(Jaki lekki — zwinny...)

Jaki lekki — zwinny — chybki —

sunę przez zarośla!

mój skok przesadza polany,

skąpane w mgle i księżycu.

Oczy migocą zielono,

grzbiet się pręży,

centki błyskają w zaroślach.

Otom król chytrych, silnych

zwierząt: ja —

tygrys.

I widzę:

siedzi pod czerwoną palmą

w białej sukni —

z księgą indyjskiej mądrości.

Pełzam w gęstwinie dżungli —

u nóg jej począłem się łasić —

w obłędzie strachu

nie śmie drgnąć.

Patrzy na mnie, patrzy —

jak ptak o bijącem gwałtownie sercu.

Lekko ją łapą

przechylam —

ona próbuje wstać —

i nagle —

kły wbijam w klatkę piersiową

— strumienie gorącej krwi

w bolesnym jęku

wiją się przed memi oczyma.

Ona tylko raz —

mój Boże —

szepnęła moje imię —

I obudziłem się —

mój Boże —

własną

pierś rozdarłem

i broczę krwią.