Po raz pierwszy modlitwa

Nieśmiałej trawy lazur

jutro mnie chłodem określi,

ku niebu przegnie małemu

i złamie głos mój doczesny,

drzewa językiem rozdzwoni

powietrze kipiące ostro,

bym sen przytulił do skroni

i serce uniósł jak wiosło.

Dlatego zanim posłuszny

pod tęczę wysoką wpełznę

ramiona kuląc i uśmiech

nietrwały niosąc przez przestrzeń,

idź obok jak idzie Twa rzeka

wargi wydęte płucząc

czasem serdecznym i ogniem

jak ja już mową półludzką.

Jeśli przystanę — Ty zostań,

jeśli zawołam — Ty krzycz,

będziemy razem jak kościół

w górę się piąć, gdzie jak liść

leży posłuszny Twej ręce

księżyc wymarły i gwiazd

ustokrotnione obręcze

głowę znaczące jak głaz.

Po obu stronach mej drogi

milczenia białego strzeż,

abym, gdy głos mój jak storczyk

wypryśnie nagły — wciąż szedł

nieśmiałej trawy lazurem,

co sen mój i ciało określi

z sobą gotowym jak trumną

już wieczny, a ciągle doczesny.

Jeśli mój kres Ci znajomy

wytrwaj do kresu i sądź

wodę wraz ze mną i płomień

oraz szerokość stron

świata. I nim pochylisz mi dłoń

na ziemi strumień jak owcę,

niech się rozleję w krąg

i w jasność przeistoczę.