(Jak pomnę1...)

Jak pomnę, stała na stopniu wiodącym do cieni

dużej altanki, wolnej od słońca promieni,

bo chociaż była obszerną przestrzenią,

to jednak cała usłana zielenią

krzewu — co uporczywie piąć się nie przestawał

po ścianie i po słupach — przez co cień jej dawał;

liściem i gałązkami zamknąłby ją całą,

gdyby nie obcinany był wciąż rączką dbałą

ogrodniczki — tą właśnie była ona sama.

Stała tak w drzwiach altanki ujęta jak w ramce

zielenią w koło — na tle tej zieleni

ciemnej

zdała się główka jej blaskiem promieni

odbijać dziwnie jasno — jakby do jej czoła

dodano ową świetlną przepaskę anioła.

O, bo anielską duszę miała — ku kochaniu

skłaniała wszystkich zaraz po jej poznaniu. —

Prawie nie uważała na mnie — wciąż patrzała

przed siebie — nie wiem zaś, co by znaczyła

boleść ta w jej twarzy — zamglone

jej łagodne oczy — ozdobione

zaledwie widzialnymi łzami

zdały się jak szafiry oprawne perłami,

że trzeba było tylko — choć jedno wzruszenie

więcej — jednego ruchu powiek, żeby to cierpienie,

co w głębi duszy tkwiło przytłumione

wybuchło naraz w rzewny płacz zmienione,

taką widziałem wtenczas smutną. — Wina zwoje

jakoby pochylały się nad nią płaczące

i dla jej żalu współczucie niosące

łzę otrzeć chciały z oka, lub ubrać jej głowę,

ze żywych liści kwieciem zdobiąc włosy płowe.

Sądziłem, jakby przez swe igranie swawolne

dokoła twarzy — może były zdolne

spłoszyć smutek z jej lica — z czoła myśl posępną

aby się stała bardziej szczerą i przystępną...

I nagle wietrzyk, co zrazu spokojnie

długie, splecione chwiał gałązki krzewu

w takt szumu drzew i ptasząt miłych śpiewu:

zerwał się silniej — liściem niepamiętny

musnął po twarzy ją — nadto natrętny

dotknął ust — a czytaną mnie kartę przewrócił.

Nie zgadłem czy dlatego, że ją śmiały zbudził

z marzeń jej drogich — czy może wspomnieniem

dawnym rozranił serce: — dosyć, że westchnieniem

pierś się podniosła — jedna łezka się stoczyła

po licu bladym...

A że pozwoliła

u stóp mi swoich siedzieć — więc patrząc w jej oczy —

marzyłem, przeglądając się jakby w przeźroczy,

w jej duszy czystej — — właśnie rozłożoną

książkę czytałem: — łza na odwróconą

spadła mi kartę. — Poznałem, że była

zasmucona — że boleść swą przede mną kryła.

Ona spostrzegła — zmieszała się — biała

jej twarz rumieńcem zapłonęła cała.

Przeczuła, że jej boleść stała mi się jawną —

usta zadrżały prośbą — i z bladych niedawno

poczęły mienić barwą róży i koralu. —

Zdało się, że patrzyła wzrokiem pełnym żalu

za czymś, co stało się pomimo woli —

prosiła: nie wspominaj o tym, co mnie boli.

Potem odeszła prędko — ja nie rozumiałem

z tego wiele — zdziwiony — dalej skoro czytać chciałem —

rzecz dziwna — w miejscu gdzie karta zroszona

łzą: przeczytałem: miłość zawiedziona.

Przypisy:

1. Jak pomnę — wiersz powstał w Korabnikach pod Krakowem na przełomie 1888–1889 r. [przypis edytorski]