Strąceni z niebiosów

Kolosseum

Ruinom podobne serce moje — ruinom ogromnym i bezkształtnym.

Mrok otulił rany moje, po lazurowych wschodach prowadzi mię zaduma w gwiazdy.

Oryonie — bracie mój — w purpurowem zarzewiu wulkanów czytający księgę przeznaczeń —

i Ty, siostro moja, Andromedo, przykuta do skał —

i Ty, łamiąca dłonie Kassyopeo, której córę wzięło na pożarcie złe bóstwo — miłość —

i Ty, Perseuszu, coś ujarzmił obłąkane loty swojej wyobraźni —

i Ty, Liro — i Ty, Orle — i Ty najbliższa nam grzywo Centaura —

— — o gwiazdy magowie, składający hołd wiekuistnemu Sercu! wzmocnijcie chlebem aniołów mnie — najciemniejszego z tułaczów po otchłani.

Męczennicy, których krew użyźnia bryłę ziemi — dziewice, niewinniejsze od lilij — młodzieńcy, dzielniejsi od posągów — rozżarzcie serce moje w trybularz wonności.

I wy, Geniusze, tworzący wszechład — ogień — wodę — powietrze i ziemię — eter — gwiazdy i przeznaczenie gwiazd —

świeczniki boże siedmioramienne — skrysztalcie mię w klejnot wiedzy, na czarny węgiel rzućcie iskrę objawień.

Aniołowie — otom dzwon zaryty w piasku, — na wysokich górach postawcie mię braciszkowie moi, abym dolinom opętanym w mroku zwiastował Ducha Pocieszyciela.

O ruiny serca mego, ogromne i bezkształtne w mroku — poryte wąwozami cieniów, które nie wiem dokąd zawiodą — pełne więzień i klatek na potwory, łańcuchów — pordzewiałych od krwi i od łez —

— — Czarodzieje filtrują jady w przysionkach mych —

handlarze bronzu rozkopują łono moje —

niewolnice kupczą wdziękiem Afrodyty —

dumna młodzież rozpędza rydwany dokoła cyprysowych alej —

lecz łasice gryzą się w ciemnościach, a świerszcze sykają nad upadkiem —

i tylko gwiazdy wświecają się w sznur obłąkanych nieskończonością okien —

a niebiosa rozwinęły się nademną jako szafirowe żagle.

O przedwieczne rodzeństwo — aniołowie,

geniusze i święci — dźwignijcie księżyc z fali morza zamarzłego — niechaj cyprysy moje napełni szmerami proroctw.

W ciemności schodzi duch mój — w ciemności roztęczone od szronu gwiazd — łyskające kopułą czarodziejskiego zamku, gdzie białe rumaki strącane są w głuche jeziora — a w fosforycznych grotach ucztują widma potępionych.

Tysiącoletnie drzewa rozpaczy nurzają się w lodowych zatorach, płyną szeleszcząc ku bezdennym wirom — nad mglistym wyżłobionym lejem Anioł śmierci waży się w krwawym płomieniu, niby dogorywająca na wieży latarnia.

Stało się —

zapadły podemną niebiosa — kępa kwiatów pod stopą kamiennego olbrzyma i mrok zgęstniał dokoła.

A nad głębiami Duch — gasi gwiazdy — i rozżarza wizye, świetniejsze od gwiazd.

Orland Szalony

Kwiat purpurowy marznie w lodowni

w upiornych snach —

dusza się błąka z zarzewiem głowni,

by odgnać strach.

Tam — na Golgoty krzyżu zawisnął

skrwawiony kruk —

harfa gra cicho — skrzydłami błysnął —

u Jego nóg.

A więc ty dziki śmiechu zwątpienia

składasz Mu łzy?

lecz to kość ludzką gryzły wśród cienia

zgłodniałe psy.

*

Hej, z maurytańskich śpiewnych sal

wybiega do mnie hurysa —

czarny płomienny jedwabny szal

z nagiego łona się zwisa.

Cyprysy — księżyc — fontann szmer —

zaczarowane ganki —

oddałem wszystkie gwiazdy sfer

za uścisk — Maurytanki.

*

Newady śnieżne zimne szczyty,

gdzie orły z wrzaskiem krążą głodne,

sosen pachnących malachity,

mórz turkusowych szlaki wodne —

— widzę — czerwony mam puginał

i krwi na ciele mojem plama,

gdym ją w uścisku już przeginał

ona o śmierć prosiła sama.

*

Na szafirowej snów głębinie

toną żałobne gwiazd mych łodzie.

A cień olbrzymi jest na wodzie

od chmury, która za mną płynie.

. . . . . . . . . . . . . . . . . .

Oh, w ciemnym borze

słowiki nucą —

oh, na przestworze

gwiazdy!

Polecę — polecę — polecę —

i umrę — u Twoich nóg —

w głębokiej zimnej rzece —

śniąc, że u Twych nóg.

Dusza jak płomień biały

przez morza leci w dal —

ja rycerz Boga — lecz o skały

zmiażdżyłem święty Gral.

W przydrożnej wisiał iwie

skrwawiony za mnie Mistrz —

ja mam ran więcej! — orły żywię

mem sercem — burzo świszcz!

*

Ach, w modrzewiowym dworze

gdzie na kominku płonie żar

(obroń tej myśli, Boże!)

podejdę w ciemny jar —

— — wilkołak! będę pił twą krew —

i twoje dziatki — —

wydrę im z trzew

ten jęk — co serce opiekielni —

matki!

— — — Zawyje wicher, zawierucha —

i ujrzysz mojego ducha,

jak twojego męża głowę

będę wlókł —

i uderzę nią o przydrzwia bronzowe.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

i ujrzysz mię wśród zamieci,

jak będę go wlókł i krwawił —

i wyć będziesz — ty — i twoje dzieci —

a szatan będzie z borów błogosławił

tej mocnej — jak śmierć — zemście.

Czarne Xięstwo

Pną się we mnie czarne kwiaty —

złote kwiaty,

krwawe kwiaty.

Nim Adonai przeklął Kainowe plemię

wirowały już te światy

w ogniach Mocy i Tronów —

i z kryształowych dzwonów

płynęły w rajskich melodyach na ziemię.

Ach, moich szaleństw złowieszcze bachmaty

wichrem spadających komet

uniosły mię w zamek Chimery —

gdzie na krzyżach rozpięte

ciała męczonych Andromed

i niemych Sfingów twarze wniebowzięte.

(...fosforycznie przyświecają

w studniach głębokich —

jednookich

olbrzymów do się zapraszają...)

Na rubinowym szczycie, oplątana w liany

zodyaków i w sennych mgławic protosfery —

ta Jeruzalem piekielna.

Jako płonące świeczniki

żarzą się wichrem rozszumione cedry.

Wśród kolumn czarnych olbrzymiej katedry

zaklęta postać leży Bereniki.

(...a hymn jej grają

zimowe bezdroża —

a skrzydła nad nią roztaczają

Samumy...)

*

Pośród nocy miesięcznej przez bory

orszak magów płynie w adoracyi —

nad słoniami złota kiść akacyi —

to królowie wyklętej Gomory.

W tańcu zwiewnym czarne bajadery

lśnią skarbami podziemnej Golkondy —

na warkoczach skrzą gwiazdy, drżą szmery,

jak kwiat mango w ściskach anakondy.

Wrzask tympanów, brzmią dzikie litaury,

od pochodni goreją świątynie —

to na Olimp się wdarły Centaury

i w zadumie patrzą na boginię:

(a hymn jej grają

zimowe bezdroża —

a skrzydła nad nią roztaczają

Samumy).

Nad cysterną — wśród gorącej splątanej zieleni

kwiat niewoli brudną krwią się mieni

i zatapia w mrok siny swe łona —

duch za kratą wytęża ramiona.

*

Kiedy w rajskim dziwnym śnie,

kołysany szeptem tulipanów,

w mgły srebrzyste przyoblokłem Cię

na dalekiej wyspie Oceanów

(w dziwnym rajskim śnie) —

szafirową w ogniach różę

wydałem z mojego łona

i łzy szczęścia w gwiazd wichurze

przetopiłem w blask Oryona —

ach, ujrzałem Cię:

przezemnie wyśnioną,

przezemnie na wiek potępioną.

Bóg mściwy wyrwał ten mój serca kwiat

i wśród jaskiń księżyca pustyni

duchy wężów się wzniosły w las pinij —

a ze skał niebosiężnych gdzie był chram

patrzył na mnie fosforyczny zimny gad —

ze skał, gdzie się tuli śmierć do bram.

*

Ponad głębiami czarnych wód

leżę w bezchwiejnym cichym śnie

i marzę — że ty przyjdziesz mnie

tam strącić — w swój piekielny gród.

Na uczcie króla Baltazara

sfałszował mag żydowski Daniel

jej złote imię Upharisim.

A imię znaczy:

— nieśmiertelny

— i bogom równy!

— zejdź w zimny wilgny loch kościelny

— i zabij tę, co w trumnie śni —

— Mené — Mené — co w mroku lśni —

— jej duszę — serce twe —

— Mené — Mené!...

— a ja Cię wzniosę — bóg piekielny —

— ponad aniołów czyn niedokonany

— ponad najgłębszą z gwiazd

— o której mędrce marzą i szatany...

O pani konających, nasyć oczy moje.

Lucifer1

Jam ciemny jest wśród wichrów płomień boży,

lecący z jękiem w dal — jak głuchy dzwon północy —

ja w mrokach gór zapalam czerwień zorzy

iskrą mych bólów, gwiazdą mej bezmocy.

Ja komet król — a duch się we mnie wichrzy

jak pył pustyni w zwiewną piramidę —

ja piorun burz — a od grobowca cichszy

mogił swych kryję trupiość i ohydę.

Ja — otchłań tęcz — a płakałbym nad sobą

jak zimny wiatr na zwiędłych stawu trzcinach,

jam blask wulkanów — a w błotnych nizinach

idę, jak pogrzeb, z nudą i żałobą.

Na harfach morze gra — kłębi się rajów pożoga —

i słońce — mój wróg słońce! wschodzi wielbiąc Boga.

*

Mój duch łańcuchem skuty do ziemi

zwisa się w przepaść piekielnych łon,

a kiedy targnie skrzydły dźwięcznemi

głuche się echo ozwie jak dzwon.

U stropu mego gwiazda się żarzy

[serce me niegdyś kochało ją]

w przeanieleniu złotych witraży

ona się moją syciła krwią.

I znowu płynie gwiaździsta rosa

pocałunkami morderczych zórz —

oh, duszo moja, — oh, me niebiosa

rzućcie swe płomię w toń zimnych mórz.

Nie pragnę słońca — osamotniony —

z krzykiem złowieszczym upiornych snów,

bogowie mogił — jam był pojony

jak wy — ambrozyą — i mlekiem lwów.

Organy grają Requiem żalu,

organy grają Centaurów zgon,

jak Damajanti płacze po Nalu,

tak burze, wichry, grady i szron —

wieczne są we mnie, jak łzy w opalu.

Melancolia

Żyje we mnie jakiś głuchy płacz — jakiś szloch i płacz żyją we mnie —

niby w grocie kropel wieczny szmer, monotonnych kropel tajny jęk.

Ach, to pewno przez zbójców zamkniona ze złotymi włosami królewna,

(kasztelanka lub może pasterka) — z pól słonecznych, zielonych porwana,

zapomniana i w grocie zamknięta i na ostrych się głazach krwawiąca

złotowłosa mej duszy królewna.

Łzy jej płyną jak zimne opale — łzy jej płyną wśród nocy bez końca

i w kryształy się lodów zwisają — w zamyślenia wiszące kryształy.

Raz przypełznął za szmerem do groty — wąż kusiciel tych głuchych podziemi,

usta chciwie przyłożył do zdroju, lecz się wzdrygnął przed blaskiem nieznanym.

A wtem ujrzał w szafirach królewnę — i swe oczy głębokie, zielone —

swoje oczy widzące w ciemnościach utkwił w bladą płaczącą królewnę —

i mądrymi oczyma pocieszał i prowadził ją w otchłań głęboką —

fosforycznie oczyma przyświecał — i prowadził ją w otchłań głęboko.

Aż pod ręką skrwawioną, co szuka w mroku oparcia

grać poczęły jak dzwony bólów zamarzłych kryształy:

chór wyklętych pielgrzymów nuci pieśń grobu świętego,

tarcze błyskają, miecze — wśród kolumn czarnych bazaltu —

wstają z grobów olbrzymy — szał rozpędzonych rumaków

niesie ich w ogniach kłębiących przed gniewny w piorunach Majestat.

Nagle śpiewy zamilkły — głucha rozwarła się otchłań —

widać wśród ścian obślizgłych mgłą wirujące jezioro.

I na zwilgłym grobowcu drżąca spoczęła królewna

w otchłań patrzy bezgwiezdną — w świątyń zagasłych jezioro.

Wtem ją mocne ramiona objęły w krzyku bezdźwięcznym

i uniosły nad otchłań skrzydeł sześcioro

i ujrzała cudowną w blasku miesięcznym — twarz Lucifera.

*

Oto mej duszy świątynia — z czarnych, jak miłość, marmurów,

gdziem lud spiżowych posągów zaklął nad głębią rozpaczy.

Niech wicher morski gra, niech strąca lwów — Poskramiaczy

w płynny wulkanów żar — w ogniowy pałac Ahurów.

Tu napowietrzny most z bolesnych krwawych stygmatów

między górami na morzu, jakoby nici pajęcze —

i tu Cię będę niósł, jak chmura porwaną tęczę,

na ten najwyższy cypl — w zorzy polarnej dwóch światów.

I Tobie oddam regiony, co w skalnych zboczach mej duszy,

jak ametysty lśnią: sny prerye; sny jak miesiąc w borze,

i tę ścieżynę modlitwy, ktorą szedł Chrystus raz w mroku.

A dla mnie to bezbrzeżne kraterów gasnących morze,

upiory świateł, wieczność, której już nic nie poruszy —

chyba ten Bóg — co przyszedł mię potępić — w Twoim wzroku.

Kain2

Wyszła mi z boru — w złocie warkoczy

z twarzą indyjskiej Bogarodzicy —

w błękitnych iskrach — w srebrnej przeźroczy —

nadksiężycowej wieszczka świątnicy...

Ach, rozkochały się w niej moje tęskne oczy —

ach, — i zabrzęczał łańcuch mej ciemnicy.

Jak wulkan krwawy w łonie Arymana,

jak Samum, gdy się wichrami rozuzda —

tak we mnie otchłań — gwiazdami przetkana

leciała w państwo słoneczne Ormuzda.

Ach, rozkochały się w niej moje tęskne oczy —

ach, i zabrzęczał łańcuch mej ciemnicy.

Nie wzbraniał mi jej smok, żelazna wieża,

zdradny labirynt, ni królewskie ramię —

miłość zwycięży wszystko — wszystko złamie —

ale nie miłość drugą do pasterza

Więc Śmierć przyzwałem — i śmierć odtąd żyje —

i wszechświat cały grobowcem przywarła —

— — — czuję mdły powiew — —

— — w oczeretach gnije — —

z tęsknoty — u nóg mych — umarła.

Na pustej trzcinie rozpiąłem jej włos —

nad śniącą rzeką schyliły się drzewa —

wiatr cicho płacze — ptak mogilny śpiewa —

to los mój — los!...

głębiny tajne pruć —

milczenia głuche mącić —

jako stracona łódź

od brzegu się odtrącić —

mieć gwiazdy — gwiazdy rzucić —

i tylko piosnkę nucić —

to los mój — los!...

*

Magia mej duszy niechaj Cię wywoła

z zarzewia komet czy z mroku przepaści —

przyjdź — ustroimy w lotus nasze czoła

i gibkie ciała nasze nard namaści.

Pachną mi dziwnie Twoje złote włosy,

jak prześwietlone senne kłosy.

Twych oczu lazur, jak górskie jeziora,

w których się pławi czarna sykomora.

A Twoje usta, pachnące jak róże —

chłodne — jak płomień zaklęty w marmurze.

W ogrodach piersi kwitnące jabłonie,

jakoby księżyc w mgieł srebrnych oponie.

Biodra toczone ze słoniowej kości,

jako indyjska świątynia miłości.

O przyjdź — na liściach zwiędłych piszę

ten sen mój obłąkany —

rzucam je w strumień łez moich wezbrany —

niechaj w anielskie odpłyną zacisze — —

Ale mi włócznią swą miedzianą

potrząsasz — i groźna jak mrok —

roździerasz serce moje —

czarną pianą

dysze mi toń — ja pieczar tych smok —

weź moje skarby i Twe zimne serce —

opasz — niech błyszczy!

Szmaragd Ci wspomni te zielone łąki,

po których szliśmy strojni w asfodele —

rubin — czyścowe jeziora rozłąki —

i miłość, którą oddałaś w kościele

innemu — a dyament — moje serce dumne,

stopione w ogniach i rzucone w trumnę.

Na czole Twoim płomień chryzolitów,

abyś widziała gwiazdy konające —

ortoklast zimny, smutny jak miesiące

zamrozi w oczach Twoich sen błękitów.

Ale ci jeszcze składam te szafiry

i perły jak chmury bezdomne,

i krwawej jaszmy obłąkane wiry —

na znak, że Ciebie nigdy nie zapomnę —

pierścień Ci włożę z mrocznych karbonatów,

bo się spotkamy — za progiem tych światów.

*

Kiedy Cię moje oplotą sny —

jak białe róże —

nie bój się kochać — ja — i ty

w nieba lazurze.

Ziemia, jak echo minionych dni,

grające w borze,

a nasze duchy wśród martwych pni

wieszają zorze.

Serce mi splatasz koroną gwiazd,

hymnem warkoczy —

podemną góry, wieżyce miast —

nademną — oczy.

Dziwnie się srebrzysz, aniele mój,

w tęczowem piórze —

fontanny szemrzą, gwiazd iskrzy rój —

wonieją róże...

*

Jest serca kraj na modrej morza fali,

gdzie Centaur dzikiej poucza mądrości,

gdzie bór indyjskie rozwiesza wonności

i w wodospadach rzeka się krysztali.

Tam żyjesz Ty — i Bóg mi Cię zazdrości —

i weźmie Cię — gdy serce moje spali.

*

Błękitnym echem letniej żarzy,

szumem kwiecistych traw —

głęboko na dnie lśni i marzy

w czarze krateru staw.

Podziemnych duchów serce szklane

gra Bogu dziwną pieśń —

jak Anioł dumne, nieskalane

przez łzy, ni pleśń.

Tu chciałbym marzyć w noc gwiaździstą

na czole mieć Twą dłoń —

i zejść przed jutrznią w uroczystą

głęboką zimną toń.

Lecz wiem, że wznosząc nad anioły

rajów Ci oddam moc —

sam w głuche muszę iść padoły

w głęboką zimną noc.

*

Na księżycu czarnym wiszę

patrząc w gwiazd gasnących ciszę.

W mroku dumnym i bezgłośnym

ze strzaskaną harfą snów

płynę — szukam jej —

nie odnajdę już.

Inferno

Wichry i dżdże — niebo od gromów rozdarte,

węże błyskawic i wycie szatanów —

duch mój zgnieciony głębią Oceanów

szyderstwem kłuje swą zastygłą wartę.

— Ha, Belfegorze! doli twej zazdroszczę,

bo ogień chłonąc, jak ptak nieśmiertelny —

światów gasnących bard, książę udzielny —

w Ławrach swych grzebiesz mar anielskich moszcze.

Skrzył fosforycznie, choć mróz lodowaty

ścinał me żyły. I wyciągnął skrzydło

i pot uronił na żelazne kraty —

syknęły z bólu — i pękły. Straszydło

wszponia się we mnie swym wzrokiem bez powiek

i szepce: masz mnie — jam twój skryty człowiek.

Ananke

Gwiazdy wydały nademną sąd:

— wieczną jest ciemność, wiecznym jest błąd.

— Ty budowniku nadgwiezdnych wież

— będziesz się tułał, jak dziki zwierz,

— zapadnie każdy pod tobą ląd —

— wśród ognia zmarzniesz — stlisz się jak lont.

A gwiazdom odparł królewski duch:

wam przeznaczono okrężny ruch,

mojej wolności dowodem błąd,

serce me dźwiga w głębinach ląd.

Poszumy płaczą mogilnych drzew,

lecz w barce życia płynie mój śpiew.

Ja budowniczy nadgwiezdnych miast

szydzę z rozpaczy gasnących gwiazd.

Kallypso

Oh, brylantowe iskry na czarnym szafirze

niebiosów — oh, serca mojego łabędzie....

grobowce straszą mnie, cyprysy w kirze,

a jego niema, nie będzie....

Lira mi pękła na grani ołtarza

gdybym chciała serce wypłakać swym śpiewem.

Na górach pali się wulkanów żarza,

jak kiedy leżał rozbitek pod drzewem.

W bronzowej twarzy, okolonej mrokiem,

paliły się oczy straszliwe:

skrzydlate słońca gdzieś w jarze głębokim,

dumne, szalone, złe a razem tkliwe.

Raz — kiedy Centaur konał z mego noża —

(poznaję teraz — kara boża....)

Agralu! owoś pędził obłąkany

po kamienistych puszczach i uroczną pieśnią

zakląłeś gwiazdy, Kocytu szatany,

abym ja była z tych, co w mękach nie śnią,

powieki mając kleszczami obcięte —

dni moje — jako trawy zżęte....

Bóg mi się zjawiał w czerwonym piorunie,

za miłość moją darząc tron z niebiosów —

lecz jam wolała wśród lilij i wrzosów

słuchać rapsodu na śpiżowej strunie:

noc — pożar — wyrżnięte narody

i obłąkane widziadłem dziewice....

Leciały do mnie duchów korowody

za swą królowę biorąc — Osmętnicę;

więc czarodziejskie tworzyłam im raje —

kwieciste, wonne zapomnień ruczaje.

Był zmierzch. A na dnie groty gwiazdy się w jeziorze

złociły, jak połamane w hieroglif miesiące —

on — na samotnej skale, wychodzącej w morze

płakał — i słowa rzucał gorejące —

krzyk przeraźliwy, niby orła w klatce —

wnętrza zadrgały we mnie — a już w matce.

.... Płyń! do ojczyzny tęsknisz pewnie —

płyń!... nogi całowałam rzewnie.

Z wichrem poleciał w burzliwej zawiei

straszydła ścigać i lądy nieznane.

Fal słucham morskich, zapatrzona w pianę,

jako w trujący blady kwiat nadziei.

O ty, co ziemne okrążasz padoły

samotny ogniu! w zagrobowej ciszy

siejący marzeń srebrnych asfodele —

oto ofiarne ci składam jemioły —

powiedz tej Mocy, która serc nie słyszy,

że tak się zetli, jak serce — w popiele.

Korsarz3

Żywiołem moim huragany wód.

Lecz pomnę, żyłem nad brzegami rzeczki,

poiły wonią mnie drobne kwiateczki

i wierzb otaczał pieszczotliwy chłód.

Migały rybek szybujące strzałki,

jak pierś kobieca świecił piasek miałki —

woda szeptała: baw się ze mną, baw...

Wtem usłyszałem nademną w purpurze

orły lecące piersią przeciw chmurze,

jak przeciw Persom para greckich naw.

I szał mnie porwał — i miecz zardzewiony

rzuciłem w serce kochanki wyśnionej —

i biegłem w puszcze, choć słyszałem jęk.

A Bóg mnie przeklął. Ja przekląłem Boga.

Odtąd me serce nie zna, co jest trwoga

i mowy innej, nad fal ciemnych dźwięk.

Na skałach leżał okrętowy tram.

Topór do ręki. Wypłynąłem śmiało

słońcu naprzeciw, co jeszcze nie wstało.

Nademną orły dwa. Ja człowiek — sam.

*

Tak jestem smętny, jak kurhan na stepie —

a tak samotny, jak wicher na morzu —

a tak zbłąkany, jak liść na bezdrożu —

a tak zwinięty, jak połoz w czerepie.

Straszą mnie widma i tajemne zbrodnie,

śpiewają rajów skrzydlate Ahury —

gdybym rozedrzeć mógł na sercu chmury

rzucałbym gwiazdy sercom bezpodobnie!

Gdybym ja nie był druid skamieniały,

bóg bez wieczności i król bez korony —

gdybym ja nie był ptak morski szalony —

gdybym ja nie był od męki zczerniały,

gdybym ja nie był jak śpiew na mogile —

powiódłbym — na Termopile!

*

W zaczarowanym lesie, pełnym jaśni

błądzą głębokie cienie, pełne łez —

ach, serce moje drży od łez,

jak dziecię przerażone w baśni.

Na śniegu złote lśnią kaczeńce,

lilowy szafran, blady szczaw —

słońcu się kłonią: my straceńce,

lecz Ty nas w róży świetnej zbaw.

A słońce szydzi na lazurach:

powiędną róże, zmierzchną bzy —

lecz ja was pomszczę w ciemnych chmurach —

dobędę piorun z waszej łzy.

*

Nademną leci w szafir morza

obłok, pojony mlekiem gór —

nademną śpiewa ptaków chór —

motyl, kochanek lilij łoża...

A ja pod mrokiem łzy-kamienia

sączę swój ciemny jad, —

lecz śmiać się będę z przerażenia

tego, kto zerwie kwiat.

*

Rycz burzo! wichrze, potargaj te sznury,

w których mię dławi nędzny karzeł — ziemia —

i rzuć na przestwór, gdzie duch się oniemia

w kabalistyczny poemat natury.

Mroku podziemny! Twe głuche urwiska

wiodą mnie w grobów zapomnianych szpaler —

ja — Prometeusz przykuty do galer —

lękam się zimnych gwiazd urągowiska.

Ogień tajony serce moje kruszy,

jako lodozwał granitową skałę.

Pelion na Ossę! morza rozszalałe,

wulkany, słońca na zdobycie duszy —

i cóż posiadłem? kwiat z niebieskich pól —

cichy, bezkresny — niepojęty ból.

Król w Osyaku

„Lew się ducha we mnie sroży

„i rzuca się i rwie ludzi

„wprzód, nim się rozum obudzi”.

Łuną rozpaczy zażegając sioła

zbiegłem, żywota nie chroniąc przed tużbą.

Innego nie chcę, prócz ciszy, kościoła,

fałszywcom nie chcę być swakiem, ni drużbą —

niechaj nas morza przedzielą i step —

w miejsce korony wdziałem wilczy łeb.

Polszcza... kochałem ja się w twych rumieńcach,

którymi zorza wschodziła z za boru —

i w twoich złotych warkoczach i w żeńcach —

i w łyskawicach letniego wieczoru,

i w ryku żubrów, idących na spoj....

od szlochu pęknie pierś... Boh moj!

Przez ducha mgły i w zbroic chrzęście

widzę ten cudny gród — w sadach wiśniowych i w złocie.

Tutaj zdobyłem cześć — i tu straciłem szczęście —

tu greckiem wino lał bogini mej — Tęsknocie —

tu Antygony cień ślepy mi przyzwał Mag —

i tu wśród ciemnych burz słuchałem dzikich sag.

Hej, przy księżycu srebrnemi podkowy

zmiatałem kowyl z drużyną po stepie....

Hej, znawały mnie panieńskie alkowy,

bo serca rubin pieśniami rozszczepię!

ja prosty rycerz — bard słońca i pól

więcej zdobyłem królestw, niźli — król.

Raz — osaczywszy połowieckie wieże

zsiadłem, rannego mając tabuńczyka —

a słońce krwawe już otwarło dźwierze,

przez które dusza Bogu się wymyka;

a na kurhanie stary Bojan grał —

miedziane struny wieszczą pieśnią rwał.

I zmilkł. Ujrzałem olwijską kniaziównę

na koniu wcwał lecącą z Czarnomorza —

Stanęła, klęka. Oczy gwiazdom równe

wbija mi w serce, mówiąc: „ta krwi zorza —

„to moje władztwo! zgliszcza — to mój dom!

„biegłam — monachów mając z nożami — lub srom.

Com odrzekł — nie wiem, bo chóry Eonów

już mnie objęły w grające pierścienie —

i blask poczułem, jak jeden z tych Tronów

na których gwiezdne oparł Bóg sklepienie.

Szliśmy — tęczami obryzgani ros

z kurhanów leciał dziwny — rajski głos.

Lecz któż, o Panie, zmierzył Twe krawędzie

i wieczność morza przelał do swej dłoni?

Któż wie co było — i któż wie, co będzie?

za spadającą gwiazdą któż pogoni?

Pani! jedyna moja — wszechświat w Tobie

poznałem, bom go ukochał przez Ciebie!

i jeśli teraz żyję smętny w grobie,

to z wiarą że się ocknę w Twojem sercu — w niebie.

Ach, gdym Cię złożył na marach otrutą —

bólami ściętą twarz — źrenice szklane —

tom ja przysięgnął taką pomstę lutą,

jak Duch — co pisał ogniem: Thekel-Mane!

Przez nocy tysiąc szukałem zbrodniarza,

w gusła zabrnąłem i w czarne zaklęcia —

Szatan objawił: zbrodniarz u ołtarza —

— służy mnie — ale ma wygląd jagnięcia —

— służy mnie — ale go oddam bez żalu —

— ażebyś poznał bratyma w szakalu.

— Tyś go paiżem swym zasłaniał w sieczy —

— niejedna tobie zań przylgnęła rana —

— ale jest zdrady pełen duch człowieczy,

— gorszej — niż ciało paląca toffana.

— Idź w grób — i legnij pod ciemnemi jodły,

— wszystkie cię gwiazdy prócz jednej — zawiodły.

— I tę jedyną — Tobie zadmuchnięto.

— Ale masz w sobie, czego nikt nie zżarzy:

— Prometeiczny ogień — duchów święto —

— w zamurowanym lochu blask witraży...

Coś mówił jeszcze — koń mój zdębion trwogą —

szedł jakiś żebrak lichy wiejską drogą.

Rozsiekłem. Z świstem lecąc przez mokradła,

deptałem węże jako srebrne struny —

a z borów na mnie leciały widziadła

i twarz zielona z nadpróchniałej truny —

wtem kościół. Z koniem wjechałem do nawy,

lud śpiewał. Chrystus patrzył na mnie łzawy.

„Nie będę Tobie służył, Jezu miły,

„boś nie jest Bogiem gwiazd ani ananki”.

Na wieży dzwony same rozdzwoniły

i same gasnąć poczęły kaganki —

on — słońce krzyżma wzniósł — lecz patrzył groźno —

już leżał w krwi...

Ja król — ja sędzia — archanioł sumienia —

zbirem stanąłem przed lico ojczyzny.

Czemuż w mem sercu nie dotknęła blizny,

którą korona mi wryła cierpienia —

czemuż na gwiazd mych nie patrzy agonię —

krzyżową mękę moją: rex poloniae!

Jeśli niewinny — niebo mu otwarłem,

sam żyjąc w piekle miłości straconej,

jeśli męczennik — jak lew go rozdarłem,

ciemnym nieszczęścia grotem przebodzony —

bo huczy we mnie tak ogromny dzwon,

że gdy uderzy — to aż w Boga tron.

Kto tu? znów przyszedł... oczyma przebija —

szepce — tak cichy rozpacznie i blady

„Jam święty — zbawił mię Chrystus Maryja”—

precz maro! szatan cię wysłał na zwiady —

któż wie cokolwiek? dusza ciemny bór —

dusi mię — słońca! — wieków chór...

Jak cicho... w małym ogródku przy celi —

czerwone maki i modre baldaszki

i te dziewanny, jak w złocie anieli

i migocące lazurowe ważki...

Czy z mazowieckich jezior wy? czy na jej kurhanie

gra pieśniarz? czy w borach tam słychać szlochanie?

...I odleciały!... a jam ryknął płaczem —

gardzą — nieszczęścia królem i tułaczem.

Ojczyzno! mych krwawiących kości

nie złożę w Tobie — bobym Piotrowinem

świadczył, wbrew ducha miłości —

żeś mi macochą była, choć ja — synem.

Lamentacye

Szumi wicher — płacze, w gałęziach jodłowych —

dokądże mnie wiodą bogunki żałobne?

— Poprzez góry, morza — przez wulkanów jamy

powiedziem braciszka na trójsen głęboki.

W pierwszym śnie on wyśni lico ukochanej

i będzie z nią płynął po złotych jeziorach;

a w drugim śnie bory, pałace wysokie,

miesiące czerwone i serce Chrystusa;

a w trzecim: głębokie groty lazurowe

i gwiazdy grające — i że jest — szczęśliwy!

O siostry żałobne — czemuż mię niesiecie

w zimne kurytarze nad stojącą wodą?

Ale nie odrzekły — twarz mi zakrywają

i grają i łkają na czarownym flecie.

Baśń

Śpią wierzchołki gór

w fioletowej mgle —

tajemniczy bór

ukołysał mnie —

i przytulił mnie —

usynowił mnie —

i do siedmiu cór

powiódł w białej mgle.

Błyszczy zamek szklanny

na czarnym ostrowie —

a kwitną dziewanny

i maków pąsowie...

Na bawolim zagrał rogu siwy groźny Bór —

wypłynęło na jezioro siedm królewskich cór.

Ta Bez serca, jako hiacynt, jak hiacynt różowy,

a Z wężami — jak lilija — lilija anielska;

nad Umarłą szybowały krogulce i sowy,

a Zaklętą owionęły mórz głębokich zielska.

Dumna rozpacz — na harfie lazurowej grała,

Kwiat niewoli — łańcuchy do gwiazd przykuwała,

a Nieznaną — tęczowe kryją mi welony

i jak pierścień Saturna, grają złote dzwony.

Do łodzi mię proszą na bezchwiejne tonie —

i kwiatem paproci operlają skronie —

i płyną wśród skał pod mostem kamiennym —

idzie pacholę z krzyżem promiennym.

Przypisy:

1. Lucifer — utwór Micińskiego Lucifer bywa traktowany jako kwadryptyk, którego część pierwszą stanowi utwór o tym właśnie tytule, drugą fragment poetycki o incipicie Mój duch łańcuchem skuty do ziemi (...), część trzecią wiersz Melancolia, a czwartą fragment zaczynający się od słów Oto mej duszy świątynia — z czarnych jak miłość marmurów (...). Dwie pierwsze części kwadryptyku znajdują się już w bibliotece, również pod tytułem Lucifer. [przypis edytorski]

2. Kain — utwór ten składa się z kilku części, z których ostatnia, Ananke, została już opublikowana w bibliotece pod tym tytułem. [przypis edytorski]

3. Korsarz — utwór ten składa się z kilku części, z których dwie zostały już opublikowana w bibliotece — fragmenty rozpoczynające się od słów Tak jestem smętny (...) oraz Rycz burzo!. [przypis edytorski]