Człowiek o czterdziestu talarach

(1768)

Starzec pewien, który zawsze biada na teraźniejszość, a wychwala przeszłość, powiadał mi:

— Mój przyjacielu, Francja nie jest tak bogata, jak była za Henryka IV1.

— Czemuż to?

— Bo ziemia gorzej jest uprawna; brak jest ludzi; robocizna zdrożała, wielu tedy rolników zostawia ziemię odłogiem.

— A skąd pochodzi ten brak robotników?

— Stąd, iż ktokolwiek ma głowę na karku, chwycił się rzemiosła tkacza, szlifierza, zegarmistrza, adwokata lub księdza; stąd, że odwołanie edyktu nantejskiego2 wyludniło kraj; że wzrosła liczba zakonnic i żebraków; że wreszcie każdy, o ile tylko może, umyka się uciążliwej pracy na roli, do której Bóg nas stworzył, a której myśmy w swoim wielkim rozumie dali piętno hańby!

Druga przyczyna naszego ubóstwa leży w naszych nowych potrzebach. Musimy płacić sąsiadom cztery miliony za jeden produkt, a pięć do sześciu za drugi, aby pchać do nosa cuchnący proszek3 pochodzący z Ameryki. Kawa, herbata, koszenila4, indygo5 kosztują nas przeszło sześćdziesiąt milionów rocznie. Wszystko to było nieznane za Henryka IV, z wyjątkiem korzeni, a i tych zużywało się o wiele mniej. Spalamy sto razy więcej świec, a sprowadzamy więcej niż połowę miodu z zagranicy, ponieważ zaniedbujemy pasieki. W uszach, na szyi, na rękach mieszkanek Paryża i innych wielkich miast lśni się sto razy więcej diamentów, niż ich miały wszystkie damy dworu Henryka IV, licząc w to królową. Prawie wszystkie te błyskotki trzeba było zapłacić w gotowiźnie.

Zważ, że nasze wojny domowe ściągnęły do Francji skarby Meksyku, kiedy Don Felipe el Discreto6 chciał kupić Francję, a że od tego czasu wojny zagraniczne wyssały z nas połowę gotowizny.

Oto po części przyczyny naszego ubóstwa. Kryjemy je pod złoconym szychem7 dzięki zręczności modniarek; jesteśmy biedni ze smakiem. Są finansiści, przedsiębiorcy, kupcy bardzo bogaci; ich dzieci, ich zięciowie są bardzo bogaci: naród na ogół nie.

Wywody tego starca, słuszne czy nie, zrobiły na mnie wielkie wrażenie; nasz proboszcz bowiem, zawsze bardzo łaskaw dla mnie, nauczył mnie nieco geometrii i historii, wskutek czego zacząłem się zastanawiać: rzecz bardzo rzadka w naszej okolicy. Nie wiem, czy miał we wszystkim słuszność, ale będąc sam bardzo biedny, uwierzyłem chętnie, że mam wielu towarzyszów niedoli8.

I. Niedola człowieka o czterdziestu talarach

Rad jestem udzielić światu wiadomości, że mam kawałek ziemi, który przynosiłby mi na czysto czterdzieści talarów9 rocznie, gdyby nie podatek, którym jest obłożony.

Ukazały się liczne edykty paru ludzi, którzy mając wolny czas, rządzą Francją, siedząc przy kominku10. Punktem wyjścia tych edyktów było to, iż władza prawodawcza i wykonawcza jest z prawa bożego urodzoną współwłaścicielką mojej ziemi i jej winien jestem co najmniej połowę tego, co zjadam. Ogrom żołądka władzy prawodawczej i wykonawczej sprawił, że się przeżegnałem ze zgrozy. Co by było, gdyby ta władza, która przewodniczy „zasadniczemu porządkowi społeczeństw”, miała całą moją ziemię! Jedno jest jeszcze bardziej boskie niż drugie.

Pan generalny kontroler11 wie, że płaciłem wszystkiego jedynie dwanaście franków12; że to było dla mnie brzemię bardzo uciążliwe i że byłbym się ugiął pod nim, gdyby Bóg mi nie dał talentu do robienia koszyków, które pomagały mi znosić mą nędzę. W jaki sposób zdołam nagle dać królowi dwadzieścia talarów?

Nowi ministrowie powiadali jeszcze, we wstępie do edyktu, że należy okładać podatkiem tylko ziemię, ponieważ wszystko pochodzi z ziemi, nawet deszcz, i że tym samym jedynie płody ziemi winne są podatek.

W czasie ostatniej wojny nasłali na mnie komornika; zażądał jako mego udziału trzech miar zboża i worka bobu, łącznej wartości dwudziestu talarów, dla potrzymania wojny, która się toczyła, a której pobudek nigdy się nie dowiedziałem, słyszałem bowiem, że w tej wojnie ojczyzna moja nie ma nic do zyskania, a wiele do stracenia. Ponieważ nie miałem wówczas ani zboża, ani bobu, ani pieniędzy, władza prawodawcza i wykonawcza kazała mnie zawlec do więzienia i prowadziła wojnę, jak umiała.

Wyszedłszy z więzienia — ot, skóra i kości — spotkałem pulchnego i rumianego jegomościa w poszóstnej karecie; miał sześciu lokai i płacił każdemu z nich, jako zasługi, podwójną cyfrę13 mego dochodu. Marszałek dworu, równie kwitnący jak on, miał dwa tysiące franków płacy, a kradł go rocznie na dwadzieścia tysięcy. Kochanka kosztowała go czterdzieści tysięcy talarów w pół roku. Znałem go niegdyś, kiedy był biedniejszy ode mnie; aby mnie pocieszyć, przyznał mi się, że posiada czterysta tysięcy funtów renty14.

— Płacisz tedy dwieście tysięcy państwu — rzekłem — dla podtrzymania korzystnej wojny, którą toczymy, skoro ja, który mam ledwie sto dwadzieścia funtów, muszę z nich odddać połowę?

— Ja — rzekł — miałbym przyczyniać się do potrzeb państwa? Żartujesz, mój drogi. Odziedziczyłem majątek po wuju, który zarobił osiem milionów w Kadyksie15 i w Suracie16; nie mam ani cala kwadratowego ziemi; cały mój majątek jest w kontraktach, w obligach17. Nie jestem nic winien państwu; ty, który jesteś właścicielem ziemskim, słusznie masz oddawać połowę swoich środków istnienia. Czy nie widzisz, że gdyby minister zażądał ode mnie jakiejś pomocy dla ojczyzny, byłby głupcem nie umiejącym rachować? Wszystko bowiem pochodzi z ziemi; pieniądze i banknoty to są jedynie środki wymiany: zamiast kłaść w faraonie18 na kartę sto miar zboża, sto wołów, tysiąc baranów i dwieście worków owsa, rzucam rulon złota, przedstawiający wartość tych wstrętnych produktów. Gdyby, obłożywszy jedynym podatkiem te płody, zażądano jeszcze ode mnie pieniędzy, czy nie widzisz, że to by były dwa grzyby w barszczu? Że to znaczyłoby żądać dwa razy tej samej rzeczy? Mój wuj sprzedał w Kadyksie za dwa miliony twego zboża i za dwa miliony materii sporządzonych z twojej wełny; zarobił więcej niż sto za sto na obu rzeczach. Pojmujesz dobrze, że ten zysk wyciągnął z ziemi już opodatkowanej: to, co wuj kupił od ciebie za pół franka, to samo odprzedawał przeszło za pięćdziesiąt franków w Meksyku i po pokryciu wszystkich kosztów wrócił z ośmiu milionami.

Czujesz dobrze, że byłoby okropną niesprawiedliwością żądać od niego paru oboli19 od owych dziesięciu su20, które ci dał. Gdyby dwudziestu siostrzeńców takich jak ja, których wujowie zarobili za dobrych czasów po osiem milionów w Meksyku, Buenos Aires, w Limie, w Suracie lub w Pondichery21, pożyczyło państwu każdy jedynie po dwieście tysięcy franków w naglącej potrzebie ojczyzny, to by dało cztery miliony. Cóż za okropność!... Płać, mój przyjacielu, ty, który cieszysz się w spokoju jasnym i czystym dochodem czterdziestu talarów; służ dobrze ojczyźnie, i zajdź od czasu do czasu zjeść obiad z moją służbą.

To rozsądne przemówienie dało mi wiele do myślenia i nie pocieszyło mnie zgoła.

II. Rozmowa z geometrą

Zdarza się niekiedy, że człowiek nic nie może odpowiedzieć, a nie jest przekonany; czuje się zmiażdżony, ale nie zachwiany; czuje w głębi duszy jakąś wątpliwość, jakąś odrazę, która broni uwierzyć w to, co wam udowodniono. Geometra wykaże ci, że pomiędzy kołem a styczną możesz przeprowadzić nieskończoną ilość linii krzywych, ale nie możesz poprowadzić linii prostej. Oczy twoje, rozum mówią ci rzecz przeciwną. Milczysz i odchodzisz zdumiony bez jasnego sądu, nic nie rozumiejąc i nic nie odpowiedziawszy.

Radzisz się na wskroś wiarygodnego geometry, który tłumaczy ci tajemnicę.

— Przyjmujemy — rzecze — to, co nie może istnieć w naturze: linie, które mają długość bez szerokości; niemożebnym jest, mówiąc fizycznie, aby rzeczywista linia przeniknęła drugą. Żadna krzywa ani żadna rzeczywista prosta linia nie mogą przejść między dwiema rzeczywistymi liniami, które się stykają: to są jedynie igraszki myśli, idealne urojenia; prawdziwa zaś geometria jest to sztuka mierzenia rzeczy istniejących.

Bardzo mnie ucieszyło zdanie roztropnego matematyka i uśmiałem się w swoim nieszczęściu, dowiadując się, że istnieje szarlataneria nawet w nauce, którą nazywa się „wysoką nauką”.

Geometra ów był to obywatel i filozof; zachodził niekiedy na pogawędkę do mej chatki. Zagadnąłem go raz:

— Starałeś się pan oświecić paryskich wartogłowów22 w przedmiocie najważniejszej sprawy ludzkiej: trwania ludzkiego życia. Dzięki panu jednemu ministerium23 wie, ile ma komu wypłacać dożywotniej renty, zależnie od wieku. Ofiarowałeś się pan dostarczyć damom w mieście wody, której im brak, i zbawić nas wreszcie od tej hańby i śmieszności, iż wciąż słyszymy krzyki: „Woda!” i widzimy kobiety zgięte pod podłużnym kabłąkiem, niosące dwa wiadra wody wagi trzydziestu funtów24 na czwarte piętro, do wychodka. Bądź pan tak łaskaw powiedzieć mi, ile jest zwierząt dwurękich i dwunogich we Francji.

Geometra: Twierdzę, że jest około dwudziestu milionów, i gotów jestem uznać rachunek ten za bardzo prawdopodobny, czekając, aż go sprawdzę, co byłoby bardzo łatwe i czego jeszcze nie uczyniono, ponieważ niepodobna myśleć o wszystkim.

Człowiek o czterdziestu talarach: Ile pan sądzi, że powierzchnia Francji liczy morgów25?

Geometra: Sto trzydzieści milionów, z czego prawie połowa przypada na drogi, miasta, wsie, stepy, chaszcze, bagna, piaski, jałowizny, bezpożyteczne klasztory, ogrody i parki bardziej przyjemne niż użyteczne, ugory, liche grunty źle uprawne. Ziemie wydajne można by sprowadzić do siedemdziesięciu pięciu milionów morgów, ale liczmy osiemdziesiąt: czego człowiek nie robi dla ojczyzny!

Człowiek o czterdziestu talarach: Ile sądzi pan, że przynosi mórg, jedno w drugie, biorąc przeciętny rok, w zbożu, wszelakim ziarnie, winie, stawach, drzewie, kruszcach, bydle, owocach, wełnie, jedwabiu, mleku, oliwie, po odliczeniu wszelkich kosztów, nie licząc podatku?

Geometra: Hm, jeżeli dają każdy po dwadzieścia pięć funtów26, to dużo; ale powiedzmy trzydzieści, aby nie zniechęcać rodaków. Są morgi, które dają wielokrotne płody dochodzące wartości trzystu funtów; są takie, które dają trzy funty. Średnia proporcjonalna między trzysta a trzy jest trzydzieści, wiemy bowiem, że trzy do trzydziestu ma się tak jak trzydzieści do trzystu. Prawda, iż, gdyby było dużo morgów po trzy funty, a bardzo mało po trzysta, nie wyszlibyśmy przy tym rachunku na swoje; ale, jeszcze raz mówię, nie chcę być drobiazgowy.

Człowiek o czterdziesta talarach: Zatem, proszę pana, ile dochodu w gotówce da te osiemdziesiąt milionów morgów?

Geometra: Rachunek bardzo prosty: dadzą rocznie dwa miliardy czterysta milionów funtów w brzęczącej monecie, wedle kursu dnia.

Człowiek o czterdziestu talarach: Czytałem, że Salomon27 posiadał, sam jeden, dwadzieścia pięć miliardów gotówką; a z pewnością nie ma dwóch miliardów czterystu milionów gotówki we Francji, o której powiadają, że jest o wiele większa i bogatsza niż kraj Salomona.

Geometra: Oto właśnie tajemnica: jest może obecnie około dziewięciuset milionów gotówki krążącej we Francji; i te pieniądze, przechodząc z ręki do ręki, wystarczą, aby opłacić wszystkie produkty i wszystką pracę; ten sam talar może przejść tysiąc razy z kieszeni rolnika do kieszeni karczmarza i poborcy.

Człowiek o czterdziestu talarach: Rozumiem. Ale pan mówił, że jest nas dwadzieścia milionów ludzi, mężczyzn i kobiet, starców i dzieci; ile, proszę, wypada na każdego?

Geometra: Sto dwadzieścia funtów, czyli czterdzieści talarów.

Człowiek o czterdziestu talarach: Zgadł pan zupełnie ściśle mój dochód: mam cztery morgi, które, licząc przeciętną wydajność roczną, dają mi sto dwadzieścia funtów: to niewiele.

Jak to! Więc gdyby wszystko było podzielone po równości, jak w złotym wieku28, każdy miałby tylko pięć ludwików29 rocznie?

Geometra: Nie więcej, wedle naszego rachunku, który jest nieco pochlebiony. Taki jest los człowieka. Życie i mienie są bardzo ograniczone; żyje się w Paryżu przeciętnie dwadzieścia dwa do dwudziestu trzech lat; i, jedno w drugie, ma się co najwyżej sto dwadzieścia funtów rocznie do wydania; to znaczy, że pańskie pożywienie, odzież, mieszkanie, sprzęty przedstawiają kwotę stu dwudziestu talarów.

Człowiek o czterdziestu talarach: Ha! Co ja panu uczyniłem, abyś mi tak odbierał mienie i życie? Prawdaż to, że mam tylko dwadzieścia trzy lata życia, o ile nie odkradnę moim bliźnim ich cząstki?

Geometra: To jest niezbity pewnik, co się tyczy zacnego miasta Paryża: ale z tych dwudziestu trzech lat trzeba odjąć co najmniej dziesięć lat pańskiego dziecięctwa, dziecięctwo bowiem nie jest używaniem życia, jest przygotowaniem, jest przedsionkiem gmachu, jest drzewem, które nie dało jeszcze owoców, jest brzaskiem dnia. Odetnij z trzynastu lat, które zostały, czas snu i nudy, to znaczy co najmniej połowę, zostanie sześć i pół lat, wypełnionych zgryzotą, boleścią, paroma przyjemnymi chwilami i nadzieją.

Człowiek o czterdziestu talarach: Miłosierdzia! Pański rachunek nie liczy ani trzech lat znośnego istnienia.

Geometra: To nie moja wina. Natura bardzo mało troszczy się o jednostki. Są owady, które żyją tylko dzień, ale których gatunek trwa wiecznie. Natura jest jak ci wielcy monarchowie, którzy za nic mają stratę czterystu tysięcy ludzi, byle osiągnęli cel swoich dostojnych zamiarów.

Człowiek o czterdziestu talarach: Czterdzieści talarów i trzy lata życia! Jakiż środek wymyśliłbyś przeciw tym dwom przekleństwom?

Geometra: Co się tyczy życia, trzeba by w Paryżu oczyścić powietrze, trzeba by, aby ludzie mniej jedli, więcej zażywali ruchu, aby matki karmiły same, aby ludzkość nie była tak ciemna, by się lękać szczepienia ospy; to powiedziałem; co zaś do mienia, trzeba po prostu się żenić i mieć dzieci.

Człowiek o czterdziestu talarach: Jak to! Droga do dostatniego życia to zespolić swoją nędzę z nędzą czyjąś?

Geometra: Pięć albo sześć nędz razem stanowią spółkę bardzo znośną. Miej dzielną żonę, bodaj dwóch synów i dwie córki, to czyni siedemset dwadzieścia funtów na wasze małe gospodarstwo, przyjmując, że sprawiedliwość będzie dopełniona i że każda jednostka będzie miała sto dwadzieścia funtów rocznie.

Dzieci, póki są małe, nie kosztują cię prawie nic; skoro urosną, pomagają ci; ich współudział oszczędza ci prawie wszystkich wydatków; będziesz tedy żył bardzo szczęśliwie jak filozof, byleby owi panowie władający państwem nie byli na tyle okrutni, aby z każdego z was wyciskać po dwadzieścia talarów rocznie. Ale nieszczęście w tym, że nie żyjemy już w złotym wieku, kiedy to ludzie, wszyscy z urodzenia równi, mieli równą część w bujnych płodach nieuprawnej ziemi. Daleko jest dziś do tego, aby każda dwunoga i dwuręka istota posiadała kapitał dający sto dwadzieścia funtów dochodu.

Człowiek o czterdziestu talarach: Och! Rujnujesz nas pan. Powiadałeś przed chwilą, że w kraju, gdzie jest osiemdziesiąt milionów morgów dosyć dobrej ziemi i dwadzieścia milionów mieszkańców, każdy powinien mieć sto dwadzieścia funtów renty, a teraz nam je odbierasz.

Geometra: Liczyłem wedle rejestrów wieku złotego, a trzeba liczyć wedle rejestrów wieku żelaznego. Wielu mieszkańców posiada jedynie wartość dziesięciu talarów renty, wielu innych jedynie cztery lub pięć talarów, a przeszło sześć milionów ludzi nie posiada bezwarunkowo nic.

Człowiek o czterdziestu talarach: Ależ umarliby z głodu do trzech dni.

Geometra: Bynajmniej: inni, którzy mają ich cząstki, zatrudniają ich i dzielą się z nimi: oto co stanowi płacę księdza, cukiernika, aptekarza, kaznodziei, aktora, prokuratora i dorożkarza. Uważałeś się za godnego pożałowania, że masz do wydania jedynie sto dwadzieścia funtów na rok, uszczuplonych do stu ośmiu funtów podatkiem dwunastu franków; ale spójrz na żołnierzy, którzy oddają krew ojczyźnie; mają, licząc po cztery su dziennie, jedynie siedemdziesiąt trzy funty, a żyją wesoło, gnieżdżąc się wspólnie po kwaterach.

Człowiek o czterdziestu talarach: Zatem eks-jezuita otrzymuje przeszło pięciokrotną płacę żołnierza. A przecież żołnierze oddali więcej usług państwu, walcząc pod oczyma króla pod Fontenoy, pod Laufelt, przy oblężeniu Fryburga30, niż ich kiedykolwiek oddał wielebny ojciec La Valette31.

Geometra: Święta prawda; a nawet każdy jezuita, zyskawszy wolność, ma więcej dochodu, niż wynosił koszt jego utrzymania w klasztorze; są nawet tacy, którzy zarobili sporo, pisząc broszury przeciw parlamentom32, jak wielebny ojciec Patouillet33 i wielebny ojciec Nonotte34. Każdy uprawia swój przemysł na tym świecie: jeden stojąc na czele fabryki sukna, drugi porcelany; ten piszę operę, ów wydaje gazetę duchowną; inny płodzi tragedie mieszczańskie lub romanse w angielskim stylu; utrzymuje papiernika, fabrykanta atramentu, księgarza, domokrążcę, którzy inaczej byliby zmuszeni żebrać. Słowem, jedynie zwrot stu dwudziestu funtów tym, którzy nie mają nic, jest zasadą pomyślności kraju.

Człowiek o czterdziestu talarach: Osobliwy rodzaj pomyślności!

Geometra: Nie ma innego: wszędzie bogaty daje żyć ubogiemu. Oto jedyne źródło przemysłu i handlu. Im naród jest bardziej przemysłowy, tym więcej zarabia na zagranicy. Gdybyśmy zyskali na zagranicy dziesięć milionów rocznie nadwyżki handlowej, byłoby za dwadzieścia lat dwieście milionów więcej w kraju, czyli dziesięć franków do uczciwego podziału na głowę, czyli że kupcy daliby zarobić każdemu biedakowi dziesięć franków więcej w nadziei osiągnięcia jeszcze większych zysków; ale handel ma swoje granice, jak wydajność ziemi; inaczej postęp szedłby w nieskończoność. A przy tym nie jest pewne, że szala handlu będzie zawsze na naszą korzyść; bywają okresy, kiedy tracimy.

Człowiek o czterdziesta talarach: Słyszałem, że wiele mówi się o zaludnieniu. Gdybyśmy spróbowali płodzić dwa razy więcej dzieci, niż płodzimy, gdyby nasz kraj był dwa razy ludniejszy, gdybyśmy mieli czterdzieści milionów mieszkańców w miejsce dwudziestu, co by wynikło?

Geometra: Wynikłoby to, że każdy miałby dochodu tylko dwadzieścia talarów (licząc przeciętnie) i że trzeba by, aby ziemia dawała podwójną ilość tego, co daje, lub też że byłaby podwójna ilość biedaków, lub też trzeba by mieć dwa razy tyle przemysłu i zarabiać podwójnie na zagranicy, lub wysłać połowę narodu do Ameryki, albo też, aby jedna połowa zjadła drugą.

Człowiek o czterdziestu talarach: Zadowólmy się tedy naszymi dwudziestoma milionami ludzi i naszymi stu dwudziestu funtami na głowę, rozdzielonymi jak Bóg łaskaw; ale to położenie jest bardzo smutne, a pański wiek żelazny bardzo twardy.

Geometra: Żaden naród nie miewa się lepiej, a wiele ich miewa się gorzej. Czy myślisz, że kraje północne mają na tyle, aby każdemu mieszkańcowi dać wartość stu dwudziestu funtów rocznie? Gdyby Hunowie, Goci, Wandalowie i Frankowie35 mieli tyle, nie byliby opuścili ojczyzny, aby szukać siedziby gdzie indziej, z ogniem i żelazem w ręku.

Człowiek o czterdziestu talarach: Gdybym pana cierpliwie słuchał, dowiódłby mi pan niebawem, że jestem szczęśliwy z moimi stu dwudziestoma frankami.

Geometra: Gdybyś myślał, że jesteś szczęśliwy, byłbyś nim.

Człowiek o czterdziestu talarach: Nie można sobie wyobrazić, że się jest tym, czym się nie jest, o ile się nie ma bzika.

Geometra: Powiedziałem ci już, jeżeli chcesz mieć więcej dostatku i szczęścia niż obecnie, winieneś się ożenić; ale dodam, że żona powinna mieć, jak ty, sto dwadzieścia funtów renty, to znaczy cztery morgi po dziesięć talarów z morga. Dawni Rzymianie mieli jedynie po trzy. Jeżeli dzieci wasze będą obrotne, zarobią tyleż każde, pracując dla drugich.

Człowiek o czterdziestu talarach: Zatem nie będą mogły zdobyć pieniędzy, o ile ich kto nie straci.

Geometra: To prawo wszystkich narodów i warunek wszelkiego życia.

Człowiek o czterdziestu talarach: I trzeba będzie, abyśmy oboje z żoną oddawali po połowie swego zbioru władzy prawodawczej i wykonawczej i aby nowi ministrowie zabierali nam połowę ceny naszego potu oraz mienia naszych biednych dzieci, zanim będą mogły zarobić na życie! Powiedz mi pan, proszę, ile ci nowi ministrowie wprowadzają, mocą prawa bożego, pieniędzy do szkatuły królewskiej.

Geometra: Pan płacisz dwadzieścia talarów za cztery morgi, które przynoszą ci czterdzieści talarów. Bogacz, który posiada czterysta morgów, zapłaci wedle tej nowej ustawy dwa tysiące talarów, a osiemdziesiąt milionów morgów da królowi tysiąc dwieście milionów funtów rocznie, czyli czterysta milionów talarów.

Człowiek o czterdziestu talarach: To mi się wydaje niewykonalne i niemożebne.

Geometra: Ma pan zupełną słuszność, a niemożebność ta jest matematycznym dowodem, że istnieje jakiś zasadniczy błąd w rozumowaniu naszych nowych ministrów.

Człowiek o czterdziestu talarach: Czy to nie jest też zdumiewająca i jawna niesprawiedliwość, aby mi zabierać połowę mego zboża, mego lnu, wełny moich owiec etc., a nie wymagać żadnej pomocy od tych, co zarobili dziesięć albo dwadzieścia, albo trzydzieści tysięcy funtów renty na moim lnie, z którego utkali płótno, i na mojej wełnie, z której sporządzili sukno; na moim zbożu, które sprzedali drożej niż je nabyli?

Geometra: Niesprawiedliwość tej gospodarki jest równie oczywista, jak rachuba jej błędna. Trzeba popierać przemysł, ale trzeba, aby przemysł, skoro się wzbogaci, wspomagał państwo. Ten przemysł odjął ci z pewnością część twoich stu dwudziestu franków, sprzedając ci koszule i ubrania dwadzieścia razy drożej, niżby cię kosztowały, gdybyś je sam sporządził. Fabrykant, który wzbogacił się twoim kosztem, opłacał, przyznaję to, robotników, którzy sami z siebie nie mieliby nic; ale zatrzymał dla siebie co rok sumę, która dała mu w końcu trzydzieści tysięcy rocznej renty; zdobył tedy ten majątek twoim kosztem; nigdy nie zdołasz sprzedać swoich produktów dość drogo, aby odbić to, co on zarobił na tobie; gdybyś bowiem spróbował tej zwyżki, sprowadziłby tańszy produkt z zagranicy. Dowód, że tak jest, to iż on wciąż jest posiadaczem trzydziestu tysięcy funtów renty, a ty trwasz przy swoich stu dwudziestu funtach, które zamiast rosnąć, często maleją.

Potrzebnym i słusznym tedy jest, aby wydoskonalony przemysł fabrykanta płacił więcej niż gruby36 przemysł rolnika. Tak samo z poborcami. Podatek twój wynosił dotąd dwanaście franków, zanim nasi wielcy ministrowie ściągnęli z ciebie dwadzieścia talarów. Z tych dwunastu franków celnik37 zatrzymywał dziesięć su dla siebie. Jeżeli twoja prowincja liczy pięćset tysięcy dusz, zarobił dwieście pięćdziesiąt tysięcy franków rocznie. Niechby wydał pięćdziesiąt, jasnym jest, że po upływie dziesięciu lat będzie miał dwa miliony majątku. Bardzo słusznym jest, aby płacił odpowiedni podatek, inaczej urągałoby to wszelkiej sprawiedliwości.

Człowiek o czterdziestu talarach: Dziękuję panu, żeś opodatkował tego finansistę, to przynosi ulgę mojej wyobraźni; ale skoro on tak skutecznie pomnożył swój zbytek, w jaki sposób ja mam się wziąć do rzeczy, aby też powiększyć mój skromny mająteczek.

Geometra: Powiedziałem ci już: żeniąc się, pracując, starając się wydobyć z ziemi parę snopków więcej niż to, co daje.

Człowiek o czterdziestu talarach: Przypuśćmy, że dobrze pracowałem, że cały naród czynił toż samo, że władza prawodawcza i wykonawcza wycisnęła dzięki temu większy podatek: ile zarobił naród z końcem roku?

Geometra: Nic a nic, chyba że uprawiał z korzyścią jaki handel zagraniczny; ale żył dostatniej: każdy miał, w odpowiednim stosunku, więcej ubrań, koszul, sprzętów niż poprzednio; krążenie pieniądza było w kraju obfitsze; zarobki wzrosły z czasem mniej więcej w stosunku do liczby snopków zboża, runa owiec, skór wołowych, jelenich i kozłowych, które zużyto; winogron, które wyciśnięto w tłoczni; wpłacono królowi więcej gotowego grosza, a król dał go więcej tym wszystkim, których zatrudnił w swojej służbie; ale nie będzie ani talara więcej w królestwie.

Człowiek o czterdziestu talarach: Cóż tedy zostanie władzy z końcem roku?

Geometra: Nic, jeszcze raz nic: to los każdej władzy; ona nie gromadzi; miała życie, odzież, mieszkanie, sprzęt; wszyscy mieli to także, każdy wedle swego stanu. Jeżeli rząd ciułał, wyrwał z obiegu tyleż pieniędzy, ile ich nagromadził; uczynił tylu nieszczęśliwych, ile razy po czterdzieści talarów schował do kufrów.

Człowiek o czterdziestu talarach: Zatem wielki król Henryk IV był prostym drabem, kutwą, łupieżcą? Opowiadano mi bowiem, że zgromadził w Bastylii38 więcej niż pięćdziesiąt milionów dzisiejszej monety.

Geometra: Był to człowiek równie dobry, jak roztropny i waleczny. Gotował się do sprawiedliwej wojny; gromadząc tedy w kufrach dwadzieścia dwa miliony ówczesnej monety, mając jeszcze pobrać dwadzieścia dalszych milionów, które zostawił w obiegu, oszczędził swemu ludowi więcej niż sto milionów, które byłoby go kosztowało zaniechanie tych użytecznych środków. Stawał się moralnie pewny powodzenia wobec nieprzyjaciela, który nie podjął tych samych ostrożności. Rachunek prawdopodobieństwa przemawiał wspaniale na jego korzyść. Te dwadzieścia dwa miliony w kasie dowodziły, że była wówczas w państwie nadwyżka dwudziestu dwu milionów w wartości produktów, tak więc nikt nie ucierpiał.

Człowiek o czterdziestu talarach: Starzec pewien opowiadał mi, że kraj był stosunkowo bogatszy pod zarządem księcia Sully39 niż pod zarządem nowych ministrów, którzy zaprowadzili jedyny podatek i wzięli mi dwadzieścia talarów z czterdziestu. Powiedz mi pan, proszę, czy istnieje na świecie naród, który by się cieszył tą wspaniałą instytucją jedynego podatku?

Geometra: Żaden naród bogaty. Anglicy, którzy rzadko się śmieją, zaczęli się śmiać, skoro się dowiedzieli, że światli ludzie zaprojektowali u nas tę gospodarkę. Chińczycy pobierają podatek od wszystkich kupieckich statków, które lądują w Kantonie40; Holendrzy płacą w Nagasaki41, kiedy ich wpuszczają do Japonii, pod pozorem, że nie są chrześcijanami; Lapończycy i Samojedzi42, to prawda, płacą jedyny podatek w skórach kunich; rzeczpospolita San Marino płaci tylko dziesięciny, aby utrzymać państwo w jego blasku.

Jest w Europie jeden naród, sławny ze sprawiedliwości i męstwa, który nie płaci żadnych podatków: to naród Helwetów43. Ale oto co się stało: naród ten zajął miejsce książąt Austrii i Zeringen. Małe kantony są demokratyczne i bardzo biedne; każdy mieszkaniec płaci wielce umiarkowaną sumę na potrzeby swojej małej republiki; w bogatych kantonach mieszkańcy winni są państwu opłaty, których wymagali arcyksiążęta austriaccy i panowie feudalni; kantony protestanckie są stosunkowo dwa razy bogatsze niż katolickie, ponieważ państwo posiada tam dobra klasztorne. Ci, którzy byli poddanymi arcyksiążąt austriackich, książąt Zeringen i mnichów, są dziś poddanymi ojczyzny, płacą ojczyźnie te same dziesięciny, te same daniny, te same należytości lenne, które płacili dawnym panom; że zaś poddani na ogół mało są handlowi, handel nie podlega żadnym opłatom, wyjąwszy lekkie opłaty składowe: ludzie handlują własną osobą z obcymi mocarstwami i sprzedają się na kilka lat, co wprowadza nieco pieniędzy do ich kraju naszym kosztem; jest to przykład równie jedyny w cywilizowanym świecie, jak ów podatek ustanowiony przez waszych nowych prawodawców.

Człowiek o czterdziestu talarach: Zatem, proszę pana, Szwajcarów nie ograbia prawo boże z połowy mienia i ten, kto ma cztery krowy, nie oddaje dwóch państwu?

Geometra: Nie, możesz pan być pewny. W jednym kantonie na trzynaście beczek oddaje się jedną, a wypija dwanaście; w drugim kantonie płaci się dwunastą część, a wypija jedenaście.

Człowiek o czterdziestu talarach: Ach! Niechże mnie zrobią Szwajcarem! Przeklęty podatek, ów jedyny i niesprawiedliwy podatek, który mnie doprowadził do torby żebraczej! Ale czy trzysta lub czterysta podatków, których nazw nawet niepodobna mi spamiętać i wymówić, bardziej są sprawiedliwe i uczciwe? Czy był kiedy prawodawca, który by zakładając państwo, wpadł na pomysł stworzenia doradców królewskich mierniczych węgla, wina, drzewa, opatrywaczy języków wieprzowych i kontrolerów solonego masła? Utrzymywania armii hultajów, dwa razy liczniejszej niż armia Aleksandra44, dowodzonej przez sześćdziesięciu generałów45, którzy okładają kraj haraczem, odnoszą co dzień otrąbywane zwycięstwa, biorą jeńców i niekiedy święcą z nich ofiarę w powietrzu lub na małej scence z desek, jak czynili dawni Scytowie46, wedle tego, co wiem od mego proboszcza?

Czy takie prawodawstwo, przeciw któremu podnosiło się tyle krzyków i które wyciskało tyle łez, lepsze było niż to, które jednym zamachem, po prostu i spokojnie, odejmuje mi połowę mego istnienia? Boję się, iż dobrze policzywszy, przy dawnym systemie finansów zabierano mi partiami trzy czwarte.

Geometra:

Iliacos intra muros peccatur et extra.47

Est modus in rebus...48

Caveas ne quid nimis...49

Człowiek o czterdziestu talarach: Uczyłem się nieco historii i geometrii, ale nie umiem po łacinie.

Geometra: To znaczy mniej więcej: Po obu stronach błądzą. — Trzymajcie się we wszystkim środka. — Nic nadto.

Człowiek o czterdziestu talarach: Tak, nic nadto: to właśnie moje położenie; ale ja nie mam dosyć.

Geometra: Przyznaję, że umrzesz z głodu, i ja także, i państwo także, przyjmując, że nowa gospodarka potrwa bodaj dwa lata; ale trzeba mieć nadzieję, że Bóg zlituje się nad nami.

Człowiek o czterdziestu talarach: Człowiek ma nadzieję całe życie i umiera, mając nadzieję. Żegnam pana: oświeciłeś mnie pan, ale ciężko mi na sercu.

Geometra: To jest często owoc wiedzy.

III. Przygoda z karmelitą

Podziękowawszy serdecznie członkowi Akademii za to, że mnie objaśnił, odszedłem do szczętu ogłupiały, chwaląc Opatrzność, ale mamrocząc przez zęby te smutne słowa: „Tylko dwadzieścia talarów rocznie, aby żyć, i tylko dwadzieścia dwa lat do życia!...” Ach, niechby nasze życie było jeszcze krótsze, skoro jest tak nieszczęśliwe!

Niebawem znalazłem się przed wspaniałym domem. Odczuwałem już głód. Nie miałem ani sto dwudziestej części sumy, która przypada z prawa każdej jednostce, ale gdy mnie objaśniono, że to jest klasztor wielebnych ojców karmelitów bosych, powziąłem najlepsze nadzieje. Mówiłem sobie: „Skoro ci święci ludzie są na tyle pokorni, aby chodzić boso, będą dość miłosierni, aby mi dać obiad”.

Dzwonię, wychodzi karmelita.

— Czego chcesz, mój synu?

— Chleba, wielebny ojcze; nowe ustawy odjęły mi wszystko.

— Mój synu, my sami prosimy o jałmużnę, nie dajemy jej.

— Jak to! Wasza święta reguła broni wam nosić pończoch, a macie książęcy pałac i odmawiacie mi kęsa chleba!

— Mój synu, to prawda, że chodzimy bez trzewików i pończoch; to jeden wydatek mniej; ale nie jest nam zimno w nogi tak samo jak w ręce; gdyby nasza święta reguła kazała nam chodzić z gołym tyłkiem, nie byłoby nam zimno w pośladki. Co się tyczy naszego pięknego domu, zbudowaliśmy go bez trudu, ponieważ inne nasze domy na tej samej ulicy przynoszą nam sto tysięcy funtów renty.

— A! a! Pozwalacie mi umrzeć z głodu, a macie sto tysięcy funtów renty! Płacicie tedy pięćdziesiąt tysięcy nowemu rządowi?

— Niechże nas Bóg broni, abyśmy mieli płacić bodaj obola! Jedynie plon ziemi uprawianej pracowitymi rękami, stwardniałymi od trudu i mokrymi od łez, winien jest daninę władzy prawodawczej i wykonawczej. Jałmużny, którymi nas obdarzono, pozwoliły nam wznieść te domy, dające nam sto tysięcy franków rocznie; ale jałmużny te, pochodzące z owoców ziemi, zapłaciły już podatek, nie powinny go płacić dwa razy; uświęciły wiernych, którzy się zubożyli, aby nas wzbogacić. Zatem w dalszym ciągu żebrzemy o jałmużnę i okładamy haraczem dzielnicę Saint-Germain, aby jeszcze uświęcić wiernych.

To rzekłszy, karmelita zamknął mi drzwi przed nosem.

Przechodziłem w podle50 koszar szarych muszkieterów; opowiedziałem rzecz całą jednemu; dali mi dobry obiad i talara. Któryś poddał, aby podpalić klasztor, ale inny, roztropniejszy, przedstawił mu, że jeszcze nie nadszedł czas, i prosił, aby zaczekał ze dwa albo trzy lata.

IV. Audiencja u pana generalnego kontrolera

Poszedłem ze swoim talarem wręczyć prośbę panu generalnemu prokuratorowi, który dawał audiencję tego dnia.

Przedpokój pełen był ludzi wszelakiego rodzaju. Były tam zwłaszcza twarze jeszcze pulchniejsze, brzuchy jeszcze bardziej wypukłe, miny jeszcze pyszniejsze niż u mego ośmiomilionowego znajomego. Nie śmiałem się zbliżyć: ja ich widziałem, ale oni mnie nie.

Pewien mnich, gruby dziesięcinnik, wytoczył proces obywatelom, których nazywał „swoimi chłopami”. Miał już więcej dochodu niż połowa jego parafian razem; co więcej, posiadał prawo lenne. Utrzymywał, iż jego wasale, zmieniwszy z ogromnym mozołem chaszcze na winnice, winni mu są dziesiątą część wina, co czyniło, licząc cenę pracy i tyczek, i beczek, i piwnicy, więcej niż czwartą część zbioru.

— Ale ponieważ dziesięcina — powiadał — jest instytucją prawa bożego, żądam od moich chłopów, w imię Boga, czwartej części mienia.

Minister rzekł:

— Doceniam, wielebny ojcze, twoje miłosierdzie!

Generalny dzierżawca51, wielce bystry w materii podatków, wmieszał się:

— Ekscelencjo, wieś nie może dać nic temu mnichowi; wycisnął ich bowiem w zeszłym roku tak sumiennie, że są zupełnie zrujnowani. Kazałem sprzedać ich bydło i sprzęty, jeszcze mi są winni. Sprzeciwiam się pretensjom wielebnego ojca.

— Słusznie stajesz pan z nim do współzawodnictwa — odparł minister — obaj jednako kochacie bliźniego i zbudowany jestem wami oboma.

Trzeci, mnich i pan, na którego chłopach ciąży prawo martwej ręki52, oczekiwał także wyroku Rady, mającego mu przyznać na własność całe mienie pewnego niebacznego paryżanina, który przemieszkawszy przez nieuwagę rok i dzień w domu podległym tej niewoli i objętym posiadłościami księdza, umarł po upływie roku. Mnich żądał całego mienia tego dudka, i to na mocy prawa bożego.

Minister uznał, iż serce tego mnicha jest równie sprawiedliwe i czułe jak dwóch poprzedzających.

Czwarty, kontroler skarbowy, przedłożył piękny memoriał, w którym się usprawiedliwiał, że doprowadził dwadzieścia rodzin do ruiny: odziedziczyły po wujach, ciotkach, braciach lub innych krewnych, trzeba było płacić spadkowe. Kontroler dowiódł im szczodrze, że nie dość wysoko oszacowali swój spadek; że są o wiele bogatsi, niż myślą; po czym, skazawszy ich na potrójną grzywnę, zrujnowawszy kosztami i wtrąciwszy ojców rodziny do więzienia, kupił ich najlepsze grunty, nie wykładając grosza53.

Generalny kontroler rzekł doń (tonem, co prawda, nieco gorzkim): Eage, kontrolerze bone et fidelis; quia saper pauca fuisii fidelis, generalnym dzierżawcą te constituam54. Równocześnie wszelako rzekł do referendarza55, który stał przy nim:

— Trzeba będzie uciąć łeb tym duchownym i świeckim pijawkom: czas ulżyć ludowi, który bez naszych starań i sprawiedliwości nie miałby z czego żyć, chyba na tamtym świecie.

Dwaj wielcy genialni ludzie przedłożyli ministrowi projekty. Jeden wpadł na pomysł, aby opodatkować rozum.

— Wszyscy — rzekł — będą się cisnęli do zapłaty, nikt bowiem nie będzie chciał uchodzić za głupca.

Minister odparł:

— Niniejszym zwalniam pana od taksy.

Drugi radził, aby ustanowić powszechny podatek od piosenek i śmiechu, zważywszy, że chodzi o naród najweselszy pod słońcem, który po wszystkim pociesza się piosenką; ale minister zauważył, iż od jakiegoś czasu piosenki przestały być ucieszne i że się boi, aby dla uniknięcia podatku naród nie spoważniał zbytnio.

Przyszedł roztropny i dzielny obywatel, który ofiarował się dać królowi trzy razy więcej, ściągając z narodu trzy razy mniej. Minister poradził mu uczyć się arytmetyki.

Czwarty dowodził królowi, z przyjaźni, że nie może zebrać więcej niż siedemdziesiąt pięć milionów, on zaś da mu dwieście dwadzieścia pięć.

— Bardzo chętnie — odparł minister — skoro spłacimy długi państwowe.

Wreszcie przybył sekretarz nowego autora56, który czyni władzę prawodawczą współwłaścicielką wszystkich naszych gruntów mocą prawa bożego i który ofiarował królowi tysiąc dwieście milionów rocznie. Poznałem człowieka, który mnie wtrącił do więzienia za to, że nie zapłaciłem swoich dwudziestu talarów. Rzuciłem się do stóp pana generalnego kontrolera, błagając o sprawiedliwość; parsknął głośnym śmiechem i rzekł, że mi wypłatano figla. Kazał tym niewczesnym figlarzom, aby mi dali sto talarów odszkodowania i uwolnił mnie od pogłównego57 na resztę życia. Rzekłem mu:

— Ekscelencjo, niech cię Bóg błogosławi.

V. List do człowieka o czterdziestu talarach

„Mimo że jestem trzy razy bogatszy od pana, to znaczy mimo że posiadam trzysta sześćdziesiąt franków lub funtów dochodu, piszę do pana wszelako jak równy do równego, nie strojąc się w pychę bogacza.

Czytałem dzieje pańskich nieszczęść i sprawiedliwości, jaką ci wymierzył pan generalny kontroler; winszuję panu; ale na nieszczęście przeczytałem Finansistę-obywatela58, mimo wstrętu, jaki obudził we mnie ten tytuł, w którym wielu ludzi widzi jaskrawą sprzeczność. Ten obywatel odbiera panu dwadzieścia franków z pańskiego dochodu, a mnie sześćdziesiąt: przyznaje jedynie sto franków każdej jednostce z ogółu mieszkańców; w zamian za to inny luminarz, nie mniej znakomity, powiększa nasze dochody do stu pięćdziesięciu funtów; widzę, że pański geometra obrał złoty środek. Nie należy do tych hojnych panów, którzy jednym pociągnięciem pióra zaludniają Paryż milionem mieszkańców i puszczają w obieg tysiąc pięćset milionów brzęczącej monety po wszystkim, cośmy stracili w ostatnich wojnach.

Ponieważ pan lubisz czytać, pożyczę panu Finansistę-obywatela; ale nie wierz zaraz wszystkiemu. Cytuje testament wielkiego ministra Colberta59, a nie wie, że to jest niedorzeczna brednia sklecona przez niejakiego Gatiena de Courtilz60; cytuje Dziesięcinę marszałka de Vauban61, a nie wie, że jest niejakiego Bois-Gilleberta62; cytuje testament kardynała de Richelieu63, a nie wie, że jest pióra księdza de Bourzeis. Przypuszcza, że ten kardynał zapewnia, iż kiedy mięso drożeje, daje się większy żołd żołnierzom. Jednakże mięso mocno podrożało za jego ministerium, a płaca żołnierza nie wzrosła; co dowodzi, niezależnie od stu innych dowodów, że ta książka, uznana za falsyfikat zaraz po pojawieniu się, następnie zaś przypisana samemu kardynałowi, tak samo nie jest jego pióra, jak testament kardynała Alberoni64 i marszałka de Belle-Isle65 nie jest ich dziełem.

Strzeż się pan całe życie testamentów i systemów; padłem ich ofiarą jak pan. Jeżeli nowoczesne Solony i Likurgi66 zadrwiły sobie z pana, nowi Tryptolemowie67 jeszcze lepiej zakpili sobie ze mnie; i gdyby mnie nie poratował mały spadek, zginąłbym w nędzy.

Mam sto dwadzieścia morgów ornego gruntu w najpiękniejszej, a najgorszej ziemi pod słońcem. Morg w morg daje po pokryciu wszystkich kosztów jedynie po talarze. Skoro przeczytałem w dziennikach, że sławny agronom wynalazł nowy siewnik i że uprawia ziemię płasko, aby siejąc mniej, zebrać więcej, pożyczyłem szybko pieniędzy, kupiłem siewnik, zacząłem uprawiać płasko; straciłem trud i pieniądze, równie jak znamienity agronom, który nie sieje już płasko.

Moje nieszczęście chciało, żem przeczytał dziennik ekonomiczny, który sprzedają w Paryżu u Boudeta68. Natknąłem się na doświadczenie przemyślnego paryżanina, który dla rozrywki skopał swój ogródek piętnaście razy i posiał pszenicę zamiast zasadzić tulipany; miał zbiór bardzo obfity. Znów pożyczyłem pieniędzy: »Wystarczy mi zorać trzydzieści razy — mówiłem sobie — a zbiorę dwa razy tyle co ten godny paryżanin, który uczył się sztuki rolnictwa w Operze i w Komedii; i oto będę bogaczem dzięki jego naukom i przykładowi«.

Orać choćby cztery razy w moich stronach jest rzeczą niemożliwą; ostrość i nagłe zmiany klimatu nie pozwalają na to; zresztą nieszczęście, któregom się dopytał, siejąc płasko, jak ów znakomity agronom, o którym wspomniałem, zmusiło mnie do sprzedaży zaprzęgu. Kazałem zorać trzydzieści razy moje sto dwadzieścia morgów wszystkimi pługami, jakie są na cztery mile w okolicy. Trzy orki na mórg kosztują dwanaście funtów; to cena przyjęta; trzeba było zorać trzydzieści razy każdy morg, każdy morg kosztował mnie tedy sto dwadzieścia funtów: zoranie stu dwudziestu morgów wypadło na czternaście tysięcy czterysta funtów. Zbiór mój, który sięga w zwykły rok trzysta korców69, doszedł, to prawda, do trzystu trzydziestu, które, po dwadzieścia funtów korzec, dały mi sześć tysięcy sześćset fiutów: straciłem siedem tysięcy osiemset funtów; prawda, że została mi słoma.

Byłbym zrujnowany, zgubiony, gdyby nie stara ciotka, którą wielki lekarz wyprawił na tamten świat, rozumując w medycynie równie dobrze jak ja w rolnictwie.

Kto by uwierzył, że miałem jeszcze raz tę słabość, aby się dać uwieść dziennikowi Boudeta? Ostatecznie ten człowiek nie poprzysiągł sobie mojej zguby. Wyczytałem w jego zbiorze, że wystarczy wyłożyć jednorazowo cztery tysiące franków, aby mieć cztery tysiące franków rocznie z karczochów: z pewnością, pomyślałem, Boudet odda mi w karczochach to, co mi wydarł w zbożu. Wydałem tedy cztery tysiące, a karczochy zjadły mi szczury ziemne. Cała okolica trzymała się za boki ze śmiechu.

Napisałem do Boudeta piorunujący list z wymówkami. Za całą odpowiedź ladaco zabawił czytelników moim kosztem. Zaprzeczył mi bezwstydnie, aby Karaibowie przychodzili na świat czerwoni; byłem zmuszony posłać mu poświadczenie eks-prokuratora królewskiego na Gwadelupie, że Bóg stwarza Karaibów na czerwono, jak Murzynów na czarno. Ale to drobne zwycięstwo nie przeszkodziło, że straciłem do ostatka sukcesję po ciotce przez to, iż nazbyt wierzyłem w wasze systemy. Jeszcze raz powtarzam, drogi panie, strzeż się pan szarlatanów”.

VI. Nowe boleści spowodowane przez nowe systemy

(Ten ustęp wyjęty jest z rękopisów starego samotnika)

Widzę, że bardzo dobrzy obywatele bawili się w rządzenie państwem i stawiali się w miejsce królów; inni chcieli rywalizować z Tryptolemem i Cererą70; jeszcze dumniejsi stawiali się bez ceremonii w miejsce Boga i stwarzali świat piórem, jak Bóg stworzył go niegdyś słowem.

Jednym z pierwszych, który zjednał sobie mój podziw, był potomek Talesa71, nazwiskiem Telliamed72; on to pouczył mnie, że góry i ludzie powstali z wody morskiej. Najpierw byli nadobni ludzie morscy, którzy zmienili się potem w amfibie73. Piękny rozszczepiony ogon przekształcił się w uda i nogi. Byłem jeszcze pod wrażeniem Metamorfoz Owidiusza74 oraz książki, w której było udowodnione, że rasy ludzkie są bękarcią odroślą pawianów; wolałem już pochodzić od ryby niż od małpy.

Z czasem nabrałem pewnych wątpliwości co do tej genealogii, a nawet co do tworzenia się gór.

— Jak to — mówił — nie wiesz, że prądy morskie, które miotają wciąż piasek na prawo i lewo co najwyżej na dwanaście stóp wysokości, wydały w nieskończonym ciągu wieków góry na dwadzieścia tysięcy stóp75 wysokie, niebędące z piasku? Wiedz, że z wszelką pewnością morze pokrywało całą kulę ziemską. Dowód tego: to, iż widziano kotwice okrętowe na górze św. Bernarda76, znajdujące się tam na kilka wieków wprzód, nim ludzie mieli okręty. Wyobraź sobie, że ziemia to szklana kula, która przez długi czas była całkowicie przykryta wodą.

Im bardziej mnie przekonywał, tym bardziej byłem niewierny.

— Jak to — mówił — nie widziałeś w Turenii77 ławic miazgi z muszli o trzydzieści sześć mil od morza? Jest to miał skorup, którym użyźnia się ziemię jak nawozem. Otóż jeżeli morze złożyło z biegiem czasu całą kopalnię muszli o trzydzieści sześć mil od oceanu, czemu w ciągu wielu wieków nie miałoby zapuścić się w nasz szklany glob na trzy tysiące mil?

Odparłem:

— Panie Telliamed, są ludzie, którzy robią pieszo piętnaście mil dziennie, ale nie mogą zrobić pięćdziesięciu. Nie sądzę, aby mój ogród był ze szkła; co zaś do pańskiej ławicy, powątpiewam mocno, aby to był pokład muszli morskich. Mógłby to być snadnie78 pokład małych wapiennych kamyków, które przybierają często kształt muszli, tak jak istnieją kamienie w kształcie języków, mimo iż nie są językami; w kształcie gwiazd, mimo iż nie są gwiazdami; w kształcie zwiniętych wężów, mimo iż nie są wężami; w kształcie przyrody żeńskiej, mimo iż nie są szczątkami dam. Widuje się dendryty79, kamienie przybierające postać drzew i domów, mimo iż nigdy kamyczki te nie były ani domem, ani drzewem.

Gdyby morze złożyło tyle ławic muszli w Turenii, czemuż by pominęło Bretanię, Normandię, Pikardię80 i wszystkie inne wybrzeża? Mocno się boję, że ten wysławiany nawóz tak samo nie pochodzi z morza jak ludzie. A gdyby nawet morze rozlało się na trzydzieści sześć mil, to nie znaczy, aby miało dojść na trzy tysiące, a nawet na trzysta, i aby wszystkie góry powstały z wód. Z tą samą racją można by powiedzieć, że Kaukaz wydał morze, jak że morze wydało Kaukaz.

— Ale, mości niedowiarku, co odpowiesz na skamieniałe ostrygi, które znaleziono na szczycie Alp?

— Odpowiem, mości Stwórco, że równie nie widziałem na szczycie Mont Cenis81 skamieniałych ostryg, jak kotwic okrętowych. Odpowiem to, co już powiedziano, że znaleziono skamieniałe ostrygi (które łatwo kamienieją) w wielkich odległościach od morza, tak jak wygrzebano medale rzymskie o sto mil od Rzymu; wolę raczej przyjmować, że pielgrzymi św. Jakuba zostawili parę muszel82 około Saint-Maurice, niż roić, że morze utworzyło górę św. Bernarda.

Muszle są wszędzie, ale czy jest pewne, że to nie są szczątki skorupiaków z naszych rzek i jezior, równie dobrze jak rybki morskie?

— Mości niedowiarku, okryję cię śmiesznością w świecie, który zamierzam stworzyć.

— Wolno panu, mości Stworzycielu, każdy jest panem w swoim świecie; ale nie wmówisz we mnie nigdy, aby ten, na którym żyjemy, był ze szkła, ani żeby kilka muszel było dowodem, że morze wydało Alpy i górę Taurus. Wiesz, że nie ma żadnych muszli w górach Ameryki. Widocznie to nie pan stworzyłeś tę półkulę; zadowoliłeś się uczynieniem Starego Świata: i to już wcale ładnie.

— Panie drogi, jeżeli nie odkryto muszli na górach w Ameryce, odkryją je.

— Mówisz pan jak Stwórca, który zna swój sekret i pewien jest faktów. Ustąpię panu, jeśli pan chcesz, pański nawóz morski, byleś mi pan zostawił moje góry. Jestem zresztą bardzo powolnym i uniżonym sługą Waszej Opatrzności.

W czasie, kiedym wiódł takie pouczające rozmowy z Telliamedem, pewien jezuita irlandzki, przebrany za człowieka, poza tym tęgi obserwator i posiadający dobre mikroskopy, sporządził węgorze z mąki zakażonego zboża83. Z tą chwilą nikt nie wątpił, że będzie można zrobić ludzi ze zdrowej pszenicy. Jakoż wnet stworzono cząsteczki organiczne, które utworzyły ludzi. Czemu nie? Toć wielki geometra Fatio84 wskrzeszał umarłych w Londynie, można było tedy równie łatwo sporządzić w Paryżu żywych za pomocą organicznych cząstek; ale na nieszczęście nowe węgorze Needhama znikły i nowi ludzie znikli także, uciekli między monady85, które spotkali w samym wnętrzu materii subtelnej, kulistej i żłobkowanej.

Nie znaczy to, aby ci twórcy systemów nie oddali wielkich usług fizyce; niech mnie pan Bóg broni, abym miał zapoznawać ich prace! Porównywano ich do alchemistów, którzy robiąc złoto (rzecz nie do zrobienia), znaleźli dobre lekarstwa lub co najmniej bardzo ciekawe rzeczy. Można być bardzo utalentowanym człowiekiem, a mylić się co do powstawania zwierząt i budowy świata.

Ryby zmienione w ludzi, a wody zmienione w góry nie wyrządziły mi tyle złego co pan Boudet. Ograniczyłem się spokojnie do wątpienia, kiedy pewien Lapończyk86 wziął mnie pod swoją opiekę. Był to głęboki filozof, ale nie przebaczał nigdy ludziom, którzy poważyli się nie być jego zdania. Ukazał mi najpierw jasno przyszłość, wprawiwszy moją duszę w stan zachwycenia. Wysiliłem tak wyobraźnię, iż rozchorowałem się; wyleczył mnie, powlekając mnie żywicą od stóp do głów. Ledwie mogłem chodzić, zaproponował mi podróż do ziem podbiegunowych, aby tam sekcjonować87 głowy olbrzymów, co miało nam dokładnie wyjaśnić naturę duszy. Nie mogłem znosić morza; był tak uprzejmy, iż zawiózł mnie lądem. Kazał wykopać wielką dziurę w ziemnowodnym globie: dziura ta szła prosto do Patagończyków88. Ruszyliśmy; złamałem nogę, wchodząc do dziury; wiele było kłopotu z zestawieniem złamania; utworzył się calus89, który przyniósł mi wielką ulgę.

Mówiłem już o tym wszystkim w moich diatrybach90, aby pouczyć świat, mocno ciekawy tych wielkich rzeczy. Jestem bardzo stary; lubię niekiedy powtarzać swoje opowiastki, aby je lepiej wrazić w głowę chłopczyków, dla których pracuję od tak dawna.

VII. Małżeństwo człowieka o czterdziestu talarach

Człowiek o czterdziestu talarach, wyrobiwszy się wielce i uciuławszy nieco grosza, ożenił się z ładną dziewczyną mającą sto talarów renty. Niebawem żona zaszła w ciążę. Poszedł do geometry, aby się spytać, czy będzie chłopiec czy dziewczyna. Geometra odparł mu, że akuszerki i pokojówki wiedzą to zazwyczaj, ale fizycy, mimo że umieją przepowiedzieć zaćmienie, nie są w tym tak biegli jak one.

Chciał się następnie dowiedzieć, czy jego syn lub córka mają już duszę. Geometra odpowiedział, że to nie jego specjalność i że trzeba się zwrócić do mieszkającego opodal teologa.

Człowiek o czterdziestu talarach, będący już człowiekiem co najmniej o dwustu, spytał, w jakiej okolicy ciała znajduje się jego dziecko.

— W małej kieszonce — odpowiedział mu przyjaciel — między pęcherzem a jelitem grubym.

— Boże miłosierny! — wykrzyknął. — Nieśmiertelna dusza mego syna zrodzona i pomieszczona między uryną a czymś gorszym!91

— Tak, drogi sąsiedzie, dusza kardynała też nie miała innej kolebki; a mimo to człowiek nadyma się pychą, stroi miny.

— Panie uczony, a nie mógłby mi pan powiedzieć, w jaki sposób robią się dzieci?

— Nie, mój przyjacielu, ale jeżeli chcesz, powiem ci co wyroili w tym przedmiocie filozofowie, to znaczy, w jaki sposób nie robią się dzieci. Najpierw tedy wielebny ojciec Sanchez92, w swoim doskonałym dziele De matrimonio, podziela w zupełności zdanie Hipokrata93; wierzy niby w artykuł wiary, że dwie płynne substancje, męska i żeńska, wypływają i łączą się razem, i że w tejże chwili powstaje z tego związku dziecko; i jest tak przekonany o tym systemie fizycznym zmienionym w teologiczny, iż rozważa w XXI rozdziale drugiej księgi, utrum virgo Maria semen emiserit in copulatione cum Spiritu Sancto94.

— Mówiłem wszak już panu, że nie rozumiem po łacinie; przełóż mi pan na francuskie wyrocznię ojca Sancheza.

Geometra przetłumaczył ów tekst i obaj zadrżeli ze zgrozy.

Nowożeniec, uważając Sancheza za wielkiego pomyleńca, dosyć się skłaniał w stronę Hipokrata; pochlebiał sobie, iż żona jego spełniła wszystkie warunki wymagane przez tegoż luminarza95 medycyny dla poczęcia dziecka.

— Na nieszczęście — rzekł sąsiad — jest wiele kobiet, które nie wydają żadnego płynu, które jedynie ze wstrętem poddają się uściskom mężów, a które mimo to mają dzieci. To jedno obala Hipokrata i Sancheza. Co więcej, jest wielkie prawdopodobieństwo, że natura działa zawsze w tych samych wypadkach wedle tych samych zasad: otóż jest wiele zwierząt, które poczynają bez spółkowania, jak ryby łuskowate, ostrygi, mszyce. Fizycy starali się tedy znaleźć mechanizm płodzenia, który by odpowiadał wszystkim zwierzętom. Słynny Harvey96, który pierwszy wykazał krążenie krwi i który był godny odkryć tajemnicę przyrody, sądził, iż znalazł ją u kur: znoszą jajka; wywnioskował, iż kobiety znoszą je także. Żartownisie orzekli, iż dlatego to mieszczanie, a nawet czasem i wielcy panowie nazywają żonę lub kochankę swoją kwoczką, i dlatego zalotna kobieta nazywa się kokietką, ponieważ chciałaby się podobać wszystkim kogutom97. Mimo tych drwin Harvey nie zmienił zdania i w całej Europie przyjęto, że pochodzimy z jajka.

Człowiek o czterdziestu talarach: Ależ, proszę pana, mówił mi pan, że natura zawsze się powtarza, że zawsze działa wedle tej samej zasady w tych samych wypadkach: toć kobiety, klacze, oślice, węgorze nie znoszą jajek; żartujesz pan sobie ze mnie.

Geometra: Nie znoszą na zewnątrz, ale znoszą wewnątrz; mają jajniki jak wszystkie ptaki; klacze, węgorze, mają je również. Jajko oddziela się od jajnika; wylęga się w macicy. Patrz na ryby, na żaby: wydzielają jajka, które samiec zapładnia. Wieloryby i inne pokrewne morskie zwierzęta wylęgają je w macicy. Mole, świerzb, najpodlejsze owady wyraźnie rodzą się z jajka: wszystko pochodzi z jajka; i nasz glob jest wielkim jajkiem, które mieści wszystkie inne.

Człowiek o czterdziestu talarach: Ależ w istocie system ten posiada wszystkie cechy prawdy: jest prosty, powszechny, dający się sprawdzić naocznie więcej niż u połowy zwierząt; bardzo mi się podoba, nie pragnę innego; jajka mojej żony są mi wielce drogie.

Geometra: Nauka sprzykrzyła sobie z czasem ten system i zaczęła płodzić dzieci innym sposobem.

Człowiek o czterdziestu talarach: I czemuż to, skoro tamten jest taki naturalny?

Geometra: Orzeczono, że nasze panie nie mają jajników, ale tylko małe gruczołki.

Człowiek o czterdziestu talarach: Podejrzewam, że ci, którzy mieli inny system na zbyciu, chcieli zdyskredytować jajka.

Geometra: Możebne. Dwaj Holendrzy98 wpadli na myśl zbadania pod mikroskopem płynu nasiennego człowieka i wielu zwierząt: zdawało się im, że widzą tam gotowe już zwierzątka biegające z niepojętą chyżością. Widzieli je nawet w płynie nasiennym koguta. Zatem osądzono, że samce robią wszystko, a samice nic; zaczęły służyć jedynie do noszenia skarbu, który samiec im powierzył.

Człowiek o czterdziestu talarach: To szczególne. Mam niejakie wątpliwości co do tych zwierzątek, które podrygują tak raźno w płynie, aby potem tkwić równie nieruchomo — poza paroma koziołkami — w brzuchu kobiety; to nie wydaje mi się konsekwentne. To nie jest — o ile mogę sądzić o tym — sposób postępowania natury. I jakiego kształtu są, jeśli łaska, ci mali człowieczkowie, którzy tak dzielnie pływają we wspomnianym płynie?

Geometra: Podobni są do robaczków. Był zwłaszcza pewien lekarz, nazwiskiem Andry99, który widział robaki wszędzie i który chciał bezwarunkowo obalić system Harveya. Gdyby mógł, byłby zniweczył krążenie krwi, ponieważ kto inny je odkrył. Wreszcie dwaj Holendrzy i pan Andry, oddając się wytrwale grzechowi Onana100 i badając ciecz pod mikroskopem, sprowadzili człowieka do stanu gąsienicy. Jesteśmy najpierw robakiem jak ona, potem stajemy się w naszej skorupie, jak ona, prawdziwą poczwarką; w końcu, jak gąsienica staje się motylem, tak my stajemy się ludźmi: oto nasze metamorfozy.

Człowiek o czterdziestu talarach: I cóż, czy stanęło na tym? Nie wynaleziono od tej pory innego sposobu?

Geometra: Sprzykrzyło się im być gąsienicą. Pewien bardzo ucieszny filozof odkrył w książce Wenus fizyczna101, że dzieci robią się siłą przyciągania. Oto jak się to dzieje: Skoro nasienie dostanie się do macicy, oko prawe przyciąga oko lewe, które bieży102, aby się z nim połączyć mocą solidarności ocznej, ale przeszkadza mu nos, który staje w poprzek tej drodze i zmusza je umieścić się na lewo. Toż samo ramiona, uda i nogi, które związane są z udami. Trudno jest wytłumaczyć wedle tej hipotezy położenie piersi i pośladków. Ten wielki filozof nie uznaje żadnego zamiaru Stwórcy w powstawaniu zwierząt; daleki jest od przypuszczenia, że serce stworzone jest na to, aby chłonęło krew i rozprowadzało ją, żołądek do trawienia, oczy do widzenia, uszy do słyszenia; to mu się zdaje zbyt pospolite; wszystko dzieje się przez przyciąganie.

Człowiek o czterdziestu talarach: A to jakiś skończony bzik. Mam nadzieję, że nikt nie przyjął równie niedorzecznego pomysłu.

Geometra: Uśmiano się zeń wielce; ale co smutne, to że ten szaleniec miał naturę teologów, zwykłych prześladować z całej mocy tych, w których budzą śmiech.

Inni filozofowie wyroili inne sposoby, bez wielkiego powodzenia: już nie ramię dąży do ramienia, ani udo goni za udem; to małe drobiny, małe cząstki ramienia i uda, sadowią się koło siebie. Straciwszy wiele czasu, trzeba będzie może w końcu wrócić do jaj.

Człowiek o czterdziestu talarach: Bardzo mnie to cieszy; ale jakiż był owoc wszystkich tych dysput?

Geometra: Wątpienie. Gdyby spór toczył się między teologami, doszłoby do wyklinań i do rozlewu krwi; ale między fizykami łatwo nastała zgoda i każdy poszedł spać z żoną, nie myśląc ani trochę o jej jajniku, ani o jej trąbkach Fallopia103. Kobiety zaszły w ciążę lub poczęły, nie pytając, jak spełnia się ta tajemnica. To tak, jak pan siejesz zboże i nie wiesz, w jaki sposób kiełkuje ono w ziemi.

Człowiek o czterdziestu talarach: Och! Wiem doskonale; wytłumaczono mi to od dawna: przez gnicie104. Mimo to bierze mnie nieraz ochota do śmiechu ze wszystkiego, co mi naopowiadano.

Geometra: To bardzo zdrowa ochota. Radzę ci wątpić o wszystkim, wyjąwszy, że trzy kąty trójkąta równe są dwóm prostym i że trójkąty mające tę samą podstawę i tę samą wysokość są równe między sobą105, i inne podobne twierdzenia, jak na przykład, że dwa a dwa jest cztery.

Człowiek o czterdziestu talarach: Tak, sądzę, że bardzo jest roztropnie wątpić; ale czuję, że odkąd zrobiłem majątek i mam czas, stałem się ciekawy. Chciałbym, kiedy moja wola porusza mym ramieniem lub nogą, odkryć sprężynę, za pomocą której moja wola je porusza; z pewnością bowiem musi być jakaś. Czasami zdumiewam się, że mogę podnosić i spuszczać oczy, a nie mogę nastawić uszu. Myślę i chciałbym poznać nieco... ot... dotknąć palcem mojej myśli. To musi być bardzo ciekawe. Dochodzę, czy myślę sam przez siebie, czy Bóg daje mi moje myśli, czy dusza wstąpiła w moje ciało w szóstym tygodniu czy pierwszego dnia, w jaki sposób usadowiła się w moim mózgu; czy dużo myślę, kiedy głęboko śpię i kiedy jestem w letargu. Łamię sobie głowę, aby dojść, w jaki sposób jedno ciało popycha drugie. Nie mniej dziwią mnie moje wrażenia; znajduję w nich coś boskiego, zwłaszcza w rozkoszy. Dokładałem niekiedy wysiłków, aby sobie wyobrazić nowy zmysł, i nie mogłem. Geometrzy wiedzą to wszystko; bądź pan tak łaskaw mnie pouczyć.

Geometra: Niestety, jesteśmy równie nieświadomi jak pan; zwróć się pan do Sorbony.

VIII. Człowiek o czterdziestu talarach, zostawszy ojcem, zastanawia się nad mnichami

Kiedy człowiek o czterdziestu talarach został ojcem tęgiego chłopaka, zaczął się uważać za człowieka, który coś waży w państwie; spodziewał się dostarczyć królowi co najmniej dziesięciu poddanych, wszystkich użytecznych. Umiał on znakomicie robić koszyki; żona miała talent do krawieczyzny. Urodziła się w sąsiedztwie dużego klasztoru o stu tysiącach franków renty. Mąż spytał mnie pewnego dnia, czemu ci jegomoście, stanowiący szczupłą garstkę, pochłonęli tyle cząstek czterdziestotalarowych.

— Czy są użyteczniejsi ode mnie ojczyźnie?

— Nie, drogi sąsiedzie.

— Czy przyczyniają się, jak ja, do zaludnienia?

— Nie; przynajmniej nie przyznają się do tego.

— Czy uprawiają ziemię? Czy bronią kraju, kiedy jest w niebezpieczeństwie?

— Nie, modlą się za ciebie.

— Więc dobrze! Ja się będę modlił za nich; podzielmy się. Ile sądzisz pan, że klasztory mieszczą tych użytecznych ludzi obojga płci w całym królestwie?

— Wedle zestawień intendentów sporządzonych z końcem zeszłego wieku było ich około dziewięćdziesięciu tysięcy.

— W myśl naszego dawnego rachunku powinni by, licząc po czterdzieści talarów na głowę, posiadać jedynie dziesięć milionów osiemset tysięcy funtów: ile mają?

— Do pięćdziesięciu milionów, licząc msze i kwesty, które formalnie okładają lud znacznym podatkiem. Kwestarz pewnego paryskiego klasztoru chwalił się publicznie, że jego sakwy dają rocznie osiemdziesiąt ogolonych tysięcy.

— Policzmyż, ile daje każdemu pięćdziesiąt milionów podzielonych między dziewięćdziesiąt tysięcy ogolonych pałek?

— Pięćset pięćdziesiąt pięć funtów. Jest to znaczna suma w licznym zgromadzeniu, gdzie wydatki zmniejszają się w stosunku do ilości głów; o wiele bowiem taniej wypada dziesięciu osobom życie razem, niż gdyby każda miała oddzielnie mieszkanie i stół.

— Eks-jezuici, którym wyznaczono dziś po czterysta funtów pensji, stracili tedy na tym układzie?

— Nie sądzę; prawie wszyscy bowiem osiedli u krewnych, którzy im dopomagają; wielu z nich odprawia mszę za pieniądze, czego nie robili przedtem; inni zostali wychowawcami; inni wiszą przy dewotkach; każdy zaczepił się o coś; niewielu jest dziś może takich, którzy pokosztowawszy świata i swobody, chcieliby podjąć dawne kajdany. Życie klasztorne jest mimo wszystko nie do pozazdroszczenia. Znane jest powiedzenie, że mnichy to ludzie, którzy się skupiają, nie znając się, żyją, nie kochając się, i umierają, nie żałując się wzajem.

— Myśli pan tedy, że oddałoby się im większą przysługę, rozdziewając ich wszystkich z habitów?

— Zyskaliby na tym z pewnością wiele, a państwo jeszcze więcej; wróciłoby się ojczyźnie obywateli i obywatelki, którzy wyrzekli się lekkomyślnie swej wolności w wieku, w którym prawo nie pozwala nikomu rozrządzać ani dziesięciu susami renty; wydobyłoby się trupy z grobów: byłoby to prawdziwe zmartwychwstanie. Domy ich zmieniłyby się w ratusze, szpitale, szkoły publiczne lub też posłużyłyby na fabryki; ludność zwiększyłaby się, rzemiosła by się podniosły. Można by zmniejszyć bodaj liczbę tych dobrowolnych ofiar, ograniczając ilość nowicjuszów: kraj miałby więcej użytecznych ludzi, a mniej nieszczęśliwych. Jest to pogląd wszystkich władz, jednogłośnie życzenie publiczne od czasu, jak światło wstąpiło w umysły. Przykład Anglii i tylu innych państw jest oczywistym dowodem potrzeby tej reformy. Co by robiła dziś Anglia, gdyby zamiast czterdziestu tysięcy marynarzy miała czterdzieści tysięcy mnichów?106 Im bardziej sztuki i rzemiosła się rozwinęły, tym potrzebniejsza się stała mnogość pracowitych poddanych. Jest z pewnością w klasztorach wiele zagrzebanych, tym samym straconych dla państwa talentów. Aby kraj był kwitnący, trzeba mu jak najmniej księży, a jak najwięcej rękodzielników. Nieuctwo i barbarzyństwo naszych ojców nie powinno być dla nas prawidłem, ale wskazówką, byśmy czynili to, co oni by czynili, gdyby byli na naszym miejscu z naszą wiedzą.

— Zatem nie przez nienawiść dla mnichów chciałbyś pan ich usunąć? Nie, przez litość dla nich, przez miłość ojczyzny. Myślę jak pan: nie chciałbym, aby mój syn był mnichem; i gdybym przyjmował, że mam mieć dzieci po to, aby nimi zaludnić klasztory, nie zbliżyłbym się już do swojej żony.

— Któryż w istocie dobry ojciec rodziny nie wzdycha, widząc, że syn jego i córka straceni są dla społeczeństwa. To się nazywa „zbawić duszę”. Ależ żołnierza, który ucieka107, kiedy trzeba walczyć, spotyka kara. Jesteśmy na żołdzie społeczeństwa; popełniamy dezercję, kiedy je opuszczamy. Dziewięćdziesiąt tysięcy zamkniętych mnichów, którzy beczą przez nos po łacinie, mogłoby dać państwu po dwóch poddanych: to czyni sto osiemdziesiąt tysięcy ludzi, których dławią w zarodku. Po upływie stu lat strata jest ogromna. To rzecz udowodniona.

Czemuż tedy idea zakonna przeważyła? Bo rząd był prawie wszędzie wstrętny i głupi od czasów Konstantyna108; bo cesarstwo rzymskie miało więcej mnichów niż żołnierzy; bo było ich sto tysięcy w samym Egipcie; bo byli wolni od pracy i podatków; bo naczelnicy barbarzyńskich narodów, które zniweczyły cesarstwo, stawszy się chrześcijanami, aby panować nad chrześcijanami, uprawiali najstraszliwszą tyranię: bo ludzie rzucali się gromadnie do klasztorów, aby ujść wściekłości tych tyranów, i pogrążali się w jedną niewolę, aby uniknąć drugiej; bo papieże, stanowiąc tyle rozmaitych zakonów świętego próżniactwa, czynili sobie tyluż poddanych w innych państwach; bo chłop woli nazywać się wielebnym ojcem i rozdawać błogosławieństwa niż chodzić za pługiem; bo nie wie, że pług jest szlachetniejszy od habitu; bo woli raczej żyć na koszt głupców niż z uczciwej pracy; bo nie wie wreszcie, że zostając mnichem, gotuje sobie nieszczęśliwe dni, utkane z nudy i żalów.

— Zatem precz z mnichami, dla ich i naszego szczęścia. Ale z przykrością słyszę z ust dziedzica mojej wioski, ojca czterech chłopców i trzech córek, że nie zdołałby im zapewnić przyszłości, o ile nie odda córek do klasztoru.

— Ta pobudka, którą słyszy się aż nazbyt często, jest okrutna, niepatriotyczna, wroga społeczeństwu. Za każdym razem, kiedy można rzec o jakimś zawodzie, bez względu na to jakim: „Gdyby wszyscy jęli się tego zawodu, rodzaj ludzki byłby zgubiony”, jasnym jest, że ten zawód jest zły i że ten, kto go obiera, szkodzi ile tylko może rodzajowi ludzkiemu.

Otóż, jasnym jest, że gdyby wszyscy chłopcy i dziewczęta zamknęli się w klasztorach, świat by zginął; zatem habit jest przez to samo wrogiem rodzaju ludzkiego, niezależnie od straszliwych nieszczęść, jakie sprawia niekiedy.

— Czy nie można by tego samego powiedzieć o żołnierzach?

— Nie, z pewnością; jeżeli bowiem każdy obywatel kolejno nosi oręż, jak niegdyś we wszystkich republikach, a zwłaszcza w Rzymie, żołnierz jest tym lepszym rolnikiem; żołnierz-obywatel żeni się, walczy za swą żonę i dzieci. Dałby Bóg, aby każdy rolnik był żołnierzem i ojcem rodziny! Byliby wybornymi obywatelami. Ale mnich jako mnich zda się tylko na to, aby zjadać mienie współobywateli: to prawda powszechnie uznana.

— Ale córki, proszę pana, córki ubogiej szlachty, których nie można wydać za mąż, cóż zrobią?

— Zrobią, powiedziano to tysiąc razy, to, co robią dziewczęta w Anglii, Szkocji, Irlandii, Szwajcarii, Holandii, połowie Niemiec, w Szwecji, Norwegii, Danii, w kraju Tatarów, Turków, w Afryce, i prawie całej reszcie ziemi; będą z nich o wiele lepsze żony, lepsze matki, o ile wejdzie w zwyczaj, jak w Niemczech, żenić się bez posagu. Gospodarna i pracowita kobieta przyniesie domowi więcej korzyści niż córka finansisty, która więcej wyda na fatałaszki, niż wniosła mężowi dochodu.

Trzeba, aby istniały schroniska dla starości, kalectwa, szpetoty. Ale przez najohydniejsze nadużycie fundacje istnieją jedynie dla osób młodych i urodziwych. Zaczynają w klasztorze od tego, iż każą nowicjuszom obojga płci ukazać swą nagość, mimo wszelkich prawideł wstydu; badają ich uważnie z przodu i z tyłu. Niech garbata staruszka zechce wstąpić do zakonu, wypędzą ją ze wzgardą, o ile nie wniesie olbrzymiego posagu. Co mówię! Każda zakonnica musi mieć posag, inaczej jest popychadłem klasztoru. Niepodobna o straszliwsze nadużycie.

— Tak, tak, toteż przysięgam panu, że z moich córek nie będą zakonnice. Nauczą się prząść, szyć, robić koronki, haftować, być pożyteczne. Uważam śluby zakonne za zbrodnię przeciw ojczyźnie i przeciw samemu sobie. Wytłumacz mi pan, proszę, jak to być może, że jeden z moich przyjaciół, chcąc się sprzeciwić całemu światu, utrzymuje, że mnichy są bardzo użyteczne dla zaludnienia kraju, ponieważ ich zabudowania lepiej są utrzymane niż szlacheckie, a ziemie lepiej uprawne.

— Ej! Któż to taki głosi tak dziwne zasady?

— To Przyjaciel ludzi109, lub raczej mnichów.

— Żartował widać; wie nadto dobrze, że dziesięć rodzin, z których każda ma pięć tysięcy funtów renty w ziemi, są sto razy, tysiąc razy bardziej użyteczne niż klasztor, który posiada pięćdziesiąt tysięcy funtów rocznie i który zawsze ma tajemny skarbczyk. Chwali piękne domostwa wznoszone przez mnichów, a właśnie to drażni obywateli; to przyczyna skarg całej Europy. Ślub ubóstwa wyklucza pałace, jak ślub pokory sprzeciwia się dumie, a ślub unicestwienia rodzaju sprzeciwia się naturze.

— Zaczynam wierzyć, że trzeba się bardzo mieć na baczności przed książkami.

— Trzeba poczynić sobie z nimi tak jak z ludźmi: wybierać mądre, badać je i poddawać się jedynie oczywistości.

IX. O podatkach na rzecz zagranicy

Przed jakimś miesiącem człowiek o czterdziestu talarach przyszedł do mnie, trzymając się za boki od śmiechu; śmiał się tak serdecznie, że i ja zacząłem się śmiać, nie wiedząc o co chodzi. Tak człowiek skłonny jest do naśladowania! Tak dalece rządzi nami instynkt! Tak zaraźliwe są silne poruszenia duszy!

Ut videntibus arrident, ita flentibus adflent110

Humani vultus111.

Wyśmiawszy się do syta, opowiedział mi, że spotkał człowieka, który się głosił protonotariuszem Stolicy Apostolskiej: człowiek ten wysyłał dużą sumę pieniężną pewnemu Włochowi mieszkającemu o trzysta mil, w imieniu Francuza, któremu król dał małe lenno. Otóż Francuz ten nie mógłby korzystać z dobrodziejstwa króla, o ile by nie oddał temu Włochowi pierwszego roku swego dochodu112.

— To zupełna prawda — rzekłem — ale nie ma w tym nic tak zabawnego. Drobne prawa tego rodzaju kosztują Francję około czterystu tysięcy rocznie; od półtrzecia113 wieku blisko, przez które trwa ten zwyczaj, wywieźliśmy do Włoch osiemdziesiąt milionów.

— Boże wszechmogący! — wykrzyknął. — Ileż to razy po czterdzieści talarów! Czyż tedy ten Włoch podbił nas przed półtrzecia wiekiem i nałożył na nas ten haracz?

— Ba — rzekłem — nakładał nam niegdyś o wiele uciążliwsze. To drobiazg w porównaniu do tego, co ściągał przez długi czas z naszego biednego narodu i z innych biednych narodów w Europie.

Po czym opowiedziałem mu, w jaki sposób utrwaliły się te święte uzurpacje; zna nieco historii, ma rozsądek, i zrozumiał łatwo, że byliśmy niewolnikami, którzy wloką jeszcze kawałek łańcucha. Długo przemawiał z siłą przeciw temu nadużyciu, ale z jakim szacunkiem dla samej religii! Z jaką czcią dla biskupa! Jak życzył im wiele razy po czterdzieści talarów, iżby je wydawali w swoich diecezjach na dobre uczynki!

Pragnął także, aby wszyscy proboszcze wiejscy mieli dostateczną ilość czterdziestu talarów, aby mogli żyć przystojnie.

— Smutne jest – mówił — aby proboszcz zmuszony był prawować się o trzy snopki zboża ze swoją owieczką i aby jego prowincja nie opłacała go hojnie. Wstyd jest, aby jegomość był zawsze w procesie z dziedzicem wioski. Te wieczne spory o urojone prawa, o dziesięciny, niweczą szacunek, jaki się im należy. Nieszczęśliwy rolnik, który już zapłacił poborcom swoją dziesięcinę i dwa su od gruntu, i pogłówne, i podymne, i wykup od kwaterunku, skoro już dał kwaterę w naturze, etc., etc.; ten nieszczęśnik, powiadam, któremu jeszcze proboszcz wydziera dziesiątą część zbioru, nie patrzy nań jako na swego pasterza, ale jako na swego łupieżcę, który zeń zdziera tę resztkę skóry, jaka mu pozostaje. Czuje dobrze, że ten, kto mu zabiera co dziesiąty snopek wedle prawa bożego, popełnia diabelskie okrucieństwo, nie biorąc w rachubę tego, co go kosztowało wyhodowanie tego snopka. Co zostaje dla niego i dla rodziny? Płacz, głód, zniechęcenie, rozpacz; umiera z wycieńczenia i nędzy. Gdyby proboszcz płatny był przez prowincję, byłby pociechą swoich parafian, miast by go mieli uważać za wroga.

Zacny człowiek rozczulił się, mówiąc te słowa; kochał ojczyznę, dobro publiczne było jego ciągłą myślą. Wykrzykiwał czasami: „Ach, Francja! Co by to był za naród, gdyby się chciało!”

Poszliśmy zobaczyć jego syna, któremu matka, schludna i czysto umyta, podawała bujną i białą pierś. Dziecko było bardzo ładne.

— Ach — westchnął ojciec — jesteś oto i masz jedynie prawo do dwudziestu trzech lat i czterdziestu talarów!

X. O stosunkach

Iloczyn liczb skrajnych w proporcji równy jest iloczynowi środkowych114, ale dwa skradzione worki zboża nie są dla tych, którzy je ściągnęli tym, czym strata ich życia dla osoby okradzionej.

Przeor z D***, któremu dwaj parobcy skradli dwa korce zboża, powiesił niedawno obu winowajców. Egzekucja ta kosztowała go więcej, niż wart był cały jego zbiór; w dodatku od tego czasu nie może znaleźć służby.

Gdyby prawa nakazały, że ten, kto skradnie zboże swego pana, ma uprawiać jego pole całe życie, z kajdanami na nogach i dzwonkiem u szyi, przywiązany do pręgierza, przeor zyskałby na tym bardzo wiele.

Trzeba postrachu dla zbrodni, ale przymusowa praca i twardy wstyd bardziej przerażają niż szubienica. Przed kilku miesiącami skazano pewnego zbrodniarza w Londynie na wywiezienie do Ameryki, iżby tam uprawiał wraz z Murzynami plantacje cukru. W Anglii, jak w wielu innych krajach, każdy zbrodniarz ma prawo przedkładać królowi podanie, bądź aby uzyskać zupełne ułaskawienie, bądź też zmniejszenie kary. Ten wniósł prośbę, aby go powieszono: oświadczał, iż śmiertelnie nienawidzi pracy i że raczej woli dławić się minutę niż wyrabiać cukier całe życie.

Inni mogą myśleć inaczej, każdy ma swój gust; ale powiedziano to już i trzeba to powtarzać, że wisielec nie zda się na nic, kary zaś powinny być użyteczne. Kilka lat temu skazano w Tartarii dwóch młodych ludzi na pal za to, że nie zdjęli czapki, patrząc na procesję lamów115. Cesarz chiński116, który jest człowiekiem bardzo inteligentnym, rzekł, iż skazałby ich na chodzenie z gołą głową za procesją przez trzy miesiące.

Miarkujcie kary wedle występków, rzekł margrabia Beccaria117; ci, którzy tworzyli prawa, nie znali geometrii.

Jeżeli ksiądz Guyon118 albo Cogé119, albo eks-jezuita Nonotte, albo eks-jezuita Patouillet, albo pastor La Beaumelle120 klecą nędzne, broszury, w których nie ma ani prawdy, ani rozsądku, ani dowcipu121, czy powiesicie ich, jak przeor z D*** swoich dwóch parobków, motywując to tym, że potwarz jest większym występkiem od kradzieży?

Czy skażecie samego Frerona122 na galery za to, że obrażał dobry smak i kłamał całe życie w nadziei, iż wypłaci się swemu szynkarzowi?

Czy każecie przykuć do pręgierza imć Larchera123 za to, że był ciężki i nudny, że piętrzył głupstwo na głupstwie, że nie umiał nigdy ocenić stopnia prawdopodobieństwa, za to, że twierdzi, iż w starożytnym i olbrzymim mieście, sławnym ze swego porządku i zazdrości mężów, słowem w Babilonie, gdzie kobiety były pod strażą eunuchów, wszystkie księżniczki obdarzały z pobożności swymi łaskami w katedrze, publicznie, cudzoziemców za pieniądze?124 Zadowólmy się wysłaniem go w to miejsce, iżby szukał szczęścia; bądźmy we wszystkim umiarkowani; trzeba stosunku między winą a karą.

Darujmy temu biednemu Janowi Jakubowi125, kiedy sam sobie przeczy w każdym słowie; kiedy, wystawiwszy sam komedię wygwizdaną w teatrze w Paryżu, wymyśla tym, którzy wystawiają komedie o sto mil stamtąd126; kiedy szuka protektorów i znieważa ich127; kiedy deklamuje przeciw powieściom, a sam pisze powieść, której bohater, głupawy bakałarzyna, przyjmuje jałmużnę od Szwajcarki128, zrobiwszy jej dziecko, i który idzie strwonić te pieniądze w zamtuzie129 paryskim; pozwólmy mu wierzyć, że przewyższył Fenelona130 i Ksenofona131, kształcąc młodego szlachcica w rzemiośle stolarza: te płaskie brednie nie zasługują na karę więzienia132: szpital wariatów wystarczy zupełnie, wraz z krzepiącą polewką, puszczeniem krwi i dietą.

Brzydzę się prawami Drakona133, które jednako karały zbrodnie i błędy, złość i szaleństwo. Nie traktujmy jezuity Nonotte, który winien jest jedynie pisania głupstw i paszkwilów, tak jak potraktowano jezuitów Malagridę, Oldcorna, Garneta, Guignarda, Guereta134 i jak powinno się potraktować jezuitę Le Telliera135, który oszukał króla i zamącił spokój Francji. Rozróżniajmy przede wszystkim w każdym procesie, w każdej sprzeczce, w każdej zwadzie napastnika od znieważonego, ciemiężcę od uciśnionego. Wojna zaczepna jest dziełem tyrana; ten, kto się broni, to człowiek sprawiedliwy.

Tonąłem w takich myślach, kiedy wpadł do mnie człowiek o czterdziestu talarach, cały zapłakany. Spytałem go z przejęciem, czy jego syn, który miał żyć dwadzieścia trzy lata, umarł.

— Nie — odparł — malec ma się dobrze, i żona także; ale wezwano mnie jako świadka przeciw młynarzowi, którego poddano torturze zwyczajnej i nadzwyczajnej i który okazał się niewinny; widziałem, jak omdlał przy ponawianych torturach, słyszałem, jak trzeszczą kości; słyszę jeszcze jego krzyki, wycia, prześladują mnie; płaczę z litości i drżę ze zgrozy.

Zacząłem płakać i drżeć również, jestem bowiem bardzo tkliwy.

Przypomniałem sobie wówczas okropną sprawę Calasów136, najzacniejszą matkę w kajdanach, córki uchodzące z płaczem z domu wydanego na grabież; czcigodnego ojca rodziny złamanego torturą, ginącego pod kołem i oddającego ducha w płomieniach; syna skutego w kajdany, zawleczonego przed sędziów, z których jeden rzekł: „Łamaliśmy kołem twego ojca, będziemy łamali i ciebie”.

Przypomniałem sobie rodzinę Sirwenów137, którą jeden z moich przyjaciół spotkał w górach okrytych lodem, uchodzącą przed prześladowaniem niesprawiedliwego i ciemnego sędziego. „Sędzia ten — opowiadał mi przyjaciel — skazał całą tę niewinną rodzinę na męki, przyjmując bez cienia dowodu, że rodzice przy pomocy dwóch córek zamordowali i utopili trzecią, z obawy, by nie poszła na mszę”. Jakiż bezmiar głupoty, niesprawiedliwości i barbarzyństwa ujrzałem w takich wyrokach!

Boleliśmy wraz z człowiekiem o czterdziestu talarach nad naturą ludzką. Miałem w kieszeni przemówienie generalnego adwokata w Delfinacie138, tyczące częściowo tych doniosłych przedmiotów, i odczytałem mu zeń następujące ustępy.

„Zaiste, byli to ludzie naprawdę wielcy, ci, którzy odważyli się pierwsi objąć rząd nad swymi bliźnimi i wziąć na barki brzemię powszechnego szczęścia; którzy w imię dobra, jakie chcieli świadczyć ludziom, wystawiali się na ich niewdzięczność i dla spokoju ludu wyrzekli się własnego spokoju; stanęli niejako między ludźmi a Opatrznością, aby im sztuką stworzyć szczęście, które zdawało się im wzbronione.

*

Któryż urzędnik nieco bardziej po ludzku biorący swoje obowiązki byłby zdolny bronić tych pojęć? W zaciszu swego gabinetu czyż zdoła, nie zadrżawszy od grozy i litości, rzucić okiem na te papiery, nieszczęsne pomniki zbrodni lub niewinności? Czy nie wyda mu się, że słyszy jęki wychodzące z tych złowrogich pism i naglące go, aby rozstrzygnął o losie obywatela, męża, ojca, całej rodziny? Jakiż bezlitosny sędzia (jeśli ma na barkach bodaj jeden kryminalny proces) potrafi z zimną krwią przejść pod bramą więzienia? Więc to ja, pomyśli, trzymam w tym ohydnym zamknięciu mego bliźniego, może równego mi, mego współobywatela, człowieka wreszcie! To ja go wiążę co dzień, zamykam za nim te ohydne bramy! Może rozpacz chwyciła się jego duszy; krzyczy ku niebu moje imię wśród przekleństw i bez wątpienia wzywa na mnie wielkiego sędziego, który nas widzi i który ma sądzić nas obu.

*

Tutaj przerażający widok nastręczył się nagle mym oczom; sędzia, znużony badaniem słownym, postanawia badać przez męczarnie: zniecierpliwiony dociekaniami, może podrażniony ich bezowocnością, każe przynieść pochodnie, łańcuchy, obcęgi, wszystkie owe narzędzia wymyślone dla zadawania mąk. Kat wkracza w czynności sądowe i gwałtem kończy śledztwo rozpoczęte pod znakiem wolności.

Słodka filozofio! Ty, która w szukaniu prawdy posługujesz się jeno uwagą i cierpliwością, czy spodziewałaś się, iż w twoim wieku będą używać takich narzędzi do jej odkrycia?

Czyż to jest istotny fakt, iż nasze prawa zatwierdzają tę niepojętą metodę, a zwyczaj ją uświęca?

*

Prawa ich idą śladem i ich przesądów; kary publiczne nie ustępują w okrucieństwie postronnej zemście; czyny płynące z rozwagi nie mniej są bezlitosne od wybryków namiętności. Jakaż jest przyczyna tego dziwnego przeciwieństwa? Ta, iż nasze przesądy są dawne, a nasza moralność nowa; iż jesteśmy równie przesiąknięci naszymi uczuciami, jak niebaczni na nasze pojęcia; to, iż gonitwa za przyjemnością nie pozwala się nam zastanowić nad naszymi potrzebami i że bardziej nam jest pilno żyć niż dobrze żyć. Jednym słowem, obyczaje nasze są cywilizowane, ale nie są dobre; jesteśmy gładcy, ale nie jesteśmy nawet ludzcy”.

Urywki te, które wymowa podyktowała ludzkości, napełniły serce mego przyjaciela słodką pociechą. Podziwiał i roztkliwiał się.

— Jak to — mówił z przejęciem — więc powstają takie arcydzieła na prowincji? Mówiono mi, że istnieje na świecie jedynie Paryż.

— Jedynie Paryż — rzekłem — gdy chodzi o opery komiczne; ale dziś jest na prowincji wielu urzędników, którzy myślą równie zacnie, a wyrażają się równie silnie. Niegdyś orędzia sprawiedliwości, tak samo jak moralności, były jedynie śmieszne. Doktor Tępogłów miotał się na trybunie, a Arlekin na kazalnicy. Wreszcie przyszła filozofia i rzekła: „Przemawiajcie publicznie jedynie po to, aby głosić nowe i użyteczne prawdy, obleczone w wymowę uczuć i rozumu. — „Ale jeżeli nie mamy nic nowego do powiedzenia?” — wykrzyknęli gaduły. — „Milczcie wówczas — odparła filozofia. — Wszystkie te czcze oracje, zawierające jedynie frazesy, są jak świętojański ogień, rozpalany w dobie, w której najmniej trzeba gorąca; nie daje żadnej przyjemności i nie zostaje zeń nawet popiołu”. Niech cała Francja czyta dobre książki. Ale mimo postępu ludzkiego umysłu czyta się bardzo mało; a pomiędzy tymi, którzy się chcą niekiedy oświecić, większość czyta bardzo źle. Moi sąsiedzi grywają po obiedzie w angielską grę, którą z trudnością przychodzi mi wymówić, nazywa się bowiem whisk139. Wielu dobrych obywateli, wielu przemądrych pyszałków powiada, że książki to rzecz nic nie warta. Ależ, panowie, wiecież wy, że wami władają tylko książki? Czy wiecie, że kodeks cywilny, regulamin wojskowy i Ewangelia to książki, od których zawiśli jesteście w każdej chwili? Czytajcie, oświecajcie się; jedynie czytaniem krzepi się duszę; rozmowa rozdrabnia ją, gra zacieśnia.

— Nie mam do zbytku pieniędzy — odparł człowiek o czterdziestu talarach — ale jeżeli kiedy się dorobię, będę stałym gościem księgarni Marka Michała Reya140.

XI. O przymiocie

Człowiek o czterdziestu talarach mieszkał w małym miasteczku, gdzie nigdy od stu pięćdziesięciu lat nie stało załogą wojsko. W tym zapadłym kącie obyczaje były czyste jak powietrze, które go otacza. Nie wiedziano, iż gdzie indziej miłość może być zakażona niszczącą trucizną, że pokolenia całe ulegają zarazie już w zarodku i że natura na wspak samej sobie może uczynić tkliwość okropną, a rozkosz straszliwą; oddawano się miłości z niewinną beztroską. Przybyło wojsko i wszystko się zmieniło.

Dwaj porucznicy, kapelan pułkowy, jeden sierżant i jeden rekrut, przybyły prosto z seminarium, wystarczyli, aby zatruć dwanaście wsi w niespełna kwartał. Dwie krewniaczki człowieka o czterdziestu talarach okryły się ropiejącymi wrzodami; piękne włosy wypadły; głos ochrypł; oczy stężały i zgasły; wyblakłe i obrzękłe powieki nie domykały się. Kości ich zaczęła toczyć tajemna zgnilizna jak członki Araba Hioba141, mimo że Hiob nie miał nigdy tej choroby.

Chirurg pułkowy, człowiek wielce doświadczony, zmuszony był żądać pomocy władz, aby leczyć wszystkie dziewczęta w okolicy. Minister wojny, zawsze skłonny spieszyć z pomocą płci pięknej, posłał całą armię braciszków, którzy psuli jedną ręką to, co naprawiali drugą.

Człowiek o czterdziestu talarach czytał wówczas filozoficzną historię o Kandydzie142, tłumaczoną z niemieckiego oryginału doktora Ralfa, która to książka dowodzi, że wszystko jest dobrze i że było bezwarunkowo niemożliwe w najlepszym z możliwych światów, aby przymiot143, mór, kamień, piasek, skrofuły144 i inkwizycja nie wchodziły w skład wszechświata, tego wszechświata stworzonego jedynie dla człowieka, króla zwierząt i obrazu Boga, do którego najoczywiściej jest podobny jak dwie krople wody.

Czytał w prawdziwej historii Kandyda, iż słynny doktor Pangloss stracił przy kuracji jedno oko i jedno ucho.

— Och, och — mówił — czy moje krewniaczki, moje biedne krewniaczki, będą ślepe i bez ucha?

— Nie, nie — pocieszał go chirurg. — Niemcy mają ciężką rękę; my, Francuzi, leczymy dziewczęta pewnie, szybko i przyjemnie.

W istocie, ładne kuzyneczki wylizały się; tyle tylko że miały głowy spuchnięte przez sześć tygodni jak balon, straciły połowę zębów i pomarły na suchoty145 w pół roku później.

Podczas operacji krewniak ich i chirurg rozprawiali w ten sposób:

Człowiek o czterdziestu talarach: Czy podobna, proszę pana, aby natura połączyła tak straszliwe cierpienia z tak nieodzowną przyjemnością; tyle hańby z tylą chwały; aby niebezpieczniej było sporządzić dziecko niż zabić człowieka? Czy prawdą jest bodaj, na naszą pociechę, że ta plaga zmniejszyła się nieco na ziemi i że staje się z każdym dniem coraz mniej niebezpieczna?

Chirurg: Przeciwnie, rozszerza się coraz więcej w całej chrześcijańskiej Europie; dotarła aż do Syberii; w moich oczach zginęło od niej więcej niż pięćdziesiąt osób, między innymi pewien wielki wódz i pewien bardzo roztropny minister. Mało które wątłe piersi zdołają się oprzeć chorobie i lekarstwu. Dwie siostry, mała i duża146, jeszcze skuteczniej od mnichów sprzysięgły się przeciw rodzajowi ludzkiemu.