(Wśród traw...)

Wśród traw

omdlały leżę

bezwładnie —

jak senny staw.

Czarne więcierze

czyhają na dnie

i każda żywa

myśl tam przepadnie,

wola spoczywa

w zaroślach na dnie.

Czy sen?

dzikie widziadła —

gromada hjen

umarłą duszę

kręgiem obsiadła.

Krew płynie z żył —

lecz słodko znoszę katusze —

i śnię — żem kiedyś dawno — żył.

W obojętności

bujnych pokoszonych traw —

idę do Boga —

wśród kolumn czarnych wieczności.

A złota rosa na twarz moją pada.

I wstrząsa dreszcz.

Czarne chmurzyska,

jako bawołów pędzących stada —

tysiące krwawych oczu błyska.

I kataraktą runął deszcz.

To sen mnie łudzi —

to nad grobem wyje

oślepła skarga —

ja głaz myślący — nie żyję.

— — — — — — — — — —

— — — — — — — — — —

Wichrem sieczony —

nad grzywą rumaka —

porywam mocnemi ramiony

piorun —

i skrzydła swe rozwijam ptaka.

Nad morze!

nad lśniące

gwiazdami usiane morze —

za purpurowe góry

w czarne głębokie niebiosa.