Noce polarne

(Jak zwiędłe liście...)

Jak zwiędłe liście czernią me kroki na śniegu.

Noc cicha, błękitna mimo chmur.

Błyskają ognie gdzieś z tamtego brzegu —

wśród gór.

Noc cicha — mimo chmur — mimo zawiei.

Noc twórcza. Patrzę uśmiechniony

w życie i śmierć. Jam brat Amaltei,

ale z niebiosów strącony.

Apollo — Helios — Agni —

więcej ma duszo — nie pragnij.

Noc cicha, twórcza — borów szumy —

nad morzem księżyc skrzy —

w głębinie widzę tumy

i wieże trzy.

Na czarnej wieży biją dzwony —

to człowiek pogrzebiony.

Na purpurowej groźne straże —

tam przeznaczenie każe.

W trzeciej — co zowie się królewska —

lampa niebieska —

to Ty!

(W mem sercu baśni...)

W mem sercu baśni o jutrzence

i fantastyczne kwiaty szronu;

w mem sercu jakby echo dzwonu;

w mem sercu zakrwawione ręce

grają na strunach miesiąca

odwieczny ciemny

hymn.

Schodzę w labirynt podziemny —

u stóp mych morze się roztrąca.

Głębiny duch

W żelaznych trumnach króle Tatry.

Noc — wicher i warczenie chmur.

Noc — głębia i błyskanie watry.

Z topieli pełznie okrwawiony Mór.

Na głębię! na głębię!

na serce morza pośród gór —

wśród skał lodowo-śnieżnych

wirują myśli jastrzębie —

duch rwie się do bezbrzeżnych

krain.

Odbijam tratwę w mrok i patrzę w śmierci jamę

i tworzę nową pieśń, jak Jubalkain —

olbrzymów pieśń — umarłych bogów dramę —

olbrzymów pieśń — Wöluspa i Szachname.

Wichry! śnieżyce! mych szałów tabuny!

przepaście! bory! słuchacze mych dum!

w zatorach zemsty law kipiących szum —

serc potrzaskanych tajemnicze runy —

księżyce, gwiazdy — me bracia — me struny!

Azalim skald? posiadłem dar cierpienia.

Azalim król? któż większe ma przestworza?

tak Atlantyda rzucona w głąb morza

tysiącem kolumn błyszczy się i spienia.

Znam bogów brzask: zielone oceany,

w płomieniach zorzy lodowe katedry,

ryk mastodontów, paroście i cedry,

harf złotośpiewnych mistyczne peany

i demiurgów orszak zadumany.

Ponad górami, niby księżyc w pełni,

snuje me serce czarodziejską przęśl —

fiołkowy obłok u stóp mych się wełni —

a jezior szklanych zatopiona gęśl

gra wizye gwiazd —

— ja z uchylonej trumny

słucham — a wokół się walą kolumny —

i ziemia drży podemną — i drży serce moje,

jak posąg, w miażdżonej świątyni —

a w chmurach pędzą skrwawieni heroje,

pytając mię o znak: śmierć na pustyni!

Nad górą świata, nad głębiami szczytów,

słyszę jęk matki, co mi serce rwie —

rzucam w jej łono pył aerolitów —

rzuciłbym słońce — lecz się łzami mglę.


Z czarnych kryształów mój pałac — w gryfy lemury rżnięty —

gwiazdy przez witraż świecą zamarznięty.

Perły posadzką, w koralach namioty —

huczą nademną gdzieś przeznaczeń młoty.

Myśl moja rzeźbi posągowe mary

[na Jowiszowem czole stygmat kary].

Po salach błądzę jako lew skrzydlaty,

[echem grobowym wtórzą kazamaty].

W melodyach ciszy nie zadrga zasłona

[w trumnie z ołowiu ktoś jęczy i kona].

Mrok zimny pluszcze w śpiżowe podwoje

[gwiazdy migocą w zmarzłe serce moje].

Zgrzytnęły dźwierze — pleśń i katakumba —

pochodnia krwawi napis: in haec tumba.

Wyrazy milkną, lecz połysk przelśniewa —

w trumnie z ołowiu głos żałobny śpiewa.

Chyłkiem się wije cień zamaskowany —

idę rozpacznie do ostatniej ściany.

Dotknąłem gwoździa — nisze się ozwarły —

padłem na progu, jak człowiek umarły.

Nieznana ręka podjęła mię z prochu —

widzę grób — lampę konającą w lochu.

Na stopniach klękam sarkofagu —

od blasków się źrenica mruży —

jak dwa płomyki białej róży

świecą dwie ręce zapalone —

dwie żywe ręce — jak przy Magu —

me serce żywcem pogrzebione.

I zaszlochały łzy w głębinie,

zamigotały skrzydła zmięte —

aniołów grają chóry święte —

w różanych widzę mgłach świątynię —

ale me serce już pęknięte —

już go tym rajem nie upoję —

anioły lecą ze mną w boje.

Precz! — i wydarłem złote miecze —

od przepaści moich progu

wara wam — i wara Bogu!

oto me serce człowiecze —

rubinowa tajemnica —

oto je rzucam w odmęty!

— — — — — — — — —

Jak czarna lecę błyskawica,

nad przepaściami słychać me tętenty.

A za mną śpiewa borów chór

i łkają dzwony zatopionych miast —

krwawi się serce morza pośród gór —

konają tęcze zdruzgotanych gwiazd —

hurra — tytany! w ręku piorun siny —

ten świat roztrącić — w głębiny! w głębiny!

Nokturn

Las płaczących brzóz

śniegiem osypany —

pościnał mi mróz

moje tulipany.

Leży u mych stóp

konająca mewa —

patrzą na jej trup

zamyślone drzewa.

Śniegiem zmywam krew,

lecz jej nic nie zgłuszy —

słyszę dziwny śpiew

w czarnym zamku duszy.

Umarły świat

Pokażę zamek wam nad czarną głębią,

zarosły w tarnię, bluszcz i dziewięciornik —

pokażę duchów siedzibę jastrzębią,

wydartą przez mój miecz, a nie paciornik,

i pójdę z wami w śpiewne kurytarze —

podziemny znicz i piorun wam ukażę.

Królestwo moje na miedzianej turni

nad łez doliną w gradach i obłoku;

na skalnej zbroi śnią rycerze jurni,

kołysząc włócznie zielone w otoku —

nad hełmem szafir, gwiazdami usiany,

a pod pancerzem serce i wulkany.

Jałowcem pachną krzesanicy pola,

białe pustynne jak sybirski cmentarz —

wszystko tu wieczne, jak ból i niedola,

a choćbyś z pułkiem szedł, jak regimentarz,

widząc toń zimną i martwą jeziora,

poczujesz nagle w sercu szpon upiora.

Dni moje przeszły, jak cień — i nic w górze —

o Chryste — i Tyś minął — jestem dumny,

widząc zmierzch bogów — serce mam w marmurze,

a me tęsknoty zwarły się w kolumny

krwawych bazaltów... Nie dbam o bożyszcza —

z Walhalli mojej dymią mrok i zgliszcza.

Zwano mię Chrobry. Stalowe koncerze

biły jak hajnał w mego ducha dzwony,

mój róg na puszczach zwoływał rycerze

i rzewne w gajach straszył dziwożony,

gdym wiódł w uroczne rzek leśnych zakręty

purpurą strojne, zdobyte okręty.

Obłok się we mnie wpił żelaznolicy

i głaz otulił, jak giezło grobowe.

Pamięć półsenną dawnej mam świątnicy,

kiedy się w tęczach ukazował Prowe

i pszczół pobrzękiem szumiały lewady —

pod rosochatym dębem wojsk obrady.

Lecz świat mój umarł. Błądzę nad wybrzeżem

wsłuchany w pomruk wilgotnych kamieni.

Mój róg — bez echa... Cisza mi pacierzem

była, a dziś już me serce rumieni.

Gram tryumf — wicher mi łka przez szczeliny —

gram wieszczby — miesiąc zakrwawia się siny.

Umarł... więc wichru i słońcu czarnemu,

które już złotych nie wyda owocy,

gram, — a hymnowi niewyśpiewanemu

wtórują cienie nadgwiaździstej Mocy...

Mój Bóg już umarł... w ogniu swe sztandary

palę: miłości, nadziei, wiary...

Widma

Płyną z mogił duchy białe,

jak męczonych ofiar dym —

i swe szpony zlodowiałe

zatapiają w sercu mym.

I powstaje niepożyta

rozoranej ziemi moc —

wicher świszcze, wicher zgrzyta,

to upiorów sądna noc.

Kto jesteście — biali króle —

co szeptacie w sercu mem?

wyją bomby, świszczą kule —

i z reduty płynie dym.

Jak ten żołnierz się krwawi... idź precz!

szubienica skrzypi i powiewa —

kto obróci w mojem sercu miecz —

temu serce moje pieśń zaśpiewa.

Ha — coś tętni — karawan i grób —

ha, to jest — sędziego tron —

widzę — siedzi w gwiazdach On —

krwią bez głowy ściekający trup.

A dokoła groźny stanął huf —

zamarznięty na bezdrożach lud —

lśnią na barkach czarne pióra sów —

a na hełmach ich gwiazdy — jak cud.

I ugiąłem przed nimi kolano —

i swą głowę złożyłem na pień —

wtem zapłakał mi tęczowy Cień:

czy miłością i ciebie zbłąkano?

Ja odrzekłem: wyleję swą krew

za ten jeden z mego serca śpiew —

za ten jeden z ręki Bożej cud —

za bijący w niebiosa grom — lud!

Lecz zahuczał przeraźliwy śmiech —

i na koniu poleciałem wcwał —

a z pod kopyt rozpryskiwał grzech —

a na trąbie grał śpiżowej — Szał.

I nie żądam już więcej aniołów —

nie podaję już siebie na zgon —

czuję — leci do mych oczodołów —

z czarnej ręki sypiący się szron.

I rozpędzam swego konia wcwał

i przelatam żywe groby wskok —

a na trąbie gra śpiżowej Szał —

a gwiazdami osypuje — Mrok.

Duch mój zamieszkał...

Izali1 nad umarłymi cuda czynić będziesz?

Izali kto w grobie opowie miłość Twoją i prawdę Twoją — w ziemi zapomnienia?

Duch mój zamieszkał wyludnione miasta

I widmem nędzy przepala swe oczy —

duch mój gdzieś w dale bezimienne kroczy,

jak pogrzeb wynoszący trędowatych z miasta.

Biją mi głucho popękane dzwony

i anioł ciemny prowadzi za sobą —

i jak biczownik, okryty żałobą,

płaczę — a w łzach mych biją nieszczęść dzwony.

W zmarzłej dolinie Cienia śmierci,

gdzie gwiazd migocą sarkofagi,

buduję sobie dół — i nagi —

z płomieniem schodzę w cienie śmierci.

Zamek duszy

Ty u bram moich, wiekuistny Boże!

wszak władcą grobów jestem i pustyni —

nie władcą nawet, bo nieraz się korzę

przed cieniem cienia — i smutek mię czyni

bezwładnym, jako w krach zamarzłe morze.

Ale racz wstąpić do skalnej wieżycy,

gdzie moje tygry wyściełam ajerem —

przed Tobą, królu, stanę bez przyłbicy

i miód wyniosę przedni — sercem szczerem —

sam jestem — Bór i Poświst moi służebnicy.

Jarzą gromnice nad umarłem ciałem

[z księgi mię żywych raczyłeś wymazać] —

i obdarzywszy czarodziejstwa szałem —

piekło mi każesz strącać, gwiazdy stwarzać

i jako harfą być — pod lodu zwałem...

O Miłościwy! Ty mi ciemne moce

na okręt życia-ś dał — w puszce Pandory

i serce moje — jak gwiaździstą procę,

rozwichrzasz duchem, co się rwie w przestwory,

a straż mi dzierżą głuche, zimne Moce.

Oto mi płacze i budzi się wiecznie

gość mój tajemny i więzień nieznany —

czasem, jak Helios, gra hymny słonecznie,

a czasem jęcząc jak żebrak złamany,

tuli się do nóg moich — niebezpiecznie!

Bo za jałmużnę łez — on dzikim śmiechem

wstrząsa kamienny sklep — i aż w milczeniu

skarg potępionych napełnia mię echem —

a twarzy jego nie widać w płomieniu —

a na Oliwnej górze zwał go Chrystus — grzechem.

I teraz czuję — siedzi za mą głową

Archanioł senny, co na krańcach ziemi

rozpostarł skrzydła i baśń lazurową

gra na organach palcami srebrnemi —

— — Miłość —

— i drugie niezgłębione słowo:

Śmierć.

Miałem się Bogu spowiadać — nie będę.

Niech serce leży w zimnej bazylice

osnute w marzeń królewską legendę

i w proch — dopóki zaszumią orlice

i tam uniosą, gdzie wszystko zdobędę!

wszystko! i Ciebie czarny Polifemie,

coś mi roztrzaskał maszt niedoli głazem — —

Serce jak wulkan w swoich ogniach drzemie,

zarosłe lilią i błękitnym ślazem —

aż buchnie — i krwią swą zaleje tę ziemię,

co u podnoża śni w jodeł tęsknocie,

jako słowiki — gdy osiądą groby.

Serce me tętni w głuchym grzmocie

i zasłuchane w płacz kamiennej Nioby,

gotowe bluźnić, że więdną stokrocie.

Niech więdną — kwiaty rozstrzępione morzem,

niechaj się więzień szalony uśmierca,

biegnąc puszcz wolnych lodowem bezdrożem —

niechaj me serce pęknie — lecz z Twojego serca

dobędę także jęk — tym ostrym nożem — —

Ona umarła — i nigdy nie wstanie —

Ona zaklęta — i nikt jej nie zbudzi —

rzuciłeś w zimny loch — na obłąkanie

tę Świętą, gdzie się zakrwawi i zbrudzi

i wyprze Ciebie, słysząc kurów pianie,

słysząc Judasza cekiny i Piłatową

sprawiedliwość Boga...

— — — — — — — Ty opuszczony

Starcze — błąkasz się w zamieć zimową,

a nicość bije w swoje czarne dzwony,

a piorun wije gniazdo nad Twą głową.

I tu przychodzisz — Twórco przeznaczenia —

[jak mnich wyklęty — aż na krańcach wioski —

do samotnego nędzarza — wśród cienia

żebrząc o węglik — w imię męki Boskiej...]

— — — — — — — — — —

odszedł, nademną zwarły się sklepienia —

— — — — — — — — — —

Mroki, pochłońcie mię! wy mię zatopcie, głębiny!

— — — — — — — — — —

On nad urwiskiem, osypany szronem

gwiazd — w zakrwawionem

przestworzu... O, przebacz nam winy,

jako my Tobie — błogosławim dzwonem

umarłych —

— — mający umrzeć tej godziny.


Aniołowie grają hymn — serce moje płacze —

Aniołowie idą w dal — serce me przyklęka, —

i zostałem sam — gdzie grobowca pleśń —

słońca nigdy już — ni gwiazd nie zobaczę —

a prowadzi mię jakaś mściwa ręka —

a prowadzi mię — wiekuistny żal.

Msza żałobna

Idę nad brzegiem zamarzłego morza

[o Matko Święta, zmiłuj się nad nami] —

wydęte — głuche — lodowe bezdroża

[o Matko Święta, zmiłuj się nad nami] —

z czarnych rozpadlin wylatuje śnieg —

i z dzikim świstem uderza na brzeg.

Tu skały groźne — tam oślizgłe jary —

kłębią się — wyją — na powietrzu mary;

wody rzegocą głucho pod stopami —

[o Matko Święta, zmiłuj się nad nami].

Ja niegdyś Rogier — król normanów —

z pychy sławiony i czarnego męstwa —

wielem dokonał przy woli szatanów,

wieże na gwiazdach budując i księstwa —

Choremu niosę grzechów odpuszczenie,

ale z mej duszy któż mię wyratuje?

słyszę w głębinach niepojęte drżenie —

morze swój kaftan szalonego pruje.

Na turni kościół, a w podziemiach blask —

słyszę anielski śpiew i lodów trzask.

Wejdę na chwilę pomodlić się Bogu —

wściekły mię wicher odtrąca od progu;

ale przez okno widzę złoty tron —

w światłach tęczuje mi lecący szron —

a w tęczach widzę rozśpiewany chór —

na tronie rycerz — mój pośmiertny wtór.

Włos czarny mu w połowie zakrył trupią twarz —

z sześciorga skrzydeł płynie krew do czasz.

Na harfie niemej gra — szatański zawtórzył śmiech

tej męce. Rzekłem: pieśń Twoja odpuszcza Ci grzech.

Z gór się olbrzymich bory łamały wśród łkań —

rzekłem: rycerzu, ty się zorzą stań.

Tysiące nad nim złotych rozbłysnęło piór,

księżyc, jak kielich czerwony wśródd chmur.

Drzewa szły za nim — i krze — i ptastwo — i mogilny głaz —

i aniołowie w blasku swych nieziemnych kras —

i czarne smugi dziko rozkrakanych wron —

w pustym kościele ktoś uderzył w dzwon.

[O czarna męko moja, o morze — wyjące pod krami —!...]

rzekłem, odchodząc: duchy, pokój z wami.

Przypisy:

1. izali a. azali (daw.) — czyż, czyżby. [przypis edytorski]