Pelikan i bocian

Opuszczon od rodziców, przyjaciół, rodziny,

Żył samotnie pelikan pośród gęstej trzciny,

I tem jedynie gorycz osładzał tęsknoty,

Że nie zboczył z drogi cnoty.

Chociaż go wszystko prawie opuściło w świecie

Znalazł on rozkosze przecie,

I nie zazdrościł gdy marnej igraszki

Inne po borach używały ptaszki.

Bocian, którego miłość ku rodzicom znana,

Napotkał samotnego w brzegach pelikana.

Oddawna pragnął po znać tego pustelnika;

Widok jego postawy czcią gościa przenika;

Dobremu jak on dziecku jakąż radość sprawia,

Widzieć tego, co dzieciom własną pierś rozkrwawia?

«Synu zacnych rodziców! rzekł bocian wzruszony,

Przypadek mię tu w twoje przyprowadza strony,

Ale jakżem szczęśliwy, że tego poznaję,

Co miłości ojcowskiej rzadki przykład daje,

Lecz co widzę? tyś wesół, choć żyjesz w pustyni?

Cóż cię na rozkosz świata obojętnym czyni?»

«Mam ja, rzecze pelikan, okropne zgryzoty,

Niedawnom stracił matkę, uwielbianą z cnoty,

Opuścili mię wierni niegdyś przyjaciele,

Z nikim ani pociechy, ani łez nie dzielę;

Lecz Bóg, co okiem łaski na wszystkich spoziera,

On jeszcze nieszczęsnego pelikana wspiera.

Za tę małą cierpliwość, z którą troski znoszę,

Wlał w serce moje, innym nieznane rozkosze:

Te osładzają życie powleczone chmurą,

I w niebo przemieniają pustynię ponurą.»

Kto się z młodu nauczył mężnie walczyć z losem,

Cenić rozkosze serca, iść za cnoty głosem,

Komu czarnych sumienie wyrzutów nie czyni,

Ten może być szczęśliwym nawet wśród pustyni.