List z Kijowa

I wiesz? Gdy na nalepce

od butelki ujrzałem nagle

dziesięć zamazanych gwiazd

(zamiast normalnie, pięciu

gwiazdek), co nawet

nie zabłysły żadnym

sensownym światłem oraz

słuchając słów Rubaszkina

(na litość boską, czy choć

dobrze zapamiętałem

to nazwisko) przypominanych

gorączkowo nocą, kiedy schodziłem

ze schodów (trzy razy

gorsza była zresztą

wspinaczka na to trzynaste

piętro; i znów zaczynam

cię zanudzać topografią

terenu i okoliczności; czy

uda mi się znowu to przełamać —

pewnie bym wtedy został

najbardziej zwichrowanym

poetą świata!), bo widzisz

tracę już rachubę i mówię

o wszystkim (naprawdę

nie wiem, jak mam nie być

taki detaliczny), bo i te

piętra, głosy, pieśni, pół

oficjalne nazwiska... Więc

kiedy zobaczyłem te dziesięć

gwiazd (zresztą być może

dziewięć, co chociaż by nie było

takie symetryczne)

i przypomniałem sobie

o Azerbejdżanach w mojej

starej szkole (i o rozbitym w proch

kirkucie tuż za miastem)

i wszystkich małych

narodach świata (i patrz,

obiecywałem, że przez chwilę

nie będę o tym myśleć) —

to wtedy, co się wtedy stało?

Czy coś zrobiłem, zapłakałem,

krzyknąłem w miasto?

Czy może tylko dalej

piłem wódkę, jak gdybym pił

od wielu lat, słuchając szeptem

wymienianych nazwisk, głosów,

pieśni, przypominając sobie

twoją twarz i to, co miałem

ci powiedzieć na początku

(„cyplonok toże choczet żyt’1

śpiewał Rubaszkin cały czas),

nie zdając sobie więcej sprawy

co dokładnie, ani jak żarliwie

do ciebie mówię.

Przypisy:

1. cyplonok toże choczet żyt’ (ros.) — kurczak też chce żyć. [przypis edytorski]