W mroku gwiazd

Strąceni z niebiosów

Kolosseum

Ruinom podobne serce moje — ruinom ogromnym i bezkształtnym.

Mrok otulił rany moje, po lazurowych wschodach prowadzi mię zaduma w gwiazdy.

Oryonie — bracie mój — w purpurowem zarzewiu wulkanów czytający księgę przeznaczeń —

i Ty, siostro moja, Andromedo, przykuta do skał —

i Ty, łamiąca dłonie Kassyopeo, której córę wzięło na pożarcie złe bóstwo — miłość —

i Ty, Perseuszu, coś ujarzmił obłąkane loty swojej wyobraźni —

i Ty, Liro — i Ty, Orle — i Ty najbliższa nam grzywo Centaura —

— — o gwiazdy magowie, składający hołd wiekuistnemu Sercu! wzmocnijcie chlebem aniołów mnie — najciemniejszego z tułaczów po otchłani.

Męczennicy, których krew użyźnia bryłę ziemi — dziewice, niewinniejsze od lilij — młodzieńcy, dzielniejsi od posągów — rozżarzcie serce moje w trybularz wonności.

I wy, Geniusze, tworzący wszechład — ogień — wodę — powietrze i ziemię — eter — gwiazdy i przeznaczenie gwiazd —

świeczniki boże siedmioramienne — skrysztalcie mię w klejnot wiedzy, na czarny węgiel rzućcie iskrę objawień.

Aniołowie — otom dzwon zaryty w piasku, — na wysokich górach postawcie mię braciszkowie moi, abym dolinom opętanym w mroku zwiastował Ducha Pocieszyciela.

O ruiny serca mego, ogromne i bezkształtne w mroku — poryte wąwozami cieniów, które nie wiem dokąd zawiodą — pełne więzień i klatek na potwory, łańcuchów — pordzewiałych od krwi i od łez —

— — Czarodzieje filtrują jady w przysionkach mych —

handlarze bronzu rozkopują łono moje —

niewolnice kupczą wdziękiem Afrodyty —

dumna młodzież rozpędza rydwany dokoła cyprysowych alej —

lecz łasice gryzą się w ciemnościach, a świerszcze sykają nad upadkiem —

i tylko gwiazdy wświecają się w sznur obłąkanych nieskończonością okien —

a niebiosa rozwinęły się nademną jako szafirowe żagle.

O przedwieczne rodzeństwo — aniołowie,

geniusze i święci — dźwignijcie księżyc z fali morza zamarzłego — niechaj cyprysy moje napełni szmerami proroctw.

W ciemności schodzi duch mój — w ciemności roztęczone od szronu gwiazd — łyskające kopułą czarodziejskiego zamku, gdzie białe rumaki strącane są w głuche jeziora — a w fosforycznych grotach ucztują widma potępionych.

Tysiącoletnie drzewa rozpaczy nurzają się w lodowych zatorach, płyną szeleszcząc ku bezdennym wirom — nad mglistym wyżłobionym lejem Anioł śmierci waży się w krwawym płomieniu, niby dogorywająca na wieży latarnia.

Stało się —

zapadły podemną niebiosa — kępa kwiatów pod stopą kamiennego olbrzyma i mrok zgęstniał dokoła.

A nad głębiami Duch — gasi gwiazdy — i rozżarza wizye, świetniejsze od gwiazd.

Orland Szalony

Kwiat purpurowy marznie w lodowni

w upiornych snach —

dusza się błąka z zarzewiem głowni,

by odgnać strach.

Tam — na Golgoty krzyżu zawisnął

skrwawiony kruk —

harfa gra cicho — skrzydłami błysnął —

u Jego nóg.

A więc ty dziki śmiechu zwątpienia

składasz Mu łzy?

lecz to kość ludzką gryzły wśród cienia

zgłodniałe psy.

*

Hej, z maurytańskich śpiewnych sal

wybiega do mnie hurysa —

czarny płomienny jedwabny szal

z nagiego łona się zwisa.

Cyprysy — księżyc — fontann szmer —

zaczarowane ganki —

oddałem wszystkie gwiazdy sfer

za uścisk — Maurytanki.

*

Newady śnieżne zimne szczyty,

gdzie orły z wrzaskiem krążą głodne,

sosen pachnących malachity,

mórz turkusowych szlaki wodne —

— widzę — czerwony mam puginał

i krwi na ciele mojem plama,

gdym ją w uścisku już przeginał

ona o śmierć prosiła sama.

*

Na szafirowej snów głębinie

toną żałobne gwiazd mych łodzie.

A cień olbrzymi jest na wodzie

od chmury, która za mną płynie.

. . . . . . . . . . . . . . . . . .

Oh, w ciemnym borze

słowiki nucą —

oh, na przestworze

gwiazdy!

Polecę — polecę — polecę —

i umrę — u Twoich nóg —

w głębokiej zimnej rzece —

śniąc, że u Twych nóg.

Dusza jak płomień biały

przez morza leci w dal —

ja rycerz Boga — lecz o skały

zmiażdżyłem święty Gral.

W przydrożnej wisiał iwie

skrwawiony za mnie Mistrz —

ja mam ran więcej! — orły żywię

mem sercem — burzo świszcz!

*

Ach, w modrzewiowym dworze

gdzie na kominku płonie żar

(obroń tej myśli, Boże!)

podejdę w ciemny jar —

— — wilkołak! będę pił twą krew —

i twoje dziatki — —

wydrę im z trzew

ten jęk — co serce opiekielni —

matki!

— — — Zawyje wicher, zawierucha —

i ujrzysz mojego ducha,

jak twojego męża głowę

będę wlókł —

i uderzę nią o przydrzwia bronzowe.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

i ujrzysz mię wśród zamieci,

jak będę go wlókł i krwawił —

i wyć będziesz — ty — i twoje dzieci —

a szatan będzie z borów błogosławił

tej mocnej — jak śmierć — zemście.

Czarne Xięstwo

Pną się we mnie czarne kwiaty —

złote kwiaty,

krwawe kwiaty.

Nim Adonai przeklął Kainowe plemię

wirowały już te światy

w ogniach Mocy i Tronów —

i z kryształowych dzwonów

płynęły w rajskich melodyach na ziemię.

Ach, moich szaleństw złowieszcze bachmaty

wichrem spadających komet

uniosły mię w zamek Chimery —

gdzie na krzyżach rozpięte

ciała męczonych Andromed

i niemych Sfingów twarze wniebowzięte.

(...fosforycznie przyświecają

w studniach głębokich —

jednookich

olbrzymów do się zapraszają...)

Na rubinowym szczycie, oplątana w liany

zodyaków i w sennych mgławic protosfery —

ta Jeruzalem piekielna.

Jako płonące świeczniki

żarzą się wichrem rozszumione cedry.

Wśród kolumn czarnych olbrzymiej katedry

zaklęta postać leży Bereniki.

(...a hymn jej grają

zimowe bezdroża —

a skrzydła nad nią roztaczają

Samumy...)

*

Pośród nocy miesięcznej przez bory

orszak magów płynie w adoracyi —

nad słoniami złota kiść akacyi —

to królowie wyklętej Gomory.

W tańcu zwiewnym czarne bajadery

lśnią skarbami podziemnej Golkondy —

na warkoczach skrzą gwiazdy, drżą szmery,

jak kwiat mango w ściskach anakondy.

Wrzask tympanów, brzmią dzikie litaury,

od pochodni goreją świątynie —

to na Olimp się wdarły Centaury

i w zadumie patrzą na boginię:

(a hymn jej grają

zimowe bezdroża —

a skrzydła nad nią roztaczają

Samumy).

Nad cysterną — wśród gorącej splątanej zieleni

kwiat niewoli brudną krwią się mieni

i zatapia w mrok siny swe łona —

duch za kratą wytęża ramiona.

*

Kiedy w rajskim dziwnym śnie,

kołysany szeptem tulipanów,

w mgły srebrzyste przyoblokłem Cię

na dalekiej wyspie Oceanów

(w dziwnym rajskim śnie) —

szafirową w ogniach różę

wydałem z mojego łona

i łzy szczęścia w gwiazd wichurze

przetopiłem w blask Oryona —

ach, ujrzałem Cię:

przezemnie wyśnioną,

przezemnie na wiek potępioną.

Bóg mściwy wyrwał ten mój serca kwiat

i wśród jaskiń księżyca pustyni

duchy wężów się wzniosły w las pinij —

a ze skał niebosiężnych gdzie był chram

patrzył na mnie fosforyczny zimny gad —

ze skał, gdzie się tuli śmierć do bram.

*

Ponad głębiami czarnych wód

leżę w bezchwiejnym cichym śnie

i marzę — że ty przyjdziesz mnie

tam strącić — w swój piekielny gród.

Na uczcie króla Baltazara

sfałszował mag żydowski Daniel

jej złote imię Upharisim.

A imię znaczy:

— nieśmiertelny

— i bogom równy!

— zejdź w zimny wilgny loch kościelny

— i zabij tę, co w trumnie śni —

— Mené — Mené — co w mroku lśni —

— jej duszę — serce twe —

— Mené — Mené!...

— a ja Cię wzniosę — bóg piekielny —

— ponad aniołów czyn niedokonany

— ponad najgłębszą z gwiazd

— o której mędrce marzą i szatany...

O pani konających, nasyć oczy moje.

Lucifer1

Jam ciemny jest wśród wichrów płomień boży,

lecący z jękiem w dal — jak głuchy dzwon północy —

ja w mrokach gór zapalam czerwień zorzy

iskrą mych bólów, gwiazdą mej bezmocy.

Ja komet król — a duch się we mnie wichrzy

jak pył pustyni w zwiewną piramidę —

ja piorun burz — a od grobowca cichszy

mogił swych kryję trupiość i ohydę.

Ja — otchłań tęcz — a płakałbym nad sobą

jak zimny wiatr na zwiędłych stawu trzcinach,

jam blask wulkanów — a w błotnych nizinach

idę, jak pogrzeb, z nudą i żałobą.

Na harfach morze gra — kłębi się rajów pożoga —

i słońce — mój wróg słońce! wschodzi wielbiąc Boga.

*

Mój duch łańcuchem skuty do ziemi

zwisa się w przepaść piekielnych łon,

a kiedy targnie skrzydły dźwięcznemi

głuche się echo ozwie jak dzwon.

U stropu mego gwiazda się żarzy

[serce me niegdyś kochało ją]

w przeanieleniu złotych witraży

ona się moją syciła krwią.

I znowu płynie gwiaździsta rosa

pocałunkami morderczych zórz —

oh, duszo moja, — oh, me niebiosa

rzućcie swe płomię w toń zimnych mórz.

Nie pragnę słońca — osamotniony —

z krzykiem złowieszczym upiornych snów,

bogowie mogił — jam był pojony

jak wy — ambrozyą — i mlekiem lwów.

Organy grają Requiem żalu,

organy grają Centaurów zgon,

jak Damajanti płacze po Nalu,

tak burze, wichry, grady i szron —

wieczne są we mnie, jak łzy w opalu.

Melancolia

Żyje we mnie jakiś głuchy płacz — jakiś szloch i płacz żyją we mnie —

niby w grocie kropel wieczny szmer, monotonnych kropel tajny jęk.

Ach, to pewno przez zbójców zamkniona ze złotymi włosami królewna,

(kasztelanka lub może pasterka) — z pól słonecznych, zielonych porwana,

zapomniana i w grocie zamknięta i na ostrych się głazach krwawiąca

złotowłosa mej duszy królewna.

Łzy jej płyną jak zimne opale — łzy jej płyną wśród nocy bez końca

i w kryształy się lodów zwisają — w zamyślenia wiszące kryształy.

Raz przypełznął za szmerem do groty — wąż kusiciel tych głuchych podziemi,

usta chciwie przyłożył do zdroju, lecz się wzdrygnął przed blaskiem nieznanym.

A wtem ujrzał w szafirach królewnę — i swe oczy głębokie, zielone —

swoje oczy widzące w ciemnościach utkwił w bladą płaczącą królewnę —

i mądrymi oczyma pocieszał i prowadził ją w otchłań głęboką —

fosforycznie oczyma przyświecał — i prowadził ją w otchłań głęboko.

Aż pod ręką skrwawioną, co szuka w mroku oparcia

grać poczęły jak dzwony bólów zamarzłych kryształy:

chór wyklętych pielgrzymów nuci pieśń grobu świętego,

tarcze błyskają, miecze — wśród kolumn czarnych bazaltu —

wstają z grobów olbrzymy — szał rozpędzonych rumaków

niesie ich w ogniach kłębiących przed gniewny w piorunach Majestat.

Nagle śpiewy zamilkły — głucha rozwarła się otchłań —

widać wśród ścian obślizgłych mgłą wirujące jezioro.

I na zwilgłym grobowcu drżąca spoczęła królewna

w otchłań patrzy bezgwiezdną — w świątyń zagasłych jezioro.

Wtem ją mocne ramiona objęły w krzyku bezdźwięcznym

i uniosły nad otchłań skrzydeł sześcioro

i ujrzała cudowną w blasku miesięcznym — twarz Lucifera.

*

Oto mej duszy świątynia — z czarnych, jak miłość, marmurów,

gdziem lud spiżowych posągów zaklął nad głębią rozpaczy.

Niech wicher morski gra, niech strąca lwów — Poskramiaczy

w płynny wulkanów żar — w ogniowy pałac Ahurów.

Tu napowietrzny most z bolesnych krwawych stygmatów

między górami na morzu, jakoby nici pajęcze —

i tu Cię będę niósł, jak chmura porwaną tęczę,

na ten najwyższy cypl — w zorzy polarnej dwóch światów.

I Tobie oddam regiony, co w skalnych zboczach mej duszy,

jak ametysty lśnią: sny prerye; sny jak miesiąc w borze,

i tę ścieżynę modlitwy, ktorą szedł Chrystus raz w mroku.

A dla mnie to bezbrzeżne kraterów gasnących morze,

upiory świateł, wieczność, której już nic nie poruszy —

chyba ten Bóg — co przyszedł mię potępić — w Twoim wzroku.

Kain2

Wyszła mi z boru — w złocie warkoczy

z twarzą indyjskiej Bogarodzicy —

w błękitnych iskrach — w srebrnej przeźroczy —

nadksiężycowej wieszczka świątnicy...

Ach, rozkochały się w niej moje tęskne oczy —

ach, — i zabrzęczał łańcuch mej ciemnicy.

Jak wulkan krwawy w łonie Arymana,

jak Samum, gdy się wichrami rozuzda —

tak we mnie otchłań — gwiazdami przetkana

leciała w państwo słoneczne Ormuzda.

Ach, rozkochały się w niej moje tęskne oczy —

ach, i zabrzęczał łańcuch mej ciemnicy.

Nie wzbraniał mi jej smok, żelazna wieża,

zdradny labirynt, ni królewskie ramię —

miłość zwycięży wszystko — wszystko złamie —

ale nie miłość drugą do pasterza

Więc Śmierć przyzwałem — i śmierć odtąd żyje —

i wszechświat cały grobowcem przywarła —

— — — czuję mdły powiew — —

— — w oczeretach gnije — —

z tęsknoty — u nóg mych — umarła.

Na pustej trzcinie rozpiąłem jej włos —

nad śniącą rzeką schyliły się drzewa —

wiatr cicho płacze — ptak mogilny śpiewa —

to los mój — los!...

głębiny tajne pruć —

milczenia głuche mącić —

jako stracona łódź

od brzegu się odtrącić —

mieć gwiazdy — gwiazdy rzucić —

i tylko piosnkę nucić —

to los mój — los!...

*

Magia mej duszy niechaj Cię wywoła

z zarzewia komet czy z mroku przepaści —

przyjdź — ustroimy w lotus nasze czoła

i gibkie ciała nasze nard namaści.

Pachną mi dziwnie Twoje złote włosy,

jak prześwietlone senne kłosy.

Twych oczu lazur, jak górskie jeziora,

w których się pławi czarna sykomora.

A Twoje usta, pachnące jak róże —

chłodne — jak płomień zaklęty w marmurze.

W ogrodach piersi kwitnące jabłonie,

jakoby księżyc w mgieł srebrnych oponie.

Biodra toczone ze słoniowej kości,

jako indyjska świątynia miłości.

O przyjdź — na liściach zwiędłych piszę

ten sen mój obłąkany —

rzucam je w strumień łez moich wezbrany —

niechaj w anielskie odpłyną zacisze — —

Ale mi włócznią swą miedzianą

potrząsasz — i groźna jak mrok —

roździerasz serce moje —

czarną pianą

dysze mi toń — ja pieczar tych smok —

weź moje skarby i Twe zimne serce —

opasz — niech błyszczy!

Szmaragd Ci wspomni te zielone łąki,

po których szliśmy strojni w asfodele —

rubin — czyścowe jeziora rozłąki —

i miłość, którą oddałaś w kościele

innemu — a dyament — moje serce dumne,

stopione w ogniach i rzucone w trumnę.

Na czole Twoim płomień chryzolitów,

abyś widziała gwiazdy konające —

ortoklast zimny, smutny jak miesiące

zamrozi w oczach Twoich sen błękitów.

Ale ci jeszcze składam te szafiry

i perły jak chmury bezdomne,

i krwawej jaszmy obłąkane wiry —

na znak, że Ciebie nigdy nie zapomnę —

pierścień Ci włożę z mrocznych karbonatów,

bo się spotkamy — za progiem tych światów.

*

Kiedy Cię moje oplotą sny —

jak białe róże —

nie bój się kochać — ja — i ty

w nieba lazurze.

Ziemia, jak echo minionych dni,

grające w borze,

a nasze duchy wśród martwych pni

wieszają zorze.

Serce mi splatasz koroną gwiazd,

hymnem warkoczy —

podemną góry, wieżyce miast —

nademną — oczy.

Dziwnie się srebrzysz, aniele mój,

w tęczowem piórze —

fontanny szemrzą, gwiazd iskrzy rój —

wonieją róże...

*

Jest serca kraj na modrej morza fali,

gdzie Centaur dzikiej poucza mądrości,

gdzie bór indyjskie rozwiesza wonności

i w wodospadach rzeka się krysztali.

Tam żyjesz Ty — i Bóg mi Cię zazdrości —

i weźmie Cię — gdy serce moje spali.

*

Błękitnym echem letniej żarzy,

szumem kwiecistych traw —

głęboko na dnie lśni i marzy

w czarze krateru staw.

Podziemnych duchów serce szklane

gra Bogu dziwną pieśń —

jak Anioł dumne, nieskalane

przez łzy, ni pleśń.

Tu chciałbym marzyć w noc gwiaździstą

na czole mieć Twą dłoń —

i zejść przed jutrznią w uroczystą

głęboką zimną toń.

Lecz wiem, że wznosząc nad anioły

rajów Ci oddam moc —

sam w głuche muszę iść padoły

w głęboką zimną noc.

*

Na księżycu czarnym wiszę

patrząc w gwiazd gasnących ciszę.

W mroku dumnym i bezgłośnym

ze strzaskaną harfą snów

płynę — szukam jej —

nie odnajdę już.

Inferno

Wichry i dżdże — niebo od gromów rozdarte,

węże błyskawic i wycie szatanów —

duch mój zgnieciony głębią Oceanów

szyderstwem kłuje swą zastygłą wartę.

— Ha, Belfegorze! doli twej zazdroszczę,

bo ogień chłonąc, jak ptak nieśmiertelny —

światów gasnących bard, książę udzielny —

w Ławrach swych grzebiesz mar anielskich moszcze.

Skrzył fosforycznie, choć mróz lodowaty

ścinał me żyły. I wyciągnął skrzydło

i pot uronił na żelazne kraty —

syknęły z bólu — i pękły. Straszydło

wszponia się we mnie swym wzrokiem bez powiek

i szepce: masz mnie — jam twój skryty człowiek.

Ananke

Gwiazdy wydały nademną sąd:

— wieczną jest ciemność, wiecznym jest błąd.

— Ty budowniku nadgwiezdnych wież

— będziesz się tułał, jak dziki zwierz,

— zapadnie każdy pod tobą ląd —

— wśród ognia zmarzniesz — stlisz się jak lont.

A gwiazdom odparł królewski duch:

wam przeznaczono okrężny ruch,

mojej wolności dowodem błąd,

serce me dźwiga w głębinach ląd.

Poszumy płaczą mogilnych drzew,

lecz w barce życia płynie mój śpiew.

Ja budowniczy nadgwiezdnych miast

szydzę z rozpaczy gasnących gwiazd.

Kallypso

Oh, brylantowe iskry na czarnym szafirze

niebiosów — oh, serca mojego łabędzie....

grobowce straszą mnie, cyprysy w kirze,

a jego niema, nie będzie....

Lira mi pękła na grani ołtarza

gdybym chciała serce wypłakać swym śpiewem.

Na górach pali się wulkanów żarza,

jak kiedy leżał rozbitek pod drzewem.

W bronzowej twarzy, okolonej mrokiem,

paliły się oczy straszliwe:

skrzydlate słońca gdzieś w jarze głębokim,

dumne, szalone, złe a razem tkliwe.

Raz — kiedy Centaur konał z mego noża —

(poznaję teraz — kara boża....)

Agralu! owoś pędził obłąkany

po kamienistych puszczach i uroczną pieśnią

zakląłeś gwiazdy, Kocytu szatany,

abym ja była z tych, co w mękach nie śnią,

powieki mając kleszczami obcięte —

dni moje — jako trawy zżęte....

Bóg mi się zjawiał w czerwonym piorunie,

za miłość moją darząc tron z niebiosów —

lecz jam wolała wśród lilij i wrzosów

słuchać rapsodu na śpiżowej strunie:

noc — pożar — wyrżnięte narody

i obłąkane widziadłem dziewice....

Leciały do mnie duchów korowody

za swą królowę biorąc — Osmętnicę;

więc czarodziejskie tworzyłam im raje —

kwieciste, wonne zapomnień ruczaje.

Był zmierzch. A na dnie groty gwiazdy się w jeziorze

złociły, jak połamane w hieroglif miesiące —

on — na samotnej skale, wychodzącej w morze

płakał — i słowa rzucał gorejące —

krzyk przeraźliwy, niby orła w klatce —

wnętrza zadrgały we mnie — a już w matce.

.... Płyń! do ojczyzny tęsknisz pewnie —

płyń!... nogi całowałam rzewnie.

Z wichrem poleciał w burzliwej zawiei

straszydła ścigać i lądy nieznane.

Fal słucham morskich, zapatrzona w pianę,

jako w trujący blady kwiat nadziei.

O ty, co ziemne okrążasz padoły

samotny ogniu! w zagrobowej ciszy

siejący marzeń srebrnych asfodele —

oto ofiarne ci składam jemioły —

powiedz tej Mocy, która serc nie słyszy,

że tak się zetli, jak serce — w popiele.

Korsarz3

Żywiołem moim huragany wód.

Lecz pomnę, żyłem nad brzegami rzeczki,

poiły wonią mnie drobne kwiateczki

i wierzb otaczał pieszczotliwy chłód.

Migały rybek szybujące strzałki,

jak pierś kobieca świecił piasek miałki —

woda szeptała: baw się ze mną, baw...

Wtem usłyszałem nademną w purpurze

orły lecące piersią przeciw chmurze,

jak przeciw Persom para greckich naw.

I szał mnie porwał — i miecz zardzewiony

rzuciłem w serce kochanki wyśnionej —

i biegłem w puszcze, choć słyszałem jęk.

A Bóg mnie przeklął. Ja przekląłem Boga.

Odtąd me serce nie zna, co jest trwoga

i mowy innej, nad fal ciemnych dźwięk.

Na skałach leżał okrętowy tram.

Topór do ręki. Wypłynąłem śmiało

słońcu naprzeciw, co jeszcze nie wstało.

Nademną orły dwa. Ja człowiek — sam.

*

Tak jestem smętny, jak kurhan na stepie —

a tak samotny, jak wicher na morzu —

a tak zbłąkany, jak liść na bezdrożu —

a tak zwinięty, jak połoz w czerepie.

Straszą mnie widma i tajemne zbrodnie,

śpiewają rajów skrzydlate Ahury —

gdybym rozedrzeć mógł na sercu chmury

rzucałbym gwiazdy sercom bezpodobnie!

Gdybym ja nie był druid skamieniały,

bóg bez wieczności i król bez korony —

gdybym ja nie był ptak morski szalony —

gdybym ja nie był od męki zczerniały,

gdybym ja nie był jak śpiew na mogile —

powiódłbym — na Termopile!

*

W zaczarowanym lesie, pełnym jaśni

błądzą głębokie cienie, pełne łez —

ach, serce moje drży od łez,

jak dziecię przerażone w baśni.

Na śniegu złote lśnią kaczeńce,

lilowy szafran, blady szczaw —

słońcu się kłonią: my straceńce,

lecz Ty nas w róży świetnej zbaw.

A słońce szydzi na lazurach:

powiędną róże, zmierzchną bzy —

lecz ja was pomszczę w ciemnych chmurach —

dobędę piorun z waszej łzy.

*

Nademną leci w szafir morza

obłok, pojony mlekiem gór —

nademną śpiewa ptaków chór —

motyl, kochanek lilij łoża...

A ja pod mrokiem łzy-kamienia

sączę swój ciemny jad, —

lecz śmiać się będę z przerażenia

tego, kto zerwie kwiat.

*

Rycz burzo! wichrze, potargaj te sznury,

w których mię dławi nędzny karzeł — ziemia —

i rzuć na przestwór, gdzie duch się oniemia

w kabalistyczny poemat natury.

Mroku podziemny! Twe głuche urwiska

wiodą mnie w grobów zapomnianych szpaler —

ja — Prometeusz przykuty do galer —

lękam się zimnych gwiazd urągowiska.

Ogień tajony serce moje kruszy,

jako lodozwał granitową skałę.

Pelion na Ossę! morza rozszalałe,

wulkany, słońca na zdobycie duszy —

i cóż posiadłem? kwiat z niebieskich pól —

cichy, bezkresny — niepojęty ból.

Król w Osyaku

„Lew się ducha we mnie sroży

„i rzuca się i rwie ludzi

„wprzód, nim się rozum obudzi”.

Łuną rozpaczy zażegając sioła

zbiegłem, żywota nie chroniąc przed tużbą.

Innego nie chcę, prócz ciszy, kościoła,

fałszywcom nie chcę być swakiem, ni drużbą —

niechaj nas morza przedzielą i step —

w miejsce korony wdziałem wilczy łeb.

Polszcza... kochałem ja się w twych rumieńcach,

którymi zorza wschodziła z za boru —

i w twoich złotych warkoczach i w żeńcach —

i w łyskawicach letniego wieczoru,

i w ryku żubrów, idących na spoj....

od szlochu pęknie pierś... Boh moj!

Przez ducha mgły i w zbroic chrzęście

widzę ten cudny gród — w sadach wiśniowych i w złocie.

Tutaj zdobyłem cześć — i tu straciłem szczęście —

tu greckiem wino lał bogini mej — Tęsknocie —

tu Antygony cień ślepy mi przyzwał Mag —

i tu wśród ciemnych burz słuchałem dzikich sag.

Hej, przy księżycu srebrnemi podkowy

zmiatałem kowyl z drużyną po stepie....

Hej, znawały mnie panieńskie alkowy,

bo serca rubin pieśniami rozszczepię!

ja prosty rycerz — bard słońca i pól

więcej zdobyłem królestw, niźli — król.

Raz — osaczywszy połowieckie wieże

zsiadłem, rannego mając tabuńczyka —

a słońce krwawe już otwarło dźwierze,

przez które dusza Bogu się wymyka;

a na kurhanie stary Bojan grał —

miedziane struny wieszczą pieśnią rwał.

I zmilkł. Ujrzałem olwijską kniaziównę

na koniu wcwał lecącą z Czarnomorza —

Stanęła, klęka. Oczy gwiazdom równe

wbija mi w serce, mówiąc: „ta krwi zorza —

„to moje władztwo! zgliszcza — to mój dom!

„biegłam — monachów mając z nożami — lub srom.

Com odrzekł — nie wiem, bo chóry Eonów

już mnie objęły w grające pierścienie —

i blask poczułem, jak jeden z tych Tronów

na których gwiezdne oparł Bóg sklepienie.

Szliśmy — tęczami obryzgani ros

z kurhanów leciał dziwny — rajski głos.

Lecz któż, o Panie, zmierzył Twe krawędzie

i wieczność morza przelał do swej dłoni?

Któż wie co było — i któż wie, co będzie?

za spadającą gwiazdą któż pogoni?

Pani! jedyna moja — wszechświat w Tobie

poznałem, bom go ukochał przez Ciebie!

i jeśli teraz żyję smętny w grobie,

to z wiarą że się ocknę w Twojem sercu — w niebie.

Ach, gdym Cię złożył na marach otrutą —

bólami ściętą twarz — źrenice szklane —

tom ja przysięgnął taką pomstę lutą,

jak Duch — co pisał ogniem: Thekel-Mane!

Przez nocy tysiąc szukałem zbrodniarza,

w gusła zabrnąłem i w czarne zaklęcia —

Szatan objawił: zbrodniarz u ołtarza —

— służy mnie — ale ma wygląd jagnięcia —

— służy mnie — ale go oddam bez żalu —

— ażebyś poznał bratyma w szakalu.

— Tyś go paiżem swym zasłaniał w sieczy —

— niejedna tobie zań przylgnęła rana —

— ale jest zdrady pełen duch człowieczy,

— gorszej — niż ciało paląca toffana.

— Idź w grób — i legnij pod ciemnemi jodły,

— wszystkie cię gwiazdy prócz jednej — zawiodły.

— I tę jedyną — Tobie zadmuchnięto.

— Ale masz w sobie, czego nikt nie zżarzy:

— Prometeiczny ogień — duchów święto —

— w zamurowanym lochu blask witraży...

Coś mówił jeszcze — koń mój zdębion trwogą —

szedł jakiś żebrak lichy wiejską drogą.

Rozsiekłem. Z świstem lecąc przez mokradła,

deptałem węże jako srebrne struny —

a z borów na mnie leciały widziadła

i twarz zielona z nadpróchniałej truny —

wtem kościół. Z koniem wjechałem do nawy,

lud śpiewał. Chrystus patrzył na mnie łzawy.

„Nie będę Tobie służył, Jezu miły,

„boś nie jest Bogiem gwiazd ani ananki”.

Na wieży dzwony same rozdzwoniły

i same gasnąć poczęły kaganki —

on — słońce krzyżma wzniósł — lecz patrzył groźno —

już leżał w krwi...

Ja król — ja sędzia — archanioł sumienia —

zbirem stanąłem przed lico ojczyzny.

Czemuż w mem sercu nie dotknęła blizny,

którą korona mi wryła cierpienia —

czemuż na gwiazd mych nie patrzy agonię —

krzyżową mękę moją: rex poloniae!

Jeśli niewinny — niebo mu otwarłem,

sam żyjąc w piekle miłości straconej,

jeśli męczennik — jak lew go rozdarłem,

ciemnym nieszczęścia grotem przebodzony —

bo huczy we mnie tak ogromny dzwon,

że gdy uderzy — to aż w Boga tron.

Kto tu? znów przyszedł... oczyma przebija —

szepce — tak cichy rozpacznie i blady

„Jam święty — zbawił mię Chrystus Maryja”—

precz maro! szatan cię wysłał na zwiady —

któż wie cokolwiek? dusza ciemny bór —

dusi mię — słońca! — wieków chór...

Jak cicho... w małym ogródku przy celi —

czerwone maki i modre baldaszki

i te dziewanny, jak w złocie anieli

i migocące lazurowe ważki...

Czy z mazowieckich jezior wy? czy na jej kurhanie

gra pieśniarz? czy w borach tam słychać szlochanie?

...I odleciały!... a jam ryknął płaczem —

gardzą — nieszczęścia królem i tułaczem.

Ojczyzno! mych krwawiących kości

nie złożę w Tobie — bobym Piotrowinem

świadczył, wbrew ducha miłości —

żeś mi macochą była, choć ja — synem.

Lamentacye

Szumi wicher — płacze, w gałęziach jodłowych —

dokądże mnie wiodą bogunki żałobne?

— Poprzez góry, morza — przez wulkanów jamy

powiedziem braciszka na trójsen głęboki.

W pierwszym śnie on wyśni lico ukochanej

i będzie z nią płynął po złotych jeziorach;

a w drugim śnie bory, pałace wysokie,

miesiące czerwone i serce Chrystusa;

a w trzecim: głębokie groty lazurowe

i gwiazdy grające — i że jest — szczęśliwy!

O siostry żałobne — czemuż mię niesiecie

w zimne kurytarze nad stojącą wodą?

Ale nie odrzekły — twarz mi zakrywają

i grają i łkają na czarownym flecie.

Baśń

Śpią wierzchołki gór

w fioletowej mgle —

tajemniczy bór

ukołysał mnie —

i przytulił mnie —

usynowił mnie —

i do siedmiu cór

powiódł w białej mgle.

Błyszczy zamek szklanny

na czarnym ostrowie —

a kwitną dziewanny

i maków pąsowie...

Na bawolim zagrał rogu siwy groźny Bór —

wypłynęło na jezioro siedm królewskich cór.

Ta Bez serca, jako hiacynt, jak hiacynt różowy,

a Z wężami — jak lilija — lilija anielska;

nad Umarłą szybowały krogulce i sowy,

a Zaklętą owionęły mórz głębokich zielska.

Dumna rozpacz — na harfie lazurowej grała,

Kwiat niewoli — łańcuchy do gwiazd przykuwała,

a Nieznaną — tęczowe kryją mi welony

i jak pierścień Saturna, grają złote dzwony.

Do łodzi mię proszą na bezchwiejne tonie —

i kwiatem paproci operlają skronie —

i płyną wśród skał pod mostem kamiennym —

idzie pacholę z krzyżem promiennym.

Noce polarne

(Jak zwiędłe liście...)

Jak zwiędłe liście czernią me kroki na śniegu.

Noc cicha, błękitna mimo chmur.

Błyskają ognie gdzieś z tamtego brzegu —

wśród gór.

Noc cicha — mimo chmur — mimo zawiei.

Noc twórcza. Patrzę uśmiechniony

w życie i śmierć. Jam brat Amaltei,

ale z niebiosów strącony.

Apollo — Helios — Agni —

więcej ma duszo — nie pragnij.

Noc cicha, twórcza — borów szumy —

nad morzem księżyc skrzy —

w głębinie widzę tumy

i wieże trzy.

Na czarnej wieży biją dzwony —

to człowiek pogrzebiony.

Na purpurowej groźne straże —

tam przeznaczenie każe.

W trzeciej — co zowie się królewska —

lampa niebieska —

to Ty!

(W mem sercu baśni...)

W mem sercu baśni o jutrzence

i fantastyczne kwiaty szronu;

w mem sercu jakby echo dzwonu;

w mem sercu zakrwawione ręce

grają na strunach miesiąca

odwieczny ciemny

hymn.

Schodzę w labirynt podziemny —

u stóp mych morze się roztrąca.

Głębiny duch

W żelaznych trumnach króle Tatry.

Noc — wicher i warczenie chmur.

Noc — głębia i błyskanie watry.

Z topieli pełznie okrwawiony Mór.

Na głębię! na głębię!

na serce morza pośród gór —

wśród skał lodowo-śnieżnych

wirują myśli jastrzębie —

duch rwie się do bezbrzeżnych

krain.

Odbijam tratwę w mrok i patrzę w śmierci jamę

i tworzę nową pieśń, jak Jubalkain —

olbrzymów pieśń — umarłych bogów dramę —

olbrzymów pieśń — Wöluspa i Szachname.

Wichry! śnieżyce! mych szałów tabuny!

przepaście! bory! słuchacze mych dum!

w zatorach zemsty law kipiących szum —

serc potrzaskanych tajemnicze runy —

księżyce, gwiazdy — me bracia — me struny!

Azalim skald? posiadłem dar cierpienia.

Azalim król? któż większe ma przestworza?

tak Atlantyda rzucona w głąb morza

tysiącem kolumn błyszczy się i spienia.

Znam bogów brzask: zielone oceany,

w płomieniach zorzy lodowe katedry,

ryk mastodontów, paroście i cedry,

harf złotośpiewnych mistyczne peany

i demiurgów orszak zadumany.

Ponad górami, niby księżyc w pełni,

snuje me serce czarodziejską przęśl —

fiołkowy obłok u stóp mych się wełni —

a jezior szklanych zatopiona gęśl

gra wizye gwiazd —

— ja z uchylonej trumny

słucham — a wokół się walą kolumny —

i ziemia drży podemną — i drży serce moje,

jak posąg, w miażdżonej świątyni —

a w chmurach pędzą skrwawieni heroje,

pytając mię o znak: śmierć na pustyni!

Nad górą świata, nad głębiami szczytów,

słyszę jęk matki, co mi serce rwie —

rzucam w jej łono pył aerolitów —

rzuciłbym słońce — lecz się łzami mglę.


Z czarnych kryształów mój pałac — w gryfy lemury rżnięty —

gwiazdy przez witraż świecą zamarznięty.

Perły posadzką, w koralach namioty —

huczą nademną gdzieś przeznaczeń młoty.

Myśl moja rzeźbi posągowe mary

[na Jowiszowem czole stygmat kary].

Po salach błądzę jako lew skrzydlaty,

[echem grobowym wtórzą kazamaty].

W melodyach ciszy nie zadrga zasłona

[w trumnie z ołowiu ktoś jęczy i kona].

Mrok zimny pluszcze w śpiżowe podwoje

[gwiazdy migocą w zmarzłe serce moje].

Zgrzytnęły dźwierze — pleśń i katakumba —

pochodnia krwawi napis: in haec tumba.

Wyrazy milkną, lecz połysk przelśniewa —

w trumnie z ołowiu głos żałobny śpiewa.

Chyłkiem się wije cień zamaskowany —

idę rozpacznie do ostatniej ściany.

Dotknąłem gwoździa — nisze się ozwarły —

padłem na progu, jak człowiek umarły.

Nieznana ręka podjęła mię z prochu —

widzę grób — lampę konającą w lochu.

Na stopniach klękam sarkofagu —

od blasków się źrenica mruży —

jak dwa płomyki białej róży

świecą dwie ręce zapalone —

dwie żywe ręce — jak przy Magu —

me serce żywcem pogrzebione.

I zaszlochały łzy w głębinie,

zamigotały skrzydła zmięte —

aniołów grają chóry święte —

w różanych widzę mgłach świątynię —

ale me serce już pęknięte —

już go tym rajem nie upoję —

anioły lecą ze mną w boje.

Precz! — i wydarłem złote miecze —

od przepaści moich progu

wara wam — i wara Bogu!

oto me serce człowiecze —

rubinowa tajemnica —

oto je rzucam w odmęty!

— — — — — — — — —

Jak czarna lecę błyskawica,

nad przepaściami słychać me tętenty.

A za mną śpiewa borów chór

i łkają dzwony zatopionych miast —

krwawi się serce morza pośród gór —

konają tęcze zdruzgotanych gwiazd —

hurra — tytany! w ręku piorun siny —

ten świat roztrącić — w głębiny! w głębiny!

Nokturn

Las płaczących brzóz

śniegiem osypany —

pościnał mi mróz

moje tulipany.

Leży u mych stóp

konająca mewa —

patrzą na jej trup

zamyślone drzewa.

Śniegiem zmywam krew,

lecz jej nic nie zgłuszy —

słyszę dziwny śpiew

w czarnym zamku duszy.

Umarły świat

Pokażę zamek wam nad czarną głębią,

zarosły w tarnię, bluszcz i dziewięciornik —

pokażę duchów siedzibę jastrzębią,

wydartą przez mój miecz, a nie paciornik,

i pójdę z wami w śpiewne kurytarze —

podziemny znicz i piorun wam ukażę.

Królestwo moje na miedzianej turni

nad łez doliną w gradach i obłoku;

na skalnej zbroi śnią rycerze jurni,

kołysząc włócznie zielone w otoku —

nad hełmem szafir, gwiazdami usiany,

a pod pancerzem serce i wulkany.

Jałowcem pachną krzesanicy pola,

białe pustynne jak sybirski cmentarz —

wszystko tu wieczne, jak ból i niedola,

a choćbyś z pułkiem szedł, jak regimentarz,

widząc toń zimną i martwą jeziora,

poczujesz nagle w sercu szpon upiora.

Dni moje przeszły, jak cień — i nic w górze —

o Chryste — i Tyś minął — jestem dumny,

widząc zmierzch bogów — serce mam w marmurze,

a me tęsknoty zwarły się w kolumny

krwawych bazaltów... Nie dbam o bożyszcza —

z Walhalli mojej dymią mrok i zgliszcza.

Zwano mię Chrobry. Stalowe koncerze

biły jak hajnał w mego ducha dzwony,

mój róg na puszczach zwoływał rycerze

i rzewne w gajach straszył dziwożony,

gdym wiódł w uroczne rzek leśnych zakręty

purpurą strojne, zdobyte okręty.

Obłok się we mnie wpił żelaznolicy

i głaz otulił, jak giezło grobowe.

Pamięć półsenną dawnej mam świątnicy,

kiedy się w tęczach ukazował Prowe

i pszczół pobrzękiem szumiały lewady —

pod rosochatym dębem wojsk obrady.

Lecz świat mój umarł. Błądzę nad wybrzeżem

wsłuchany w pomruk wilgotnych kamieni.

Mój róg — bez echa... Cisza mi pacierzem

była, a dziś już me serce rumieni.

Gram tryumf — wicher mi łka przez szczeliny —

gram wieszczby — miesiąc zakrwawia się siny.

Umarł... więc wichru i słońcu czarnemu,

które już złotych nie wyda owocy,

gram, — a hymnowi niewyśpiewanemu

wtórują cienie nadgwiaździstej Mocy...

Mój Bóg już umarł... w ogniu swe sztandary

palę: miłości, nadziei, wiary...

Widma

Płyną z mogił duchy białe,

jak męczonych ofiar dym —

i swe szpony zlodowiałe

zatapiają w sercu mym.

I powstaje niepożyta

rozoranej ziemi moc —

wicher świszcze, wicher zgrzyta,

to upiorów sądna noc.

Kto jesteście — biali króle —

co szeptacie w sercu mem?

wyją bomby, świszczą kule —

i z reduty płynie dym.

Jak ten żołnierz się krwawi... idź precz!

szubienica skrzypi i powiewa —

kto obróci w mojem sercu miecz —

temu serce moje pieśń zaśpiewa.

Ha — coś tętni — karawan i grób —

ha, to jest — sędziego tron —

widzę — siedzi w gwiazdach On —

krwią bez głowy ściekający trup.

A dokoła groźny stanął huf —

zamarznięty na bezdrożach lud —

lśnią na barkach czarne pióra sów —

a na hełmach ich gwiazdy — jak cud.

I ugiąłem przed nimi kolano —

i swą głowę złożyłem na pień —

wtem zapłakał mi tęczowy Cień:

czy miłością i ciebie zbłąkano?

Ja odrzekłem: wyleję swą krew

za ten jeden z mego serca śpiew —

za ten jeden z ręki Bożej cud —

za bijący w niebiosa grom — lud!

Lecz zahuczał przeraźliwy śmiech —

i na koniu poleciałem wcwał —

a z pod kopyt rozpryskiwał grzech —

a na trąbie grał śpiżowej — Szał.

I nie żądam już więcej aniołów —

nie podaję już siebie na zgon —

czuję — leci do mych oczodołów —

z czarnej ręki sypiący się szron.

I rozpędzam swego konia wcwał

i przelatam żywe groby wskok —

a na trąbie gra śpiżowej Szał —

a gwiazdami osypuje — Mrok.

Duch mój zamieszkał...

Izali4 nad umarłymi cuda czynić będziesz?

Izali kto w grobie opowie miłość Twoją i prawdę Twoją — w ziemi zapomnienia?

Duch mój zamieszkał wyludnione miasta

I widmem nędzy przepala swe oczy —

duch mój gdzieś w dale bezimienne kroczy,

jak pogrzeb wynoszący trędowatych z miasta.

Biją mi głucho popękane dzwony

i anioł ciemny prowadzi za sobą —

i jak biczownik, okryty żałobą,

płaczę — a w łzach mych biją nieszczęść dzwony.

W zmarzłej dolinie Cienia śmierci,

gdzie gwiazd migocą sarkofagi,

buduję sobie dół — i nagi —

z płomieniem schodzę w cienie śmierci.

Zamek duszy

Ty u bram moich, wiekuistny Boże!

wszak władcą grobów jestem i pustyni —

nie władcą nawet, bo nieraz się korzę

przed cieniem cienia — i smutek mię czyni

bezwładnym, jako w krach zamarzłe morze.

Ale racz wstąpić do skalnej wieżycy,

gdzie moje tygry wyściełam ajerem —

przed Tobą, królu, stanę bez przyłbicy

i miód wyniosę przedni — sercem szczerem —

sam jestem — Bór i Poświst moi służebnicy.

Jarzą gromnice nad umarłem ciałem

[z księgi mię żywych raczyłeś wymazać] —

i obdarzywszy czarodziejstwa szałem —

piekło mi każesz strącać, gwiazdy stwarzać

i jako harfą być — pod lodu zwałem...

O Miłościwy! Ty mi ciemne moce

na okręt życia-ś dał — w puszce Pandory

i serce moje — jak gwiaździstą procę,

rozwichrzasz duchem, co się rwie w przestwory,

a straż mi dzierżą głuche, zimne Moce.

Oto mi płacze i budzi się wiecznie

gość mój tajemny i więzień nieznany —

czasem, jak Helios, gra hymny słonecznie,

a czasem jęcząc jak żebrak złamany,

tuli się do nóg moich — niebezpiecznie!

Bo za jałmużnę łez — on dzikim śmiechem

wstrząsa kamienny sklep — i aż w milczeniu

skarg potępionych napełnia mię echem —

a twarzy jego nie widać w płomieniu —

a na Oliwnej górze zwał go Chrystus — grzechem.

I teraz czuję — siedzi za mą głową

Archanioł senny, co na krańcach ziemi

rozpostarł skrzydła i baśń lazurową

gra na organach palcami srebrnemi —

— — Miłość —

— i drugie niezgłębione słowo:

Śmierć.

Miałem się Bogu spowiadać — nie będę.

Niech serce leży w zimnej bazylice

osnute w marzeń królewską legendę

i w proch — dopóki zaszumią orlice

i tam uniosą, gdzie wszystko zdobędę!

wszystko! i Ciebie czarny Polifemie,

coś mi roztrzaskał maszt niedoli głazem — —

Serce jak wulkan w swoich ogniach drzemie,

zarosłe lilią i błękitnym ślazem —

aż buchnie — i krwią swą zaleje tę ziemię,

co u podnoża śni w jodeł tęsknocie,

jako słowiki — gdy osiądą groby.

Serce me tętni w głuchym grzmocie

i zasłuchane w płacz kamiennej Nioby,

gotowe bluźnić, że więdną stokrocie.

Niech więdną — kwiaty rozstrzępione morzem,

niechaj się więzień szalony uśmierca,

biegnąc puszcz wolnych lodowem bezdrożem —

niechaj me serce pęknie — lecz z Twojego serca

dobędę także jęk — tym ostrym nożem — —

Ona umarła — i nigdy nie wstanie —

Ona zaklęta — i nikt jej nie zbudzi —

rzuciłeś w zimny loch — na obłąkanie

tę Świętą, gdzie się zakrwawi i zbrudzi

i wyprze Ciebie, słysząc kurów pianie,

słysząc Judasza cekiny i Piłatową

sprawiedliwość Boga...

— — — — — — — Ty opuszczony

Starcze — błąkasz się w zamieć zimową,

a nicość bije w swoje czarne dzwony,

a piorun wije gniazdo nad Twą głową.

I tu przychodzisz — Twórco przeznaczenia —

[jak mnich wyklęty — aż na krańcach wioski —

do samotnego nędzarza — wśród cienia

żebrząc o węglik — w imię męki Boskiej...]

— — — — — — — — — —

odszedł, nademną zwarły się sklepienia —

— — — — — — — — — —

Mroki, pochłońcie mię! wy mię zatopcie, głębiny!

— — — — — — — — — —

On nad urwiskiem, osypany szronem

gwiazd — w zakrwawionem

przestworzu... O, przebacz nam winy,

jako my Tobie — błogosławim dzwonem

umarłych —

— — mający umrzeć tej godziny.


Aniołowie grają hymn — serce moje płacze —

Aniołowie idą w dal — serce me przyklęka, —

i zostałem sam — gdzie grobowca pleśń —

słońca nigdy już — ni gwiazd nie zobaczę —

a prowadzi mię jakaś mściwa ręka —

a prowadzi mię — wiekuistny żal.

Msza żałobna

Idę nad brzegiem zamarzłego morza

[o Matko Święta, zmiłuj się nad nami] —

wydęte — głuche — lodowe bezdroża

[o Matko Święta, zmiłuj się nad nami] —

z czarnych rozpadlin wylatuje śnieg —

i z dzikim świstem uderza na brzeg.

Tu skały groźne — tam oślizgłe jary —

kłębią się — wyją — na powietrzu mary;

wody rzegocą głucho pod stopami —

[o Matko Święta, zmiłuj się nad nami].

Ja niegdyś Rogier — król normanów —

z pychy sławiony i czarnego męstwa —

wielem dokonał przy woli szatanów,

wieże na gwiazdach budując i księstwa —

Choremu niosę grzechów odpuszczenie,

ale z mej duszy któż mię wyratuje?

słyszę w głębinach niepojęte drżenie —

morze swój kaftan szalonego pruje.

Na turni kościół, a w podziemiach blask —

słyszę anielski śpiew i lodów trzask.

Wejdę na chwilę pomodlić się Bogu —

wściekły mię wicher odtrąca od progu;

ale przez okno widzę złoty tron —

w światłach tęczuje mi lecący szron —

a w tęczach widzę rozśpiewany chór —

na tronie rycerz — mój pośmiertny wtór.

Włos czarny mu w połowie zakrył trupią twarz —

z sześciorga skrzydeł płynie krew do czasz.

Na harfie niemej gra — szatański zawtórzył śmiech

tej męce. Rzekłem: pieśń Twoja odpuszcza Ci grzech.

Z gór się olbrzymich bory łamały wśród łkań —

rzekłem: rycerzu, ty się zorzą stań.

Tysiące nad nim złotych rozbłysnęło piór,

księżyc, jak kielich czerwony wśródd chmur.

Drzewa szły za nim — i krze — i ptastwo — i mogilny głaz —

i aniołowie w blasku swych nieziemnych kras —

i czarne smugi dziko rozkrakanych wron —

w pustym kościele ktoś uderzył w dzwon.

[O czarna męko moja, o morze — wyjące pod krami —!...]

rzekłem, odchodząc: duchy, pokój z wami.

Już świt

Już świt

Już świt... Purpury są na niebie.

Już świt... wciąż nocne straszą mary.

Sen to? czy zjaw? czy jakie czary?

Dusza mogiłę własną grzebie.

Dusza ma blada z przerażenia

jako te zimne mgły na polu —

dusza się lęka swego cienia —

ten cień czerwony jest od bolu.

Ptaki się budzą — lecz ja słyszę:

coś w moim sercu łzami rosi —

w dół się przechylam — w wielką ciszę —

serce się moje w dal unosi —

serce się moje w dal wydziera —

i już się stroi w kij pątniczy —

w kamienną czarkę łzy swe zbiera,

gdy będzie konać — Bóg policzy...

[Tylko mi nie płacz, nie łam dłoni —

ze snów otrząśnij się złowrogich —

jest coś, co nas przed zgubą broni —

nas — i naszemu sercu drogich...]

. . . . . . . . . . . .

Już Anioł chodzi między mgłami

i je owiewa skrzydły swemi —

i tak uświęca, że nie plami

ich pył, ni ciężar smętnej ziemi.

Jako przejrzyste, senne morze

fioletem lśniące i błękitem,

falują mgły te po przestworze

srebrzysto-jasnem, złotolitem.

Nagle się mienią na różowo,

jakby od szczęścia zapłonione —

tak przenajświętsza Cię Królowo,

maluje serce rozmodlone:

w złoto-zielonej mgieł obręczy

ognista róża lśni szkarłatem —

rozwiewa skrzydła ponad światem —

raczej na światów gdzieś przełęczy.

Drzewa jak wyspy koralowe

zaczarowane, niepojęte —

obłoki jak kadzidło święte,

czerwone wewnątrz i lilowe.

. . . . . . . . . . . .

Słychać za szybą tuż brzęczenie —

to motyl rwie się do swobody —

leć — i poleciał na ogrody —

leć — i nieś słońcu pozdrowienie.

Słońce — Ty jesteś ziemi królem!

Boże — Ty jesteś świata słońcem!

Duszo — Ty jesteś bóstwa gońcem!

Serce — Ty jedno — wiecznym bólem.

Płyną ciche, srebrne łzy...

Płyną ciche, srebrne łzy

i fioletów płynie żal

w nieskończoną ciemną dal —

pachną zwiędłe bzy —

to Ty, duszo? Ty!

W chmurach leci czarny ptak,

niesie w szponach krwawy plon —

— Czy to z Twoich dumnych łon

— wyrwany ten znak?

Tak, ma duszo, tak.

— Tyś mię zaklął w tęczy snów

— do tych szarych zimnych mglic —

— co masz mówić — prędko mów —

— łzy Ci płyną z lic —

Nic, ma duszo, nic.

Bądź zdrowa!...

Bądź zdrowa! (jak dziwnie brzmi dzwon!)

Bądź zdrowa! (lecą liście z drzewa...)

Bądź zdrowa! (miłość jest jak zgon...)

Bądź zdrowa! (wiatr złowrogi śpiewa...)

Już nigdy!

Rwie serce Twój płacz!

Wydarł się z piersi niespodzianie,

żegnam Cię — trzeba — i Ty Boże racz —

Litości!... — —

W konie!... Chryste Panie!...

Przed burzą

Tak... więc mi radzisz jedno — zapomnienie —

i przyjaźń dajesz miłosiernej siostry...

Wiem — obowiązek, przysięga, sumienie —

wiem — i nie żądam — wolę ja nóż ostry,

niźli łagodne czyścowe płomienie.

Już późno... wróćmy. O, jak zmienne, Lenko,

pogody świata — wiatr chmurzyska goni

i pędzi prosto — patrz — w Twoje okienko

podniebne, skryte w hiacynty i bluszcze —

i tam łzy drobne, rzęsiste uroni.

Czy wiesz? gdy drżący wicher w szyby pluszcze

mam dziwną pewność i dziwną obawę,

że tak sam jeden będę w dni szarawe

umierał... Nie myśl, że straszyć chcę zgonem —

poję się życiem, jak faun winogronem.

Otóż i dom Twój. Deszcz okrutny siecze.

Wszelka tragedya swą banalność wlecze.

Milczysz? wciąż milczysz... i oczy masz wbite

w szorstkie, zdeptane, brukowe kamienie —

ja wiem — tam czytasz napisy wyryte —

ja zgadnę:

„depce po nas przeznaczenie”...

Mej duszy osnowa,

którą ci składam na wieczność:

był ból i była konieczność

i Kain i grzech i Jehowa

i ducha śmiertelny głód —

a teraz wolność — i cud.

Widzisz bezgrzmotne błyskania?

piorun się w tej chmurze chowa.

Z płomiennej róży kochania

kto się skałą nie narodzi —

zginie w powodzi.

Śmiejesz się smutno — ciemne moje słowa...

trzeba zwyciężać... zwyciężać... bądź zdrowa.

Zofia Casanova (z hiszp.) Skargi

Pod krzyżem zgięta — w mroku rozpaczy

na ostrych głazach dusza się krwawi

i swą Golgotę krwią serca znaczy...

czy już z tej męki nic nie wybawi?

Anioł, co strzeże przeznaczeń dróg —

— Tak, rzecze — Bóg!

Cios mnie oślepił, zgubiłam drogę,

rana zalewa wciąż oczy moje —

pośród ciemności kroczyć nie mogę —

i brak mi wsparcia — i tak się boję —

co robić, Panie? drżę, jako liść —

— Z miłością — iść.

Czyliż podobna wlec swoje życie

z okropną wizyą ciągłej niedoli?

gadzinę myśli zatruwać skrycie

i wiecznie milczeć o tem, co boli —

gdy w uszach moich bez końca brzmi

marność mych dni...

Tak więc — wśród duszy osamotnienia,

gdzie każde tchnienie goryczą dysze —

jakiż, o Panie, dasz cud zbawienia,

aby się burza zmieniła w ciszę

i przestał jęczeć rozbity dzwon?

— Jedynie... zgon.

Ogień

Samotny siedzę przy kominka blasku,

na ścianach drgają fantastyczne mary —

z bezdźwięcznym śmiechem w takt suchego trzasku

litanii słucham dusz — w łunach Ofiary.

Powoli smutek objął serce senne,

jak pająk muchę, w szarą swoją przędzę;

smutek tak wiotki, jako mgły wiosenne,

a tak bezbrzeżny, jako ludzkie nędze.

Łuczywo gaśnie — pokrwawione ściany

snują mi szeptem dziwne opowieści

«szedł w nocy młodzian z Chrystusem nieznany» —

a serce moje w okna mi szeleści.

Oh, zimno — czarno — źle —

wicher na polu dmie —

weź ono drzewko zmarznięte,

rzuć je do ognia — niech zgorze —

mój Boże!

a serce moje uczyń równie święte.

Wilia

Memu Ojcu.

On do mnie pisał list — mój synuś mały!

patrząc się w księżyc — na szrężodze szyby

pisał mi rączką, że już nadleciały

aniołki — Pan Jezus przyjdzie — łowią ryby —

złote lśnią gwiazdki...

— niech mój Tatuś wraca —

Mama jest chora — Tatuś caca —

mój Tatuś dusia...

Lecz pewno wstrzymały

chmury ten list, lub Anioł biały —

bo mi się nie wdarł promień w stalagmity

i nie oświetlił groty, łzami szumnej

i nie przypomniał, że są gdzieś błękity —

i Bóg — i w mojem sercu dwie Jego kolumny.

Raduj się duszo moja w Panu,

rozbłyśnij, jak zorza, w purpurze

i zamek słońcu na strzelistej górze

wybuduj — w dal od czarnego tumanu.

Choćbyś utracił wszechświat — niestracone

nic — bo masz dwa serca przelśnione.

i na tych skrzydłach wylecisz wśród pieśni.

Tobie syneczku, — pisze Tatuś dusia,

że wróci — weźmie na rączki Jarusia

i będzie z Tobą zbierał fijołeczki

i będzie nucił piosneczki

o kwiatku, co się nie rozwinął wcześniéj —

— i Mama już płakać nie będzie...

Ale Cień groźny idzie za mną wszędzie

i nie wiem, kiedy mię wyzwoli

z tych mroków — Bóg.

(Kiedy odejdę w dal...)

Kiedy odejdę w dal

zostanie po mnie żal —

daremny będzie żal,

gdy płynąć muszę w dal.

Lecz tak się łączy żal

z moją tęsknotą w dal —

że patrzę w moją dal —

jako w bezbrzeżny żal.

Samobójca

Biją w mą czaszkę, jak w dzwon, głuche grzmoty

i krwawa ręka pisze mi przekleństwo.

Ja wybierając los mój, wybrałem szaleństwo

i porzuciłem raj i zeszłem w czarne groty.

I płynę w mrok — i wiem, że oto zgasnę,

jako pęknięte słońce. W imię Ojca, Syna!

mam w sercu głaz, a tu głębina —

jam tułacz — ale będę miał królestwo własne.

Ta lufa zimna — lecz ogień gorący —

dobry to ogień, co ucisza serce —

na górach wschodzi blask błogosławiący

me wrogi i płaszcza królewskiego ździerce.

Jako pelikan — krwi mojej żywicą

karmiłem — nicość! — a dzieci me z głodu

umarły — a moja Matka niewolnicą

obraca w żarnach krew i łzy narodu.

Wezmę mój pług — ja Piastów pogrobowiec —

ja dumny kneź — zaoram ziemię czarną —

i będą iskry iść — jak złote ziarno.

— A na Łomnicy — strzaskam z porfiru grobowiec

i wyjmę moje serce...

Dusza w czyścu

Umarłych cieniom i w gwiezdne kurhany,

składam tę urnę przetlonych pamiątek.

jakoby ciała umarłych dzieciątek.

Bo duch mój z ziemskiej jasności wygnany

wstecz się ogląda na rodzinne łany

i nim go śnieżne pochłoną zamieci

do chat się tuli, gdzie łuczyna świeci.

W umarłych święto, w jęki niepowrotne,

serce się moje nie czuje samotne.

Ach, pamiętam knieje, szumiące dokoła,

świegot ptastwa, ryk zwierza i dymiące sioła —

wonie traw pokoszonych i białe bociany,

lecące gdzieś aż z Indyów na mój dach żerdziany.

Dziś — pół świata zbłądziwszy na smętnem błąkaniu —

Tobie, coś moją młodość widziała w zaraniu —

Lipo cmentarna! Xieni pszczół i roju

duszyczek, co już doznały wiecznego spokoju —

pod cieniem Twoim, pod Twoją obroną

chciałbym złożyć mą duszę, jak falę znużoną

i lśnić w Twoich konarach zbłękitnionym niebem —

a męką moją, jak czarnym podzielić się chlebem

z oną Królową, co była duchów żywicielka —

a za Chrystusem zeszła w otchłań...

I teraz Cień jej błąka się w wichrowe noce,

a w oczach wypalonych szrężoga migoce

i jasność wielka.

Chciałbym pługiem rozorać krwawe sarkofagi

i z płomieniem — w królewski zejść grób —

i w krysztalny grać dzwon — i wziąć na ramiona

i nieść Bogu, aż oczy odemknie przelśniona

i zorzami rozbłyśnie jej trup —

i pokłonią się króle i myrrhę przyniosą jej magi

i przyjdzie Oblubieniec —

ze zbóż jasnych da wieniec —

a śmierć, jak suchy liść

odtrąci z Jej łona —

i wstanie zbłękitniona

i będzie ku nam iść.

Lecz za winy własne lub mojego rodu

na niwach spustoszonych umierając z głodu,

u źródeł jadem strutych konając z pragnienia,

to się spalam w pożarach, to marznę wśród cienia —

w rozpękłych górach lawy księżyca martwego.

Idzie wiejskie pacholę przed Maryi ołtarze —

niech Cię, moja dziecino, pychą Bóg nie każe —

i niech Cię odtąd Aniołowie strzegą.

Krzyż

Tu znamiona

światów obu:

Ciemność kona,

Anioł globu

wchodzi z grobu.

Już kry pękają w czarnej wodzie,

róże mistyczne w mym ogrodzie,

róże — gwiazdy —

w sercu mem dźwięczy chór aniołów,

w sercu się kruszy rdza i ołów —

miej łzy! miej łzy!

Z ofiarnych czasz

dymi się krew —

ach, Ojcze nasz,

słyszysz ten śpiew?

Przez mroków łan

wrzyna się pług —

z czerwonych pian

ognisty Bóg.

I runął grom

w mogilny tyn

i zadrżał dom —

wstał Boży Syn.

Na tęczach łąk

lilije w krąg —

na głębiach mórz

królestwo zórz...

Ziemia się wznosi

jak wonna tuja

w niebiosach buja —

skrzydła me rosi

łez Alleluja...

Niewiasta klęcząca:

Czemu duchy płaczą,

błądząc pod jodłami?

niebiosa obaczą,

Boga z aniołami —

Alleluja...

Śmierć z kosą:

Postawił mię Pan

na szmaragdzie łąk

i do jasnych wód

wiedzie mój lud —

Alleluja...

In loco tormentorum

Motto

Vivo sin vivir en mi...

Żyję — nie żyjąc już w sobie,

na życie aniołów spozieram,

a w mroku, w rozpaczy umieram.

Morietur stella

Godzina moja się zbliża

i otaczają ciemności —

już wyschły źródła miłości

i w płomiennej męce krzyża

serce wciąż głębiej się zniża,

wciąż głębiej w nim rany roździeram —

i żyję, by czuć, że umieram.

Na fali czystym błękicie

łódź moja płynie w wygnanie —

i widzę zorzy świtanie —

i widzę loch mój w granicie —

oh, ręce moje otnijcie,

gdyż bramę Grozy rozwieram —

On rzekł mi: ja w Tobie — umieram.

Nademną złote łabędzie

rozbłękitniają się w hymny —

a w głębi widzę gad zimny,

i oczy krwawe — w obłędzie —

i ktoś mi szepce: — ja wszędzie

za twojem sercem się wdzieram —

ja mrok — ja śmierć — ja Bóg — nie umieram.

O wy, kratery wulkanów,

zamarzłym ogniem zionące —

o, moje róże więdnące,

wśród czarnej mgły oceanów —

o niedolo mych peanów,

w których się Boga wypieram,

a stopy zimne całując, umieram.

Słowiku, co ożywiasz gaje

w pustyniach mojego łona —

ach, jakże serce me kona

ach, jakiej męki doznaję —

paląc w płomieniach swe raje —

na lichej kolumnie się wspieram —

z nią padam — i łkam — i umieram.

Z Twych rąk mi płyną ulżenia,

gdy krwią swą rosisz me lico —

lecz doli mej tajemnicą,

zamknięta w grodzie płomienia!

gdzie tak mnie trapią cierpienia

i tyle szturmów odpieram,

żeć zamek zdam — bo umieram.

Oto jak cień się przekradać

pod murem rajskich ogrodów —

w ogniu się paląc wśród lodów —

mieć Cię — a nie posiadać —

zdobyć — ukochać — postradać —

to człowiek — z niego się wydzieram

— daremnie! daremnie żyję i umieram.

Wampir

Modlą się duchy ciemnych wód —

modli się serce krwawe.

W wnętrznościach mogił szlocha lud

i szlocha serce krwawe.

Armat śpiżowych tętni grzmot

i tętni serce krwawe.

Bagnety pełzną pjanych rot

i pełznie serce krwawe.

Zadrgały mruki rżniętych miast —

zadrgało serce krwawe.

Wampiry gaszą wieczność gwiazd

i gaszą serce krwawe.

Shańbione ciała — pusty dwór —

shańbione serce krwawe.

Wtem tryumfalnie zapiał kur —

i pękło serce krwawe.

Templaryusz

Na ciemnem morzu wicher rozpaczy

szarpie i targa żagiel tułaczy.

Płynę bez steru, płynę bez wiosła —

oby mię prędzej burza rozniosła!

Ja — rycerz dumny świętego Grala —

[duch mój się dotąd ogniami spala]

Różany ogród bożych tajemnic —

[dziś uroczysko mogilnych ciemnic]

Ja — com Chrystusa wynosił z grobu

[oto stygmaty na rękach obu] —

Ja i me gwiazdy cicho spadamy —

jak lilie zżęte w grobowe jamy.

Morze się pieni, ryczy jak lew —

nademną stado znużonych mew.

Goni je, szarpie dzika rybitwa —

skrzydła ich błyszczą niby modlitwa.

Oh, dajcie łuk mój, który ocala —

wzdyma się grzywą ostatnia fala —

łódź wylatuje w obręczy pian —

na trąbach śmierci zagrał mi Pan.

— — — — — — — — —

Litości żebrze tłum obłąkany,

katedr się chwieją kamienne ściany,

runęły, gniotąc serca i mózgi,

w jelitach sterczą krzyża odruzgi.

Dłonie błagalne wbiły się w drzewo,

otchłań się kłębi z czarną ulewą,

na wirach tańczy ludzkość wyrodna,

pod serc nawałą krzyż idzie do dna.

Morze się pieni, ryczy jak lew —

nucę spokojnie ostatni śpiew.

(Zahuczał wicher...)

Zahuczał wicher — wicher jesienny

nad mojem sercem — sercem tułaczem —

i Anioł senny — Anioł Gehenny

już mnie powitał — powitał płaczem.

Natchnienie

Na koralowych snu księżycach

Ciebie me skrzypki sławią, Pani!

do ciemnej schodząc mar otchłani

zapalasz kwiaty na łzawnicach.

Uwiędłe serce, jak dzieciątko,

tulisz do piersi obłąkanej

i dziwnej pieśni — niewygranej —

bawisz nadziemną pamiątką.

Już się godzina zaćmień zbliża,

kiedy mię z Tobą Bóg rozdzieli —

Ciebie uniosą w chór anieli,

a mnie przybiją do stóp krzyża.

Santa Hermandad

Enclavado pies y manos en un madero y en cruz, con tormentos inhumanos que me respondeys maranos malvados perros sin luz.

Hurtado 1557.

Gwoździami za ręce i nogi przybity do drewna i krzyża w nadludzkiej męczarni — którą spłacicie, maurowie, niewierne psy bez świateł.

Bujnie zroszony mój ogród krwią.

Z lochów tych na świat nie wyjdzie jęk.

Braciszków moich wiedli do męk —

Lampka im zżarzy skórę do trzew,

na dybach zwisną jak harfa strun —

a krzyż zielony z krepą wśród łun,

jako nadziei bluźnierczy krzew.

Oczy ich próchnem świecą, jak duchów —

usta zgniecione byczym pęcherzem —

i tak przed ojcem staną kacerzem,

w drewnianej klatce, z brzękiem łańcuchów.

A łzy tych gromnic na twarz kapiące,

nie tak bolesne, nie tak gorące.

Auto-da-fe

Przyjaźń mi zdradnie ręce związała,

gdym je wyciągał w górę do nieba.

Ojczyzna plwocią mnie obryzgała,

gdym ją nakarmiał z wina i chleba.

Miłość poranna w pustkę wywiodła,

z twarzą słoneczną Pani alkierza;

a miłość Święta — bok mi przebodła,

i do miejskiego ciśnie pręgierza;

a miłość Gwiezdna — serce wyrwała

i psom rzucając — naigrawała.

Rozumek, mistrz mój, w galowym fraku,

do żelaznego przybił mię woza —

a na nim dzwoni Śmierć Dolorosa —

a ja się duszę — w złotym kołpaku.

Quemadero

[„była to platforma, ułożona z kamieni. Na wierzchu cztery posągi proroków, wewnątrz pustych — gdzie wprowadzano osądzonych i spalano po kilku naraz w tym rodzaju babilońskiego pieca”].

Sztabą przykuty do proroka,

gdzie pocałunków lśnią motyle,

a z ust mych płynie krwi posoka,

a w uszach dźwięczą krotofile.

Ogień buchnął — i czarne mantyle

dech zaparły, jak fala głęboka —

tylko jednej przechrzciance z Maroka

oczy gasną, jak gwiazdy w mogile.

Wczoraj z braćmi łamałem się w celi

pleśniącym komunii chlebem,

a barłóg zamiast pościeli,

a ciemny loch był nam niebem.

Król złotą błysnął ku nam szpadą,

na ogień dziatki moje kładą.

Madonna Dolorosa

„...żelazny posąg z kolcami do wewnątrz, w którym zamykano przestępcę”...

Coś w mem sercu dziko pęka —

w dzwon uderza ciemna Groza —

i kolczata dusi ręka —

to Madonna Dolorosa.

W snów mistycznych mym ogrodzie

drga konwulsyą Lilia — Roza,

zamrożona lśni mimoza,

a w piekielnym tortur chłodzie

każdą żyłkę w niej przebodzie

Pani królestw — Dolorosa.

Idzie święta w aureoli

z dzieciątkiem na ręku zmarłem —

źrenice puste rozwarłem,

czując, że nic już nie boli.

Reinkarnacya

Z bram czarnych idę Babilonu,

z ruin, gdzie ptastwo dzikie jęczy,

w mroku się bijąc o pierś dzwonu.

A ciała królów poszarpane

przez widm złowieszcze wardałaki,

a rzeki krwawą toczą pianę.

W pałacach pustych błądzą straże —

łańcuchem skuli czaszkę moją,

w piekielnym zanurzając warze.

Abbadon czekał z mię ofiary,

lecz anioł Boży wszedł do lochu —

legł z mieczem w sercu człowiek stary.

Po skałach zbiegłem stromych w morze,

śpiewem otchłani jęczą fale,

konchy, jak łzy me lśnią w pokorze.

Słucham objawień Twych w głębinie —

komety się krzyżują w mroku,

okręt mój w Ciemność Bożą płynie.

Na włosach zmarłej gram pieśń Wschodu,

bym Cię nie przeklął Hieruzalem,

obłąkanego Ty narodu

Matko! — a bólem Twoim się opaszę,

a głowę swą na gwiazdach złożę,

wieczność, jak wino zleję w czaszę.

A kości moje wezmę z ziemi,

którą przyciemnił Duch Twój Pański,

i odtąd ziarnem bujnem plemi.

Krwi mej czerwone bystre prądy,

co wypłynęły z gór Taboru, —

nowe przelśnione ujrzą lądy.

Serce mam owoc z tego drzewa,

co kwitnie w raju snem Cherubów,

a ptak żałoby nad nim śpiewa.

A śpiew ten z harfy jest proroków,

z płomienia gwiazd i z męczenników,

z piorunów, z wichrów i obłoków

i z onych Judasza srebrników,

jenżmi Cię kupił człowiek, Boże.

Tyś tajemnicze posiał znaki,

abym powrócić mógł do Ciebie,

jak słońce w ojczyste zodyaki.

Ale mój okręt wiry niosą —

przebóg! pod więzień ślizgie ściany —

rozpacz mię krwawą zlewa rosą.

I szydzą ze mnie czarni straże

i krzyż gotują mi jutrzenki —

wracam w mych więzień kurytarze.

I to wszak darem z Twojej ręki —

ból — wieczność męki...

W pośród Raju

Noc majowa

Osły w koronach zasiedli na trawie —

świetlaki różę całują polną —

a śmierć odmiga się w stawie

i gra piosenkę swawolną.

Efemerydy5,

lećcie w tan —

o kwiaty jezior, nereidy6!

na multankach7 w dąbrowie gra Pan8.

Efemerydy

lećcie w tan,

lećcie w tan —

miłosnym splotem

objęci

wieczyście młodzi

i święci —

śmiertelnym grotem

przeszyci —

W migliwej sinej fali

złote karasie i płotki,

a cierpliwe zimorodki

patrzą swym okiem ze stali —

a na drzewach stuk czarnych kowali,

i wśród jarzębin kraśne krzywodzióbki

i pustułki9 z oczyma jak hubki —

w świście wesołym i śpiewach

to nad wodą — to latam po drzewach.

Do nocnej hulanki

stworzone w lasach polanki.

Wszystkie ptaszki hołd mi czynią,

bo dziś me śluby z boginią.

I oto nad jeziorem,

stoim w kwieciu purpurowem,

łzy szczęścia lejąc z zachwytem i trwogą,

miłosną płonąc pożogą —

ogień ogarnia te prastare drzewa

i płaczą smolnymi łzami,

a znajoma — z mórz polarnych mewa

aureolą się toczy nad nami.

Ach, szkarłatne pnącze fakirów,

ach, kaktusów gwiaździste królewny,

ach, dwa groby szklanne wśród kirów

i płomień serc naszych powiewny.

Zaszumiał skrzydłami król Gryf

ze swą kochanką Łabedą10

wśród płomiennych rumaków i grzyw

pędzimy z Nom11 chmurnych czeredą —

a góry pod nami —

a śnieg pianą —

jakby z ziemi wytrysnęły fale —

a dokoła bezmiar szafirowy —

i ogień — i bór — i te sowy,

wpatrzone źrenicą przerażeń,

co pojęła boski szał wydarzeń.

Ale mi łzy płyną gorące,

leśne fauny patrzą na mnie drwiące,

bo ust naszych nie umiemy łączyć,

i jak rzeka do morza się wsączyć —

stoimy w niemej trwodze,

w zachwycie, w krwawej pożodze,

a na rękach oplecionych w kwiaty

sączą się rdzawe stygmaty.

Konające pary jednodniówek

do nóg mych padają z szelestem,

a grabarze czarni mrówek

wloką ich — w kurytarze pod rdestem.

— — — — — — — — — — — — —

Niegdyś błądziłem przez te kolumnady,

co Abderrahman12 tworzył ukochanej,

w ametystową noc Szecherezady,

gdy w niebiosach płoną talizmany —

— — — usłyszałem ryk osła —

ach, jak rozpaczliwy —

jak flet przedęty, dziki i chrapliwy.

Lecz nigdy w ludzkiej krtani

taka dusza nie wyrosła,

taki jęk potępieńca z otchłani.

Ja z nim nie pójdę w zawody,

lecz wszystkim radzę! —

Efemerydy,

lećcie w tan —

kwiaty jezior, nereidy —

na multankach w dąbrowie gra Pan.

(Stoi kamień na kamieniu...)

Stoi kamień na kamieniu — i jeszcze kamień —

a ty się serce, na smoka zamień.

— Czemu więźniu płaczesz — do swej wioski wrócisz!

— Idź swą drogą, Panie, bo się nie zasmucisz.

(Wśród traw...)

Wśród traw

omdlały leżę

bezwładnie —

jak senny staw.

Czarne więcierze

czyhają na dnie

i każda żywa

myśl tam przepadnie,

wola spoczywa

w zaroślach na dnie.

Czy sen?

dzikie widziadła —

gromada hjen

umarłą duszę

kręgiem obsiadła.

Krew płynie z żył —

lecz słodko znoszę katusze —

i śnię — żem kiedyś dawno — żył.

W obojętności

bujnych pokoszonych traw —

idę do Boga —

wśród kolumn czarnych wieczności.

A złota rosa na twarz moją pada.

I wstrząsa dreszcz.

Czarne chmurzyska,

jako bawołów pędzących stada —

tysiące krwawych oczu błyska.

I kataraktą runął deszcz.

To sen mnie łudzi —

to nad grobem wyje

oślepła skarga —

ja głaz myślący — nie żyję.

— — — — — — — — — —

— — — — — — — — — —

Wichrem sieczony —

nad grzywą rumaka —

porywam mocnemi ramiony

piorun —

i skrzydła swe rozwijam ptaka.

Nad morze!

nad lśniące

gwiazdami usiane morze —

za purpurowe góry

w czarne głębokie niebiosa.

(Jesienne lasy...)

Jesienne lasy poczerwienione

goreją w cudnym słońca zachodzie.

Witam was, brzozy, graby złocone

i fantastyczne ruiny w wodzie.

Czemu się śmieją te jarzębiny?

czemu dumają jodły zielone?

czemu się krwawią klony — osiny?

płyną fiolety mgieł przez doliny

i jak motyle w barwnym ogrodzie

latają liście złoto-czerwone.

(Z wyżyn spoglądam...)

Z wyżyn spoglądam na leśne obszary

pod tchnieniem wiatru jękliwie szumiące.

Tam pogrzebałem — w szafirowe jary

troje mych dziatek — i siebie tam strącę.

Nad jeziorami wznoszą się opary,

krążą stadami wrony żer wietrzące.

Pójdę — i z czarnej tej jedliny zrobię

krzyż — i wykrzesam iskrę wiary —

i zapalę ten ogromny bór — hymnem o Tobie —

jeśli mi wrócisz jedno z tych dziatek — żyjące.

(Noc mi rzuciła...)

Noc mi rzuciła swą czarną zasłonę

na serce — a okręt mój płynie wśród lodu.

Wyskoczę na brzeg — pójdę do mar swych ogrodu.

Pan Jezus furtę ozwarł — ma zranione

czoło, lecz w oczach ironii błyskanie.

..........................................

..........................................

..........................................

..........................................

Pan Jezus śmieje się — i księżyc gasi.

(Dotknięciem wróżki...)

Dotknięciem wróżki mchy szmaragdowe

mienią się w barwne perskie makaty.

Z swych grot podziemnych wyszły różowe

królewny i w perłach błyskają ich szaty.

Zwiędłe tojady chylają głowę,

a w aksamitach puszą się pleśnie.

Iskrzy się farfor, bronz i bławaty,

pazie, rycerze, króle pąsowe

i bladych orlik — madonny we śnie.

Poją mnie wrzosy...

Poją mnie wrzosy, paprocie miedziane

i srebrne słońce i lazur głęboki.

Płyną —

doliną — potoki wezbrane —

łączą się —

sączą — przez śniegi, opoki —

łona —

ramiona tulą się w obłoki.

Duch mój okrąża Himalajów szczyty —

grody —

pagody tylko sercu znane —

w sennym klasztorze — spoglądam na morze,

w złotą, błękitną, migotną Nirwanę —

w czarne, bezdenne, spienione granity.

Palmy

Widzę w Twych oczach ciemne morza tonie

i szafir nieba, co się w nich przegląda —

roskosz otchłani, która śmiercią zionie —

ciszę bezmiarów — których się pożąda.

Lub mi się zdaje, że to leśne głusze

w podzwrotnikowem słońcu gorejące —

a w głębi zimne; strojne w pióropusze

tęczowych kwiatów, a od lian ginące.

Tak się w mej duszy mienią Twoje oczy,

że nic trwałego w nich, prócz tajemnicy.

I próżno pytam, czy mnie do świątnicy

ten sfinks prowadzi, czy pustych roztoczy,

gdzie palmy więdną na słonecznym skwarze

i tak do rajów podobne — miraże.

Stryga

Widzę w Twych oczach zdradliwe sadzawki,

kożuchem zgniłych lśniące nenufarów,

potworne śmigi kręcących się żarów,

roślin krwiożerczych wężowate drgawki.

Lub mi się zdaje, że to są wieżyce

pohańbionego kościoła, gdzie straszy —

i biją pięści w bronzową grobnicę

i leży ksiądz martwy w blaskach złotej czaszy.

Tak się mienią Twe czary, że kindżałem wydrę

dwoje tych wieszczych, a złowrogich oczu —

i pod skronią Zbawcy oprawię w przeźroczu,

aby się zdało, żem zmartwychwzniósł Hydrę.

I niech urzekną gwiazd mroźnych ten szlak

zimowy, łzawiąc bezdźwięcznie: tik-tak-tik-tak...

Strach

W mroku się idzie tam — kiedy wyje wiatr.

Zwiotszała13 kuźnia wśród rozstajnych dróg.

Za dnia nie ujrzysz jej —

hej — hej —

wyje wiatr.

Noc mroźna — wiatr wyrywa pnie,

sosny do ziemi gnie.

Za cmentarzem bije młot —

głuchy grzmot.

Kuj żelazo,

kuj żelazo —

okute serce nie pęka.

Skradam się — pod chaszczą14 zwalonych drzew —

przez rozorane nawałnicą skiby15

do samej ściany, gdzie połyska żar.

Dziura jest w dylach16: widzę —

niski człowieczek —

(chwilami wyrasta nad chmury)

z oczyma jak dwa lochy bez dna —

w wyschłych piszczelach rąk

dźwiga młot —

i podnosi z wolna —

jak nakręcona figura woskowa —

zaś opuszcza nagle z potęgą —

w straszne zębate kowadło,

na którym się wzdryga

rozkrwawiona hostia17.

Ona oddycha, jak serce —

ona się przyczaja w sobie — i kurczy —

w blasku rozbryzganych płomieni

twarz bledsza od lilij

wschodniego księcia.

Oczy gasną cicho, jak księżyc na morzu,

tuląc się w wiekuisty bezmiar czarnych szafirów.

Ziemia się rozwarła

i jęło18 zapadać oberwisko19 meteorów

w ziejącą wśród głazów szczelinę.

A straszny ślepiec odepchnął kupę żużli nogą

i przez bór pędzi —

i znowu powraca —

sosny szumiące ugina jak rżysko.

Moje oczy stały się podobne do dwojga

zamarzłych okien.

On nie widzi —

nie ogląda się —

lecz szuka czegoś niewidomy —

i wygrzebuje coś skrytego w ziemi —

wtem wicher uderzył żelaznym skrzydłem

i runął — zawalił się dach.

— — — — — — — — — — Idę śpiąc —

nogi mam jak ciężkie czarne trumny.

Słyszę dźwięk trąbki

i skowyt ogarów —

siadłem w rowie —

głowa mi opadła:

idę już tak od wieków —

przeklęty — bez winy.

I obudził mnie mróz:

szumi las —

gdzie iść?

droga tu —

droga tam —

Wlecze się za mną brzydka ropucha.

Szatany z piskiem, jak szczury,

osuwają się po drzewach —

zmyliłem szlak —

wróciłem w miejsce, gdzie kuźnia.

Popiół zimny —

kładnę20 się na kupie żużli,

sen okrąża mnie, jak ryś —

nie wchodząc

do wnętrza zmartwiałej, nieruchomej ciszy.

(Stanąć tak nad morzem...)

Stanąć tak nad morzem

z chmur kłębami na dnie

i w głąb niemą rzucać

jarzące klejnoty...

I pod jej pałacem

oprzeć skroń na murach

i wyrzec się — wyrzec

duszy swej na wieki...

I żagiel rozwinąć,

kiedy burza wyje

i mknąć ponad góry

i spadać — i płynąć...

(Jaki lekki — zwinny...)

Jaki lekki — zwinny — chybki —

sunę przez zarośla!

mój skok przesadza polany,

skąpane w mgle i księżycu.

Oczy migocą zielono,

grzbiet się pręży,

centki błyskają w zaroślach.

Otom król chytrych, silnych

zwierząt: ja —

tygrys.

I widzę:

siedzi pod czerwoną palmą

w białej sukni —

z księgą indyjskiej mądrości.

Pełzam w gęstwinie dżungli —

u nóg jej począłem się łasić —

w obłędzie strachu

nie śmie drgnąć.

Patrzy na mnie, patrzy —

jak ptak o bijącem gwałtownie sercu.

Lekko ją łapą

przechylam —

ona próbuje wstać —

i nagle —

kły wbijam w klatkę piersiową

— strumienie gorącej krwi

w bolesnym jęku

wiją się przed memi oczyma.

Ona tylko raz —

mój Boże —

szepnęła moje imię —

I obudziłem się —

mój Boże —

własną

pierś rozdarłem

i broczę krwią.

(Fioletowe góry...)

Fioletowe góry

zapadają w mgły,

ciemnieją lazury —

jakby w głębię szły.

Złoty róg miesiąca

sieje poblask mdły —

lasów wiatr nie trąca,

jakby do snu szły.

Potok wciąż głośniejszy

rwie się jak zwierz zły —

smutek wciąż czarniejszy —

coraz gęstsze mgły.

Serenada

Indyjskie zwiewne kwiaty, kwitnące raz w sto lat —

o piękna, wyjdź z komnaty,

jak księżyc spoza krat.

Na harfie gram Ci słowa,

które się lśnią jak żar —

czemuż Cię otchłań chowa

i Ty nie wstajesz z mar?

Ach, głupcy nie szaleją —

powiedział biedny Wil21

w nim bogi płaczą, lwy się śmieją

z przelotnych szczęścia chwil.

A smutek go pożerał

do Imogeny22 lic

i kwiaty z drzew odzierał,

rzucając w nicość — nic.

Wyjdź do mnie, o królewno,

choć mam żebraczy strój —

a rzeką gwiazd ulewną

firmament olśnię Twój.

Lecz biedne drzewko zsycha,

umarły siejąc kwiat —

i piosnka we mnie ścicha

jak więzień spoza krat.

Ama

Moja tygrysica błękitnooka,

na hebanowem łożu wyciągnięta,

jedwab kaszmirski otula ją — śni.

Szemrzą strumyki wśród araukaryj. —

Kazałem do marmurowej sali

wpuścić lwa olbrzymiego z gór Atlasu.

Wsunął się niemy — z piorunami w ślepiach.

Obszedł mnie wkrąg, nie racząc spozierać.

Zwarłem drzwi na łańcuch

i z miradoru patrzę

wśród purpurowo-złoto-błękitnych arabesek.

Ama ocknęła się —

moręgowatym ogonem wyrażając radość —

leniwo — niby odaliska — szła ku lwu pustyni.

Lecz on drapieżną opętany chucią

runął, jak zgóry oberwana skała.

Zwarli się —

i czworgiem łap wyskoczył w powietrze —

— czarna jaskinia mignęła pod brzuchem.

Ama łyskawicą wysunęła się — kłąb

sinych wężów niosąc w paszczy — wnętrzności lwa.

Z pustą ziejącą otchłanią zataczał się

i zwolna obchodził lew jamę krwi konając.

Jak na wieczornych przechadzkach nad morzem,

łasiła się do mej ręki Ama — od lwa nietknięta —

tylko bardziej leniwa pokłada się u mych nóg —

i nie mogła wstać.

Cierpiąc patrzała na mnie tajemniczym blaskiem,

a w oczach jej morze gasło i ciemniało.

Zatoka tęcz

Droga Mleczna

Idę wśród gwiazd — i snów mych trybularzem

zimne stęgłe płanety rozżarzam w ognia kościoły.

Słowiki nucą radośnie,

by umrzeć w marzeń wiośnie —

ze swą kochanką wśród kwiatów

błądzić na przełęczy światów.

Płomień wybucha, szaleje — nad uczuć krwawym ołtarzem,

w tryumfującej pieśni konają z harfą anioły.

Ja Cię powiodę, mój młody

witeziu na lepsze — na krwawsze gody:

Twój okręt wśród mgieł i zawiei

w kraj zórz popłynie Medei —

a tam w głębinach jej oczy —

zapomnisz, że krew dziatek broczy.

Hej maski! lodowym wśród gwiazd kurytarzem

w królewskich szatach — do uczty wesołej!

Ścigajmy lśniące

komet hurysy —

a jako lampy mdlejące

oświetlą nam miesiące

grobów cyprysy.

Z morza wyłowim barweny —

tęczową śmierć Heliosa —

wam oddam bogów niebiosa —

mnie zamek martwej Gehenny.

Precz widma! zostawcie króla na jego pustyni —

sam jestem — w mroku się kłębią złe oczy Erynij —

ktoś zemną czuwa —

ha, z gór się osuwa

czarny lodozwał —

sumienie!

Meduza

Z grot czarnych, które rzeźbi sen i obłąkanie,

z podziemi, gdzie wśród ognia żyje płaz —

potok łez moich w zamęcie i pianie

zapada w głuche bezdźwięczne otchłanie,

gdzie Bóg się wyparł nas.

Zębate wieże i skaliste grody,

księżyce krwawe, zatopione w mgle —

miraże świateł, lodowe ogrody

i widm okropnych wyjące narody,

co szarpią mnie.

Ty żyjesz w raju, ja mrę na Golgocie —

na kresach duszy, gdzie Magog i Gog —

grudę Twej ziemi rozbijam w tęsknocie,

by Twoich świątyń iskrzyły się krocie —

i pełznę w mrok.

Ja matka bogów — niosę Ciebie w łonie —

choć nad mą głową syczy wężów gniew

i patrzę w zimne ołowiane tonie,

serce mgłą krwawą jeszcze Ci wyzionie

łabędzi śpiew.

Bo Cię tak wielbię, żeś mnie bardzo zmęczył,

i smagał grzechem i pędził mnie wzwyż —

a nad przepaścią Anioł się roztęczył —

i gwiazd obłędem serce me uwieńczył —

i wzniósł na krzyż.

Własne królestwa rozwaliłam w gruzy,

by cię nie straszyć bezmiarem mych mąk —

ale się spojrzeć strzeż w lico Meduzy,

gdzie z obłąkanych oczu płyną czarne śluzy

na gwoździe rąk.

W zimnym Tartarze — ja posąg antyczny,

z torsem bez kolan i oczyma z dziur —

uśmiech na twarzy mojej sardoniczny,

a w piersiach źródło miłości mistycznej,

jak tęcza z chmur.

Wyspa Gorgon

Wonny srebrzysty kwiat orchidei —

miłość zbłąkana w czarnej zawiei —

skrzydła rozpuścił nad nią krwawy sęp —

biedna królewna, gnijąca wśród kęp!...

Tęczami śniegu migoce ten kwiat,

ale się rdzawy w nim przesącza jad —

w słońca uściskach motyl drga leciuchno,

w mroku się jarzy zielonawe próchno.

— — — — — — — — —

— Wielu młodzianów legło u mych stóp —

mroźny, głęboki zapadał się grób —

księżyc się wznosi nad górą pustyni,

pałac samotny jak serce bogini.

Wśród nocnej ciszy miedziane Centaury

płyną w cieśninach i grają w litaury;

chrapliwym dźwiękiem swych poczwórnych płuc

świadczą, że kona ich z miłości wódz.

Syczącą głownię rzuciłam do nóg —

inny mię pojął — tam w podziemiach — bóg!

.......................................

Centaurze młody, sercem obłąkany,

na dno kraterów zwiedli Cię szatany.

Wiatr zimnej nocy dworzec mój zapalił,

bór się w gałęziach opalonych żalił,

i poszłam w ciemność — czerwoną od łun

— — oczy objawień pełne i run.

Słońce, gdy skrzydła swe opuszcza w mrok,

tygrys raniony, gdy się pręży w skok —

taką ma krwawość i taki ma wzrok.

A śpiew na falach łamał się wśród burz.

— Tam, gdzie już słońce nie odwiedza krain,

— lecz harfiarz ciemny — starzec Wajnemain

— przyciąga z głębin ciche światło mórz —

— płynę wygnaniec, zabójca ojczyzny,

— [czasem mi tylko pachnie zagon żyzny]

— okręt steruję na złowrogi prąd,

— aby ominąć Gorgon śpiewnych ląd.

— Orki, Meduzy, czarne Kaszaloty,

— i wód miraże i tęczowe groty

— [fale mi szumią jakby pokos traw

— i śnię — mój dworzec z jodeł pośród raf].

— Na trąbie wodnej Norny mi zagrały

— okręt wirując poleciał na skały...

Gościu! Gorgony ty się boisz łon?

słuchaj, jak bije Ci wieczorny dzwon.

Tam nad jeziorem błękitnych lotosów

gwiazdę Twych natchnień przypnę do mych włosów —

kogo ja dotknę — ten nie wstanie już

z sennego łoża moich czarnych róż.

W jedwab Cię miękkiej otulę niewoli,

serce mi oddasz, które jeszcze boli —

słuchaj — rzuciłam je w świetlaną toń —

teraz na skrzydła moje pochyl skroń.

Hymn Twój poniesiesz umarłym narodom,

ja nieśmiertelną jestem, w śmierci młodą —

nie drżyj — to ramion moich tuli chłód —

na Eleuzyjskich polach jest Twój lud.

Zaklnę Cię w kamień i poświęcę bogom,

skrzydeł anielskich będziesz tlił pożogą,

patrząc na morza, nie czekaj nikogo,

wsłuchany w gwiazdy — idź Samotną Drogą.

Jam jest Gorgona, — kochanku mych łon —

słyszysz — wieczorny znów Ci zagrał dzwon.

Przy grobie Medyceuszów — W. Dyzmańskiemu.

Kochankowie bogów

Tam — w noc gwiezdną wypłyniem! i będziem na falach

marzyć — nas dwoje; my Astarty

zbiegając świątyń — jak nurek na skałach rozdarty,

zaświecim perłą bólu w lesistych koralach.

Byłeś mi czarnym bóstwem, co krwi i ofiary

żąda, w roztęczy lśniąc się i opalach.

I Ty z Awernu przyzywałaś mary

i serca dumne ważyłaś na szalach.

Tam — w noc modrą — gdy fosforescencye

morza otoczą nas w pióra dyamentów —

ziół księżycowych wypijem esencye

i jako ptaki z tonących okrętów

do tajemniczych wysp zlecim w ogrody,

pod berło Wieszczki cichej — wiecznie młodej.

Izis

Purpurowe ciepłe słońce

zapadało w morza toń,

śląc w bezmiary złote gońce,

co pieściły moją skroń;

a ja leżę rozmarzona,

zasłuchana w szmery fal —

w głębiach płacze, w głębiach kona

miłość moja, duma, żal.

Oh, te czarne skał dyamenty

poszarpały stopy me —

płyną dni me, jak okręty,

w coraz gęstszą zimną mgłę.

Wtem zadrżałam: w boskiej krasie

stał przedemną bóg —

tęcza była mu przy pasie,

księżyc obok nóg.

Jego oczy dwa szafiry

w ciemni moich grot —

szał mistyczny płynął z liry —

orłów gwiezdnych lot.

I ujrzałam w kolumnadzie

marmurowy dwór — —

ale cień się czarny kładzie

odemnie — jak z chmur.

I poślubił moje łono

pośród Mlecznych Dróg —

tę pieśń mroków potępioną,

mocniejszą — niż bóg.

I on zgasnął — a ja płynę

z trupem u mych łon —

a pod łodzią mam głębinę,

gdzie gwiazd leci szron.

Wiem: przedrzekły mi Charyty,

iż przy dźwięku harf

Horus wzejdzie — syn kobiéty,

już pogromca larw.

O nocy cicha...

O nocy cicha, nocy błękitna

u stóp Twych leżę, całując Cię —

warkoczy Twoich gąszcz aksamitna

po wzgórzach gwiezdnych w niebo się pnie.

Srebrzą się stawy, szumią potoki

i tylko serce w płomieniu burz —

idę w puszcz leśnych ciemne wyroki —

nocy błękitna — żegnam Cię już.

(Moja tęsknota...)

Moja tęsknota

do niewidzialnej kochanki,

jak lilia złota

marznąca w zimne ranki.

Lecz żaden duch z zaświatów

skrzydłami nie oprzędnie —

oh, tyle więdnie

kwiatów...

Wodne lilie

Znam wszystko w życiu, co poznać jest warto:

puszcze i stepy, wulkany i morza —

znam drogi proste i kręte bezdroża,

a na Tarpei mą duszę rozdarto —

znam krwawe zemsty i proch przed kościołem

i bramę piekieł, na którą się wspiąłem.

Wierzyłem Panu. O i dzisiaj wierzę —

lecz Bóg mój nie jest już Bogiem zbawienia —

błąkam się w cichym podworcu więzienia,

patrząc, jak walczą dwaj czarni szermierze

o czyjeś serce; patrząc w mgławicowe

światy — i starca wiecznego — Jehowę.

W pałacu lilii krąży bóg miłości —

złoto-zielony świetlak; nad jeziorem

latają jętki — w wonnem lazurowem

przestworzu, bo jabłoń dziś przyjmuje gości.

Lecz w kielich krople spadają goryczy —

węża zdeptałem — on zwinął się — syczy.

Pani K. Zielińskiej — chodząc nad stawem w Ż....

Anamnezis

Kwiaty pną się tęczowe wśród kościołów milczących —

rosa w czarach się zbiera — kryształowych i lśniących.

Na szafirów ocean księżyc złoty wypłynął,

jęk się ozwał derkacza i za lasem gdzieś ginął.

Grają chóry aniołów — nie, to w sennych szuwarach —

korowody mar płyną — niosą ciało na marach.

I wstecz za się spojrzałem — na czarne kurhany,

lico widzę przecudne Pani mi nieznanéj.

«Czy pamiętasz? jak przy kolumnie Memnona

ty mię wziąłeś kapłankę w królewskie ramiona?»

— Ja Cię nie znam. —

«Z dolin Hiamawatu

uniosłeś mię — zapach błękitnego kwiatu».

— Nie pomnę. —

«A w czarnej Tartaryi

tyś mię nawrócił rycerz — do imienia Maryi».

— Nie wiem. —

«I jeszcze — ujrzałeś na balu

moje oczy — szafiry — stopione w opalu».

— I łódź moja płynęła w te zamarzłe morza —

dziś dbam więcej o rosę karmicielkę zboża,

niźli sny szczęścia. — — — — — — — —

— — — — — W chmurach żarzą się łyśnice,

jak pożar spalający wysp mych czarownicę.

— Przebacz! szepce mi jabłoń kwietna przetowłosa —

— przebacz nam! szepcą niwy, gwiazdy i niebiosa.

Karolowi Drac — Καλῷ Κἀγαϑῷ.

Minotaur

Śniłem sen dziwny: żeśmy klęczeli oboje

w kościelnym zmroczu lip —

a z rozsrebrzonych ołtarzy

sypał się kwiat — anielskich pełen twarzy —

a na powietrzu brzęczą złote roje.

I klęczeliśmy przed sobą oboje

i usta nasze spoiły się łzami

i nie było już świata przed nami —

i tylko jedna świętość: serce Twoje.

Ponad borami

krwawiło się zorze

i słychać szum!

tak chrzęszczą zbroje,

lub do księżyca wzbierające morze,

a my słuchając, klęczymy oboje.

Potem — uniósłszy mą dłoń —

z licem płomiennem Ariadny

wwiodłaś mię w grobów zamkniętych podwoje,

a w głębi huczał Ten co mrokiem władny

i pod kopyta zabrał serc oboje.

I po wykutej z bronzu wężownicy

przez gąszcza maków i modre powoje —

ciała nam złocił blask różanolicy

— to księżyc,

wschodząc — żegnał nas oboje.

I już na wieki — w kolumnowej sali —

pojrzałem w morskie lśniące oczy Twoje.

Jakby mię w grobie ziemią osypali,

uczułem wiew, co gasił serc oboje.

Ale się jeszcze roztliło zarzewiem,

osamotnione w głębiach serce moje.

...Jeziora białym okryte modrzewiem

i gór dymiących napowietrzne zwoje.

Wir mię unosił do skalistej groty,

gdzie króle w złotych maskach i heroje;

przez loch w sklepieniu widzę gwiazd obroty

— błyska mi oczu fosforycznych dwoje.

A były drżące, jak noc przed obłędem,

wicher w nich szalał, gniew i niepokoje.

Wbiłem miecz z rozpędem —

miedziana jękła pierś —

on błogosławił krwią swą

nas oboje:

— Ja

— duchy z głębin mroku

— wywiodłem, biorąc ból i wieczne znoje.

— Z gwiazd niedosiężnych

— umieram wyroku,

— aby rozpalić

— męką serc oboje.

— — — — — — — — — —

Nad pustym błądzę brzegiem Acheronu,

gdzie z pęknięć

płyną law czerwonych zdroje.

I gwiazdom śpiewam hymn

podobny dzwonu.

A w dzwon ten bije śmierć.

Znów nas oboje —

ja —

i Śmierć.

Widzącemu umierających i zmartwychwstałych Dr. Krajewskiemu

Szpital Dzieciątka Jezus r. 1891.

(Powiało na mnie morze snów...)

Powiało na mnie morze snów —

ruiny tajemnicze —

w sosnowych borach Anioł-nów

zapala krwawe znicze.

I już na głębie porwał mnie

błękitnym wichrem lśnień —

o Matko Boża — weź me dnie —

za jeden wieszczy dzień.

A. Tyszce — amar despues de la muerte.

Witeź Włast

Wśród nocy głuchej zagrał dzwon,

nikt nie wie skąd przychodzi on —

kościół zamknięty, proboszcz w śnie —

a cóż tam w mroku leci — mknie?

pogrzeb? lecz co te mary konne

znaczą — i jęki — i śpiewy studzwonne?

Zawrzyjmy drzwi i okna chat —

będzie to dżuma albo grad,

ale upiory gonią w las —

sznur niewidzialny wlecze nas —

i my za nimi — połą kryjąc

twarz — idziemy nawpół żyjąc.

Przez wądół leśny, grzęzaw ług,

gdzie się nie wrzynał nigdy pług,

przez bór, gdzie szumi skrzydłem strach,

jak dusze błędne idziem w snach.

Stare zamczysko, drzewiej gród,

ponoć olbrzymów był tu lud —

czepia się mszały z głazem głaz —

płomień wybuchnął i zgasł.

O czem że gęślarz gra?

w ciemnościach zejdzie Bóg —

i w kim nie żywie skra —

ten się obali z nóg.

O, widzim otchłań już —

stoi w łachmanach król —

i krwią napełnia kruż —

może to lek? a może ból?

Na tronie Dziewa śni,

chochliki w wieńcach róż —

jak w one idziem dni

do Chrystusowych zórz.

Obudźcie, Panie, ją —

obudźcie z onych mar,

w których się dusze rwą,

gdy je skamieni czar.

I podchodzim mrący do zmarłej,

i całujem gnijącą tę dłoń —

sine wargi się bólem rozwarły,

a robaki żłobią jej skroń.

Odór — stęchlizna —

na sercu blizna —

żali morderce? że w pokutnych

giezłach — do cieniów pielgrzymujem smutnych?

Czemu na czole mym krew?

a czemu w oczach Twych srom?

a czemu łamie się śpiew —

to w hymn, to w jęk — to w grom?


Hej, hej! ze smoczych gniazd

wypełza czarny gad —

w koronie siedem gwiazd,

kwitnący wokół sad.

Dębowe grube pnie

żelazną łuską gnie,

płomieniem krwawym lśni —

krótkie są człeka dni —

serce zamiera nam —

u śmierci stoim bram;

w sercu się mroczy grób,

węża jesteśmy łup.

Nijak zmarznięte krzewiny

ścięte szronem —

prężą się lwie drużyny

przed zaskronem.

On jeden zwolna paszczę

zwraca wkrąg —

i toczy nas, jak praszczę,

w mgliwie łąk.

I grają nam, jak skrzypki,

zielska pól —

wije się przy nas hybki

czarny ból.

Aż tam gdzie w bagnach okno —

bez dna toń —

i gdzie rosiczki mokną,

łamiąc dłoń —

topią się i nurzają

duchów ćmy —

skrzypeczki śpiewne grają:

tęskne — śmy!

A duch w koronie gędzi

niemą pieśń —

i szlocha na krawędzi,

patrząc w pleśń.

I zepchnął go tam dłonią

Witeź Włast,

odziany złotą bronią

z klętych gwiazd.

I przeciw smoku dumnie

zagrał w dzwon —

a młoda pani w trumnie

krwawi szron.

A cały srebrem tkany

śpiżów król —

jak słońce — gdy tumany

kurzy z ról —

tak on roztęczył smoka

aż do chmur —

a noc szafirooka

schodzi z gór.

I tam na nieba morzu

skrzy się gad,

a my — jak na przestworzu

bujny kwiat.

A pieśń ogniami błyska —

wichrem wiar —

jakby przez uroczyska

wionął żar.


Orły! niechaj wam ukażą szlaki w błękitach —

w lesie tur, w stepie sumaki —

a potoki na granitach,

a w morzu wiry Malsztromu —

a w chmurach — śpiew gromu.

Na poboju legło sto tysięcy

młodzianów —

każdy jęk — każda rana więcej

mówi, niż mądrość brahmanów,

bo umierał wszechświat w każdem łonie,

a bóg — słońce szydziło na tronie.

Oto wyschły w posusze las dębów —

zapalę —

i tryśnie z ożywionych zrębów

ognia zachwyt, a nie żale —

kto się dotknie mego mroku —

wzleci jak Perkun w obłoku.

Ja nie będę wam grał pieśni smutnej,

o Cienie!

lecz dam tryumf dumny i okrutny,

co zawali błękitów sklepienie

i zdruzgoce —

waszych bogów tęskniących bezmoce.

I powiodę was w kraj zórz polarnych

z dźwiękiem rogów —

i zakrwawię u kamieni ofiarnych —

i przekuję was ludzi — w półbogów —

dziką pieśnią serca wam zachwycę —

a do ręki dam grom — i orlicę.

Ognie! niechaj was wśród mroków rozżarzą,

Ocean! niech was wichrami napoi —

jak archanioł z łańcuchem w gwiazd zbroi

zejdźmy się z Bogiem twarz z twarzą.


I cały ogromny lud —

jak w burzy lecący śnieg —

rwał się na szczyty gór —

w siedmio — płomieniu gwiazd.

Pamięci rycerskiej Sewera.

Bojan

Patrz, mój synu — kry płyną wśród bezbrzeżnej rzeki —

nad nią drzewa z gałęzi obcięte — kaleki.

Patrz, mój synu — nie wody szumią, lecz pacierze —

nie kry płyną — lecz z sztandarów obdarci rycerze.

Nie kamienie — ale maski tam grabarzy —

nie jodłowych lasów drżenie —

lecz śpiew budzonych pod ziemią cmentarzy.

Nie sierpy dzwonią — ale noże —

nie mgły czernią — ale się wali na nas czarne morze.

Nie myśl, że Bóg nas rzucił wśród powodzi,

jako szczenięta. Przy Tobie dwa duchy dziewicze —

jedna Cię umarłego położy na znicze,

a druga Cię, jak matka na nowo odrodzi.

Jest Bóg maluczkich i tryumfatorów —

Bóg tajemnic nad niebem Twej duszy

i Bóg trzeci — okropny — Bóg pozorów —

i On hufcem najedzie i pod kopytami skruszy.

Ja stary umrę — a umarli rządzą

w ogrojcach życia, jako pasieczniki —

ptaki nie mają dróg — lecz nie błądzą —

dusza ma własne gwiazdy i tajniki —

a teraz idź, witeziu.

Białe róże krwi

Motto

„ogniem białym, płonącym, nieugaszalnym zatracić się w ciemnościach i więcej się nie odnaleźć, według pojmowania człowieczego”.

Ruysbrock.

Białe róże krwi...

Białe róże krwi rosną przy mej celi —

a dokoła bór w swych upiornych snach.

Kiedy zimna noc — jako czarny ptak —

na wierzchołkach gór zostrzy krwawy dziób —

dwie siostrzyczki me — ach, dwie obłąkane

z lśniącemi oczyma, jak zaklęte skarby —

— — — — — — — — — — — —

i słucham piosenek — i drżą srebrne rosy —

odmykam okno gotyckiej wieżycy.

I łkają słowiki i z szumem drżą fale —

do groty umarłych wszedł księżyc.

Węże z nad jezior prężą się uśpione,

a drzewa olbrzymy pośród chmur i nieba.

Gwiazdy jak róże kwitną wśród gałązek,

taniec szkieletów —

— — — — — — — — — — — —

Na katafalku z czarnych kamieni

leży blady królewicz

i litośnie patrzy na swą zabójczynię.

Ona, jak posąg, bezmowna —

w ekstazie bólu uśmiecha się

przez zasłonkę grobu.

Patrzy litośnie królewicz —

dwa jeziora oczu ścinają mu się w lód.

— — — — — — — — — — — —

Dwie siostrzyczki moje palą kwiat paproci.

Ziemia rozpęka w urwisko.

Nad jeziorem śmierci

siedzi nagi człowiek i w zielonkawą patrzy toń,

jako w źrenice święte Ureusa.

A strojne karły i wesołki

tańcząc na nitkach pajęczych

zawodzą spiżowy chorał o narodzinach gwiazd.

Mój brat: przed obliczem siedmiu posągów

skrzyżowaliśmy nasze miecze i czaszę krwi

piliśmy na braterstwo.

Całą wieczność szukałem —

odnalazłem weseląc się w płaczu moim.

Zaklinam go w dawne imiona anielskie —

przypomina — budzi się, jak ze snu —

uśmiecha się, jak Jehowa, z poza mgławicy,

a strumień piany toczy się po zoranych ustach.

Prosi bym do uścisku podał dłoń —

chwycił mocno rękę moją —

zataczając się w okropnej radości,

wykręcił i z całej mocy

złamał na żelazach.

Zmiażdżoną ręką uderzył mię w twarz

i wyzwał na straszny — zagrobny bój —

w nurtach głębokiej wody.

Łzy płyną mu anielskie, rzewne

po zbrużdżonem obliczu piorunami,

jak ziemia —

— — — — — — — — — — — —

Dwie siostrzyczki me rzucają do ognia

pszeniczną śnieć.

Siedzę na ganku wśród odwiecznych lip,

szafranowe krokusy pachną mi świętem Wielkiejnocy,

lilowe malwy i czarne bratki

szepcą opowiastki o tych, co minęli.

A słońce rozsypało krwawe róże

na obłokach — i gdy zagasły — stało się,

jakby ktoś ogród zamienił w żuzle i popiół.

Pies wierny skomli przez sen

u moich nóg.

Prowadzi do mnie małe dziecię

żona — za rączkę.

I cisza taka święta

wśród omglonych łąk i lasów.

Świerszcze sykają pod progami,

żaby rechocą —

jakby szklane, grające wirowały sfery.

I poszedłem, ach — na drogę pod krzyż

i nie wrócę już — nigdy nie wrócę.

— — — — — — — — — — — —

O siostrzyczki moje, podłóżcie smolny żar

i niech rozszumi

oceanowym śpiewem ognia ta puszcza.

W płonących wirach dymu

zapadną się moje czarne księstwa —

w roztopach żywicy

skamienią się moje napowietrzne jeziora —

upiorne skrzydła moje

zanurzę w prastarych wulkanach —

i tylko serce me złóżcie z modlitwą do ziemi.

Nad popiołami

zaszumią zboża —

będą ludzie pożywać — i błogosławić.

Moim Siostrom i Matce.

Stygmaty św. Franciszka

O wzgardź mną Panie, bom niegodny Ciebie — lecz w piersi mojej słyszę harfy granie i ręce moje wyciągam w zaranie — ku Tobie.

Uderza na mnie blask Mocy i Tronów — gwiazdy mi grają wśród wieczornych dzwonów — na niebie krwawe błyskają purpury — Twoich tajemnic otchłanie i góry.

A duchy z twarzą posępnie ukrytą — oczy im świecą przez wór San-Benito. I patrzę w zimne ich oczodoły — gdzie bezwstyd w dzikie zamarł szaleństwo — w krypcie kościoła tajne męczeństwo — za filarami błyszczą anioły.

I podszedł do mnie Upiór-strach nocny — ręce mi związał, bym legł bezmocny. A harfę podał w gasnące dłonie — serce, co wiecznym pożarem zionie.

I umęczyłem jeszcze raz drugi to smętne i krwi mej polały się strugi. Odejm mnie, Panie, moim szponom — odejm mnie, Panie, błotu mojemu — czemu nie przychodzicie mi łzy? i darmo trzymam twarz odwróconą — widzę Twe oczy zachodzące — widzę jak czarne zimne słońce zakrywa Ciebie mi.

Stoję na ostrym cyplu góry — podemną w głębi czarnopiórej — nademną — wkoło — Ty.

Idę ku Tobie, Tajemnico — wsłuchany w poszept kwiatów — otwarte szczęścia mego rany — oh, serc mam więcej niżli światów — niż gwiazd —

A płomień ku mnie z Twego słońca — a burze ciepłe przelatują jestestwo moje — zodyakalne światło nad horyzontem, jako lodowe framugi.

Niechcąc zakrwawiłem kwiatki i poruszyłem umarłego w trumnie — gałązki ciernia oplotły mi głowę — z rąk płyną świetlane smugi.

Ptaszki lecą pytać się, com widział w niebiosach: duszyczki wasze bardzo tęskniące. Umarli pytają mnie o swych losach — i tylko kwiatki cicho na skoszonej łące oddają aromat, jak siostra Łazarza, Panu.

Czcigodny K. Baykowski przyjąć raczy.

Sen

Tyś umarł? nie wiem, lecz się zbudziłem ze łzami

i jeszcze grają chóry tych anielskich lutni

i moje serce, jakby fala, łka mi

i słyszę — cicho szepcą Twoi ucznie smutni.

Czytałem księgę w prześwietlonych zbożach —

kronikę Twoich męczarń i Twych bólów świętych —

wtem, jakby świat mi roztęczył się w oczach

i jakby kwiaty szumią w stepach w niebowziętych:

tak-żeś się cieszył, gasnąc — tak radował w Panu,

konając — i czułem ból Twojego ciała

i dusza moja — ach, gorzko płakała,

żeś jej tam nie wziął — jak kłos zżęty z łanu

i rzucony na drogę pod żelazne koła

w pył...

Mikołajowi N. w Kriestowozdwiżeńsku.

Przypisy:

1. Lucifer — utwór Micińskiego Lucifer bywa traktowany jako kwadryptyk, którego część pierwszą stanowi utwór o tym właśnie tytule, drugą fragment poetycki o incipicie Mój duch łańcuchem skuty do ziemi (...), część trzecią wiersz Melancolia, a czwartą fragment zaczynający się od słów Oto mej duszy świątynia — z czarnych jak miłość marmurów (...). Dwie pierwsze części kwadryptyku znajdują się już w bibliotece, również pod tytułem Lucifer. [przypis edytorski]

2. Kain — utwór ten składa się z kilku części, z których ostatnia, Ananke, została już opublikowana w bibliotece pod tym tytułem. [przypis edytorski]

3. Korsarz — utwór ten składa się z kilku części, z których dwie zostały już opublikowana w bibliotece — fragmenty rozpoczynające się od słów Tak jestem smętny (...) oraz Rycz burzo!. [przypis edytorski]

4. izali a. azali (daw.) — czyż, czyżby. [przypis edytorski]

5. efemerydy — jednodniówki, jętki. [przypis redakcyjny]

6. nereidy (mit. gr.) — nimfy wodne. [przypis edytorski]

7. mulłanki — tu: fletnia z trzciny. [przypis redakcyjny]

8. Pan (mit. gr.) — bożek leśny, czczony szczególnie przez pasterzy. [przypis redakcyjny]

9. pustułka — ptak z rodziny sokołowatych. [przypis redakcyjny]

10. Gryf i Łabeda — postacie ze zmyślonej mitologii kaszubskiej; on ma kształt gryfa, ona łabędzia. [przypis redakcyjny]

11. Nomy (mit. germ.) — trzy dziewice, piastunki Losu. [przypis redakcyjny]

12. Abderrahman — Abderrahman I, założyciel (755 r.) niezależnego kalifatu w Kordobie, twórca sławnego pałacu Alkazar w Sewilli i meczetu w Kordobie. [przypis redakcyjny]

13. zwiotszały (daw.) — zestarzały, zniszczony. [przypis edytorski]

14. chaszcza — dziś: gąszcz. [przypis edytorski]

15. skiba — dziś: część ziemi odrzucona na bok przez pług. [przypis edytorski]

16. dyl — drewniana belka. [przypis edytorski]

17. hostia (łac.: ofiara) — okrągły opłatek z mąki pszennej; niekwaszony (przaśny) chleb używany podczas mszy świętej w kościele katolickim; hostia według dogmatów katolickich w czasie obrzędu mszy staje się prawdziwym ciałem Chrystusa. [przypis edytorski]

18. jąć (daw.) — zacząć. [przypis edytorski]

19. oberwisko — osuwisko, klif. [przypis edytorski]

20. kładnę (daw. forma 3.os.lp) — dziś: kładę. [przypis edytorski]

21. Wil — William Szekspir. [przypis edytorski]

22. Imogena — postać z Cymbelina Szekspira [przypis edytorski]