Palimpsest Powstanie

„ — Zawołać naszych chłopaków?

— Zawołaj!”

(Edward Stachura, Siekierezada)

Wstęp

Powstanie warszawskie, mimo upływu 75 lat, wciąż budzi żywe dyskusje i kontrowersje. Szczególnie w ostatniej dekadzie widoczny jest wzrost zainteresowania jego tematyką wykraczający poza środowiska historyków i pasjonatów militariów. Szlak bojowy większości powstańczych oddziałów doczekał się swoich monografii, nakręcono seriale oraz filmy dokumentalne i fabularne z Miastem ’44 na czele, ukazały się komiksy, a symbole Polski Walczącej zagościły na stałe w świadomości polskiego społeczeństwa. Nie ulega wątpliwości, że i w bieżącym 2019 roku na przełomie lipca i sierpnia Polska zostanie zalana rocznicowymi artykułami, okolicznościowymi wywiadami z coraz mniej licznymi świadkami godziny „W” i komentarzami zarówno poważnych, jak i domorosłych historyków. Czy jest w tej sytuacji sens i potrzeba wypuszczania kolejnej publikacji poruszającej problem przebiegu powstania, czego podjął się w książce Palimpsest Powstanie Radosław Wiśniewski? Można by zapewne stwierdzić, że takich wydawnictw były już dziesiątki, jeśli nie setki w 2004, 2009 czy 2014 roku. Jednak już pierwsze strony Palimpsestu zmuszają do refleksji, że wymyka się on prostemu zaszufladkowaniu. Autor, który wplatając w narrację własne doświadczenia, zadbał o nadanie mu osobistego, unikalnego charakteru, nie poszedł na skróty ścieżkami przetartymi przez autorów wydawnictw popularnych. Zamiast tego zadał sobie trud poznania i przelania na papier prawdziwych historii ludzkich. Historii tak często kryjących się za suchymi słowami opracowań naukowych analizujących działania bojowe w Warszawie, w których na koniec opisu starcia zwięźle wylicza się poległych i rannych, gdzieniegdzie okraszając go jeszcze przymiotnikiem „zacięte”, „bohaterskie”. Czy dzisiaj jesteśmy w stanie w pełni zrozumieć wymiar owego bohaterstwa? Powstanie dla obecnego pokolenia, przyzwyczajonego już do pełnych półek w sklepach, swobodnych podróży po świecie i korzystania z najnowszych osiągnięć techniki, jest doświadczeniem niewyobrażalnym. Radosław Wiśniewski wystrzegł się jednak pułapki patosu, w którą łatwo wpaść historykowi XX-wiecznych dziejów Polski. W jego Palimpseście jest poświęcenie, odwaga, patriotyzm wyrażający się czynem, a nie czczą gadaniną, lecz również egoizm, małostkowość i zbrodnicza wręcz głupota. Są postaci powszechnie znane, jak Marek Edelman czy Krystyna Krahelska, ale są i takie, o których trudno znaleźć wzmiankę w najpopularniejszych źródłach pamięci zbiorowej o powstaniu. Godne naśladowania przykłady zachowania i postaw tym bardziej zabłysną na ponurym tle warszawskiej hekatomby, jeśli nie będziemy ich przypisywać spiżowym pomnikom powstańców, lecz ludziom z krwi i kości. Ludziom, którzy w chwili próby postępowali przyzwoicie i odważnie z wyboru, w warunkach przekraczających ich wytrzymałość psychiczną i fizyczną. Takich książek, ukazujących ludzki wymiar powstania warszawskiego, do których z czystym sumieniem można zaliczyć publikację Radosława Wiśniewskiego, nigdy za wiele.

Artur Wodzyński

Prolog

Było ze czterdzieści lat po wojnie. Postanowiłeś wreszcie pokazać matce, że twój rower to statek kosmiczny „Feniks” z serialu Załoga G1, że jest zwinny, szybki oraz zwrotny. I był zwinny, szybki oraz zwrotny, ale udawało się to tylko przez chwilę, bowiem najechałeś rowerem na kant studzienki kanalizacyjnej wstającej ponad rozmiękły od wczesnoletniego upału asfalt i twoje drogi z rowerem dramatycznie się rozeszły. To znaczy on stanął, a ty leciutki niczym gołąbeczek pokoju poleciałeś głową naprzód i uderzyłeś twarzą o krawężnik. Niewiele z tego pamiętasz, poza tym, że zachłystywałeś się krwią, a bardziej niż ból czułeś przerażenie. Matka podniosła cię najpierw tak jak leżałeś, ale wtedy krew chlusnęła na ziemię. Matka przestraszyła się, więc odwróciła cię twarzą ku słońcu. Tak trzymając cię w ramionach, pobiegła na przełaj przez dwa pasma dzisiejszej alei Sikorskiego w stronę bloków mieszkalnych po drugiej stronie. Zadzwoniła do pierwszych drzwi na parterze. Otworzyła jej starsza kobieta i bez słowa wpuściła do mieszkania, wskazała łazienkę, pomogła obmyć cię z krwi, śliny i łez. Okazało się, że rany są paskudne i brzydkie, ale bardziej powierzchowne, niż można by przypuszczać. Wyglądało na to, że poza złamanym zębem i wywiniętą, zmaltretowaną górną wargą — nie wyniesiesz z tego wypadku trwałych śladów na resztę życia.

— Niech Pani położy chłopczyka na kanapie u męża w pokoju, niech trochę ochłonie — powiedziała starsza pani, która otworzyła drzwi i dodała jeszcze z ciepłym uśmiechem adresowanym do ciebie — do wesela się zagoi...

Wtedy nie rozumiałeś zupełnie, co to znaczy, bo nie za bardzo rozumiałeś sens słowa „wesele”. Wiadomo było tylko tyle, że to jakiś bardzo odległy termin, a ta świadomość nie zadziałała uspokajająco. Mąż starszej pani siedział w głębokim fotelu, przykryty do kolan kocem w kratę, w zaciemnionym, pełnym książek pokoju. Patrzył na ciebie z uśmiechem, kiedy matka kładła cię na szerokim, miękkim łóżku. Jeszcze trochę popłakiwałeś, bo miałeś tylko sześć lat i jeszcze nikt nie zdążył ci powiedzieć, że nie jesteś nieśmiertelny.

— Boli cię? — zapytał cicho mąż starszej pani, patrząc ci w oczy i uśmiechając się przy tym. Nie było w tym uśmiechu nagany, zdziwienia, wyzwania, że chłopaki nie płaczą. Nie dziwił się, że jak boli, to się płacze. — Moi koledzy czasem też płakali, wiesz? Często bywało, że któregoś zraniła kula, odłamek... — westchnął, patrząc na ciebie i nadal uśmiechając się spod krzaczastych brwi, dodał — i wtedy było dużo krwi i bardzo bolało. Było Powstanie. I myśmy mieli po parę lat tak jak Ty, i nosiliśmy pocztę albo meldunki, albo zwykłe wiadomości od ludzi do ludzi. I bywało, że któryś z nas zostawał ranny. I jak bardzo bolało, to płakał czasem... Będą ciebie uczyli, że słodko i zaszczytnie jest umierać za Ojczyznę, ale wiesz... na pewno nie słodko, na pewno nie słodko... — tutaj starszy człowiek przerwał na chwilę, nabrał w płuca powietrza, nosem nachylił się ku tobie, a ty z tego wszystkiego przestałeś płakać i patrzyłeś na niego szeroko otwartymi oczami.

Nagle nie widziałeś już starszego, siwego pana na fotelu, przykrytego kocem w kratę, ale chłopaka takiego jak ty, w krótkich portkach, z podciągniętymi podkolanówkami, albo odwrotnie — zwiniętymi w kluchę na kostce, umorusanego kurzem, gdzieś na warszawskim podwórku. Namnożyło się tych postaci. Nie ma wokół bloków z wielkiej płyty, bo jeszcze nikt jej nie wymyślił. Jest gorące lato. Płoną wokół domy, wyją nad głowami Stukasy2, startujące kilka razy dziennie z niezdobytego w Godzinie „W”3 przez baterię „Kuba”4 Okęcia. Starszy pan jest zatem chłopcem i próbuje się bawić tak jak ty czterdzieści lat później. Nie przekonuje nikogo, że ma rowerek, który jest jak „Feniks” z Załogi G, bo tej bajki jeszcze nikt nie wymyślił, ale jest może jak Indianin ze szczepu Czarnych Stóp, szybki, zwinny i dzielny. Ale nagle słyszy z boku wizg, a potem głuche uderzenie, jakby coś twardego uderzało w poduszkę, w puch. Kolega obok zachłystuje się krwią, a matka go niesie bezwładnie zwieszonego z rąk do pierwszych drzwi na parterze najbliższej kamienicy, gdzie bez słowa otwiera jej obca kobieta i wprowadza do łazienki, żeby przemyć dziecko z krwi, ale po umyciu okazuje się, że rany nie są powierzchowne, a krew nie przestaje płynąć.

— ...oni płakali, bo bolało, to zupełnie normalne i ludzkie... — starszy pan dalej uśmiechał się ciepło, patrząc ci w oczy i jeszcze raz zawiesił głos, jakby chciał się upewnić, że dobrze sobie to wszystko wyobraziłeś — ale potem jakoś przestawali, bo koledzy, czasem gorzej ranni, poparzeni, poszarpani — leżeli obok i patrzyli, a jak oni patrzyli, to i jakoś to płakanie nam przechodziło, że to jednak nie fason.

I oni już byli blisko, może w spojrzeniu starego człowieka, który uśmiechnął się szerzej, przymknął oczy i odchylił się ze spokojem na oparcie fotela, nie przeczuwając nawet, z jaką armią zostawił ciebie na resztę życia.


Trzymać fason. Bateria „Kuba”

Wytyczne mówiły, że raz ogłoszone pogotowie bojowe nie powinno być odwołane. Zebrane w lokalach konspiracyjnych oddziały z wyfasowanym uzbrojeniem, zaopatrzeniem, przygotowanymi służbami w pobliżu celów natarcia będą prawie na pewno trudne do ukrycia, tym bardziej, że przecież to wszystko młodzi ludzie z fantazją niemal ułańską. Zamykają drzwi, legitymują mieszkańców, nawet przeprowadzani przez łączniczki do miejsc koncentracji w małych grupach — rzucają się w oczy. Z drugiej strony pogotowie bojowe nie powinno być utrzymywane dłużej niż dwie doby. Ludzi w lokalach konspiracyjnych trzeba wyżywić, trzeba dać jeść, pić, muszą gdzieś spać. Niemożliwe jest utrzymanie pełnej tajemnicy przy ogłoszeniu pogotowia, odwołaniu i ponownym ogłoszeniu, a tajemnica jest kluczem do zaskoczenia, a zaskoczenie — jedynym sprzymierzeńcem licznych, ale słabo uzbrojonych konspiratorów. Uzbrojonych tym gorzej, że latem jeszcze wyekspediowano ze składnic Warszawy za Wisłę około 900 pistoletów maszynowych własnej roboty z amunicją, bo przecież nikt nie brał poważnie pod uwagę włączenia do planu „Burza”5 samej Warszawy.

Tymczasem na wieść o tym, że gubernator Warszawy6 wydał obwieszczenie nakazujące stawić się ludności cywilnej w dniu 28 lipca do robót fortyfikacyjnych, Komenda Okręgu ogłasza rano tego samego dnia pogotowie bojowe we wszystkich oddziałach. Powinno to oznaczać, że najpóźniej wieczorem dnia następnego, czyli 29 lipca 1944 roku, skoncentrowane oddziały dostaną rozkaz ataku. Skojarzenia między zarządzeniem gubernatora Fischera a branką Wielopolskiego7 wydają się oczywiste. Ale ludność Warszawy nie stawiła się do robót, a Niemcy nie zareagowali tak, jak tego można by się spodziewać. W powietrzu czuć, że są w strasznym popłochu, że w maszynie okupacyjnej coś się zaciera. Na pytanie jednego ze sprzedawców, co tak młode panie kupują u niego tyle białych materiałów, odpowiadają podobno, że wojna się kończy, narzeczeni będą wracać i trzeba na śluby się szykować. Pogotowie jednak tego samego dnia, 28 lipca po południu, odwołano. W związku z godziną policyjną było za późno na rozwiązanie koncentracji i faktycznie wszyscy nocowali w kwaterach mobilizacyjnych, w praktyce na podłogach prywatnych mieszkań. W ramach pogotowia oddziały osiągnęły liczebność bliską 80% zaprzysiężonych członków. To było bardzo dużo. Kiedy pogotowie odwołano, oddziały musiały na wypadek nowego pogotowia poszukać nowych miejsc zbiórki, poszukać nowych magazynów zdawanej broni, siłą rzeczy nie mogły być to miejsca wybrane z takim rozmysłem i tak dobrze przygotowane jak te, których wybór i przygotowanie trwało ostatnich kilka miesięcy.

Kiedy dosłownie dwa dni później bez wcześniejszego ogłoszenia pogotowia zapada decyzja o wyznaczeniu godziny „W” na 1 sierpnia, godzinę 17:00, staje się jasne, że wiele oddziałów nie będzie w stanie zebrać się równie szybko i sprawnie jak w czasie pierwszego pogotowia. Ocenia się, że w Godzinie „W” zebrano średnio 50% stanów i wydano około 30% zakonspirowanej broni. Decyzja o wybuchu Powstania zostaje wydana 31 lipca o godzinie 19, jeżeli wziąć pod uwagę, że było to tuż przed godziną policyjną, to na koncentrację pozostawało przedpołudnie 1 sierpnia, mało jak na regularne wojsko, a co dopiero na wojsko podziemne. Gorsze wykonanie koncentracji wynika prawdopodobnie też z tego, że ogłaszanie alarmu i jego odwołanie bywa demobilizujące. Kiedy ten pierwszy alarm okazuje się próbą, myślisz, że ten drugi to raczej też nie będzie na poważnie. Co więcej — wyznaczenie godziny natarcia na 17 jest także zaskoczeniem, ale dla powstańczych dowódców. Przez wiele miesięcy przygotowywano się do uderzenia na umocnione posterunki niemieckie o zmroku lub przed świtem — wtedy, kiedy czujność przeciwnika jest najbardziej osłabiona. Uderzenie w biały dzień na obiekty, które często są umocnione, w sytuacji gdy broń to najczęściej granaty, których zasięg jest mierzony siłą rzutu i nie przekracza z zasady 20–30 metrów, w pełnej widoczności, wobec przytomności nieprzyjaciela — nie jest szczytem marzeń tych, którzy mają na poły bezbronne powstańcze wojsko poprowadzić do szturmu.

Szczególnie trudne zadanie Komenda Okręgu AK powierza pułkowi „Garłuch”, który ma w trzech batalionach nominalną siłę 1800 ludzi i ma za zadanie, uderzając wielkim półkolem z Okęcia, Służewca, Rakowa, zająć lotnisko na Okęciu i zakłady PZL8 przy ulicy Krakowskiej. Ten pozornie odległy od centrum zdarzeń punkt wydaje się szalenie istotny. Z jednej strony w świetle zamiarów i nadziei Komendy Głównej AK — zajęcie lotniska miało pozwolić na w miarę szybki, niezakłócony przerzut Brygady Spadochronowej9. Z drugiej — jak pokaże przebieg Powstania — zajęcie lotniska mogłoby znacząco obniżyć aktywność niemieckiego lotnictwa bombowego, które dysponując niewielkimi siłami, dzięki posiadaniu lotniska dosłownie o płot od obiektów, które miało atakować, mogło jednak wykonywać kilkadziesiąt akcji dziennie. Wadze zadań powierzonym pułkowi „Garłuch” nie odpowiadał stan uzbrojenia. Dowódca pułku, major Stanisław Babiarz ps. Wysocki10, jeszcze 1 sierpnia rano udaje się do kwatery głównej komendanta okręgu „Montera”11 i próbuje przekonać go, że jego oddziały nie mają dość odpowiedniego wyposażenia, by nacierać w otwartym w większości terenie na umocnione obiekty, a Okęcie jako lotnisko wojskowe było umocnione, obsadzone m.in. przez baterie działek przeciwlotniczych. Perswazje nic nie dały i rozkaz został podtrzymany.

O godzinie 17:00 Pułk „Garłuch”12 miał wykonać zaskakujące uderzenie na niemieckie pozycje wokół Okęcia. O godzinie 16:00, wobec słabości uzbrojenia swoich żołnierzy, wobec tego, że udaje mu się zebrać nie więcej niż 60–70% stanów oddziałów, wobec tego, że większość żołnierzy ma nacierać w otwartym terenie na umocnionego przeciwnika, wobec czołgów, które przechodzą w pobliżu lokali konspiracyjnych — major „Wysocki” wydaje rozkaz o odwołaniu natarcia. Nie wszędzie ten rozkaz dociera. Gdzieniegdzie nie ma to większego znaczenia, bo niektóre grupy i oddziały powstańcze zostają zdekonspirowane po drodze na koncentrację. Większa część Kompanii „Maria” z III batalionu pułku zostaje osaczona w domu numer 175 przy szosie Krakowskiej. Niemcy strzelają do budynku ze wszystkiego co mają, w tym z automatycznych działek przeciwlotniczych, przed którymi osłony nie dają ceglane ściany. Budynek zostaje podpalony. Większość żołnierzy kompanii ginie 1 i 2 sierpnia lub dostaje się do niewoli, co jest równoznaczne z rozstrzelaniem. Do ataku rusza także II batalion pod dowództwem majora Aleksandra Mazura ps. „Zawisza”13, ale wobec przewagi nieprzyjaciela „Zawisza” nakazuje wycofać się na pozycje wyjściowe i czekać na dalsze rozkazy. Wieczorem major uda się do dowódcy pułku, przez przypadek wpadnie na niemiecki patrol i zginie.

Pułk miał też swój oddział artylerii polowej o kryptonimie „Anna”, a od swojego dowódcy — porucznika Romualda Jakubowskiego ps. „Kuba”14— zwany po prostu Baterią „Kuba”. Nie trzeba dodawać, że bateria nie miała ani jednego działa. Podzielona na trzy plutony, posiada na ponad stu osiemdziesięciu ludzi 6 pistoletów maszynowych, 3 karabiny, kilkadziesiąt sztuk broni krótkiej i czterysta granatów ręcznych. Sam „Kuba” — wedle relacji zebranych przez Stanisława Podlewskiego — nie widział szans powodzenia wykonania zadnia, na ostatniej odprawie miał to powiedzieć wprost. Od majora „Wysockiego” usłyszał podobno:

— Panie poruczniku, proszę nie mędrkować, tylko słuchać...

Tymczasem rozkaz o odwołaniu ataku w ogóle nie został wysłany do baterii „Kuba”. Na uwagę szefowej łączności zgrupowania, że nie została wysłana łączniczka do porucznika „Kuby”, major „Wysocki” miał rzucić tylko:

— To tacy zapaleńcy i odważni do szaleństwa — nuż im się uda zdobyć lotnisko.

Zatem Bateria „Kuba” miała uderzyć sama, tylko przypadkiem wspierana przez elementy II i III batalionu, które uległy dekonspiracji, albo do których rozkaz o odwołaniu natarcia nie dotarł na czas, nie na tyle szybko, by dowódcy nakazali odwrót. Uderzenie całym pułkiem rozproszyłoby może nieco ogień Niemców, dało jakieś szanse na bezpieczny odskok, bo że natarcie zakończy się niepowodzeniem, było raczej do przewidzenia, świadczyła o tym spóźniona mocno decyzja majora „Wysockiego”. Ale jest za późno, chłopcy wybiegają już kwater, truchtają uliczkami, alejkami, kobiety klękają, robią znaki krzyża, modlą się. Jakiś chłopiec podbiega do kaprala Kazimierza Twardo ps. „Łysy”15 i prosi:

— Panie, dajcie mi jakąś broń. Chcę bić Niemców.

— Synku, wracaj do mamy!

— Kiedy chcę bić Niemców z wami.

Kpr. „Łysy” (Kazimierz Twardo) wkłada mu w rękę granat-sidolówkę, w biegu pokazuje jak zerwać zawleczkę, odliczyć trzy sekundy ściskając łyżkę i rzucić. Ale zanim ktokolwiek będzie mógł rzucić granat, trzeba przebiec niemal otwarte pole, zaorany ugór bez żadnej zasłony terenowej. Chłopcy rozsypują się z drużynowych kolumienek w tyralierki i przeskakują pierwszy odcinek dzięki zaskoczeniu, ale Niemcy błyskawicznie orientują się, że nie jest to żadne generalne natarcie. Raczej pomyłka. Bateria „Kuba” koncentruje na sobie cały ogień, strzelają ciężkie karabiny maszynowe, kładąc zapory ogniowe, snajperzy, automatyczne działka przeciwlotnicze, startuje samolot Fi-156 Storch16 i z jego pokładu ktoś dokłada jeszcze seriami z góry, zza pleców, od strony szosy krakowskiej wyjeżdża jeden (według innych relacji dwa) samochody pancerne i chłopcy dostają też ogień w plecy. „Kuba” co i raz próbuje poderwać ludzi, bo wie, że zaleganie w otwartym polu to śmierć, ale zwraca na siebie uwagę, zostaje trafiony. Odzywają się od czoła natarcia głosy, że dowódca ranny, dawać sanitariuszkę, ale szybko okazuje się, że dowódca już nie żyje. Wkrótce ginie też jego zastępca, podporucznik Tadeusz Jędrzejak pseudonim „Harley”17. I wtedy podnosi się dowódca pierwszego plutonu, brat „Kuby”, podporucznik Zbigniew Jakubowski ps. „Słoń”18 i daje głos. Żeby w tej krwawej łaźni wiedzieli, że jest głos, który dowodzi, że walka trwa. Dopiero teraz dociera do wszystkich rozkaz wycofania, że natarcie odwołane. Cofają się jak kto może, ostrzeliwani ze wszystkich stron, niemający czym odpowiedzieć. „Słoń” wraz z grupką kilkunastu ludzi cofa się na Zagościniec, ale tam dostają się pod silny ostrzał od strony alei Lotników i giną. Poszczególne grupy będą krążyły, niektórzy spróbują przeniknąć do Kampinosu, niektórzy na Mokotów, gdzie wielu też dosięgnie śmierć, tylko niecałe dwa miesiące później. Ze stu osiemdziesięciu ludzi Baterii „Kuba” ginie ponad 120, wielu rannych jeszcze następnego dnia dobijają na przedpolu Niemcy.

Przy pożegnaniu z matką „Kuba” miał powiedzieć:

— Pamiętaj matulko, że to wojna, możemy nie powrócić. Nie wolno ci się załamywać, fason trzeba trzymać do końca.


Zła noc

Nadchodzi zmierzch i ciężka noc. Żołnierze Pułku „Garłuch” nie bardzo wiedzą, co mają robić. Cofnięci na pozycje wyjściowe, często pod ogniem nieprzyjaciela, nie dostają nowych rozkazów. Grupy żołnierzy domagają się od oficerów jakiejkolwiek decyzji, niektórzy chcą na własną rękę przebijać się w stronę kompleksów leśnych — Lasów Chojnowskich albo Puszczy Kampinoskiej. Pułk „Garłuch”, wskutek braku zdecydowania w ciągu tej nocy i następnego dnia, w zasadzie przestanie istnieć. Luźne ale liczne grupy młodych, częściowo uzbrojonych ludzi wędrujące w różnych kierunkach będą zwracały uwagę tyłowych patroli niemieckich. Będą wyłapywani i rozstrzeliwani, część dotrze na Mokotów, część się rozproszy.

To ciężka noc, w której trwają walki, ale trwa też exodus z miasta. Ogólne wrażenie jest takie, że godzina „W” w zasadzie nigdzie nie przynosi jednoznacznego sukcesu. Większość strategicznych i operacyjnych obiektów wyznaczonych do zajęcia pozostaje w rękach niemieckich. Mosty, dworce, duże budynki użyteczności publicznej. Straty powstańców są bardzo ciężkie. Mówi się o ponad dwóch tysiącach zabitych i rannych. Taka rzeź nie powtórzy się w czasie Powstania, jeżeli mowa o skutkach walki w jednostkach liniowych. Bo oczywiście ludność cywilna swój największy koszmar ma dopiero przed sobą. Jeden z historyków Powstania, Jerzy Kirchmayer19, zarzuci „Monterowi” w powojennych opracowaniach, że planując Godzinę „W” na godzinę 17, rozumował jak przedwojenny polowy dowódca, który chciał rozpoznać przeciwnika walką, ocenić jego położenie, gdzie trzyma się mocno, a gdzie słabo, pod osłoną nocy przegrupować swoje siły i o świcie uderzyć na przeciwnika znowu. Sam „Monter” przyznawał po wojnie, że zamiarem było dozbroić się w obiektach słabo obsadzonych i wzmocnić się przed uderzeniem na obiekty silnie obsadzone. Przy czym dzięki temu rozproszono i tak słabe siły, wyznaczając im setki równorzędnych celów, bez cienia myśli, że raz odparte natarcia nie zostaną wznowione, bo oddziały się rozsypią, wyjdą samowolnie z miasta, nie nawiązując łączności z wyższym dowództwem albo po prostu — jak bateria „Kuba” po pierwszym ataku — przestaną istnieć.

Gorzką ocenę realizacji strategicznych planów dowództwa AK wystawił dowódca garnizonu warszawskiego, świeżo przybyły z Wilna Generał Stahel20, który w pisanym w sierpniu raporcie z walk w Warszawie nawet nie zauważył, że godzina „W” była nakierowana na jakieś strategiczne cele. Pisze o rozproszonych atakach na pomniejsze cele, których zamiarem jest zapewne zdobycie broni, amunicji. To by się zgadzało z zamiarem „Montera”.

Z wielu relacji wyłania się obraz chaosu. Wszystko nieźle działa w obrębie jednej dzielnicy, części dzielnicy, tam gdzie działają zwarte oddziały, ale trudno mówić o jakiejkolwiek koordynacji działań między dzielnicami, czy o planowym przegrupowaniu sił. Tej nocy dowodzący obwodem Żoliborz ppłk Mieczysław Niedzielski ps. „Żywiciel”21 po stratach poniesionych w godzinie „W” wraz z około 900 swoimi ludźmi, z czego około połowa była uzbrojona — opuszcza miasto i udaje się do Kampinosu, zostawiając jedynie niewielką placówkę na placu Wilsona. Nic o tym nie wie dowódca oddziałów partyzanckich w puszczy, kapitan Józef Krzyczkowski ps. „Szymon”22, który oczekiwał wsparcia z Żoliborza w godzinie „W”, kiedy uderzał na lotnisko polowe na Bielanach. Nie doczekawszy się pomocy od oddziałów warszawskich, przegrupowuje się pod osłoną nocy do kolejnego ataku. Powstańcy uderzą o 4 rano, znowu bez powodzenia, przy czym ciężko ranny zostanie kapitan „Szymon”. Opuszcza miasto samodzielne zgrupowanie kapitana Władysława Nowakowskiego „Serba”23, próbuje wyjść ze Starego Miasta zgrupowanie batalionu „Antoni”24 oraz „Wigry”25 pod dowództwem ppłk. Franciszka Rataja ps. „Paweł”26. Bataliony docierają na Wolę i tam zostają zatrzymane. Dowódca obwodu Ochota, ppłk Mieczysław Sokołowski „Grzymała”27, postanawia wyjść z około 700 ludźmi, z których tylko około 100 ma uzbrojenie, w kierunku Lasu Sękocińskiego. Na Ochocie 2 sierpnia zostają tylko dwa punkty oporu — w rejonie Monopolu Tytoniowego28 i w czworoboku ulic Wawelska, Pługa, Milanowskiego i Uniwersytecka. W nocy odpływa z Mokotowa także batalion „Karpaty”29 oraz inne mniejsze oddziały, które poniosły porażkę w godzinie „W” — łącznie około tysiąca ludzi. W sumie tej nocy i następnego dnia opuszcza Warszawę około pięciu tysięcy ludzi. Część z nich — jak zgrupowanie „Żywiciela” czy „Grzymały” — podejmie próby powrotu do stolicy i zacznie się rozbudowywać, część — jak pułk „Garłuch” — rozproszy się bezpowrotnie.

Jeżeli coś ratuje Powstanie na tym etapie od całkowitego niepowodzenia, to postawa ludności cywilnej. To właśnie znakomity duch, radość, entuzjazm wśród cywilów w pierwszych godzinach Powstania powoduje krzepnięcie powstańczego wojska.

Mimo woli kojarzy się ta noc sierpniowa z nocą styczniową30 sprzed bez mała stu lat, kiedy to insurgenci mieli uderzyć na zaborcę na terenie całego Królestwa i która to noc również brzmiała w większości miejsc porażką i klęską. A jednak — podobnie jak wtedy — mimo porażek, odwrotów, szukania bezpiecznej przystani w lasach, pojawia się zaskakujący efekt. Przeciwnik niby trzyma gardę, zadaje większe straty, nawet wydaje się, że triumfuje, ale traci inicjatywę, zamyka się w bezpiecznych enklawach, w których może się sycić swoją przewagą ognia, ale zostawia słabszym buntownikom teren, pozornie rzecz bez znaczenia. Tam, wtedy — w 1863 roku — zaczyna grupować swoje garnizony wyłącznie w większych miejscowościach, zostawiając insurgentom mniejsze miejscowości niemal bez osłony, dzięki czemu tamci powstańcy zyskują na kilka-kilkanaście dni oddech, krzepną partie, nabierają charakteru wojskowego zbieraniny chłopsko-ziemiańskie i kiedy przeciwnik odzyskuje inicjatywę, okazuje się, że pozornie rozbitego już przeciwnika nie jest tak łatwo dobić. I tutaj dzieje się coś podobnego. Godzina „W” jest w zasadzie z wojskowego punktu widzenia porażką, ale Niemcy, spodziewając się samego powstania, nie podejrzewali jego skali — i to jakby wbrew ocenom generała Stahela, które zdawały się bagatelizować osiągnięcia pierwszych godzin walki. Na kilka dni Niemcy, mimo niekwestionowanej przewagi na każdym planie, tracą jedno — inicjatywę. Kiedy ją odzyskają koło 5 sierpnia — naprzeciwko nich nie będzie stało to samo wojsko, nie te wstrząśnięte niepowodzeniami rozproszone częściowo grupy wyłapywane w różnych miejscach 2 sierpnia. To będzie wojsko, które będzie czuło za plecami wsparcie całego miasta. I tak długo jak ta symbioza będzie trwała — a będzie to różnie wyglądało w różnych rejonach miasta — ten żołnierz będzie dokonywał cudów, które nie śniły się Generałowi Stahelowi ani jego następcy — Erichowi von dem Bachowi31.


Widzenie Tymoteusza. Śpiew murów

Może tego nie widzisz Synku, ale miewam trochę nieobecny wzrok. Staram się zapominać na czas bycia z Tobą o tym, co we mnie zamieszkało. To zawsze było, ale ostatnio to coś chce gadać, mówić do mnie. Nie wiem, dlaczego akurat lato tego roku przymusiło mnie do opowiedzenia samemu sobie tej historii jeszcze raz. Czy z powodu tej liczby — czterdzieści i cztery — która koresponduje z moimi urodzinami? Tak to wyjaśniałem paru znajomym, Twojej Mamie. Ale tak naprawdę — nie mam pojęcia, dlaczego to się ze mną dzieje. Dźwięczy mi to w uszach, kotłuje się w głowie i ona czasem boli, a czasem bolą plecy, jakbym cały dzień nosił żelastwo z piwnic hurtowni na górę i z powrotem. I to też zresztą się czasem zdarza. Zatem gadam do siebie. Bo przecież często tak jest, że aby lepiej zrozumieć jakieś zdanie albo zadanie, powtarza się je na głos. Tak, żeby związki między wyrazami, pojęciami stały się jaśniejsze, jakby się ręką wodziło po niewidzialnym przedmiocie, próbując odgadnąć, co to właściwie jest, z czego jest zrobione, do czego można tego użyć, czy może się do czegoś przydać, czy czymś grozi.

Mówię do siebie, że czuwam i zarazem próbuję sobie tę historię opowiedzieć jeszcze raz, na głos, poskładać kilka znaczących dla mnie szczególnie fragmentów, głosów, zdań, obrazów. Z jednej strony schładzam, uciszam, oddalam się. Z drugiej nasłuchuję tych głosów łapczywie:

Nocą, gdy miasto odpłynie w sen trzeci,

a niebo czarną przewiąże się chmurą,

wstań bezszelestnie, jak czynią to dzieci,

i konchę ucha tak przyłóż do murów.

Zaledwie westchniesz, a już cię doleci

z samego dołu pięter klawiaturą

w szumach i szmerach skłębionej zamieci

minionych istnień bolesny głos chóru.

„Bluszczem głosów spod ruin i zgliszcz

pniemy się nocą na dachy i sen,

tobie, Warszawo, w snach naszych śnisz,

nucąc wrześniami żałobny nasz tren”.

T. Gajcy, Śpiew murów

Podobno wczoraj bawiłeś się z Mamą w pokoju siostry, a ja jadłem mój dietetyczny posiłek po pracy i nagle odwróciłeś się w stronę schodów, które prowadzą na poddasze, gdzie spędzam teraz na lekturach i pisaniu sporo czasu, pokazałeś palcem na górę i powiedziałeś:

— Pan pośet!

Mama powiedziała, że nikogo nie ma, a Tata jest na dole, ale Ty przecież widziałeś i wiesz lepiej, co widziałeś, więc pokazałeś jeszcze raz z pokoju siostry schody na poddasze i powiedziałeś zdecydowanie:

— Pan, Pan pośet — po czym dodałeś, zaplatając rączki wokół klatki piersiowej — boje-boje!

Wierzę ci, że mogłeś coś albo kogoś widzieć i miałeś prawo się tego przestraszyć. Podobno dzieci i psy tak mają, że widzą niewidoczne dla dorosłych postaci, a nawet potrafią z nimi rozmawiać. Te dobre i te mniej dobre. Muszę ci powiedzieć, że od kiedy czuwam na głos, czasem mam wrażenie bliskiej obecności, chociaż bałbym się jakoś jednoznacznie ją określić, żeby nie popadać w to wszystko, czego się nie da obronić w języku. Tam na poddaszu zbiera się dużo jakiegoś koloidu. Mówię sobie, że to kurz z książek, z dawno nieruszanego regału. Wszystkie te książki kiedyś miałem w rękach, sporo z nich przeczytałem. Niektóre po kilka razy, a nawet jak byłem młodszy, rysowałem ołówkiem na planach i mapkach swoje wersje taktycznych rozwiązań nierozwiązywalnych zadań, głównie bojowych. I od kilku tygodni one nie wracają na półki, walają się po biurku, podłodze. Wertuję je, przeglądam, grzebię w internecie, porównuję coś, co napisali jedni, z tym, co napisali inni i czasem próbuję napisać wersję wynikającą z tych rozproszonych głosów, która mnie samego przekona. Właśnie tak, jakbym był znowu w szkole i głowił się nad bardzo trudnym zadaniem. W każdym razie chciałem Ci powiedzieć Synku, że wierzę, że Pan pośet na górę, bo tam się strasznie dużo kłębi na poddaszu, dużo imion, pseudonimów, a powiedziane jest, aby imion nadaremno nie używać i nie wzywać. A tata wzywa.

Od dwóch dni myślałem dużo o fosforze białym. Chciałem znaleźć zdjęcie płytek fosforu. Nie proszku, nie bomby, nie kolby laboratoryjnej, ale płytek. Jak mogły wyglądać płytki, które mieściłyby się w zasobnikach, ładownicach w ilości dużej, w ilości wystarczającej? A może to były kostki? Podobno fosfor biały w kostkach jest bardziej stabilny, rozkruszony łatwo się zapala, trudno gasi, nie da się ugasić wodą. Rozgrzewa się do 1300 stopni, ale pali się także w temperaturze poniżej 100 stopni, powoli, nieprzerwanie, niepowstrzymanie. A nasze białko, z którego jesteśmy zbudowani, ścina się przy dłuższym przebywaniu w temperaturze 63 stopni. Rany po fosforze są głębokie, trudno się goją i świecą w nocy, jak próchno w lesie. Algorytmy wyszukiwarek internetowych są bezlitosne. Nie trafiałem na zdjęcia kostek, płytek. Widziałem ciągle zdjęcia poparzonych, popalonych dzieci, kobiet, zbliżenia ich ran, dziur wypalonych w ciele do kości i na wylot. I to nie były zdjęcia z Powstania Warszawskiego, to były zdjęcia z Aleppo, Homs, Mosulu32. Tak jakby wojna się nie skończyła. Bo ona się niestety nie skończyła. Nie umiemy jej skończyć.

Próbuję to zrozumieć, otwieram książki w zaznaczonych zagiętymi rogami miejscach i czytam tamtą historię jeszcze raz, opowiadam ją na głos, tak jak układa mi się w głowie, jak ją słyszę zewsząd i wewnątrz. Nie piszę niczego nowego. Raczej ścieram kurz, wyciągam starocie, układam. Marzy mi się, że w ten sposób zbliżamy się jednak do zakończenia tej cholernej wojny. Dla Ciebie. A wtedy i my, i oni, także ten Pan, który pośet na górę, na poddasze do Taty — będziemy mogli zasnąć, wreszcie odpocząć, oddychać spokojnie i swobodnie. A potem się obudzić. Tymczasem — nie bój się. Tata czuwa.


Nie o wszystkim śpiewa Lao Che33

Pierwsze 3–4 dni Powstanie było w natarciu, bo Niemcy nie mieli czym go stłumić. Przez Warszawę przechodziły oddziały walczące na przedmościu praskim, walczyły chaotycznie o przebicie, ale nie było mowy o tłumieniu Powstania, bo nie było czym ani kim. Żeby opanować sytuację, Niemcy musieli ściągać do Warszawy najróżniejsze oddziały po 300–400 żołnierzy z odległości czasem po 300 i więcej kilometrów i powoli klecić z nich jakieś zgrupowanie, przy czym pierwszym zadaniem miało być odbicie zablokowanych punktów oporu w centrum miasta34 i przebicie przez miasto komunikacji z drugim brzegiem Wisły. Powstańcy nie zdobyli wprawdzie mostów, ale odcięli je od reszty miasta.

1 sierpnia 1944 roku, na wieść o wybuchu Powstania w Warszawie, Hitler wydał ustny rozkaz, aby podległe mu jednostki zburzyły miasto, nie brały jeńców i wymordowały wszystkich jego mieszkańców. Nie znamy dokładnego brzmienia tego rozkazu. Wbrew obiegowej opinii, III Rzesza opierała się na ustnym, pełnym niedopowiedzeń rozkazodawstwie i dużej dozie woluntaryzmu, w którym ostatecznie chodziło o to, „żeby Führer był zadowolony”. Natomiast do wykonawcy rozkazu należała interpretacja i szczegółowe dobranie metody jego wykonania. Tymczasem przez pierwsze dwa-trzy dni sierpnia nie za bardzo było kim Warszawę równać z ziemią. Sytuacja zaczęła się zmieniać 3–4 sierpnia wraz z utworzeniem grupy gen. Heinza Reinefartha35, oficera rezerwy, z zawodu adwokata, która miała odblokować siły garnizonu Warszawy, idąc od Woli, Ochoty w kierunku Śródmieścia. To nie była regularna jednostka, tworzyły ja naprędce zbierane siły policyjne i jednostki tyłowe. W pierwszych dniach jej trzonem była m.in. brygada36 sformowana z przestępców, początkowo kłusowników, przez Oskara Dirlewangera37, z którym Reinefarth zresztą się serdecznie nie znosił. W ogóle Dirlewangera i jego żołnierzy, podobnie jak uczestniczącej w tłumieniu Powstania Brygady SS RONA38 złożonej z byłych obywateli ZSRR, nikt z frontowych żołnierzy nie lubił, bo zazwyczaj chętniej zajmowali się pastwieniem nad ludnością cywilną. Nie chodziło o to, że oficerowie i żołnierze Wehrmachtu mieli coś przeciwko temu ostatniemu, chodziło o to, że ważniejsza była dla nich jednak walka niż mordy i grabieże. Mordy oznaczały zaś często ponadnormatywne zużycie amunicji. W rozmowie w nocy z 4 na 5 sierpnia 1944 roku z Von Vormannem39, dowódcą 9 Armii niemieckiej, której formalnie podlegały wojska walczące w Warszawie, Reinefarth mówił o pierwszych walkach na Woli:

— Co mam robić z ludnością cywilną? Posiadam mniej amunicji niż jeńców.

Przy czym słowa „jeńcy” i „ludność cywilna” były tutaj użyte jako synonimy, bowiem wobec rozkazu Hitlera każdy Polak w Warszawie był zarazem jeńcem, czyli kandydatem do rozstrzelania. Nie znam odpowiedzi na problemat generała Reinefartha, ale następnego dnia podległe mu jednostki kontynuowały przebijanie korytarza do Śródmieścia od strony Ochoty i Woli, po równo dzieląc czas na mordowanie ludności i walkę z Powstańcami. Z czasem proporcje ulegną zachwianiu, Niemcy i podległe im oddziały zajmą się głównie mordowaniem i rabowaniem. A potem już głównie mordowaniem. Szacunki historyków bardzo się różnią. Nie wszyscy historycy do działalności grupy Reinefartha przywiązują podobną wagę. Czasem wydarzenia nazwane „Rzezią Woli” są kwitowane jednym zdaniem o tym, że liczba ofiar jest szacowana na od 7 do 38 tysięcy. I najczęściej historycy skupiają się na wydarzeniach jednego dnia, czyli 5 sierpnia. Tymczasem piekło szalało od 4 do 7 sierpnia od Ochoty po północne krańce Śródmieścia i według ustaleń Antoniego Przygońskiego pochłonęło nie mniej niż 59.400 mieszkańców Warszawy.

Szał mordu zaczął wygaszać przybyły do Warszawy 5 sierpnia jako naczelny dowódca wszystkich sił skierowanych do stłumienia Powstania Erich von dem Bach-Zelewski, uchylając pierwotny rozkaz Hitlera. Najpierw uchylił rozkaz dotyczący mordowania wszystkich mieszkańców — miano mordować tylko mężczyzn, potem zaś tylko mężczyzn w wieku poborowym, wreszcie tylko mężczyzn podejrzanych o to, że mogliby być Powstańcami. Oczywiście nie zawsze, nie wszędzie i nie wszyscy wypełniali rozkaz co do joty. Tak to bywa na wojnie. Mimo że von dem Bach po wojnie twierdził, iż łagodząc pierwotny rozkaz Hitlera miał motywacje humanitarne, wiele wskazuje na to, że jego motywacja była wyłącznie utylitarna — chociażby dlatego, że wjeżdżając do Warszawy był świadkiem egzekucji na cmentarzu prawosławnym na Woli i nie wstrzymał jej. Najpierw objechał front wszystkich jednostek i dopiero pod wieczór uchylił rozkaz Hitlera.

Chodziło zapewne o kilka rzeczy. Po pierwsze — zagrożenie życia cementowało jedność ludności cywilnej i Powstańców, po drugie — eksterminacja nie dawała szans na szybkie zakończenie walk na drodze kapitulacji (ludzie wiedzieli, że albo będą walczyć, albo zginą) po trzecie — mordy i grabieże powodowały, że mniej żołnierzy walczyło z Powstaniem, a morale i spoistość oddziałów, które i tak były raczej zbieraniną tego, co akurat było pod ręką, była w zasadzie żadna. Dlatego po 7 sierpnia główną metodą eksterminacji będzie przymusowe wysiedlanie; mordowanie stanowiło jedynie metodę pomocniczą tłumienia powstania.

Rzeczywiście — jedną z przyczyn, dla których Powstanie nie zakończyło się w sierpniu, było memento Woli i Ochoty. Wydawało się, że wyboru nie ma. Być może rzeczywiście go nie było. Nie wiadomo jak wojska von dem Bacha zachowałyby się na przykład, gdyby kapitulacja nastąpiła 20 sierpnia — biorąc pod uwagę taki drobiazg jak to, że państwa alianckie prawa kombatanckie żołnierzom Armii Krajowej przyznały dopiero 29 sierpnia 1944 roku. I dopiero od tego czasu byli oni uznawani za część wojsk alianckich walczących z Niemcami, a tym samym Niemcy mieli traktować jeńców w zgodzie z literą konwencji haskich.

Niewielu historyków Powstania przez lata pochylało się nad kilkudziesięciogodzinną gehenną Woli i Ochoty. Czasem to jest kilka zdań, czasem ledwie jedno. Cyfra. Za cyframi stoją ludzie, a w zasadzie leżą, czołgają się, wypełzają spod stosów trupów. Spośród wielu relacji jest i ta, która za mną chodzi od lat — Wandy Felicji Lurie40, która z trójką dzieci, sama będąc w ostatnim miesiącu ciąży z czwartym dzieckiem, została wyprowadzona 5 sierpnia 1944 roku ze swojego domu przy ul. Wolskiej i popędzona do fabryki „Ursusa”.

„Niemiec, który to widział [...] gdy błagałam go, całowałam go po rękach — odpychał mnie i wołał „prędzej”; popchnięta przez niego przewróciłam się, uderzył też i pchnął mego starszego synka, wołając „prędzej, prędzej ty polski bandyto”. W ostatniej czwórce, razem z trojgiem dzieci podeszłam do miejsca egzekucji, trzymając prawą ręką dwie rączki młodszych dzieci, lewą rączkę starszego synka. Dzieci szły płacząc i modląc się; starszy, widząc zabitych, wołał, że nas zabiją i wzywał ojca. Pierwszy strzał położył starszego synka, drugi ugodził mnie, następny zabił młodsze dzieci. [...] Strzał oddany do mnie nie był śmiertelny: kula trafiła w kark z lewej strony i przeszła przez dolną część czaszki i wyszła przez policzek; dostałam krwotok ciążowy. Przy krwotoku ustnym wyplułam kilka zębów”.

Trafiona przy kolejnych egzekucjach strzałami oddanymi do innych osób, ranna w nogi Wanda Lurie wieczorem wypełzła spod zwału trupów. Została niebawem ponownie pojmana i skierowana do obozu przejściowego w Pruszkowie.

Heinz Reinefarth został skazany wyrokiem niemieckiego sądu wojennego w 1945 roku na karę śmierci za brak determinacji w obronie Kostrzyna. Wyroku nie wykonano. Żaden inny sąd nigdy nie postawił go w stan oskarżenia. Po wojnie był między innymi burmistrzem miasta Westerland i deputowanym landtagu Szlezwik-Holsztyn.

Wanda Felicja Lurie w obozie w Pruszkowie 20 sierpnia 1944 roku urodziła syna. Nadała mu imię Mścisław.


Którzy nie zawiedli

Urodziłem się w Warszawie i mieszkałem w niej przez pierwszych kilka lat życia. Pamiętam całkiem sporo z tych pierwszych lat życia. Na przykład wyprawy na Powązki na Wszystkich Świętych. Oprócz odwiedzania grobów bliskich zawsze zabieraliśmy kilka zniczy dla tych, do których nikt nie przychodzi. Miałem prawo wybrać, komu zapalimy świeczkę. Mało sprawiedliwie szukałem grobów lotników, chociażby symbolicznych, bo zawsze nosiły jakąś ozdobę przypominającą samolot. Im ciekawsza ozdoba, tym większa była szansa, że wskażę dany grób. Na Powązkach było tego trochę, w tym mój ulubiony, jakby to strasznie nie brzmiało, grób lotników kanadyjskich walczących w szeregach RAF4141 latających z zaopatrzeniem dla Powstania Warszawskiego. Ich historia skapywała we mnie powoli, wraz z całą historią Powstania, półsłówek, czasem pełnych zdań, a wraz z tym rosła świadomość, by sparafrazować słowa Poety — jaką przebodli mnie ojczyzną.

Im dalej od wydarzeń, tym więcej komiksu, wideoklipu, mema, tym mniej kłopotliwych szczegółów, psujących czarno-biały obraz świata detali. Powszechna narracja, jaka dominuje w Polsce, jest taka, że myśmy się bili, a oni nas opuścili. Pomijając już fakt, że nie było żadnego „myśmy”, bo nas, żyjących dzisiaj, wtedy nie było. A tak zwana narracja często jest prostackim spłaszczeniem tego, co się nie da streścić w pohukiwaniu do rytmicznego ruchu zaciśniętych pięści. Owszem, Warszawa walczyła w strategicznej izolacji, ale nie było tak, że nikt nie próbował pomóc. Próbował i te próby pomocy kosztowały bardzo drogo. Po 7 sierpnia widać też było, że minęły te dwa-trzy dni, jakie miało potrwać Powstanie. Minął okres, kiedy Powstańcy próbowali rozszerzać swój stan posiadania. Teraz problemem było jego utrzymanie.

8 sierpnia 1944 roku, po interwencjach u aliantów polskiego rządu domagającego się wznowienia zrzutów dla Warszawy, wysłania tam Brygady Spadochronowej gen. Sosabowskiego oraz przyznania żołnierzom AK statusu kombatantów i wymuszenia traktowania jeńców z AK zgodnie z konwencjami haskimi — zezwolono ponownie na loty ze wsparciem dla Powstania. Z zastrzeżeniem, że mają to być loty wyłącznie o charakterze ochotniczym.

Po pierwszej próbie zrzutów dla Warszawy w nocy z 3 na 4 sierpnia 1944 alianci zabronili lotów nad Polskę. Po pierwsze — 3 na 4 sierpnia nie było zgody na lot do Warszawy i 7 polskich załóg miało zezwolenie tylko na loty ze zrzutami zaopatrzenia nad południową Polskę. 4 załogi złamały ten zakaz, lecąc nad Warszawę, w tym 1 została zestrzelona w okolicach Sulejowa przez nocny myśliwiec Luftwaffe. Z 7 załóg brytyjskich, które poleciały tej nocy na inne zrzutowiska na terenie Polski — 5 nie wróciło do baz, poległo 17 lotników, 6 dostało się do niewoli, 5 ukryła Armia Krajowa. Był to poziom strat dla aliantów nieakceptowany, do czego doszła „chwalebna niesubordynacja” polskich załóg i to był powód, dla którego do 8 sierpnia lotów ze zrzutami nie było.

Samoloty startowały z baz w południowych Włoszech, leciały nad terytorium opanowanym przez nieprzyjaciela, gdzie czyhały na nie strefy ognia przeciwlotniczego i nocne myśliwce. Załogi jadły na zapas na czas lotu, po czym zażywały środek na zaparcie, bo samoloty nie posiadały toalety. Zaraz po wylądowaniu brały za to środek na przeczyszczenie, żeby móc od razu iść spać. Same samoloty, jakimi latały załogi na zrzuty do Polski, to były najczęściej przerobione na potrzeby operacji specjalnych Handley Page „Halifax”42 albo B-24 „Liberator”43. Pomalowane na czarno, z założonymi tłumikami płomieni na rury wydechowe silników, pozbawione większości uzbrojenia dla zwiększenia zasięgu i prędkości przelotowej. Ponieważ latały w pojedynkę i w rozproszeniu, i tak nie mogły się w razie czego ratować siłą ognia. Najczęstszą bronią przeciwko myśliwcom nocnym był unik i manewr, zerwanie kontaktu, dopiero w ostateczności ogień obronny. Zarówno dla „Halifaxów”, jak i „Liberatorów” lot do Warszawy był krańcowym wysiłkiem jeżeli chodzi o zasięg i wytrzymałość załóg. Na dokładkę loty odbywały się latem, w czasie wyjątkowo krótkich, a zatem niesprzyjających działaniom specjalnym nocy.

Lot nad Warszawę w obie strony trwał około 11–12 godzin, a trasa liczyła około 2800–3000 kilometrów. Trzeba było trafić nad miasto, co podobno nie było takie trudne, bo miasto płonęło jak pochodnia. Ale należało jeszcze znaleźć miejsce zrzutu — co nie było łatwe, bo trzeba było wypatrzyć ogniska ułożone w krzyż wśród szalejących pożarów. Trzeba było przelecieć nad strefą zrzutu na możliwie małej wysokości („ślizgając się po dachach”) we wściekłym ogniu ze wszystkiego, co Niemcy mieli na dole, najwolniej jak się dało — i celnie zrzucić ładunek. Potem trzeba było często postrzelanym jak sito samolotem wrócić do siebie i bezpiecznie wylądować. Dowódca 31 dywizjonu SAAF4444 określił loty nad Warszawę jako „Mission Impossible”. W jednym z filmów dokumentalnych młody wówczas pilot z Południowej Afryki wspomina, jak pierwszy raz zobaczył trasę lotu na mapie. Baza była na samym dole całościennej mapy, w okolicy kolan, a kolorowa taśma wspinała się na przeciwległy kraniec mapy pod sam sufit do Warszawy. Żeby ją zobaczyć, trzeba było zadrzeć wysoko głowę. „To niemożliwe” — pomyślał w pierwszej chwili. Opowiadał to do kamery stary człowiek, śmiejąc się pogodnie, jak to potrafią tylko starsi ludzie, ze świadomością, że są już poza układem odniesienia, poza oceną, bo swoje już zrobili.

Gotowość zrzutów na Warszawę zgłosili na początku sierpnia Amerykanie z 8 Armii USAAF w ramach wahadłowych operacji bombowych „Frantic”, kiedy samoloty startowały z lotnisk alianckich, bombardowały cele, a następnie lądowały w bazach sowieckich i w locie powrotnym do baz alianckich bombardowały kolejne cele. Taki model operacji de facto wydłużał ich zasięg o dobre kilkaset kilometrów, bombowce nie musiały bowiem zabierać paliwa na powrót tą samą trasą do baz. Jednak kiedy w grę weszła pomoc dla walczącej Warszawy, Amerykanie na zgodę na lądowanie w sowieckich bazach musieli czekać ponad miesiąc. Zgody tej nie uzyskały załogi 1586 polskiej eskadry specjalnego przeznaczenia, 31 i 34 Południowoafrykańskiego Dywizjonu SAAF ani dywizjonów 178 i 148 RAF, na których to lotnikach, latających z baz w południowych Włoszech, spoczął główny ciężar zaopatrywania Powstania. I ci lotnicy zapłacili najwyższą cenę. Jedyna wyprawa 8 Armii USAAF miała miejsce 18 września 1944 roku, zrzut nastąpił z bardzo dużej wysokości — ponad 4000 metrów — i 3/4 zasobników spadło na tereny zajęte przez Niemców albo na tzw. „ziemię niczyją” i trzeba je było odbijać. Lotnicy latający z Włoch nadlatywali naprawdę „ślizgając się po dachach”, mieli dużo wyższą skuteczność w zrzutach. I wyższą śmiertelność.

Loty co jakiś czas przerywano i wznawiano. Na przykład dlatego, że kończyły się w jednostkach sprawne samoloty i żywe załogi, o co nie było trudno przy wysokości strat, która sięgała 20–30% startujących załóg co noc. Zdarzało się, że loty odbywały się nielegalnie, kiedy to załogi 1586 eskadry startowały bez wiedzy i zgody wyższego dowództwa. Częściowo zrekonstruowany „Liberator” w Muzeum Powstania Warszawskiego to właśnie maszyna w barwach tej jednostki. W jego rekonstrukcji wykorzystano fragmenty wraku samolotu numer boczny KG89OGR-S (załoga kapitana Zbigniewa Szostaka), który w nocy z 14 na 15 sierpnia został zestrzelony nad Puszczą Niepołomicką. Załoga wyskoczyła, jednak spadochrony z powodu niskiej wysokości lotu nie otworzyły się i wszyscy zginęli.

Po 15 września 1944 loty 1586 eskadry wstrzymano z braku załóg i samolotów.

Ostatnich zrzutów dla Warszawy dokonano w nocy z 21 na 22 września 1944 roku, a uczyniły to załogi dywizjonów SAAF.

W operacjach brało udział łącznie 2. 472 pilotów: 637 Polaków, 735 Brytyjczyków i Południowoafrykańczyków i 1. 100 Amerykanów. Zostało zestrzelonych 256 pilotów Sił Sprzymierzonych: 112 Polaków, 133 Brytyjczyków i Południowoafrykańczyków oraz 11 Amerykanów. Z zestrzelonych pilotów ocalało 41.

Lotnicy wiedzieli, że nie są w stanie odwrócić losów Powstania, ale jak to powiedział jeden z weteranów: „Chodziło o symbol, że nie jesteście zapomniani, zostawieni samym sobie”.

Dla South African Air Force to były najkrwawsze misje w dziejach formacji. Dwudziestoparoletni chłopcy z Południowej Afryki nie mieli kompletnie nic wspólnego z europejską rzezią, ze środka której wzywała pomocy jakaś tam Warszawa, ale jak mówi tekst piosenki Lao Che — nie pękali, szli na śmierć, ot tak na krótką koszulę, razem z kolegami z Kanady, Anglii i Polski. Nikt z pilotów ze wspomnianych tutaj dywizjonów RAF i SAAF nie odmówił wykonania misji nad Warszawę.

Rządy, dowództwa może zawiodły.

Oni nie.


Dzisiaj w domu stałem wieczorem przez chwilę na baczność

„O ludzkiej śmierci nie opowiesz pieśnią

wiersza kadzidło zmarłym

odważnym wszystkim pokłon niski

pogarda dla kanalii”

Jan Krzysztof Kelus, Jesień w pasiece

Dzisiaj pochowano Generała Ścibora-Rylskiego45, pokazywano jego wystąpienia, szczególnie te ostatnie, ktoś wspomniał, że jakiś tam polityk pełniący jakąś funkcję wysłał wiązanki zamiast po prostu przyjść, kogoś tam zabrakło na uroczystościach pogrzebowych.

Jest noc, a ja zamiast tego wracam do pracy pułkownika Adama Borkiewicza46 „Powstanie Warszawskie” (rok wydania 1957, ten rok się czuje w tej książce). I tam na stronie 591 kilka lakonicznych zdań o walkach na Czerniakowie w dniu 18 września 1944 roku:

„Tego dnia kompanie I batalionu 9 pułku oraz oddziały powstańcze kapitana Motyla [pseudonim Zbigniewa Ścibora-Rylskiego] poniosły ciężkie straty [...], zdziesiątkowane zostały resztki batalionów „Parasol”, „Czata”, „Zośka”. [...] „Radosław” wyznaczył na dowódcę wszystkich oddziałów na Wilanowskiej kpt. Motyla. Kpt. Motyl od razu przystąpił do organizacji obrony, wyznaczając dowódców punktów oporu, ich załogę, środki. Z I batalionu została zaledwie trzecia część. Tego dnia odparto na przyczółku 11 uderzeń niemieckich, wspieranych przez 10–12 czołgów względnie dział szturmowych”.

Spróbujmy rozwinąć te zdania. Pod nimi się sporo kryje.

Kapitan Motyl, wymieniany przez Borkiewicza tylko z pseudonimu, jest wtedy w akcji dużo dłużej niż od 1 sierpnia. Ma za sobą szlak od Wołynia po Lubelszczyznę jako dowódca kompanii w batalionie „Sokół” 27 Dywizji Piechoty AK47. Dowodził chyba dobrze, skoro 3 maja zostaje mu przyznany krzyż srebrny Orderu Virtuti Militari. 15 lipca, kiedy dywizja znajduje się już na Lubelszczyźnie, dostaje wezwanie do Warszawy i bierze udział w organizacji batalionu „Czata 49”, który zostaje sformowany w Warszawie z żołnierzy Kedywu48 z baz kresowych.

I potem po kolei — Godzina W, obrona Woli, cofanie się na Starówkę, walki na Starówce. 25 sierpnia drugi raz odznaczony Virtuti Militari, 28 sierpnia 1944 roku awans na kapitana. W nocy z 30 na 31 sierpnia bierze udział w „desancie” z kanałów na Placu Bankowym, który ma pomóc w przebiciu się załogi Starego Miasta do Śródmieścia.

I rozwijajmy te nitki dalej. W połowie września 1944 pewnie Powstanie pewnie by już upadło, ale w tym samym czasie Sowieci i 1 Armia Polska idąca z Sowietami wyszli wreszcie na drugi brzeg Wisły. 15 września Praga była wolna. To dawało nadzieję, tym bardziej że 1 Armia ruszyła do forsowania Wisły niemal z marszu. To z jej składu, a konkretnie z 3 Dywizji Piechoty im. Romualda Traugutta, pochodził ów I batalion 9 pułku, z którego została po dwóch dniach 1/3 i które to resztki oddały się bez szemrania pod komendę kapitana Motyla.

Tutaj słowo wyjaśnienia. Bataliony Kedywu — m.in. „Zośka”, „Parasol”, „Czata 49”, „Pięść”, „Miotła” — były oddziałami najlepiej wyszkolonymi, ludzie je tworzący bywali w akcjach bojowych na długo przed Powstaniem, umieli obchodzić się z bronią, umieli strzelać tak, żeby zabić i wreszcie wobec kompletnej biedy — byli nieźle uzbrojeni, z racji pozostawania i przed Powstaniem w swoistej służbie czynnej. Dlatego te jednostki były do końca działań zbrojnych przerzucane z dzielnicy do dzielnicy jako „straż pożarna”, komandosi (którymi przecież nie byli). 18 września to był, jak łatwo policzyć, 48 dzień ich niemal nieprzerwanej walki i oprócz wszystkiego, czuli potworne zmęczenie.

I rozplątuję dalej. Kilka razy w życiu słyszałem z bliska dźwięk, jaki wydaje jadący czołg. Nieprzyjemnie jest wtedy stać blisko, ziemia autentycznie drży pod nogami. 10–12 czołgów robi pewnie jeszcze więcej hałasu, niezsynchronizowanego, bo nie poruszają się jak jeden czołg, tylko chaotycznie. Jest się czego bać. 11 natarć po 10–12 czołgów w ciągu jednego dnia zostaje odpartych przez chłopaków, którzy widzieli już Wolę, Powązki, Stare Miasto, kanały, a ci, którzy przeżyją — w tym Kapitan Motyl — przejdą kanałami jeszcze na Mokotów i z Mokotowa do Śródmieścia, gdzie ostatecznie skapitulują razem z resztą wojsk powstańczych.

Jaką trzeba mieć siłę charakteru, żeby tę przerażoną ludzką zbieraninę chwycić w karby i stworzyć strukturę, plan, który się oprze? Raz, drugi, jedenasty? Kim trzeba być, żeby ludzie byli gotowi trwać i iść za kimś takim w ogień, czyli często na śmierć?

A chłopcy z nim na boje

Szli z pieśnią, jak na bal,

Bo z dzielnym Komendantem

I na śmierć — iść nie żal.

(Ballada o Lisie-Kuli)

Nie mam pojęcia, co to za siła. Nie dowiem się już. Jest noc, dlatego mówię dobranoc, Panie Generale, gdybym miał obcasy — to bym trzasnął, zrobił w tył zwrot i odmaszerował. Ale nie mam, siedzę boso przy biurku, za oknem pada deszcz, a ja powtarzam szeptem:

— Dobranoc, dobranoc i jeszcze raz dobranoc.

I gaszę światło.

Generał Zbigniew Ścibor-Rylski ps. Motyl (1917–2018)


Choć na „Tygrysy” mają Visy

Pałacyk Michla, Żytnia, Wola,

Bronią się chłopcy od „Parasola”,

Choć na „tygrysy” mają visy —

To Warszawiaki fajne chłopaki są!

Józef Ziutek Szczepański

Tekst znanej chyba wszystkim piosenki powstańczej, hymnu batalionu „Parasol”, ułożony przez Józefa „Ziutka” Szczepańskiego49, mówi o walkach zgrupowania dyspozycyjnego Komendy Głównej AK Kedyw, zwanego od pseudonimu dowódcy Zgrupowaniem „Radosław”50, toczonych na Woli w pierwszych dniach sierpnia. I mówi o tym, że chłopcy od „Parasola” na „Tygrysy” mają „Visy” — czyli że na nowoczesne czołgi Panzerkampfwagen VI o nazwie kodowej „Tiger” z wielką armatą kalibru 88mm mają przedwojenne pistolety, polską kopię amerykańskiego Colta 1911 — o nazwie własnej „Vis”51. „Ziutkowi” chodziło oczywiście tylko o pokazanie dysproporcji sił między Powstańcami a Niemcami i siłę ducha krzepnącego wojska, wczoraj jeszcze zbieraniny cywilów po konspiracyjnych podchorążówkach. Ale sama figura przeszła do legendy, ujednoznaczniła się i zrobiło się z nią trochę jak z legendą o polskiej kawalerii szarżującej w 1939 roku na czołgi. Owszem, polska kawaleria walczyła z czołgami, ale w szyku spieszonym i nie szablami, a nowoczesną bronią przeciwpancerną — i to walczyła udanie. Zatem owszem, przedwojenne „Visy” były w cenie tak u Powstańców, jak i u ich przeciwników, bo to była dobra, niezawodna broń osobista. To prawda. Ale do ostrzeliwania „Tygrysów”, czy szerzej niemieckich pojazdów pancernych, się ich nie używało. Przy tym trzeba zaznaczyć, że sława Panzerkampfwagen VI była tak wielka, że w zasadzie na każdy niemiecki czołg, poza wyraźnie wyróżniającą się „Panterą”, mówiło się „tygrys”. I bywało, że za wycofującym się niemieckim czołgiem, czasem uszkodzonym, ten i ów krzyknął:

— Do budy! Do budy tygrys!

Ba, we wrześniu powstał nawet plakat powstańczy z hasłem „tygrys do budy”. Chociaż tak naprawdę w Warszawie w czasie Powstania „Tygrysów” łącznie było pięć i wszystkie znajdowały się w naprawach, czyli nie były w pełni sprawne, chociaż zostały użyte bojowo w kilku miejscach w pierwszych dniach sierpnia. Jeden został zniszczony przez Powstańców ogniem PIAT-a lub zdobycznego Panzerfausta na Ochocie, gdy z kolei drugi (według innych relacji ten sam) — wpadł na słup transformatora i został przez Powstańców zdobyty, a później uruchomiony52. I zresztą zaraz ponownie unieruchomiony z powodu zatarcia sprzęgła, a wreszcie zniszczony przy pomocy min samobieżnych przez Niemców w czasie walk na Ochocie 8 i 9 sierpnia. Później już raczej dbano, żeby tak dobre, drogie czołgi jak „Tygrysy” nie były narażane w walkach ulicznych, w których zalety ich grubego pancerza i dalekosiężnego działa przeciwpancernego nie były tak pierwszorzędne jak w polu, zaś powodem zguby mogło być złe wymierzenie zakrętu i utknięcie w ścianie budynku. Na przykład.

Co do Visów na „Tygrysy” — w dniu 8 sierpnia „Monter” wydaje instrukcje dla komendantów obwodów, czyli poszczególnych dzielnic, o tym jak mają organizować walkę. Zwraca uwagę fragment, w którym odnosi się do uzbrojenia wojsk powstańczych, a ściślej jego braku:

„II. Komendantom obwodów polecam tak przezbroić swoje oddziały, by broń była w rękach elementu najbardziej bojowego. Żołnierze nie uzbrojeni — noszą butelki zapalające, granaty lub po prostu kamienie o kształcie i wadze granatów ręcznych. Rozbiją one twarz żołnierza niemieckiego lub obezwładnią jego ręce całkiem skutecznie na bliską odległość. A tej amunicji nam nie brakuje”.

Wydaje się jednak, że nikt z dowódców liniowych nie zamierzał się zbyt ściśle do tej instrukcji stosować, chociaż butelki zapalające tak teraz, jak i kilka lat wcześniej, w 1939, okazywały się w warunkach miejskich nader skutecznym środkiem walki z czołgiem. Ale przede wszystkim wykorzystywano raczej angielskie granatniki przeciwpancerne PIAT, których granat kumulacyjny był w stanie trafić i przebić z dowolnej strony niemal każdy niemiecki czołg — pod warunkiem, że odległość strzału była mniejsza niż sto metrów. I, co ważne, w przeciwieństwie do swoich niemieckich i amerykańskich odpowiedników nie tworzył po strzale chmury gorących gazów prochowych, które po pierwsze demaskowały strzelca, a po drugie wykluczały użycie takiego uzbrojenia w zamkniętych pomieszczeniach. Także w piosence powstańczej powinny być raczej PIAT-y, a później także rusznice zrzucane przez Sowietów w workach bez spadochronów, względnie butelki z benzyną. Tylko że one nie rymują się ani z „Tygrysami” ani z „Panterami”, ani z „Panzerkampfwagenami”.

Butelki z benzyną, których w dniu wybuchu walk Powstańcy mieli kilkanaście tysięcy, a które potem na bieżąco z dużą łatwością produkowali, budziły powszechny strach niemieckich załóg. Nie były wprawdzie w stanie zaszkodzić poważniej samemu czołgowi czy działu szturmowemu, wypalony pojazd zazwyczaj dawał się naprawić w polowym warsztacie i szybko wracał do linii, ale płonąca mieszanka przenikała przez szpary w pancerzu, po łączeniach włazów, klap, otworów obserwacyjnych, przez żaluzje silnika i często wzniecała pożary wtórne, a przede wszystkim powodowała poparzenia załogi, ze śmiertelnymi włącznie. Ta metoda walki piechoty z czołgami przypisywana jest powszechnie Finom z czasów Wojny Zimowej 1939/1940, ale tak naprawdę po raz pierwszy została zastosowana przez stronę republikańską w hiszpańskiej wojnie domowej i stąd nieoficjalna nazwa butelki z benzyną — „koktajl Mołotowa”.

Najlepszą zaś bronią przeciwpancerną zawsze była własna broń pancerna. Obok nieużytego bojowo „Tygrysa” na Ochocie, Powstańcy ze zgrupowania „Radosława” 2 sierpnia zdobyli (przez łut szczęścia, dzięki użyciu wiązki filipinek lub granatu ze zrzutów zwanego „Gamonem” albo dzięki celnemu strzałowi z PIAT-a w tył wieży jednego z czołgów — relacje są sprzeczne) dwa czołgi typu „Pantera”, które niemałym trudem udaje się naprawić i uruchomić. Jeden o nazwie własnej „Magda” (pierwotnie „Pudel”) i drugi o nazwie własnej „WP”. W załogach obok zupełnych amatorów ochotników znajdzie się trzech lub czterech przedwojennych pancerniaków. Oba czołgi będą wspierały działania Kedywu do 11 sierpnia, kiedy wobec kolejnych uszkodzeń, a przede wszystkim defektów instalacji elektrycznej, zostaną podpalone przed wycofaniem się powstańców z Woli w stronę Starego Miasta. Prawdopodobnie zresztą Niemcy później je wyremontowali i po naprawach oba wozy wróciły do linii po stronie Niemców. Bo czołg trafić, unieruchomić, wytrącić czasowo z akcji czy nawet ranić i zabić załogę — było względnie prosto. Ale jeżeli przeciwnik panował nad terenem, to taki czołg rzadko kiedy był stracony bezpowrotnie. Stąd te rozbieżności pomiędzy tym, co jedna strona zgłaszała jako czołg trafiony, a druga raportowała jako uszkodzony i tylko czasem „stracony bezpowrotnie”. Te liczby się od siebie różniły mniej więcej w stosunku 3 do 1.

Nie inaczej było z jednym z niszczycieli czołgów typu „Hetzer”53 ze składu 743 batalionu niszczycieli czołgów, który 2 sierpnia zdobyli żołnierze z batalionu „Kiliński”. Obrzucili go granatami, butelkami z benzyną i wóz częściowo się wypalił od środka, a z załogi przeżył tylko jeden Niemiec. Początkowo „Hetzera” osadzono jako fragment barykady, ale następnie mimo znacznych zniszczeń wywołanych pożarem wóz wyremontowano, odmalowano, nadano mu imię własne „Chwat” i oddano do dyspozycji dowództwa okręgu AK. Były plany użycia go bojowo, ale na to nie zgadzał się „Monter”, bowiem przejazd wozu wymagałby rozbiórki części barykad na jego trasie. Wóz stał na podwórcu Poczty Głównej, gdzie został zasypany gruzem w czasie nalotu 5 września. W tym samym mniej więcej czasie zgrupowanie „Krybar”54 traci wykonany przez Powstańców własnymi środkami wóz pancerny „Kubuś” zbudowany z płyt stalowych na bazie podwozia ciężarówki Chevrolet, również zasypany gruzem w rejonie ulicy Okólnik na upadającym Powiślu. Ewenement, unikat. Nigdzie indziej ruch oporu nie był w stanie zbudować własnego wozu bojowego.

W tym sensie, metaforycznym, odległym od pierwowzoru, Powstańcy w jakimś sensie rzeczywiście przeciwstawiali „Tygrysom” — vis, czyli z łaciny „siłę” i to bynajmniej nie siłę rozumianą wprost, jako przewaga technologiczna, przemoc. Ale to już nie na mój rozum.


Odrzucona propozycja

18 sierpnia 1944 roku, przekazując poprzez parlamentariuszy odpowiednie pismo do polskich linii, gen. Von Dem Bach-Zelewski podjął pierwszą próbę rozmów na temat kapitulacji Powstania Warszawskiego. W liście do dowództwa AK w Warszawie zaproponował żołnierzom AK poddanie się w zamian za potraktowanie ich zgodne z konwencjami genewskimi. Tę propozycję, podobnie jak inne, ponawiane co jakiś czas przez niemieckie dowództwo — Komenda Główna AK pozostawiła na długi czas bez żadnej odpowiedzi.

W tym czasie nie żyje już Tadeusz Gajcy55, Krzysztof Kamil Baczyński56 — co dla większości bohaterów tamtych zdarzeń nie ma wielkiego znaczenia. Tylko jeden z kolegów Baczyńskiego z batalionu, na pytanie obcego, kogo to się tak chowa z honorami, miał powiedzieć „Słowackiego!”. I nie żyje nie mniej niż 59. 400 (za ustaleniami A. Przygońskiego) mieszkańców Ochoty i Woli. Sowieci już nie przyszli z pomocą. Samoloty ze zrzutami od aliantów latają tylko z Włoch, pojedynczo, ponoszą straty. Kilka dni temu na Starym Mieście czołg saperski Borgward IV57, zdobyty przez powstańców i nieumiejętnie przez nich prowadzony, eksplodował zabijając nie mniej niż trzysta osób. Sama Starówka już jest odcięta od innych dzielnic. Będzie płonąć i konać jeszcze przez dwa tygodnie.

Z drugiej strony — za dwie noce zostanie podjęta próba przebicia się z Żoliborza na Stare Miasto, potem ze Śródmieścia na Stare Miasto, jeszcze upadnie umocniona PASTA58, a na początku września znowu będzie słychać huk sowieckich dział od Wisły.

Prawa kombatanckie alianci przyznają Armii Krajowej dopiero 30 sierpnia 1944 roku, dwanaście dni po von dem Bachu. Taka ironia losu. Ale ich stosowanie przez Niemców będzie selektywne i wybiórcze. Doświadczą tego wszystkie zdobywane dzielnice, a w szczególności podpalane miotaczami ognia i płytkami białego fosforu powstańcze szpitale na Starym Mieście.

Dlaczego zatem ta propozycja zostaje odrzucona? Dopiero co został wydany przez Komendę Główną AK rozkaz mówiący o tym, że oddziały partyzanckie mają iść na pomoc walczącej Warszawie. Do Kampinosu ruszył kilka dni temu z wyprawą jeden z oficerów Kedywu major „Okoń”59, który miał zastąpić rannego w walkach 1 i 2 sierpnia majora „Szymona” i zorganizować z dobrze uzbrojonego leśnego wojska grupę odsieczową, która miałaby uderzyć odciążająco z Żoliborza na Stawki, Powązki, z których ledwo co wycofały się oddziały Kedywu „Radosława”. Ani Komenda Główna AK, ani dowódca warszawskiego okręgu AK „Monter” nie wiedzą za dobrze, jakie siły powstańcze są na Żoliborzu, nie mówiąc o możliwości oceny siły zgrupowań partyzanckich w Kampinosie, ale wszyscy czekają na ten ruch z dużą nadzieją. Nikt nie wie, że na Żoliborzu siły powstańców liczą zaledwie około 500 ludzi i nie ma mowy, żeby były w stanie stworzyć większe zgrupowanie uderzeniowe.


Strategia porażki

Próbuję pamiętać, przypominać sobie, być tam dzień po dniu. Ułomnie, bo przecież praca, bunt dwulatka, zobowiązania i obowiązki (wbrew pozorom to nie to samo, chociaż jedno często z drugiego wynika). I co roku dziwi mnie, jak długo to trwa. Kiedyś, jeszcze w końcu lat 80-tych, nadawano w radio codziennie audycję na podstawie książki Władysława Bartoszewskiego „Dni Walczącej Stolicy”. To dawało jakieś wyobrażenie, fragmentaryczne, ale jednak. Audycje zaczynały się w środku lata, kończyły się zaś, kiedy większość drzew już rudziała i zdarzały się przygruntowe przymrozki. To dawało wyobrażenie, odległe echo tamtego trwania. Powstanie trwało i krwawiło.

Jest noc z 22 na 23 sierpnia. Nad ranem 22 sierpnia skończyło się niepowodzeniem drugie natarcie oddziałów z Żoliborza wspartych przez oddziały leśne z Kampinosu na Dworzec Gdański, które miało na celu odciążenie Starego Miasta, a w perspektywie utworzenie połączenia między nim a Żoliborzem. Z kolei Kampinos wobec słabości niemieckich sił wokół Warszawy miał dosyć bezpieczne kanały przerzutu sprzętu i ludzi z Żoliborzem. Niemcy bali się działań na tym odcinku. Między Starym Miastem a Żoliborzem mieli w ręku pas terenu szeroki zaledwie na 600 metrów z linią kolejową i Dworcem Gdańskim.

Dwa polskie natarcia, szykowane i zapowiadane od połowy sierpnia, miały miejsce w nocy z 20 na 21 i 21 na 22 sierpnia. W sumie kosztowały życie około 500 powstańców. Straty oddziałów szturmowych wyniosły około 75% stanów wyjściowych, co oznacza, że zginęło lub zostało rannych 3 na 4 żołnierzy idących do ataku. Było to jedno z najkrwawszych starć w czasie Powstania. Operacja wymagała łączności i koordynacji różnych ugrupowań, współdziałania ze Starym Miastem — a tego zabrakło. Między innymi zrezygnowano z sygnalizowania rakietami momentu rozpoczęcia ataku, aby rzekomo nie niweczyć efektu zaskoczenia. Łączność radiowa między dzielnicami odbywała się via Londyn. Wyglądało to tak, że depeszę trzeba było zaszyfrować, nadać do Londynu, gdzie trzeba było ją odebrać, rozszyfrować, zaszyfrować ponownie, nadać do odbiorcy, który musiał ją odebrać i rozszyfrować. Często rozkazy, sugestie i plany nie pokrywały się już z zastaną sytuacją operacyjną. Niemcy znali znaczenie tego rejonu i spodziewali się powstańczej akcji w każdej chwili. W połowie lipca, więc jeszcze przed wybuchem Powstania, ustawili tam pociąg pancerny i czołg. Będący tam niejako „przejazdem” saperzy 19 Dywizji Pancernej umocnili teren schronami bojowymi, stanowiskami granatników i moździerzy. Rejon był też flankowany ogniem bocznym m.in. z Cytadeli i Fortu Traugutta. O żadnym zaskoczeniu od początku nie mogło być mowy.

Ataki były prowadzone w nocy, ale w czasie pierwszej próby uderzenia oddziały żołnierzy z Kampinosu ruszyły do ataku z gromkim okrzykiem „Hura!”, co zdaje się nijak się miało do efektu zaskoczenia. Oba natarcia odbyły się praktycznie bez łączności, bo ta opierała się ciągle na gońcach i pisemnych rozkazach, jakby był rok 1939. Zabrakło właściwego rozpoznania terenu, poszczególne poddziały gubiły się w nim i w ciemnościach traciły orientację. Koniec końców zabrakło koordynacji tak po stronie poszczególnych oddziałów z Żoliborza i Starego Miasta, jak i na większą skalę, między obiema walczącymi dzielnicami. Trudno powiedzieć, czy zadania, jakie postawiono przed zgrupowaniami, w istniejących warunkach były w ogóle wykonalne.

Ewakuacja rannych odbywała się za dnia. Nie była łatwa, bo Niemcy, już w nocy dobrze wstrzelani w teren, teraz dosyć celnie strzelali do bezbronnych sanitariuszek, z których kilka zginęło. Popołudniem 22 sierpnia część rannych, których nie zdołano ściągnąć z przedpola Starówki, rozjechały niemieckie czołgi, m.in. na boisku „Polonii”60.

Po nieudanym natarciu z Żoliborza dochodzi do zamieszania w powstańczych szeregach. Oddziałom leśnym nakazuje się oddać broń na rzecz oddziałów miejskich, ale niektóre oddziały miejskie (zgrupowanie „Sosny”) tracą ludzi, którzy nie chcą wracać na Starówkę, ale wolą dołączyć do oddziałów w Kampinosie. Z kolei ponad 250 żołnierzy majora „Okonia” ze zgrupowania kampinoskiego nie chce oddać broni, ale wyraża gotowość wcielenia do oddziałów na Żoliborzu. Część oddziałów pod dowództwem kapitana „Trzaski” — Eugeniusza Konopackiego, dowódcy harcerskiego batalionu „Wigry”, która najpierw przeszła ze Starego Miasta kanałami na Żoliborz, żeby wziąć udział w ataku na Dworzec Gdański, teraz wraca z powrotem kanałami do piekła. Dotrą tam 24 sierpnia, dwóch żołnierzy objuczonych sprzętem utonie w kanałach na skutek spiętrzeń, jakie Niemcy wywołali, budując sztuczne tamy.

Dla tych, którzy mieli jakąkolwiek orientację w topografii miasta i wyczucie bitwy, niepowodzenie próby wywalczenia połączenia Żoliborza ze Starówką stanowiło wyraźny znak, że zbliża się koniec. Na pewno koniec izolowanej Starówki, na której broniły się najlepsze, najlepiej uzbrojone oddziały powstańcze. Gęsta zabudowa Starego Miasta i okolic powodowała, że Niemcy nie mieli jak się przebić, a jedynie mozolnie spychali obrońców do coraz mniejszego, coraz bardziej zatłoczonego kotła. Na obszarze mniejszym niż 2 na 2 kilometry kilka tysięcy powstańców i kilkadziesiąt tysięcy cywilów. Wystarczy spacer po współczesnej makiecie Starego Miasta z jego wąskimi uliczkami, aby zyskać pewne wyobrażenie o tym, co tam się mogło dziać.

Tymczasem Radio Londyn nadaje w wieczornej audycji chorał Kornela Ujejskiego61 zaczynający się od słów:

Z dymem pożarów, z kurzem krwi bratniéj,

Do Ciebie, Panie, bije ten głos,

Skarga to straszna, jęk to ostatni,

Od takich modłów bieleje włos.

My już bez skargi nie znamy śpiewu,

Wieniec cierniowy wrósł w naszą skroń,

Wiecznie, jak pomnik Twojego gniewu,

Sterczy ku Tobie błagalna dłoń.

Młody żołnierz, pracownik biura propagandy KG AK i radiostacji „Błyskawica”, Zbigniew Jasiński62 nie wie, że to umówiony sygnał nadawany z Londynu przez SOE do kraju, że tej nocy zrzutów nie będzie i nie należy wystawiać obstawy zrzutowisk. Może tej nocy, w jakimś domu, piwnicy, na kwaterze w Śródmieściu, w dymie i łunie idącej ze Starówki pisze swój wiersz, kończący się słowami:

Halo! Tu serce Polski! Tu mówi Warszawa!

Niech pogrzebowe śpiewy wyrzucą z audycji!

Nam ducha starczy dla nas i starczy go dla Was!

Oklasków nie trzeba! Żądamy amunicji!

24 sierpnia przeczyta go na żywo na antenie Radia „Błyskawica” zaraz po wiadomościach, w których będzie mowa o tym, że 23 sierpnia powstańcy zdobyli budynek Komendy Policji na Krakowskim Przedmieściu, budynek MSW na Nowym Świecie i Kościół św. Krzyża, zdobywając dużo broni i amunicji. To będzie ostatni sukces powstańców i ostatnia oznaka inicjatywy63. Od tego dnia zaczyna się już tylko uparte trwanie i agonia, która, odsuwana kolejnymi zwidami niosącymi nadzieję, będzie trwała 40 dni.

Wiersz Jasińskiego stanie się jednym z najbardziej znanych wierszy powstańczych. Może dlatego, że tej amunicji z wiersza do końca nie będzie, a powstanie będzie mimo wszystko trwało.


Na granicy niesubordynacji

Powstanie trwa dwudziesty czwarty dzień. Po 22 sierpnia, mając sporą dozę pewności, że próby połączenia dzielnic walczącej stolicy się nie powtórzą, Niemcy z ogromną zaciekłością rozpoczęli atak na Starówkę przy pomocy wszystkich dostępnych sił. Tymczasem od kilku dni nad Pilicą zbiera się Kielecki Korpus AK „Jodła” (2 i 7 Dywizja Piechoty AK oraz 75 i 25 Pułk piechoty)64. Dowództwo okręgu radomsko-kieleckiego realizowało w ten sposób rozkaz KG AK z 14 sierpnia 1944 roku, nadany za pośrednictwem Radia Londyn, który brzmiał:

„Nakazuję skierować natychmiast najbardziej pospiesznymi marszami wszystkie rozporządzalne, dobrze uzbrojone jednostki z zadaniem bicia sił nieprzyjaciela, znajdujących się na peryferiach i przedmieściach Warszawy i wkroczenia do walki wewnątrz miasta”.

Niektórzy mówili, że to tak jakby namawiać ćmy, żeby zaatakowały płonącą świecę, ale 16 sierpnia przystąpiono do realizacji rozkazu. Okręg kielecko-radomski był zresztą jednym okręgiem AK, który spróbował rozkaz KG AK zrealizować. Poszczególne jednostki — setki ludzi — przez kilka-kilkanaście dni maszerowały do miejsca koncentracji w ciągłych walkach i potyczkach, a zebrane razem 20 i 21 sierpnia między Ruskim Brodem i Przysuchą liczyły ponad 6 tysięcy żołnierzy, uzbrojonych bez porównania lepiej niż Powstańcy w Warszawie. Razem z oddziałami z innych okręgów, które dobrowolnie oddały się pod komendę korpusu, były w pobliżu i zgłaszały gotowość marszu na Warszawę — np. 74 pułk piechoty AK — z łatwością ta liczebność przekroczyłaby 10 tysięcy ludzi pod bronią. Komenda Główna AK, jakby nie zwracając uwagi na to, że jednostki są jeszcze około 150 km od miasta — sugerowała, żeby oddziały korpusu „Jodła” uderzyły od strony Ochoty, a nie Piaseczna, gdzie Niemcy byli liczni i umocnieni.

Duch i morale w korpusie było wysokie, uczestnicy tamtych zdarzeń wspominali, że towarzyszyły im emocje, jakie chyba były udziałem Warszawiaków w pierwszych dniach Powstania. Ale ich dzień zemsty i odwetu jeszcze nie nadszedł. Czekali.

Rozpoznanie wykryło, że przeprawy przez Pilicę w rejonie Nowego Miasta nad Pilicą i Białobrzegów są umocnione, ale słabo obsadzone, niektóre patrole dotarły nawet do Tarczyna, na przedmieścia Warszawy. Dalsze rozpoznanie wskazywało na obecność w terenie trzynastu niemieckich dywizji piechoty i ośmiu dywizji pancernych. Dowódcy AK nie mogli wiedzieć, że to dane grubo przesadzone — tyle nie liczyła nawet cała niemiecka 9 Armia broniąca Wisły od Sandomierza po Modlin. Ale to się wie po fakcie, z opracowań powstałych wiele lat po wojnie. Podejmujący decyzje takiej papierowej wiedzy nie mieli. Wiedzieli tylko, że mają w ręku równowartość jednej dywizji bez broni ciężkiej, łączności operacyjnej i taktycznej, środków transportu i ewentualnych środków medycznych dla rannych.

Nad zgrupowaniami ciągle krążyły niemieckie samoloty rozpoznawcze, od wysuniętych patroli niósł się co jakiś czas grzechot broni maszynowej. Niemcy wiedzieli, że coś się święci. Wiedział też von dem Bach w Warszawie. Po wojnie będzie wspominał, że ewentualna odsiecz innych oddziałów partyzanckich to było coś, co spędzało mu sen z powiek.

A jednak. Dowódcy się wahali. Z lasów pod Ruskim Brodem i Przysuchą trzeba było w walce pokonać przeprawy na Pilicy, a potem partyzantów czekał marsz, około 100 kilometrów w terenie pozbawionym większych kompleksów leśnych aż do Lasu Kabackiego i z niego atak na Warszawę, w którym o zaskoczeniu przeciwnika już raczej nie byłoby mowy. Dla zgrupowania liczącego kilka tysięcy albo nieco więcej ludzi, z taborami opartymi o trakcję konną, to było minimum pięć-sześć dni marszu, prawdopodobnie w ciągłych walkach, bez możliwości ukrycia się w lasach, przy panowaniu przeciwnika w powietrzu i bliskości — relatywnej, ale jednak — niemieckich jednostek pancernych, przeciwko którym broni było mało. Powodzenie w tych walkach wobec braku doświadczenia kadry w operowaniu wielkimi jednostkami nie było wcale takie pewne. To wszystko była zacięta, waleczna, ale partyzancka brać — tak jak 400 żołnierzy legendarnego „Ponurego”65, których przyprowadził godny spadkobierca legendy majora Piwnika — Eugeniusz Kaszyński „Nurt”66. Dalszy ruch na Warszawę oznaczał także ogołocenie rodzimego terenu z wojska, które wśród licznych zadań miało także ochronę ludności cywilnej przed akcjami odwetowymi Niemców. W polu zostałyby tylko jednostki podległe PKWN i komunistom z Lublina67.

Poza tym nawet zakładając, że jakimś cudem udałoby się korpusowi dotrzeć do Warszawy, byliby to ludzie śmiertelnie zmęczeni marszem, walkami, pozbawieni amunicji i żywności — a tego przecież, a nie ludzi chętnych do walki, brakowało w mieście, któremu mieli iść na pomoc. Dzięki łączności z Londynem i Brindisi dowództwo korpusu wiedziało też, że o żadnych zrzutach broni dla niego nie mogło być mowy, bowiem cały wysiłek eskadr transportowych SOE był skierowany na Warszawę i Kampinos. Niemcy wiedzieli, podejrzewali jaki jest cel marszu tych rozproszonych oddziałów. Chwilowo nie mieli czym tego marszu zatrzymać, bowiem toczyli ciężkie walki z Sowietami na przyczółkach na Wiśle — pod Puławami, Warką i Sandomierzem. Ale zbierali się do tego powoli, w desperacji sięgając po jednostki węgierskie, o których wiedzieli, że ich karność w walce z Polakami może być problematyczna. W tej ostatniej kwestii mieli rację.

23 sierpnia w gajówce Promień koło Przysuchy odbyła się dramatyczna narada sztabu okręgu „Jodła” w składzie: dowódca korpusu płk Jan Zientarski, pseudonim „Mieczysław”68, szef sztabu korpusu ppłk Wojciech Borzobohaty „Wojan”69, oficer operacyjny — mjr dypl. Bolesław Jackiewicz „Ryś”70, oficer informacyjny — mjr Jan Górski „Faraon”71, kwatermistrz — mjr. dypl. int. Włodzimierz Talko „Obuch”72 oraz dowódca 2 DP ppłk Antoni Żółkiewski „Lin”73 i 7 DP płk Gwidon Kawiński „Czesław”74. Zdania były podzielone, koncepcje różne — od przebijania się całością sił, po wyekwipowanie trzech elitarnych batalionów, które pojedynczo mogłyby łatwiej przeniknąć do Warszawy i dać jej realne wsparcie. Ostatecznie pułkownik „Mieczysław” podjął decyzję o przerwaniu Akcji „Zemsta”, czyli odsieczy dla walczącej Warszawy, rozwiązaniu koncentracji, rozdzieleniu zgrupowania i przejściu do realizacji Akcji „Burza” na swoim terenie w oczekiwaniu na ruch Sowietów. Ostatecznie nikt nie wiedział, że front właśnie stanął na pół roku. Sowieci walczyli na przyczółkach, biła się Warszawa. Przejście do walki na swoim terenie wydawało się mieć sens.

24 sierpnia rano podano tę wiadomość dowódcom zgrupowań, a oni przekazali ją podkomendnym. Cezary Chlebowski w beletryzowanym „Reportażu z tamtych dni” opisuje, że karne dwuszeregi się zachwiały, było blisko buntu, dało się słyszeć krzyki „Zdrada!”, „Nie wracamy!”, „Na Warszawę!”. Leśne wojsko miało swoje zdanie. Trudno znaleźć teraz bezpośrednią relację, ale to chyba trwało dłuższy czas, kiedy — rzecz nie do pomyślenia w regularnym wojsku — dowódcy przekonywali podkomendnych do decyzji odwrotu, a podkomendni chcieli iść się bić. Niektórzy oficerowie chcieli popełnić samobójstwo. Część zgrupowań odeszła 24 sierpnia wieczorem, część 25 sierpnia, część 26 sierpnia. Nastąpiło to niemal w ostatniej chwili, bowiem Niemcy już zaczęli gromadzić wokół siły, aby wielkie zgrupowanie partyzanckie zniszczyć.

27 sierpnia decyzję „Mieczysława”, na granicy niesubordynacji i dezercji przyjął do wiadomości dowódca AK gen. „Bór”, jednak polecał niejako w zamian zdobyć jeden z większych ośrodków na terenie AK „Jodła” — Kielce lub Radom. Do niczego takiego nie doszło, nie było mowy o operowaniu dużym zgrupowaniem w terenie, który był silnie nasycony regularnym wojskiem, na tyłach frontu wschodniego. Podobno niektórzy z żołnierzy AK, odwracając wzrok i posłusznie odmaszerowując, mieli łzy w oczach. Odchodzili na rozkaz, ale nie do domów. Czekały ich długie tygodnie leśnej walki, wielu z nich walczyło jeszcze w listopadzie 1944 roku. Raz rozwiązana koncentracja miała się już nie powtórzyć.

Zbigniew Zieliński75, żołnierz 74 pułku piechoty AK z Radomska, napisze w swoich wspomnieniach:

„Kiedy wracaliśmy w połowie września w rejon wymarszu — do lasów radomszczańskich — i maszerowaliśmy zwartym szeregiem przez wieś Cielętniki, jakaś kobieta wyskoczyła z chałupy, uklękła na drodze i krzyczała: „O Boże! — mnie hitlerowcy wywieźli po upadku Woli i wszystkich straciłam... to u nas chłopcy z butelkami w ręku atakowali czołgi, a tu prawdziwe Wojsko Polskie...”.

Nie wszyscy ci młodzi ludzie przeżyli wojnę, ale można zaryzykować chybotliwe przypuszczenie, że przeżyło ich jednak dużo więcej, niż gdyby dowództwo okręgu „Jodła” zdecydowało się kontynuować marsz w stronę płonącego miasta i podjęło decyzję w tamtym momencie oczekiwaną przez ogół. Sztab podjął jednak inną, psychicznie o wiele trudniejszą, decyzję o odwrocie.


O sile intencji

No proszę sobie wyobrazić. Jest lipiec, lata dziewięćdziesiąte, nad orawską wsią zapada mrok i to jest prawdziwy mrok. Na wzgórzach nie mrugają jeszcze stacje przekaźnikowe gsm, drogę przez wieś, która ma około 600 numerów i długość około 12 kilometrów, oświetla ledwie kilkadziesiąt latarni, nikt nie oświetla sobie podwórek, ścian domów, ganeczków, daszków nad drzwiami. Siedzimy w chacie na wzgórzu, pod ścianą stoi stary metalowy piec na drewno, w którym tli się ogień, na fajerkach grzeje się czajnik, wokół krząta się Jola, żona Franka. Franek siedzi niby to wygodnie rozparty za stołem na ławie, ale kiedy mówi, całym sobą wyraża jakiś rodzaj niepokoju. Mamy po kilkanaście lat, jesteśmy przekonanymi o swojej nieomylności gnojami, każdy wybór, którego do tej pory dokonywaliśmy, wydawał się być jedynym możliwym, każde odkrycie miało posmak prawdy ostatecznej.

Do Franka chodziliśmy na rozmowy o duchowości. Franek miał wiele w sercu, wiele w głowie i wiele na półkach. Na co dzień pracował jako psychiatra i psycholog dla policji, po godzinach zajmował się życiem. Intensywnie musiał je testować, sprawdzać, odrzucać kolejne zasłony, iluzje, pewnie — tego dzisiaj nie wiem — samo życie lubiło zrzucać przed nim swoje ciuszki, ale niewiele i tak odsłaniało. Za kilka lat spotkamy się już jak dorośli ludzie i Franek powie, że od kiedy miewał w nocy ataki astmatyczne i z trudem łapał oddech, zrozumiał, że wszystko, co przeczytał czy usłyszał o duchowości, to jedno wielkie nic, że kiedy brakuje ci oddechu w nocy — liczy się tylko oddech i on się robi od tego bardzo świadomy. Ale na razie jeszcze jest mrok, noc, lipiec, w ciemnościach nad wsią wznosi się wielka góra, która wcale nie jest znowu taka wielka, ale największa w okolicy, dlatego to ją miejscowi nazywają Synajem — a nie tatrzańskie granie widoczne przy dobrej pogodzie po przeciwnej stronie. I Franek jeszcze nie miewa bezdechów w nocy. Jest pełen życia, drżenia, a wydaje się, że żadna z książek, które czytał, nie przyniosła jego duszy ukojenia. I dzieli się właśnie tym stanem, nie daje odpowiedzi, nie zgrywa żadnego guru, mimo że jest od nas starszy o dwa pokolenia i mógłby. Ale przecież wszyscy jesteśmy przechodniami, wszyscy w drodze. Jesteśmy i zaraz znikamy.

— Więc, rozumiesz, intencja... — Franek zerkał na mnie swoimi przeraźliwie niebieskimi oczyma spod bandanki zrobionej z kraciastej, flanelowej koszuli, z którą nie rozstawał się nawet tutaj, pod dachem, kiedy nie groziło mu zalanie potem z wysiłku — ...intencja załatwia wszystko, rozumiesz, jest ważniejsza od modlitwy, medytacji, mantrowania, wszystko to gówno, jeżeli nie masz intencji, właściwej intencji, nie masz tej świadomości, że ta intencja jest właściwa... musisz to wiedzieć, bo to jest najważniejsza rzecz, inaczej to wszystko co robisz jest gówno warte...

Przerwał i patrzył na efekt, jaki wywołał. A chyba lubił wytrącać rozmówcę z dobrego samopoczucia, i czekał na pierwsze tego oznaki. Stąd dramatyczna emfaza, pozorne przeczenie temu, co się powiedziało wczoraj albo przedwczoraj. Na przykład o modlitwie, mantrze albo medytacji.

O, i to tak jest, widzisz, że jak robisz coś w intencji — tutaj wstał i udał się w stronę czajnika, pocierając dłońmi o wystrzępione od zużycia dżinsy, które urywały się w połowie łydek, jakby od zawsze były za krótkie — masz na przykład dla siebie rzucić palenie, albo wódę — nie ma szans, gówno sam siebie obchodzisz, nie zrobisz tego sam dla siebie! Ale — znowu zawiesił głos, nalewając z czajnika gorącej wody do kubka — jak wymyślisz sobie, że nie dla siebie, ale rzucasz palenie dla chorej babci, ooooo, to inna sprawa, pewnie ci się uda. Ale nie wiesz czemu, nie wiesz, o ha! Widzisz, nie wiesz!

— Ale Franek zaraz Ci to wytłumaczy — z uśmiechem dodała Jola, obserwując z pogodnym wyrazem twarzy męża i nas, zebranych wokół stołu. — Ha... właśnie, bo nawet nie wiesz, że zmanipulowałeś swoje fałszywe ego! — kontynuował Franek, jakby nie usłyszał Joli — ono sobie myśli, że rządzi światem, ho-ho, robi coś dla kogoś, ma nad czymś władzę, a Ty właśnie o — złamałeś je, umniejszyłeś, tak o.

Franciszek usiadł na swoim miejscu i zamyślił się na chwilę, spoglądając jak w blaszanym kubku gorąca woda rozwija zasuszone liście ziół.

— Albo taki wysiłek w górach, dzisiaj byliście na Babiej, ciężko, słońce, pot — podniósł wzrok znad kubka — ale to idziesz dla siebie, dla swojego ego, dla swojego iluzorycznego „ja”, żeby być na szczycie, o rozumiesz, kurwa, byłem na szczycie, pokonałem górę, ooo, ale się napasło Twoje ego, oooo. Ale jak byś szedł z intencją, że nie dla siebie idziesz, ale wnosisz tę intencję na szczyt, na górę, to idzie się inaczej. Wiem co mówię, wiem co mówię...

Podnieśliście wszyscy na Franka wzrok, bo zdawało się, że docierał do jakiegoś szczególnego obszaru, a on zauważył to i widać było, że bardzo go to ucieszyło. Mówił do was wszystkich, ale zarazem każdy czuł się wywołany do tablicy z osobna, bo używał wyłącznie liczby pojedynczej drugiej osoby.

— ...No bo widzisz, ja na przykład co roku pierwszego sierpnia idę na Babią Górę za tych z Powstania Warszawskiego, tylko z jednego powodu — że ja mogę, a oni już nie...

Zamilkł, opuścił wzrok i popatrzył jeszcze raz do wnętrza kubka, gdzie zapewne suche witki ziół napęczniały już od wilgoci i zogromniały, zasłaniając blaszane dno.

— Oni już nie... — dodał w zamyśleniu i zamilkł.


Przebicie do Śródmieścia. Nie o wszystkim śpiewa Lao Che

Przez zieleń łąk, przez złoto pól

Idź z nami w tyralierce

A kiedy ci zabraknie kul

Na szalę ciśnij serce

Jan „Bonawentura” Romocki

Coraz dalej od tamtego popołudnia pełnego nadziei. Jest ranek, a ja myślę o tym, co wydarzy się tej nocy. Trzydziesty sierpnia to kolejny dzień oblężenia Starego Miasta. Walki o różnym stopniu nasilenia trwają też na Mokotowie, Śródmieściu, Żoliborzu, ale to na Stare Miasto koncentrycznie kierują się główne siły von dem Bacha. I tam też biją się najlepsze powstańcze oddziały, w tym bataliony Kedywu czyli Kierownictwa Dywersji ze zgrupowania „Radosław”. 29 sierpnia wobec ogromnego wyczerpania walką oraz wysokich strat w jednostkach bojowych, sięgających od początku działań grupy odsieczowej około 4000 zabitych i rannych — Niemcy wstrzymują aktywne działania przeciwko Starówce. Pozostają przy działaniach oblężniczych — ostrzale artyleryjskim, bombardowaniu, nękaniu obrony wypadami i patrolami — ale chwilowo nie szturmują. Dzieje się też tak dlatego, że po dłuższej przerwie w stronę Warszawy znowu rusza sowieckie natarcie i ze zgrupowania von dem Bacha wycofywane są czasowo różne jednostki, m.in. pododdziały saperów, niezbędne do walki w mieście. Z meldunków dowódcy 9 Armii Von Vormanna i von dem Bacha wynika, że Niemcy nie są w stanie w najbliższych dniach doprowadzić do rozstrzygającego szturmu na Starym Mieście, które jest dla nich kluczowym punktem w systemie obronnym Powstańców. Chyba, że nastąpi jakieś nieprzewidziane załamanie po stronie Polaków.

Niewiele widzące ponad skraj barykady i słabo zorientowane w ogóle sytuacji wokół dowództwo Powstania tworzy w tym czasie plan przebicia się ze Starówki do Śródmieścia. Wojsko na Starym Mieście jest skrajnie przemęczone, skrwawione, ludność cywilna daleko za granicą wytrzymałości. Opuszczenie Starego Miasta oznacza stworzenie wielkiej wyrwy w systemie obronnym Warszawy, ale podejmującym decyzje wydaje się, że innego wyjścia nie ma.

Plan uderzenia jest dziwnie podobny do nieudanego ataku na Dworzec Gdański sprzed tygodnia. Wyselekcjonowane grupy uderzeniowe złożone z najlepiej uzbrojonych i najbardziej sprawdzonych w walce żołnierzy wyciągniętych ze swoich macierzystych oddziałów utworzą zgrupowania szturmowe i uderzą równocześnie ze Starego Miasta oraz Śródmieścia o godzinie 23:00 na relatywnie wąski pas terenu utrzymywany przez Niemców. Wykorzystując ciemności oraz zaskoczenie otworzy się drogę oddziałom ze Starówki na Śródmieście. Za grupami szturmowymi miał ruszyć drugi rzut uzbrojonych oddziałów, potem nieuzbrojony personel, lżej ranni, służby, ewentualnie ludność cywilna, chociaż jej tak naprawdę chyba nikt nie brał poważnie pod uwagę. Zaskakującemu w zamierzeniu atakowi miał towarzyszyć „desant” specjalnej grupy uderzeniowej z kanałów na Plac Bankowy, który miał odwrócić uwagę i wprowadzić zamieszanie w szeregach niemieckich.

Nikt nie założył utrzymania Starówki i stopniowej ewakuacji kanałami. W zasadzie nie wiadomo dlaczego. Nie poczyniono też takich przygotowań. Na pytanie o ewakuację kanałami w trakcie jednej z narad mjr Stanisław Klepacz ps. „Jesion”76 miał odpowiedzieć: „ja do kanału nie wejdę”. Wszedł, ale dwa dni później. Może dlatego też nikt nie wysadził tamy w kanałach między Starówką a Żoliborzem, przy pomocy której Niemcy spiętrzyli poziom ścieków w całej sieci kanalizacyjnej. Taka akcja nastąpi od strony Żoliborza dopiero w nocy z 1 na 2 września, a dokona tego grupa minerów ze Zgrupowania „Żywiciela” z Żoliborza przy pomocy bomby zegarowej złożonej z plastiku ze zrzutów i zwykłego, domowego budzika. Ale będzie już za późno na planową ewakuację. Ze Starówki na Żoliborz przejdzie zaledwie około 800 osób, głównie żołnierzy ze zgrupowań Armii Ludowej.

Zbiorowa pamięć, jeżeli sięga tej nocy, żywi się głównie epopeją Kompanii „Rudy” z Batalionu „Zośka”, razem około 60 młodych ludzi, opisaną pierwotnie przez Aleksandra Kamińskiego77, a wyśpiewaną przez Lao Che w niezapomnianym „Przebiciu do Śródmieścia”. Ludzie pod dowództwem Andrzeja „Morro” Romockiego78 najpierw przebijają się w nocy przez ul. Bielańską, potem cały dzień 31 sierpnia ukrywają się w podziemiach budynków i kolejnej nocy z 31 sierpnia na 1 września 1944 roku, udając oddział niemiecki, przekradają się przez teren nieprzyjaciela do Śródmieścia. W ostatnim momencie Niemcy rozpoznają, że mija ich oddział powstańczy, a od Śródmieścia też padają pierwsze strzały, bowiem nikt tam ich nie oczekuje tej nocy. Ginie wtedy ostatni żołnierz z kompanii „Giewont” z batalionu „Zośka” — nikt nie wie, czy od polskiej, czy niemieckiej kuli. Dowodzący kompanią Andrzej Romocki „Morro” krzyczy wtedy w stronę powstańczych pozycji słynne słowa:

— „Ra-do-sław”, nie strzelać! Tu Starówka! Nie strzelać!

Dochodzą do swoich poranieni, kontuzjowani, ale żywi. Historia, która okazuje się cudem, wyjątkiem, bo przecież realia tamtej nocy wyglądały zupełnie inaczej.

Koncentrację i przegrupowanie do ataku zamierzano rozpocząć 30 sierpnia po zmroku, co dawało bardzo mało czasu na zmontowanie natarcia. Jak uważa Antoni Przygoński, zdecydowano tak właśnie dlatego, żeby ludność cywilna i ranni ze szpitali, których było na Starówce kilka, nie zorientowali się w sytuacji. A trzeba było ogołocić całe odcinki z obsady, żeby o oznaczonej godzinie zebrać wybranych ludzi i pododdziały na południowym skraju dzielnicy. Na wielu ulicach i barykadach pozostawiono tylko kilkuosobowe patrole, część pozycji na noc pozostała w ogóle nie obsadzona. Cała akcja miała być nie tylko przeprowadzona w nocy, ale i objęta najściślejszą tajemnicą przed mieszkańcami Starego Miasta.

Pierwszy rozpoczyna zejście do kanałów desant wyznaczony do ataku na Plac Bankowy. Jest około dwudziestej. To resztki dzielnego batalionu „Czata 49” — razem około 100, może 150 ludzi. Nie ma jasności co do tego, kto ostatecznie dowodził tym desantem. Pojawiają się dwa nazwiska — kapitan Zdzisław Zołociński ps. „Piotr”79 i kapitan „Motyl” — Zbigniew Ścibor-Rylski, obaj weterani z 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK. Desant ma wyjść na raz trzema włazami, opanować plac, zaryglować ogniem trzech erkaemów wyloty i wystrzelić rakietę, sygnalizując siłom w Śródmieściu i na Starówce, że można zaczynać koncentryczne natarcie.

Zejście do kanałów ze sprzętem i uformowanie kolumny z przewodnikiem trwa trzy kwadranse. Tempo przemieszczania się w kanale wynosi średnio 500 metrów na godzinę. Spora część drogi to nie jest wielki kolektor burzowy, w którym Andrzej Wajda kręcił „Kanał” ale boczna odnoga, wysoka na 90 centymetrów i szeroka na 50, gdzie idzie się w kucki, w pochyleniu lub na czworakach, z bronią, którą trzeba chronić przed zanieczyszczeniem, żeby się nie zacięła, z amunicją, która ma wystarczyć na akcję. Tam nie udałoby się nakręcić żadnego filmu. I tak trzy do czterech godzin. Do oddziału nie dołączył na czas pluton telefonistów z aparatem i kablem. Na ich zejście do kanałów nie zezwolił major „Barry”, Włodzimierz Kozakiewicz80, dowódca oddziału żandarmerii strzegący włazów do kanałów. Po prostu nie uwierzył telefonistom, że idą na akcję i podejrzewał ich o próbę dezercji. Nie było w tym nic niezwykłego, bowiem nie dalej jak 28 sierpnia bez porozumienia z dowództwem Starówki kanałami odszedł trzystuosobowy oddział AL. Telefoniści na domiar złego nie mieli żadnych papierów, przepustek i nie było z nimi oficera, który by mógł za nich zaręczyć. I tak desant poszedł bez łączności z dowództwem.

O zmierzchu, wraz z ruchem luzowanych grup szturmowych w kierunku południowej części Starówki okazało się, że całej wielkiej tajemnicy nie udało się utrzymać nawet kilka godzin. Jak pisze Stanisław Podlewski w swojej książce Przemarsz przez piekło:

„Wieść rozeszła się lotem błyskawicy, wyrwała rzesze mieszkańców ze stanu beznadziejnego oczekiwania i otępienia. Każdy chciał wyjść z tego piekła. [...] Gdy tylko zapadł mrok — ze wszystkich schronów, piwnic i nor na pół zasypanych zwałami gruzu, zaczęły wynurzać się gromady ludzi z tobołkami i zawiniątkami. Idą przez ulice, o których świadczą już tylko wysokie zwały gruzu, czarne przewody kominów i zręby fundamentów. [...] Zewsząd niosą rannych. Na ramionach, na krzesłach, na stołkach, na noszach, na wózkach dziecięcych. [...] W pewnej chwili błysk rakiety rzuca snop silnego światła. Pod zwalonym balkonem stoi młoda kobieta. Do jej kolan tuli się dwoje małych dzieci. Oczy wypaliły jej odpryski z bomby zapalającej. Krwawe oczodoły przysłonięte opaską. Na czole świecą rany, w które wżarł się głęboko fosfor. Te maleństwa będą ją prowadzić?”

W tych warunkach nie ma możliwości, żeby oddziały poruszały się sprawnie. Ulice są wąskie i zagruzowane, jest ciemno i w tłumie rwie się spoistość oddziałów. Wyznaczony termin uderzenia z 23:00 zostaje przesunięty na 0:30, potem na 1:00, a potem jeszcze na 2:00. Nie ma jak powiadomić o tym Śródmieścia, bo chwilowo nie ma żadnej łączności z „Monterem”, goniec kanałami będzie szedł co najmniej dwie-trzy godziny. Dopiero o 3:00 nad ranem, w szarówce przed pierwszym brzaskiem, natarcie ze Starówki z niekompletnymi wciąż oddziałami w pierwszej linii rusza. Wtedy od półtorej godziny już bije się Śródmieście po drugiej stronie i nie ma już oczywiście mowy o żadnym zaskoczeniu.

Zanim jednak do tego dojdzie, oddział szturmowy „Czaty 49” dociera do włazów pod Placem Bankowym. Okazuje się, że dwa z trzech włazów są zablokowane, być może stoją na nich niemieckie pojazdy. Klapa trzeciego włazu ustępuje, ale wówczas prowadzący pierwszy oddział porucznik Cedrowski „Cedro”81 widzi, że wokół są rozstawione namioty i słyszy rozmowy w języku niemieckim. Okazuje się, że plac, który według informacji ze sztabu miał być wolny od zorganizowanych jednostek nieprzyjaciela, został wybrany na miejsce biwaku dla jakiegoś niemieckiego oddziału, a właz znajduje się centrum obozowiska. Poza tym wejście jednym włazem trwało trzy kwadranse, wyjście miało nastąpić trzema włazami, żeby jak najszybciej cały desant znalazł się na powierzchni. Ile zajmie opuszczanie kanału jednym włazem pod ogniem nieprzyjaciela? Pod włazem dochodzi do gorączkowej narady, a w związku z tym, że mówimy o kanale szerokości pół metra, wysokim na 90 centymetrów, w którym nie da się minąć, zaś dowódcy rozmieszczeni są wzdłuż linii swoich oddziałów — narada odbywa się na zasadzie głuchego telefonu, żołnierze podają sobie z ust do ust słowa dowódców. Z braku telefonu nie ma jak powiadomić własnego zgrupowania o tym, że na trasie przebicia jest większy oddział nieprzyjaciela. Przekazanie informacji gońcem mija się z celem, akcja powinna się zacząć zaraz, bo zbliża się pierwsza w nocy. Ostatecznie dowodzący desantem przyjmuje plan porucznika Cedrowskiego. Żołnierze będą opuszczać kanał jedynym włazem możliwie szybko w takiej kolejności, jak w nim stoją, przy czym następuje wymiana broni, ci na początku otrzymują pistolety maszynowe, żeby w razie czego gwałtownym ogniem osłonić kolegów wychodzących z kanału. Karabiny są podawane do tyłu. Niektórzy historycy twierdzą, że przemieszczali się ludzie z bronią, ale biorąc pod uwagę rozmiary kanału, raczej przekazywano sobie tylko broń. Wszyscy raczej wiedzą, że w tej sytuacji nie jest to plan niczego innego, jak samobójczego ataku, który ma dać czas kolegom ze Starówki przebić się do swoich.

„Cedro” wyskakuje ze swoimi ludźmi pierwszy. Początkowo udaje się po cichu wyjść kilkunastu ludziom. Zajmują pozycje wokół fontanny na placu (w miejscu fontanny po wojnie stanie pomnik Feliksa Dzierżyńskiego). Niestety w pewnym momencie ktoś wpada na Niemca, który zdaje się wstał za potrzebą i szedł w stronę latryny. Niemiec ginie od serii pistoletu maszynowego, ale wokół natychmiast rozpętuje się piekło. Krzyki, przypadkowe serie, wystrzały. Niemcy szybko orientują się, skąd się wziął desant. Biorą właz kanału pod ogień granatników i broni maszynowej. Kolejni żołnierze „Czaty” usiłują wyjść z włazu, żeby wesprzeć kolegów, ale padają ranni, inni — często też już ranni — wskakują do włazu z powrotem, prosto na głowy wychodzących. W którymś momencie komuś w tej kotłowaninie wypala zacięta wcześniej „Błyskawica” i cała seria rykoszetem odbija się od ścian kanału. Wreszcie ktoś przypadkiem z zewnątrz zatrzaskuje właz, ratując zapewne życie tym wewnątrz i skazując na śmierć tych, którzy zostali na powierzchni. Z podkomendnych porucznika „Cedro”, którzy wyszli na Plac Bankowy, po kilkunastominutowej walce wszyscy zostaną ranni lub zabici. Przeżyje jeden człowiek — amunicyjny Jan Pęczkowski ps. „Kamiński”82, który ukryje się w krzakach. Reszta zginie. Pozostali żołnierze „Czaty 49” zostają w kanałach, bez łączności z dowództwem.

O tym wszystkim nikt nie wie na Śródmieściu, gdzie oddziały czekają na umówioną rakietę. Około północy pułkownik Antoni Chruściel, ps. „Monter”, każe wystrzelić zieloną rakietę i czeka na odpowiedź Starówki. Ale sygnału ze Starówki nie ma. Około pierwszej w nocy słychać gwałtowną strzelaninę od strony Ogrodu Saskiego i Placu Bankowego, ale nie ma nadal rakiety. Wreszcie o 1:30 „Monter” daje rozkaz do natarcia. Oddziały ruszają, ale uderzenie nie rozwija się dobrze. Jedno z wydarzeń tej nocy opisuje Jan Nowak Jeziorański:

„Po półgodzinie pułkownik zaczyna się niepokoić. Nasze natarcie nie może jakoś ruszyć z miejsca. Decyduje się pójść do przodu i zobaczyć, co się tam dzieje — pisze Jeziorański w swej słynnej książce Kurier z Warszawy. — Towarzyszę mu krok za krokiem. Po drodze trzeba dokonywać akrobatycznych sztuk, do których nie jestem przysposobiony. [...] Docieramy w końcu do linii zniszczonych domów ulicy Krochmalnej, które wychodzą na Hale Mirowskie. Stąd właśnie miał nastąpić wypad. Przed pułkownikiem wyłania się z ciemności sylwetka młodego oficera. Melduje się dowódca plutonu, porucznik „Janusz”***.

— Co wy tu jeszcze robicie? — pyta ostro „Monter”. — Na co czekacie?

— Panie pułkowniku — próbowaliśmy. Minerki wysadziły dziurę w murze. Wyjść na tamtą stronę nie sposób. Niemieckie granatniki są wstrzelane w otwór i w podwórze.

— Spokojny dotychczas „Monter” nagle podnosi głos.

— Wykonać rozkaz. Ma pan natychmiast wykonać wypad. My tamtych bez pomocy nie zostawimy.

— Rozkaz, panie pułkowniku — odpowiada głucho „Janusz”.

Wspinam się znowu za Chruścielem po czymś, co było kiedyś klatką schodową i stajemy w wypalonym oknie. Pod nami o dwa piętra niżej studnia podwórka. Po lewej wypalone otwory okienne wychodzą na Hale Mirowskie czy może na plac Żelaznej Bramy. Podwórko pod nami zapełnia się powoli młodymi ludźmi. Rozpoznaję grupę dziewcząt, który wysadziły dziurę w murze. Nagle dzieje się coś straszliwego. W ten tłum młodych na dole wpada jeden granat, za nim drugi i trzeci, eksplodując na podwórku. Za nimi wybuchają butelki z benzyną przeznaczone na niemieckie czołgi. Słyszę przejmujące krzyki bólu i przerażenia. Przeważają głosy dziewczęce. Płomienie rozjaśniają w dole pod nami dantejską scenę: ruszający się kłąb rannych i palących się ludzi.

Zbiegamy na dół. Na pomoc pędzą patrole sanitarne z noszami. Oglądamy straszliwe żniwo. Wybuch granatów w tej ciżbie pokaleczył albo poobrywał nogi. Wynoszą żołnierzy martwych albo popalonych, dziewczęta z poobrywanymi stopami, a na końcu na noszach białego jak prześcieradło por. „Janusza”. Obie straszliwie krwawiące nogi trzymają się na strzępach ciała. Wpatruje się w pochylonego nad nim „Montera” i szepce:

— Rozkaz wykonałem, panie pułkowniku...”

Ze zgrupowań Starego Miasta tej nocy zginie lub zostanie rannych 300 młodych ludzi, nie mniej zginie lub zostanie rannych ze zgrupowań śródmiejskich. Nad ranem ci ze Starówki będą musieli dokonać najtrudniejszego zadania — wrócić po nieudanej operacji na opuszczone barykady i walczyć dalej. Nikt jeszcze nie wie, że dzień, który wstaje po tej upiornej nocy, będzie jednym z najtragiczniejszych w dziejach obrony Starówki i Powstania w ogóle.


I dalej w tę ciemność

31 sierpnia wstawał nad Starówką ponury. Około 6:00 rano trzeba było rozformować naprędce sklecone grupy szturmowe, na nowo poskładać z macierzystymi formacjami, wysłać te grupy na opuszczone pozycje bojowe. Panuje spory bałagan. Ciężko rannych wyniesionych w nocy wprost na ulice często już nikt z powrotem nie znosi do piwnic i powstańczych szpitali. Ludność cywilna także niechętnie wraca do swoich schronień. Wszyscy wiedzą, że stało się coś złego. Gdyby tylko Niemcy wiedzieli jak wygląda sytuacja, mogliby w zasadzie tego samego dnia złamać obronę i po prostu wejść na Stare Miasto bez większego oporu. Ale nie wiedzą. Są też chyba mimo wszystko wstrząśnięci gwałtownością nocnego ataku. Poza tym nie planowali szturmu Starego Miasta przez kilka dni. Im także brakowało ludzi, a trzeba pamiętać, że podstawowa zasada sztuki wojennej mówi, że atakujący umocnionego przeciwnika powinien mieć nad nim przewagę liczebną minimum jak jeden do trzech. Albo coś, co tę przewagę liczebną zastępuje.

Tego dnia zatem — na szczęście dla Powstańców — nie dojdzie do bardziej gwałtownych natarć. Będzie to samo, co zawsze — bombardowanie przez bezkarne Stukasy startujące z pobliskiego Okęcia po kilka, kilkanaście razy dziennie, ostrzał artylerii, w tym tej najcięższej, używanej do zdobywania twierdz jak moździerz typu „Karl” o nazwie własnej „Ziu”, monstrualnego kalibru 600 mm, strzelający pociskami o wadze 2170 kilogramów sztuka83. Większa w dziejach ludzkości była tylko armata kolejowa „Dora” kalibru 800 mm84 użyta do ostrzału Sewastopola. Do tego artyleria lżejszego kalibru, nebelwerfery85, haubice. Jeden z niemieckich korespondentów wojennych napisze, że „żadne miasto na świecie czegoś takiego nie doświadczyło”, chcąc podkreślić zaciętość walk i dzielność Wehrmachtu. Wyszło mu chyba inaczej.

W porannym chaosie po nocnym natarciu płk. Karol Ziemski „Wachnowski”86 sięga po najbardziej sprawdzone rezerwy ludzkie — pluton łączników zgrupowania „Gustaw” wystawiony przez Narodową Organizację Wojskową87. To chłopcy po dwanaście, czternaście, piętnaście lat, świetnie orientujący się w labiryncie gruzów i piwnic, często kursujący z rozkazami na pierwszą linię. Od pewnego momentu wykorzystywani byli nie tylko przez batalion „Gustaw”, ale także przez sztab Starówki. Pluton już wcześniej poniósł wysokie straty, zginęła ponad połowa młodocianych żołnierzy, w tym wielu 13 sierpnia 1944 roku na ulicy Kilińskiego przy eksplozji zdobytego przez Powstańców czołgu saperskiego. Teraz nadchodzi znowu ich godzina. „Wachnowski” wysyła ich z rozkazami w teren. Sytuacja zaś jest napięta również dlatego, że oddziały osłonowe, wystawione często przez autonomiczne organizacje, scalone z AK tylko na czas powstania — przestają ufać dowództwu. Rodzą się podejrzenia, że ich kosztem AK chce ocalić głównie „swoich”. I te jednostki o świcie samowolnie zaczynają opuszczać osłonowe pozycje, żeby — skoro przebicie się nie udało — na własną rękę szukać drogi do Śródmieścia kanałami. Gońcy „Gustawa”, ale także major „Jesion” oraz major „Róg”88, osobiście obchodzący pozycje, zawracający prośbą i groźbą odpływające oddziały, zaprowadzają do południa względny porządek.

Bliska dezercji jest 104 kompania syndykalistów polskich89, broniąca do tej pory dzielnie tzw. reduty „Dom profesorski”90. Kryzys rozładowuje osobiście major Stanisław Klepacz „Jesion”, ten sam, który jeszcze kilka dni wcześniej oświadczył, że nie zejdzie do kanału. Zaraz od 104 kompanii major „Jesion” udaje się do batalionu „Gustaw”, bowiem ten — uchodzący za żelazną rezerwę — oddział broniący skraju Starego Miasta w rejonie Placu Zamkowego też tego dnia przechodzi poważny kryzys moralny, jego żołnierze też chcą odejść kanałami do Śródmieścia. Jeden z pijanych żołnierzy batalionu NOW-AK „Gustaw” przystawia „Jesionowi” lufę do piersi, a ten odsuwa ją od siebie bez okazywania emocji. Zaraz za nim wszędzie postępuje pluton żandarmerii pod dowództwem „Barry’ego”, z bronią gotową do strzału, gdyby było trzeba.

Ludność cywilna próbuje wywieszać białe flagi, rozbierać barykady. Do takich aktów doszło m.in. na ul. Bonifraterskiej i Freta, gdzie wojsko użyło broni palnej przeciwko tłumowi. Nikt nie liczył ofiar, w opracowaniach mówi się o kilkunastu zabitych i rannych po stronie ludności cywilnej. Nie był to ani pierwszy, ani ostatni taki incydent w dziejach Powstania. Przy innej barykadzie kobieta, podobno matka trzech synów, którzy wszyscy zginęli, wykrzykuje do jednego z żołnierzy:

— Oby cię pierwsza kula trafiła!

W tym samym czasie w kanałach pod terenem zajętym przez Niemców kryje się ocalona część żołnierzy „Czaty 49”, którym nie udało się dokonać desantu na Placu Bankowym. Po nieudanej akcji wychodzą z wąskiego kanału i docierają do kolektora, który ma wysokość 1, 7 m, a po bokach wąskie gzymsy, gdzie można usiąść. Większość z nich przysiada na tych gzymsach i od razu zasypia. Nad ranem wysyłają do dowództwa Starówki porucznika Jerzego Zabłockiego ps. „Igor”91 jako gońca z zapytaniem, co mają robić. Nie wiedzą ostatecznie, czy na Starym Mieście są jeszcze siły powstańcze, czy może już Niemcy, czy mimo ich niepowodzenia nocny atak się udał, czy nie. „Igor” dociera na Stare Miasto, spotyka pułkownika „Radosława”, który odsyła go do pułkownika „Wachnowskiego”, a ten wydaje rozkaz powrotu na Stare Miasto. „Igor” ponownie wchodzi do kanału i po wyczerpującym marszu odnajduje swój oddział i przekazuje rozkaz. W oddziale panuje konsternacja, ostatecznie po naradzie dowódcy „Czaty 49” umawiają się, że „Igor” wróci do „Wachnowskiego” i powie, że nie odnalazł już oddziału w kanałach, a jego koledzy odmaszerują do Śródmieścia. „Igor” zawraca i po kilku godzinach melduje się „Wachnowskiemu”, a ten przyjmuje jego wyjaśnienia za dobrą monetę. „Czata 49” odchodzi do Śródmieścia i wychodzi włazem przy ul. Wareckiej po całej dobie w kanałach.

Jeszcze przed południem na Stare Miasto dochodzi fonogram od „Montera”, dowódcy Warszawskiego Okręgu AK:

„Wytrzymajcie jeden, dwa dni. Mam pewne podstawy do zapewnienia wam pomocy”.

Rzeczywiście, Stare Miasto wytrzyma dwa dni i dwie noce, ale żadna pomoc już nie nadejdzie. Nikt chyba zresztą w nią już nie wierzył. Stare Miasto prosi o granaty, „Monter” odpowiada, że wyślą granaty, ale żeby wstrzymać ewakuację, Stare Miasto odpowiada, że transport granatów nie wadzi ewakuacji i po południu „Wachnowski” odpowiada, że wycofywanie ludzi kanałami będzie trwało, a na granaty i tak czeka dla grup osłonowych. Otrzymuje zgodę na dalszą ewakuację od „Montera” pod warunkiem, że ewakuowani będą tylko żołnierze posiadający broń. „Wachnowski” ignoruje to zastrzeżenie, zezwala na ewakuację lżej rannych, nieuzbrojonego personelu, garści cywilów. Razem do Śródmieścia przejdzie około 5000 ludzi, w tym około 100 jeńców niemieckich, na Żoliborz 800. Około 50, może 60 tysięcy, w tym ranni niebędący w stanie poruszać się o własnych siłach — zostaną na miejscu. Na ochotnika zostanie z nimi grupa sanitariuszek i lekarzy, często wbrew wyraźnym rozkazom — wykwalifikowany personel medyczny jest przecież w cenie.

W tych dniach coś ze złej sławy okrywa oddział żandarmerii powstańczej majora „Barry’ego”, który pilnuje wejść do kanału i musi powstrzymywać tłumy cywilów, rannych oraz innych ludzi nieprzewidzianych do ewakuacji. Trudno ocenić z perspektywy ciepłych kapci, szczelnego dachu i pełnej lodówki to, co się mogło wtedy dziać przy włazie, Wiadomo tylko, że przepustowość kanałów i warunki tam panujące wykluczały ewakuację chociażby znaczącej części ludności cywilnej, nie mówiąc o ciężko rannych. Są relacje, które mówią o tym, że żołnierze majora Kozakiewicza strzelali do cywilów i rannych tłoczących się wokół kanału. Inne relacje mówią o tym, że owszem strzelali, ale tylko w powietrze, a ludzie wokół włazów, stłoczeni nadmiernie, ginęli od bomb i ognia snajperów, szczególnie wokół włazu do głównego, wysokiego kanału na placu Krasińskich.

Bezkarne niemieckie Stukasy jak co dzień bombardują Stare Miasto. Nie ma ich wiele, latają w parach i kluczami, ale za to mają blisko. Bazują na Okęciu. Bywa, że naloty powtarzają się co piętnaście minut. Tego dnia bomby spadną jeszcze między innymi na Pasaż Simonsa92, obecnie częściowo zabudowany dziełem deweloperskim — w trakcie prac podobno nie natrafiono na ludzkie szczątki. Miron Białoszewski w Pamiętniku z Powstania Warszawskiego pisze o tym zdarzeniu:

„Właśnie 31 sierpnia, jak się zaraz dowiedzieliśmy, Batalion „Chrobry”, ponad 200 ludzi, wrócił z akcji. Do siebie. Do piwnicy w Pasażu Simonsa (Nalewki przy Ogrodzie Krasińskich, dziś Bohaterów Getta). Wszyscy szybko się walnęli na swoje łóżka polowe i prycze. To znaczy nie tyle walnęli, ile zrobili ruch odchylania koca, żeby się położyć, i wtedy klops. Ocalało tylko czworo czy pięcioro. Ci też nie wiedzieli, chociaż przeżyli, kiedy — co — jak. Tyle że nagle bomby i się wali”.

Do dwustu żołnierzy zgrupowania „Chrobry I” trzeba doliczyć cywilów, którzy kryli się wszędzie, razem około trzystu osób. Po nalocie z batalionu zostaje żywych 50 ludzi. Tego samego dnia około 15:00 w klasztorze ss. Benedyktynek Sakramentek mimo zbliżającego się — buczenie lotniczych silników słychać w kościele — nalotu trwają przygotowania do uroczystej mszy. W tym dniu siostry obchodzą święto ustanowienia sakramentu Eucharystii. Do nabożeństwa szykują się zatem wyjątkowo sumiennie i w skupieniu. W podziemiach kościoła i klasztoru ukrywa się około tysiąca cywilów, w tym dzieci z zakonnych ochronek93, m.in. z ulicy Kościelnej 4. W jednej chwili seria bomb gruchocze sklepienia. Jakiś człowiek od obrony cywilnej podobno zdążył jeszcze krzyknąć, chcąc zapobiec panice: „Spokojnie, to tylko pękł główny filar!”. Ale w tej samej chwili druga seria bomb grzebie ich wszystkich w jednej stercie gruzów w trakcie nabożeństwa. Ze zwałowiska gruzów udaje się wydobyć 10 sióstr, przeoryszę i kilka cywilnych osób.

Dopiero 1 września z wydobywanych torturami z jeńców zeznań i dzięki sieci informatorów oraz szpicli Niemcy dowiadują się, jak głęboki kryzys przeżywa załoga Starówki. Tego dnia podejmują koncentryczny atak na Stare Miasto, który do wieczora zostaje odparty. Dramatyczne walki toczą się między innymi na Rynku Starego Miasta. 1 września nie ukazały się też po raz pierwszy powstańcze gazety na Starówce. Publicyści i redaktorzy, jeszcze wczoraj zagrzewający ludność cywilną do okazywania jedności z walczącymi, byli już w drodze kanałami do Śródmieścia.

Wieczorem ze wszystkich zgrupowań zostają zostawione czujki i posterunki osłonowe. Same zgrupowania, najpierw te uzbrojone, potem personel nieuzbrojony, schodzą w grupach po 50 osób do kanałów. Najważniejszy, bo najszerszy i najwyższy kanał ma wejście na placu Krasińskich, ale są też włazy zapasowe, prowadzące do niższych i węższych odnóg. Ciężej rannym, ale mogącym się poruszać, zezwala się na organizowanie własnych grup, przy czym informuje się ich, że będą mogli wejść do kanałów dopiero po odejściu ostatnich grup uzbrojonych. Wszyscy udają, że to nie fikcja, że rzeczywiście będą mieli szansę. Grupy ciężko rannych, ale zdolnych się poruszać, krążą zatem wokół kanałów do rana. Ewakuacja nie przebiega planowo, ciągle spóźniają się jakieś pododdziały, w ich miejsce wchodzą inni, kiedy wreszcie się pojawiają ci, którzy mieli planowe wejście wcześniej — żądają wejścia poza kolejnością. Niemcy co jakiś czas wsypują do kanałów karbid, wlewają do bocznych kanałów benzynę, którą później podpalają, próbują zasypać kanały gruzem, aby wywołać spiętrzenia ścieków.

2 września Stare Miasto zostaje ostatecznie opuszczone. Około 7:00, jak każdego dnia, Niemcy rozpoczynają bombardowania lotnicze i artyleryjskie, strzelają do rozpoznanych poprzedniego dnia stanowisk z broni ręcznej i granatników. Na Starym Mieście zostaje jeszcze około trzystu ludzi z różnych oddziałów. Mają świadomość, że ich szanse przeżycia są znikome, ale wielu z nich zgłosiło się do osłony kolegów na ochotnika. Niemcy początkowo nie orientują się, że powstańcze wojsko w zasadzie w całości już odeszło, piechota postępuje ostrożnie i metodycznie. Skupiają się na tym, by bombardowaniem i ostrzałem dobrze zmiękczyć nieistniejącą już obronę. Około godziny 8:00 bomby spadają na kamienice w rejonie ulicy Daniłowiczowskiej i zasypują rezerwowy właz wraz z częścią gromadzących się tutaj Powstańców. Zażarte walki toczą się w rejonie placu Krasińskich, na który natarcie idzie już ze wszystkich kierunków. Dzielnie walczy grupa osłonowa Tadeusza Kowalczyka „Jackowskiego”, w cywilu adwokata, próbująca zatrzymać niemieckie czołgi idące ulicą Kilińskiego. Około 9:00 gruzy zasypują także właz na placu Krasińskich. Pozostali żołnierze — m.in. „Parasola”, „Gustawa”, harcerskiego batalionu „Wigry”, 104 kompanii syndykalistów polskich — częściowo próbują wtopić się w ludność cywilną, zrzucając opaski, porzucając broń. Niektórzy próbują wejść do bocznych odnóg kanałów, do tej pory nieużywanych w ewakuacji. Wielu ginie w ostatnich rozpaczliwych starciach, jak wspomniana grupa ppor. Tadeusza Kowalczyka94, która walczy do ostatniego naboju. Los tej grupy i samego Kowalczyka według niektórych historyków pozostaje nieznany, według innych — grupa zostaje wzięta do niewoli, a sam Kowalczyk zginie w listopadzie 1944 w czasie próby ucieczki z obozu jenieckiego. Zbłąkane grupki i pojedynczy żołnierze będą wychodzić z kanałów na Śródmieściu i Żoliborzu jeszcze w nocy z 2 na 3 września.

W południe na Starym Mieście pozostają już tylko tysiące cywilów, kobiet, dzieci oraz około 2500 ciężko rannych. Za chwilę okaże się, ile warta stała się aliancka jałmużna w postaci deklaracji przyznania praw kombatanckich AK wydana w dniu 29 sierpnia, a ogłoszona przez BBC 30 sierpnia 1944, która głosiła między innymi, że: „Polska Armia Krajowa, zmobilizowana obecnie, stanowi siłę kombatancką będącą integralną częścią Polskich Sił Zbrojnych”. Podkreślono, że żołnierze AK działają przeciw nieprzyjacielowi jawnie, są pod odpowiedzialnym dowództwem i mają wyraźne odznaki lub polski mundur. „W tych warunkach represje wobec członków Polskiej Armii są pogwałceniem przepisów wojennych obowiązujących Niemców. Wobec tego Rząd J. K. Mości uroczyście ostrzega wszystkich Niemców, którzy biorą jakikolwiek udział w pogwałceniu tych praw lub też są w jakikolwiek sposób za nie odpowiedzialni, że czynią tak na własne ryzyko i będą pociągnięci do odpowiedzialności za swe zbrodnie”.

Tej nocy Radio Londyn nadawało znowu hymn Konrada Ujejskiego „Z kurzem krwi bratniej”. Sygnał, że także tej nocy zrzutów od aliantów nie będzie.


Armia zapada się pod ziemię. Ranni tak nie potrafią. Biały fosfor. Blondynka

2 września 1944 roku rano Niemcy zajmują Stare Miasto. Dzieje się coś, czego dzieje wojen jednak nie zaznały: otoczone wojsko — dosłownie — zapadło się pod ziemię. Byli i nie ma. Wynurzą się w innych dzielnicach, żeby dalej walczyć. W zburzonej dzielnicy zostają cywile i ranni. Wiadomo, że ciężko rannych, którzy nie mieli szans zapaść się pod ziemię, było w kilku szpitalach i punktach opatrunkowych około 2500. Jeszcze przed upadkiem dzielnicy personel medyczny odbierał rannym umundurowanie, wszelkie elementy uzbrojenia i oporządzenia, aby Niemcy nie mogli w razie czego powiedzieć, że trafili na szpital wojskowy i pod tym pretekstem nie wymordowali wszystkich. Początkowo Niemcy, poza pojedynczymi przypadkami, zachowywali się wobec rannych poprawnie, niektórzy nawet obiecywali pomoc, transport, leki. W powstańczych szpitalach często leżeli też ranni Niemcy, którzy głośno domagali się dobrego potraktowania Polaków, podkreślając, że byli traktowani na równi z innymi rannymi. Jednak jak zauważa w relacjach Antoni Przygoński, po godzinie 11:00 następuje gwałtowna zmiana nastawienia. Być może zapada wówczas w sztabie Reinefartha albo von dem Bacha jakaś decyzja, nie wiemy do dzisiaj jaka. Wszędzie jednak powtarza się ten sam schemat — personel zostaje zmuszony do opuszczenia szpitala. Oprawcy dają na to zazwyczaj 5 do 10 minut. Nieliczni lekarze, pielęgniarki, sanitariuszki wraz z rannymi, którzy są w stanie się poruszać, wychodzą ze szpitali; pozostali ranni i personel, który nie chce opuścić budynków, piwnic — jest rozstrzeliwany na miejscu. Do sal są wrzucane granaty, a budynki są podpalane.

Niemcy nie chcą wchodzić do piwnic. Boją się, że tam wszędzie gdzieś pozostają niedobitki tych, którzy nie zdążyli zejść do kanałów. Załatwiają sprawę znanymi metodami — nie tylko w szpitalach, ale na całej Starówce — wrzucają granaty, strzelają z broni maszynowej wtykanej w otwory okienne, oblewają benzyną i podpalają, czasem używają miotaczy ognia. W halach fabrycznych przy Świętojerskiej 10 ginie 12 ciężko rannych żołnierzy Armii Ludowej i dwie sanitariuszki, których w zamieszaniu ostatnich dwóch dni obrony Starówki zapomniano ewakuować do głównego szpitala przy ulicy Długiej 7.

W relacjach pojawiają się te same obrazy — ranni, którzy od wielu dni nie byli w stanie się ruszać, zaczynają pełznąć do wyjścia, po podłogach, po schodach, po gruzach, nawet wtedy, gdy budynki płonęły. Młodociane sanitariuszki i pielęgniarki wielokrotnie są gwałcone, później także często mordowane. Zdarza się to także sanitariuszkom czekającym ze lżej rannymi na ulicach i podwórkach na rozkaz wymarszu w kierunku punktów etapowych. Tak dzieje się przy szpitalu koło kościoła św. Jacka. Po podpaleniu szpitala ranni z pomocą pielęgniarek i ks. Franciszka Kuleszy zostają wyniesieni wprost na ulicę Starą i tam czekają dwa dni na ewakuację wraz z czuwającymi przy nich sanitariuszkami. Sanitariuszki między 2 a 4 września są kilkukrotnie gwałcone, ale trwają przy rannych. Wśród zgwałconych jest 13-letnia dziewczynka. 4 września udaje się etapami przenieść większość rannych do szpitala przy kościele Karmelitów na Krakowskim Przedmieściu. Niemcy zabijają 8 osób — 6 mężczyzn i 2 kobiety, co wydaje się cudem przy liczebności szpitala 200 rannych.

Równolegle wśród grup ludności cywilnej zaczęto przeprowadzać doraźne selekcje, oddzielając chorych, starców i inne osoby, które uznano za niedołężne, nienadające się do transportu i późniejszej przymusowej pracy. Rozstrzeliwuje się je w ustronnych miejscach, a następnie podpala zwłoki. Wiele z takich egzekucji odbyło się przy ul. Wąski Dunaj. Pierwsi mieszkańcy Starego Miasta, którzy wrócili do zrujnowanej dzielnicy w 1945 roku, wspominają o znalezionej tam wannie pełnej ludzkich prochów.

Na Starym Mieście przebywało w czasie walk około 100 tysięcy cywilów, wliczając w to uciekinierów z Woli. W drugiej połowie sierpnia, w trakcie walk o północną część tego rejonu, Niemcy meldowali około 15 tysięcy „jeńców”, w dniach 31 sierpnia i 1 września mówili o przejęciu kolejnych 10 tysięcy cywilów, a 2 września dowodzący 9 Armią Klaus Von Vormann meldował wzięcie na Starym Mieście 35 tysięcy jeńców, w tym około 8 tysięcy mężczyzn. Różnica pomiędzy liczbą 100 tysięcy a liczbą „jeńców” skierowanych do Pruszkowa, do obozu przejściowego, wynosi około 40 tysięcy. To prawdopodobna liczba osób cywilnych, które zginęły w trakcie walk o Starówkę. Zwraca też uwagę Antoni Przygoński na dysproporcję pomiędzy ilością kobiet i mężczyzn, która wynosi między 3 a 4:1, podczas gdy w normalnych warunkach powinna oscylować jeżeli nie około 1:1, to — biorąc wzgląd na warunki wojenne 1:2. Ta różnica to około 5–7 tysięcy mężczyzn i mniej więcej na tyle obliczają historycy tragiczny bilans rzezi urządzonej przez zwycięzców na Starym Mieście.

Chciałem już zakończyć na dzisiaj, ale męczyło mnie przez ostatnie noce jedno zdanie z opracowania A. Przygońskiego, strona 503, akapit drugi od góry, gdzie mowa jest o zagładzie szpitala przy ulicy Podwale 25 (100 ciężko rannych) oraz Podwale 46 (30 ciężko rannych).

„W obu tych szpitalach hitlerowcy wypędzili personel medyczny i lżej rannych, w liczbie około 20 osób, pozostałych zaś rannych obsypali płytkami fosforowymi i podpalili. Do tych, którzy resztkami sił próbowali się wydostać z płonących pomieszczeń, strzelano”.

Biały fosfor. Płytki, czy kostki, palą się w temperaturze od 100 do 1300 stopni, nie dają się ugasić wodą, zostawiają świecące nocą blizny. Skąd się wziął fosfor w rękach ludzi, bo przez gardło nie przechodzi mi słowo „żołnierz”, Reinefartha? Skąd ten fosfor wziął Przygoński w relacji o upadku Starówki? Idąc za przypisem na dole strony, przez Internet wracam z powrotem do Stanisława Podlewskiego, „Przemarsz przez piekło”. Jak to? Przecież czytałem całe, jak to możliwe, że wracam tam, skąd wyszedłem?! Zatem ruszam tropem Podlewskiego — kim był, że historyk powołuje się wprost na niego? Za jednymi drzwiami otwierają się kolejne i kolejne, a każde z nich prowadzą gdzie indziej.

Stanisław Podlewski pisał swoją książkę, jej pierwszą niepełną wersję, zbierając relacje jeszcze w drodze do Oflagu95 Sandbostel. Zapisał sześć zeszytów, resztę zapisywał na etykietach puszek, banderolach. Wszystkie materiały przechowywał w poduszce, jaśku, który stał się dla niego ważniejszy niż cokolwiek. Pisał wbrew swoim przełożonym, którzy bali się, poniekąd słusznie, że jeżeli takie archiwum wpadnie w ręce Niemców lub Sowietów — skutki mogą być opłakane. Kilkukrotnie musiał ratować swoje archiwum, w tym raz w obawie przed rewizją rzucił poduszkę przez druty do sektora zajmowanego przez jeńców sowieckich. Oddali, nawet nie zajrzeli do środka. W kwietniu, w czasie marszu śmierci z Sandbostel, jeden z konwojentów przystawił mu do głowy pistolet, żądając tej poduszki. Podlewski wydukał po niemiecku, że jest kontuzjowany i lekarz zaleca mu spanie z jaśkiem pod głową, dlatego to dla niego ważne. Esesman miał powiedzieć „durny Polaczek” i pozwolił mu zostawić poduszkę, zabierając chleb, konserwę, bieliznę i buty. Po wojnie zapiski Podlewskiego — dotyczące głównie obrony Śródmieścia i Starego Miasta — wydaje w odcinkach organ „Pax”96, „Dziś i jutro”, kierowany przez Bolesława Piaseckiego97, przedwojennego przywódcę „pałkarzy” z Falangi-ONR. Były żołnierz batalionu „Iwo” pracuje całe życie, otrzymuje setki listów, zbiera relacje, porównuje z dokumentami. Jego „Przemarsz przez piekło” czyta się jak reportaż. W czytelniku rodzą się wątpliwości — skąd autor wziął te słowa, to zdanie wypowiedziane przez tego czy innego powstańca albo cywila? Co więcej — Podlewski posługuje się w oryginale tylko pseudonimami. Jakby nie wierzył, że można już ujawniać, kto był kim. Ale jakoś dziwnie się mu ufa, nawet nie wiedząc, w jakich warunkach zaczął pracę nad dziełem. Coś jest ze szlachetnego stopu w tych historiach, coś co każe wierzyć im bardziej niż suchym słowom historyków. I nader często na niego właśnie, jako na źródło, inni historycy wskazują. Jakby mówili szeptem — On napisał, że tak jest, było i to znaczy, że tak było. Podlewski chciał napisać monumentalną panoramę Powstania pod tytułem Stolica wolności, która objęłaby cały czas Powstania, wszystkie głosy, dzielnice. Dzieło tak skończone jak Monte Cassino Wańkowicza98. I czuć też ducha Wańkowicza w jego pracach, powinowactwo wydaje się wręcz oczywiste. Planuje zatem wydanie kolejnych części — u schyłku życia pracuje nad kolejnym tomem opowiadającym historię pierwszych dni po godzinie „W” — Wolność krzyżami się znaczy, książka wyjdzie po jego śmierci w roku 1989.

Tak, to u niego znajduje się relacja z zagłady dwóch szpitali powstańczych przy ulicy Podwale 25 oraz 46. Relacja o płytkach fosforu pochodzi prawdopodobnie od Danuty Ślązak (po mężu Gałkowa, zmarła w roku 2018), ps. „Blondynka”99, sanitariuszki batalionu „Chrobry I”. Ranna w wybuchu czołgu saperskiego na ulicy Kilińskiego 13 sierpnia, cudem ocalona 31 sierpnia, kiedy prawie wszyscy jej koledzy zostali zasypani w zbombardowanym pasażu Simonsa. Koledzy wtedy namawiali, żeby poszła odpocząć na kwatery, ale powiedziała, że idzie do rannych na punkt opatrunkowy. Potem, kiedy trzeba było wyjść kanałami, koledzy namawiają ją, jako lekko ranną, żeby wyszła z nimi. Odmawia, chce zostać z rannymi. I jest z nimi wtedy, kiedy do szpitala „Pod Krzywą Latarnią” wpadają Niemcy i obsypują rannych płytkami z fosforu białego. Może dostali go od żołnierzy Luftwaffe, którzy mogli mieć do niego dostęp, bo były nim wypełniane bomby zapalające. Ranni płoną, próbują zrywać opatrunki, żeby ugasić ogień, obecny ksiądz poprzez ich wrzask udziela wszystkim rozgrzeszenia „in articulo mortis”. Z tego piekła, w potwornym zamieszaniu, wydobędzie 21, inni mówią 22 rannych. Przeprowadzi ich na ulicę Długą 3, potem na Freta 1/3. Nie, nie osobiście — nie dałaby rady przenieść 21 lub 22 ciężko rannych mężczyzn. Oni będą pełznąć po ulicy w świetle płonących wokół budynków, a ona będzie usuwać z ich drogi gruzy, szkło, zabitych. Ich szlak będzie znaczyło czerwone pasmo krwi na ziemi. Będzie szabrowała dla nich po piwnicach wodę, napoje, jedzenie. Będzie z nimi, nie mając świadomości, że 2 października Powstanie skapitulowało — aż do 8 października. Zmarłych będzie wynosić przed wejście kamienicy, żeby ich widok i odór rozkładających się ciał odstraszał niemieckie patrole od wchodzenia do środka.

8 października 1944 roku w czasie jednej wypraw po żywność przy ruinach kościoła św. Jacka spotka patrol Czerwonego Krzyża, dzięki któremu jej ranni znajdą się jeszcze tego samego dnia w szpitalu przy ulicy Wolskiej. Jeden w ciężkim stanie, ps. „Elegant”, będzie musiał mieć od razu amputowaną nogę. Następnego dnia — zgodnie z obietnicą daną rannemu przed operacją — wyjdzie za niego za mąż i przyjmie po mężu nazwisko Gałka.

Z 21 lub 22 rannych do 8 października 1944 przeżyje ona, „Elegant” — Mieczysław Gałka100 i „Edek” — Edward Matecki101. Pozostali umrą z chorób, krwotoków, głodu, zastrzeleni przez Niemców. 9 lub 10 rannych wyjdzie któregoś dnia na wezwanie niemieckiego patrolu do opuszczania piwnic, być może chcąc zakończyć swoją gehennę wspomaganym samobójstwem. Po wojnie Danuta Gałkowa zostanie odznaczona m.in. Krzyżem Srebrnym Orderu Virtuti Militari oraz najwyższym odznaczeniem Międzynarodowego Czerwonego Krzyża — Florence Nightingale Medal. Ale na zawsze zostaną z nią krzyki rannych, płonących żywcem, gdy ona, sama poparzona, z płonącymi włosami, które gołymi rękami gasi na niej „Elegant” — próbuje wydobyć kogo się tylko da z infernalnej czeluści, w jaką zamienia się zasypany fosforowymi płytkami szpital „Pod Krzywą Latarnią”.

— Siostro! Ratuj! Nie zostawiaj nas!


Powiśle. Kryzys. Wielka śmiertelność niemowląt

Poza miastem z początkiem września o poranku bywa chłodno. W mieście jest inaczej, miasto jest cieplejsze. Bardzo często bywało tak, że kiedy wyjeżdżałem od nas ze wsi — na trawie był szron, a szyby były zamrożone, co nie zdarzało się jeszcze w mieście. Często jest tak, że na przedmieściach pada deszcz, a w centrum już nie, bo odparowuje nad ziemią. To się zdarza latem. Miasto emituje ciepło, zawsze. Co dopiero, kiedy nie ma w nim wody i nie ma czym gasić pożarów. To może mylić co do pory roku. We wspomnieniach z początków września zgodnie pojawia się złoty kolor liści, na przykład pnączy na willach Sadyby i Czerniakowa, szczególnie tego ostatniego, który nie zaznał jeszcze prawdziwego piekła. Inaczej sprawa miała się z Sadybą, która była wówczas osobnym osiedlem, pełnym willi, ogrodów, drzew, ale w początkach września już płonęła.

Przez cały czas trwania Powstania (a trwa ono już trzydziesty siódmy dzień) Niemcy nie mieli dość sił, aby dokonać szturmu generalnego zbuntowanego miasta, nie mieli nawet dość środków, żeby zaciągnąć wokół miasta szczelną blokadę, dzięki czemu była możliwa komunikacja między Puszczą Kampinoską a Żoliborzem, tak długo jak w Kampinosie pozostawały oddziały partyzanckie. Natomiast Powstańcy byli jeszcze słabsi od Niemców, więc z jednej strony Niemcy systematycznie bili Powstańców częściami, a z drugiej jedna dzielnica nie była w stanie efektywnie pomóc drugiej, czego dowiodły krwawe lekcje przy próbach przebijania się z Żoliborza na Stare Miasto i ze Starego Miasta na Śródmieście. Nie istniało też tak naprawdę, na co zwraca uwagę Kirchmayer, Borkiewicz i Przygoński, jednolite dowodzenie dzielnicami. Zarówno Komenda Głowna AK, jak i dowództwo okręgu AK miało niezłą orientację w sytuacji w Śródmieściu Północ, Południe, na Powiślu — i na tym koniec. Nie działało dalsze rozpoznanie, a Mokotów, Żoliborz i Czerniaków żyły własnym życiem.

Oddziały partyzanckie z kolei, które rozkazem z 14 sierpnia wezwał na pomoc Warszawie „Bór”-Komorowski, były lepiej uzbrojone od sił powstańczych, ale nie radziły sobie w warunkach walk ulicznych, a co więcej — przyzwyczajone do niezłego wiktu i warunków życia w lesie, w mieście zaczynały cierpieć głód i upadało w nich morale. Ich marsz i zogniskowanie uwagi na ewentualnej militarnej pomocy poprzez przebijanie się do miasta wykluczało normalną walkę partyzancką na liniach komunikacyjnych nieprzyjaciela. Kirchmayer i Sowa uważają, że był to błąd pokazujący brak przemyślanej strategii przed Powstaniem i nerwowe, chaotyczne dowodzenie w trakcie. Istotnie — ani zgrupowania w Lasach Chojnowskich i Kabackich, ani w Kampinosie, ani inne w planowy sposób nie zakłócały, nie nękały komunikacji sił niemieckich z Warszawą. Niemcy zatem bili Powstanie częściami, przeciwko wybranym ośrodkom zawsze koncentrując przeważające siły, korzystając w pełni z infrastruktury kolejowej i drogowej w okolicach Warszawy. Okręg „Obroża” przez cały czas trwania Powstania wykonał bowiem tylko jedną akcję wysadzenia torów kolejowych. Jedynym dyspozycyjnym oddziałem Powstania pozostaje topniejące w krwawych walkach zgrupowanie „Radosław”, które liczy na początku września zaledwie kilkuset uzbrojonych żołnierzy. Do końca powstania z Batalionu „Zośka” zginie 360 z 520 żołnierzy, z batalionu „Miotła” w szeregach zgrupowania zostanie 46 żołnierzy, mniej niż 15% stanu wyjściowego. Z całego zgrupowania w Śródmieściu przed kapitulacją spośród początkowych 2300 żołnierzy zgromadzi się 230 ludzi.

W czasie kiedy trwały zaciekłe walki na Woli i Starówce, Powstańcy na Mokotowie, korzystając z chwilowej słabości Niemców, rozszerzyli znacznie stan posiadania na Dolny Mokotów i obszary między Sadybą a Mokotowem. Z kolei samą Sadybę 19 sierpnia po krwawych walkach zajmuje zgrupowanie partyzanckie z Lasów Chojnowskich, składające się w sporej części z oddziałów, które w nocy z 1 na 2 sierpnia 1944 po niepowodzeniach Godziny „W” wyszły z Warszawy, m.in. z Mokotowa i Ochoty. Powstańcy umacniają się i mimo rosnącego nacisku ze strony Niemców będą się bronić. Sadyba — flankująca każdy ruch na Warszawę z południa, będąca wysuniętą redutą obronną Mokotowa — upadnie dopiero 2 września. Pod pociskami najcięższej niemieckiej artylerii i bombami nadal bezkarnych samolotów walą się stropy Fortu Dąbrowskiego, który jest głównym punktem oparcia Powstańców. Kilkuset żołnierzom uda się przebić na Dolny Mokotów. Rannych, jeńców i spore grupy ludności cywilnej Niemcy rozstrzeliwują na miejscu. Do masakry kilku tysięcy cywilów w ruinach Fortu Dąbrowskiego nie dochodzi na skutek interwencji jednego z generałów niemieckich, który, stojąc na beczce po benzynie, przemawia do zebranych, że zostaną wyprowadzeni z miasta i nie stanie im się krzywda. To przemówienie pamięta wielu świadków. Historycy uważają, że był to sam Erich von dem Bach-Zelewski, który jak wynika z dzienników, głęboko wierzył w Boga i w to, że Najwyższy specjalnie go posłał do Warszawy, aby ocalić kobiety i dzieci, aby tłumienie Powstania odbywało się humanitarnie. Bardzo go osobiście zaboli, kiedy radio BBC wymieni go wśród 28 zbrodniarzy wojennych, których alianci obiecają pociągnąć do odpowiedzialności po wojnie. Co innego Dirlewanger, Reinefarth, których nie znosił osobiście, ale on sam? Około dwustu żołnierzy obsadzających Sadybę zdoła się ewakuować na Mokotów, wśród nich łączniczka Leokadia Pauzewicz102, lat 19:

„A moi chłopcy złapali mnie na nosze i ciągnęli tam, gdzie był nasz punkt noclegowy, blisko Cmentarza Czerniakowskiego. Przechodzili przez jakieś pole, kartoflisko. Ja byłam na tych noszach. Wtedy nadleciał sztukas. Oni, słysząc, że on strzela, ich chyba więcej [było], ale ten jeden mi utkwił [w pamięci], chcieli się schować i tam był taki jeden kopczyk po kartoflach, że oni się świetnie wsunęli. A ja (czasami rzeczywiście Pan Bóg odbiera zupełnie rozum człowiekowi) uznałam, że nic mi się nie stanie i że sobie poleżę na tych noszach. On nad nami przeleciał. To jest nieprawdopodobnie trudne do uwierzenia. Nie mówiłam o tym do czasu, jak potwierdziło się, że inni też to widzieli. Ja, tak leżąc, widoczność była tak fantastyczna, że widziałam tę młodą twarz pilota, widziałam okulary i widziałam, że on mnie też widzi. Przeleciał i wrócił. Wrócił i zobaczyłam na tym piasku, na tej suchej ziemi takie malutkie fontanny. Piasek tak jakoś leciał. I w pewnym momencie sobie zdałam sprawę, że on strzela do mnie, bo tu nikogo nie było. Chłopców nie widział, bo oni byli w tym kopcu i poleciał. Słyszę warkot — wraca! Po tej samej linii. Ale mi się wydało, że to jest niemożliwe. Ale pomyślałam sobie — udam, że mnie trafił. Zupełnie tak, na spokojnie. Opuściłam głowę. Jeszcze strzelał. Tak chyłkiem spojrzałam, kącikiem, broń Boże, nie ruszając się. Ręce opuściłam. Poleciał i nie wrócił. I wcale nie byłam jakaś zestresowana, wystraszona. Pomyślałam sobie — a jednak, szkopie, przechytrzyłam cię! I to był chyba ostatni taki moment, gdzie byłam dzielna, odważna i nie bałam się”.

[za portalem www.sadyba24.pl]

Spacyfikowanie Sadyby to pierwszy akt nowej strategii niemieckiej w Warszawie, która ma sprowadzać się do odcięcia Powstania od Wisły, zza której może przyjść odsiecz. Niemcy zdawali sobie sprawę, że lada moment ruszy sowieckie natarcie. Zapewne ich wywiad wiedział też, że w rejonie Warszawy walczy Armia WP103, i nie było żadnej gwarancji, że dowodzona przez podległych komunistycznym władzom w Lublinie, ale jednak polska, nie zdecyduje się na jakąś desperacką akcję pomocy powstaniu.

Dlatego następnego dnia po upadku Starówki i Sadyby, 3 września, Niemcy bez pauzy operacyjnej przystępują do zmasowanego ostrzału i ataku na Powiśle oraz północne rejony Śródmieścia. Na mapie widać, jakby dwie strony gigantycznych cęgów zaczynały się zaciskać wokół powstańczego centrum: jedne z północy, drugie z południa. Dla oddziałów wycofanych ledwo ze Starówki — „Sosna” na Śródmieściu Północ, „Róg” na Powiślu i „Radosław” na Czerniakowie — to szczególnie ciężkie doświadczenie. Dla ludzi z dzielnic do tej pory w większej części ocalonych od zniszczenia, jakiego doznała Wola i Stare Miasto, nasilenie działań niszczycielskich jest wstrząsem. 4 września przestaje działać elektrownia104, z której po zaciętych walkach wycofuje się oddział „Cubryny”105, który pierwszego dnia walk zdobył, a następnie chronił ten newralgiczny dla funkcjonowania miasta obiekt. Wyłączone zostają warsztaty zbrojeniowe, drukarnie, wiele urządzeń użyteczności publicznej w śródmieściu. Zaczyna brakować wody, nie tylko do picia, ale też — co pilniejsze — do gaszenia pożarów. Z braku wody pożary gasi się piaskiem, ziemią. Von dem Bach nie jest jednak zadowolony z tempa natarcia na Powiślu. Zapisuje w swoim dzienniku zdanie:

„Wczoraj rano zaczął się mój atak na południową część Śródmieścia. Niestety, nie posuwa się dobrze. Polacy walczą jak bohaterowie. Czas nagli ze względu na bolszewików, jednak nie daje się przyspieszyć”.

Być może to spowoduje, że po 4 września pojawiają się coraz częściej relacje o gnaniu przed atakującymi czołgami i działami pancernymi cywilów i rannych, wziętych do niewoli Powstańców. To metody znane i sprawdzone w praktyce przez Niemców na Woli i Starówce. Będą je stosować nadal, mimo że 3 września w oficjalnej audycji radiowej Niemcy uznają prawa kombatanckie żołnierzy AK.

Spychaniu żołnierzy ze zgrupowania „Krybar” na Powiślu, wzmocnionych ledwo co wycofanymi ze Starówki niedobitkami ze zgrupowania „Róg”, towarzyszy coraz słabiej kontrolowany exodus ludności cywilnej napędzany świadomością tego, jaki los spotkał ludność Woli, Ochoty i Starego Miasta. Cywile z Powiśla uciekają do Śródmieścia Północnego, a ci z Północnego przez zajęty przez Powstańców, ale ostrzeliwany na wylot fragment Alej Jerozolimskich odpływają do Śródmieścia Południe, które uchodzi za spokojniejsze. Dalej już nie ma gdzie uciekać. Daje się słyszeć zdania „Zostawią nas jak tamtych na Starówce i na Woli”, ludzie pomstują na powstańców, obrzucają ich obelgami, plują im pod nogi. Często gniew dotyka nie tych z pierwszej linii, ale tych, których widać między cywilami — rannych, pozbawionych broni, wykonujących czynności pomocnicze.

6 września Powiśle i część północnego Śródmieścia, aż po Nowy Świat (a konkretnie jego parzystą stronę) znajduje się w rękach niemieckich. Obronę musi wesprzeć wycofane ze Starego Miasta Zgrupowanie „Sosna”. Niebawem, 9 września, zostanie ciężko ranny i umrze dwa dni później jego dowódca, Gustaw Billewicz „Sosna”106, major artylerii. Zapasy żywności ocenia się na wystarczające do 7 września, amunicji przy średnim zużyciu na 1 dzień. 6 września artyleria niemiecka zapala szpital na Powiślu przy ulicy Pierackiego 3/5, w którym znajduje się około 200 rannych. Brak jest wody i innych środków gaśniczych. Kilkudziesięciu rannych na wyższych piętrach płonie żywcem. Trzeba siłą odpychać sanitariuszki, które chcą mimo wszystko biec na górne piętra ratować rannych. Ciężko ranni skaczą z okien na ulicę.

Bór nadaje 6 września 1944 meldunek do Londynu, w którym pisze m.in.:

„Sytuacja osiąga swój punkt kulminacyjny. Ludność cywilna przeżywa kryzys, który może mieć zasadniczy wpływ na oddziały walczące. Przyczyny kryzysu: coraz silniejsze i zupełnie bezkarne ostrzeliwanie i burzenie miasta, świadomość, że npl [nieprzyjaciel] dąży do zniszczenia całego obszaru na wzór Starówki, bezterminowe przedłużanie się walki, coraz mniejsze porcje głodowe dla pogorzelców i szybkie wyczerpywanie się żywności dla pozostałych, wielka śmiertelność wśród niemowląt, agitacja czynników wrogich, brak wody i elektryczności we wszystkich dzielnicach. [...] Amunicja jest na wyczerpaniu. [...] Czy oceniacie, że działania na Zachodzie mogą w najbliższych dniach przynieść zakończenie wojny? Na szybkie opanowanie Warszawy przez Sowiety nie liczymy”.

Nie wiadomo, co konkretnie znaczy „wielka śmiertelność wśród niemowląt”. To jedno z tych lakonicznych zdań, które nie dają się rozjaśnić. Są jak czarna dziura, wchłaniają każdą próbę rozumnego zmierzenia się z nimi. Nie wiadomo, co w ogóle wie Komenda Głowna AK, skoro wydaje się jej, że działania na Zachodzie — toczące się aktualnie we Francji — miałyby przynieść zakończenie całej wojny ciągu kilku dni.

Po południu „Bór” nadaje jeszcze jeden radiogram do Londynu. Po raz pierwszy pojawia się w nim słowo „kapitulacja” i podane są zastają trzy opcje — usunąć ludność cywilną i walczyć do ostatka [należy dorozumieć — bez kapitulacji], kapitulować całością sił, kapitulować dzielnicami.

„Ewentualności te podajemy wam zawczasu, byście mogli przygotować na to anglosaskich mężów stanu. Sądzimy bowiem, że stłumienie powstania w Warszawie ma nie tyle aspekty wojskowe, co polityczne. Wczesne zaś ich uświadomienie sobie przez was i sprzymierzeńców może być pomocne przy rozgrywkach politycznych”.

Nazajutrz Antoni Chruściel „Monter” wyda płomienną odezwę do żołnierzy, wzywając ich do dalszej wytężonej walki. Po latach jeden z żołnierzy Zgrupowania „Radosław”, z batalionu „Czata 49”, Mieczysław Kurzyna ps. „Miecz”107 opowie Władysławowi Bartoszewskiemu: