Spowiedź poety

Kiedy za oknem śnieg prószy

Lub szemrzą jesienne deszcze,

Naówczas w głąb własnej duszy

Chmurni wpatrują się wieszcze.

Myśl ich szybuje skrzydlata

Hen, nad wszechbytu gdzieś progiem,

A duch wyniosły się brata

Z sobą jedynie i z Bogiem.

Rozwiej się jakaś otwiera

Nad niebios błękity szersza —

A skutek: u Gebethnera

Po kop.1 pięćdziesiąt od wiersza.

I mnie, choć biorę mniej słono,

Zdarza się w nocy czy za dnia,

Że lica żarem mi spłoną,

Gdy duch sam siebie zapładnia;

Że lecę w nieziemskie kraje,

Że skrzydeł dwojgiem u ramion,

I, krótko mówiąc, doznaję

Natchnienia klasycznych znamion.

Lecz, ach, gdy pruję powietrze

W sferyczną wsłuchany ciszę,

I duch mój z wolna na wietrze

Nad jaźnią mą się kołysze,

Gdy spojrzę z kresów wieczności

Na moją nędzę przyziemną,

Gorzki żal w piersi mej gości

I w oczach od łez mi ciemno.

Im bliżej mi już do granic

Przelotnej ziemskiej pielgrzymki,

Tym bardziej w sercu mam za nic

Te moje mizerne rymki.

Młodości rozmach bezczelny

W chłodną rozwagę się zmienia

I w duszy, przedtem tak dzielnej,

Lęgną się hydry zwątpienia.

Myśli w pytajnik się pletą

I w głowie zamęt mi czynią,

Czy jestem bożym poetą,

Czy tylko zwyczajną świnią...?

Czy jestem tańczącym faunem

Na gaju świętego zrębie,

Czy tylko cyrkowym klaunem,

Co sam się pierze po gębie...?

Czym owoc duszy mej rodził

W żywota pobożnych mękach,

Czym tylko figlarnie chodził

Po jasnym świecie na rękach...?

Czy, jak mi radził pan Galle,

Byłem jak Bajron i Dante,

Czy tylko w pustoty szale

Składałem śpiwki galante...?

I duch mój sztywne ramiona

Pręży w mrok szary i mglisty

I w piersiach łka coś i kona,

I chwytam za papier czysty.

Po głowie mi się coś roi,

W sercu coś kwili, coś gęga,

I śnię już w tęsknocie mojej,

Że się coś «serio» wylęga.

Ale na próżno się silę,

Czas trawię na wzlotów próbę,

Na papier płyną co chwilę

Słowa niechlujne i grube.

Wdzięczą się do mnie tak świeże

Jak piersi młodych dziewczątek

I chęć obłędna mnie bierze

W mych natchnień wcielić je wątek.

Szeregiem mienią się długim

Niby błyszczące klejnoty,

I chciałbym, jedno po drugim,

Na łańcuch nizać je złoty.

Kuszą mnie czarem niezdrowym:

Im które z nich jest plugawsze,

Tym bardziej w kształcie spiżowym

Chciałbym je zakuć na zawsze.

I patrzę na swoje płody,

I żądzą przewrotną płonę,

I ryczę jak Orang młody,

Gdy gwałci polską matronę.

Próżno się kajam i bronię

Dręczony pokus torturą,

Próżno w dróg mlecznych ogonie

Oczyścić chciałbym me pióro,

Archanioł, co z mieczem stoi

Przy świętej poezji chramie

Nie wpuszcza piosenki mojej

I mówi: pudziesz, ty chamie!

I tak się tułam po świecie,

I żal i smutek mnie dławią,

Żem jest jak nieślubne dziecię,

Z którym się grzeczne nie bawią.

Trudno, choć dola ma twarda,

W bezsilnej miotać się złości:

Zostaje dumna pogarda,

Lub apel do potomności;

A jeślim gwary ojczystej

Choć jeden zbogacił klawisz

Ty mnie od hańby wieczystej,

O mowo polska, wybawisz.

Przypisy:

1. kop. — kopiejka, setna część rubla. [przypis edytorski]