Pamiątki po nas

Wiersz

potrafi spać jak ptaszek na gałązce

— Julian Stryjkowski

Ach spać, spać,

a jednak wciąż widzieć

spod zaciśniętych powiek!

Przed snem

Bo i co to ma opisać: stan świadomości

w danym momencie życia?

Bez danego momentu?

Postoje, rozwój,

jak się nazywam?

Czy pomocny będzie opis mego ciała?

Opis ciała mojego dziecka, jego podobieństwo

do mnie, opis jego podobieństwa do mnie?

Jego słowa?

Czy opisać, to znaczy cytować?

Może także pewne fragmenty z listów dziadka

do mojej babki?

Kilka listów musiało się gdzieś uratować.

Opis pogrzebu, opis ślubu,

starzenia się i odgrzebywania wspomnień —

i z tej bezradności wyrazić na koniec

głęboką wiarę w sztukę,

w słowo pisane?

Jestem notatnikiem

pokłon D. D.

Praca wykonawcza

na zamówienie zleceniodawcy,

którego mimo wszystko usiłuje się pisać

z dużej litery?

Ty — oni, oni — my

(można przez chwilę myśleć

że wybór ma się przed sobą?)

Podwójności

(rozpylić nie ma ich kto,

tak łatwo można by nas wtedy zdmuchnąć?)

Do licha

Byłem przekonany, że interesują mnie prognozy.

Do pewnego stopnia, rzecz jasna.

Na przykład wyprzedzić jakieś wydarzenie

o jakiś czas, ale tak

żeby nie zamykać sobie dostępu

do przewidzenia innych wydarzeń,

a więc mówić konkretnie

a jednocześnie wystarczająco szeroko

by była to prawdziwa przepowiednia.

Miałoby to oczywiście coś wspólnego

z wyczuciem tzw. ducha czasu, ale bez tanich mrugnięć

do widza, i jak najmniej ze spektaklu.

Nie ma właściwie powodu, by mówić o tym

w czasie przeszłym. Do przeszłości

należą natomiast sformułowania

w rodzaju „gałązka światła”,

co z tego, że paru ludziom przypadły do gustu?

I cała rzecz

powinna dojść do siebie jakoś od niechcenia,

nieumyślnie, przynajmniej takie

powinno być wrażenie.

Trud budzi dzisiaj mieszane uczucia.

Ale dlaczego przyczepiłem się

do tej gałązki światła?

Jak zostałem humorystą

I oto okazuje się

że ten kawałek biurka

przede mną

to moja żona —

zresztą byłoby lepiej

gdybym używał słowa „ona”,

„kobieta”, może nawet

„dziewczyna”, mówią;

„żona” ma taką dziwną

etymologię i

robi z człowieka przedmiot.

Jesteśmy na to bardzo

uczuleni, mówią.

Wierzę im, dlaczego

miałbym im nie wierzyć?

Wracam do żony, wycieram ją

z kurzu szmatką

i chciałbym się o nią oprzeć

łokciem, uprzedmiotowić ją

do końca, niechby przyznała

że jest biurkiem, a ja

miałbym w dyskusji

nowy dowód rzeczowy.

Wiersz o dewaluacji słowa „rewolucja”

W takim wierszu to słowo powinno zostać użyte tylko raz, w tytule

a cała reszta utworu

mogłaby być o wszystkim innym

tylko nie o nim.

Wyrazy można łączyć z wyrazami

tak, aby w drodze ewolucji powstały

zupełnie nowe stosunki wyrazów.

Zawsze pasjonowała mnie

subtelna różnica między „a” a „i”

oraz jak, wbrew pozorom,

te dwa spójniki wcale nie są wymienne.

Pytałem o to paru znajomych

uczniów szkoły średniej, ale mówią

że od urodzenia, to znaczy

od pewnego czasu zaledwie,

wszystkie wyjątki i odchylenia składni,

o których mówi nawet obowiązujący podręcznik,

upodobniają się z wolna

do ich własnych rodziców.

Nie chcą mi tego objaśnić szerzej,

to sekret, mówią, i wychodzą na przerwę,

a ja zostaję z moją niepewnością, wspominając wstyd,

jaki wywołałem na kilku twarzach.

Zaglądam do podręcznika, okazuje się

że: wczoraj o wpół do siódmej

pani Wilson gotowała obiad

dr Wilson badał pewnego pacjenta,

Susan pisała wypracowanie,

a Joan rozmawiała przez telefon z Dorą.

Czyli jednak podręcznik

nie jest taki zły: wyraża jednoczesność

świata, jest nowoczesny.

Ta myśl znów odgradza mnie

od uczniów, którzy by chcieli,

żeby wszystko było inaczej,

tak samo jak w życiu.

Teraz będziemy powtarzać, mówię,

podczas gdy od sufitu, który jest podłogą

dla tych, co zakładają dekoracje

na kolejną rocznicę Wielkiego Października,

dobiega salwa gwoździ.

Zaczęło się, myślę, i próbuję

przypomnieć sobie wiadomości

nabyte na poligonie pod Morągiem.

Wraz z kilkoma uczniami,

których udaje mi się zachęcić nadzieją sławy

jednostronnie wypowiadamy szkole układ

wieczystego milczenia.

Ale oto dzwonek rozlega się na korytarzu

jak gdyby nigdy nic. Moi uczniowie

przypominają sobie, że chcą się dostać

na studia. I to jest

koniec wiersza.

Oddech Majakowskiego

Żona mówi, że wszystko jest rezultatem epoki:

słowa, ilość słów, ich porządek, dłuższe

lub krótsze dni; zresztą nie pamiętam,

może to ja tak jej powiedziałem; jak gdyby

wiatr historii smagał, to znów szczypał

twarz.

Właściwie czemu „nie można” pisać o poezji?

Poezja to przecież nie słowa.

I trudno sobie wyobrazić, żeby epoka

była rezultatem słów, a jednak! Ponadto

jeśli mówi to żona, słucham jej

uważniej niż paru panów wyrywających

włosy z pewnej potężnej dziewiętnasto-

wiecznej brody, która wkrótce

wyłysieje doszczętnie.

Właściwie, Bogiem a prawdą,

co pieniądze i ekonomia mają wspólnego

z myślą? Wiersze

są dziś tak ciasne

jakby za wszelką cenę

chciały się zmieścić w dniach;

może zresztą odwrotnie, to już trwa

ponad trzydzieści lat i trochę

nie pamiętam; nawet Majakowski

mógłby dostać zadyszki.

Z tego wszystkiego młodzież

gotowa znów uwierzyć w proste

ciepłe uczucia, zielone krajobrazy i

zielone gąski. Tymczasem

naukowa kosmetyka nie będzie stać

w miejscu. Wyniki się ogłosi, kosmyki

wykosi, że wcale nie będą chciały sterczeć

w kosmos. No klops, klops, klops.

Sprawozdanie z meczu piłki nożnej

Kto obok ma ojczyznę

ten jest spokojny

— Wiaczesław Kuprianow

Czy on też oglądał tamten mecz

we Frankfurcie nad Menem, pierwszy

poważny mecz sezonu? Bilet by mu

pewnie ktoś załatwił. Czy siedział

chociaż przed telewizorem i, jak ja

tutaj, słyszał w przerwie meczu

wiadomość, że go już tam nie ma?

Jak się wtedy czuł, jeśli oglądał,

kim już nie był, kim nie był jeszcze?

Pytam dziś przyjaciela, co o tym

myśli; nie mieli chyba, mówi,

innego wyjścia. Mnie o to samo

pytają uczniowie w szkole; rację

najprawdopodobniej mają publicyści —

w końcu odległości nie są już

tak wielkie; ziemia jest wszędzie

wystarczająco szara — tylko ta cisza

wokół jego domu prześladuje mnie,

ciasny krąg powietrza wokół jego ciała.

Toteż wracam do meczu, do

umownego placu gry, do boiska,

spoza którego patrzę. Niewiele

rozumiem z gry, przepisów nie znam.

Sam sobie zadaję pytania. Które

z nich wolno przemilczeć, na jakie

odpowiedzieć do końca? Zima; moje okna

zamknięte na wylot. Tu, w szkole,

źle słychać sędziowskie gwizdki.

(luty 1974)

Tułacze

Kiedy wyjeżdżają, zostają

ich uczniowie. Bardziej zdolni

i mniej. Potem się okazuje,

że wiele od tego zależy.

Ale nie chodzi o potem

tylko o to przedtem,

nim do potem dojdzie.

To pewne

Młodzi prowincjusze mają literackie nadzieje.

Będą zwolennikami pierwszej ciepłej liryki,

potem trochę bardziej gorzkiej, ale przez to dojrzałej.

Będą zdania, że liryka służy zrozumieniu

siebie i świata, że udoskonala.

Na awangardę będą patrzeć podejrzliwie

i z pewną wyższością, co znajdzie wyraz

w ich skromności, solidnym lirycznym rzemiośle

i świadomym ograniczeniu zamierzeń

(to jest pewne, lepiej skromnie, ale rzetelnie).

Będą jednak pełni entuzjazmu.

I optymizmu.

Bo chodzi o sprawy poważne.

Oddaleni od kłótni stolicy

wiedzą, co o tym myśleć.

Na podorędziu mają zawsze krajobrazy:

las, rzekę, skłębione płaty chmur,

czy nawet na wpół zżarty przez czas drewniany parkan.

Są pewnie miejsca, gdzie po prostu

drukuje się to, co jest dobre.

Ale tę kwestię można pominąć i przejść na pole

przez dziurę w plocie, najlepiej jesiennym wieczorem,

popatrzeć na niebo albo drzewa,

na cokolwiek,

toż wszystko przypomina o nietrwałości!

Pierwsze zdanie

Cztery lata temu w Ustce

szliśmy w czwórkę po piasku i

zacząłem pisać moje drugie

opowiadanie (pierwsze było

na temat pewnej wyimaginowanej

i dotkliwej śmierci, bardzo krótkie

i nieudane). Powiedziałem

Maćkowi pierwsze zdanie:

„Trzy lata czekaliśmy, zanim

rozpatrzono nasze podania

o pozwolenie opuszczenia plaży”.

Powiedział, że to dobry początek.

Nie pamiętam, co było dalej

i czy było jakieś dalej, chyba nie.

Myślę, że powiedziałem to po prostu

dlatego, że sądziłem że to

efektowne, niezależnie od naszego

ulubionego rodzaju humoru

w owym czasie (dowcip

gotów był pożreć wszystko).

Interesuje mnie, czy była to

najprawdziwsza fikcja i czy

Maciek rzeczywiście sądził, że ja

to opowiadanie napiszę oraz

czy było to naprawdę efektowne.

Bo dlaczego nigdy mnie potem

nie spytał: „Co z twoim opowiadaniem?”

I: „Czy masz już drugie zdanie?” To

mogłoby mnie zachęcić do pracy,

bo nigdy nie lubiłem

wystawiać ludzi do wiatru.

I proszę zważyć, że miałem

znakomite warunki — wszystko

na miejscu: plaża, wiatr,

papier na podanie i tysiące

ludzi, jak ja, czekających gnuśnie

na jakąś wiążącą decyzję.

Czym mógłby być

Wiersz musi być tym, czym jest.

Nie powinien udawać poematu

ani zastępcy naczelnika powiatu,

ani sklepowej, która ma okres.

Nie powinien wyrażać ducha czasu

ani go nie wyrażać, nie powinien

być dokumentem, ani nim nie być.

(Od czasu do czasu mógłby zapytać.)

Powinien umieć sobie wyobrazić

czym mógłby być, gdyby nie to

czy tamto.

Dwa wiersze dla Suchego

Biurko

Z domu wychodzę tylko w sprawach ważnych.

— J. uśmiecha się i mówi: „Ależ ty jesteś śmieszny!”

Nazajutrz spotyka mnie znajomy:

„Podobno całą noc rozmawiał pan o demokracji,

myślałem, że jest pan poważniejszy”.

Czuję się jeszcze młody.

Za granicą świat jest inny,

tam mówi się o ludzkości, myśli

o polskości i ważne są rezultaty działalności.

„Wsiadasz bracie do samochodu, z tyłu

żona i dziecko, bo tam inaczej nie można”.

Mój przyjaciel siedzi przy osobnym biurku

więc ma spory margines,

i niczego nie firmuje;

bo on sobą tworzy takie biurko w biurku.

I „zawsze mogę zrezygnować” mówi,

ale J. siedzi cicho i wcale się nie uśmiecha. —

I na przykład dziś rano chciałem kupić

homogenizowany serek dla dziecka.

Zająłem kolejkę i poszedłem do kiosku po gazetę.

Zaglądam do środka, a tam

jego mały synek schodzi na ląd i mówi:

„Podoba mi się w tej Polsce”.

Przywitanie, powrót

Andrzej odlatuje rano.

Nigdy nie przypuszczałem, że Chicago

może mi być tak bliskie.

To są jednak kolosalne odległości!

Mówi, że jeśli go kocham, przyjadę nawet późno

Samolot nie samolot,

odległości są takie same.

Więc biorę taksówkę i jadę.

Swoją drogą jak to jest z tym kochaniem

się przyjaciół, i ilu ich można

mieć w końcu.

Najbardziej drażni mnie chyba ten brak

synchronizacji urządzeń świetlnych

na skrzyżowaniach. Zapala się zielone,

a trochę dalej czerwone, trzeba stawać co chwila.

Jest tylko kilka miejsc

gdzie chce się jeździć,

a nawet iść.

Po drodze wiatr popycha coraz mocniej.

Przez te dwa lata dostanę pewnie

dwa trzy listy, przestanę się wstydzić

następnych kilku słów.

Jeśli mnie kochasz, przyjedziesz o dziesiątej,

jakoś tak to brzmiało. Czuję zapach benzyny,

a przez podwójną szybę widać w autobusie

plakat przedstawiający kota, tuż za kierowcą.

Za parę lat mógłbym być kimś innym.

Jeszcze kilka kilometrów, drzwi, przywitanie

i znów wyjdę na ulicę.

Zacznę list, który w drodze do domu zapomnę,

zamknę drzwi, i — proszę cię

nie bierz już żadnej podobnej pracy na drugi raz.

Czasem tak

Po lekturze niektórych młodych autorów

ja również chciałbym być autorem

i pisać utwory.

Teraz akurat myślę o J. G. —

jego radosnych rymach, filmowych zdaniach

bohaterach jego wierszy, prawdziwych

i wymyślonych. Bo oczywiście

wiersze też mają swoich bohaterów,

czasem nawet niezbyt

sympatycznych. Z prawdziwych

pamiętam na przykład

Ezrę Pounda, którego nazwisko

pada w jednym z tytułów,

albo ów Śnieg z połowy listopada

który, jak sądzi autor, zanim stopniał,

przykrył wszelkie zło.

Z nieprawdziwych Kiriłłow, samobójca

a jednak budowniczy, czy ów

profesor, jak mu tam,

siedemdziesięcioletni już dzisiaj uczony.

A ja, o czym ja pisałbym wiersze?

Musiałbym się zastanowić,

bo właściwie na ogół mam ich dość.

Pytam żonę, ale powtarza po mnie

„o czym?”, jakby była nieobecna.

I za chwilę dodaje: „Ale jeśli

powiem ci o czym, podpiszesz

że napisaliśmy oboje, dobrze?”

Mam jej, mówi, przypominać

o tym na przyszłość, bo czasem

człowiek rzeczywiście może mieć jakiś pomysł,

tylko że to jest przeważnie bardzo ulotne.

Stare drewniaki Radości

„Co to się znowu dzieje?” —

to było pytanie

nie do mnie,

nie do mojej żony, nie

do dziecka, które spało już

od około dwóch godzin,

chociaż wypowiadając je, teściowa

na mnie skierowała wzrok —

to było pytanie do świata.

Od dawna nie mówiłem nic,

ale tym razem świat

przemówił przeze mnie.

Powiedział: „To ja,

Jacek Olszanka, mąż waszej córki,

zdjąłem fajerkę,

włożyłem do pieca

mój stary but”, po czym

wyszedłem z kuchni,

by po omacku dotrzeć

do pokoju z żoną i dzieckiem,

odłożyć książkę

i jeszcze raz skarcić was stamtąd

moją najgłębszą

ciszą.

Jeszcze trochę wysiłku

Krzysiowi F.

Mógłby teraz przejść do PAN-u

ale mówi, że w Świerku

ma więcej luzu: godzina

pracy, potem godzina

dla siebie; może się naprawdę

uczyć; poza tym komputer lepszy.

Ja przez miesiąc w Londynie

przetłumaczyłem kilkadziesiąt wierszy

za kantorkiem Gresham Hotel,

na Bloomsbury Street, gdzie

byłem recepcjonistą,

więc wiem, o jaką pracę mu chodzi;

będziemy się wszyscy dokształcać,

wychodzić ze wspólnego pokoju

do ubikacji z książką

i ołówkiem, zakreślać, zapamiętywać

i wracać tak, żeby jednak szef

nie widział; aż zostaniemy

jednym z najbardziej wykształconych

narodów w środkowej Europie.

Pośmiertny

Japie i Cumce

Zmarł Moczarski.

Krzysiek powinien napisać o tym jakiś strzęp

wiersza, bo usiłował być blisko

(zresztą każdy z nas), ale

w głowie ma wodę,

którą musi założyć w kuchni

przed zimą, zanim urodzi się dziecko,

etat, który sobie załatwia,

masę innych spraw.

Czeka go przeprowadzka

w inny świat, więc wiersz

o ofierze i oprawcach, chociaż tak długo trwa,

chyba by po prostu

nie pasował do sytuacji.

Między przystankiem a domem

Pawłowi i Helenie

Idziesz odwiedzić przyjaciela po pokazie filmów,

twoja żona została w domu sama,

twoja matka, o której zaczynasz myśleć

po wyjściu z autobusu, jest w innym mieście,

chora, wczoraj dostałeś od niej telegram;

między przystankiem autobusu linii 140-bis

a domem przyjaciela (czyli: przechodząc obok

zamkniętego sklepu, kupując papierosy

w kiosku przed domem oraz jeszcze w windzie),

zanim wejdziesz do mieszkania i zaczniesz

tę wieczorną konwersację z nim i jego żoną, jesteś sam;

twoje dziecko wyjechało wczoraj

do rodziców twojej żony, jest samo,

bez ciebie i bez swojej matki.

Myślisz o tym wszystkim zanim otworzą się drzwi,

gdy śnieg prószy ci w twarz, chociaż jest

trzecia dekada marca, przemierzając szybko

ten krótki dystans między przystankiem a domem.

Nagle zauważasz tę codzienną samotność, jakby wbrew sobie

i wbrew tym, o których myślisz.

List do Jerzego Ficowskiego

Wiesz, wtedy (choć piszę to

jeszcze teraz), drugiego maja

1975 roku, kiedy zszedłem

ze schodów, a potem jeszcze

niżej, w podziemie dworca

i znowu poczułem ten smród

tysięcy papierosów wypalonych

tutaj tego dnia (to znaczy

dzisiaj) i zdałem sobie sprawę

że nic stąd nie wywietrzeje

nigdy, bo nie ma gdzie,

choćby nie wiem ile szlauchów

oblewało peron, bo za trudno,

za daleko do powietrza

twojego domu (skąd mi się

to wzięło, przecież już

nie palisz), do twoich drzwi,

do twoich wszystkich

listów (przecież nawet nie

do mnie) w twoje strony

świata, do twojej jednoznacznej

ciszy, postanowiłem ci o tym

napisać, jakbym miał

w gardle tobół, który

mi trudno otworzyć

od tylu lat, jak dziecku

kiedy otwiera pierwsze

słowa, najostatniejszy krajobraz,

którego ktoś je nauczył,

tylko nie wie kto.

Białe pieczywo

Torsje po razowym chlebie

dwa krwiaki białek, brązowe bratki źrenic

Gorączkowe podziały testamenty dla kogo skąd

(co tu dzielić) Jeśli istnieje niebo

będzie gdzieś na samej górze

i będą zawsze sucharki, białe pieczywo

Coraz bardziej

Życie coraz bardziej składa się z drobiazgów.

Wydawało się, że jest — albo naprawdę było — inaczej:

same sprawy ważne, gorycz prawdziwych porażek.

Z drobiazgów, których jednak nie ma

bo albo zawodzą oczy,

albo nie chcemy być aż tak drobiazgowi —

niemniej trzeba by jakoś je zobaczyć,

nie mówiąc o tym, że trzeba by też zapamiętać.

Tymczasem tym, których nie lubimy

zadajemy kłopotliwe pytania

żeby przestali być

tak bardzo pewni siebie

a tym, których lubimy

kiwamy potwierdzająco,

że niby: z nimi, choćby nie wiem co.

List z Kijowa

I wiesz? Gdy na nalepce

od butelki ujrzałem nagle

dziesięć zamazanych gwiazd

(zamiast normalnie, pięciu

gwiazdek), co nawet

nie zabłysły żadnym

sensownym światłem oraz

słuchając słów Rubaszkina

(na litość boską, czy choć

dobrze zapamiętałem

to nazwisko) przypominanych

gorączkowo nocą, kiedy schodziłem

ze schodów (trzy razy

gorsza była zresztą

wspinaczka na to trzynaste

piętro; i znów zaczynam

cię zanudzać topografią

terenu i okoliczności; czy

uda mi się znowu to przełamać —

pewnie bym wtedy został

najbardziej zwichrowanym

poetą świata!), bo widzisz

tracę już rachubę i mówię

o wszystkim (naprawdę

nie wiem, jak mam nie być

taki detaliczny), bo i te

piętra, głosy, pieśni, pół

oficjalne nazwiska... Więc

kiedy zobaczyłem te dziesięć

gwiazd (zresztą być może

dziewięć, co chociaż by nie było

takie symetryczne)

i przypomniałem sobie

o Azerbejdżanach w mojej

starej szkole (i o rozbitym w proch

kirkucie tuż za miastem)

i wszystkich małych

narodach świata (i patrz,

obiecywałem, że przez chwilę

nie będę o tym myśleć) —

to wtedy, co się wtedy stało?

Czy coś zrobiłem, zapłakałem,

krzyknąłem w miasto?

Czy może tylko dalej

piłem wódkę, jak gdybym pił

od wielu lat, słuchając szeptem

wymienianych nazwisk, głosów,

pieśni, przypominając sobie

twoją twarz i to, co miałem

ci powiedzieć na początku

(„cyplonok toże choczet żyt’1

śpiewał Rubaszkin cały czas),

nie zdając sobie więcej sprawy

co dokładnie, ani jak żarliwie

do ciebie mówię.

Ościenność

Zaczynasz używać

tych samych odległości

między wyrazami.

Jestem z tego dumny,

okazuje się, że miałem

na coś wpływ.

W domu jak zawsze:

ciepłe ale nieprzenikliwe ściany

nie przyjmą od nas nic,

sprzęty podstępnie

dają się dotykać.

Więc śpij

spokojnie i trochę

mów przez sen.

Okruchy

Czy to rodzina, ten kruchy nieśmiertelnik

skruszony ręką dziecka. Czy to mój głos.

Ile lat stoi na stole okryty kurzem,

ile mu nie potrzeba wody? Trzeba by

jakoś umrzeć, ale się boi

zostawić ranę nieobecności

chociaż oswaja ją od lat.

Domowy

Kobieta zwleka się z łóżka.

Wiesz, powinnam chyba zrobić sobie obiad

Ale nie zdąża

i umiera między

dwoma gestami: swojej matki

i dziecka, nie dowiadując się

na zawsze, kim, czyja

była bardziej.

Mówi syn

Myśli, że odchodzę, a to

jakby uchodziła krew

przez ściśnięte palce. Krew

krwi. Tak myśli jednak

choć cały czas stoję naprzeciwko

i przeglądamy się w sobie.

Ale prawdziwym lustrem

jestem ja, tak zbity w szkło

że prawdziwsza tylko kropla

co po nim spływa.

I kopiuję jej światło i tamtą

krew. Mógłbym tak odbić

wszystko, prócz kilku słów,

czego mi nigdy nie wybaczy.

Tylko o 25, 30 lat

Ł. i M.

Dopóki można, zatrzymujemy ich

przy sobie. Wiemy, że muszą

odejść albo że musimy ich zostawić.

A jednak będą zdzierać z siebie

nasze ślady przez lata.

Kiedy nadchodzi tamto,

jesteśmy już właściwie gotowi.

Nie wiemy tylko, czy do końca

zachować pozory własnego wyboru —

że niby tak, kiedy odejdą

będzie lepiej,

czy też upierać się do ostatniej

krwi, jakbyśmy mieli

coś na własność, a oni

mogli w ten sposób

zapamiętać nas bardziej.

Pamiątki po nas

I te kobiety, pokazujące nam

codziennie, jak mali byliśmy.

Przypominające bez ustanku —

aż wywołają w nas chociaż cień

uśmiechu, lekki uśmiech

w przestrzeń. Jakby nie było

ani ich, ani tych szmatek, spranych

od pokazywania aż do nikłej siateczki

pierwszych dni,

w które nas wtedy zawijały.

Dwa wiersze dla Młodego

Rower

Popatrz, to drzewo a to słup

to liście i gałęzie a to druty

i powtórz po mnie, zapamiętaj

bo już ciemnieje świat

Tu biegnie pies a tu samochód

tu szosa a tu jeszcze dróżka wydeptana

z okien nas coraz bledziej widać

bo już ciemnieje świat

A oni jadą na rowerze

ojciec i syn przed nim w koszyku

wskazuje palcem każde słowo

i palcem sprawdza świat

Ktoś ich popędza

nikt nie popędza

wciąż jeszcze widać

mało co widać

bo już ciemnieje świat

To życie, które śpi

To życie, które śpi przede mną

trzymając w ręku (we śnie)

jakiś przypadkowy przedmiot,

przedmiot snu, który mu dałem

na uspokojenie (w ciągu) dnia,

czy do zabawy (wszystko jedno

co), żeby mi dało spokój —

to małe życie tak łomocze

całą krwią i wypiera mnie

na zewnątrz, wyjmując sobie

ze mnie taki biały szept,

bielutki, jak gdybym miał

pokochać własną nieobecność;

Przenosiciel

Czy jest takie słowo?

Właśnie tak.

Taki okropnie zabiegany

facet, co to raz tu

a raz tam, i nawet sam

nie widzi, zapomina

że naprawdę jest

między, czyli nigdzie.

Przenosi słowa (z ust — na usta)

gesty (z matki i kilku przyjaciół

na dziecko), i własne dziecko

(z domu — pod miasto),

właściwie przewozi

na czyste powietrze;

ale one wszystkie

chcą się gdzieś zatrzymać,

nie mogą być wiecznym

obiektem przenoszenia;

słowa zostają za drzwiami

cudzych ust, gesty

zapisują w powietrzu

obce ręce, a dziecko

pytane w szkole

o zawód ojca

niepewnie mówi „przenosiciel”.

Spóźniony list

Och, dziadku César,

dlaczego nie poczekałeś na mnie?

Wystarczyłoby jedno spojrzenie dziecka

i wiedziałbym dzisiaj, że mogę, że mam prawo

przypominać sobie twoją twarz, bo ją widziałem naprawdę

Zdjęcia są stare i martwe,

a opowiadania matki coraz rzadsze.

Wystarczyłoby jedno zdanie,

powtórzono by mi je, na pewno.

Wiesz, wuj Marcel, kiedy tam byłem

pierwszy raz, narysował mi całe drzewo genealogiczne

(ja też chciałem mu narysować,

ale było mi wstyd: mama, babcia —

babcię zresztą miał, bo była twoją żoną —

ojciec, i Chaim, i Fajga, jego rodzice,

o których, podobnie jak o nim, nic nie wiem do dziś

— i to wszystko), a ja patrzyłem i patrzyłem

zdziwiony, że znalazłem się na tej

dużej kartce, tuż pod mamą

i że w jednej rodzinie

może być tyle ludzi.

Ty byłeś oczywiście o wiele wyżej i głębiej.

Wszyscy mówili o tobie

z szacunkiem i miłością, i czułem

że miałeś artystyczną duszę,

i byłem dumny.

Myślę, że w porządnej francuskiej rodzinie

w tamtych czasach ożenić się

z Żydówką też nie było łatwo,

i to w dodatku w kraju

z którego został tylko język

(chociaż przyjaciel mówi

że tylko forma „pan” i ganki).

Mama opowiadała, że były dwie

uroczystości ślubne — cywilny

nie był chyba jeszcze zbytnio popularny? —

ach te kompromisy dla wspólnego dobra

i niezadrażniania stosunków, co?

A jak wróciłeś z wojny to podobno

kazałeś babci zrobić jajecznicę z dwudziestu jaj.

Zawsze mi to okropnie imponowało.

Myślę, dlaczego ty,

a nie ten drugi, ojciec ojca,

o którym nie wiem nic zupełnie —

nie wiem, czy można o kimkolwiek

tak bardzo nic nie wiedzieć — ponad to

że żył, miał żonę, imię i nazwisko,

i że musiał coś robić.

A więc byłoby nawet łatwiej

pisać o nim, do niego, niż do ciebie.

Mógłbym się stworzyć, wybudować od początku.

To by dopiero były emocje!

Czy Łódź wtedy też była taka ponura?

Wziąłbym cię oczywiście tutaj, do Otwocka,

i pokazał dokładnie to miejsce

gdzie nie ma nic do pokazania, opowiedział.

Może i stąd się wszystko wzięło: nie było gdzie

iść, co oglądać, trzeba było siedzieć po domach,

co najwyżej patrzeć przez okno —

pięćdziesięcio-, sześćdziesięcioletnie drewniaki, jedno dwa

piętra trzeszczących schodów, na podwórkach otwarte

doły i zdechłe koty, i piłka, która zawsze wpada dzieciom

do śmieci, trochę obdartych sosen, kałuże, albo ciemne

wyschnięte plamy po kałużach, bielizna na sznurku. To

wszystko — przez okno, a w środku

kaflowy piec, łóżko, kwadrat piwnicy na podłodze i zbrą-

zowiałe pasmo słońca, co usiadło pod szafą; kurz.

Moi tutaj przyjaciele nic o tobie nie wiedzą,

a może i wspomniałem kiedyś

o legii honorowej, wąsatym lieutenant, Verdun i Sommie,

ale to najwyżej raz i pewnie tylko jednemu albo dwóm,

nie pamiętam komu.

A jeśli nawet coś z tego zapamiętali,

pewnie myślą, że chciałem się pochwalić, kto wie?

A może naprawdę to jest dorabianie sobie genealogii?

Najbardziej to mi potem było wstyd

że nie nauczyłem się twojego języka.

Może mama zaczęła mnie uczyć za wcześnie,

kiedy wolałem wziąć przylepkę

i iść na podwórko (czy tak już musi zostać?

Colette raz powiedziała, że mógłbym mówić

całkiem dobrze). Na podwórku dzieci

też mi o tym przypominały, wołały

piot-huź, piot-huź, jakby wiedziały

i koniecznie chciały się tym ze mną podzielić,

że przyjechałeś z Francji. Ale wkrótce

zrozumiałem, że szło o inny kraj,

to znaczy o innego dziadka.

(Nie wiem, jak to się stało, że one

wiedziały wtedy o tym lepiej ode mnie. )

Ale nie chcę winić matki, sam

zmarnowałem jeszcze niejedną okazję.

Och, dziadku César,

dlaczego nie poczekałeś na mnie?

Twój prawnuk nie ma jeszcze trzech lat,

a jednak gdybym teraz umarł, chyba by

pamiętał już coś ze mnie.

Więc wystarczyłoby chociaż kilka lat

życia więcej, zupełnie nowy świat

którego musiałbyś się znowu uczyć,

te dziesięć lat, powiedzmy: koniec wojny,

Stalin, a w domu

zięć, który nie skończył bodaj czterech klas

w chederze, kuśnierz, i wreszcie ja,

w siedem lat po twojej śmierci.

o wykształceniu ojca mama wolała mi

nie mówić, było jej wstyd,

przed tobą wstyd być może byłby jeszcze większy.

Babcia nie lubiła go podobno,

ja nie mam stosunku, nie wiem

czy tylko sami ludzie ponoszą winę

za nieszczęśliwe małżeństwa.

(Pamiętam, raz mi zrobił kogel-mogel,

ale obiecał dać, gdy powiem, że wolę go od matki,

nie wiem, czy ona to pamięta,

ja pamiętam ten wstyd.)

Jest maj, parę dni temu spadły

pierwsze większe deszcze.

I nawet każda kropla ma swoją prehistorię,

która pozwala jej przybrać własny kształt.

Wiesz, czasem mi się zdaje, że jestem

zbitką gestów, które mnie przekonały,

słów, które jakimś cudem zapamiętałem

i czym prędzej schowałem do ręki

żeby nie uciekły, i paru milczeń

których nie umiem.

Po co ja to robię, no właśnie, po co?

W gruncie rzeczy nie ma mnie

dla ciebie jeszcze bardziej niż ciebie dla mnie,

choć ja przynajmniej wiem, że byłeś

i że umarłeś.

Po co ja piszę ten list, ten wiersz, to czy ja wiem co,

który chce mnie otworzyć z kilku stron

jednocześnie. Być może on powinien

znaleźć sobie jeszcze tylko jakiś naturalny koniec

i nie marudzić dłużej. Zawiesić cię w ramce

wspomnień na ścianie,

jako twój domniemany portret

(razem z tą jajecznicą z dwudziestu jaj, powiedzmy,

czy inną wyłudzoną historyjką),

ale on nie chce, on chce przez chwilę jeszcze

kontynuować temat, jakbyś naprawdę był

tylko literackim pretekstem, na tyle

pojemnym, by mówić o wszystkim.

Wiesz, przejeżdżałem dzisiaj

obok babci, to znaczy obok was

ja (wybacz, ale dopiero teraz

uzmysłowiłem sobie, że jeśli groby

nie zostały pomylone, jesteście tam razem),

było już ciemno, wziąłem taksówkę,

żeby zdążyć na sen dziecka,

którego nie widziałem tydzień.

Jechałem wzdłuż muru

oddzielającego martwych od żywych

i nie wiedziałem, czy wierzyć

w życie pozagrobowe, czy nie.

Czy to na pewno nasze dzieci

przenoszą nas dalej? Jakiś ślad

powinien zostać odciśnięty,

choć pewnie można by zapytać — po co.

I co to znaczy być wiernym sobie?

Za chwilę mam lekcję konwersacji

i powinienem wymyślić temat do rozmowy,

bo to już czerwiec i uczniowie

chcą się dostać na studia.

Czy ty lubiłeś prywatne lekcje, te panienki

przychodzące do ciebie do domu — teraz

zdaje się ulica Więckowskiego, a wtedy jak? —

Czy miałeś dla nich swój prawdziwy uśmiech, czy lekcje

to byłeś naprawdę ty?

Co za traf, że robię to samo!

(czy ty też musiałeś to robić?)

Owszem, uśmiecham się,

żeby nie wyszło całkiem źle, i zbieram, zbieram

wszystkie preteksty do wyduszania słów,

powody do rozmowy, na ciężkie chwile ciszy.

Pamiętam, że pisałem na ten temat wiersz,

który nie wyszedł. Ostatnio —

ale już spieszę się trochę — piszę

tylko wtedy, kiedy powinno wyjść,

albo gdy nie wiem, co wyjdzie, z ciekawości.

Ale czy ja naprawdę jestem mną?

I patrz, tyle myślałem o tym,

a to się samo kończy.

Przypisy:

1. cyplonok toże choczet żyt’ (ros.) — kurczak też chce żyć. [przypis edytorski]