Spóźniony list

Och, dziadku César,

dlaczego nie poczekałeś na mnie?

Wystarczyłoby jedno spojrzenie dziecka

i wiedziałbym dzisiaj, że mogę, że mam prawo

przypominać sobie twoją twarz, bo ją widziałem naprawdę

Zdjęcia są stare i martwe,

a opowiadania matki coraz rzadsze.

Wystarczyłoby jedno zdanie,

powtórzono by mi je, na pewno.

Wiesz, wuj Marcel, kiedy tam byłem

pierwszy raz, narysował mi całe drzewo genealogiczne

(ja też chciałem mu narysować,

ale było mi wstyd: mama, babcia —

babcię zresztą miał, bo była twoją żoną —

ojciec, i Chaim, i Fajga, jego rodzice,

o których, podobnie jak o nim, nic nie wiem do dziś

— i to wszystko), a ja patrzyłem i patrzyłem

zdziwiony, że znalazłem się na tej

dużej kartce, tuż pod mamą

i że w jednej rodzinie

może być tyle ludzi.

Ty byłeś oczywiście o wiele wyżej i głębiej.

Wszyscy mówili o tobie

z szacunkiem i miłością, i czułem

że miałeś artystyczną duszę,

i byłem dumny.

Myślę, że w porządnej francuskiej rodzinie

w tamtych czasach ożenić się

z Żydówką też nie było łatwo,

i to w dodatku w kraju

z którego został tylko język

(chociaż przyjaciel mówi

że tylko forma „pan” i ganki).

Mama opowiadała, że były dwie

uroczystości ślubne — cywilny

nie był chyba jeszcze zbytnio popularny? —

ach te kompromisy dla wspólnego dobra

i niezadrażniania stosunków, co?

A jak wróciłeś z wojny to podobno

kazałeś babci zrobić jajecznicę z dwudziestu jaj.

Zawsze mi to okropnie imponowało.

Myślę, dlaczego ty,

a nie ten drugi, ojciec ojca,

o którym nie wiem nic zupełnie —

nie wiem, czy można o kimkolwiek

tak bardzo nic nie wiedzieć — ponad to

że żył, miał żonę, imię i nazwisko,

i że musiał coś robić.

A więc byłoby nawet łatwiej

pisać o nim, do niego, niż do ciebie.

Mógłbym się stworzyć, wybudować od początku.

To by dopiero były emocje!

Czy Łódź wtedy też była taka ponura?

Wziąłbym cię oczywiście tutaj, do Otwocka,

i pokazał dokładnie to miejsce

gdzie nie ma nic do pokazania, opowiedział.

Może i stąd się wszystko wzięło: nie było gdzie

iść, co oglądać, trzeba było siedzieć po domach,

co najwyżej patrzeć przez okno —

pięćdziesięcio-, sześćdziesięcioletnie drewniaki, jedno dwa

piętra trzeszczących schodów, na podwórkach otwarte

doły i zdechłe koty, i piłka, która zawsze wpada dzieciom

do śmieci, trochę obdartych sosen, kałuże, albo ciemne

wyschnięte plamy po kałużach, bielizna na sznurku. To

wszystko — przez okno, a w środku

kaflowy piec, łóżko, kwadrat piwnicy na podłodze i zbrą-

zowiałe pasmo słońca, co usiadło pod szafą; kurz.

Moi tutaj przyjaciele nic o tobie nie wiedzą,

a może i wspomniałem kiedyś

o legii honorowej, wąsatym lieutenant, Verdun i Sommie,

ale to najwyżej raz i pewnie tylko jednemu albo dwóm,

nie pamiętam komu.

A jeśli nawet coś z tego zapamiętali,

pewnie myślą, że chciałem się pochwalić, kto wie?

A może naprawdę to jest dorabianie sobie genealogii?

Najbardziej to mi potem było wstyd

że nie nauczyłem się twojego języka.

Może mama zaczęła mnie uczyć za wcześnie,

kiedy wolałem wziąć przylepkę

i iść na podwórko (czy tak już musi zostać?

Colette raz powiedziała, że mógłbym mówić

całkiem dobrze). Na podwórku dzieci

też mi o tym przypominały, wołały

piot-huź, piot-huź, jakby wiedziały

i koniecznie chciały się tym ze mną podzielić,

że przyjechałeś z Francji. Ale wkrótce

zrozumiałem, że szło o inny kraj,

to znaczy o innego dziadka.

(Nie wiem, jak to się stało, że one

wiedziały wtedy o tym lepiej ode mnie. )

Ale nie chcę winić matki, sam

zmarnowałem jeszcze niejedną okazję.

Och, dziadku César,

dlaczego nie poczekałeś na mnie?

Twój prawnuk nie ma jeszcze trzech lat,

a jednak gdybym teraz umarł, chyba by

pamiętał już coś ze mnie.

Więc wystarczyłoby chociaż kilka lat

życia więcej, zupełnie nowy świat

którego musiałbyś się znowu uczyć,

te dziesięć lat, powiedzmy: koniec wojny,

Stalin, a w domu

zięć, który nie skończył bodaj czterech klas

w chederze, kuśnierz, i wreszcie ja,

w siedem lat po twojej śmierci.

o wykształceniu ojca mama wolała mi

nie mówić, było jej wstyd,

przed tobą wstyd być może byłby jeszcze większy.

Babcia nie lubiła go podobno,

ja nie mam stosunku, nie wiem

czy tylko sami ludzie ponoszą winę

za nieszczęśliwe małżeństwa.

(Pamiętam, raz mi zrobił kogel-mogel,

ale obiecał dać, gdy powiem, że wolę go od matki,

nie wiem, czy ona to pamięta,

ja pamiętam ten wstyd.)

Jest maj, parę dni temu spadły

pierwsze większe deszcze.

I nawet każda kropla ma swoją prehistorię,

która pozwala jej przybrać własny kształt.

Wiesz, czasem mi się zdaje, że jestem

zbitką gestów, które mnie przekonały,

słów, które jakimś cudem zapamiętałem

i czym prędzej schowałem do ręki

żeby nie uciekły, i paru milczeń

których nie umiem.

Po co ja to robię, no właśnie, po co?

W gruncie rzeczy nie ma mnie

dla ciebie jeszcze bardziej niż ciebie dla mnie,

choć ja przynajmniej wiem, że byłeś

i że umarłeś.

Po co ja piszę ten list, ten wiersz, to czy ja wiem co,

który chce mnie otworzyć z kilku stron

jednocześnie. Być może on powinien

znaleźć sobie jeszcze tylko jakiś naturalny koniec

i nie marudzić dłużej. Zawiesić cię w ramce

wspomnień na ścianie,

jako twój domniemany portret

(razem z tą jajecznicą z dwudziestu jaj, powiedzmy,

czy inną wyłudzoną historyjką),

ale on nie chce, on chce przez chwilę jeszcze

kontynuować temat, jakbyś naprawdę był

tylko literackim pretekstem, na tyle

pojemnym, by mówić o wszystkim.

Wiesz, przejeżdżałem dzisiaj

obok babci, to znaczy obok was

ja (wybacz, ale dopiero teraz

uzmysłowiłem sobie, że jeśli groby

nie zostały pomylone, jesteście tam razem),

było już ciemno, wziąłem taksówkę,

żeby zdążyć na sen dziecka,

którego nie widziałem tydzień.

Jechałem wzdłuż muru

oddzielającego martwych od żywych

i nie wiedziałem, czy wierzyć

w życie pozagrobowe, czy nie.

Czy to na pewno nasze dzieci

przenoszą nas dalej? Jakiś ślad

powinien zostać odciśnięty,

choć pewnie można by zapytać — po co.

I co to znaczy być wiernym sobie?

Za chwilę mam lekcję konwersacji

i powinienem wymyślić temat do rozmowy,

bo to już czerwiec i uczniowie

chcą się dostać na studia.

Czy ty lubiłeś prywatne lekcje, te panienki

przychodzące do ciebie do domu — teraz

zdaje się ulica Więckowskiego, a wtedy jak? —

Czy miałeś dla nich swój prawdziwy uśmiech, czy lekcje

to byłeś naprawdę ty?

Co za traf, że robię to samo!

(czy ty też musiałeś to robić?)

Owszem, uśmiecham się,

żeby nie wyszło całkiem źle, i zbieram, zbieram

wszystkie preteksty do wyduszania słów,

powody do rozmowy, na ciężkie chwile ciszy.

Pamiętam, że pisałem na ten temat wiersz,

który nie wyszedł. Ostatnio —

ale już spieszę się trochę — piszę

tylko wtedy, kiedy powinno wyjść,

albo gdy nie wiem, co wyjdzie, z ciekawości.

Ale czy ja naprawdę jestem mną?

I patrz, tyle myślałem o tym,

a to się samo kończy.