Wiersz o dewaluacji słowa „rewolucja”

W takim wierszu to słowo powinno zostać użyte tylko raz, w tytule

a cała reszta utworu

mogłaby być o wszystkim innym

tylko nie o nim.

Wyrazy można łączyć z wyrazami

tak, aby w drodze ewolucji powstały

zupełnie nowe stosunki wyrazów.

Zawsze pasjonowała mnie

subtelna różnica między „a” a „i”

oraz jak, wbrew pozorom,

te dwa spójniki wcale nie są wymienne.

Pytałem o to paru znajomych

uczniów szkoły średniej, ale mówią

że od urodzenia, to znaczy

od pewnego czasu zaledwie,

wszystkie wyjątki i odchylenia składni,

o których mówi nawet obowiązujący podręcznik,

upodobniają się z wolna

do ich własnych rodziców.

Nie chcą mi tego objaśnić szerzej,

to sekret, mówią, i wychodzą na przerwę,

a ja zostaję z moją niepewnością, wspominając wstyd,

jaki wywołałem na kilku twarzach.

Zaglądam do podręcznika, okazuje się

że: wczoraj o wpół do siódmej

pani Wilson gotowała obiad

dr Wilson badał pewnego pacjenta,

Susan pisała wypracowanie,

a Joan rozmawiała przez telefon z Dorą.

Czyli jednak podręcznik

nie jest taki zły: wyraża jednoczesność

świata, jest nowoczesny.

Ta myśl znów odgradza mnie

od uczniów, którzy by chcieli,

żeby wszystko było inaczej,

tak samo jak w życiu.

Teraz będziemy powtarzać, mówię,

podczas gdy od sufitu, który jest podłogą

dla tych, co zakładają dekoracje

na kolejną rocznicę Wielkiego Października,

dobiega salwa gwoździ.

Zaczęło się, myślę, i próbuję

przypomnieć sobie wiadomości

nabyte na poligonie pod Morągiem.

Wraz z kilkoma uczniami,

których udaje mi się zachęcić nadzieją sławy

jednostronnie wypowiadamy szkole układ

wieczystego milczenia.

Ale oto dzwonek rozlega się na korytarzu

jak gdyby nigdy nic. Moi uczniowie

przypominają sobie, że chcą się dostać

na studia. I to jest

koniec wiersza.