Widma

Poemat

1

Czy znasz ten kraj pod soplami sczerniałych gorących gromnic

skrzypiący dawniej żywicą — dzisiaj błonami skrzydeł

nietoperzy ogromnych.

Czy znasz ten kraj,

gdzie ścieżkami westchnień

płyną nieżywe

kwiaty zwęglone i kości zwierząt łąkowych i leśnych.

Gdzie płaski wypasał krajobraz

stulone uśmiechy wiosek

i kwitły długo przy ustach łąki łagodne jak flety —

schodzą do jezior z siarki

i węgla lasy brzozowe.

Stanęły w martwym powietrzu głosy psalmistów letnich,

kiedy czerwony tulipan ze strzechy wyrósł drzemiącej

i ronił płatki gorące.

Miasta pogięte jak muszle na czarnoziemnych wybrzeżach,

w których się echo strzępiaste wylewa pod strumień wiatru —

oto latarnie uliczne w ślimaki skręcone leżą

i wieże cieką ku ziemi w ceglasty zimny stalaktyt.

Marszczy się skóra globu, lasami zapada i pęka,

w szczelinach grzmoty podziemne niebo kaleczą niskie,

ziewają krwiste zachody przy ziemi rozwartym pyskiem

i czarne słońce zmalało do kształtu serca człowieka.

Ryby na rzekach z fioletu wypływają brzuchami do góry,

jawią się niebom obcym geometryczne stygmaty,

a to zapowiedź złowieszcza,

bo u serca dzwonów wiszą już nietoperze

i znaki z morowego powietrza

jak obłoki wędrują nad światem.

Ptaki nieznane nikomu po długich roślinach świstu

spadają w dłonie łun

jak w sieci listków.

Jabłko ziemi błądzące w zdwojonych mocnych obrotach

o obręcz blasku ociera sypką sosnową sierść.

Rwie się niebieski bulgot

i pustkę złą ustokrotnia,

pustkę o wnętrzu płomienia.

W płomieniu wklęsłym i szklanym mówią — śmierć.

Przymknięte są oczy pożarów, spod których łzy jak katedry —

łzy wyściełane wrzosami miękkie i dziwnie ciche —

a są to farby żałobne rozłożone w skrzydłach motyli,

a są to dźwięki bolesnej muzyki.

Pada śmiertelny deszcz z gromnic wysokich,

bezpańskie zwierzęta straszą między nocą a dniem,

ślepną źrenice ludzi pod cięciem puchowej lotki

ptaków niebieskich przemienionych w złe.

A domy łamią się lekko, domy, w których zamieszkał człowiek,

naszeptujący do kopców cmentarnych u granic.

Ludzie o twarzach z wosku i oczach łagodnej łani

czekają na gałązkę oliwną, a może

na gałązkę zwykłego śpiewu.

Skłębiona puchnie darń,

skwierczą rozwiane knoty gromnic,

noce wtulone w skrzydła nietoperzy ogromnych

kołyszą kraj.

Ten kraj.

2. Pieśń mimowolna

Właśnie mnie ciemność wydała nogom, u których po pięć

palców węszących boleśnie. Jednym podstępnym ukłuciem

usta rozdarła i mózg mój w białe zmieniła skiby,

w których się noc przewala zębata, ściśnięta jak pięść.

A zanim gołąb mnie odbiegł i gałąź wydarli mi ludzie

z dłoni szerokiej jak taca, abym pozostał szczęśliwy

wśród nich —

tlący na cienkiej łodydze jak lilipuci instrument

urzekł mnie ptasi skrzyp.

Nigdy nie było łaskawiej. Mąciłem spokój rzeczy

ciałem czystym jak kreda, głowę dźwigałem jak kościół,

odlot drzew żegnałem co dzień nadrzeczny,

liczyłem wypluski ryb

na piasku ciężkim od ości.

Dzwony chłodziły mi szyję weselne albo żałobne,

a od tego dzwonienia las z wosku na ołtarzach

w lusterkach trzymanych przez świętych nad głową

może dla mnie powtarzał,

może dla cienia mego, który był

w fałdach mej skóry białej,

że powalony w własnych krzakach żył

zrzucę swe ciało.

Cóż, potem niebo mi obce

błyskając krawędzią gromu

zeszło po listku, na którym haft —

I wzywałem donośnym głosem,

obok szatan o rogach złoconych:

Ach, zatrzymaj mi, ach, zatrzymaj bieg niebieskich lat!

Przypływ księżyca prowadził.

Wciąż na wieżach ludzie w wieczór

żałosnymi językami odczytywali gwiazdy, a gniew

palił im włosy w nieładzie,

bo powietrze gorące od przeczuć

tuliło się małe do pięt.

Sen mój był żółty i straszył

twarzą jak Tatar:

Przyszły

wielkie obłoki schylone nad ziemią pędzącą jak światło,

jak chrust płonęło żelazo i beton bojowych maszyn,

mosty skakały jak owce przez niebo wtopione w Wisłę,

wydęły kamienne dziewczyny usta spragnione pokarmu

i w dzbany parków jak mleko wlewał się ogień i marmur.

Na próżno człowiek z łbem sępa ręką zakwitał jak laurem;

schodziły w ziemię latarnie wciąż parskające, za nimi

wróble z ponurym wyciem, gołębie z płaczem wprost ludzkim,

i było biało od planet i mroźno niczym od zimy.

Z gromnicy wysokiej jak sosna wyszedł z pętlicą na krtani

Traugutt1 i wargą poruszał, gestem tłumaczyć chciał;

łamał się werbel pod krokiem, a on pełen cichego kochania

wzrokiem pytał: Czy znasz ten kraj...

Nagły jaszczur w smolistej łusce

wypadł z nory pod Męką Pańską

i zanucił dziecięciu jak listek

— a tym dzieckiem pewnie byłem ja —

o jeziorze, gdzie kąpał się w blasku,

pełnym siarki, fioletu i darni —

A wciąż noce wtulone w ogromne

skrzydła —

kołysały kraj.

Ten kraj.

Dalej... sen mnie z nóg zrzucił...

Wracałem, gdzie dym jak pies leżał

przed każdym wschodem księżyca.

— O mieście mówili, że wielkie, o wieży, że jest potężna.

Tam patrząc na lot jej zazdrośnie

znowu zacząłem swój głos

wysilać niby cięciwę — obok złocony szatan:

Ach, jeśli nie latom niebieskim — to pozwól mojej młodości,

aby przez ciało przebrnęła i twardą zębatą noc!

Wieczność siedząca za nami ziewała szczęką czerwoną,

mały anioł po sznurze schodził ku mojej pomocy,

po pięć palców u stopy ciągle boleśnie węszących

spoczęło wreszcie. Był dzień,

w którym przy mięsie ofiarnym Kain2 ugodził brata,

więc kipiał wełniasty step

w gwiazdach lecących na północ.

Wtedy ostrożnie mi zdjęto głowę, przykryto całunem

i gałąź wyrosła w mej ręce, a z nią boskości mej zapach.

3. Pieśń ostateczna

Strzaskałeś kroplami głuchymi jak młot

kuty w powietrzu sarkofag,

gdziem leżał w kwietnym puchu

czekający na nową noc,

kiedy twe ręce spoczną na chlebie i koszach.

Wielekroć gwiazdy stawały nad ciemną równiną,

mowa splątanych kopyt dudniła w łozach i wierzbach,

gdy śpiąca rzesza nad wodą wołała: głód!

Szalały krowy zdziczałe, o ciemność druzgocąc szyje,

wychodził z lasu pasiasty tygrys do ognisk i sprężał

mięśnie do skoku. Chłód

budził leżących — ręce

wznosili po trzykroć i oczy,

wołali: przybądź! i trawą sypali żałobnie włosy,

i budowali z kamienia ołtarze polne naprędce.

Nie było kresu tym czasom. Tyś spał

głowę rzuciwszy na wiosło, gdy zaczął buntować się płomień,

woda i blade powietrze. Latały ciała żyjących,

kości ich cienkie i żółte, raczej podobne słomie.

Zatapiał dziąsła zsiniałe w pierś córki śmiejący się ojciec

i kapłan kryjomo z kielicha krew twą do ust suchych lał.

Już woda spijała ziemię, już wodę pochłaniał ogień

i ogień ginął w powietrzu — ja ciągle leżałem jak martwy,

czując na zimnych policzkach dotyk żywiołów trzech.

Wąż poparzony się przywlókł, ciałem bezsilnym mi nogi

okręcił...

Ufałem — oto zbudujesz mi arkę

i weźmiesz na nią zwierzęta, tylko zostawisz mój grzech.

Potem mi ziarno przez ptaka

prześlesz — i włożę w doniczkę. —

Siedem ogromnych nocy i siedem ogromnych dni

będzie kiełkować, aż wreszcie z nowego wyczytam zodiaku,

że wolna ziemia mnie czeka, spokojne żywioły wszystkie.

Nie było tak. Już sam jeden

leżałem i czułem me oczy

topiące się głębiej i głębiej w twarzy zlepionej z wosku;

dogasał ogień na studniach, woda walczyła z lewej,

a z prawej kapał bezdźwięcznie w łuk przechylony nieboskłon.

Próżnia zdławiła już dawno węża u moich nóg.

Twardniały w kamień korzenie mchów, tataraków i lilii,

w uszach mych pęd posępny warczał,

łagodnie spadała ziemia, księżyc się w tyle przechylił

i słońca leciała tarcza

czarna na pół.

Jeszcze wierzyłem: wyślesz łuk

tęczy, gdy zbudzić się zdołasz —

lecz tyś spał — a u wiosła niespokojny tłum

twoich aniołów.

Więc nadzieję żegnając, z warg zwaliłem szeptem,

który ogromnym wołaniem się rozległ i deptał

gwiazdy błędnie wiszące

nad kolumnadą kosmicznych bram:

Nie złamałeś mej mocy —

jestem sam!

4. Sen drugi

Biskup w ornacie tajemniczych szelestów pełnym

głośno śpiewał litanie i świecił aksamitnym obuwiem,

szły za nim ulubione dwie hieny

i świecące jak talerze dwa żółwie.

Chłopcy biegli za orszakiem tym,

jak za cygańskim wozem,

chcieli ujrzeć pierścień biskupi, gdzie płyn

cudowny — bo z krwi — bulgotał,

ale już kobiet pisk zmysłowy

odrzucił ich na stronę:

to Dionizos3 rwał grona na płotach.

Na rogatkach — tam fryzjer i rzeźnik

mówili o czasach zjawiających się im we śnie:

złe były — a przeżyje, kto wierzy,

kto nie wierzy — nie wypije i nie zje.

A wierzyła staruszka, której już wiele kanarków

w klatce zmarło. Ostatni miał ciężkie konanie,

modliła się nawet za tę duszę małą,

ale najczęściej składała ręce

miękkie jak włóczka i prosiła: Panie,

niech wnuk mój zostanie księdzem.

I został. Panny w tiulach nad nim

niosły baldakim jak pierzyna pyszny,

aż z zazdrością patrzała nieładną

młoda żona z ulicy najbliższej.

Wiele prawdy znał fryzjer i rzeźnik.

Do studenta alchemii, gdzie dzwonek

był nad drzwiami rzeźbiony jak szyszka,

przychodziły Erynie4 tlenione,

by na czole mu gorzko napisać:

Masz pamiętać, bo taki jest rozkaz

— w snach go czytał i fryzjer, i rzeźnik —

ten przeżyje na ziemi — kto wierzy,

kto nie wierzy — nie wypije i nie zje.

Pluskały karuzele, łodzie na długich linach,

mąciły śmiech — lecz w tym śmiechu

szatan umywał ręce, jeszcze wodę po nich przeklinał

i żałośnie płakał jak dziecko.

Poznał go biskup srogi i powieką obwisłą skinął,

pełen chrzęstu srebra i haftu przystanął przed nim jak wizją,

wzrok do nieba podniósł: Ukrzyżuj!

Wielkim głosem potrząsał jak grzywą.

Wypędzony więc z miasta jak z raju

wziął mnie mocno za przegub dłoni

i na górę wysoką zaniósł.

Kiedy mi z gliny lepił chleb

i daremnie skręcał bicze z piasku,

jak najsmutniej mi w oczy popatrzył

i palcami jak dzwonki u sań

wskazał nisko, i spytał: chłopaczku,

czy znasz ten kraj?

Ten kraj?

— Tam stodoły chude, nocą wozu skrzyp

i Chrystusik kulawy przy szybie,

a za szybą już gromnice trzy

i milczenie żyzne.

Tam wilgotny i płytki na dłoń

dół dla ciała rozgrzanego południem,

słońce nawet wątłe jak kłos

i chleb trudny.

Jeszcze gorzej będzie, gdy żebra

stodół wyschną, wyparują studnie,

przyjdzie mór — przyjdą ludzie w złych hełmach...

A tu spójrz: chociaż góra bezludna,

są fontanny i zamki na lodzie,

kwiatów zagon, owoce kuliste

i jak tam — karuzele i łodzie,

i jak tam — szał, zabawa i gwizdy.

Że nie ludzkie, to nic — tamci kiedyś przestaną

i niejeden się skusi... będzie raźniej ci wówczas,

patrz — Erynia, ma córka, jak muzyka co rano

zbudzi lokiem grającym, ucałuje cię w usta.

Będziesz synem mym. Starość

ciężka dla mnie. Zły biskup,

który żółwie i hieny jak psy wodzi z orszakiem,

kazał odejść mi z miasta, gdzie ukryty się błyska

grom i wkrótce przeleci po żyjących i martwych.

Jakże rozeznasz wtedy mgły między nocą a dniem?

Tu tylko będzie wiadome — komu pozostać dane;

niemowlęta zrodzone potłucze popiół z marmuru i kamień,

ciebie? — Ciebie pożegna, rozniesie jak pianę

przelot ptaków niebieskich przemienionych w złe.

5. Hymn do światła

Gotowe są mury miasta. Czekają ciemne katedry,

domy rozpusty i place, na których błędni prorocy

ścieżki prostują twoje.

Tramwaj już węszy w ulicy, kina szaleją prędzej

i rzemyk rozplata wodzowi bohater wśród krzyków miłosnych.

Z trąb zachłannie szerokich wydmuchują orkiestry

noc głęboką i lamp spokojnych tło.

Gotowe są mury Jerycha. Na miasto ubogie w przestrzeń,

nim się powietrze rozszerzy w wieczność nadmierną — zstąp.

Zstąp na miasto ubogie w ogrody,

nim padnie wapno z kwiatów i nieświadomych budynków,

nim szelest snu nie zasypie wołania człowieka

o dni

powietrza, ognia i głodu.

Oto już słyszę niepokój pomników:

Kopernik wpatrzony w gwiazdę twarz zakrył cieniem kościoła,

z nocy wychodzą kolumny zbrojne. Ich marsz

chwieje drzewami ślepymi

i śpiew długi idzie za nimi:

Hej, dziewczyno ma, czy znasz ten kraj?

Gotowe są mury miasta. Ulepiłem już trudny mój sen

w pustej nocy czekający na szmer

promienia od gwiazdy słonecznej.

I zanurzony po usta w niej

słyszę w krwi mej szyderczą wieczność.

Zstąp na głowy bluźniące, zanim

grom po trumnach nie przeleci jak wóz,

i niezdarnemu na zimnym posłaniu

wołać daj:

— Oto biskup monstrancją świeci,

szatan z miasta ucieka, a za nim

idzie łuna nad ciemny kraj.

Więc jesteś!

6. Tren na śmierć siostry

Jest nade mną migotanie witraży.

Dymią książki dłoniom leniwym,

kolorowe, soczyste pejzaże

wyciekają jak senna oliwa.

Wyżej cień mój godzinę wydzwania.

Ściana płynie prosta jak struna —

będzie pieśń może gorzka i trudna,

ale pełna smutnego kochania:

Gdzieś, woskowa panienko,

gdzieś mi się podziała?

Ach, niedobre, niedobre żelazo

odebrało ruchliwość twym rękom

i języczek jak listek porwało.

I kosteczki o szpiku miękkim

wyłamało bez trudu jak słomkę;

a nie pójdzie z powagą i wdziękiem

konik z tobą ubrany w żałobę.

Nie opadną na deski z hukiem

krople święte, wonne i lekkie

i nie przyjmie posłanie smutne

w ciepłą trawę — nieśmiałej trumienki.

Cacy, cacy, siostrzyczko snów —

w środku miasta na skwerze pustym

zimny, płytki na dłoń ci dół

dadzą — oczom otwartym i ustom.

Ileż słońc się przetoczy nad tobą,

ileż rzek się wyleje naraz,

zanim cisza przystanie jak obłok

nad ulicą świętego Łazarza.

A mówili: przeżyje, kto wierzy,

kto nie wierzy, nie wypije i nie zje.

Śpią zuchwali na szczątkach oręża,

między nimi i fryzjer, i rzeźnik.

Niechaj martwi ufają żywym:

kto nie wierzy — wszak także utonie,

[ . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . ]

Nie pocieszyć twych rzęs, pod którymi

teraz piasku dusznego nadmiar,

a śpiewałaś: wielbłądy w pustyni

po dwa serca noszą w swych garbach.

Jak powiedzieć ci pełniej i smutniej

o nizinie, gdzie płomień stał —

Po twych deskach uderza jak w lutnię

ziemia nocą ogromna i pyta:

czy znasz ten kraj?

Zna go szatan i szeptał z tajemnic...

głos mu drżał delikatny jak pióro.

O, siostrzyczko mych snów,

po co więcej ci wiedzieć —

Ty wybrałaś dolinę, a mnie każą górą

znów.

7. Zwiastowanie, czyli sen proroczy

Kogut grzebieniem z korali

nad mą twarzą długą chwilę potrząsał,

potem rzekł: jestem tutaj przysłany,

by cię zbudzić i zabrać w niebiosa.

Potem dziobem gałąź przełamał,

boskość moją skrzydłem rozwiał rozległym

i napełnił kosmiczne bramy

pianiem wielkim i pięknym.

Obok nas,

tam gdzie płaski wypasał krajobraz

stulone uśmiechy wiosek —

schodziły ku drogom modre

krowy, cielęta i owce.

Śliwy, jabłonie i grusze

biły w sadach o ziemię mocno

i melodie przystawały pastusze

między zmierzchem razowym a nocą.

Po krawędzi wysokiej szedł

ceglasty pociąg o kołach wysokich,

ślizgał się most, toczył się szept

i jak łokcie latały tłoki.

Wtedy szeptem prosiłem: zostaw

na to granie, na tę spokojność...

Zstąpił szatan niedosłyszalnie, bo boso,

i do lęku mojego podszedł,

dotknął skroni i wyrzekł: chłopcze,

jeszcze będzie dana ci wolność.

*

Właśnie mnie ciemność wydała nogom, u których po pięć

palców węszących boleśnie. Zacząłem skarżyć się jękiem,

gdy mózg mój napełnił jak miedź

szelest nagły: to matka — w sukni huczącej na klęcznik

spadła jak ćma.

Dłonie rozwiała jak szarfy, a uśmiech blady był,

gdy dźwiękiem trącała powietrze rozkołysane jej zejściem:

Synu mój — uwierz w sny —

wielką prawdę znał fryzjer i rzeźnik:

Ten przeżyje na ziemi, kto wierzy,

i kto dłoniom własnym zaufa,

kto nie wierzy, nie wypije i nie zje,

a zapłaci mu pustka i cisza.

Kochaj płomień, który niweczy

i twą ziemię przepala jak kładkę,

tak się zrodził pochmurny i męski

bohater.

Kochaj pocisk z niedobrego kruszcu,

gdy nad włosem ci leci prosty;

niejednego on przecież nauczył

miłości.

I człowieka, w którego godzisz

mrużąc oko pod blask broni siny,

on nauczył boleśnie twą młodość

ojczyzny.

Synu mój, uwierz w sny: po raz wtóry zapieje kogut,

a nad miastem proszącym o światło koral łuny ześle wam

Ten,

Który w dłoniach i wodę, i ogień

sprawiedliwie waży na dzień...

ale więcej mówić nie mogę.

8. Pieśń wiosenna

Kora obrasta pnie. Dźwiga się kłos i powój,

ptaki prowadzą swe małe, kret wychodzi na światło,

muzyka chmur nad domem

wisi w gronach soczyście i łatwo.

Już ogrodnik zgiął się jak most,

koń paruje liczący skiby,

pęka gałąź i leje się sok

nad żywym i nieżywym.

Deszcz wywodzi roślinne kształty

z szeptu ziaren i owadów chrzęstu

i na wietrze faluje las.

Z wody ścieka znużony statek,

jest jak ręka pełna szelestu

położona ślepo na czas.

Idą dymy z kominów. W nich

drży nieśmiałe powietrze niebieskie:

grom zaszczekał wysoko nad rzeką,

błyskawice obnażyły kły

nad pobitym i nad zwycięskim.

Trawa przewierca kamień, asfalt się marszczy na placach,

korzeń roślinny unosi płytę uliczną i deskę,

krzak kartofla zakwita na ulicy świętego Łazarza —

śpij, wątła, śpij, męski.

Zwalone są mury Jerycha. Pogięta broń

jak szkło przebłyska w ruinach. Złomek księżyca w oknie,

po twarzy cień nietoperzy.

Gdzie pójdziesz — ciemność cię dotknie,

daremnie wołasz znów: zstąp!

Lepiej mężnemu: śpij, mężny.

Podziemna fala też pluszcze.

Krzyż się bezradnie poruszył

i ręka wynurza się biała, palce wskazują na sąd,

a pod nocą zwierzęcą i ludzką

świecą czaszki toczone jak lustra —

kość człowiecza opada na dno.

9. Nawrót wątku

Szatan muzyczny piszczel

palcami przy ustach rozdzwonił,

kołysały się żebra jak liście,

chwiał się ząb wyłamany i goleń.

Robak drobny wąsami poruszał

i po czaszce wędrował jak globie,

uśmiechały się oczy i usta

mej siostrzyczki w trumience obłej.

Jeszcze raz, tylko raz

hejnał bajkę zanuci —

każda kość będzie grać, każda trawa i korzeń:

...jechał piękny przez sosnowe morze

w nikłej łódce

pod blask.

Więc i inne okręty — wszystkie z listków i jagód.

Cicho ptaki ze smutku płakały,

bo na zawsze, bo nie wrócą, gdy odjadą

pod żaglami z koniczyny i malin.

Nucił piękny, a usta miał modre:

kajet5 rzuć, ze mną chodź,

to karocę ci zbuduję i otulę w chorągiew,

i dam welon czarny jak noc...

Dudnił flet i organy w kaplicy

wyciągały ramiona jak anioł;

jeszcze raz zagra kość — szatan w miasto powróci —

szepnął zwiastun i we śnie przystanął.

Z dymu będzie dom twój i sen,

a z płomienia wieczność zupełna

i opowieść inna — lecz wiedz,

że muzyka w niej nagła gra...

Nie anielskie to pienia.

Tak opowieść ta się zaczyna:

Czy znasz ten kraj...

10

Ryby na rzekach z fioletu wypływają brzuchami do góry,

ostatni kanarek staruszki wydał śmiertelne westchnienie,

żółto było od śpiewu jego,

teraz leży — sztywne ma pióra —

więc się módlmy: wybaw od złego.

Marszczy się skóra globu, lasami zapada i pęka,

płacze serdecznie kamień,

gwiazda się traci na wietrze:

czarne słońce zmalało do kształtu serca człowieka,

więc się módlmy: daj zmiłowanie,

oddal zapowiedź złowieszczą.

Stanęły w martwym powietrzu głosy psalmistów letnich,

biskup w żałobnej kapie

kropidłem widma gasi;

skrzypią haki szubienic,

zaraz salwa w ciało zapadnie —

więc się módlmy: ześlij nam łaskę.

Przymknięte są oczy pożarów,

lasy są drżące jak rzęsy,

krew już straszy na drogach, żadne stopy jej śladów nie otrą —

kwiaty zwęglone — i kości zwierząt łąkowych i leśnych,

więc się módlmy: od lęku nadmiaru

i szatana czułego nas ochroń.

A domy łamią się lekko

i znaki ciągną po niebie;

wciąż na wieżach ludzie w wieczór

żałosnymi językami czytają gwiazdy, a gniew

pali im włosy w nieładzie,

bo powietrze gorące od przeczuć

tuli się małe do pięt.

Rwie się niebieski bulgot,

a przecież w wirze karuzel

szatan już ogień dojrzał, łzy mu z policzków pociekły —

a to są farby żałobne, rozłożone w skrzydłach motyli

w czarnych skrzydłach albo niebieskich.

Pada śmiertelny deszcz z gromnic wysokich,

idzie ciemną niziną śpiewanie,

ślizga się most, toczy się szept i zmęczone pracują tłoki

po lesie, po wodzie, po łanie —

Nachyl twarzą się ku ziemi,

tam usłyszysz, tam odnajdziesz.

Ślepną źrenice ludzi pod cięciem puchowej lotki,

nie gałązka oliwna z nieba ściętego mrozem,

lecz podłużny opada jak

kropla spod paznokcia szatana — nietoperz.

Skłębiona puchnie darń,

więc się módlmy o słoneczny promyk,

bo wciąż noce wtulone w ogromne

skrzydła —

odpływają od rąk człowieka,

a za nimi — czy znasz?

Ten kraj.

Przypisy:

1. Traugutt, Romuald (1826–1864) — polski generał, dyktator powstania styczniowego, stracony przez powieszenie w Cytadeli Warszawskiej. [przypis edytorski]

2. Kain — pierworodny syn Adama i Ewy, zabił swojego brata Abla (Rdz 4,1–8). [przypis edytorski]

3. Dionizos (mit. gr.) — bóg ekstazy religijnej, sił witalnych natury, wina. Związany z życiem pozagrobowym. Przedstawiany zazwyczaj jako dojrzały, brodaty mężczyzna, albo młodzieniec o długich włosach. [przypis edytorski]

4. Erynie (mit. gr.) — boginie zemsty, karzące zwłaszcza przewiny wobec rodziny i rodu, przedstawiane ze skrzydłami i z wężami we włosach,doprowadzające do szału i dręczące tych, których ścigają. [przypis edytorski]

5. kajet (daw., z fr.) — zeszyt. [przypis edytorski]