1942. Noc wigilijna

Wieczorny szatan monetę zimną

ważył na dłoni...

Parzyła izby zamieć świeczek,

kiedy śmieszne figurki zatargały jak w dzwonnicach sznurkiem,

uniosły stopy na bojaźliwy centymetr —

nie mogły odlecieć.

Wplatał lepkie palce w oczy śnieg,

no i szeptał, uporczywie szeptał;

szatan załkał w szubienicę jak w flet

i rozwiesił płacz w drzewie jak szkiełka.

Więc choinka. — A na sznurku pajacyk,

kolędować Małemu, niech krzepnie,

pójdź — złóż dary — nie wystarcza popatrzeć —

drzewko smutne, a u ciebie świece.

Lulajże w powrozie, lulajże na haku,

niech się wyśni obrus biały i błyszcząca jodła.

Szept przygarnął — z tego szeptu twój opłatek

i ojczyzna ciemniejąca w nagłych gwiazdach z ognia.