Wieczór pod drzewkami

Nie na tem szczęście nie na tem,

Ażeby być bogatym.

Znałem ja ubogie dziatki,

Pociechy ojca i matki,

Na górze chatka ich stała,

Drzewina ją ocieniała,

A pod cieniem tej drzewiny,

Siadały nieraz z dziaduniem dzieciny.

A on się z niemi bawił,

Albo nauczki prawił.

Wśród rozrywki, wśród pieszczoty,

Wpajał w serca piękne cnoty.

Jednego wieczora,

Tak pamiętam jakby wczora,

Siedział ten starzec pod drzewem na ławie.

Miłej się wnucząt przyglądał zabawie,

Potem starszego, Zygmuntka, zawoła:

„Rzućno, kochane dziecię, okiem dookoła,

A potem w niebo wznieś oko niewinne,

Tu i tam mieszka Bóstwo dobroczynne,

Tu i tam szczęścia, miłości kraina,

Choć twoja nie upływa w dostatki rodzina.

Jeżeli myśleć będziesz o serca ozdobie,

Codzień przyswoisz nową cnotę sobie,

Pójdziesz gościńcem od Boga wskazanym,

Oprzesz się złemu z męztwem niezachwianem.

Zniesiesz ubóstwo i ciężar niedoli,

A Bóg ci szczęścia na ziemi pozwoli,

I w przyszłym życiu zgotuje nagrodę.”

Weszła nauczka w serduszko młode,

I inne dzieci, co to słyszały

Pobożnie rączki składały,

I rzekły razem: „Dziaduniu miły!

Wszystko co mówisz, będziemy robiły.”

A on ich żegnał, twarz łzami rosił,

I Boga dla nich o pomoc prosił.