzrokiem świata.

Czując, nie dojrzy cię spod zasłony,

Jak ja — na wieki wieków zgubiony!

Pochodnio Ziemi! Gdzie duch twój gości,

Tam świta radość wśród jej ciemności,

A pokochane przez ciebie dusze

Lekko na wiatru tłach się unoszą,

Aż padną z żądzy, jak ja paść muszę,

Błędne, zgubione — ale z rozkoszą!

AZJA

Mój duch — to łódka zaczarowana,

Która jak senny łabędź od rana

Płynie srebrzystą twoich pieśni tonią;

Gdy twój, jak anioł, skryty w eterze,

Z przewodnim sercem czuwa przy sterze,

A wszystkie wiatry melodiami dzwonią.

I zda się płynąć, płynąć na wieki

Za niebokręgu bezmiar daleki,

Wpływać przez mnogie zakrętne rzeki,

Przepaście, góry: w raj puszcz natury;

Póki — jak żeglarz, śpiący bezwładnie,

Gdy prąd ku morzu niesie go zdradnie —

W ocean wiecznej gędźby nie wpadnie.

Twój duch już wzbił się, skrzydła rozpiera,

Tam gdzie najczystszych nut atmosfera...

Przestwór — w przestworze ni gwiazd, ni przystani.

Nie dbamy! Wiatry tor nam wysieką,

O, bo daleko płyniem, daleko,

Instynktem słodkiej muzyki podwiani,

Aż w Elizejskich Wysepek smudze,

Dokąd nie dotarł żeglarz śmiertelny,

Z tobą, sterniku nieskazitelny,

Łódka wypocznie po swej żegludze.

Tu z tchem miłości tchy w pierś nam płyną,

Bo dyszą w wiatrach, nad wód głębiną,

Wiążąc harmonią ziemię z niebieską dziedziną.

Przeszliśmy Starość — lodowe skały,

Przeszli i Męskość — spienione wały,

I młodość — lśniące, zdradne topielisko;

Już przez zasnuty mgłą, mroczno-niemy

Chaos Dziecięctwa, w światło płyniemy,

W dzień bogów, między Śmiercią a kołyską,

W raj sklepionego z listków zaświecia,

Pod pełnię czarów wonnego kwiecia,

Gdzie wodne dróżki pod wieczną strażą

Zielonej ciszy biegną i gwarzą.

Tam spoczniem, patrząc z świętej oddali,

Jak duchy, których blask serca zbyt pali,

Z melodyjnymi śpiewy snują się po fali.

AKT III

SCENA I

Niebo. Zeus na tronie; Tetyda i inne bóstwa.

ZEUS

Wy, zgromadzone tu moce niebieskie,

Współuczestnicy chwały i potęgi

Tego, któremu służycie — radujcie

Myśl waszą! Odtąd jam jest wszechmogący,

Wszystko uległo przede mną i tylko

Dusza Człowieka, jak niezagaszony

Ogień, wybucha przeciw Olimpowi

Gorzkim wyrzutem, zwątpieniem, skargami,

A przez jej modły niechętne przeziera

Groźba rokoszu, zdolnego podkopać

Odwieczną władzę mą, acz zbudowaną

Na starej wierze i piekłom współwiecznej

Trwodze. I chociaż z falami powietrza

Przekleństwa moje, jak śnieg na beztrawne

Wierzchołki skał, wciąż płatami po płatach

Lecą z Olimpu, przylegając do niej,

Chociaż pod gniewu mojego pomroką

Wdzierać się musi po stromach żywota,

Które kaleczą ją, jak lód kaleczy

Rozzutą stopę — wciąż pnie się i targa

Wyżej i wyżej, butna, nieugięta,

Lecz już skazana na rychły upadek!

Bowiem zrodziłem teraz dziwne cudo:

Dziecię przeznaczeń, postrach ziemi, które

Osierocony tron Demogorgona

Uzbroił w straszną moc nieśmiertelności,

Spadek po owym niewidzialnym Duchu...

To dziecię tylko oczekuje, kiedy

Przyjdzie wyroczna Godzina, a potem

Zstąpi na ziemię i zadepcze iskrę.

Nalewaj wino, niebian Ganimedzie143,

Niech ogniem spływa w Dedalskie144 puchary,

A wy, kwieciste córy duszy bogów,

Powstańcie, święte harmonie zwycięstwa,

Jak z ziemi rosa pod gwiazdami zmierzchu;

Niech nektar, krążąc po waszej krwi, będzie

Duszą radości, bóstwa nieśmiertelne,

Aż z piersi okrzyk tryumfu wybuchnie

Jak czar muzyki z wiatrów elizejskich!

I ty przy boku mym usiądź na tronie,

Odziana w światło owej namiętności,

Przez którą jesteś jednolita ze mną,

Tetydo, świetlny obrazie Wieczności!

Kiedyś krzyczała: «O Potęg Potęgo,

Oszczędź mnie! Nie, nie — tych żądnych płomieni,

Tej obecności, w mózg przenikającej,

Przenieść145 nie mogę. Istność ma — jak istność

Numidyjczyka146, który pod jaszczura

Jadem topnieje — rozpada się cała,

Z posad wyparta!» — dwa potężne duchy,

Spojone z sobą, stworzyły trzeciego147,

Potężniejszego nad obu; on dotąd,

Niewosobiony, w pośrodku nas krążąc,

Acz niewidzialny, ale przeczuwany,

Czeka wcielenia... Owóż to wcielenie

(Czy wy słyszycie, jak grom kul ognistych

Rozpycha wiatry?) zstępuje od tronu

Demogorgona. Zwycięstwo! Zwycięstwo!

O świecie, czy ty nie słyszysz w przestworach

Trzęsienia ziemi? To on — Demogorgon,

W piorunach wóz swój zatacza na Olimp.

Wóz Godziny przybywa. Demogorgon zstępuje i kroczy ku tronowi Zeusa.

Widmo straszliwe! Kto jesteś? Odpowiedz!

DEMOGORGON

Wieczność! O imię straszniejsze nie pytaj!

Powstań i za mną zstępuj do otchłani:

Jam twój syn, jako tyś synem Kronosa,

Lecz potężniejszy od ciebie — i odtąd

Razem musimy zamieszkać w ciemności.

Po swe pioruny nie sięgaj. Po tobie

Tronu w Olimpie nikt nie odziedziczy148

Ani utrzyma go, ani ponowi.

Lecz — jeśli chcesz się powołać na prawa

Zadeptanego robaka, co jeszcze

Wije się chwilę pod stopą, nim skona —

Okaż moc swoją.

ZEUS

Przeklęty potworze!

Tak właśnie ja cię zadepczę i strącę

Aż tam pod samo dno więzień Tytanów!

Ty się ociągasz jeszcze?...

Łaski! Łaski!...

Nie ma litości, nie ma odwołania,

Nie ma! Och, gdybyś postanowił sędzią

Nade mną wroga mego i tam właśnie,

Gdzie on usycha pod długą mą zemstą —

On by nie wydał takiego wyroku,

Bo i łaskawy, i nieustraszony,

I prawy, nie onże władcą nad Światem?

A ty któż jesteś? — Ha! Nie ma ucieczki!

Nie ma odwłoki!

Zapadnij więc ze mną!

Obaj zapadniem w czarną toń zniszczenia,

Jak sęp ze smokiem, w jeden kłąb splecione,

W nierozstrzygnionym boju społem giną

W bezbrzeżnym morzu. Niechaj piekła piekieł

Spuszczą z uwięzi całe oceany

Wściekłego ognia i wgniotą pod sobą

W bezdenną próżnię zmarły świat, i ciebie

I mnie, zwycięzcę i zwyciężonego,

I szczątki tego, o co bój toczono...

Ach! Ach! Żywioły już mnie nie słuchają!

W głąb, w głąb zapadam na wieki, na wieki!

A tam, wysoko, tam Wróg mój, jak obłok,

Upadek władcy pomracza zwycięstwem.

Ach! Ach!

SCENA II

Ujście wielkiej rzeki na wyspie Atlantydzie149; na brzegu widać spoczywającego Oceana; przy nim stoi Apollo.

OCEAN

Więc upadł, mówisz, na samo zmarszczenie

Brwi przez pogromcę?

APOLLO

Tak! Gdy się skończyła

Ta walka, która podwładne mi koło

Zaćmiła, wstrząsła stałymi gwiazdami,

To jeszcze groza jego oczów krwawym

Barwiła blaskiem niebokrąg, przez gęste

Strzępy zwycięskiej ciemności, gdy spadał,

Jak błysk ostatni dnia, konającego

W smugach czerwieni, gdy szczerbem obłoków

Tryska z głębiny, burzą sfałdowanej.

OCEAN

I zapadł w otchłań do pomrocznej próżni?

APOLLO

Jak orzeł, gdy go porwie pękający

Obłok Kaukazu, gdy skrzydła złamane

Piorunem w węzły wichru się zaplączą,

A jego oczy, dotąd bez olśnienia

Patrzące w oczy słońcu, teraz ślepną

Pod błyskawicą, a tu jeszcze gradem

Brzemienne ziarna biją mocownika,

Aż w końcu padnie zgnieciony, a trupa

Obsiądą lody powietrza.

OCEAN

Więc odtąd

Morze, co okrąg nieba odzwierciedla —

Królestwo moje — już krwią niebroczone,

Pod prądem wiatrów kołysać się będzie,

Jak się pod wianiem letniego powietrza

Kołyszą łany zbóż; a rzeki moje

Toczyć się będą u ludnych wybrzeży

I wysp szczęśliwych. Błękitny Proteusz150

I jego Nimfy wodne patrzeć będą,

Jak cień okrętów (tak patrzą śmiertelni

Na łódź księżyca, nasutą światłami,

Gdy z ową białą gwiazdą, pióropuszem

Niewidzialnego sternika, po szybkim

Pędzi odpływie słońca wieczornego)

Snuje się, lecz już nie po krwi i jękach,

Nie po zniszczeniu ani po zmieszanych

Głosach nakazu, mrukach niewolnictwa,

Ale po świetle kwiatów, podwojonych

W podwodnym morza zwierciadle, po falach

Wonności, słodkiej muzyki i rzewnych,

Łagodnych, wolnych głosach tej najsłodszej

Muzyki, jaką ukochały Duchy.

APOLLO

A ja — nie ujrzę już tych czynów, które

Duszę mą mroczą smutkiem, jak zaćmienie

Mroczy podwładną mi kulę. Lecz słuchaj!

Bo oto słyszę, jak mnie nawołuje

Przeczysty lutni dźwięk młodego Ducha,

Co ma przybytek swój w Gwieździe Poranku.

OCEAN

Więc czas ci odejść. Bieguny151 twe spoczną

Na odwieczerzu. Tymczasem bądź zdrowy.

Szumiąca głębia wzywa mnie do domu,

Abym błękitną nakarmił ją ciszą

Z urn szmaragdowych, które stoją, wiecznie

A wiecznie pełne, obok mego tronu.

Już pod zielonym morzem Nereidy

Wietrzną kibicią w nurtach się kołyszą,

W wieńcach i kwiecia morskiego girlandach,

I spod rozwianych kędziorów bieluchne

Wznoszą ramiona, śpiesząc, by powitać

Dostojną siostrę.

Słychać szumiący głos fal morza.

To nienapasione

Morze, łaknące ciszy. Milcz, potworze!

Oto już wracam! Bądź zdrowy.

APOLLO

Bądź zdrowy!

SCENA III

Kaukaz. Prometeusz, Herakles, Jona, Ziemia, Duchy. Azja i Pantea unoszą się na wozie z Duchem Godziny. Herakles zdejmuje więzy z Prometeusza, ten schodzi ze skały.

HERAKLES

Przenajświetniejszy z Duchów! Tak to siła

Służy Mądrości, Męstwu i Miłości

Długo cierpiącej — i tobie, co jesteś

Formą ich bytu, służy jak niewolnik.

PROMETEUSZ

Bratnie twe słowa słodsze są nad samą

Długo pragnioną, długo opóźnianą

Swobodę.

Azjo! Ty światło żywota,

Cieniu piękności niewidzianej, i wy,

Piękne me siostry, Nimfy, których miłość

I troska słodkim wspomnieniem uświęca

Powolne lata męki, już się odtąd

Nie rozstaniemy. Jest grota, powojem

I pachnącymi ziołami obrosła;

Kwiaty i liście dnia tam nie wpuszczają

Na tło, wysłane żyłkami szmaragdu,

Gdzie sny upieszcza bijące źródełko.

Od jej sklepienia zamarzłe łzy góry

Wiszą nad głębią, jak sznury ze śniegu,

Srebra lub długie rożki z diamentu,

Roniąc kroplami niepewne światełko.

U groty słychać bezsenne powietrze,

Z szeptem płynące od drzewa do drzewa,

Brzęk pszczół i ptasząt. Wokół z mchu kobierce

I żywe ściany piętrzą się, odziane

W miękką murawę; zaciszny przybytek!

Waszym on będzie. Tam osiądziem, gwarząc

O czasie, jego zwrotach i kolejach,

O tym przypływie i odpływie światów,

Co wciąż przemienne, gdy my wciąż niezmienni!

A Człowiek, możeż ukryć się przed zmianą?

Jeśli ja westchnę, wy się uśmiechniecie;

Ty, Jono, będziesz nuciła nam zwrotki

Z muzyki morza, aż ja się rozpłaczę,

A wy jej pieniem z oczu wyciśnięte

Uśmiechem spędzać będziecie łzy moje,

Choć tak mi było słodko je wylewać.

Wiązać będziemy pąkowia i kwiaty,

I te promienie, po krawędziach źródła

Bijące; z rzeczy powszednich — przedwieczne

Urabiać kształty, jak dzieci człowieka

W swojej, zbyt krótkiej dobie niewinności,

Wzrokiem i słowy miłości szukając

Ukrytych myśli, coraz to piękniejszych,

Po nieprzebranej głębi naszych duchów.

Jak rzewne lutnie, trącone urokiem

Zakochanego wiatru, snuć będziemy

Harmonie boskie, ale wiecznie nowe,

Gdzie, w różni strojów, rozstroju nie będzie.

Tu, na zalotnych wiatrach, co się z wszystkich

Stron niebokręgu zlatują (jak pszczoły

Z każdego kwiatka, niebotycznej Enny152

Wonią sytego, w wielki rój zebrane,

Do swych wysepnych domków na Himerze153),

Echa od świata ludzkiego przypłyną,

Głosy Miłości, ledwie dosłyszalne,

Gołębiookiej Litości bolesne

Szemrania, echa Muzyki, co sama

Jest echem serca i wszystko, co wznosi,

Uświęca — teraz wolnego — człowieka.

I wdzięczne zjawiać się będą widzenia,

Naprzód zamglone, potem promieniste;

Jak dusza, gdy się wybije w światłości

Z uścisków Piękna (skąd i jej postacie

Zrazu widmami są), to rzuca na nie

Wszechpromieniami wcielenia i życia —

Tak nam się zjawi nieśmiertelne plemię

Pędzla i dłuta, i czaru Poezji,

Niezamarzonych jeszcze, lecz już żywych

W przyszłości. Są to koczujące głosy

I cienie tego, czym stać się ma człowiek;

To pośredniki najlepszej ofiary:

Miłości, wzajem od niego i od nas

I przyniesionej, i znów odpłacanej,

Kształty i dźwięki, coraz to piękniejsze

I słodsze, w miarę, jak człowiek się staje

Mędrszy i lepszy, a łuską po łusce

Błąd i nieprawość z niego opadają.

Taka jest siła owej cudotwórczej

Groty...

zwracając się do Ducha Godziny

A tobie, nadobny mój Duchu,

Zostaje jedna sprawa do spełnienia:

Podaj mi, Jono, ową wyginaną

Muszelkę, którą prastary Proteusz

Darował Azji w ślubnym upominku

I głos w nią wetchnął jako zwiastowanie;

Tyś ją ukryła w wydrążeniu skały.

JONA

Ty, przenajdroższa Godzino, i luba,

I ulubiona goręcej niż wszystkie

Twe siostry! Oto mistyczna muszelka.

Patrz, jak bledziutki, półsrebrzysty lazur

Nikłym, lecz lśniwym powleka ją światłem;

Czyż nie wygląda ona tak, jak gdyby

Ukołysana muzyka tam spała?

DUCH

Istotnie, zdaje mi się najpiękniejszą

Z konch oceanu, a dźwięk jej być musi

Słodki i dziwny.

PROMETEUSZ

Pędź więc, uniesiony

Przez wichronogie bieguny, przebiegaj

Grody ludzkości i przegoń raz jeszcze

Słońce w obiegu naokoło świata,

A krając wozem iskrawe powietrze,

Zadmij w zakrętną głębinę tej muszli

Na wywołanie potężnej muzyki.

Ta niechaj będzie jak piorun zmieszany

Z czystymi echy. Potem wracaj do nas

Na zamieszkanie obok naszej groty.

A ty, o Matko-Ziemio!...

ZIEMIA

Słyszę, czuję!

Bowiem przywarły do mnie twoje usta,

Na wskroś dotknięcie przebiegło po żyłach

Krwi mej i moich nerwach marmurowych.

To życie, radość... Po tym spracowanym,

Starym, lodowym ciele krąży ciepły

Płyn nieśmiertelnej młodości. Już odtąd

Mnogie, nadobne dzieci, piastowane

Na czułym łonie mym, wszystkie rośliny,

Płazy, owady o skrzydłach tęczowych,

Ptaki, zwierzęta i ludzkie postacie,

Które z wychudłej piersi mej ciągnęły

Ból i chorobę — truciznę rozpaczy,

Teraz się żywić i obdzielać będą

Słodkim pokarmem w spokoju. I będą

Dla mnie jakoby siostry — antylopy —

Od jednej matki — piękne, jak śnieg białe,

Rącze jak wiatry, chowane w swobodzie

Między liliami nad pełnym strumieniem,

Mgły rośne, w chwili mego snu bez słońca,

Jak balsam płynąć będą pod gwiazdami.

W noc otulone kwiaty me z powietrza

Przez sen ssać będą wonności i barwy,

Człowiek i zwierzę w błogich snach nabierać

Siły na jutro i jego rozkosze.

Śmierć — będzie tylko ostatnim uściskiem

Tej, co odbiera życie, które dała,

Jak matka, która ściskając swe dziecię,

Mówi: «Raz drugi już mnie nie opuszczaj».

AZJA

O matko! Czemuż mówisz imię śmierci?

Powiedz, czy już się przestają poruszać,

Oddychać, kochać i myśleć, i mówić

Ci, co pomarli?

ZIEMIA

Po cóż ci odpowiedź?

Tyś nieśmiertelna, a ta mowa tylko

Niemym na wieki — umarłym — jest znana.

Śmierć to zasłona, którą ci, co żyją,

Zowią tu życiem; kiedy zasypiają,

Ona opada. Tymczasem w łagodnych

Zmianach i różniach łagodne lat pory,

Wciąż w przesnuwane tęczami ulewy,

W długie, błękitne meteory — w gnuśną

Noc zganiające — ożywcze, niechybne

Z kołczanu słońca miotane pociski,

Wciąż namarszczone rosą, w tajemniczo

Prześcigające promienie księżyca

Odziewać będą i lasy, i pola...

O! I stromami skał zabudowane

Głębie pustyni wciąż odziewać będą

W wieczne owoce i liście, i kwiaty.

A ty, o Synu mój!... Jest tam pieczara,

Gdzie duch mój cierpiał boleści, a serce

Na widok twoich męczarni szalało...

I tych, co ból mój ciągnęli z oddechem,

Zdjęło szaleństwo, że tam zbudowali

Wielką świątynię, głosili wyrocznie

I obłąkane ludy podniecali

Do bratobójczej wojny, wiarołomstwa,

I zdrad, jakimi Zeus osnuł i ciebie.

Teraz ten oddech powstaje jak w gąszczu

Dzikich zielsk oddech wonności fiołka.

I pogodniejsze światło, i rumiane,

Jędrne, lecz słodkie powietrze dokoła

Zlewa na skały i bory. On żywe

Pędy w winnicy karmi i podnieca,

On — łęty bluszczu dziko poplątane,

On — kwiaty w pączku, w rozkwicie i w pełni

Rozkosznej woni, co to falujące

Po nich powietrze skrapiają gwiazdami

Ubarwionego światła; on — owoców

Złote, błyszczące kule, zawieszone

Nad ziemią w swoim zielonym podniebiu;

On, wskroś przez żyły listków, bursztynowe

Korzonki, sączy się do duszy kwiatów,

A tych szkarłatne, przejrzyste kielichy

Stale się pienią rosą eteryczną,

Napojem duchów. I krąży dokoła

Jak lekkie skrzydła drzemki południowej,

Nawiewającej myśli tak szczęśliwe,

Ciche, jak moje, odkąd ty wraz ze mną

Odżyłeś. Twoją będzie ta pieczara.

Więc powstań! Ukaż się!

Duch ukazuje się w postaci dziecka skrzydlatego.

To mój pochodnik,

Który w prastarych czasach zgasił lampę,

Gdy się zapatrzył w dwoje ócz, a potem

Na nowo od nich zapalił miłością,

Która jest jako ogień, córko moja

(Bo w twoich oczach ogień)! Biegnij, dziecię,

I towarzysza tego wiedź na szczyty

Nysy154 Bachijskiej, menad155 pomieszkania,

Za Ind156 i jego rzeki hołdownicze,

Depcząc potoki i szkliste jeziora

Suchą, niezwłoczną, nieznękaną stopą,

I przez zielony wąwóz, przez dolinę,

Nad kryształowym, bezwietrznym jeziorem,

Gdzie leży wiecznie na spokojnej fali

Obraz świątyni na wyżynie wzgórza,

Strojnej w kolumny, łuki, i nadsłupia,

I kapitele jak palm baldachimy;

Wskroś zarzeźbionej jakby żyjącymi

Tworami ducha Praksytelowego157,

Gdzie marmurowy ich uśmiech napełnia

Wieczną miłością milczące powietrze.

Dziś pusta — niegdyś twoje miała imię,

Prometeuszu. Tu młódź wspólzawodnio

W świętym pomroku niosła na cześć twoją

Lampę — twój symbol — jak ci, którzy moją

Nieprzekazaną pochodnię nadziei

Przez noc żywota niosą aż do grobu,

Jak ty ją niosłeś w tryumfie aż do tej

Dalekiej czasów granicy. Więc idźcie

I bądźcie zdrowi. Przy owej świątyni

Leży pieczara, dla was przeznaczona.

SCENA IV

Las. Na dalszym planie pieczara. Prometeusz, Azja, Pantea, Jona i Duch Ziemi158.

JONA

O siostro, to coś nieziemskiego — widzisz,

Jak on się lotnie przemyka pod liściem!

Jak mu od głowy bije aureola,

Żywnie podobna do zielonej gwiazdy,

Której promienie szmaragdowe w piękny

Włos mu się wplotły! Za każdym stąpieniem

Blask iskier wiązką ściele się po trawie!

Czy znasz to cudo?

PANTEA

To ów Duch subtelny,

Co oprowadza ziemię po niebiosach.

Ludne plemiona gwiazd zowią to światło

Najukochańszą z wszech planet. Niekiedy

Po słonej pianie morza on żegluje

Lub z mgły obłocznej wóz buduje sobie,

Lub się po polach przechadza, po grodach,

Kiedy śpią ludzie; to znów po gór szczytach,

To znów po rzekach lub, jak oto teraz,

W zielonych puszczach krąży i podziwia

Wszystko, co ujrzy. Niegdyś, przed rządami

Zeusa, on kochał siostrę naszą, Azję,

I w każdą wolną godzinę przybywał,

Aby się napić światłości z jej oczów,

Których, jak mówił, takie miał pragnienie

Jak ukąszony od dypsa159, i z dziecka

Szczerotą zwierzał się przed nią, i prawił —

Ale z dziecięcym rozumem — o wszystkim,

Co tylko zaznał, a widział on wiele,

I (rodu swego nie znał i ja nie znam)

Wciąż ją nazywał «matką, drogą matką».

DUCH ZIEMI

biegnąc do Azji

Matko, najdroższa matko, więc ja mogę

Rozmawiać z tobą, jak niegdyś bywało:

Ukrywać oczy w twych lubych objęciach,

Gdy je utrudzi już zbytek radości?

Igrać przy tobie przez długie południa,

Gdy zejdzie spokój na lśniwe powietrze?

AZJA

Kocham cię, duchu najdroższy, i odtąd

Kochać cię mogę bez trwogi. Mów, dziecię!

Prosta twa powieść niegdyś pocieszała,

Teraz zachwyca mnie.

DUCH ZIEMI

O matko luba!

Jam stał się mędrszy (choć dziecię nie może

Być, jak ty, mądre) i to dziś, dziś, matko;

Ha! I szczęśliwszy — szczęśliwszy i mędrszy.

Ty wiesz, że węże, ohydne ropuchy,

Gniazda robaków, że złe, jadowite

Zwierzęta, krzewy, co rodzą jagody

Trujące, zawsze raziły mnie wstrętem

W moich wędrówkach po zielonym świecie

I że w siedzibach człowieczeństwa twory

O dzikich rysach, butno-gniewnym wzroku,

Z zimną postawą, obłudnym uśmiechem

Lub samolubnym ciemnoty szyderstwem,

I inne maski plugawe, którymi

Kryje złe myśli owa piękna istność,

Którą my, Duchy, zowiemy człowiekiem.

Ach! I kobiety — co już najwstrętniejsze —

(Chociaż i piękne nawet tu na świecie,

Twojej piękności i z twoją dobrocią,

Twoją szczerotą) — ach, jeśli obłudne

Albo złośliwe, to wszystkie mi serce

W mdłości wprawiały, kiedym spojrzał na nie,

Choć spały, a ja byłem niewidzialny.

Posłuchaj dalej. Droga mi wypadła

Przez wielkie miasto ku wzgórzom, a wzgórza

Lasów okręgiem otaczały miasto;

W bramie straż spała. Wtem rozległ się nagle

Dźwięk tak donośny, że się przy księżyca

Blasku zatrzęsły wieże; ale był on

Słodszy nad wszelki dźwięk, prócz głosu twego,

Przenajsłodszego ze wszystkich na świecie;

Był to dźwięk długi, długi, jakby nigdy

Skończyć się nie miał — i wszyscy grodzianie

Nagle ze snu się zerwali, gromadząc

W ulicach miasta i patrząc w zdumieniu

Na górne niebo. Dźwięk jeszcze brzmiał. Tedym

Ukrył się w źródle, w środku targowiska,

I tam leżałem jak odblask księżyca,

Pod liści stropem w fali utopiony.

I wkrótce owe wstrętne mi postacie

Człowiecze, które, jak rzekłem już, w sercu

Ból mi sprawiały, odpływać poczęły

Z pędem powietrza, wcielając się z wolna

W wiatry, aż w końcu wiatry je rozwiały;

A owe, co swym przyjściem je wyparły,

Tak się zdawały wdzięczne, tak łagodne,

Po zaniknięciu barw! I nastąpiła

Naprzód na wszystkich obliczach przemiana,

A potem chwila zdumienia, a potem

Radość i podziw. I wszystko wróciło

Na senne łoża. Skoro świt zabłysnął —

O matko moja, czy byś pomyślała,

Że kiedyś węże, ropuchy, jaszczury

Mogą być piękne? A przecież tak było,

I to po małej zmianie barw i kształtu.

Wszystko otrząsło z siebie złą naturę.

Któż ci wypowie mą radość, gdym oto

Ponad jeziorem, na zwisłej gałązce,

W powój owitej, ujrzał lazurowe

Dwa zimorodki; biegały po prątkach

I graniastymi, długimi dziobami

Skubały grono złocistych jagódek;

A tam — pod głębią — biegały odbicia

Powabnych ptasząt jakby w drugim niebie...

I oto z myślą o tylu szczęśliwych,

Słodkich przemianach, znów się spotykamy.

Ach, to najsłodsze dla mnie przemienienie!

AZJA

I już się nigdy nie rozstaniem z sobą,

Aż się przeczysta siostra twoja, która

Zimny, niestały księżyc oprowadza,

Tak w twoje światło cieplejsze zapatrzy,

Że jej serduszko, jak w kwietniu śniegowe

Płaty, stopnieje i — pokocha ciebie.

DUCH ZIEMI

Pokocha? Czyliż tak, jak Azja kocha

Prometeusza?

AZJA

No, no, młodzieniaszku!

Jeszcześ nie dorósł. Czyliż wam się zdaje,

Że wzajem sobie spoglądając w oczy,

Już lube kształty swe zwielokrotnicie,

Że już na nowiu to nocne powietrze

Napełnią sfery ognia?

DUCH ZIEMI

Ależ, matko,

Tęskno mi będzie koczować w pomroce,

Kiedy ma siostra zapala tam światło.

AZJA

Patrz, słuchaj!

Duch Godziny wchodzi.

PROMETEUSZ

To, coś ty słyszał i widział,

Czujemy wszyscy. Jednak opowiadaj!

DUCH ZIEMI

Zaledwie umilkł głos, którego piorun

Napełnił nieba i ziemi otchłanie,

Stała się zmiana: rzadki, nieujęty

Eter i słońce, obsłona wszechbytu,

Byłe postacie swoje przemieniły,

Jakby miłości duch, w nich roztopiony,

Otulił kulę świata objęciami.

Tedy się w moim wzroku rozwidniło,

Że przejrzeć mogłem w tajnie przyrodzenia,

I, obłąkany zachwytem, spływałem,

Prując powietrze omdlałymi pióry.

Rumaki moje odszukały w słońcu

Kolebkę rodu, gdzie odtąd żyć będą

Wolne od pracy, pasąc się kwiatami

Roślin ognistych; gdzie wóz mój, bijący

Blaskiem księżyca, stać będzie w świątyni

Pod okiem, jakby wyszłych z rąk Fidiasza160,

Posągów Azji, Ziemi i mojego,

I Nimf, miłości naszej pięknych świadków

(A to na wieczną pamiątkę tej wieści,

Którą nam przyniósł), pod banią sklepienia

O rytowanych kwiatach, na dwunastu

Z lśniącego głazu wykutych kolumnach,

Z oknem na jasne eteryczne niebo;

Wprzężone w jarzmo żmii pierścieniowej,

Staną i moje skrzydlate rumaki,

Jakby schwycone wśród pędu, po którym

W tej chwili dano im spocząć. Niestety!

Dokąd to odbiegł niezdolny mój język,

Żem tyle jeszcze wam nie dopowiedział

Prawdziwych cudów.

Oto, jak już wiecie,

Począłem spływać ku ziemi: a jeszcze

Było to razem rozkoszą i bólem

Pędzić, oddychać i być. Gdym po drodze

Spojrzał na gniazda i domy ludzkości,

Tom zrazu bolał, że potężnej zmiany,

Jaka już w głębi mej zaszła, nie widzę

W rzeczach zewnętrznych. Wtem — spojrzę — a tam już

Trony bez królów, ludzie obok ludzi

Krążą spokojnie, tak właśnie jak duchy:

Nie pełzający ani tratowani.

Na żadnym ludzkim czole już nie było

Napisu: trwoga, samolubstwo, duma,

Nienawiść bratnia albo samowzgarda,

Jak tam, na bramie piekielnej: «Żegnajcie

Wszelką nadzieję, wy, co tu wchodzicie»161.

Nikt brwi nie marszczył, nie drżał, bo w drugiego

Oczach nie czytał zimnych słów rozkazu,

Ażeby, naprzód niewolnik silniejszej,

Potem (co jeszcze sromotniejsza dola!)

Już własnej woli został niewolnikiem,

Która ohydą go, jak spędzonego

Konia ostrogą, parłaby do śmierci.

Nikt ust nie ściągał z obłudnym spojrzeniem,

Aby w swój uśmiech wcieliły to kłamstwo,

Które by język wstydził się wymówić.

Nikt w własnym sercu bezczelnym szyderstwem

Nie zdeptał iskier miłości, nadziei,

Ażeby po nich pozostały tylko

Gorzkie popioły, szczątki duszy, samej

W sobie strawionej, a potem — ów nędznik,

Jak upiór, wkradał się pomiędzy ludzi

I wszystko tchnieniem plugawym zarażał.

Nikt nie przemawiał ową pospolitą,

Zimną, fałszywą a bezmyślną mową,

Której to serce swego «tak» odmawia,

Choć usta silą się na nie wbrew woli,

Lecz nie ufając własnej, nieumyślnej

Obłudzie, wpada na koniec w ostatnią

Niemoc, na którą już nie masz wyrazu:

Nieufność w siebie samo.

Przechodziły

Tam i kobiety, piękne i swobodne,

Jak te niebiosa, co na wielką ziemię

Zsyłają światło ożywcze i rosę —

Wdzięczne, promienne, przeczyste postacie,

Nietknięte brudną skazą zalotnictwa,

Głoszące słowa mądrości, o której

Niegdyś pomyśleć nie śmiały; z ich oczu

Biją wzruszenia, na których by niegdyś

Samą myśl drżały; zmienione w to wszystko,

Czym być nie śmiały, a czym będąc teraz,

W niebo zmieniły ziemię. Ani duma,

Ani fałszywy wstyd, zazdrość, nienawiść,

Te, najstraszniejszą nasiąkłe goryczą,

Kropelki starej żółci, już nie truły

Świętej słodyczy nepentu162: miłości.

Trony, ołtarze, sądy i więzienia,

Dokąd ubodzy służalcy znosili

Berła, tiary, miecze i łańcuchy,

I wielkie księgi rozumowanego

Bezprawia, które ciemnota zwie prawem —

Teraz się zdały jak owe potworne

I barbarzyńskie widma i straszące

Duchy od wieków przebrzmiałej już sławy,

Co z niespożytych swoich obelisków

Wciąż się z tryumfem patrzą na pałace

I groby swoich zwycięzców — zbutwiałe.

A jak te niegdyś — ku dumie półbogów

I ofiarników — były obrazami

Ciemnego, ale możnego wierzenia,

Potęgi, równie wielkiej jak ziemiokrąg,

Który zburzyły — tak teraz są tylko

Ócz dziwowiskiem. O! Nawet narzędzia

I godła jego ostatniej niewoli

Stoją wśród siedzib wieloludnej ziemi,

Nieobalone, lecz już zapomniane.

A ową zmorą zmór plugawych, Bogu

I człowiekowi obrzydłą, pod wielą

Imion i wielą postaci dziwacznych,

Groźnych, widmowych, złowieszczych, przeklętych,

Był Zeus, Pogromca świata, On, któremu

Z trwogi blednące ludy krwią służyły

I sercem, w długiej nadziei złamanym,

I na splamione, na nieuwieńczone

Ołtarze wlokły Miłość, i wśród próżnych,

Niezłorzeczących mu łez, zabijały,

By uczcić marę, przed którą truchlały,

Gdy to truchlenie było nienawiścią.

I owóż zmora ta i malowana

Zasłona — którą nazywano życiem,

Która, w niezdarnie nakreślonych barwach

Miała odwzorzyć to wszystko, co sercu

Było bożyszczem wiary i nadziei —

Dziś na ołtarzach opuszczonych zdarta,

Zbutwiała szybko jak przegniłe próchno

I wstrętna larwa opadła. A człowiek

Zostaje czystym, swobodnym, bez władcy,

Tylko człowiekiem — wszechbliźnim, za kresem

Plemion, narodów i szczebli społecznych,

I próżnym trwogi, hołdu, sobą władnym,

A sprawiedliwym, mądrym i szlachetnym,

Tylko człowiekiem... Czyż bez namiętności?...

O, nie! Choć wolny od zbrodni i cierpień,

Których wpierw bywał sprawcą i ofiarą,

Lecz niewyjęty (choć są jego steru

Niewolnikami) spod trafu i śmierci,

I przemienności — tych wag, przyczepionych

Do jego bytu, bez których by może

Wzbił się nad gwiazdy niedostępnych niebios,

Których szczyt ginie tam, w mrokach bezmiaru.

AKT IV

Część lasu w pobliżu pieczary Prometeusza. Pantea i Jona śpią; następnie budzą się stopniowo podczas pierwszego śpiewu.

GŁOS

Duchów niewidzialnych

Blade gwiazdy schodzą już:

Słońce, stada rączy stróż,

Do owczarni je zagania,

W głąb porannej mgły,

I błyskiem meteoru daje znak świtania.

Gwiazdy pędzą atmosferą

Jak gazele przed panterą...

Lecz gdzież się kryjecie wy?

Orszak mrocznych Postaci i Cieniów przemyka się, śpiewając.

Tu, u nicestwa bramy,

Tu Ojca tysięcy lat,

Już wykreślonych, na marach dźwigamy;

My, Duchy pchniętych za świat,

Zmarłych Godzin przeszłości,

Oto niesiemy Czas do grobu wieczności163.

Włosów rzucajcie wiązki,

Nie cisowe gałązki;

Łzami skrapiajcie mu całun, nie rosą

Niech tam, z nagiej krzewiny

Śmierci, zwiędłe wawrzyny

Na wieczną cześć Królowi Godzin przyniosą!

Śpiesz, o śpiesz się, orszaku!

Jak błyskiem zórz zepchnięty,

Drżący tłum cieniów z niebieskiego szlaku,

Już pierzchamy w odmęty;,

Na kształt zdmuchnionej pianki,

Topnieje czereda ta,

Przed chórem dzieci bożego dnia,

Pod nutą kołysanki,

Tego wiatru, co kona,

Otulony we własnej harmonii ramiona.

JONA

O! Smutne, smutne odwiedziny!

I któż to był?

PANTEA

To przeszłe Godziny,

Byłych chwil trupy, poniosły łupy

Po obalonym światów tytanie,

Którego tylko Jeden zwyciężyć był w stanie.

JONA

I przeszły?

PANTEA

Chyżej od potoku,

Dźwięku słów, śpiewu — wiatrów powiewu.

JONA

Dokąd, ach, dokąd?

PANTEA

Tam... do wszechmroku,

Do przeszłości, do umarłych...

GŁOS

Duchów niewidzialnych

Pod niebem obłoki się pławią;

Na ziemi szklne rosy jaskrawią;

Na morzu, pod krawędź z krawędzi

Wierzgają, buchają bałwany,

Bo toczy je, wzdyma i pędzi

I wirem rozściela — szaleństwo wesela.

Aż trzęsą się skalne wód ściany,

Aż dno pod pląsami ich drży.

Lecz gdzież to kryjecie się wy?

Już z nową radością hymn stary

Jodłowe śpiewają konary;

Od źródeł, potoków i strug

Tak świeża pieśń bije, tak hoża,

Jak duchów melodia od lądu i morza;

A górom od burz, na ich gry,

Wtórowo piorunu grzmi huk.

Lecz gdzież to kryjecie się wy?

JONA

Powiedz mi, kto to są owi woźnice?

PANTEA

Gdzież są ich wozy?

I PÓŁCHÓR DUCHÓW GODZIN

Już strącił głos Duchów Powietrza i Ziemi

Senności zasłonę, co fałdy barwnymi

W mrok byt nasz wikłała, we mgłę — urodziny,

W głębiny.

JEDEN Z GŁOSÓW

W głębiny?

II PÓŁCHÓR

O! Na dno głębiny.

I PÓŁCHÓR

Sto wieków nas więził senny szał,

Uśpionych w widzeniach mąk i sideł,

A ci, co czuwali, gdy brat ich spał,

Widzieli świat —

II PÓŁCHÓR

Gorszy od snu straszydeł.

I PÓŁCHÓR

Słyszeliśmy we śnie dźwięk lutni Nadziei,

Poznali Miłości w nim głos — aż z kolei,

Poczuwszy buławę Potęgi —

II PÓŁCHÓR

W zachwycie

Pląsali jak fala w promieniach o świcie.

CHÓR

W tany! W skoki! Wy, śmieli, na wietrzyka podścieli!

Pieśnią dno wy przebijcie tam, w niebieskiej wyżynie;

Zaczarujcie nam Dzień, bo ot znika jak cień;

Zatrzymajcie przed ujściem w nieme Nocy jaskinie.

Niegdyś — głodne Godziny, psy to były, mściciele,

Dzień ścigały jak łowcy krwią zbroczone gazele;

A ten, chromy, bez schrony, ran krociami omdlony,

Drżąc, przesadzał, jak ślepy, Roku puszcze i stepy.

Ale teraz — o! Wiążcie się w mistyczne półkręgi

Pląsów, dźwięku i pieśni, słodkich dum i potęgi;

Niech Godziny i Duchy z światłem pięknych form świata,

Jak obłoki z promieniem, wspólne tętno pobrata.

GŁOS

Pobrata.

PANTEA

Patrz, oto szatą melodyjnych dźwięków,

Jakby świetlistą zasłoną osnute,

Geniusze Duszy Ludzkiej się zbliżają.

CHÓR GENIUSZÓW DUSZY

I nas, powietrznych gości,

Pieśń i pląsu wir szybki

Przywiały do was wichrem wesołości,

Na kształt polotnej rybki,

Co Indu głąb roztrąca,

Wpółsennie z morskim ptastwem żeglująca.

CHÓR GODZIN

Skąd — i tak dzikie was pędy przygnały,

Że macie u stopek błyskawic sandały,

Że skrzydła tak bystre jak myśli pogonie,

Że oczy jak miłość, nieskryta w zasłonie?

CHÓR GENIUSZÓW DUSZY

do Godzin

O! Z daleka, z daleka!

Z krajów rodu człowieka,

Przedtem tak ciemnych, ślepych, wszetecznych...

Dziś — to ziemia bez skażeń,

Morze najczystszych wrażeń,

Niebo łez szczęścia, myśli słonecznych;

Z tej otchłani dusz, ludów,

Błogosławieństw i cudów,

Których pałacem groty z kryształu;

Z wież niebieskich zapału,

Gdzie koronne potęgi

Myśli — wciąż liczą wasze te kręgi;

Z tej utajonej groty,

Gdzie miłość wśród pieszczoty

Chwyta was wciąż za włosów uploty;

Z wysp błękitnych, gdzie święta

Wiedzy spóźnia ponęta

Pieśnią syrenią wasze okręty;

Od świątyń niebotycznych,

Czarów ucha i oczu,

Z dłuta dźwigniętych, z tchnień poetycznych;

Od wód, w których przezroczu

Nauka, mknąc z oddala,

Skrapia swe znojne skrzydła Dedala;

Brnęliśmy lat tak wiele

Przez krwi i łez topiele,

Piekło niezgody, mąk, klątw, zarazy,

Ach! I rzadkie oazy,

Gdzie ledwie spod obsłony

Wykwitał szczęścia kwiat — już zwarzony.

Dziś — wśród ciszy stąpamy,

Po dawnych łzach cierpienia

Z piór naszych skrzydeł płyną balsamy:

Miłość ludzka, co swymi

Węzły wszystko na ziemi

Samym spojrzeniem w Eden164 przemienia.

CHÓR DUCHÓW I GODZIN

Więc snujcie tę tkań, te mistyczne współkręgi

Od głębin podniebia do Ziemi tej krańca,

O Duchy, wy słodkie rozkoszy potęgi!

Zespólcie się w muzyki cudach i tańca,

Jak fale rzek, czujnych od brzasku do brzasku,

Zlewają się w morzu harmonii i blasku.

CHÓ GENIUSZÓW DUSZY

Już zdobyty nasz łup,

Wroga schłonął już grób;

Już wolno kroczyć, nurzać się, toczyć,

Czy górą czy dołem,

Czy z sferą tą społem,

Co świat przecina ciemności kołem.

Znikniem z oczu skalistym

Górom, niebom gwiaździstym,

I siwe głębie zasiedlim tam;

A Śmierć, Chaos i Noc

Na dźwięk ustąpią się nam,

Jak mgła, gdy burzy nadciąga moc.

Ziemia, Powietrza ruch,

Światła i Mocy Duch,

Co kręci ognie gwiazd w ich orbicie,

Miłość i Myśl, i Życie,

Śmierć krępujące siły,

W naszym orszaku będą krążyły.

Pieśń zbuduje w eterze

Świat dla ludów Geniusza,

Gdzie Duch Mądrości stanie na sterze,

A w cześć nowego świata

Ludzi — na wieczne lata

Nazwiem go światem Prometeusza.

CHÓR GODZIN

Niech pląs ustanie, niech śpiew zadrzemie;

Tym odejść, tamtym zostać potrzeba.

I PÓŁCHÓR

Nas — tajny czar rwie poza nieba.

II PÓŁCHÓR

Nas — tajny czar ściąga na ziemię.

I PÓŁCHÓR

A dziko, a rączo, swobodnie, szalenie,

Z Duchami, co tworzą mórz nowe przestrzenie

I niebo, gdzie nieba nie było przed wieki.

II PÓŁCHÓR

A cicho, a wolno, przez blasku wszechsteki,

Gdy noc prześcigają, dzień biały zwiastują —

Z mocami, co berło światłości piastują.

I PÓŁCHÓR

My — budzim pieśniami, nie grozą mściciela,

Obłoki i drzewa z polnymi zwierzęty,

Witając z chaosu świat nowo poczęty;

II PÓŁCHÓR

My — góry i morza zachodu i wschodu —

A kolej szczęśliwa ich śmierci i rodu

Uroczo się wciela w melodię wesela.

CHÓR GODZIN I DUCHÓW

Niech pląs ustanie, niech śpiew zadrzemie,

Te wzwyż ulecą, owe na ziemię.

Gdzie tylko chyże niosą nas skrzydła,

My wciąż, ujęty w słodkie wędzidła,

Na gwiezdnej nici wiedziem płomienny

Obłok, miłości deszczem brzemienny.

PANTEA

Ha! Już zniknęły!

JONA

Nie czujeszże wdzięku

Przeszłej słodyczy?

PANTEA

Jak wzgórek zielony,

Gdy nad nim lekki obłok w deszcz stopnieje,

Do otwartego nieba się uśmiecha

Tysiącem kropli wód usłonecznionych.

JONA

Nawet w tej chwili, gdy mówimy, słychać...

Ach! Jakież cudne tony!

PANTEA

To głębokie

Tony harmonii wirujących światów,

Które, trącając po strunach powietrza,

Eolskie dźwięki z ich dusz wywołują.

JONA

Wsłuchaj się przy tym, jak każdą tam przerwę

Poddźwięki dźwięków spójnie zapełniają,

Srebrne, przejrzyste, szklane, co to w zmysły

Do dna wnikają, żyją w głębi duszy,

Jak skrzące gwiazdy wnikają w powietrze,

A w głębi morza widzą swe oblicza.

PANTEA

Teraz spójrz w owe dwa rozstępy lasu,

Nad którym wisi baldachim gałęzi,

Gdzie dwa ramiona strumyka w pośrodku

Mchu, wytkanego suto fiołkami,

Dróżkę melodii wyżłobiły sobie:

Jak siostry, co się żegnając — z westchnieniem,

Marzą o przyszłym spotkaniu — z uśmiechem,

Mieniąc rozłąki ciężkie chwile w wyspę

Słodkiej żałości, w gaj rzewnej zadumy...

Oto dwa widma promieniste kroczą

Niby po falach zachwycenia dźwiękiem,

Który coraz to silniej, śmielej, głębiej

Płynie pod ziemią i w ciszy powietrza.

JONA

Teraz się zbliża wóz, podobny owej

Najsubtelniejszej łódeczce, na której

Matka Miesięcy, na odpływie nocy,

Z sennego łoża wzbudzona o nowiu,

Ku zachodowej grocie swej żegluje.

Nad nim kulisto sklepi się baldachim

Z miłej pomroki, a wzgórza i lasy

Przez mgieł półciemną szatę wyglądają,

Jak w czarnoksięskim zwierciadle rój cieniów;

Kołami jego są szczelne obłoki,

Modre i złote, jakie geniusz burzy

I błyskawicy stłacza nad olśnioną

Szybą wód, kiedy zapada w nią słońce;

Toczą się, pędzą i rosną, jak gdyby

Od wnętrza wiatr je podwiewał. Na wozie

Siedzi skrzydlate dziecko o twarzyczce

Białej jak białość błyszczącego śniegu,

A skrzydła jego zdają się piórkami

Z kwiatków zmarzłego szronu; jego suknia

Biała — tkaniną z perły eterycznej;

Jego włos biały — to jasność białego

Światła, w promienny snop rozpryśnionego;

A owych oczów dwoje — to niebiosa

Przezroczej ciemni, którą Bóstwo z głębi

Siebie wylewa, jak obłok zębaty

Wylewa burzę z pręg swoich strzelistych,

Dokoła zimne łagodząc powietrze

Ogniem bez blasku; dłoń dziecka potrząsa

Drżącym promieniem księżyca, a siła

Kończyn promieni kieruje wóz jego

Na siwo-kolnych obłokach, co żywo

Ponad trawami, kwiatami, falami

Tocząc się, budzą tak urocze dźwięki,

Jak śpiewny deszczu plusk po srebrnej rosie.

PANTEA

A tam, z drugiego rozstępu, wyrusza

Z wirem rozgłośnej, wichrowej harmonii

Sfera, jak gdyby z tysiąca sfer zlana,

Spójna jak kryształ; lecz przez nią wskroś płynie,

Niby przez próżnię, muzyka i światło,

Miriada165 kręgów i opasujących

I opasanych, białych, purpurowych,

Modrozielonych i złotych sfer w sferach.

A każdą próżnię wśród sfer zaludniają

Dziwne, dla zmysłu nieujętne widma

Na kształt tych, co się wylęgają z sennych

Marzeń o duchach w mroku bezmiesięcznym;

A przecież każda do dna przezroczysta.

I tak się toczą wciąż wirów tysiącem,

Wokół tysiąca niewidzialnych osi;

Toczą z szybkości siłą samoburczą166,

Lotną, a jednak wolną, uroczystą,

Tworząc w chaosie pomieszanych tonów

Dziki chór — słowa dla dusz zrozumiałe.

Silny prąd tego kłębu sfer świetlistą

Szybę strumienia rozmiażdża w błękitną

Mgłę elementów, wnikliwą jak światło;

A dzikie kwiecia leśnego zapachy,

A szepty żywej trawy i powietrza,

A szmaragdowe światełka splątanych

Z liściem promieni — pod wirem szalonym,

Lecz samoburczym, zdają się o niemal

Ściśnięte w jedną masę eteryczną,

W której zmysł tonie. W głębi, na wezgłowiu

Alabastrowych ramionek przyległszy —

Jak dziecko, które strudziła zabawa —

Na zwartych skrzydłach, rozwianych kędziorach

Ukołysany, zasypia Duch Ziemi.

Mogłabyś nawet dojrzeć, jak porusza

Drobnymi usty... Ot, zda się, jak gdyby

O tym chciał gwarzyć, co i we śnie kocha.

JONA

To tylko odszept na harmonię światów.

PANTEA

Z gwiazdy na jego czole — niby miecze

Z lazurowego ognia albo złote

Włócznie w oplotach mirtu, jako godła,

Że niebo z ziemią dziś się zjednoczyło —

Strzelają długie promienie, jak piasty

Niewidzialnego koła, co się toczy

Na równi z wirem sfer, chyżej od myśli;

I napełniają otchłań słonecznymi

Błyskawicami, już to prostopadle,

Już to z ukosa; przebijając ciemną

Warstwę poziomu, odsłaniają światu

Głębokie serca ziemi tajemnice:

Bezdenne miny diamentów i złota,

Skarbce kamieni i cennych klejnotów,

Całe pieczary, oparte na zrębach

Kolumn z kryształu, w okrąg wysadzanych

Żyjącym srebrem, niezgłębione studnie

Ogniste, źródła, z których wielkie morze,

Jak dziecko z piersi, ssie karm, a ich wyziew

Koronne szczyty gór ziemi w królewski

Gronostajowy płaszcz śniegu odziewa.

Promienie biją wciąż i odsłaniają

Smutne zwaliska zamarłych już cyklów:

Kotwice, dzioby okrętów, belk stosy

W marmur skostniałe, kołczany, przyłbice,

Proporce, tarcze z głowami Gorgony,

Kosiste167 wozy, odłamki trofeów,

Chorągwi, zwierząt herbowych — te godła

Wielkości — niegdyś: pośmiewisko Śmierci,

Dziś: pogrzebane godła już umarłej

Ręki zniszczenia — ruinę w ruinie!

Obok: zwaliska wielkich miast, gdzie ludność,

Trawą zarosła dziś, była śmiertelna,

Ale nie ludzka... Spójrz, spójrz — oto leżą

Dumne jej twory: dzikie kościotrupy,

Posągi, domy, świątynie, zwalone

Na jeden siwy stos unicestwienia,

Zepchnięte w ciemną głąb, a ponad nimi

Szkielety tworów nieznanych: skrzydlatych

Ryb, które niegdyś bywały wyspami

Żyjącej łuski, wężów, tych kościanych

Łańcuchów, co się zwijały wokoło

Żelaznej skały albo w stertach prochu,

Na który niegdyś żelazną tę skałę

Zmiażdżył ostatni, lecz jeszcze potężny

Kurcz ich konania; a dalej nad nimi

Pancerny kajman i trwożący ziemię

Behemot168 — byłe książęta w królestwie

Zwierząt, co niegdyś na szlamistych brzegach

I bagnach ziemi zarosłej chwastami

Lęgły się, mnożąc jak letnie robactwo

Na porzuconym trupie, aż błękitne

Nieba sklepienie obwinęło ziemię

Płaszczem potopu — zawyły potwory,

Jękły i padły... A może Bóg jaki,

Którego tron był gdzieś tam na komecie,

Przeszedł i krzyknął: «Nie bądźcie!» — i oto,

Jak echo słów mych, istnieć już przestały.

ZIEMIA

Tu radość i tryumf, tu obłęd zachwytu

Wre, wzbiera, wybucha od zrębów do szczytu,

Nad wszelki a wszelki kres oczarowania.

Ha! Ha! Upojonam przedziwną rozkoszą,

Co tak mnie światłości sferami ochłania,

Unosi, jak wiatry chmur falę unoszą.

KSIĘŻYC

Cicha pielgrzymko! Serce ty moje,

Dziana z powietrza i lądu, szczęśliwa

Planeto! Z ciebie tajny duch spływa

I tchnie na blade, zmarzłe me słoje,

I wskroś do rdzeni ciepłem promieni,

Miłości wdziękiem, wonnością i dźwiękiem

Zasila, umila.

ZIEMIA

Ha! Ha! Gór moich jaskinie i groty,

Gwarne me źródła, rozpękłe wulkany,

Chichoczą rozgłośnymi, wiecznymi chichoty!

A głąb przepaści, stepy, oceany

I puszcz powietrznych dzika miriada

Od wszech fal i obłoków echem odpowiada

I woła ze mną: «Ty, Duchu przeklęty,

Coś nasz zielony, modry świat bez śladu

Miał zgnieść i strącić w wiecznej zagłady odmęty

Wrzącym obłokiem kamiennego gradu,

A potem stoczyć dziatek moich kości

I wszelki płód mój w jeden martwy kłąb — nicości.

Ażby i świątyń, i pałaców mury,

Wieże, kolumny i lśniące w koronie

Śniegu, chmur i płomieni, królewskie te góry,

Lasy, krze, kwiaty i źdźbła — co w mym łonie

Mają kolebkę i grób — pod naciskiem

Twojej zawiści trupim stały się bagniskiem.

Jakżeś to upadł! — trawi cię mścicielka:

Spragniona nicość; jesteś na kształt czary

Dla wojsk pustyni — jedna dla wszystkich kropelka;

A tu wokoło, przez bytu obszary

Miłość, jak światło pod próżni całunem,

Płynie do pieczar, twoim strzaskanych piorunem!».

KSIĘŻYC

Na martwych górach mych śnieżne wały

W roiska żywych źródeł stopniały;

Płyną i świecą moje oceany,

A w sercu jakiś duch zadrgał rzewnie...

To duch tworzenia. Wszedł niespodziany

W nagie, zimne me łono... O! Twoje to pewnie

Dysze i płonie na moim łonie.

Ja wiem, ja czuję, patrząc na ciebie,

Że kwiaty rosną, klują się źdźbła,

Ruch żywych tworów w łonie mym gra;

Muzyka morza grzmi, grzmi podniebie,

Obłok rozpiera skrzydeł ramiona,

Pączki w mroku i dreszczu już marzą o deszczu.

Ach, to jest miłość — ona to, ona!

ZIEMIA

Ona przenika w ciało me z pierwogranitu,

W twarde węzły korzeni i zdeptane próchno;

Ona — w samą krew listka, kwiatu woń młodziuchną;

Ona — w obłoki, wiatry i gwiazdy błękitu;

Zmarłym od dawna życia powiekę odsłania...

I piją z jej skrytości ducha zmartwychwstania.

Jak burza, targająca kajdany obłoku

Piorunem i wichrami, ona się rzuciła

Na świat z niepojętego istności pomroku

I wstrząsającym ziemię natarciem skłóciła

Chaos myśli — spokojny, bez ruchu — aż w końcu

Męka, trwoga, nienawiść, jak cienie przy słońcu,

Opuściły Człowieka — to niegdyś zwierciadło,

Które, skrzywione, srodze z barw prawdy okradło

Piękny ten świat — dziś wierne Miłości odbicie,

Które nad całym rodem, jak nad oceanem

Niebo słoneczne, płynie światłem nieskalanym,

Lejąc z gwiaździstej głębi promienność i życie;

Opuściły, jak trądem rażoną dziecinę,

Co się za chorym zwierzem wdziera w rozpadlinę,

Gdzie zdrój uzdrawiający wybiega spod skały;

A gdy wróci z uśmiechem i nuci, i skacze,

Matka, drży, myśląc, że to upiór zmartwychwstały;

Ale wkrótce z radości rzewnie się rozpłacze;

Człowieka — o, nie, ludzi! Myśli łańcuch szczelny

Miłości i pokoju, wiecznie nierozdzielny,

Panujący żywiołom siłą jednolitą,

Jak słońce rządzi, z całą berła aureolą,

Labiryntową Planet rzecząpospolitą,

Krnąbrnie walczących z dziką niebios samowolą;

Człowieka, harmonijną duszę dusz tysiąca,

Gdzie wyrocznią jest boska myśl w sercu goszcząca.

Wszystko tonie we wszystkim jak rzeki w przestworze

Morskim; trud, męka — cicho życia gaj zielony

Przebiegają, jak dziki zwierz, ułaskawiony,

O którym nie myślano, że cichy być może.

Jego wola, z czeredą dusznych169 pasożytów:

Czczych trosk, złych uciech, chuci kornych satelitów

(Duch słaby w przewodzeniu, lecz silny w posłuchu),

Dziś — to okręt beztrwożny, prąd burz jego skrzydłem;

Sternikiem — miłość, która. w pełni fal i ruchu.

Najdzikszą żądzę własnym powściąga wędzidłem.

W moc jego wierzy wszystko. Do zimnej kamienia

I barw bryły przenika czar jego natchnienia,

Złota nić, z której matka dzieciom tka sukienki;

Jego mowa — jęk wieczny orficznej170 piosenki —

Do harmonii niebieskiej dostraja posłuszną

Myśl i formę — bez niego niemą i bezduszną.

Grom — jego niewolnikiem; przed jego oblicza

Stawią się gwiazdy; on je jak stado przelicza,

I płyną dalej; jego rumakiem jest burza;

Gdy wstąpi w eter, bezdno nieba się wynurza;

Pyta o tajemnice, a niebo odrzeka:

«Nie mam ich... odsłoniła mnie dusza człowieka».

KSIĘŻYC

Z gościńca moich błękitnych mórz

Cień bladej śmierci ustąpił już,

Ta mrozu i snu śmiertelna koszula;

W nowo utkanych gajach świetlanych

Już się kochanków serce rozczula

Mniej silnych, ale tym równych słodyczą,

Co twe doliny dziedziczą.

ZIEMIA

Tak ciepła zorza smugami promieni

Głaszcze paciorek złoto-kryształowy

Rosy, aż ta się we mgłę skrzydlatą przemieni

I pod błękitne wzbije się namioty,

Sam dzień przeżyje i ponad falistym

Tłem morza ogniorunnym błyszczy ametystem.

KSIĘŻYC

Tyś rozczulona i utulona

W tym nadśmiertelnym, nieskazitelnym,

Boskim uśmiechu, własnym zachwycie.

Ach! Wszystkie słońca, chór gwiazd bez końca

Zlewają w ciebie moc, czar i życie

I sferę twoją w promienność stroją;

A ty moja, moja, moja!

ZIEMIA

Pod piramidą nocnego cienia

Myśl mą odziergam w rozkoszne marzenia,

Szepcząc w zaczarowanym śnie zwycięskie słowa

Jak młodzian, śpiący pod lubej oczyma,

Gdy wierna jego istoty połowa

Nad zakochanym ciepłą i świetlną straż trzyma.

KSIĘŻYC

Jak dla kochanków chwila to słodka,

Gdy się na ustach duch z duchem spotka,

Z serc tętno, czujność ze źrenic ulata,

Tak gdy na twarz mą padnie twój cień,

Głuchnę, niemieję, mdleję bez tchnień,

Pełen miłości kochanka i brata.

O, najpiękniejsza z okręgów świata!

O, najświetniejsza z przyrody cór,

Tocząca wkoło słońca swój tór;

Modrozielone tło we wszechbycie!

Co się nam bosko, arcyczarownie

Lśnisz ponad wszystkie niebios pochodnie,

W które wcielono światło i życie —

Toż oblubieniec twój kryształowy

Sam się w miłosne rzuca okowy!

Jakby polarnym magnesu tokiem

Wciąż mnie ku sobie przyciągasz okiem;

Jak szalejąca sercem dziewczyna,

Której duch wątły aż się ugina

Pod namiętnością — wiecznie i wszędzie

Wokoło ciebie krążę w obłędzie,

Patrzę a patrzę w tę postać drogą,

Że się napatrzyć oczy nie mogą,

Żem już podobien owej menadzie,

Co patrzy w czarę swą na biesiadzie

W zaczarowanym kadmejskim171 lesie...

Ach! Kędy tylko pęd cię poniesie,

Puszczać się będę w bratnie ściganie

Przez modre, wielkie nieba otchłanie,

Objęciem duszy twej przysłonięty

Od zapadnięcia w próżni odmęty,

Ssać z twego serca — jak pszczółka z kwiatu —

Wdzięk piękna, siły i majestatu.

Tak maść172 niestała kameleona

W to się przebarwia, w co zapatrzona;

Tak oko fiołka żądnie spoziera

Tam, gdzie błękitna gwiazd atmosfera,

Aż się zaleje błękitem jak ona;

Tak się szarawa, wodnista mgła

Lśni ametystem górskiego tła,

Które obściela, gdy zachód zmierzchnie,

I senną kładnie skroń na powierzchnie

Śniegów — a dzionek płakać zaczyna,

Że zgonu słońca bije godzina.

ZIEMIA

O, luby Księżycu, tak głos ten się wraża

W kochanki twej duszę, jak w duszę żeglarza

Błysk światła, co w trwodze otuchę mu stwarza

Pod mgłą, wśród brzeżnego załamu;

O, luby Księżycu, ten dźwięk wypieszczony

Rozdzierga najgłębsze uczucia zasłony,

Czaruje tygrysa, co w pierś mi wbił szpony,

Spragnioną twojego balsamu.

PANTEA

Powstaję — jakby z kąpieli, fontanną

Iskier bijącej, z kąpieli błękitnych

Promieni światła w pośrodku skał ciemnych,

Z potoku dźwięków.

JONA

Ach, siostro ma droga,

Ten potok dźwięków już ucichł w oddali,

A tobie jeszcze zdaje się, że z jego

Fali wychodzisz; bo wierzaj mi, siostro:

Te słowa twoje spadają jak cicha,

Przejrzysta rosa, otrząśnięta z ramion

I włosów leśnej kąpiącej się nimfy.

PANTEA

O, cicho! Oto w grozie majestatu

Spod ziemi wschodzi Potęga; spod nieba

Zalewa jakby deszcz nocy; od głębi

Pęka powietrze, jakby się zaćmienie

Wcisnęło w pory światła słonecznego;

Promienne widma, po których w jasnościach

Przebiegał orszak Duchów śpiewających,

Migają, niby blade meteory

W tle zwilgłej nocy.

JONA

A mnie tak się marzy,

Że do mych uszu dolatują jakieś

Słowa.

PANTEA

O, Jono, to dźwięk wszechświatowy,

Tylko podobny do słów... Słuchaj, słuchaj!

DEMOGORGON

Ziemio! — wszechjednej duszy królestwo przedwieczne173,

Sfero świętej harmonii w postaciach i głosach,

Co zbierasz, obiegając w krąg koło słoneczne,

Miłość, ścielącą twoje drogi po niebiosach.

ZIEMIA

Słucham: ja — kropla rosy, co drga i umiera.

DEMOGORGON

Księżycu! Zapatrzony w pomroczne oblicze

Tej Ziemi, jak i ona na twarz twą spoziera,

A w was ludzie i zwierząt, i ptastwa ród wszystek —

Czczą miłości i piękna stadło tajemnicze.

KSIĘŻYC

Słucham: ja — z twej potęgi otrząśniony listek.

DEMOGORGON

Wy, Słońc i Gwiazd królowie! Demony i Bogi,

Eteryczne mocarstwa, co tam jednolicie,

Za bezmiarami nieba i mlecznymi drogi,

Szczęśliwe elizejskie przybytki dzierżycie.

GŁOS Z WYSOKA

Słuchamy, błogosławiąc i błogosławieni.

DEMOGORGON

Wy, szczęśliwi umarli! Dla was dźwięki pieni

Są obłokiem całunu, nie rysów barwami;

Czyście tam w nieskończoność natury wcieleni,

Znanej wam niegdyś —

GŁOS SPOD ZIEMI

Czy — jak owi, co zostali

Po nas — wciąż pod zmiennymi płyniemy larwami.

DEMOGORGON

Wy, Geniusze żywiołów, ścielący swe gniazda:

Od sfer duszy człowieka do pierwotnej bryły

Ołowiu, od baszt, których szczyt usrebrza gwiazda,

Do zielsk, z których mdły robak ciągnie karm i siły.

GŁOSY POMIESZANE

Słuchamy: głos twój budzi ze snu Zapomnienie.

DEMOGORGON

Wy, Duchy! Których domem jest ciało: zwierzęta,

Ptaki, ryby — wy, pączki, liście i korzenie;

Wiatry i błyskawice — i ty, nieujęta,

Koczująca otchłani mgieł i meteorów.

GŁOS

Dla nas twój głos jest jako wiatr w zaciszu borów.

DEMOGORGON

Człowieku! Coś tyranem był i niewolnikiem,

Zwodzicielem — zwodzonym, wielkością — ruiną,

Od kolebki do grobu błędnym podróżnikiem

Wśród ciemnej nocy tego dnia nieśmiertelnego.

WSZYSCY

O, mów! Zaprawdę, słowa twoje nie przeminą;

Od niepamięci — wieki wieków je ustrzegą.

DEMOGORGON

Oto dzień wielki: przepaść na niebios bezprawia,

Pod czarem Syna Ziemi, chłonącą rozdziawia

Paszczę; a światoburca — dziś jeniec tułaczy —

Zniknął. I oto Miłość ze swojego tronu,

Mądrości serc, po chwilach ostatnich rozpaczy,

Srogich mąk, wpółszaleństwa, powolnego zgonu,

Powstaje nad odmętem, w świt się rozpromienia

I roztacza nad światem skrzydło uzdrowienia.

Łagodność, Cnota, Mądrość i męskie pojęcie

Wytrwałości — to cztery niezłomne pieczęcie,

Pod których strażą w prochu korzy się Zniszczenie.

I gdyby matce czynów i godzin, Wieczności,

Wyrwał się z rąk bezwładnych wąż174, co w swe pierścienie

Chciałby wcisnąć Jej ducha, zgnieść ciało i kości...

Te pieczęcie Ją zbawią i w moc Jej oddadzą

Berło nad rozbrojoną Przeznaczenia władzą.

Znosić cierpienie, choć się los potwornie sroży;

Przebaczać zło, czarniejsze od śmierci i nocy,

Wyzywać moc, choć równa byłaby wszechmocy;

Kochać, dźwigać, z nadzieją — aż nadzieja stworzy

Z gruzów swych wymarzony, wielki czyn żywota;

Stać bez drżenia i żalu, gdy czyn już powstanie —

Oto podobna twojej, święty nasz Tytanie,

Piękność, dobro, majestat, swoboda, cześć, cnota

I zwycięskie nad biegiem świata panowanie!

Uwagi i objaśnienia

Gdybyśmy przypuścili na chwilę, że obecny dramat wyszedł z twórczej dłoni Eschylosa, jako dokończenie jego trylogii o wielkim męczenniku, że jest to dramat osnuty na fakcie mitologicznym, a więc na pewnym rodzaju rzeczywistości — wtedy śmiało twierdzić by można, że autor Persów175 uznałby go za dzieło swoje. Taż sama zdumiewająca śmiałość w postawieniu głównych zrębów dramatu, taż sama apoteoza woli, stawiącej czoło przywłaszczeniu, taż sama przewaga liryzmu, pochłaniającego akcję i niejako czyniącego ją zbyteczną, ten sam na koniec, instynktowo przeczuwany przez Eschylosa, zmysł naturalistyczny — oto rysy współrodnego typu, wobec których trudno byłoby oprzeć się złudzeniu. A jednak z wszelką myślą o faktowej osnowie naszego Prometeusza rozstać się musimy stanowczo. Prometeusz jest utworem na wskroś alegorycznym. Nie z taką myślą poeta nasz ujął w swe ręce ułomki tej potężnej, nad wieki swe wyjątkowej organizacji, ażeby z nich odbudować rozbitego mamuta. Szedł on jedynie za wołającym o pomstę głosem duszy, który słyszymy we wszystkich jego utworach, od Królowej Mab do Cencich, Hellady i Czarodziejki Atlasu. Komu znane są główne rysy dogmatu Shelleya, ten łatwo pojmie, dlaczego dusza jego musiała zatrzymać się na niezłomnym Tytanie. Wszak po wydobyciu zwłok nieodżałowanego poety z głębin morza znaleziono przy nim Eschylosa.

Dla udowodnienia alegorycznego charakteru Prometeusza wystarczające będzie rzucić okiem na mitologiczne tło dramatu, obliczyć zaczerpnięte z niego żywioły, zauważyć, które z nich zużytkował poeta dla przeprowadzenia swoich wierzeń, a następnie, w czym przeszedł za granice mitu greckiego.

Z podań mitografów o Prometeuszu, który miał dopomóc Zeusowi do strącenia z tronu Kronosa i oddać mu władzę nad światem, pod warunkiem „swobody dla rodzaju ludzkiego” — Shelley pominął najważniejsze: a mianowicie mit podany przez Apollodora176 i innych, podług którego Prometeusz „ulepił ludzi z gliny i wody”. Szczegół ten kładziemy na czele wskazówek napomykających o alegorycznym założeniu dramatu. Widocznie Shelley z dwóch natur Prometeusza chciał podnieść w nim stronę ludzką, która, jak widzimy, stanowi główną oś ducha dramatu. Tytan do tego stopnia umiłował człowieka, że nieśmiertelność swej boskiej natury gotów jest poświęcić dla jego uszczęśliwienia. Ponieważ przez cały dramat wieje myśl ofiarności — posłannictwo cierpienia — przeto wszystkie żywioły mitu, ściągające się do mąk i żelaznej wytrwałości: przykucie do skały Kaukazu, szarpanie przez sępa, chłosty wichrów i lodów, szyderstwa Furii, słowem, wszystkie katusze ciała i duszy, poeta powtórzył z całą przerażającą ścisłością. Ale dla przeprowadzenia wielkiej idei sprężyny Eschylosowe nie zdawały się jeszcze wystarczające. Sroższe, zaiste, cierpienia czekają tego Prometeusza przyszłości, które — że użyjemy świętego wyrażenia poety — „mają wgryźć się w samo serce serca” męczennika. Psychologia starożytna nie miała jeszcze tak subtelnego klucza, który by przed Zeusem Eschylosowym mógł otworzyć na pociski dalsze głębiny duszy. Od tego też punktu w dramacie rozpoczyna się moment alegoryczny.

Do pojęcia alegoryczności dziwnie przypada rys następujący. Widzieliśmy, że dobierając rozlicznych znamion dla ułożenia zamierzonego ideału, Shelley porusza wszystkie a wszystkie warstwy wieków, narodów, religii i pojęć; na jego wezwanie czarodziejskie stawią się, ofiarując mu swą służbę, barwy i dźwięki, czasy i przestrzenie, głębie mórz i drogi mleczne. Bez zastrzeżenia domyślnej alegoryczności nie umielibyśmy wytłumaczyć sobie tego chaosu lirycznego i wypadałoby nazwać go szeregiem rażących anachronizmów. Pomijamy już np. przesnuwający się tu i owdzie strój lapidarny, przypominający poważne spadki biblijne; pomijamy włożone w usta Azji i Demogorgona głębokie wycieczki w dziedzinę metafizyki i etyki, pomijamy napomknienia o zasługach Prometeusza w sprawie miłości wszechludzkiej. Ależ poeta w opisie starej świątyni wprowadza rzeźby dłuta Praksytelesa, tak odległe od atmosfery mitycznej jak żegluga parowa od korabiu Noego177. Tu należy między innymi miejsce w akcie I, gdzie śmiertelną pieczęć niewoli rodu ludzkiego, drgającą nad jego głową, Prometeusz porównywa z mieczem zawieszonym na włosku nad głową Damoklesa; znów więc pozorny anachronizm. Nic pominął też poeta bramy piekła Dantowego178, nad którą wyryto ów czarnowróżbny napis: „Zrzeczcie się wszelkiej nadziei, wy, którzy tu wchodzicie...”. Najwybitniejsza wszakże ze wszystkich pod tym względem będzie aluzja do Chrystusa. Zatrzymujemy się na niej dlatego, że w uderzający sposób przypomina ona podniesienie natury ludzkiej i w samym Tytanie, a tym samym dowodzi symbolicznego charakteru dramatu. Jest to przy tym jedyny grunt, na którym poeta nasz na chwilę odstępuje nieco od swej negacji; bez tego ustępstwa sprzeniewierzyłby się on wrodzonemu sobie uczuciu czci dla wszelkiej ofiarności. Podobne ustępstwo spotykamy w przedziwnie pięknym chórze jego Hellady, zaczynającym się od wyrazów:

Światy na światach toczą się wiecznie

Od stworzenia do upadku...

(W wyd. Will. Scotta, str. 404–405)

oraz w prologu do Hellady (fragment tamże, str. 552):

Ojcze wszechmocny!

Oto upadam na kolana u stóp Przeznaczenia.

W końcu zaznaczamy jeszcze krótką, ale wspaniałą aluzję do roku 93179.

Słowem, jesteśmy tu jakby na dnie poetycznej głębiny, w którą prawem naturalnego ciążenia spadają pojęcia, myśli, uczucia, religie i instynkty wszech czasów i istot. Taki porządek rzeczy, takie postawienie ogólnej sfery, poza którą nic już nie pozostaje, a w której być musi wszystko, mamy w Balladynie180 Słowackiego, w filozofii Hegla181, w Prometeuszu Shelleya.

Ogólny ton dramatu

Przy ostatecznym sformułowaniu ogólnego tonu naszego dramatu przede wszystkim uderza nas transcendentalność. Nic powszechniejszego w krytykach i ocenach Shelleya nad zarzut, że utworom jego brak wszelkiej substancji, że gromadzi on oderwania na oderwaniach, że pisze eterem na eterze. Na taki zarzut jedyna jest odpowiedź: gorąco radujemy się, że Shelley mniej troszczył się o dogodzenie arystarchom182 krytyki aniżeli o te wielkie cele, do których powoływało go ogólne przeznaczenie poezji. Jakoż nie zapiera on się bynajmniej tych rzekomych grzechów. W głosie „Do swojej Maryi” (we wstępie do Czarodziejki Atlasu) sam podnosi ten zarzut, zrobiony mu przez krytyków, „te żmije, co zabijają nawet umarłe”, że pisma jego nie odpowiadają historii, czy to prawdziwej czy fałszywej, i dzieło swoje sam nazywa „wizją skrzydlatą”. Transcendentalność ta wynikła być może z samych nawet życiowych stosunków poety, który, od najmłodszych lat poróżniony ze światem, niepojęty, okrzyczany za wroga duszącej atmosfery swoich czasów, miał przed sobą dwa tylko wyłomy dla odetchnięcia: albo krańcowy pesymizm, albo bierny protest, pod tajnym, dla niego tylko zrozumiałym hasłem wiary w powszechne odrodzenie. Pierwszy przypadł w udziale Byronowi; wrodzona słodycz charakteru i bogato uposażone w miłość serce skierowały umysł Shelleya ku drugiemu. „Ucieczka ze świata”, jak się wyrażano w neoplatonizmie183, oto pierwsze i jedyne jego przykazanie, które tak potężnie streścił Mickiewicz184 w swoim Nowym Roku185: „kochać świat, sprzyjać światu, z daleka od ludzi”. Wypowiada je sam Prometeusz w przemówieniu do jednej z Furii.

Wpływy filozofii na etyczne tło dramatu

Wiemy z życiorysu poety, że ulubionymi towarzyszami jego myśli byli Plato i Hume — transcendentalizm i zwątpienie; ale idealista przemógł sceptyka. Z takiej wysokości ogarniając świat wzrokiem poety i filozofa, Shelley odgadł w swoim Prometeuszu najpiękniejszą i najwznioślejszą sprężynę biegu świata: wiekuisty prąd ku udoskonaleniu, ku nieskończonemu postępowi w imię miłości. Tu znów czujemy się poniekąd na gruncie Zygmunta Krasińskiego186, w takim rozumieniu, iż ten ostatni, wychodząc z innego bieguna, pojmuje ów boży ideał jako uświątobliwienie; ale wspólnym dla obu czynnikiem jest ofiarność.

Etyczne tło Prometeusza, ekstaza

Otóż w przeprowadzeniu swoich wierzeń Shelley prawie przeważnie kierował się duchem filozofii Platona, już to w jej pierwotnym ukształtowaniu, już w jej okresie neoplatońskim. Platonizm, a jeszcze ściślej mówiąc, plotynizm187 Shelleya najwydatniej przebija się w jego teorii woli i jej głównego przeciw czynnika: zła. Plato, jak wiadomo, zło uważa razem z materią za przeciwieństwo bytu (zło=niebyt). Plotyn w pojęciu zła prześcignął mistrza swojego, wyłączył je z rzędu pojęć ujemnych; podług niego zło ma byt samoistny, jest — jako nieuchronny skutek zetknięcia się duszy z materią. „Główną osią, na której obracają się stosunki dobrego i złego, jest wola. Wola jest wolna. Bez niej ludzie nie byliby ludźmi, lecz tylko biernymi, w powszechny ruch świata porywanymi cząstkami...”. Ależ pogodzenie pojęcia woli z pojęciem starożytnej teologii...? Plotyn omija tę przepaść zręcznym zwrotem od sfery metafizycznej ku sferze moralnej. Shelley rozcina węzeł po prostu: zrzeka się dalszych instancji i jawnie, uroczyście ogłasza królewskość woli. Kiedy jedna z Furii wylicza Prometeuszowi szereg mąk, które go czekają, on jej odpowiada: „...a jednak jam jest królem nad sobą, bo rozkazuję wirom walk i boleściom ducha, jak wasz Zeus, kiedy piekło kark podnosi”.

Tak jasno postawiona zasada woli jest tu kamieniem węgielnym kwestii dobra i zła. Zło, podług Prometeusza, bynajmniej nie ma korzeni swoich w jakimś zendzkim188 dualizmie; przeciwnie, wyrabia się ono tu, na poziomie stosunków życia — a „w plan systematu stworzenia bynajmniej nie wchodzi”. I dlatego, kiedy z kolei wystąpić ma na scenę ideał dobra, wówczas stanowczo zamyka się oczy na zło, ponieważ nie jest ono ani jego (chociażby najniższym) stopniem, ani nawet jego przeciwieństwem — lecz jest tylko wykręceniem woli.

Dobro, podług Shelleya, jest to najwyższa norma, boska konieczność, trzymająca berło nad wszechświatem. Zwichnięte, wskutek wynaturzenia się woli, przyćmione błędami i wtargnięciem barbarzyństwa — zawita ono kiedyś z powrotem — naprzód w sferach kosmicznych, a następnie i w bycie ludzkim. Że i dla samego poety ideał dobra był ewangelią, na to mamy dowód w każdym prawie jego wierszu. Żywy, czuły, namiętny, gorączką reformatorstwa trawiony, Shelley drży na samą myśl, że panującą, narzuconą rzeczywistość stosunków świata od ery ich odrodzenia oddzielają potoki krwi. Krytyka francuska, zwykle troszcząca się więcej o efekt aniżeli o prawdę, składa gorącą podziękę losom, że Shelley „nie miał zaszczytu być Francuzem i żyć w r. 1793, ponieważ byłby on Saint-Justem189 i wysyłałby ojców rodziny na rusztowanie, rozrzewniając się nad przyszłą ludzkością”. Rzecz prawie nie do uwierzenia, ażeby w jednym zdaniu umieścić więcej kłamstw niż wyrazów. Wszak wiadomo powszechnie, że żaden z poetów do tego stopnia nie wcielał siebie w bohaterów swoich jak Shelley. Jeżeli zaś w Alastorze widzimy połowę, w Królowej Mab całą jego duszę, to w wielu miejscach Prometeusza spoza cierpiącego Tytana wyziera najżywotniejsza strona jego istoty. Otóż Prometeusz jest najuroczystszym uosobieniem ideału dobra. On, męczennik przykuty na długie wieki do skał Kaukazu, oddany w katowskie ręce za to, że ukochał ludzi — on żałuje swego przekleństwa, rzuconego niegdyś na wroga. „O, Matko — mówi — niech to, co grozi złem, nie przejdzie już drugi raz przez moje usta”. Przed płynącym z ust męczennika hymnem na cześć bratniej wspólności nawet Furia ustać nie może i odlatuje, z obawy, aby jej nie nawrócił. Wszystko to, co powiedział Schopenhauer190 na cześć „współczucia”, blednie wobec tej ewangelii.

Jako boski bojownik w sprawie ludzkości, Prometeusz cierpi — stąd drugi, olbrzymi rys czystej, najwyższej ofiarności. Prometeusz pragnąłby przynieść w ofierze więcej, aniżeli przynieść może: pragnąłby umrzeć, ale — ku sroższej jeszcze boleści — jest on nieśmiertelny. Rys ten szczególniej zaakcentował Byron, którego Tytan również na cierpienia ludzkości nie spogląda takim okiem pogardy jak bogowie. „I twoim udziałem — mówi Byron — była walka pomiędzy cierpieniem a wolą... A nieubłagane niebo, srogość Przeznaczenia i wszechwładna zasada Nienawiści, co dla zabawy swej tworzy istoty, które unicestwić by mogła — tobie odmówiła nawet daru śmierci”. W apoteozie cierpienia, odkupującego ludzkość, poeta nasz nie pominął (bo czyliż mógł pominąć) ideału nad ideałami: „Ukrzyżowanego”. To, co Prometeusz odpowiada Furii na jej słowa, potępiające ofiarność i poświęcenie, jest głosem boleści samego poety i w całej pierwszej części dramatu nie ma podobno drugiego miejsca, gdzie by wyraźniej odzywała się dusza męża, na którego grobie wyryto wyrazy: „Serce Serc”. Czyliż odczytał, czyliż zrozumiał i odczuł tę odpowiedź ów niecny krytyk, co pierwszy rzucił kamień na Shelleyowego Prometeusza?... Toż samo tętno ofiarności czuć się daje w chórze „Geniuszów Duszy”, gdzie jeden z nich jest świadkiem poświęcenia życia dla ocalenia tonącego wroga.

Obok miłości bratniej poeta wprowadza w Prometeuszu odłam powszechnego uczucia wspólności — miłość dwojga serc, erosa dawnego i nowego platonizmu, jedną z potężnych sprężyn poezji, którą, jak wiadomo, mistrzowsko włada. Ale co do użycia tej sprężyny w naszym dramacie nasuwa się ważny rys charakterystyczny. Gdyby czytelnik chciał na chwilę przypuścić, że stoi tu na gruncie chociażby tylko legendowej rzeczywistości, tedy dość byłoby kilku dźwięków z melodii erotycznej, aby wyprowadzić go ze złudzenia. Głęboka i gorąca miłość Azji i Prometeusza jest natury kosmicznej, przypomina miłość, jaką tchną ku sobie Księżyc i Ziemia, miłość, której najwyższym wyrazem jest harmonia światów. W przedziwnie pięknej rozmowie Księżyca z Ziemią (akt IV), wyjąwszy rzucony niemal trafem wyraz „Bracie”, niepodobna nawet odróżnić kochającego od kochającej — do tego stopnia poeta chciał pozostać wierny kosmicznemu pojęciu tego uczucia, przesięgającemu ograniczone stosunki płci — jakkolwiek ze wszystkich, a nader licznych rysów, w jakich przedstawia w ciągu akcji Ziemię, umysł czytelnika chętniej skłania się ku uznaniu w Ziemi siły rodzącej, w Księżycu zaś — zapładniającej. Miłość Prometeusza różni się więc w wysokim stopniu od owego uczucia, które Shelley wyprowadza tam, gdzie czuje pod stopami stały ląd, rzeczywistość życiową, jak np. w cudownym zakończeniu Epipsychidionu (chociaż wyznać potrzeba, że i tu zawiewa jakiś duch wszechświatowy). Kosmiczny rys miłości w Prometeuszu, którą nie tyle uczuciem, jak raczej poetycznym pojęciem nazwać by można, widzimy w wielu miejscach dramatu: w „powietrznym głosie Ducha”, w zakończeniu aktu II itp. Słowem, w duchu tej niebiańskiej poezji pojmować ją należy jako punkt kulminacyjny praw i stosunków wszechświata; pod tą wysokością neutralizują się potęga i słabość, byt i zniszczenie, życie i śmierć. Nawet ów jeździec na białym skrzydlatym koniu, ścigający ją po całym świecie, depczący zarówno kwiaty i brudne zioła, wdzięk i brzydotę, ugiąć się musi przed jej majestatem.

Jeżeli w kreśleniu wzruszeń miłości (np. pomiędzy Prometeuszem i Azją) dostrzeżemy niekiedy takie rysy, w których poeta zdaje się zstępować z wysokości kosmicznej, tedy przypomnijmy sobie, że najistotniejszym znamieniem naszego Tytana jest teantropia191. Bez tego klucza charakterystyki dramatu odgadnąć by niepodobna. I z tej strony właśnie Shelley stoi na gruncie mitu, i tą właśnie stroną Eschylosowy typ Prometeusza mógł przydać się poecie przy przeprowadzeniu umiłowanej przez niego idei.

Wysoki wpływ natchnień platońskich widzimy w pojęciu piękna. Atoli środek ciężkości tego pojęcia, podług Shelleya, pada na formę. Formę nazywa on „córką nieśmiertelności”. Ale co głównie przypomina tu Platona, to jednolitość piękna z dobrem. Taką właśnie harmonię piękna z dobrem zapowiada Prometeusz w akcie III, gdzie spod tła boskiej natury Tytana tak wybitnie promienieje jego miłość ku człowiekowi.

Nie można pominąć jeszcze jednego rysu, przypominającego neoplatonizm — a mianowicie ekstazy, tj. takiego wysokiego nastroju duszy, pod którym znika wszelka mgła, zakrywająca przed jej oczyma świat ideału. Czynnik ten tak jest powszechny w Prometeuszu, że nie mamy potrzeby bardziej szczegółowo powoływać się na tekst dramatu. Stan ekstazy, upojenia, do którego Plotyn poczuł się tylko „cztery razy w swym życiu”, tj. spoglądanie w samo oblicze bóstwa, powtarza się w Prometeuszu prawie nieustannie, z tą różnicą, że Shelley temu zjawisku nadaje nie tyle pojęciowy, jak raczej poetyczny charakter.

Główne typy i doby dramatu

Obok Prometeusza na pierwszym planie występuje, naprzód oczekiwany, a następnie osobiście, Zeus (Jupiter). Dla uwydatnienia biegunowego przeciwieństwa poeta poszedł wbrew upowszechnionemu w starożytności dogmatowi, a do takiego zwrotu upoważniał go — zmuszał nawet — raz na zawsze powzięty pogląd na stosunki świata do obcej, narzuconej mu przemocą, sfery sił wyższych. Kiedy, podług ogólnie przyjętego mitu, Zeus zdobył sobie berło, wydarte Kronosowi, miał on stać się dobroczyńcą rodu ludzkiego, dawcą światła i szczęścia. Otóż w dramacie Shelleya występuje on jako wiarołomca, który sprzeniewierzył się opatrznościowemu posłannictwu, został gnębicielem świata, rozpoczynając wiarołomstwo swoje od zemsty na Tytanie. Przy alegorycznym charakterze dramatu dalsze wyniki przedstawiają się już jasno same przez się.

W jednym rzędzie z Tytanem widzimy Azję. Poeta — powodując się tąż samą pobudką — zużytkował tu dwoistość samego mitu, albowiem podług Herodota192 Azja była żoną Prometeusza, podług innych zaś — jego matką (a żoną Japeta193). Zużytkowanie mitu w pierwszym znaczeniu z samej natury rzeczy więcej odpowiada symbolicznemu zamysłowi poety. Toteż małżonka, a na teraz oblubienica Tytana, występuje tu w roli najsympatyczniejszej; w kosmicznym oświetleniu swoim jest ona najwyższym uwieńczeniem szczęścia Prometeusza, nagrodą za męki, poniesione w wielkiej sprawie, oraz symbolem dziewiczej piękności przyrodzenia (początek I sceny aktu II) — i dlatego z ust jej płyną tak urocze dźwięki, wypowiadające piękność natury, że równych im nie usłyszymy nigdzie, chyba w niebiańskiej sielance Mimoza.

Jona i Pantea są to dwie siostry Azji, córki Oceanu, jedynego bóstwa z okresu Kronosowego, które oszczędził Zeus po przywłaszczeniu sobie wszechwładzy. Jako przedstawicielki drugiego żywiołu natury są one naturalnymi opiekunkami udręczonego. W mechanizmie dramatu poeta wprowadził je jako ogniwa pośrednie dla przeprowadzenia akcji. Obie kochają Prometeusza, ale poeta umiał misternie przeciągnąć linię, odgraniczającą ich miłość od uczuć Azji. W ogóle uważać je można za dopełniające dekoracje w głównym wątku.

Wielce zagadkowa — co do pochodzenia swego — jest postać Demogorgona. Shelleyowi prawdopodobnie przyświecały tu wspomnienia nauki kabalistów, których Adam-Kadmon194 ma w sobie coś wysoce pokrewnego z postacią Shelleyowskiego dramatu. Syn Boga, wcielenie rozlicznych jego potęg, pośrednik pomiędzy Stwórcą a stworzeniami, jest on pewnego rodzaju Demogorgonem, ale otrząśnionym z żywiołów teologicznych — a co najważniejsze — przeznaczonym do odkupienia ludzkości przez zgubę bytodawcy swojego. Jakkolwiek Shelley odział go w rysy dobrane z dziedzin najróżnorodniejszych, mianując go tłumaczem Przeznaczenia, mistrzem w zagadnieniach życia i śmierci, wyrocznią wiedzy, prorokiem przyszłości, jednakże jądro charakteru jego wykazuje się ostatecznie w samym końcu dramatu, w jego odezwie do Ziemi, do Księżyca, do umarłych, do Geniuszów elementowych195, do Człowieka wreszcie — odezwie, stanowiącej ostatni wyraz wierzeń samego poety. Może poeta nasz miał przed oczyma i Teodocjona196, wspominającego o Demogorgonie (demon i georgos=geniusz ziemiaństwa, uprawy roli); ale dotyczyć to może chyba tylko nazwy — samo zaś pojęcie niewątpliwie jest płodem własnej jego fantazji. Jest to więc „Gorgon ludu”, tj. grożący w przyszłości Zeusowi postrach ze strony obrońcy ludów, wiekuistego stróża sprawiedliwości, a mściciela krzywd.

Na koniec w orszaku głównych potęg akcji widzimy Ziemię jako osobę, wszechrodzicę istot, równie zgnębioną przez przywłaszczyciela, głęboko współczującą z Męczennikiem. Tu poeta czuł się na otwartym morzu i bujał swobodnie po uprzywilejowanym swym żywiole krańcowego naturalizmu. Jego Ziemia jest matką, w najpoetyczniejszym i najmetafizyczniejszym znaczeniu tego wyrazu. Nie przytaczamy tu miejsc ten charakter Ziemi wypowiadających, bo jest ich bardzo wiele. Przypomnimy tylko głos jej do Prometeusza.


Pozostaje nam jeszcze rzut oka na skład budowy i ogólne jej linie. Rzeczywiście, dramat ten nazwać można tajemniczym gmachem, wystawionym w oazie, do której schronił się duch poety po zerwaniu z otaczającą, zimną, obcą mu niemal rzeczywistością. Jedna część budowy zwrócona jest ku przeszłości — ciemnej przeddziejowej przeszłości tak bogów, jak ludzi i żywiołów. Główny bohater i sceniczny jego orszak wydają się jakoby postaciami zachowanymi z owej pierwotnej kreacji, kiedy to, jak naiwnie wyraża się pierwszy historiozof starożytności, Herodot: „od niedawna dopiero zaczęto nazywać bogów imionami”. Z takiej to bezimiennej, bezosobowej przeszłości świata wychyla się nieliczny, ale potężny chór działaczów dramatu, a jego przywódcą jest Tytan, przykuty do skały Kaukazu. Tak więc, wbrew wszelkim tradycjom zwyczajów i sztuki, dramat rozpoczyna się od męki, męki srogiej, ale im sroższej, tym świętszej. Jest to pierwsza doba (ponieważ z uwagi na kosmiczny charakter i rozmiary przyjęta przez poetę nazwa aktu może tu mieć tylko znaczenie przenośne) — doba krytyczna, wojująca głuchym protestem i wytrwałością bohatera. Ziemia, Ocean, Apollo, Oceanidy jawnie lub tylko w głębi duszy współczują z Męczennikiem. Zeus, przywłaszczyciel i zbrodniczy pogromca, z Hermesem, Furiami i całym godnym siebie orszakiem stanowi obóz przeciwników. Ale wyżej i głębiej, poza sceną, pracuje trzecia potęga, przesięgająca wszystkie inne, niema, beznamiętna, na wieki wieków niezłomna: Przeznaczenie. Tajny wyrok Przeznaczenia wiadomy jest samemu tylko Prometeuszowi; kilka słów zagadki, wyrzeczonych, skruszyłoby pęta i — ocaliło Zeusa. Ale na ugięcie woli, na krok ukorzenia się, nie mógł zdobyć się, jak sam poeta, tak i jego bohater. W drugiej połowie tej doby zasłona, okrywająca wyrok Przeznaczenia, spada i Los spełnia swoje nieodwołalne postanowienie. Na Demogorgonie przerywa się pierwszy węzeł — i następuje druga doba: zwycięstwo dobra, tryumf świata i ludzi. W tryumfie tym i uradowaniu biorą udział zarówno bogowie, jak ludzie, morza i lądy, góry i lasy, zwierzęta, ptaki i płazy; zło rozsypuje się w gruzy. Demogorgon ogłasza rozpoczynające się millenium świata, tj. ów przeczuwany bezwiednie przez masy, a ze świadomością oczekiwany przez mędrców cykl, o którym wróżby snują się szczególniej śród społeczeństwa amerykańskiego, a którego obraz widocznie przyświecał i wyobraźni szlachetnego Percy’ego Bysshe. Przy poświacie takiego millenium sama śmierć nawet traci przedwieczną okropność swoją. Taką erę zapowiada Prometeuszowi Ziemia (Akt III, Scena III), kiedy to „człowiek i zwierzę w błogich snach nabierać będzie siły na jutro i jego rozkosze”.

Śmierć — będzie tylko ostatnim uściskiem

Tej, co odbiera życie, które dała,

Jak matka, która ściskając swe dziecię,

Mówi: «Raz drugi już mnie nie opuszczaj!».

Zaprawdę, nikt tak mistrzowsko nie odwrócił biegunami owego starojońskiego197 dogmatu: „Imieniem Życia jest życie, a dziełami jego — Śmierć”. Nie podzielamy zdania, jakoby akt IV nie miał organicznego związku z całością. Jakkolwiek Shelley wytworzył go później, jest on przecież prawdziwym sklepieniem gmachu i — powtarzamy — ostatnim wyrazem dogmatu samego poety.

Przypisy:

1. Field Place — rodzinny dom Shelleya, położony niedaleko miasta Horsham w hrabstwie West Sussex na południu Anglii. [przypis edytorski]

2. Byron, George Gordon (1788–1824) — angielski poeta i dramaturg romantyczny, przyjaciel Shelleya. [przypis edytorski]

3. wigowski — odnoszący się do wigów, brytyjskiego liberalnego stronnictwa, a następnie partii politycznej. [przypis edytorski]

4. baronet — angielski tytuł szlachecki. [przypis edytorski]

5. Edward I Długonogi (1239–1307) — król Anglii od 1272. [przypis edytorski]

6. Eton — Eton College, jedna z najstarszych angielskich szkół męskich, położona w Berkshire w płd. Anglii. [przypis edytorski]

7. Uniwersytet Oksfordzki — ang. University of Oxford, najstarsza brytyjska uczelnia publiczna w Oksfordzie w płd. Anglii. [przypis edytorski]

8. Grove, Harriet (1791–1867) — kuzynka Shelleya, omyłkowo uznana przez tłumacza za jego pierwszą żonę (zapewne przez zbieżność imion). Według innych źródeł pierwszą żoną poety i matką ich dwojga dzieci była Harriet Westbrook (1795–1816), a z kuzynką połączył go jedynie romans. [przypis edytorski]

9. Hogg, Jefferson (1792–1862) — brytyjski adwokat, przyjaciel Shelleya. [przypis edytorski]

10. Platon (427–347 p.n.e.) — filozof grecki, kluczowa postać w rozwoju filozofii; uczeń Sokratesa, nauczyciel Arystotelesa. [przypis edytorski]

11. Locke, John (1632–1704) — angielski filozof, lekarz, polityk, politolog i ekonomista. [przypis edytorski]

12. Hume, David (1711–1776) — szkocki filozof, pisarz i historyk. [przypis edytorski]

13. Volney, Constantin François de Chaseboeuf de (1757–1829) — francuski filozof, historyk, pisarz i moralista. [przypis edytorski]

14. Shelley, Eliza Jante (1813–1876) — córka Shelleya z pierwszego małżeństwa. [przypis edytorski]

15. Królowa Mab — zbiór pieśni Shelleya, opublikowany w 1813 r. [przypis edytorski]

16. Southey, Robert (1774–1843) — angielski poeta romantyczny. [przypis edytorski]

17. Godwin Shelley, Mary (1797–1851) — angielska poetka i pisarka romantyczna, autorka Frankensteina, czyli współczesnego Prometeusza; druga żona Shelleya. [przypis edytorski]

18. Badania w kwestii sprawiedliwości politycznej — dzieło Williama Godwina (1756–1836), angielskiego publicysty i myśliciela, opublikowane w 1793 r. [przypis edytorski]

19. Clairmont, Claire (1798–1879) — przyrodnia siostra Mary Shelley. [przypis edytorski]

20. Rokosz islamu a. Bunt islamu — ang. The Revolt of Islam, poemat Shelleya, pierwotnie zatytułowany Laon and Cythna, wydany w 1818 r. [przypis edytorski]

21. Ren — jedna z najdłuższych rzek w Europie (1233 km), płynąca m.in. przez Niemcy i Francję. [przypis edytorski]

22. Alastor, czyli Duch samotności — poemat Shelleya, opublikowany w 1816 r. [przypis edytorski]

23. Nowa Heloiza — powieść Jeana Jacques’a Rousseau (1712–1778) z 1761 r. [przypis edytorski]

24. Clarens — dzielnica w szwajcarskiej gminie Montreux, w kantonie Vaud. [przypis edytorski]

25. gaik Julii — odniesienie do bohaterki wzmiankowanego wyżej tekstu Rousseau, którego pełny tytuł brzmi Julia, Nowa Heloiza, listy dwojga kochanków, mieszkańców małego miasteczka u stóp Alp. [przypis edytorski]

26. Childe Harold a. Wędrówki Childe Harolda — poemat Byrona, powstały w latach 1809–1818. [przypis edytorski]

27. Marlow — miasto w Anglii, w hrabstwie Buckinghamshire. [przypis edytorski]

28. Tamiza — rzeka w płd. Anglii. [przypis edytorski]

29. bishamski — znajdujący się w Bisham, wsi angielskiej w hrabstwie Berkshire. [przypis edytorski]

30. Laon i Cytna — bohaterowie Rokoszu islamu Shelleya. [przypis edytorski]

31. lord Eldon (1751–1838) — John Scott, hrabia Eldon, brytyjski prawnik i polityk, lord kanclerz w latach 1801–1806. [przypis edytorski]

32. Shelley, Charles Bysshe (1814–1826) — syn Shelleya z pierwszego małżeństwa. [przypis edytorski]

33. Do lorda Eldona — chodzi o tekst To the Lord Chancellor, w którym Shelley atakuje brytyjskiego polityka. [przypis edytorski]

34. Julian i Maddalo — Rozmowa — utwór poetycki Shelleya z 1818 r. [przypis edytorski]

35. Rozalinda i Helena — ang. Rosalind and Helen, A Modern Eclogue, zbiór poezji Shelleya z 1819 r. [przypis edytorski]

36. Brandes, Georg (1842–1927) — duński krytyk literacki, filozof, podróżnik i pisarz. [przypis edytorski]

37. Piza — włoskie miasto w regionie Toskania. [przypis edytorski]

38. Neapol — włoskie miasto w regionie Kampania. [przypis edytorski]

39. Rzym — stolica i największe miasto Włoch. [przypis edytorski]

40. Balsorano — miejscowość i gmina we włoskim w regionie Abruzja. [przypis edytorski]

41. Florencja — włoskie miasto w regionie Toskania. [przypis edytorski]

42. Karakalla (188–217) – cesarz rzymski z dynastii Sewerów. Termy Karakalli to najlepiej zachowane rzymskie termy, znajdujące się w okręgu XII, na południowy zachód od via Appia. [przypis edytorski]

43. Cenci — ang. The Cenci, tragedia Shelleya z 1819 r. [przypis edytorski]

44. Milton, John (1608–1674) — angielski poeta i pisarz. [przypis edytorski]

45. Słowacki, Juliusz (1809–1849) — polski poeta romantyczny. [przypis edytorski]

46. Keats, John (1795–1821) — angielski poeta romantyczny. [przypis edytorski]

47. Endymion — dzieło Keatsa z 1818 r. [przypis edytorski]

48. Adonais — elegia Shelleya na cześć Keatsa z 1821 r. [przypis edytorski]

49. Epipsychidion — poemat Shelleya z 1821 r. [przypis edytorski]

50. Emilia Viviani — właśc. Teresa Viviani, córka gubernatora Pizy, zamknięta przez ojca w klasztorze. [przypis edytorski]

51. Hellada — wierszowany dramat Shelleya, napisany w 1821 r. [przypis edytorski]

52. Mimoza — poemat Shelleya z 1820 r. [przypis edytorski]

53. Williams, Edward (1793–1822) — emerytowany oficer, przyjaciel Shelleya. [przypis edytorski]

54. Zatoka Spezia, wł. Golfo della Spezia — zatoka Morza Tyrreńskiego na płn.-zach. wybrzeżu Włoch, nad którą położone jest miasto La Spezia. [przypis edytorski]

55. Agamemnon (mit. gr.) — król Myken, naczelny wódz greckiej wyprawy przeciw Troi, brat Menelaosa; po powrocie z wojny trojańskiej zamordowany przez żonę i jej kochanka, pomszczony przez swego syna Orestesa; tytułowy bohater tragedii Ajschylosa z 458 p.n.e. [przypis edytorski]

56. Prometeusz rozkuty — niezachowana tragedia Ajschylosa, ostatnia część trylogii prometejskiej. [przypis edytorski]

57. Eschylos (z łac.) a. Ajschylos (525–456 p.n.e.) — jeden z najwybitniejszych tragików ateńskich. [przypis edytorski]

58. Zeus (mit. gr.) — najważniejszy spośród bogów olimpijskich; bóg nieba i ziemi, władał piorunami. [przypis edytorski]

59. Tetyda (mit. gr.) — jedna z Nereid, matka Achillesa. [przypis edytorski]

60. Peleus (mit. gr.) — król Ftyi w Tesalii, argonauta, ojciec Achillesa. [przypis edytorski]

61. Herkules (mit. rzym.) a. Herakles (mit. gr.) — heros grecki słynny z ogromnej siły i wykonania 12 trudnych i niebezpiecznych zadań. [przypis edytorski]

62. Prometeusz (mit. gr.) — jeden z tytanów, dobroczyńca ludzkości; ukradł bogom ogień, by darować go ludziom; za karę został przykuty do skał Kaukazu, gdzie sęp wyjadał mu wciąż odrastającą wątrobę; według niektórych mitów był także stworzycielem pierwszych ludzi i opiekował się nimi, ucząc wielu przydatnych umiejętności. [przypis edytorski]

63. tytani (mit. gr.) — bogowie z pokolenia poprzedzającego bogów olimpijskich. [przypis edytorski]

64. Raj utracony — poemat epicki Johna Miltona z 1667 r. [przypis edytorski]

65. kazuistyka — drobiazgowe rozważanie szczegółowych problemów, najczęściej moralnych lub prawnych, poprzez podciąganie ich pod zasady ogólne; pot.: pokrętne argumentowanie w celu uzasadnienia założonej z góry tezy. [przypis edytorski]

66. Bacon, Francis (1561–1626) — angielski filozof. [przypis edytorski]

67. Paley, William (1743–1805) — angielski teolog i filozof. [przypis edytorski]

68. Malthus, Thomas (1766–1834) — ekonomista angielski i duchowny anglikański. [przypis edytorski]

69. Kaukaz Indyjski — starożytna nazwa gór Hindukusz, położonych w Azji Południowo-Zachodniej, na terenie ob. płn.-wsch. Afganistanu i płn. Pakistanu. [przypis edytorski]

70. Pantea (mit. gr.) — siostra Azji, szwagierka Prometeusza. [przypis edytorski]

71. Jona (mit. gr.) — siostra Azji, szwagierka Prometeusza. [przypis edytorski]

72. Wszechwładco bogów, demonów i duchów — Pierwszą wskazówkę wiary w demony spotykamy u Hezjoda. U pitagorejczyków wchodziła ona w skład misteriów. Plato sprowadził ją do sfery psychologicznej, ale u neoplatonistów weszła ona na powrót do rzędu pojęć mistycznych. Demony tedy były to twory pośrednie pomiędzy bogami a ludźmi. [przypis tłumacza]

73. Prócz jedynego — oprócz Prometeusza. [przypis tłumacza]

74. lecz z nich jedna — Godziny, u Homera: Horai, odźwierne nieba, którego bramę otwierają lub zamykają podług rozkazu Hery (rzym. Junony). [przypis tłumacza]

75. Ocean a. Okeanos (mit. gr.) — największy z tytanów, personifikacja morza. [przypis edytorski]

76. Azja (mit. gr.) — jedna z okeanid, w zależności od wersji mitu matka lub żona Prometeusza. [przypis edytorski]

77. oczów (daw.) — dziś popr. forma D.lm: oczu. [przypis edytorski]

78. przecz (daw.) — dlaczego. [przypis edytorski]

79. przed wieki — tu daw.: przed wiekami. [przypis edytorski]

80. Doliny gnębił Potop z Błyskawicą — Ksenofont wspomina o pięciu potopach. Tu może aluzja do potopu Deukaliona, jakkolwiek późniejszego (Deukalion był synem Prometeusza). [przypis tłumacza]

81. Babilon — starożytne miasto mezopotamskie, dawna stolica Babilonii. [przypis edytorski]

82. Mag Zoroaster — aluzja do tzw. dwuosobowości. Tę magiczną stronę podań o Zoroastrze wybrał poeta jako najprostszą drogę prowadzącą do pojęcia o zaświatowych pierwowzorach wszelkich form bytu rzeczywistego, które tak wielką gra rolę w dramacie [Zoroaster a. Zaratustra: starożytny perski kapłan, prorok i reformator religijny, twórca religii nazwanej od jego imienia zaratusztrianizmem; red. WL]. [przypis tłumacza]

83. Demogorgon — nie tyle sam wyraz, jak raczej pojęcie jest utworem fantazji Shelleya. Podług Teodocjona był to starzec przebywający we wnętrznościach ziemi. Zrodził on Parki, Niebo, Ereb itp. W naszym dramacie jest on wyrocznym synem Zeusa, spełniającym w imię Przeznaczenia rolę mściciela względem ojca swego, a dodatnią jego rolą jest podniesienie Prometeusza, również pod powagą Przeznaczenia. [przypis tłumacza]

84. Hades (mit. gr.) — bóg podziemnego świata zmarłych. [przypis edytorski]

85. Tyfon (mit. gr.) — najstraszliwszy z potworów, syn Gai i Tartaru; wystąpił przeciw władzy Zeusa, ten jednak raził go piorunem i przywalił Etną. [przypis edytorski]

86. Widmo Zeusa — Moment psychologiczny tak wielką odgrywa rolę u Shelleya, ilekroć wprowadza on cudowność (widzimy to samo i w Helladzie), że co najmniej dziwacznie wygląda zdanie krytyki niemieckiej, upatrującej tu (jak i w poprzednim miejscu o „dwóch światach”) pokrewieństwo z „Macierzami” Fausta. Toż mając Platona i cały szereg jego epigonów, Shelley miałby szukać wskazówki dopiero w Germanii, tej krainie wszystkiego i wszystkich, dla której nawet nazywać się nie można, ażeby nie powędrować z Kopernikiem do Walhalli, albo z Wita Stwosza nie zostać Weit-Stosem! Wzmianka „o dwóch światach” niech przypomni czytelnikowi naszego Jana z Czarnolasu, który (Pieśni, ks. III, 6), opisawszy piękności świata widomego, dodaje: „To takie, co widzimy. — Cóż, gdzie nasze oczy/ Dosiąc nie mogą? Gdzie — myśl, która niebem toczy?/ Gdzie sama piękność świeci i kształty wszechrzeczy?...”. [przypis tłumacza]

87. larwa (daw., z łac.) — widmo, upiór; maska. [przypis edytorski]

88. Hermes (mit. gr.) — syn Zeusa i Mai, bóg dróg, kupców i podróżnych, posłaniec bogów; przedstawiany z laską herolda oplecioną dwoma wężami, w uskrzydlonym kapeluszu podróżnym oraz w sandałach ze skrzydłami, dzięki którym szybko podróżował. [przypis edytorski]

89. Hydra (mit. gr.) — potwór z wieloma głowami, odrastającymi po ścięciu, zabity przez Heraklesa. [przypis edytorski]

90. syn Mai — bóg Hermes (rzym. Merkury). [przypis tłumacza]

91. Gerion (mit. gr.) — potwór o trzech zrośniętych razem ciałach, zabity przez Heraklesa. [przypis edytorski]

92. Chimera (mit. gr.) — ziejący ogniem potwór z głową lwa, ciałem kozy i ogonem węża. [przypis edytorski]

93. Gorgona (mit. gr.) — trzy siostry-potwory, przedstawiane ze skrzydłami, ostrymi kłami i szponami oraz wężami zamiast włosów. [przypis edytorski]

94. Sfinks (mit.) — skrzydlaty potwór o głowie kobiety i tułowiu lwa, zadający zagadki i pożerający tych, co nie umieli na nie odpowiedzieć; tu w r.ż.: Sfinksa, gdyż był to potwór żeński. [przypis edytorski]

95. Tebidzi — z gr.: ród pochodzący z Teb, greckiego miasta w Beocji, na drodze do którego czyhał potwór Sfinks. [przypis edytorski]

96. Sfinkso, coś niegdy Tebidom Zatrute z nieba przyprawiła wino: Dzikiej miłości, dzikszej nienawiści — z powodu przepowiedni Edyp, syn Lajosa, króla Teb, jako niemowlę został porzucony przez rodziców na śmierć; uratowany przez pasterza, wychowywał się jako syn króla Koryntu. Kiedy dowiedział się od wyroczni, że zabije ojca i poślubi matkę, porzucił Korynt. Podczas wędrówki zabił w kłótni nieznajomego starca, który w rzeczywistości był jego ojcem. Kiedy rozwiązał zagadkę Sfinksa i uratował Teby przed potworem, w nagrodę został obwołany królem i poślubił Jokastę, wdowę po swoim poprzedniku, swoją prawdziwą matkę. Gdy dowiedział się, że nieświadomie wypełnił przepowiednię, oślepił się i udał się na wygnanie. Zrodzeni z kazirodczego związku synowie Edypa, Polinik i Eteokles, wszczęli bratobójczą walkę o tron Teb. [przypis edytorski]

97. li (daw.) — tylko. [przypis edytorski]

98. Jest tajemnica, li tobie wiadoma — ma tu na myśli Hermes przedwieczną przepowiednię, że syn, mający się zrodzić z Zeusa i Tetydy, będzie mocniejszy od ojca swego i strąci go z tronu. [przypis tłumacza]

99. miecz sycylijski — miecz Damoklesa: gdy Damokles, dworzanin Dionizjosa, tyrana sycylijskiego miasta Syrakuzy, zazdrościł władcy szczęśliwego losu, został podczas uczty posadzony pod mieczem zawieszonym na końskim włosie, by mógł wczuć się w sytuację władcy w każdej chwili narażonego na nieszczęście. [przypis edytorski]

100. kierz (daw., Msc. lm: krzach) — krzew, krzak. [przypis edytorski]

101. kończyna (daw.) — kraniec, koniec, skraj. [przypis edytorski]

102. snadź (daw.) — widocznie, zapewne. [przypis edytorski]

103. Chór — widoczna aluzja do Chrystusa; a jako przeciwobraz: „Półchór”, zaczynający się od wyrazów: „Mnie inny świat się odsłania”. [przypis tłumacza]

104. obecność — tu: teraźniejszość, czasy obecne. [przypis edytorski]

105. O! Spędź z oblicza ten mrok osłupienia — Takaż sama aluzja do Chrystusa i wiarołomnych fałszerzy jego nauki. [przypis tłumacza]

106. Chór Geniuszów Duszy — Duch ludzki, podług neoplatonistów, jako emanacja bóstwa rozlany jest po wszechświecie, ale w człowieku dopiero dochodzi do wyższej samowiedzy. Przy tym Prometeusz z wyżyn boskiej natury swej przechyla się ku dziedzinom Człowieka, którego ukochał i odkupić pragnie mękami. [przypis tłumacza]

107. ciemięstwo — ucisk, prześladowanie. [przypis edytorski]

108. kędyś (daw.) — gdzieś. [przypis edytorski]

109. sierć (daw.) — sierść. [przypis edytorski]

110. poziomy (daw.) — przyziemny, pospolity. [przypis edytorski]

111. szyszak — rodzaj stożkowatego hełmu bez przyłbicy. [przypis edytorski]

112. gędźba (daw.) — muzyka towarzysząca śpiewowi lub recytacji. [przypis edytorski]

113. I zostać tym, czym być mam z przeznaczenia: Zbawcą i tarczą zbolałej ludzkości — zręcznym zwrotem do miłości poeta przysposabia grunt do wprowadzenia nowej postaci pierwszego rzędu: Azji. [przypis tłumacza]

114. dolina indyjska — szeroka dolina, którą rzeka Indus płynie z północy, od Hindukuszu i Himalajów, do swego ujścia do Morza Arabskiego; położona na terenie ob. Pakistanu. [przypis edytorski]

115. eolski (mit. gr.) — dotyczący Eolii, greckiej wyspy, będącej siedzibą władcy wiatrów, Eola. [przypis edytorski]

116. O, przebacz! Ale pod czarem wspomnienia Snu rozkosznego — Znane są pojęcia o czarodziejskiej sile snów i ich tajemniczym znaczeniu w epopei Persów. Poeta, tak wysoko podnoszący ekstazę, nie mógł nie zużytkować tego czynnika tam, gdzie samym tłem jest cudowność. [przypis tłumacza]

117. gloria — zjawisko optyczne: wielobarwne kręgi poświaty wokół postaci; chwała, sława otaczająca kogoś. [przypis edytorski]

118. opona (daw.) — zasłona. [przypis edytorski]

119. pustynia (daw.) — pustkowie, odludne miejsce. [przypis edytorski]

120. Scytia — stepowa część Eurazji zamieszkiwana w starożytności przez koczownicze ludy Scytów: na północ od Morza Czarnego, Kaukazu i Wyżyny Irańskiej, tj. tereny ob. Ukrainy, płd. Rosji i Kazachstanu. [przypis edytorski]

121. jak błękitne Hiacyntu dzwonki — Apollo z żalu po ukochanym Hiacyncie (synu Amyklasa), zmarłym wskutek zdrady, nie mogąc przywrócić mu życia, zmienił go w kwiatek (hiacynt), a na jego listkach wyrył początkowe głoski jego imienia, będące przy tym wyrazem rozpaczy: ai! ai! (Owidiusz w Metamorfozach). [przypis tłumacza]

122. Apollo (mit. gr.) — bóg słońca, opiekun wieszczbiarstwa, sztuk i nauk. [przypis edytorski]

123. Za mną, za mną! — Echa, wabiące za sobą coraz dalej, coraz głębiej Azję i Panteę, mają wyrażać instynktowo parcie ku doskonałości. [przypis tłumacza]

124. Kiedyście się rozłączyli Ty i On — a po rozbracie Teraz się zjednoczyć macie — jest podanie, że Prometeusz dwa razy poślubiał Azję. [przypis tłumacza]

125. W imię potęgi Demogorgona — Z biegiem akcji coraz wyraźniej rysuje się znaczenie Demogorgona, tak że w końcu występuje on prawie w roli Fatum, ale Fatum postępu świata i ludzkości. [przypis tłumacza]

126. Bachos a. Bachus, a. Dionizos (mit. gr.) — bóg płodności, dzikiej natury i wina. [przypis edytorski]

127. sprzeka (gw.) — człowiek lubiący sprzeczki. [przypis edytorski]

128. Wyroczny wyziew — fakt to niezaprzeczony, że pomiędzy środkami, które wywoływały w kapłance wyroczni stan ekstazy, wielką rolę grały odurzające wyziewy z podziemia. [przypis tłumacza]

129. menady (gr.: szalejące) a. bachantki (mit. gr.) — kobiety z orszaku boga wina i płodności Dionizosa, tańczące w nieokiełznanej religijnej ekstazie. [przypis edytorski]

130. miesiąc (daw., poet.) — księżyc. [przypis edytorski]

131. mina (daw.) — kopalnia. [przypis edytorski]

132. Kronos (mit. gr.) — syn Uranosa (Nieba) i Gai (Ziemi); za namową matki stanął na czele buntu tytanów, pokolenia bogów istniejącego przed bogami olimpijskimi, i przejął władzę; obalony przez swego syna Zeusa, został uwięziony w Tartarze, najgłębszej i najciemniejszej części krainy podziemia. [przypis edytorski]

133. elizejski (mit. gr.) — od: Pola Elizejskie, kraina wiecznej szczęśliwości. [przypis edytorski]

134. zastępy Nadziei, śpiące w elizejskich kwiatów Czarownych zwojach, w moly i nepenthe, I amaranciemoly: „ziółko z korzeniem czarnym, z kwiatem podobnym do mleka”, tak je opisuje Odyseja; Hermes dał je Odyseuszowi, aby go uchronić od trucicielki Cyrce; nepenthe: roślina egipska, u Pliniusza: hellenium, którą Helena mieszała do wina, dla rozweselenia gości (dosłownie znaczy: nie-cierpienie); amarant (=niewiędnący): kwiat będący godłem nieśmiertelności. [przypis tłumacza]

135. Indianin — tu: mieszkaniec Indii, Hindus. [przypis edytorski]

136. Celtowie — grupa ludów indoeuropejskich, które ze swoich siedzib w dorzeczu górnego Renu i Dunaju w I tys. p.n.e. rozprzestrzeniły się po całej Europie, opanowując przede wszystkim tereny Galii (ob. Francja i Belgia), Iberii (Hiszpania) i Brytanii. [przypis edytorski]

137. czyli (daw.) — konstrukcja z partykułą wzmacniającą -li; znaczenie: czy, czy też. [przypis edytorski]

138. karm (daw.) — karma, pokarm. [przypis edytorski]

139. Atlas — pasmo górskie w płn.-zach. Afryce, na zachodnich krańcach świata znanego starożytnym Grekom. [przypis edytorski]

140. Nereidy (mit. gr.) — nimfy morskie. [przypis edytorski]

141. hialina (ang. hyaline, z gr. hyalinos: przezroczysty) — szklista, przezroczysta substancja. [przypis edytorski]

142. Wyspy Egejskie — ogół wysp położonych na Morzu Egejskim, pomiędzy Półwyspem Bałkańskim a Azją Mniejszą. [przypis edytorski]

143. Ganimedes (mit. gr.) — piękny młodzieniec, kochanek Zeusa, podczaszy na Olimpie. [przypis edytorski]

144. Dedal (mit. gr.) — architekt, rzeźbiarz i wynalazca; zaprojektował m.in. labirynt dla potwornego Minotaura na Krecie; uciekając z Krety wraz z synem, posłużył się sztucznymi skrzydłami zlepionymi woskiem. [przypis edytorski]

145. przenieść (daw.) — znieść, przetrzymać, wytrzymać. [przypis edytorski]

146. Numidyjczyk — mieszkaniec Numidii, historycznego państwa Berberów w płn. Afryce. [przypis edytorski]

147. dwa potężne duchy, Spojone z sobą, stworzyły trzeciego — pomimo wyraźnego w dalszym ciągu odezwania się Demogorgona: „Jam twój syn, jako tyś synem Kronosa”, rozumieć należy, iż Zeus został jego ojcem pośrednio, przez „dziecię przeznaczeń” (the fatal-child). Co do Tetydy, poeta poszedł za podaniem niehomerycznym, podług którego Zeus nie poślubił Tetydy, lękając się groźby Fatum. [przypis tłumacza]

148. Po tobie Tronu w Olimpie nikt nie odziedziczy — podkreślamy to miejsce jako jądro charakterystyki samego poety. [przypis tłumacza]

149. Atlantyda — mityczna wyspa zamieszkała przez rozwiniętą cywilizację, zniszczona przez trzęsienie ziemi i pochłonięta przez morze. [przypis edytorski]

150. Proteusz (mit. gr.) — bóstwo morskie, syn Posejdona i Tetydy. [przypis edytorski]

151. biegun (daw.) — koń, wierzchowiec. [przypis edytorski]

152. Enna — miasto pośrodku wyspy Sycylii, położone na płaskowyżu, górującym nad okolicą. [przypis edytorski]

153. Himera — staroż. kolonia grecka na Sycylii. [przypis edytorski]

154. Nysa (mit. gr.) — góra będąca siedzibą nimf deszczu, które wychowały boga Dionizosa (Bachosa). [przypis edytorski]

155. menady (gr.: szalejące) a. bachantki (mit. gr.) — kobiety z orszaku boga wina i płodności Dionizosa, tańczące w nieokiełznanej religijnej ekstazie. [przypis edytorski]

156. Ind — Indus, jedna z głównych rzek Płw. Indyjskiego. [przypis edytorski]

157. Praksyteles (IV w. p.n.e.) — wybitny rzeźbiarz grecki z Aten, autor rzeźb bogów greckich, uwydatniających piękno ludzkiego ciała. [przypis edytorski]

158. Duch Ziemi — jest to najpiękniejsze wcielenie w poezji platońskiej nauki o duszy albo raczej o duszach świata. W dalszym rozwinięciu tej doktryny (również zgodnie z platonistami, a szczególniej z Plotynem), Duch Ziemi mógł wystąpić w charakterze osobistości. On więc zabiera tu główny głos w zwiastowaniu nowej ery po upadku Zeusa i narzuconego przezeń porządku świata. Pod tą również zasadą nabierają znaczenia Duchy niewidzialne. [przypis tłumacza]

159. dipsas (gr.) — jadowity wąż, którego ukąszenie wywołuje silne pragnienie. [przypis edytorski]

160. Fidiasz (ok. 490–ok. 430 p.n.e.) — najwybitniejszy rzeźbiarz grecki okresu klasycznego; autor m.in. posągów Ateny Promachos i Ateny Partenos na ateńskim Akropolu oraz posągu Zeusa w Olimpii, zaliczanego do siedmiu cudów świata starożytnego. [przypis edytorski]

161. Żegnajcie wszelką nadzieję, wy, co tu wchodzicie — napis nad bramą Piekła według poematu Boska Komedia Dantego Alighieri (1265–1321). [przypis edytorski]

162. nepenthe (gr.) — napój zapomnienia, uśmierzający smutki, opisany w Odysei Homera (IV, 219–221). [przypis edytorski]

163. Oto niesiemy Czas do grobu wieczności — z chwilą „złożenia Czasu do grobu wieczności” kończy się również stara, przedpotopowa kreacja, „behemoty, skrzydlate ryby — byłe książęta w królestwie zwierząt”. Tak przygotowaną Ziemię Prometeusz oddaje Człowiekowi — odrodzonemu „przez Miłość”. [przypis tłumacza]

164. Eden — biblijny rajski ogród, miejsce pierwotnej szczęśliwości. [przypis edytorski]

165. miriada (z gr.) — grecki liczebnik oznaczający dziesięć tysięcy, używany zwykle w liczbie mnogiej na określenie ogromnej, trudnej do policzenia liczby czegoś. [przypis edytorski]

166. samoburczy — samoniszczycielski. [przypis edytorski]

167. kosisty (daw.) — uzbrojony w kosę. [przypis edytorski]

168. Behemot — biblijny potwór, olbrzymie zwierzę lądowe. [przypis edytorski]

169. duszny (daw.) — duchowy; dotyczący duszy. [przypis edytorski]

170. orficzny — dotyczący orfizmu, staroż. greckiego nurtu religijnego o charakterze mistycznym, który wywodził swoje początki od mitycznego poety Orfeusza i charakteryzował się wiarą w istnienie boskiej i nieśmiertelnej duszy ludzkiej, uwięzionej w ciele, oraz we wcielanie się duszy po śmierci w inne ciała (wędrówka dusz). [przypis edytorski]

171. kadmejski — dotyczący miasta Kadmei, czyli Teb greckich. [przypis edytorski]

172. maść — tu: kolor skóry. [przypis edytorski]

173. Ziemio! — wszechjednej duszy królestwo przedwieczne — Ostatnim zastosowaniem dogmatu o Duszy świata, o Duchach i Geniuszach żywiołów jest głos Demogorgona do Ziemi, do Księżyca, Słońca i gwiazd, do umarłych. [przypis tłumacza]

174. I gdyby matce czynów i godzin, Wieczności, Wyrwał się z rąk bezwładnych wąż — obok tysiącznych znaczeń symbolicznych wąż zwinięty w pierścień, w którym ogon styka się z paszczą, był godłem wieczności. [przypis tłumacza]

175. Persowie — tragedia Ajschylosa z 472 r. p.n.e. [przypis edytorski]

176. Apollodoros z Aten (ok. 180–ok. 110 p.n.e.) — filolog, geograf i kronikarz grecki. [przypis edytorski]

177. Noe — postać biblijna; przed zesłanym na ziemię niszczycielskim potopem z rozkazu Boga zbudował według szczegółowych wskazówek arkę (rodzaj statku), dzięki której uratował swoją rodzinę oraz po parze każdego rodzaju zwierząt. [przypis edytorski]

178. Dante Alighieri (1265–1321) — jeden z najwybitniejszych poetów włoskich, autor poematu Boska Komedia, przedstawiającego wizję wędrówki poety przez trzy światy pozagrobowe: Piekło, Czyściec i Raj. [przypis edytorski]

179. aluzja do roku 93 — prawdopodobnie odniesienia do rewolucji francuskiej, bratobójczych walk we Francji i wojny w Europie w 1793 r. [przypis edytorski]

180. Balladyna — dramat romantyczny Juliusza Słowackiego z 1834 r. [przypis edytorski]

181. Hegel, Georg Wilhelm Friedrich (1770–1831) — niemiecki filozof. [przypis edytorski]

182. arystarch — tu przen.: krytyk literacki; od imienia Arystarcha z Samotraki (216–144 p.n.e.), greckiego gramatyka, uznawanego za twórcę krytyki literackiej. [przypis edytorski]

183. neoplatonizm — kierunek w filozofii, nawiązujący do myśli Platona oraz politeizmu grecko-rzymskiego. [przypis edytorski]

184. Mickiewicz, Adam (1798–1855) — polski poeta, publicysta, tłumacz, filozof i nauczyciel akademicki. [przypis edytorski]

185. Nowy Rok — Mickiewiczowska parafraza utworu Jeana Paula Richtera (1763–1825). [przypis edytorski]

186. Krasiński, Zygmunt (1812–1859) — polski poeta, dramaturg i prozaik. [przypis edytorski]

187. plotynizm — neoplatonizm, system filozoficzny stworzony przez Plotyna (204/205–270). [przypis edytorski]

188. zendzki (daw.) — taki jak w Zendaweście; dziś: awestyjski; Zendawesta a. Awesta: święta księga zawierająca teksty religijne wyznawców zaratusztrianizmu (zoroastryzmu), dualistycznej religii irańskiej, której charakterystyczną cechą jest wiara w istnienie dwóch równorzędnych, walczących ze sobą pierwiastków: dobra (światła) i zła (ciemności). Nazwa Zendawesta oznacza faktycznie komentarze (Zend) do Awesty. [przypis edytorski]

189. Saint-Just, Louis de (1767–1794) — jeden z przywódców Rewolucji Francuskiej, jakobin, zwolennik Robespierre’a, zasłynął z rewolucyjnego zaangażowania i bezwzględności. [przypis edytorski]

190. Schopenhauer, Arthur (1788–1860) — filozof niemiecki, reprezentant pesymizmu. [przypis edytorski]

191. teantropia — równoczesne łączenie cech boskich i ludzkich. [przypis edytorski]

192. Herodot z Halikarnasu (ok. 484–426 p.n.e.) — historyk grecki. [przypis edytorski]

193. Japet (mit. gr.) — jeden z tytanów. [przypis edytorski]

194. Adam-Kadmon — według kabały i Hagady pierwszy człowiek. [przypis edytorski]

195. element (daw.) — żywioł, jeden z pierwiastków wszechświata. [przypis edytorski]

196. Teodocjon (II w. n.e.) — hellenistyczny żydowski uczony i lingwista, autor tłumaczenia Biblii hebrajskiej na język grecki. [przypis edytorski]

197. starojoński — dotyczący Jonii, starożytnej krainy położonej na wybrzeżu Azji Mniejszej, zasiedlonej przez Greków. [przypis edytorski]