Koriolan1

OSOBY

  1. Kajus Marcjusz Koriolan — Rzymianin szlachetnego rodu
  2. Tytus Larcjusz — dowódca wojsk przeciw Wolskom
  3. Kominiusz — dowódca wojsk przeciw Wolskom
  4. Meneniusz Agryppa — przyjaciel Koriolana
  5. Sycyniusz Welutus — trybun ludu
  6. Juniusz Brutus — trybun ludu
  7. Młody Marcjusz — syn Koriolana
  8. Nikanor — Rzymianin
  9. Rzymski herold
  10. Tullus Aufidiusz — wódz Wolsków
  11. Powiernik Aufidiusza
  12. Adrian — Wolsk
  13. Sprzysiężeni w zmowie z Aufidiuszem
  14. Jeden z obywateli Ancjum
  15. Dwóch wolscyjskich wartowników
  16. Wolumnia — matka Koriolana
  17. Wirgilia — żona Koriolana
  18. Waleria — przyjaciółka Wirgilii
  19. Jedna ze służebnic Wirgilii
  20. Rzymscy i wolscyjscy senatorowie, patrycjusze, edylowie, liktorowie, żołnierze, obywatele, gońcy, słudzy Aufidiusza i inne osoby.

Rzecz dzieje się częścią w Rzymie2, częścią w posiadłościach Wolsków3 na południu, z miastami Koriole4 i Ancjum5.

AKT PIERWSZY

SCENA PIERWSZA

Ulica w Rzymie.

Tłum zbuntowanych obywateli wchodzi z kijami, pałkami i inną podobną bronią.

PIERWSZY OBYWATEL

Posłuchajcie mnie, nim się dalej udamy.

OBYWATELE

jeden przez drugiego

Mów, mów!

PIERWSZY OBYWATEL

Postanowiliście nieodmiennie wszyscy umrzeć raczej niż głód cierpieć?

OBYWATELE

Nie inaczej, nie inaczej.

PIERWSZY OBYWATEL

Trzeba wam przede wszystkim wiedzieć, że Kajus Marcjusz jest hersztem nieprzyjaciół ludu.

OBYWATELE

Wiemy o tym, wiemy.

PIERWSZY OBYWATEL

Zabijmy go więc, a będziemy mieć zboże za dowolną cenę. Zgadzacie się na to?

OBYWATELE

Zgadzamy się, nie ma się nad czym rozwodzić: idźmy, idźmy.

DRUGI OBYWATEL

Słowo, zacni obywatele.

PIERWSZY OBYWATEL

Myśmy biedni obywatele, zacnymi nazywają nas patrycjusze. To, co przeładowuje ich uprzywilejowane kiszki, nas by postawiło na nogi. Gdyby przynajmniej dla własnego zdrowia chcieli nam odstąpić przewyżki od swych potrzeb, moglibyśmy przypuścić, że nas z ludzkości wspierają, ale oni sądzą, że jesteśmy za kosztowni. Nasza chudość, widomy skutek nędzy naszej, jest tabelą specyfikacyjną ich intrat6, nasze cierpienia są dla nich lichwą. Zemścijmyż się za to, póki się nie obrócimy w szczapy, a bogom wiadomo, że mówię to, łaknąc chleba, nie zaś pragnąc zemsty.

DRUGI OBYWATEL

Nastajesz więc osobliwie7 na Kaja Marcjusza?

PIERWSZY OBYWATEL

Najbardziej na niego, bo on jest najzawziętszym na lud brytanem.

DRUGI OBYWATEL

Zważ, jakie on ojczyźnie wyświadczył przysługi.

PIERWSZY OBYWATEL

Nie przeczę, moglibyśmy mu za nie wdzięcznością zapłacić, ale on sam sobie płaci za nie dumą.

DRUGI OBYWATEL

Być może, w każdym razie jednak nie godzi się źle o nim mówić.

PIERWSZY OBYWATEL

Powiadam wam, że co bądź dobrego zrobił, zrobił to jedynie dla zaspokojenia dumy. Niech tam ludzie delikatni, jak chcą, mówią, że on ojczyznę miał na celu; ja nie przestanę utrzymywać, że celem jego było przypodobanie się matce i wyniosłość, w którą rośnie w miarę zasług.

DRUGI OBYWATEL

Poczytujecie mu za występek to, co leży w jego naturze i czego tym samym nie może się pozbyć. Nie możecie jednak żadną miarą powiedzieć, żeby był chciwy.

PIERWSZY OBYWATEL

Jeżeli tego powiedzieć nie mogę, nie idzie za tym, żeby mi brakło zarzutów, znalazłoby się ich tyle, że człowiek zmordowałby się ich wyliczaniem.

Krzyki za sceną.

Cóż to za krzyki? Tamta część miasta powstała. Czegóż tu stoim i paplem? Dalej, do Kapitolu8!

OBYWATELE

Dalej! Dalej!

PIERWSZY OBYWATEL

Cicho, któż się zbliża?

Wchodzi Meneniusz Agryppa.

DRUGI OBYWATEL

Szanowny Meneniusz Agryppa, ten był zawsze dobry dla ludzi.

PIERWSZY OBYWATEL

On jeden jako tako poczciwy, niechby wszyscy byli tacy tylko!

MENENIUSZ

Cóż się to święci, moi współrodacy?

Gdzież to idziecie z kijmi i pałkami?

O co wam idzie? Powiedzcie mi, proszę.

PIERWSZY OBYWATEL

Zamiar nasz nie jest senatowi obcy; już go przed piętnastu dniami doszły słuchy o tym, cośmy mieli na myśli, a co teraz postanowiliśmy przywieść do skutku. Panowie senatory mówią, że biedni suplikanci9 mają ciężki oddech, poznają teraz, że mają i ciężkie pięści.

MENENIUSZ

Moi panowie, łaskawcy, sąsiedzi,

Chcecie się sami o zgubę przyprawić?

PIERWSZY OBYWATEL

Nie boimy się tego, panie, bośmy już o nią przyprawieni.

MENENIUSZ

Mogę wam ręczyć, moi przyjaciele,

Że patrycjusze mają o was pieczę.

Co się waszego tyczy niedostatku

I waszej biedy podczas tego głodu,

Za to zarówno moglibyście miotać

Kijami w niebo, jak i w rzymskie państwo,

Które iść dalej będzie swoją drogą,

Rwąc krocie twardszych wędzideł niż wszelkie

Mogące przez was stawić się zawady.

Bo nieurodzaj zrządzają bogowie,

Nie patrycjusze, a u tych schylone

Kolana raczej mogłyby coś wskórać,

Nie podniesione ramiona. Niestety!

Niedola rzuca was w większą niedolę;

I złorzeczycie sterownikom państwa,

I przeklinacie jako nieprzyjaciół

Tych, co się o was jak ojcowie troszczą.

PIERWSZY OBYWATEL

Troszczą się o nas! Ba, i bardzo! Pięknie się troszczą: pozwalają nam umierać z głodu, a magazyny ich pełne zboża; wydają ustawy o lichwie, aby wspierać lichwiarzy; kasują co dzień zbawienne jakie prawo, stawiające tamę bogaczom, i co dzień uciążliwsze ogłaszają postanowienia ku uszczerbkowi i ograniczeniu biedaków10. Jeżeli nas wojna nie zje, oni to zrobią. Taka to ich troskliwość o nas.

MENENIUSZ

Albo musicie przyznać, że nad miarę

Złe macie serca, albo ścierpieć zarzut,

Że macie bardzo źle w głowie. Opowiem

Wam jedną powieść, jużeście ją może

Słyszeli kiedy, gdy jednakże ona

W obecnej chwili wielce jest stosowna,

Spróbuję ją wam raz jeszcze przytoczyć.

PIERWSZY OBYWATEL

Słuchamy jej, panie; nie spodziewajcie się jednak otumanić dykteryjkami naszej biedy. Mówcież więc.

MENENIUSZ

Onego czasu wszystkie członki ciała11

Zbuntowały się przeciw żołądkowi

I obwiniły go, że on jak przepaść

Spoczywa w ciele gnuśny i nieczynny,

Chłonąc pokarmy i nigdy nie dzieląc

Prac z resztą członków; gdy tymczasem one

Patrzą, słuchają, radzą, uczą, chodzą,

Czują i wzajem sobie pomagając,

Zaspokajają żądze i potrzeby

Całego ciała. Żołądek rzekł na to...

PIERWSZY OBYWATEL

Cóż on rzekł? Ciekawy jestem.

MENENIUSZ

Zaraz się o tym dowiecie. Z uśmiechem,

Nie takim jednak, co to idzie z serca,

Lecz oto takim (bo żołądek może

Nie tylko mówić, jak widzicie, ale

I śmiać się czasem) odparł on szyderczo

Niechętnym członkom, owym rozdąsanym

Organom, co mu zazdrościły bytu

Z równą słusznością, jak wy powstajecie

Na senatorów, że nie są takimi,

Jakbyście chcieli i jacyście sami.

PIERWSZY OBYWATEL

Niech wasz żołądek kpi sobie zdrów. Jak to?

Toż by król członków głowa, serce-radca,

Oko-stróż, ramię-żołnierz, koń nasz-noga,

Język-nasz herold, oprócz tylu innych

Ważnych narzędzi i pomniejszych cząstek

Naszej machiny, toż by to...

MENENIUSZ

Co? Cóż by?

Ten człowiek śmie mi przerywać! Co? Cóż by?

PIERWSZY OBYWATEL

Toż by to wszystko pasibrzuch żołądek....

Miał trzymać w klubach12; żołądek, ta istna

Kloaka ciała?

MENENIUSZ

Cóż dalej? Cóż dalej?

PIERWSZY OBYWATEL

Jakąż odpowiedź mógł dać ten pasożyt

Na zażalenie owych cnych13 działaczów?

MENENIUSZ

Zaraz wam powiem, jeżeli się tylko

Zdołacie zdobyć przez parę chwil na to,

Na czym wam zbywa, to jest na cierpliwość,

Będziecie słyszeć odpowiedź żołądka.

PIERWSZY OBYWATEL

Za długo się z nią ociągacie.

MENENIUSZ

Uważ14,

Mój przyjacielu, poważny żołądek

Nie tak był prędki jak strona skarżąca;

Zastanowiwszy się, tak odpowiedział:

„Prawda to, moi współwcieleni bracia,

Że ja karm15 wspólną nam pierwszy odbieram.

I słusznie, bom ja spichrz, bom ja magazyn

Całego ciała. Pomnijcie16 atoli17,

Że ją strumieńmi18 krwi waszej posyłam

Do dworu, w serce; do stolicy, mózgu;

I że rozliczną drogą różnych funkcyj

Najtęższe nerwy i najmniejsze żyłki

Biorą ode mnie swój dział pożywienia.

Skoro zaś, moi kochani — tak dalej

Mówił żołądek, uważajcie dobrze... —

PIERWSZY OBYWATEL

No, no, cóż dalej mówił pan żołądek?

MENENIUSZ

Skoro zaś wszyscy razem nie możecie

Widzieć naocznie, czego wam dostarczam,

Mogę wam moje rachunki pokazać,

Z których poznacie, że wszyscy ode mnie

Otrzymujecie sam ekstrakt wszystkiego,

Mnie zaś zostają gręzy19. — Cóż wy na to?

PIERWSZY OBYWATEL

Wzdyć20 to odpowiedź. Radzi byśmy tylko

Usłyszeć teraz jej zastosowanie.

MENENIUSZ

Senat nasz jest tym poczciwym żołądkiem,

A wy jesteście krnąbrnymi członkami.

Bo zważcie tylko jego trudy, jego

Gorliwą czynność; rozpoznajcie bacznie

To, co się tyczy publicznego dobra,

A przekonacie się sami, że wszelka

Ogólna korzyść, jaka wam przypada,

Od niego tylko pochodzi, nie od was.

Cóż na to waszmość, waszmość, mój ty wielki

Palcu u nogi tego zgromadzenia?

PIERWSZY OBYWATEL

Ja wielki palec u nogi? Dlaczego?

MENENIUSZ

Bo będąc jednym z najnieokrzesańszych,

Najnikczemniejszych, najbrudniejszych cząstek

Tej mądrej zgrai, stajesz na jej czele.

Nędzny odrzutku, znam cię: tyś tu przyszedł

Podszczuwać innych, byś sam coś skorzystał.

Dalej, do pałek! Rzym z szczurami swymi

Staje do walki, jedna strona musi

Wziąć wnyki. Witaj, szlachetny Marcjuszu!

Wchodzi Kajus Marcjusz.

MARCJUSZ

Witaj! Cóż się tu dzieje? Co to znaczy?

Niesforne gbury, dlaczegóż to drapiąc

Litości godną świerzbę21 swych mózgownic,

Chcecie powiększać swoje wrzody?

PIERWSZY OBYWATEL

Zawsze

Otrzymujemy od was dobre słowo.

MARCJUSZ

Kto by wam dobre dał słowo, ten byłby

Pochlebcą niższym nad wszelką pogardę.

Czegóż wy chcecie, trutnie, wy, co ani

Pokoju, ani wojny nie lubicie?

Jedno was straszy, drugie uzuchwala.

Kto wam zaufa, ten zamiast lwów znaleźć

Znajdzie zające, zamiast lisów — gęsi.

Statek wasz tym jest, czym iskra na lodzie,

Czym szron na słońcu. Cała wasza cnota

Na tym polega, aby pod niebiosa

Wynosić tego, kogo potępiły

Własne postępki, a potępiającą

Lżyć sprawiedliwość. Kto na cześć zasłużył,

Ten zasługuje na waszą nienawiść,

Życzenia wasze są jako apetyt

Chorego, który najbardziej pożąda

Tego, co może zwiększyć jego niemoc.

Kto wasze względy zyskuje, ten pływa

Płetwą z ołowiu, trzciną dęby rąbie.

Niech wam kat świeci! Wamże by zaufać?

Wam, co zmieniacie zdanie z każdą chwilą,

Szlachetnym zwiecie tego, co wam wczoraj

Był nienawistnym, a nikczemnym tego,

Co wczoraj jeszcze był ozdobą waszą?

Cóż się to znaczy, że się tu i owdzie

Włóczycie, wrzeszcząc, i wyszczekujecie

Na senat, który za przewodem bogów

Trzyma was w swoich opiekuńczych karbach,

Ażebyście się sami nie pożarli?

Czegoż oni chcą?

MENENIUSZ

Zboża i zniżenia

Jego wysokiej ceny, twierdzą bowiem,

Że miasto jest nim dobrze opatrzone22.

MARCJUSZ

Obwiesie! Oni to twierdzą? Jak świerszcze

Siedzą za piecem i wmawiają w siebie,

Że wiedzą, co się dzieje w Kapitolu:

Kto pozyskuje wziętość, kto się wznosi

I kto upada. Popierają fakcje23

I domniemane kojarzą małżeństwa.

Jednym dodają splendoru, a drugich,

Których nie lubią, obryzgują błotem

Gorzej niż swoje dziurawe chodaki.

I oni twierdzą, że mamy dość zboża?

O, gdyby senat chciał na bok odłożyć

Litość i miecza użyć mi pozwolił,

Nagromadziłbym z tych głów kapuścianych

Stos tak wysoki, jak najwyżej mogę

Dosięgnąć szpicą24 mej włóczni.

MENENIUSZ

Ci się już dali przekonać, bo chociaż

Na roztropności potężnie im zbywa,

Tchórzem są za to porządnie podszyci.

Ale powiedz mi, proszę, co się stało

Z tą drugą tłuszczą, tam?

MARCJUSZ

Już się rozpierzchła.

Niech im kat świeci! Mówili, że głodni,

Stękali, plotąc przysłowia, jako to:

Że głód rozbija mury, że psy nawet

Dostają strawy, że chleb jest dla wszystkich,

Co mają gęby, że bogowie dają

Zboże nie tylko dla bogatych. W takich

I tym podobnych bzdurstwach wyzionęli

Swe użalania, którym czyniąc zadość,

Postanowiono, zgodnie z ich życzeniem,

Coś, co szlachetną myśl przejmuje zgrozą

I śmiałą władzę w bladą lalkę zmieni.

Zaczęli wtedy rzucać czapki w górę,

Jakby je chcieli zawiesić na obu

Rogach księżyca, i jak opętani

Wrzeszczeć z radości.

MENENIUSZ

Cóż postanowiono?

MARCJUSZ

Pięciu trybunów wedle ich wyboru25,

Którzy praw szui strzec i bronić mają.

Jednym obrany został Juniusz Brutus,

Drugim Sycyniusz Welutus, kto więcej,

Nie wiem. Do kroćset siarczystych piorunów!

Prędzej byłoby to szubrawcze plemię

Z całego Rzymu pozdzierało dachy,

Niżby zdołało było coś takiego

Wymóc ode mnie. Wezmą oni wkrótce

Większą przewagę i, poparci buntem,

Przyjdą nam podać trudniejsze warunki.

MENENIUSZ

Rzecz dziwna.

MARCJUSZ

Precz stąd do domów, hultaje!

Goniec nadchodzi.

GONIEC

Gdzie Kajus Marcjusz?

MARCJUSZ

Tu, cóż mi obwieścisz?

GONIEC

To, że Wolskowie wzięli się do broni.

MARCJUSZ

Cieszę się z tego, będziem przecie mogli

Przewietrzyć trochę ten stęchły kram gminu;

Lecz oto nasza starszyzna.

Kominiusz, Tytus Larcjusz i inni senatorowie, Juniusz Brutus i Sycyniusz Welutus wchodzą.

PIERWSZY SENATOR

Marcjuszu,

Prawdę mówiłeś: Wolskowie istotnie

Podnieśli oręż.

MARCJUSZ

Przywodzi im sławny

Tullus Aufidiusz, z którym twarda sprawa.

Grzeszę, zazdroszcząc mu jego wartości,

Zaprawdę, gdybym nie był tym, czym jestem,

Nim tylko być bym chciał.

KOMINIUSZ

Jużeście kiedyś

Szczerbili z sobą miecze?

MARCJUSZ

Gdyby jedna

Połowa świata drugą wzięła za łeb,

A on stał na tej samej ze mną stronie,

Umyślnie bym wszczął bunt dlatego tylko,

Abym go mógł mieć przeciw sobie. On jest

Lwem, na którego polowanie łechce

Mą dumę.

PIERWSZY SENATOR

Zacny Marcjuszu, chciej zatem

Pod Kominiuszem wziąć udział w tej wojnie.

KOMINIUSZ

Wszakżeś nam to już przyrzekł?

MARCJUSZ

Nie inaczej.

I wiernym słowu. Tytusie Larcjuszu,

Będziesz więc jeszcze raz świadkiem mojego

Spotkania z Aufidiuszem; wszakże będziesz?

Jeszcześ nie stępiał?

LARCJUSZ

Nie, Marcjuszu, wolę

Choćby o kuli pójść z drugimi walczyć

Niż zostać z tyłu.

MENENIUSZ

Szlachetna krew!

PIERWSZY SENATOR

Idźmy

Do Kapitolu, tam na nas czekają

Najlepsi nasi przyjaciele.

LARCJUSZ

Idźmy.

Ty nam przewodnicz, panie, i ty także,

Cny Kominiuszu, my za wami pójdziem.

Wam wprzód przystoi.

KOMINIUSZ

Szlachetny Marcjuszu!

PIERWSZY SENATOR

do obywateli

Dalej, do domu!

MARCJUSZ

Nie, niech pójdą z nami.

Wolskowie mają dość zboża; pozwólcie

Tym szczurom napaść się w ich spichrzach. Nuże,

Przezacna zgrajo, pokaż swą waleczność!

Senatorowie, Kominiusz, Marcjusz, Larcjusz i Meneniusz wychodzą. Obywatele wynoszą się chyłkiem.

SYCYNIUSZ

Jestże kto bardziej dumny niż ten Marcjusz?

BRUTUS

Nie wiem, kogo by z nim porównać.

SYCYNIUSZ

Będąc obrani trybunami ludu...

BRUTUS

Czy uważałeś26 jego wzrok i gesty?

SYCYNIUSZ

Nie, tylko jego przekąsy27.

BRUTUS

Gdy go rozdrażnisz, z bogów szydzić gotów.

SYCYNIUSZ

Drwić z spokojnego księżyca.

BRUTUS

Obecna wojna pożera go. Nie wie,

Jak się już nadąć, że tak jest waleczny.

SYCYNIUSZ

Tego rodzaju ludzie, połechtani

Bodźcem powodzeń, pogardzają cieniem,

Po którym chodzą w południe. Dlatego

Dziwi mnie, że on przy swej wyniosłości

Pod Kominiuszem nie wzbrania się służyć.

BRUTUS

Sławy, o którą mu idzie, a której

Nieskąpe względy już zyskał, nie można

Skuteczniej nabyć i łatwiej zarazem,

Jak stojąc za kimś będącym na czele,

Bo jeśli się co nie uda, powiedzą:

„Wódz temu winien” — choć wódz z swojej strony

Czynił, co tylko człowiek czynić może;

Głupia krytyka krzyczeć będzie wtedy:

„O, gdyby Marcjusz był tę rzecz prowadził!”

SYCYNIUSZ

Jeżeli się zaś powiedzie, opinia,

Która tak bardzo sprzyja Marcjuszowi,

Obierze z zasług Kominiusza.

BRUTUS

Z góry

Można przewidzieć, że połowa chwały

Kominiuszowej na Marcjusza spłynie,

Choćby ten na nią nie pracował. Wszystkie

Zaś jego chyby28 podniosą wysokość

Zalet Marcjusza, choćby Marcjusz w gruncie

Bynajmniej na to nie zasłużył.

SYCYNIUSZ

Pójdźmy

Posłuchać, co tam o wyprawie radzą

I w jaki sposób weźmie się ten człowiek

Do obecnego przedsięwzięcia.

BRUTUS

Idźmy.

Wychodzą.

SCENA DRUGA

Koriole. Wnętrze senatu.

Aufidiusz i senatorowie.

PIERWSZY SENATOR

Jesteś więc tego zdania, Aufidiuszu,

Że Rzym przeniknął nasze tajne plany

I wie, co knujem?

AUFIDIUSZ

Inneż zdanie wasze?

Kiedyż to u nas co bądź umyślono

I wykonano, żeby wprzód do Rzymu

Nie doszły o tym słuchy? Przed czterema

Niespełna dniami miałem stamtąd wieści,

Których treść na to wychodzi; jak myślę,

Mam list przy sobie; oto jest, słuchajcie.

czyta

„Zbierają wojska, nie wiadomo jednak,

Czy je chcą wysłać na wschód, czy na zachód,

Drożyzna wielka, lud wichrzy i słychać,

Że wódz Kominiusz, a z nim Marcjusz, dawny

Wasz nieprzyjaciel, którego jednakże

Rzymianie bardziej niż wy nienawidzą,

I Tytus Larcjusz, waleczny Rzymianin,

Kierują we trzech przygotowaniami

Do tej wyprawy. Snadź29 ona jest na was.

Pomyślcie nad tym”.

PIERWSZY SENATOR

Nasze wojska w polu.

Nie wątpiliśmy, że Rzym skory będzie

Dać nam odpowiedz.

AUFIDIUSZ

Ani się wam zdało

Stosownym plan nasz w tajemnicy trzymać

Tak długo, ażby śmiało mógł wyjść na wierzch;

Bo go Rzym w samym zarodzie przewąchał.

Przez to odkrycie zostajemy zbici

Z drogi do celu, który się zasadzał

Na wzięciu kilku miast, nimby się w Rzymie

O poruszeniach naszych dowiedziano.

DRUGI SENATOR

Dzisiaj niezwłocznie, zacny Aufidiuszu,

Nie tracąc czasu, śpiesz do swoich hufców;

My tu w Koriolach zostaniem ku straży

I ku obronie. Jeśli nas oblegną,

Przyjdź nam na odsiecz; nie sądzę jednakże,

Abyś ich znalazł przygotowanymi30.

AUFIDIUSZ

O, nie uwodźcie się31, mówię wam o tym

Jako o rzeczy pewnej, więcej powiem:

Liczne oddziały ich wojsk już są w marszu

I tu zmierzają. Żegnam was, panowie.

Jeśli się spotkam z Kajusem Marcjuszem,

Nie będzie żartów między nami, bośmy

Przysięgli sobie wzajem póty walczyć,

Póki jednemu z nas tchu nie zabraknie.

WSZYSCY

Niech cię bogowie wspierają!

AUFIDIUSZ

I w zdrowiu

Was utrzymują

PIERWSZY SENATOR

Żegnaj!

DRUGI SENATOR

Żegnaj!

WSZYSCY

Żegnaj!

Wychodzą.

SCENA TRZECIA

Rzym. Komnata w domu Marcjusza.

Wolumnia i Wirgilia siedzą na stołkach i szyją.

WOLUMNIA

Proszę cię, córko, śpiewaj, a przynajmniej bądź weselsza. Gdyby mój syn był moim mężem, bardziej bym się czuła szczęśliwa w jego nieobecności, która mu jedna sławę, niż w jego objęciach, które by mi świadczyły o jego miłości. Gdy jeszcze małym był chłopięciem, jedynym owocem mego żywota; gdy jego młodość i uroda wszystkich pociągała oczy; gdy inna matka takiego dziecka na całodzienne prośby królów nie byłaby odstąpiła jednej godziny spoglądania na nie, wtedy ja, marząc o jego przyszłości, myśląc, że ta piękna postać bez wieńca chwały byłaby tym, czym marny obrazek zawieszony na ścianie, znajdowałam uciechę w wyszukiwaniu dlań niebezpieczeństw, wśród których mógł się dobić chwały. Wysłałam go na krwawą wojnę, z której wrócił ozdobiony wieńcem dębowym32. Zaprawdę, córko, nie bardziej zadrgałam z radości, słysząc po raz pierwszy, że mi się urodziło dziecię płci męskiej, niż widząc po raz pierwszy, że się to dziecię pokazało mężem.

WIRGILIA

Lecz gdyby był zginął, o pani, gdyby był zginął!

WOLUMNIA

Wtedy jego dobre imię zastąpiłoby mi było miejsce syna i w nim bym się była odrodziła. Szczerze ci wyznaję, że gdybym miała dwunastu synów, z których by każdy stał na równi w mym sercu i każdy był mi tak drogi jak twój i mój kochany Marcjusz, wolałabym, żeby jedenastu szlachetnie umarło za ojczyznę, niż żeby jeden poza bitwą zmarniał na łożu rozkoszy.

Wchodzi Domownica.

DOMOWNICA

Pani, szlachetna sąsiadka, Waleria,

Przyszła odwiedzić was.

WIRGILIA

Błagam cię, pani,

Pozwól mi odejść.

WOLUMNIA

Zostań. Zdaje mi się,

Że słyszę odgłos trąb twojego męża,

Że widzę, jak w tej chwili Aufidiusza

Targa za włosy, a przed nim Wolskowie

Jak dzieci przed lwem stronią; zdaje mi się,

Że jestem przy tym, jak tupie i woła:

„Za mną tu, tchórze! Was w trwodze poczęto,

Chociaż byliście w Rzymie narodzeni”.

I łuskokrytą33 ręką obcierając

Skrwawione czoło, postępuje naprzód,

Na kształt żniwiarza, który postanowił

Zżąć wszystko albo utracić zarobek.

WIRGILIA

Skrwawione czoło! O, chroń go, Jowiszu34!

WOLUMNIA

Milcz, głupie dziecko! Krwawe znamię bardziej

Ozdabia męża niż złote trofea.

Piersi Hekuby, karmiące Hektora35,

Mniej były piękne niż Hektora czoło,

Gdy zeń krew ciekła pod ciosami Greków.

Powiedz Walerii, żeśmy ją gotowe

Przyjąć, jak zawsze.

Wychodzi Domownica.

WIRGILIA

O nieba, zasłońcie

Mego małżonka przed tym Aufidiuszem!

WOLUMNIA

Dziecinne modły! On zegnie zuchwały

Kark Aufidiusza i zdepce go nogą.

Domownica wprowadza Walerię i jej towarzyszkę.

WALERIA

Zacne niewiasty, bądźcie pozdrowione!

WOLUMNIA

Luba sąsiadko.

WIRGILIA

Miło mi widzieć was.

WALERIA

Jakże się macie? Zakute z was domatorki. Cóż to, szyjecie, widzę? Śliczne rąbki36, na poczciwość! Jakże się miewa twój mały synek, Wirgilio?

WIRGILIA

Dziękuję wam, łaskawa pani, zdrów jest, do usług waszych.

WOLUMNIA

Wolałby patrzeć na połysk mieczów i słuchać odgłosu trąb niż siedzieć przy swoim ochmistrzu37.

WALERIA

Walny38 chłopiec, prawdziwy syn swego ojca. Przeszłej środy przyglądałam mu się przez pół godziny, ma coś tak pewnego w sobie. Widziałam, jak pogonił za złotobarwnym motylem; schwytał go i puścił, dalejże znowu w pogoń za nim, i znowu go schwytał. Schwytawszy go znowu, czy to z gniewu, że upadł, czy to z innej jakiej przyczyny, zacisnął zęby i zgniótł go; powiadam wam, zgniótł go bez litości.

WOLUMNIA

To z ojca te raptusy.

WALERIA

Doprawdy, rzadkie dziecko.

WIRGILIA

Ladaco39, pani.

WALERIA

Odłóżcie na bok robotę i pójdźcie ze mną: muszę was dziś rozpróżniaczyć.

WIRGILIA

Wybacz, kochana pani, nie wyjdę na krok z domu.

WALERIA

Ani na krok?

WOLUMNIA

Wyjdzie, wyjdzie.

WIRGILIA

Przepraszam cię, matko: nie wyjdę, nie przestąpię progu domu, dopóki mój pan nie powróci z wojny.

WALERIA

Wstydź się, nierozsądnie czynisz, więżąc się tak w domu. Pójdź, odwiedzimy leżącą połogiem przyjaciółkę.

WIRGILIA

Życzę jej prędkiego wydobrzenia i odwiedzę ją w modłach moich, ale do niej pójść nie mogę.

WOLUMNIA

Dlaczego? Powiedz dlaczego?

WIRGILIA

Nie dla oszczędzenia sobie fatygi ani dla braku życzliwości ku niej.

WALERIA

Chcesz być drugą Penelopą40; powiadają jednak, że wszystkie jej prace pod niebytność Ulissesa41 posłużyły tylko do rozplenienia molów w Itace. Pójdź, chciałabym, żeby ten twój rańtuch42 tak był czuły jak twoje palce, ażebyś go z litości kłuć przestała. Pójdź, pójdź z nami.

WIRGILIA

Nie, kochana pani, wybacz mi; doprawdy nie pójdę.

WALERIA

Daj się namówić, a ja ci za to udzielę wybornych nowin o twym mężu.

WIRGILIA

Jeszcze ich być nie może, pani.

WALERIA

Jako żywo, nie żartuję; tej nocy nadeszły wieści od niego.

WIRGILIA

O pani! Czy podobna?

WALERIA

Tak jest, rzeczywiście; słyszałam to od jednego z senatorów. Rzecz się ma tak: Wolskowie wysłali wojsko, przeciw któremu pociągnął Kominiusz z częścią naszych sił. Twój mąż i Tytus Larcjusz rozłożyli się pod Koriolami; nie wątpią bynajmniej o pomyślnym skutku wyprawy i spodziewają się położyć wkrótce koniec tej wojnie. Wszystko to, na honor, szczerą jest prawdą; a teraz, proszę cię, pójdź z nami.

WIRGILIA

Miej mnie za wytłumaczoną, łaskawa pani; będę ci we wszystkim posłuszna prócz w tym jednym.

WOLUMNIA

Daj jej pokój, w takim usposobieniu, jak jest teraz, popsułaby nam dobry humor.

WALERIA

W istocie, i ja tak sądzę. Bądź więc zdrowa. Pójdźmy, szanowna przyjaciółko. Proszę cię, jeszcze raz, Wirgilio, wypraw za drzwi posępność i pójdź z nami.

WIRGILIA

Nie, kochana pani; rzetelnie powiadam, że nie mogę. Życzę wam dobrej zabawy.

WALERIA

Kiedy tak, bądźże zdrowa.

Wychodzą.

SCENA CZWARTA

Pod Koriolami.

Przy odgłosie trąb wchodzą z chorągwiami Marcjusz, Larcjusz, dowódcy i żołnierze, ku nim nadbiega Goniec.

LARCJUSZ

Nadchodzą wieści stamtąd. O co idzie,

Że się już starli?

MARCJUSZ

Konia mego stawiam

Przeciw twojemu, że jeszcze nie.

LARCJUSZ

Zgoda.

Czy wódz nasz starł się już z nieprzyjacielem?

GONIEC

Stoją naprzeciw siebie, ale jeszcze

Nie przemówili do siebie i słowa.

LARCJUSZ

Koń twój należy do mnie.

MARCJUSZ

Przyjmij odkup.

LARCJUSZ

Ani go sprzedam, ani go daruję,

Pożyczyć ci go wszakże gotów jestem

Na jakie pół sta43 lat. Wezwijmy miasto

Do poddania się.

MARCJUSZ

Dalekoż stąd stoją

Obydwa wojska?

GONIEC

O półtorej mili.

LARCJUSZ

Będziemy ich więc, a oni nas słyszeć.

A teraz, Marsie44, dodaj nam szybkości,

Abyśmy mogli nie otarłszy mieczów,

Ruszyć na pomoc naszym braciom w polu.

Nuże, surmacze45, dajcie znak.

Dają znak do rozmówienia się. Na murach ukazuje się kilku senatorów i mieszczan.

Tullus Aufidiusz jestli46 w murach waszych?

Odpowiadajcie.

PIERWSZY SENATOR

Nie ma go i nie ma

Nikogo, co by się lękał was bardziej

Niż on, który się wcale was nie lęka.

Słyszycie odgłos naszych trąb?

Odgłos trąb w oddali.

Wzywają

One do walki dzielną naszą młodzież.

Zburzym te mury prędzej, niżby one

Miały nas zamknąć jak bydło. Te bramy

Zdają się wprawdzie zatarasowane,

Ale podparte są tylko trzcinami;

Otworzą się wnet same. Czy słyszycie?

Powtórny odgłos trąb i wrzawa w oddaleniu.

Tam jest Aufidiusz, słyszycie, jak hula

Wśród waszych hufców rozbitych?

MARCJUSZ

Już walczą!

LARCJUSZ

Niech ten zgiełk będzie nam hasłem. Hej, drabin!

Bramy Korioli otwierają się nagle i Wolskowie wchodzą na scenę.

MARCJUSZ

Nie boją się nas i wychodzą. Dalej!

Zasłońcie serca tarczami i walczcie

Przy serc pomocy, pewniejszej niż tarcze.

Naprzód, waleczny Tytusie! Te łotry

Wyraźną sobie igraszkę z nas stroją.

Czuję po całym ciele pot wściekłości.

Dalej, żołnierze! Naprzód! Kto się cofnie,

Będzie w mych oczach Wolskiem i poczuje

Smak mego miecza.

Hasło do bitwy. Rzymianie i Wolskowie wychodzą, walcząc. Rzymianie zostają odparci do swych przekopów. Marcjusz powraca.

MARCJUSZ

Niech was tkną wszystkie zarazy południa!

Wy kały Rzymu, psy! Niech was okryją

Wrzody i trądy, byście wstręt budzili

Przed ukazaniem się, byście się wzajem

O milę z ciągiem wiatru zarażali!

O, gęsie dusze w powłoce człowieczej!

Jakżeście mogli uciec przed hałastrą,

Którą by małpy w puch rozbiły? Bodaj

Was Ereb47 schłonął! Wszystkie rany z tyłu.

Plecy czerwone, a oblicza blade

Z trwogi i znoju. Wróćcie do ataku

Albo, do wszystkich piorunów, porzucę

Nieprzyjaciela, a rzucę się na was;

Podnieście głowy! Poprawcie się! Jeśli

Śmiało natrzecie, zagnamy ich nazad

Między ich baby, tak jak oni teraz

Do tych przekopów nas odparli.

Powtórne hasło do bitwy. Wolskowie i Rzymianie stają znowu naprzeciw siebie i walka znowu się wszczyna. Wolskowie cofają się do miasta. Marcjusz ściga ich aż do bram.

Bramy otwarte: wesprzyjcie mnie teraz!

Szczęście otwiera je idącym naprzód,

Nie tym, co podle tył podają. Za mną!

Wbiega w bramę, która w tejże chwili zostaje za nim zatrzaśnięta.

PIERWSZY ŻOŁNIERZ

Szalona śmiałość! Niegłupim pójść za nim.

DRUGI ŻOŁNIERZ

Ani ja.

TRZECI ŻOŁNIERZ

Patrzcie, zatrzasnęli bramę!

Szczęk broni nie ustaje.

WSZYSCY

Będzie mu ciepło! Przepadł, ani wątpić.

Wchodzi Tytus Larcjusz.

LARCJUSZ

Co się z Marcjuszem stało?

WSZYSCY

Zginął pewnie.

PIERWSZY ŻOŁNIERZ

Zdążając krok w krok za pierzchającymi,

Wszedł z nimi razem do miasta, wtem nagle

Zamknięto bramy. Został się sam przeciw

Całej załodze.

LARCJUSZ

O szlachetny mężu!

W tobie jest lepszy hart niż w mieczu twoim,

Choć on ze stali; kiedy on się zgina,

Ty się wyprężasz. Opuszczono ciebie!

Rubin tak wielki jak ty obok ciebie

Straciłby wartość. Tyś był wojownikiem

Szkoły Katona48, nie tylko prawicą

Dzielnym i strasznym, lecz i siłą wzroku,

I brzmieniem głosu do gromu podobnym.

Takeś przerażać umiał nieprzyjaciół,

Że się zdawało, jakby świat miał febrę

I trząsł się w swoich posadach.

Marcjusz wraca skrwawiony i ścigany przez nieprzyjaciół.

PIERWSZY ŻOŁNIERZ

Patrz, wodzu!

LARCJUSZ

To Marcjusz, idźmy mu pomóc lub zginąć!

Walczą i wszyscy wchodzą do miasta.

SCENA PIĄTA

Wewnątrz miasta. Ulica.

Kilku Rzymian wchodzi z łupami.

PIERWSZY RZYMIANIN

Zaniosę to do Rzymu.

DRUGI RZYMIANIN

A ja to.

TRZECI RZYMIANIN

Zjedzże kaduka!49 Wziąłem to za złoto.

Wrzawa wojenna ciągle się daje słyszeć w oddali.

Marcjusz i Tytus Larcjusz wchodzą z trębaczami.

MARCJUSZ

Patrz no, ci trutnie ważą czas na równi

Z złamaną drachmą50. Ołowiane łyżki,

Bety, żelazo niewarte obola51,

Stare łachmany, które by kat pogrzebł

Razem z wisielcem: wszystko to zagarnia

Ta szuja jeszcze przed skończeniem bitwy.

Rzućcie mi zaraz precz tę drań52. — Słyszycie

Tę wrzawę, ten szczęk broni w tamtej stronie?

Tam wasz wódz, dalej do niego! Tam brodzi

W strugach krwi waszych współziomków Aufidiusz,

Cel nienawiści mojej. Cny Tytusie,

Weź pewną liczbę ludzi, ile trzeba

Do obsadzenia miasta; ja tymczasem

Z takimi, którzy mają szczyptę ducha,

Pospieszę w pomoc Kominiuszowi.

LARCJUSZ

Zacny człowieku, tyś ranny; po takiej

Gwałtownej pracy niepodobna53 tobie

Przedsiębrać nowej wyprawy.

MARCJUSZ

Bez pochwał,

Tytusie, jeszczem się wcale nie rozgrzał.

Bądź zdrów, ubytek tych kilku krwi kropel

Na zdrowie będzie mi, a nie na szkodę.

Tak się ukazać chcę Aufidiuszowi

I walczyć.

LARCJUSZ

Oby nadobna bogini

Fortuna54 chciała zakochać się w tobie,

I swymi czary odbijała miecze

Twych przeciwników! Dzielny wojowniku,

Niech szczęście będzie ci giermkiem!

MARCJUSZ

A tobie

Tak wiernym druhem, jak tym, których wznosi

Najwyżej. Bywaj zdrów.

LARCJUSZ

O wzorze mężów!

Wychodzi Marcjusz

Idź zadąć w trąbę na rynku, każ na nim

Zebrać się pierwszym urzędnikom miasta!

Tam im zamiary oznajmimy nasze.

Wychodzą.

SCENA SZÓSTA

W pobliskości obozu Kominiusza.

Kominiusz z wojskiem w odwrocie wchodzi na scenę.

KOMINIUSZ

Nabierzcie nieco tchu, jestem z was kontent55.

Sprawiliście się, moi przyjaciele,

Tak, jak przystoi Rzymianom, w spotkaniu

Nielekkomyślnie, w odwrocie niepodle56.

Będziemy jeszcze musieli wytrzymać

Nowe natarcie wrogów. W ciągu walki

Dochodziły nas od czasu do czasu

Wiatrem niesione wojenne odgłosy

Naszych współbraci. Oby ich orężom

Bogowie rzymscy tak błogosławili,

Jak tego tobie życzym; aby nasze

Obydwa wojska radośnie złączone

Dziękczynną mogły im ofiarę złożyć!

Goniec nadbiega.

Cóż tam nowego?

GONIEC

Mieszkańcy koriolscy,

Zrobiwszy z miasta wycieczkę, wydali

Wojskom Larcjusza i Marcjusza bitwę.

Widziałem naszych odpartych do szańców,

I z tym przychodzę.

KOMINIUSZ

Choćbyś mówił prawdę,

Nie zdaje mi się, abyś dobrze mówił.

Jakże to dawno się stało?

GONIEC

Nie dawniej

Jak przed dwiema godzinami, wodzu.

KOMINIUSZ

Nie masz stąd mili57 do Koriol, dopiero

Cośmy słyszeli odgłosy ich kotłów.

Jakżeś mógł tyle czasu spotrzebować

Na przejście jednej mili i tak późno

Przybyć z tą wieścią?

GONIEC

Przednie straże Wolsków

W pogoń puściły się za mną, musiałem

Nadłożyć drogi trzy czy cztery mile;

Inaczej byłbym tu od pół godziny.

Wchodzi Marcjusz.

KOMINIUSZ

Któż to jest, co się tu zbliża, jak gdyby

Ze skóry go obdarto? O, bogowie!

To twarz, to postać Marcjusza, widziałem

Go już tak kiedyś.

MARCJUSZ

Przychodzę za późno?

KOMINIUSZ

Pasterz nie mógłby dokładniej odróżnić

Odgłosu grzmotu od brzęku grzechotki,

Jak ja odróżniam dźwięk głosu Marcjusza

Od głosu lichszych ludzi.

MARCJUSZ

Więc za późno?

KOMINIUSZ

Tak, jeśliś przyszedł tu nie we krwi innych,

Ale swą własną okryty.

MARCJUSZ

O, pozwól

Mi się uścisnąć ramieniem tak zdrowym

Jak wtedy, kiedy chodziłem w zaloty:

Z równie radosnym uczuciem jak wtedy,

Kiedyśmy ślubny dzień nasz obchodzili

I blask jarzących pochodni nam świecił

Do łóż małżeńskich.

KOMINIUSZ

Kwiecie wojowników!

Mów, co się dzieje z Tytusem Larcjuszem?

MARCJUSZ

To, co z kimś urząd sędziego pełniącym:

Dekretującym jednych na wygnanie,

A drugich na śmierć, ułaskawiającym

Jednych, a drugich przejmującym trwogą.

W imieniu Rzymu trzyma on Koriole,

Jakby na sforze58 ogara, którego

Puści, gdy zechce.

KOMINIUSZ

Gdzież jest ten niecnota,

Co mówił, że was odparto do szańców?

Niech się tu zaraz stawi.

MARCJUSZ

Daj mu pokój,

On prawdę mówił, bo te bohatery,

Co były ze mną (podła zbieranina!

Niech im kat świeci! Im dawać trybunów!),

Jak mysz przed kotem zemknęli przed zgrają

Gorszą od siebie.

KOMINIUSZ

Jakimże sposobem

Zwycięstwo przy was zostało?

MARCJUSZ

Zostawmy

Opowiadanie na później.

Gdzież nieprzyjaciel? Jesteście już pola

Bitwy panami? Jeśli nie, dlaczegoż

Stać się onymi zwlekacie?

KOMINIUSZ

Marcjuszu,

Ścieraliśmy się z niepomyślnym skutkiem

I cofnęliśmy się dla pomyślniejszej

Odmiany losu.

MARCJUSZ

Nie wiecie, jak stoją

Ich wojska i gdzie znajdują się ludzie,

W których swą ufność położyli?

KOMINIUSZ

Jeślim

Dobrze uważał, przednią straż trzymają

Ancjaci, czoło ich wojska, a wodzem

Ich jest Aufidiusz, jądro ich nadziei.

MARCJUSZ

Wodzu, zaklinam cię na wszystkie bitwy,

Któreśmy razem odbyli, na wszystką

Krew, którą obok siebie przeleliśmy;

Na ową przyjaźń, którąśmy przyrzekli

Sobie nawzajem — pozwól mi pójść przeciw

Aufidiuszowi i jego Ancjatom,

I to niezwłocznie. Napełniwszy przestwór

Podniesionymi mieczmi i włóczniami,

Doświadczmy szczęścia tej chwili.

KOMINIUSZ

Chociażbym

Wolał, ażebyś przede wszystkim innym

Pokrzepiającą wziął kąpiel i balsam

Pozwolił sobie przyłożyć na rany,

Nie śmiem się jednak opierać

Żądaniu twemu. Wybierz sobie ludzi,

Którzy najlepiej wesprzeć cię zdołają

W tym przedsięwzięciu.

MARCJUSZ

Są nimi ci, którzy

Najwięcej czują pochopu59 do tego.

Jeżeli tu jest kto taki (a grzechem

Byłoby wątpić), co lubi ten pokost,

Którym widzicie mnie pomalowanym;

Jeżeli tu jest kto taki, co mniej się

Uszczerbku ciała niż złej sławy lęka,

Co myśli, że śmierć szlachetna ma stokroć

Więcej wartości niż jałowe życie,

I bardziej kocha ojczyznę niż siebie,

Niech taki, wespół z podobnymi sobie,

Poruszy ręką — tak:

podnosi rękę i wstrząsa nią

Na okazanie

Swej gotowości, i uda się za mną.

Wszyscy wydają okrzyk i potrząsają mieczami, podnoszą go na ramionach i rzucają czapki w górę.

Mnie tylko? Tylko mnie? Cóż to, czy chcecie

Miecz ze mnie zrobić? Bez tych zwierzchnich oznak!

Któryż z was w gruncie niewart czterech Wolsków?

Któryż w spotkaniu z Aufidiuszem tak się

Nie złoży tarczą, jak on się nią składa?

Przecież choć wszystkim wam dziękuję, muszę

Pewną część tylko spomiędzy was wybrać,

Reszta dopełni swego obowiązku

W innym spotkaniu, gdy się pora zdarzy.

Marsz, więc! Niech czterech setników oddzieli

Z komendy swojej tych, co się okażą

Najbardziej skłonni do boju.

KOMINIUSZ

Ruszajcie,

Moi waleczni, stwierdźcie60 te oznaki

Męstwa czynami, a będziecie z nami

Dzielili wszelkie korzyści zwycięstwa.

Wychodzą.

SCENA SIÓDMA

Bramy Korioli.

Tytus Larcjusz, zostawiwszy załogę w Koriolach, idąc przy odgłosie trąb i kotłów na pomoc Kominiuszowi i Marcjuszowi, wchodzi na scenę z Namiestnikiem swoim, oddziałem żołnierzy i przewodnikiem.

LARCJUSZ

Niech bramy będą strzeżone, pełnijcie

Waszą powinność tak, jakem wam wskazał;

Jeżeli przyślę, wyprawcie natychmiast

Tamte centurie61, reszta ich wystarczy

Do utrzymania się jakiś czas. Jeśli

Przegramy bitwę, będziemy musieli

Opuścić miasto.

NAMIESTNIK

Spuść62 się na nas, wodzu.

LARCJUSZ

Idźcie i bramy zamknijcie za sobą.

Hej, przewodniku, postępuj przed nami —

I do rzymskiego prowadź nas obozu.

Wychodzą.

SCENA ÓSMA

Pole bitwy pomiędzy obozami Rzymian i Wolsków.

Wrzawa wojenna. Marcjusz i Aufidiusz wchodzą.

MARCJUSZ

Z tobą chcę tylko walczyć, boś ty dla mnie

Nienawistniejszy niż krzywoprzysięzca.

AUFIDIUSZ

Równieśmy sobie nienawistni. Nie ma

W Afryce węża, którym bym się bardziej

Brzydził niż twoją sławą i zuchwalstwem.

Trzymaj się krzepko!

MARCJUSZ

Kto się pierwszy cofnie,

Niech skona jako niewolnik drugiego

I niech go przeklną bogowie!

AUFIDIUSZ

Jeżeli ja ci tył podam, Marcjuszu,

Wolno ci będzie szczuć mnie jak zająca.

MARCJUSZ

Nie ma trzech godzin, Tullusie, jak w murach

Twojego miasta samopas walczyłem

I wyprawiałem, co chciałem. Nie moja

To krew, którą mnie widzisz tak upstrzonym.

W imieniu zemsty natęż swoje siły.

AUFIDIUSZ

Chociażbyś nawet był Hektorem63 owym,

Gwiazdą twojego chełpliwego rodu,

Nie wymkniesz mi się stąd.

Walczą. Kilku Wolsków przychodzi w pomoc Aufidiuszowi.

Usłużni, ale niemężni! Przeklęta

Wasza gorliwość wstydem mnie okrywa.

Wychodzą, walcząc. Aufidiusz i Wolskowie ustępują przed Marcjuszem.

SCENA DZIEWIĄTA

Tamże.

Zgiełk bitwy. Sygnały do odwrotu. Muzyka triumfalna. Z jednej strony wchodzi Kominiusz z częścią wojska, z drugiej Marcjusz, z zawieszoną ręką na bindzie64, na czele swego oddziału.

KOMINIUSZ

Gdybym ci zaczął opowiadać twoje

Dzisiejsze czyny, sam byś im, Marcjuszu,

Nie chciał dać wiary, ale zdam z nich sprawę

Tam, gdzie słuchając ich, senatorowie

Łzy mieszać będą z uśmiechem radości.

Gdzie znakomici patrycjusze, milcząc,

Słuchać mnie będą, wzruszać ramionami,

Wreszcie podziwiać, gdzie kobiety będą

Drżeć z przerażenia i w słodkim wzruszeniu

Z uwagą chwytać każde moje słowo.

Gdzie płytkogłowi trybunowie, wespół

Z cuchnącą zgrają niesfornych plebejan,

Nienawidzący twej wyższości, będą

Zmuszeni mówić: „Dziękujemy bogom,

Że Rzym takiego posiada żołnierza!”.

Aleś ty przyszedł na szczątki biesiady,

Sutą wprzód ucztę spożywszy.

Tytus Larcjusz, wracając z pogoni za nieprzyjacielem, wchodzi z wojskiem swoim.

LARCJUSZ

O wodzu!

Oto jest rumak, my tylko czapraki65,

Gdybyś był widział!

MARCJUSZ

Przestań! Moja matka,

Posiadająca szczególny przywilej

Do wynoszenia zalet swego rodu,

Chwaląc mnie, przykrość mi sprawia. Zrobiłem

To, co wy, to jest, co mogłem; jednaki

Mieliśmy bodziec, to jest myśl, że przez to

Służym ojczyźnie. Kto wypełnił tylko

To, czego pragnął, ten w zasłudze stoi

Ze mną na równi.

KOMINIUSZ

Nie będziesz ty grobem

Twych cnót. Rzym musi znać wartość swych dzieci.

Występkiem by to było, i zaprawdę

Gorszym niż kradzież, gorszym niż oszczerstwo,

Kryć czyny twoje i przemilczać o tym,

Co podniesione do szczytu uwielbień

Skromnym by jeszcze się zdało. Dlatego

Pozwolisz, abym (w celu okazania,

Czym jesteś, nie zaś w dank66 za to, coś zdziałał)

Przemówił do cię przed obliczem wojska.

MARCJUSZ

Rany me, chociaż same przez się błahe,

Bolą mnie wszakże, kiedy o nich słyszę.

KOMINIUSZ

Gdyby je raczej milczeniem pokryto,

Wtedy by słusznie mogły się rozgnoić

I zgangrenować; byłaby to bowiem

Niewdzięczność gorsza niż drażniący plaster.

Z wszystkich tych koni (którycheśmy wzięli

Niemałą ilość, i to dobrej rasy),

Z wszystkich tych skarbów, których nam dostarczył

Ich gród i obóz, wolno ci dziesiątą

Część wziąć na własność, oddajem ją tobie

Przed uczynieniem ogólnego działu67

I zostawiamy ci wybór.

MARCJUSZ

Dziękujęć68,

Wodzu; nie mogę jednak w żaden sposób

Na sercu moim wymóc przyzwolenia,

Iżbym zapłatę przyjął za usługi

Miecza mojego. Uchylam się przeto

Od tej korzyści i pragnę pozostać

Na równej stopie z tymi, którzy byli

Świadkami moich usiłowań.

Przeciągły odgłos trąb. Wszyscy wykrzykują: „Marcjusz! Marcjusz!”, rzucają w górę czapki i włócznie.

Kominiusz i Larcjusz stoją z odkrytymi głowami.

Oby

Te instrumenta69, które znieważacie,

Nigdy już więcej nie zabrzmiały! Kiedy

Trąby i kotły na polu Bellony70

Mogą się zniżać do dworaczych pochlebstw,

Dwory i miasta powinny by całe

W fałsz się przyodziać. Kiedy się stal może

Stawać tak miękką jak jedwab gnuśnika,

Niechże z niej szyją kołdry wojownikom!

Przestańcie. Toż więc za to, żem jak baba

Nie otarł nosa, gdy mi krew szła z niego,

Żem kilku słabych powalił charłaków71,

Co i niejeden z obecnych tu zrobił,

Chociaż nikt tego nie pamięta, za to

Hiperboliczne72 odbieram oklaski,

Jak gdybym lubił karmić moją małość

Mdłą karmią73 pochwał zaprawionych kłamstwem.

KOMINIUSZ

Za skromny jesteś, Marcjuszu, surowszy

Dla swoich zasług niż uprzejmy dla nas,

Którzy cześć prawdzie oddajemy. Wybacz,

Ale ponieważ sam chcesz krzywdzić siebie,

Musim cię pierwej (jak kogoś, co godzi

Na własne zdrowie) ująć w pęta, zanim

Będziem się mogli lepiej porozumieć.

Niech więc wiadomo będzie nam i światu,

Że Kajus Marcjusz zasłużył w tej wojnie

Na bohaterski wieniec; w dowód czego

Daję mu mego dziarskiego rumaka,

Wychowanego w obozach, z wszelkimi

Należącymi do niego przybory74.

Za to zaś, co pod Koriolami zdziałał,

Niechaj nazwany będzie uroczyście,

Wśród wiwatowych ogólnych okrzyków:

Kajem Marcjuszem Koriolanem.

Noś ten dodatek godnie aż do śmierci!

Odgłos trąb i kotłów.

WSZYSCY

Niech żyje Kajus Marcjusz Koriolanus!

KORIOLAN

Idę twarz obmyć, zobaczycie potem,

Czy mnie ta nazwa rumieni. Przyjmijcie

Dzięki tymczasem. Konia twego, wodzu,

Rad75 będę dosiąść i przez całe życie

jako pióropusz na szyszaku nosić

Na czele mych nazw ten drogi dodatek,

Który od ciebie otrzymałem.

KOMINIUSZ

A teraz idźmy do namiotów spocząć

Po trudach, wprzódy trzeba nam jednakże

Wysłać do Rzymu listy z doniesieniem

O odniesionym zwycięstwie. Larcjuszu,

Tobie wypada powrócić do Koriol;

Przyślesz nam stamtąd do Rzymu przedniejszych

Obywateli, celem traktowania

Z nimi o własnym ich dobru i naszym.

LARCJUSZ

Wypełnię, wodzu, co każesz.

KORIOLAN

Bogowie

Naigrawać się ze mnie zaczynają.

Ja, com przed chwilą odrzucił ofiarę

Książęcych darów, zniewolony jestem

Udać się z prośbą do mojego wodza.

KOMINIUSZ

Z góry już masz jej skutek. O cóż idzie?

KORIOLAN

Zdarzyło mi się w Koriolach przed laty

Nocować w domu pewnego biedaka,

Który mię76 przyjął gościnnie. Ten człowiek,

Zostawszy dzisiaj pojmany przez naszych,

Zawołał na mnie, ale wzrok mój wtedy

Widział przed tobą tylko Aufidiusza,

I gniew zagłuszył litość w moim sercu.

Proszę cię teraz, wodzu, puść na wolność

Tego biedaka!

KOMINIUSZ

O, ta prośba godna

Jest ciebie! Choćby ten człowiek był mego

Brata zabójcą, zostałby natychmiast

Tak jak wiatr wolnym. Uwolń go Tytusie.

LARCJUSZ

Jakież jest jego miano?

KORIOLAN

Na Jowisza,

Nie mogę sobie przypomnieć — znużony

Jestem, nie jestem w stanie zebrać myśli.

Nie ma tu wina?

KOMINIUSZ

Idźmy do namiotu,

Krew ustąpiła z twych lic, czas w to wejrzeć,

Nie ociągajmy się dłużej.

Wychodzą.

SCENA DZIESIĄTA

Obóz Wolsków.

Odgłos trąb i rogów. Tullus Aufidiusz skrwawiony wchodzi z dwoma czy trzema żołnierzami.

AUFIDIUSZ

Wzięto więc miasto!

PIERWSZY ŻOŁNIERZ

Nie inaczej, wodzu;

Ale podobno ma być powrócone

Pod łagodnymi dla nas warunkami.

AUFIDIUSZ

Pod warunkami? O, trzeba mi było

Być Rzymianinem, kiedy będąc Wolskiem,

Nie mogę być tym, czym jestem. Warunki!

Jakież u kata łagodne warunki

Mogą się mieścić w układach dla strony,

Co się na łaskę zdała lub niełaskę?

Pięć razy z tobą walczyłem, Marcjuszu,

I tyleż razy pobity zostałem.

Spotkałoby mnie, rozumiem, toż samo

Za każdym razem, chociażbyśmy z sobą

Ścierali miecze tak często, jak jemy.

Na wszystkie nieba i piekła! Jeżeli

Kiedy bądź jeszcze przyjdzie mi się znowu

Broda o brodę zetknąć z tym człowiekiem,

Albo ja padnę, albo on. Szlachetne

Współzawodnictwo już mnie dziś nie łechce.

Dotąd myślałem go zgnieść w równej walce,

Miecz z jego mieczem skrzyżowawszy: teraz

Nie dbam o środki, byle się go pozbyć,

Siła lub podstęp, jedno z tego dwojga

Musi go dosiąc.

PIERWSZY ŻOŁNIERZ

To prawdziwy szatan.

AUFIDIUSZ

Śmielszy od niego, ale mniej przebiegły...

Moja waleczność nasiąkła trucizną

Przez to jedynie, że cierpiała plamę,

Którą ją okrył, gotowa dla niego

Zaprzeć się siebie. Nic nie zdoła wstrzymać

Mej ręki, ani sen, ani modlitwa,

Ani choroba, ani nagość, ani

Próg Kapitolu, ani wnętrze świątyń,

Ani kapłanów pobożne obrzędy,

Ani czas ofiar: nic z tego wszystkiego,

Co wszelkiej stawia wściekłości zaporę,

Nie zdoła żadnym starym przywilejem

I zardzewiałym puklerzem77 zwyczaju

Zasłonić piersi Marcjusza przed gromem

Mej nienawiści. Gdziekolwiek go znajdę,

Choćby to było w domu i pod strażą

Brata mojego własnego, utopię

Chciwą krwi dłoń w własnych jego wnętrznościach.

Idźcie do miasta, wywiedzcie się, co tam

Zaszło nowego i jacy do Rzymu

Posłani będą zakładnicy.

PIERWSZY ŻOŁNIERZ

Mamy

Sami iść, wodzu? nie pójdzieszże z nami?

AUFIDIUSZ

Czekają na mnie w gaju cyprysowym

(Ku południowi za młynami miasta).

Tam mi donieście, jak się świat obraca,

Abym do tego zastosować umiał

Dalszą mą drogę.

PIERWSZY ŻOŁNIERZ

Uczynim tak, wodzu.

Wychodzą.

AKT DRUGI

SCENA PIERWSZA

Rzym. Plac publiczny.

Metieniusz, Sycyniusz i Brutus.

MENENIUSZ

Augurowie78 powiedzieli mi, że tej nocy będziemy mieli wieści.

BRUTUS

Dobre czy złe?

MENENIUSZ

Niezupełnie odpowiednie życzeniom ludu, bo lud nie lubi Marcjusza.

SYCYNIUSZ

Natura uczy zwierzęta poznawać nieprzyjaciół.

MENENIUSZ

Powiedzcie mi, proszę, kogo wilk lubi?

SYCYNIUSZ

Jagnięta.

MENENIUSZ

Ba, dlatego że rad by je pożreć, tak jak głodni plebejusze radzi by pożreć szlachetnego Marcjusza.

BRUTUS

To jagnię nie lada, mruczy jak niedźwiedź.

MENENIUSZ

To niedźwiedź nie lada, co żyje jak jagnię. Jesteście już starzy obydwa, odpowiedzcie mi, proszę, na jedno zapytanie.

OBAJ TRYBUNOWIE

Chętnie to uczynim.

MENENIUSZ

Jakimiż to wadami upośledzony jest Marcjusz, których byście wy nie mieli pod dostatkiem?

BRUTUS

Nie upośledzony on jest żadną, owszem, sowicie każdą uposażony.

SYCYNIUSZ

Mianowicie dumą.

BRUTUS

Którą depcze drugich bez względu.

MENENIUSZ

To rzecz dziwna, wiecie wy, co o was mówią na mieście, to jest w naszych wyższego rzędu towarzystwach? Czy wiecie?

OBAJ TRYBUNOWIE

Cóż takiego o nas mówią?

MENENIUSZ

Ponieważ dopiero co wspomnieliście o dumie, nie będziecie urażeni?

OBAJ TRYBUNOWIE

Bynajmniej, panie, bynajmniej.

MENENIUSZ

Niewiele zresztą na tym zależy, bo maleńka doza pierwszej lepszej okoliczności zdolna wam będzie odjąć i bez tego wielką porcję wyrozumienia. Popuśćcie więc cugle cholerze79 i gniewajcie się, jak chcecie. Zarzucacie więc Marcjuszowi, że jest dumny?

BRUTUS

Nie sami jedni to czynimy.

MENENIUSZ

Wiem ja, że sami jedni mało co możecie uczynić, macie licznych popleczników; inaczej czynności wasze wydałyby się dziwnie odosobnione. Zdolności wasze tak są drobne, iż niepodobna im wiele zrobić samym przez się. Mówicie o dumie? O, gdybyście mogli zwrócić oczy wasze na włos rosnący wam na karku i zrobić jaki taki przegląd wewnętrznej strony jestestw waszych! Gdybyście mogli!

BRUTUS

Cóż byśmy zobaczyli?

MENENIUSZ

Co? Oto parę lichych, nadętych, gwałtownych, drażliwych urzędników (alias80 półgłówków), jedynych w swoim rodzaju na cały Rzym.

SYCYNIUSZ

Meneniuszu, waszmość także dokładnie jesteś znany!

MENENIUSZ

Znany jestem jako patrycjusz, mający swoje dziwactwa i lubiący czarę dobrego wina, w którego skład Tyber81 nie wchodzi; o którym mówią, że jest cokolwiek za słaby, bo pierwszego lepszego skargi popiera, porywczy i do hubki82 podobny z błahego powodu, że woli pośladek nocy niż czoło poranku. Co myślę, to i mówię; złość mą przelewam w słowa, kiedy spotkam dwóch takich jak wy dobroczyńców ludzkości (Likurgami83 nazwać was nie mogę), a napój podany mi przez nich nie głaszcze mi podniebienia, to się krzywię. Nie mogę powiedzieć, że wasze miłoście dobrze rzecz rozważyli, kiedy widzę, że do większej części ich sylab wchodzi as-i-nus84 a chociaż nie spieram się z tymi, co utrzymują, żeście poważni i szanowni, mniemam jednak, że kapitalnie kłamią ci, co mówią, że wam dobrze z oczu patrzy. Jeżeli to wszystko dostrzegacie na mapie mojego mikrokosmu85, idzie za tym, że jestem znany dokładnie? I cóż by wasze ślepe przenikliwoście mogły sprostować, jeżeli dokładnie jestem znany?

BRUTUS

No, no, już my waćpana dobrze znamy.

MENENIUSZ

Nie znacie ani mnie, ani siebie, ani niczego zgoła! Dumni jesteście z tego, że czereda gnojków czapice zdejmuje przed wami i nogami wam uniżenie wierzga; marnujecie drogie przedpołudnie, słuchając sprawy między przekupką i tandeciarzem, a potem odraczacie mizerny spór o trzy grosze na drugi dzień audiencji. Jeżeli was przy słuchaniu stron kolka zażgnie, wykrzywiacie się jak maszkary, podnosicie czerwoną flagę ku zniecierpliwieniu najspokojniejszych, i krzycząc o urynał86, zostawiacie spór zawikłany bardziej, niż był przed wprowadzeniem. Jedyna zgoda, do której przyprowadzacie strony, na tym zależy87, że i tych, i owych zwiecie szelmami. Jesteście czworonożną szajką dziwnego nabożeństwa.

BRUTUS

No, no, no, wiadomo każdemu, że waszmość jesteś lepszym śmieszkiem u stołu niż potrzebnym sprzętem w Kapitolu.

MENENIUSZ

Kapłani nawet muszą się stać trefnisiami88 w towarzystwie tak śmiesznych jak wy kreatur. Kiedy się wam zdarzy jako tako mówić w jakiej materii, to jeszcze i wtedy wasza mowa niewarta poruszenia bród waszych, a wasze brody nie zasługują na nic szlachetniejszego po śmierci, jak żeby nimi wypchać poduszki gałganiarza lub utkać z nich derę89 dla osła. Mimo tego utrzymujecie, że Marcjusz jest dumny, on, którego wartość, lekko oceniona, przewyższa wartość wszystkich poprzedników waszych w rumel90 wziętych od czasów Deukaliona91, chociaż może najlepsi z nich z ojca na syna pełnili urząd oprawców. Dobranoc, moi przezacni pasterze plebejskiej trzody, dłuższa rozmowa z wami mogłaby mi mózg zarazić; pozwalam sobie pożegnać was.

Brutus i Sycyniusz oddalają się w głąb sceny. Wolumnia, Wirgilia, Waleria i kilka innych niewiast wchodzą.

Witajcie piękne, szlachetne niewiasty. Gdyby Luna92 była ziemianką, śmiało by mogła obok was stanąć. Gdzież to tak niecierpliwie wzrok posyłacie?

WOLUMNIA

Zacny Meneniuszu, mój Marcjusz jest spodziewany. Na miłość Junony93, idźmy naprzeciwko niego.

MENENIUSZ

Co słyszę! Marcjusz powraca?

WOLUMNIA

Tak jest, Meneniuszu, powraca szczęśliwie i zaszczytnie.

MENENIUSZ

Do góry, czapko moja! Jowiszu, przyjm pokłon i dzięki! Marcjusz, Marcjusz powraca?

DWIE NIEWIASTY

Nie inaczej, wkrótce tu będzie.

WOLUMNIA

Patrz, oto list od niego; senat odebrał drugi, jego żona trzeci, a czwarty pewnie w domu na was czeka!

MENENIUSZ

Biada memu domowi! Roztrząsnę go za powrotem. List do mnie od niego?

WIRGILIA

Najniezawodniej znajdziecie list w domu, widziałam go.

MENENIUSZ

List od niego? Wieść ta wprawia mnie w stan zdrowia, którego na siedem lat wystarczy. Dziś jeszcze dam szczutka94 w nos lekarzowi. Najdoskonalszy przepis Galena95 szarlatańskim jest środkiem, nie lepszym od końskiej mikstury w porównaniu z taką receptą. Nie jestże on ranny? Bo on bez ran nie zwykł powracać.

WIRGILIA

O, nie, nie, nie!

WOLUMNIA

I owszem, jest ranny; bogom za to dzięki składam.

MENENIUSZ

Czynię i ja to samo, jeżeli tylko jego rany nie są cięższego kalibru, będą mu one do twarzy. Przynosi w garści zwycięstwo?

WOLUMNIA

Na czole, Meneniuszu; po raz trzeci to już wraca w wieńcu dębowym.

MENENIUSZ

Musiał dać dobrą pamiątkę Aufidiuszowi?

WOLUMNIA

Tytus Larcjusz pisze, że walczyli z sobą, ale Aufidiusz uszedł.

MENENIUSZ

I dobrze zrobił, mogę mu ręczyć; bo gdyby mu był96 dotrzymał placu, za wszystkie skrzynie Koriolów i wszystko złoto, co w nich jest, nie chciałbym wyglądać tak, jak by on wyglądał. Czy wie o tym senat?

WOLUMNIA

Idźmy, moje kobiety. Nie inaczej, nie inaczej, senat odebrał listy od wodza, w których tenże przyznaje mojemu synowi cały zaszczyt tej wojny, przewyższyć on miał w dwójnasób tym razem poprzednie swoje czyny.

WALERIA

W istocie, dziwne o nim rzeczy opowiadają.

MENENIUSZ

Dziwne? Gwarantuję, że nie przesadzono o włos rzeczywistości.

WIRGILIA

Dałyby bogi, żeby tak było!

WOLUMNIA

Dałabyś pokój swoim żeby...

MENENIUSZ

A ja dałbym gardło, że tak jest. Gdzież on raniony?

do trybunów, którzy przystąpili

Polecam was bogom! Marcjusz powraca, przybyło mu powodów być dumnym. Gdzież on raniony?

WOLUMNIA

W łopatkę i w lewe ramię; pod dostatkiem będzie miał blizn do pokazania ludowi, kiedy się będzie starał o przynależny mu stopień. Przy wypędzeniu Tarkwiniusza97 otrzymał był siedem cięć.

MENENIUSZ

Z tych, jedno w kark, a dwa w udo, o ile pamiętam, wiemy już więc o dziewięciu.

WOLUMNIA

Udając się na ostatnią wyprawę, miał na sobie dwadzieścia pięć szram.

MENENIUSZ

Będzie ich więc miał dwadzieścia i siedem, każda z nich stała się grobem nieprzyjaciela.

Odgłos trąb i okrzyków.

Słyszycie te głosy?

WOLUMNIA

Są to Marcjusza heroldowie, przed nim

Idą okrzyki, za nim łzy zostają.

Duch śmierci siedzi na jego prawicy,

Którą gdy wstrząśnie, giną przeciwnicy.

Marsz. Odgłos trąb. Kominiusz i Tytus Larcjusz wchodzą, pomiędzy nimi Koriolan z dębowym wieńcem na czole, za nimi rotmistrze i żołnierze, na przodzie Herold.

HEROLD

Wiadomo czynim Rzymowi, że Marcjusz

Sam jeden walczył w murach miasta Koriol,

Gdzie obok sławy zyskał nowe miano

W dodatku do dwóch dawnych. Od tej pory

Ma się zwać: Kajus Marcjusz Koriolanus.

Witaj, wsławiony męstwem Koriolanie!

Odgłos trąb.

WSZYSCY

Witaj, wsławiony męstwem Koriolanie!

KORIOLAN

Dość tego, okrzyk ten razi mi serce.

Dość tego, błagam.

KOMINIUSZ

Oto wasza matka.

KORIOLAN

O! matko!

klęka

Wiem, że za moją pomyślność

Do wszystkich bogów zanosiłaś modły.

WOLUMNIA

Powstań, waleczny bohaterze, powstań,

Luby Marcjuszu, szlachetny Kajusie,

W nagrodę chlubnych dzieł świeżo nazwany —

Jakież to miano? Ha, mam cię podobno

Zwać Koriolanem? Drogi Koriolanie!

Lecz oto twoja żona.

KORIOLAN

O, ty moje

Wdzięczne milczenie, pozdrawiam cię! Czyżbyś

Się śmiała, gdybym był w trumnie powrócił,

Kiedy przy moim triumfie łzy ronisz?

O, luba, takie oblicza dziś mają

Wdowy w Koriolach i matki żałosne

Po stracie synów.

MENENIUSZ

Niechże cię bogowie

Ukoronują!

KORIOLAN

Żyjesz jeszcze, stary?

do Walerii

Wybacz mi, zacna pani; w rzeczy samej,

Nie wiem, gdzie pierwej mam się zwrócić. Witaj,

Rodzinne miasto, witajcie mi wszyscy

Razem, witajcie po szczególe wszyscy!

MENENIUSZ

Po sto tysięcy razy witaj! Mógłbym

Śmiać się i płakać; czuję się na poły

Lekki i ciężki: witaj nam! Niech temu

Przekleństwo toczy serce, kto niekontent

Z twego widoku. W was trzech powinien by

Rzym się rozszaleć; są tu jednak stare,

Dzikie jabłonie, których cierpki owoc

Oblektamentów98 wam nie da. Z tym wszystkim

Bądźcie nam całym sercem pozdrowieni,

Chwastem nazwijmy chwast, a błędy głupców

Głupotą.

KOMINIUSZ

Dobrze mówisz.

KORIOLAN

Tak jak zawsze.

HEROLD

Dalej, mężowie!

KORIOLAN

do matki i żony

Podajcie mi dłonie!

Nim mnie dach domu naszego ocieni,

Muszę odwiedzić zacnych patrycjuszów,

Od których obok pozdrowień zaszczytny

Dank otrzymałem.

WOLUMNIA

Dożyłam spełnienia

Życzeń mych, nawet marzeń, jednej tylko

Brak jeszcze rzeczy, a i tej zapewne

Rzym względem ciebie ziścić nie zaniedba.

KORIOLAN

Bądź przekonana, matko, że wolałbym

Być po swojemu sługą niż panować

Po służalczemu.

KOMINIUSZ

Idźmy na Kapitol.

Odgłos trąb i rogów. Wszyscy odchodzą tym samym porządkiem, jak weszli. Trybunowie zostają.

BRUTUS

Wszystko, co żyje, o nim tylko mówi....

Kto ma wzrok słaby, okulary wkłada,

Aby go ujrzeć. Świegotliwa niańka

Pozwala dziecku zanieść się od krzyku„

A plecie o nim: lada pluch99, skręciwszy

Najdroższą szmatę koło szyi, idzie

Piąć się na mury i gapić na niego;

Wystawy domów, przyzby100, okna, ganki

Upstrzone, gną się dachy, na facjatach101

Okraczkiem siedzą żyjące facjaty,

Tym tylko jednym do siebie podobne,

Że wszystkie oczy wytrzeszczają. Rzadko

Napotykani flaminowie102 drą się

Pośrodkiem tłumów i zaledwie dysząc,

Szukają sobie miejsca wśród motłochu,

Nasze zazwyczaj zakwefione103 damy

Podają śmiało swoje delikatne

Różą i lilią jaśniejące lica

Na łup figlarnych Feba104 pocałunków:

Taki ścisk wszędzie, taki wir, jak gdyby

Jakiś bóg w tego człowieka wcielony

Dał mu nadludzką potęgę i powab.

SYCYNIUSZ

Zobaczysz, że się ani spostrzeżemy,

Jak go obiorą konsulem.

BRUTUS

A wtedy

Urząd nasz pójdzie spać.

SYCYNIUSZ

On nie potrafi

Z umiarkowaniem piastować do końca

Swoich godności; to, co dziś pozyskał,

Utraci jutro.

BRUTUS

W tym nasza otucha.

SYCYNIUSZ

Nie wątp, że nasi mieszczańscy mandanci105

Przy pierwszej lepszej okazji poczują

Dawną ku niemu niechęć i zapomną

O jego nowych zaszczytach, do czego

Że im da powód, znając jego dumę,

Z łatwością można przewidzieć.

BRUTUS

Słyszałem,

Jak się zarzekał, że choćby chciał zostać

Konsulem, nigdy nie pójdzie na rynek,

Nigdy nie włoży na siebie wytartej

Szaty pokory ani też nie będzie

Ran swych po formie106 odkrywać ludowi,

By tym sposobem skarbić sobie jego

Smrodliwy oddech.

SYCYNIUSZ

Tym lepiej.

BRUTUS

Powiedział,

Oto są jego słowa: że wolałby

Nie być konsulem niż być nim inaczej

Jak za usilną prośbą sobie równych

I wskutek życzeń szlachty.

SYCYNIUSZ

Nie pragnijmy

Niczego więcej: jeno107 żeby wytrwał

W tym przedsięwzięciu i one wykonał.

BRUTUS

Zdaje się, że tak zrobi.

SYCYNIUSZ

W takim razie

Zgotuje sobie to, czego mu życzym,

To jest niechybną zgubę.

BRUTUS

Jedno z dwojga

Musi nastąpić: albo on upadnie,

Albo my wpływ nasz utracim. Dlatego

Trzeba nam zręcznie poszepnąć ludowi,

Jak on go zawsze nie cierpiał; że gdyby

Miał władzę, to by go zaprzągł do jarzma108;

Obrońcom jego nakazał milczenie;

Ukrócił jego swobody; że on go

W praktycznym życiu, w publicznych stosunkach

Względnie109 na zdolność i na użyteczność

Za nic lepszego nie ma, jak wielbłąda

Na wojnie, który dostaje posiłek

Za to jedynie, że dźwiga ciężary,

A kije, kiedy pod nimi upada.

SYCYNIUSZ

Skoro się o tym, coś powiedział, wspomni

W stosownym czasie, kiedy jego niczym

Nieposkromiona zuchwałość wybuchnie

W oczy ludowi (wybuchnie zaś ona,

Jak tylko się go podżegnie, a jego

Podżec tak łatwo, jak psem poszczuć owce),

Wtedy ten wybuch ogarnie w lot suche

Paliwo ludu, a dym stąd powstały

Zaćmi na zawsze cały jego urok.

Wchodzi Posłaniec.

BRUTUS

Co nam przynosisz?

POSŁANIEC

Jesteście wezwani

Do Kapitolu. Zanosi się na to,

Że Marcjusz będzie konsulem. Widziałem

Głuchych tłoczących się, żeby go widzieć,

A ślepych — żeby go słyszeć. Matrony,

Niewiasty, panny rzucały na niego

W przechodzie chusty, szarfy i zasłony;

Szlachta skłaniała się z uszanowaniem

Jak przed statuą Jowisza; a nasze

Tłumy wydały taki grzmot okrzyków,

Zrobiły taki grad z czapek, jakiegom

Jeszcze nie widział.

BRUTUS

Idźmy na Kapitol!

Nastrójmy oczy i słuchy do tego,

Co jest, a serca postawmy na czatach

Tego, co będzie.

SYCYNIUSZ

Wesprę cię we wszystkim.

Wychodzą.

SCENA DRUGA

Tamże. Kapitol.

Dwaj woźni ustawiają senatorskie krzesła i kładą na nich poduszki.

PIERWSZY WOŹNY

Spieszmy się; wkrótce nadejdą. Ilu jest kandydatów do konsulatu?

DRUGI WOŹNY

Trzech podobno; ale powszechnie mówią, że Koriolan będzie obrany.

PIERWSZY WOŹNY

Tęgi110 to człowiek, ale kaducznie111 dumny i nie ma serca do ludu.

DRUGI WOŹNY

Prawdę mówiąc, bywali wielcy ludzie, którzy pochlebiali ludowi, a lud do nich nie miał serca; są także tacy, do których lud ma serce, nie wiedząc sam dlaczego: idzie za tym, że jeżeli lud ma do kogoś serce, nie wiedząc dlaczego, z równą zasadą nie ma go do kogoś drugiego. Jeżeli więc Koriolan nie dba o to, czy go lud lubi, czy nie lubi, dowodzi tym, że zna doskonale naturę ludu, a szlachetności charakteru tym, że mu to jawnie okazuje.

PIERWSZY WOŹNY

Gdyby mu to było wszystko jedno, czy lud go lubi, czy nie lubi, obojętnie by się względem niego zachował; to jest: nie czyniłby mu ani dobrze, ani źle; ale on żarliwiej się stara o nienawiść ludu niż lud o uczynienie mu w tym zadość i niczego nie zaniedbuje, żeby się okazać otwartym jego przeciwnikiem. Moim zdaniem, paradę112 robić z lekceważenia i drażnienia ludu jest równie nagannym, jak czynić to, na co prawość nie pozwala, to jest pochlebiać dla zyskania jego względów.

DRUGI WOŹNY

Znakomicie się zasłużył ojczyźnie i wyniesienie się jego nie szło po tak łatwych stopniach jak u tych, co nadskakując i łasząc się ludowi czapkowaniem tylko, bez żadnego innego tytułu, jednali sobie jego cześć i życzliwość. On swoją godność tak mu postawił przed oczyma, a swoje czyny tak mu wraził w serce, że milczenie ludu i niewyznawanie tego, co czuje, byłoby już rodzajem krzyczącej niewdzięcznością obelgi, a odezwanie się ubliżające — złością, która, sama sobie zadając kłamstwo, oburzyłaby i przejęła zgrozą każdego, co by ją słyszał.

PIERWSZY WOŹNY

Nie ma co mówić; zacny to jest człowiek.

Ustąpmy; oto nadchodzą.

Przy odgłosie muzyki wchodzą poprzedzeni przez liktorów113 Kominiusz — konsul, Meneniusz, Koriolan, wielu innych senatorów, Sycyniusz i Brutus. Senatorowie zajmują twoje miejsca, trybunowie swoje.

MENENIUSZ

Po tymczasowym załatwieniu kwestii

W sprawie z Wolskami i po wyrzeczeniu

Względem powrotu Tytusa Larcjusza

Głównym zadaniem zebrania naszego

W obecnej dobie114 jest wynagrodzenie

Znakomitego męża, który świeżo

Tak ważne przyniósł ojczyźnie usługi.

Dlatego chciejcie łaskawie, przezacni

I przedostojni panowie, zawezwać

Teraźniejszego naszego konsula,

A niegdy wodza naszej tak pomyślnie

Przeprowadzonej wyprawy, ażeby

Wam zdał pokrótce relację o czynach

Kaja Marcjusza Koriolana, który

Jest tu pomiędzy wami, a to celem

Podziękowania mu i zawdzięczenia

Miarą zaszczytów odpowiednią mierze

Jego zasługi.

PIERWSZY SENATOR

Mów, cny Kominiuszu;

Nie pomiń, przez wzgląd na długość, niczego,

I spraw, abyśmy uznali, że raczej

Naszemu państwu brakuje nagrody

Niźli nam chęci przysądzenia onej

Jak najsowiciej. Naczelnicy, ludu!

Senat was prosi, abyście nasamprzód

Uprzejmie ucho podać, a następnie

Z przychylnym wnioskiem raczyli zdać sprawę

Z tego, co zajdzie.

SYCYNIUSZ

Jest to arcymiłym

Dla nas wezwaniem i jesteśmy skłonni

Wedle możności uczcić i potwierdzić

Przedmiot naszego zebrania.

BRUTUS

O tyle

Chętniej, o ile dostojny kandydat

Zechce uprzejmiej cenić wartość ludu,

Niż to dotychczas czynił.

MENENIUSZ

Dawne dzieje!

Lepiej byłoby milczeć niż to wznawiać.

Chcecież posłuchać Kominiusza?

BRUTUS

Z całą

Uwagą, panie; rozumiałbym jednak,

Że moja wzmianka stosowniejsza była

Niżeli wasza przygana.

MENENIUSZ

On kocha

Wasz lud, upewniam; nie żądajcie jednak,

Żeby z miłości aż łoże z nim dzielił.

Zabierz głos, zacny Kominiuszu. Cóż to?

O, zostań, zostań!

Koriolan zrywa się z miejsca i chce wyjść.

PIERWSZY SENATOR

Usiądź, Koriolanie,

Nie wstydź się słyszeć o tym, co z honorem

Spełnić umiałeś.

KORIOLAN

Wybaczcie, ojcowie:

Wolę na nowo goić moje rany

Niż słuchać, jakem je poniósł.

BRUTUS

Nie mogę

Przypuścić, panie, że to moje słowa

Tak cię wzruszyły z miejsca.

KORIOLAN

O, bynajmniej!

Masz waćpan słuszność; nieraz mi się jednak

Zdarzyło słowom tył podać, gdziem stale

Dotrzymał placu padającym ciosom.

Nie głaszcząc, zranić mnie waszmość nie mogłeś.

Co się zaś tyczy ludu, o, na honor,

Cenię go, ile wart.

MENENIUSZ

Usiądź, prosimy.

KORIOLAN

Wolałbym sobie spokojnie dać głowę

Iskać na słońcu, gdy alarm uderzą,

Niż siedzieć gnuśnie, słuchając opisu

Mojej nicości.

Wychodzi.

MENENIUSZ

Przewodnicy ludu!

Możeż ten człowiek zalecać się tłumom

(W których na tysiąc głów ledwie jest jedna

Godna uczczenia), gdy sam, jak widzicie,

Wolałby raczej wszystkie swoje członki

Podać na hazard115 w honorowej sprawie

Niż jedno ucho tym, co by mu chcieli

O tym powiedzieć? Zacznij, Kominiuszu.

KOMINIUSZ

Słów mi zabraknie: Koriolana czyny

Słabo się bowiem nie dadzą wyrazić.

Powszechnie twierdzą, że waleczność z wszystkich

Cnót jest najpierwszą i że sama przez się

Najznakomiciej uszlachetnia ludzi:

Jeżeli tak jest, nikt w świecie nie może

Zrównać w zacności mężowi, o którym

Mówić mam zaszczyt. Gdy Tarkwiniusz Pyszny

Wojskami pod Rzym podstąpił, on wtedy,

Szesnaście mając lat, przewyższał innych

W zaciętej walce. Ówczesny dyktator116,

O którym ze czcią przychodzi mi wspomnieć,

Był świadkiem jego popisu i widział,

Jak przed bezbrodym, amazońskim117 licem

Młodzieńca starzy pierzchali brodacze.

Jakiś Rzymianin obskoczony został

Od nieprzyjaciół, on, niosąc mu pomoc,

Wobec konsula własną ręką zabił

Trzech napastników; z samym Tarkwiniuszem

Ścierał się nawet i takie mu zadał

Cięcie, że stary wojownik aż przykląkł.

Wtedy już, kiedy mógł był jeszcze dziewkę

Udać na scenie, okazał się w boju

Najpierwszym mężem i w nagrodę zyskał

Dębowy wieniec. Tak nieznacznie118 przeszedł

Z małoletności do męskiego wieku:

Rosnąc jak morze, odtąd w siedemnastu

Bitwach z kolei wszystkim innym mieczom

Odbierał wieńce. Nareszcie w ostatniej,

Tak pod murami, jak i w murach Koriol,

Tu muszę wyznać, że nie będę w stanie

Sprostać mu żadnym opisem — powstrzymał

Uciekających i nieporównanym

Przykładem swoim sprawił, że lękliwym

Niebezpieczeństwo stało się igraszką.

Jak przed okrętem żaglolotnym fala,

Tak przed naciskiem jego dłoni wszystko

Ustępowało i padało. Jego

Miecz, stempel śmierci, gdziekolwiek zabłysnął,

Wszędzie ślad wyrył. Od stóp aż do głowy

Cały wydawał się jakąś żyjącą

Masą krwi, której wszelkim poruszeniom

Towarzyszyły jęki konających.

Sam jeden wkroczył w groźne bramy miasta,

Aby się zgubnym stać jego obrońcom;

Sam bez pomocy wyszedł z nich i nagle,

Nowych nabrawszy sił, spadł jak planeta

Na mury Koriol. Cokolwiek się stało

Jego jest dziełem. Kiedy trud wojenny

Zaczynał czasem nieco wątlić jego

Przytomne władze, wtedy podwojony

Duch jego dawał w mgnieniu oka odsiecz

Fatydze ciała. Szybkim zwrotem przeszedł

Na pole bitwy, jak geniusz119 zagłady,

Depcąc tych, co mu śmieli opór stawić.

I pókiśmy się nie stali panami

Tak pola bitwy, jak i miasta, póty

Nie ustał w pracy, aby choć na chwilę

Dać folgę120 piersi wytchnieniem.

MENENIUSZ

To człowiek!

PIERWSZY SENATOR

Wart on ze wszech miar tego dostojeństwa,

Na jakie chcemy go wynieść.

KOMINIUSZ

On łupy

Odtrącił nogą, skarbami pogardził

Jak pospolitym śmieciem; on nie pragnie

Niczego więcej nad to, co ostatnia

Nędza dać może: nagrodę swych czynów

Znajduje w samychże czynach i dość mu

Działać dlatego tylko, żeby zdziałać.

MENENIUSZ

Szlachetny człowiek! Każcie go przywołać.

PIERWSZY SENATOR

Idźcie przywołać Koriolana.

WOŹNY

Właśnie nadchodzi.

Koriolan wraca.

MENENIUSZ

Cny Koriolanie, senat postanowił

Nadać ci godność konsula.

KORIOLAN

Do niego

Należą moje usługi i życie.

MENENIUSZ

Zostaje ci już tylko zwykłym trybem

Mieć rzecz121 do ludu.

KORIOLAN

Pozwólcie mi, proszę,

Tryb ten pominąć: nie mogę przyoblec

Szat kandydata, nie mogę obnażać

Mych ran i w imię ich błagać o głosy.

Raczcie od tego mnie uwolnić.

SYCYNIUSZ

Panie!

Lud nie odstąpi od swych praw i ani

Joty nie ujmie ze zwykłych obrzędów.

MENENIUSZ

Lud pod tym względem nie zwykł czynić ujmy.

Proszę cię, poddaj się prawom zwyczaju

I za przykładem poprzedników dopełń

Form wymaganych.

KORIOLAN

Jest to rola, której

Nikt nie odegra bez zarumienienia

I która słusznie powinna by kiedyś

Być skasowana.

BRUTUS

Zapiszmy to sobie.

KORIOLAN

Chełpić się wobec mas, prawić im: „Patrzcie,

Com to ja zrobił”; odsłaniać im szramy

Już zabliźnione, które bym chciał ukryć,

Tak jakbym na to tylko je odebrał,

Abym skutecznie o ich łaskę żebrał.

Nie!

MENENIUSZ

Nie bądź wzbroniony. Trybunowie ludu,

Wam zalecamy, abyście ludowi

Postanowienie oznajmili nasze:

Zaś szlachetnemu konsulowi życzym

Wszelkich powodzeń i honorów.

SENATOROWIE

Wszelkich powodzeń i honorów cnemu

Koriolanowi!

Odgłos trąb. Senatorowie rozchodzą się.

BRUTUS

A co, słyszałeś,

Jak się on względem ludu chce postawić?

SYCYNIUSZ

Niechże i lud wie, jak się ma postawić

Naprzeciw niego. Jeśli on wystąpi

Z prośbą do ludu, to będzie miał minę,

Jakby pogardzał tym, o co go prosi,

Dlatego że cel jego prośby zawisł

Od łaski ludu.

BRUTUS

Pójdź, uwiadomimy

Naszych klientów122 o tym, co tu zaszło.

Czekają na nas na rynku.

Wychodzą.

SCENA TRZECIA

Tamże. Forum.

Wchodzi kilku obywateli.

PIERWSZY OBYWATEL

Już to, jeżeli nas poprosi o głosy, odmówić mu nie będziemy mogli.

DRUGI OBYWATEL

Będziemy mogli i owszem, jeżeli tylko zechcemy.

TRZECI OBYWATEL

Mocni jesteśmy to uczynić, ale jest to moc przechodząca naszą możność, bo jak nam pokaże swoje rany, to nam zamknie gęby i zmusi nas do względnej123 odpowiedzi. Jeżeli nam znowu powie o swoich pięknych czynach, będziemy mu także musieli o naszych uczuciach coś pięknego powiedzieć. Niewdzięczność potworną jest rzeczą, za czym124 lud niewdzięczny byłby potwornym ludem, a my jako jego członkowie bylibyśmy potwornymi członkami.

PIERWSZY OBYWATEL

Na poparcie czego mogłyby posłużyć własne jego wyrazy, boć on nas przecie nazwał pstrogłową hydrą wtedy, kiedyśmy się domagali zboża.

TRZECI OBYWATEL

Nazwało nas tak wielu; nie dlatego, że jedni z nas mają brązowe głowy, inni czarne, inni płowe, a inni łyse; ale że u nas w głowach są takie różne barwy. I w rzeczy samej gdyby myśli nasze mogły się wydobyć z jednej czaszki, podobno by jedne poleciały na wschód, drugie na zachód, te na północ, a te na południe, a zdania ich zwróciłyby się z prostej drogi na wszystkie punkta kompasu.

DRUGI OBYWATEL

Tak myślicie? Na jakąż drogę, waszym zdaniem, zwróciłoby się moje zdanie?

TRZECI OBYWATEL

Twoje zdanie nie tak prędko mogłoby się wyzwolić jak u kogokolwiek innego, bo jest w ciasnym miejscu szczelnie zamknięte, ale gdyby się wydostało na wolność, to by pewnie powędrowało na południe.

DRUGI OBYWATEL

Dlaczego na południe?

TRZECI OBYWATEL

Dlatego żeby się w parę zamienić. Skoroby się tam trzy jego części ulotniły w masie złych wyziewów, czwarta, przez sumienność, powróciłaby do ciebie, żeby ci do ożenienia się dopomóc.

DRUGI OBYWATEL

Ciebie się zawsze żarty trzymają; wolneć125 one, wolne.

TRZECI OBYWATEL

Jesteście gotowi pisać się za nim? Ale mniejsza o to, większość tu rozstrzygnie. Powiadam wam, że gdyby on się tylko chciał zbliżyć do ludu, nie byłoby godniejszego człowieka.

Wchodzą Koriolan i Meneniusz.

Otóż i on, i to w szacie pokory. Uważajcie jego postawę. Nie wypada nam tu stać razem, ale zbliżyć się do niego po jednemu, po dwóch albo po trzech. Trzeba, żeby każdemu z nas pojedynczo przełożył swoje żądanie, tym sposobem każdy z nas będzie miał honor dać mu głos własnymi usty126. Pójdźcie więc, pokażę wam, jak macie do niego przystąpić.

WSZYSCY

Zgoda! Zgoda!

Wychodzą.

MENENIUSZ

Błędnie uważasz tę rzecz, Koriolanie;

Nie wieszli, że się temu poddali

Najznakomitsi ludzie?

KORIOLAN

Cóż im powiem?

„Proszę waszmościów” — tfy! tfy! nie potrafię

Nagiąć języka do takiej przemowy:

„Patrzcie, panowie, oto moje rany,

Odebrałem je, walcząc za ojczyznę,

Wtenczas, gdy pewna liczba braci waszych

Gwałtu krzyczała i zmykała z placu

Przed dźwiękiem własnych trąb naszych”.

MENENIUSZ

Na bogi!

Nie mów im tego, powinieneś raczej

Polecić siebie ich dobrej pamięci.

KORIOLAN

Niech im kat świeci z ich pamięcią! Wolę,

Żeby zupełnie o mnie zapomnieli,

Jak zapomnieli o cnotach, o których

Na próżno prawią im nasi kapłani.

MENENIUSZ

Chcesz wszystko popsuć. Zostawiam cię, przemów

Do nich uprzejmie, zaklinam cię!

Wychodzi. Wchodzi trzech obywateli.

KORIOLAN

Każ im

Umyć się pierwej i wypłukać zęby.

Oto już dwóch się zbliża. — Wiecie waszmość,

W jakim tu celu jestem?

PIERWSZY OBYWATEL

Wiemy, panie.

Lecz chciejcie wyznać, co was tu przywiodło?

KORIOLAN

Moje zasługi.

DRUGI OBYWATEL

A, wasze zasługi.

KORIOLAN

Ma się rozumieć, że nie dobra wola.

PIERWSZY OBYWATEL

Jak to? Nie dobra wola?

KORIOLAN

Nie inaczej,

Bom dobrowolnie nigdy jeszcze dotąd

Nie trudził biednych prośbami.

TRZECI OBYWATEL

Trzeba wam wiedzieć, panie, że jeżeli

Wam w czym wygodzim, to tylko w nadziei,

Że coś zyskamy u was.

KORIOLAN

Bardzo dobrze.

Wiele kosztuje wasz konsulat?

PIERWSZY OBYWATEL

Tyle,

Ile kosztuje żądać go uprzejmie.

KORIOLAN

Uprzejmie żądać? Proszę więc waszmościów,

Pozwólcie mi go dostąpić. Mam rany,

I gotówem127 je wam zaprezentować

Gdzie na ustroniu. Cóż, panowie, będę

Miał wasze głosy?

DRUGI OBYWATEL

Będziesz je miał, panie.

KORIOLAN

Rzecz więc skończona. Wyprosiłem sobie

Przecie jałmużnę dwóch poważnych głosów:

Dobranoc!

PIERWSZY OBYWATEL

Jakoś to dziwnie wygląda.

DRUGI OBYWATEL

Rad bym się cofnąć, ale mniejsza o to.

Wychodzą. Wchodzą dwaj inni obywatele.

KORIOLAN

Moi panowie, jeżeli się to zgadza z melodią głosów waszych, żebym był konsulem, chciejcie zauważyć, że mam na sobie strój formalny.

CZWARTY OBYWATEL

Pięknieś się, panie, zasłużył ojczyźnie, ale niepięknie się zasługiwałeś.

KORIOLAN

Co znaczy ten enigmat128?

CZWARTY OBYWATEL

Byłeś, panie, plagą nieprzyjaciół kraju, a biczem jego przyjaciół, okazywałeś się nieprzychylny pospolitemu ludowi.

KORIOLAN

Powinni byście mi to do cnót policzyć, żem przychylności mojej nie pospolitował129. Będę odtąd, mój panie, inaczej sobie postępował z przyrodnim moim bratem, ludem: głaskać go będę, żeby sobie na większy jego szacunek zasłużyć; jest to bowiem warunek, którego on ściśle przestrzega. A ponieważ w mądrości swojej woli posiadać raczej moją czapkę niż serce, nie zaniedbam mu się kiwać i kłaniać i przestanę być oryginałem, to jest kopiować będę urok ludzi popularnych i hojnie obdzielać nim na żądanie. Na tej zasadzie proszę waszmościów o możność zostania konsulem.

PIĄTY OBYWATEL

Spodziewamy się, panie, znaleźć w was dobrego przyjaciela, i na tej zasadzie ofiarujemy wam nasze głosy.

CZWARTY OBYWATEL

Odebrałeś, panie, niemało ran za ojczyznę.

KORIOLAN

Nie będę świadomości waszmość panów obarczał ich pokazywaniem. Wielce sobie ważę ich głosy, dlatego nie chcę ich dłużej zatrzymywać.

OBYWATELE

Niech wam bogowie, panie, dadzą wszystko dobre! Z serca wam tego życzymy.

Wychodzą.

KORIOLAN

Miluchne głosy!

Lepiej jest umrzeć, głód i męki znosić

Niż o nagrodę zasłużoną prosić.

Mnież to przystoi tu w tej wilczej szacie

Stać ku jałowej gminu aprobacie?

Przed tym i owym uniżać się chłystkiem?

Zwyczaj chce tego. Gdyby nam we wszystkim

Zwyczaj był normą, starożytne śmiecie

Pozostałyby nietknięte na świecie.

I takie góry błędów by powstały,

Że święta prawda już by tej zawały

Przebić nie mogła. Precz, podła głupoto!

Kto dla godności gotów rzucać w błoto

Wewnętrzną godność, niech sobie zabierze

Ten cel upodleń. Lecz jużem w tej mierze

Przebył pół drogi, cofnąć się nie mogę,

Zabrnąwszy, muszę przebrnąć dalszą drogę.

Wchodzą trzej inni obywatele.

Otóż i nowe głosy!

Mości panowie, dajcie mi swe głosy!

Dla pozyskania ich głosów walczyłem,

Nie dosypiałem, odebrałem przeszło

Parę tuzinów ran: dla pozyskania

Ich głosów byłem w kilkunastu bitwach;

Dla pozyskania ich głosów zrobiłem

Siła130 zachodów mniej więcej zaszczytnych.

Dajcież mi głosy, krótko mówiąc, chciałbym

Zostać konsulem.

SZÓSTY OBYWATEL

Szlachetnie postępował, nie może mu więc zbraknąć głosów poczciwych ludzi.

SIÓDMY OBYWATEL

Niech więc będzie konsulem! Niech go bogowie błogosławią i utrzymują w przyjaźni z ludem.

WSZYSCY

Tak niech się stanie! Bogowie z tobą, szlachetny konsulu!

Wychodzą obywatele.

KORIOLAN

Szanowne głosy!

Wchodzi Meneniusz z Brutusem i Sycyniuszem.

MENENIUSZ

Uczyniłeś już, Koriolanie, zadość

Zwykłej rutynie, oto trybunowie

Przychylne ludu przynoszą ci wota131.

Nie pozostaje ci teraz nic więcej,

Jak tylko w znakach godności niezwłocznie

Pójść się przedstawić senatowi.

KORIOLAN

Zatem

To już minęło.

SYCYNIUSZ

Dopełniłeś, panie,

Uświęconego zwyczajem warunku,

Lud cię potwierdza, wzywamy cię przeto,

Abyś się udał niezwłocznie po odbiór

Publicznej sankcji132.

KORIOLAN

Gdzież się to mam udać?

Do Kapitolu?

SYCYNIUSZ

Tak, do Kapitolu.

KORIOLAN

Mogę więc zdjąć ten ubiór?

SYCYNIUSZ

Możesz, panie.

KORIOLAN

Uczynię też to natychmiast, a skoro

Znów będę sobą, stawię się w senacie.

MENENIUSZ

Idźmy. A waszmość panowie?

BRUTUS

My tutaj

Czekać będziemy na lud.

SYCYNIUSZ

Bądźcie zdrowi.

Koriolan i Meneniusz wychodzą.

Zgryzł orzech, ale mu ciężko na sercu;

To z oczu widać.

BRUTUS

Pod szatą pokory

Zawsze ta sama wyniosłość. Cóż myślisz?

Mamy rozpuścić lud?

Obywatele wracają.

SYCYNIUSZ

Tak więc, waszmoście,

Daliście temu człowiekowi głosy?

PIERWSZY OBYWATEL

Ta jużci, niby tak.

BRUTUS

Prosimy bogów,

Ażeby się on wam za to odwdzięczył.

DRUGI OBYWATEL

Dałyby bogi! Według mojej biednej

Miary widzenia zdało mi się jakoś,

Że on z nas szydził, prosząc nas o głosy.

TRZECI OBYWATEL

Ba, nawet drwił z nas.

PIERWSZY OBYWATEL

Ej, to taki jego

Sposób mówienia; nie myślał drwić.

DRUGI OBYWATEL

Żaden

Z nas, oprócz ciebie jednego, nie wątpi,

Że on się z nami obszedł pogardliwie;

Powinien nam był pokazać znamiona

Swojej zasługi, rany odebrane

W obronie kraju.

SYCYNIUSZ

Musiał ci je przecie

Pokazać. Jak to, nie?

OBYWATELE

jeden przez drugiego

Nikt ich nie widział.

TRZECI OBYWATEL

Powiedział, że ma rany, że je gotów

Zaprezentować nam gdzie na uboczu;

Potem, skłaniając się z urągowiskiem,

Rzekł: „Chciałbym zostać konsulem, atoli

Bez waszych głosów dawny zwyczaj nie chce

Na to pozwolić; dajcie mi więc głosy”.

Kiedyśmy mu w tym uczynili zadość,

Wtedy przebąknął: „Dziękuję wasanom133

Za wasze głosy — lube głosy! — teraz,

Mając je w garści, nie mam już z wasaństwem

Nic do czynienia”. Nie byłyż134 to drwiny?

SYCYNIUSZ

Alboście byli ślepi, żeście tego

W lot nie spostrzegli, albo dobroduszni

Jak dzieci, żeście spostrzegłszy to, dali

Mu jednak głosy.

BRUTUS

Czyżeście nie mogli

Tak mu powiedzieć, jak was nauczono?

Nie mając władzy, będąc jeszcze w rzędzie

Prostych sług państwa, był on wrogiem waszym.

Zawsze opierał się waszym swobodom

I przywilejom, które posiadacie,

Stanowiąc ciało Rzeczypospolitej135.

Jeżeli teraz, zyskawszy znaczenie,

Miejsce u steru państwa, pozostanie

Nieprzyjacielem ludu, czyliż136 wasze

Wota nie będą przeciwko wam samym

Wołać o pomstę? Trzeba mu wam było

Powiedzieć, że jak z jednej strony jego

Chwalebne czyny torują mu drogę

Do tego, o co się stara, tak z drugiej

Uprzejmy jego i wdzięczny charakter

Niepłonną137 czyni wam wróżbę, że będzie

Pamiętał o was, w dank za wasze głosy,

I że zamieni niechęć ku wam w miłość,

Zostając stale przychylnym wam panem.

SYCYNIUSZ

Gdybyście byli rzecz tak wyłuszczyli,

Jak wam instrukcję dano, bylibyście

Byli trafili w jego słabą stronę

I chęci jego zbadali. A przy tym

Alboby musiał był wam uroczyste

Dać przyrzeczenie, które byście w każdym

Razie potrzeby mogli mu przypomnieć;

Alboby jego gwałtowna natura,

W niczym hamulca klauzul nie cierpiąca,

Została przez to podrażniona. Wtedy

Wzburzywszy mu żółć, bylibyście byli

Mogli skorzystać z jego uniesienia

I z kwitkiem panka odprawić.

BRUTUS

Skoroście

Zauważyli, że on was traktował

Z jawną pogardą, wtenczas kiedy jako

Suplikant waszych potrzebował względów,

Pomyślcie jeno, jakiej to pogardy

Przyjdzie wam wtedy doświadczyć od niego,

Kiedy was będzie mógł zgnieść? Cóż, u licha,

Nie macież serca w ciele, klepek w głowie,

A język na to tylko, żeby wrzeszczeć

Przeciw powadze rozumu?

SYCYNIUSZ

Czyżeście

Żadnego dotąd jeszcze kandydata

Nie odpalili? Skądże wam dziś znowu

Przyszedł szał czynić fawor138 człowiekowi,

Który bynajmniej was nie prosił, owszem,

Zbył was drwinkami?

TRZECI OBYWATEL

On nie zatwierdzony

Jeszcze; możemy go jeszcze odpalić.

DRUGI OBYWATEL

I odpalimy; ja pięćset mieć będę

Głosów po temu.

PIERWSZY OBYWATEL

Ja tysiąc; nie licząc

Półgłosów, które się przypną w dodatku.

BRUTUS

Idźcież, nie tracąc czasu, uwiadomić

Waszych przyjaciół, że sobie obrali

Konsula, który ich z swobód obierze,

Głos im ukróci jak psom, które często

Bywają bite za szczekanie, chociaż

Na to są, żeby szczekały.

SYCYNIUSZ

Zgromadźcie

Ich i po zdrowym rozważeniu rzeczy

Jednozgodnymi głosy odwołajcie

Wasz niedorzeczny wybór. Przypomnijcie

Im jego dumę i nienawiść ku wam.

Nie zapomnijcie im także nadmienić,

Z jaką on wzgardą był dla szat pokory,

Jak się z was, niby prosząc, naigrawał.

Ale naówczas afekt139 wasz ku niemu,

Wzgląd na zasługi jego nie pozwolił

Wam pilnie baczyć na jego obejście,

Którym niegodnie i uwłaczająco

Zakorzenionej nienawiści ku wam

Jawny dał dowód.

BRUTUS

Złóżcie całą winę

Na nas: powiedzcie, żeśmy pracowali

Usilnie nad tym, ażebyście (w razie,

Jeżeli k’temu140 nie zajdzie przeszkoda)

Poparli jego elekcję.

SYCYNIUSZ

Powiedzcie,

Żeście mu dali wasze wota raczej

Wskutek naszego rozkazu niż wskutek

Własnej skłonności i że ważąc w myśli

To, co wam zrobić kazano, z tym, co wam

Zrobić przystało, w chwili roztargnienia

Mimowolnieście głosowali za nim.

Tak, bez skrupułu złóżcie na nas winę.

BRUTUS

Nie oszczędzajcie nas: powiedzcie, żeśmy

Opowiadali wam, jak to on młodo

Zaczął ojczyźnie służyć; jak już dawno

Służy; z jakiego szczepu ród wywodzi;

Że go szlachetny dom Marcjuszów wydał,

Z którego wyszedł niegdyś Ankus Marcjusz141,

Wnuk Numy, ten sam, co później był królem

Po wiekopomnej sławy Hostyliuszu.

Z tegoż samego pochodzili domu

Publiusz i Kwintus142, którzy nam najlepszą

Wodociągami wodę sprowadzili;

A Cenzorinus143, ulubieniec ludu,

Godzien swej nazwy, bo dwakroć piastował

Godność cenzora, był jego pradziadem.

SYCYNIUSZ

Jako potomka tak zacnego rodu,

Który sam oprócz tego osobiście

Na wywyższenie zasłużył, żarliwie

Poleciliśmy go waszej pamięci.

Porównywając wszakże teraźniejsze

Postępowanie jego i poprzednie,

Przekonaliście się, że on jest stale

Nieprzyjacielem waszym, i dlatego

Cofacie waszą skorą aprobatę.

BRUTUS

Powiedzcie (i w to bijcie jak najwięcej),

Żebyście mu jej, jak żywo, nigdy

Nie byli dali, gdybyście nie byli

Do tego przez nas namówieni. Idźcie

I, zebrawszy się w przyzwoitej liczbie,

Udajcie się do Kapitolu.

OBYWATELE

Śpieszym

Błąd nasz naprawić, był to błąd nie lada.

Wychodzą.

BRUTUS

Niech idą, lepiej nam zaryzykować

To poruszenie niż czekać na większe,

Które musiałoby nastąpić. Skoro

On po swojemu w wściekłość wpadnie, słysząc

Ich odwołanie, my wtedy wystąpmy

I korzyść schwyćmy za łeb.

SYCYNIUSZ

Idźmy zaraz,

Trzeba nam bowiem być na Kapitolu

Wprzód niż pospólstwo; tym sposobem cała

Ta sprawa wyda się własnym ich dziełem,

Choć w gruncie przez nas była podżegnioną.

Wychodzą.

AKT TRZECI

SCENA PIERWSZA

Odgłos rogów. Koriolan, Menoniusz, Kominiusz, Tytus Larcjusz wchodzą w orszaku senatorów i patrycjuszów.

KORIOLAN

Tullus Aufidisz znów się odgrażał?

LARCJUSZ

Tak, i to właśnie nas spowodowało

Pośpieszniej zawrzeć pokój.

KORIOLAN

Więc Wolskowie

Stoją na takiej stopie jak poprzednio,

Czekając tylko na sposobną porę,

Żeby nas znowu napaść?

LARCJUSZ

Taką oni

Świeżo ponieśli klęskę, że my, starzy,

Powiewających chorągwi ich pewnie

Nigdy już więcej nie ujrzym.

KORIOLAN

Widziałżeś

Gdzie Aufidiusza?

LARCJUSZ

Z glejtem144 bezpieczeństwa

Przyszedł on do mnie i klął Wolskom za to,

Że tak nikczemnie miasto nam poddali.

Jest teraz w Ancjum.

KORIOLAN

Czy mówił co o mnie?

LARCJUSZ

Mówił.

KORIOLAN

Cóż mówił?

LARCJUSZ

Żeście się już nieraz

Starli samowtór145, że nie ma na świecie

Rzeczy, którą by nienawidził bardziej

Niż ciebie, i że gotów oddać wszystkie

Swoje dostatki, bez nadziei zwrotu,

Byleby tylko mógł się wreszcie nazwać

Twoim zwycięzcą.

KORIOLAN

Jest więc teraz w Ancjum?

LARCJUSZ

Tak, w Ancjum.

KORIOLAN

Rad bym go pójść tam odwiedzić

I nienawiści jego odpowiedzieć.

A teraz, witaj nam, Tytusie!

Sycyniusz i Brutus wchodzą.

Patrzcie!

Są to tak zwani trybunowie ludu,

Języki gminnej gęby. Gardzę nimi,

Bo się dmą w sposób wzburzający wszelką

Szlachetną flegmę146.

SYCYNIUSZ

Ani kroku dalej!

KORIOLAN

Co to jest?

BRUTUS

Dalej iść byłoby zgubne:

Nie idźcie dalej.

KORIOLAN

Co znaczy ta zmiana?

MENENIUSZ

Skąd powód?

KOMINIUSZ

Czyliż on nie zyskał wotów

Szlachty i ludu?

BRUTUS

Nie zyskał ich jeszcze.

KORIOLAN

Miałżem więc głosy żaków?

PIERWSZY SENATOR

Trybunowie,

Nie brońcie mu iść na rynek: odstąpcie.

BRUTUS

Lud jest rozżarty na niego.

SYCYNIUSZ

Ogólny

Wybuch nastąpi, jeśli się ukaże.

KORIOLAN

To więc lud waszą jest trzodą? I na cóż

Głos jest udziałem tych, co go wydają

I zaprzeczają go natychmiast? Jakaż

Jest wasza funkcja? Jesteście ich gębą,

Czemuż ich zębów nie trzymacie w karbach?

Podbechtaliście147 ich?

MENENIUSZ

Miarkuj się, miarkuj!

KORIOLAN

To ułożona rzecz: intryga w celu

Upokorzenia szlachty. Można znieść to

I żyć, gdzie tacy bezkarnie rej wodzą,

Co sami rządzić nie umiejąc, nie chcą

Być rządzonymi?

BRUTUS

Nie nazywaj tego

Intrygą, panie. Lud woła, żeś szydził

Z niego; żeś sarkał, kiedy mu bezpłatnie

Dawano zboże; żeś czernił148 tych, co się

Za nim wstawiali, zwąc ich lizusami,

Chorągiewkami, odstępcami szlachty.

KORIOLAN

To i wprzód było wiadome.

BRUTUS

Nie wszystkim.

KORIOLAN

Doniosłeś im więc potem?

BRUTUS

Jam miał donieść?

KORIOLAN

Do takich kroków zdasz się waszmość.

BRUTUS

Zdam się

Do niejednego, by sprostować wasze.

KORIOLAN

Na cóż mi tedy149 być konsulem, na co?

O, na te chmury, co wiszą nad nami,

Jeżeli jestem tak złym sługą kraju,

Zróbcie mnie lepiej trybunem.

SYCYNIUSZ

Ta mowa

Zdradza zbyt jawnie to, co jest przyczyną

Szemrania ludu. Chceszli150, panie, dopiąć

Celu swych życzeń, trzeba ci oględniej

Dotychczasowe zbadać stanowisko.

Ani się stawiać tak górnie jak konsul,

Ani tak nisko jak trybun.

MENENIUSZ

Zbierz flegmę.

KOMINIUSZ

Lud błędnie został poinformowany.

Takie krętactwo nie jest godne Rzymian

Ani Koriolan nie zarobił sobie,

Aby mu dzisiaj na utorowanej

Zasługą drodze tak uwłaczającą

Tamę stawiano.

KORIOLAN

Prawić mi o zbożu!

Com wtedy mówił, powtórzę i teraz.

MENENIUSZ

Tylko nie teraz, nie teraz.

PIERWSZY SENATOR

Nie teraz,

W tym uniesieniu.

KORIOLAN

Teraz, jako żywo!

Wybaczcie, zacni przyjaciele. Niechaj

Ten zmienny, durny tłum spojrzy mi w oczy

I w nich się przejrzy. Powtarzam, że głaszcząc

Ten ród, żywimy ku ujmie senatu

Kąkol rokoszu151, zuchwalstwa, zamieszek.

Sami go siejem i sami worujem152,

Dając tym ludziom miejsce w naszym kole,

Któremu chyba o tyle brak tylko

Czci i powagi, o ile się nimi

Dzieli z żebractwem.

MENENIUSZ

Dobrze, ale przestań.

PIERWSZY SENATOR

Prosim cię, panie, przestań.

KORIOLAN

Ja mam przestać?

Jakem przelewał krew mą za ojczyznę,

Nie obawiając się potęgi wrogów,

Tak przekonanie me przelewać będę

W słowa, dopóki tchu w piersi mej stanie.

Na przekór temu liszajowi, który

Lekceważymy, jednakże samochcąc153

Zarażać mu się pozwalamy.

BRUTUS

Mówisz,

Panie, o ludzie, jak gdybyś był bóstwem

Karzącym, nie zaś stworzeniem podobnież

Upośledzonym.

SYCYNIUSZ

Trzeba nam lud o tym

Uprzedzić.

MENENIUSZ

O czym? O jego gorączce?

KORIOLAN

O mej gorączce! Chociażbym był zimny

Jak sen północny, na władcę piorunów,

Ani na jotę nie zmieniłbym zdania.

SYCYNIUSZ

Jad tego zdania pozostanie jadem

Tam, gdzie jest, nigdzie dalej nie dosięgnie.

Tak ma być.

KORIOLAN

Tak ma być! Mości panowie,

Słyszycie tego trytona154 serdeli?

Uważaliście jego ton stanowczy?

KOMINIUSZ

Tak, to trąciło prawodawczym stylem.

KORIOLAN

Tak ma być! O, wy dobrzy, ale słabi

Patrycjuszowie, wy senatorowie

Poważni, ale nad miarę niebaczni,

Jakżeście mogli pozwolić tej hydrze155

Obierać sobie urzędników, którzy

Chociaż są tylko rogami156 potworu,

Apodyktycznym tonem śmią przemawiać

I przez to dawać wam do zrozumienia,

Że waszą rzekę sprowadzą do rowu

I sami w łożu jej spoczną? Jeżeli

Przy nich jest władza, zasłońcie ze wstydem

Waszą ślepotę, jeżeli nie, zbudźcie

Zgubną łagodność waszą. Jeżeliście

Światli, przestańcie być prostodusznymi,

Jeśli nie, idźcie im krzesła podstawiać

I kłaść przy sobie poduszki. Będziecie

Plebejuszami, jeśli oni będą

Senatorami, a onić157 już nie są

Czym innym, skoro po zmieszaniu głosów

Obojej158 strony ich wrzask idzie górą.

Pozwoliliście im obierać sobie

Pełnomocników: otóż i obrali

Sobie takiego, który wobec grona

Mężów, powagą przewyższającego

Areopagi159 greckie, śmie wyjeżdżać

Z swym popularnym: „Tak ma być!”. Na bogi!

Taki stan rzeczy poniża konsulat

I serce mi się kraje, gdy pomyślę,

Że kędy miejsce obok siebie mają

Dwie równe władze, łatwo zamieszanie

Zakraść się może w szczeliny i zrządzić

Upadek jednej przez drugą.

KOMINIUSZ

Masz słuszność.

Idźmy na rynek.

KORIOLAN

Kto pierwszy wniósł, żeby

Z publicznych spichrzów darmo wydać zboże,

Jak się to zwykło było praktykować

U Greków...

MENENIUSZ

Dobrze, dobrze, ale przestań.

KORIOLAN

(Chociaż tam lud miał więcej praw do władzy)

Ten, mówię, rzucił kość nieposłuszeństwa

I zgubę państwa zaszczepił.

BRUTUS

Miałżeby

Lud dać głos komuś, co tak mówi?

KORIOLAN

Dam ja

Natychmiast rację, dlaczego tak mówię,

A ta ważniejsza jest niż jego głosy.

Wie on, że zboża nie dostał w nagrodę,

Boć mu wewnętrzne przekonanie szepce,

Że żadnych k’temu zasług nie położył.

Będąc wezwany na wojnę, podówczas

Kiedy ojczyźnie szło o śmierć lub życie,

Nie chciał przestąpić bram. Ten rodzaj zasług

Nie jedna prawa do bezpłatnych datków.

Na samejże zaś wojnie ciągłe jego

Niespokojności i rokosze, w których

Głównie dał dowód swojej waleczności,

Nie przemówiły za nim. Jego liczne

Skargi na senat, jako wiatr zasadne,

Nie mogły także, rozumiem, wywołać

Naszej tak łatwej darowizny. Jakiż

Był tedy powód? Jakimże procesem

Ten różnolity, niesyty brzuch trawi

Ową uczynność senatu? Niech fakta

Staną za słowa, które by brzmieć mogły,

Jak następuje: „Żądaliśmy tego,

Bo stanowimy większość, i z bojaźni

Dano nam, cośmy chcieli”. Tym sposobem

Sami wzruszamy świętość naszych posad

I przyprawiamy się o to, że szuja

Troskliwość naszą nazywa bojaźnią.

Przyjdzie do tego z czasem, że wyłamią

Rygle senatu i że wrony będą

Dziobały orłów.

MENENIUSZ

Pójdź, pójdź; dość już tego.

BRUTUS

Dość i nad miarę.

KORIOLAN

Nie, weźcie, co wasze;

Niech to, co można by stwierdzić przysięgą

Zarówno w bogów, jak ludzi obliczu,

Zapieczętuje koniec mowy mojej!

Przy takiej dwójcy władz, gdzie jedna strona

Słusznie pogardza, a druga niesłusznie

Miota obelgi; gdzie ród, tytuł, mądrość

Niczego zgoła stanowić nie może

Bez potwierdzenia albo odrzucenia

Przez masę głupców — prawdziwe potrzeby

Ustąpić muszą chwilowym błyskotkom;

A gdzie jest taka przewrotność, tam wszystko

Prędzej czy później musi się przewrócić.

Dlatego wzywam was, którym przystoi

Nie lękliwymi być, lecz przezornymi,

Którzy podstawy egzystencji państwa

Bardziej kochacie, niż się domyślacie,

Jak mało braknie im, żeby runęły;

Którzy szlachetny żywot przekładacie/Którzy szlachetny żywot przekładacie

Nad długowieczny, a wolicie raczej

Niebezpiecznymi driakwiami160 ciało

Chore leczyć, niż bez nich dać je śmierci

Na pewną pastwę: wyrwijcie od razu

Ten język paszczy pospólstwa, nie dajcie

Im lizać miodu, który jest dlań jadem.

Uszczerbek waszej powagi przynosi

Uszczerbek zdrowej logice, odbiera

Właściwą godność państwu, przyprawiając

Je o niemożność świadczenia dobrodziejstw

Wśród złego, które śmie je kontrolować.

BRUTUS

Dość już powiedział.

SYCYNIUSZ

Mówił jako zdrajca

I jako zdrajca odpowie.

KORIOLAN

Nędzniku!

Przepadnij w wzgardzie! Na licho ludowi

Ta drań trybunów, od których zależny

Odmawia wyższej władzy posłuszeństwa?

W zamęcie buntu obrano ich, w chwili

Gdy nie potrzeba, ale mus był prawem.

Niechże, na odwrót, w sposobniejszej chwili

Musi być prawem to, co jest konieczne,

A wpływ ich legnie w prochu!

BRUTUS

Jawna zdrada.

SYCYNIUSZ

I toż to ma być konsul? Nigdy, nigdy!

BRUTUS

Hej, edylowie161! Pochwyćcie go!

SYCYNIUSZ

Biegnij

Po lud.

Wychodzi Brutus.

W którego wszechwładnym imieniu

Aresztuję cię jako nowatora162,

Zdrajcę i wroga Rzeczypospolitej.

Rozkazuję ci zaraz być posłusznym

I zaraz za mną pójść.

KORIOLAN

Precz, stary capie!

SENATOROWIE I PATRYCJUSZE

My poręczamy za nim.

KOMINIUSZ

Odstąp, starcze.

KORIOLAN

Zbutwiały zlepku, precz, albo wytrząsnę

Z szat twoich wszystkie twe kości.

SYCYNIUSZ

Na pomoc,

Obywatele!

Brutus powraca z edylami i gromadą obywateli.

MENENIUSZ

Zalecamy jednej

I drugiej stronie więcej wzajemnego

Uszanowania.

SYCYNIUSZ

Oto ten, co śmiał się

Targnąć na waszą władzę.

BRUTUS

Edylowie,

Bierzcie go!

OBYWATELE

Biada mu! biada mu!

DRUGI SENATOR

Stójcie!

Patrycjusze i obywatele ścierają się wkoło Koriolana.

Hola, hej, trybunowie, patrycjusze,

Obywatele! Hej, obywatele!

Brutusie, Sycyniuszu, Koriolanie!

OBYWATELE

Stójcie, wstrzymajcie się, czekajcie, stójcie!

MENENIUSZ

Do czegóż to ma przyjść? Tchu mi brakuje.

Ta waśń nas wtrąci w przepaść. Trybunowie,

Przemówcie przecie. Miej wzgląd, Koriolanie.

Mów, Sycyniuszu.

SYCYNIUSZ

Słuchajcie mnie, ludzie.

OBYWATELE

Nasz trybun mówi. Słuchajmy. Hej, cicho!

SYCYNIUSZ

Jesteście w punkcie utracenia swobód,

Marcjusz chce je wam odjąć, ten sam Marcjusz,

Coście go świeżo zanominowali

Konsulem.

MENENIUSZ

Tfu! Tfu! Tfu! Nie jest to gasić,

Ale rozżarzać pożar.

PIERWSZY SENATOR

Burzyć miasto

I wszystko z ziemią równać.

SYCYNIUSZ

Czymże innym

Jest miasto, jeśli nie ludem?

OBYWATELE

To prawda,

To szczera prawda, lud stanowi miasto!

BRUTUS

Za zezwoleniem wszystkich zostaliśmy

Urzędnikami ludu.

OBYWATELE

Tak, i nadal

Pozostaniecie nimi.

MENENIUSZ

Jako tacy

Powinni byście także postępować.

KORIOLAN

Tak postępować jest to siać zniszczenie,

Z fundamentami równać szczyty gmachów

I wszystko, co się znakomicie wznosi,

Grzebać w zwaliskach.

SYCYNIUSZ

Godzien śmierci za to.

BRUTUS

Albo się mamy utrzymać przy władzy,

Albo ją mamy utracić. W imieniu

Tej części ludu, która nas obrała

Stróżami swoich praw, dekretujemy

Marcjusza godnym śmierci.

SYCYNIUSZ

Niech więc będzie

Zaprowadzony na Tarpejską Skałę163

I z niej strącony w przepaść.

BRUTUS

Edylowie,

Weźcie go!

OBYWATELE

Poddaj się, poddaj, Marcjuszu!

MENENIUSZ

Posłuchajcie mnie, trybunowie, słowo,

Nic, tylko słowo.

EDYLOWIE

Cicho, cicho!

MENENIUSZ

Bądźcie

Takimi, jak się wydajecie, to jest

Rzeczywistymi przyjaciółmi kraju

I zachowajcie się z umiarkowaniem

W tej sprawie, którą z taką gwałtownością

Chcecie załatwić.

BRUTUS

Powolne działanie

Dobrym jest, panie, środkiem, lecz nie w razie

Gwałtownych chorób. Bierzcie go, prowadźcie

Zaraz na skałę!

KORIOLAN

Nie, tu wolę umrzeć.

dobywa miecza

Niejeden tu jest, co mnie widział w boju,

Niechaj na sobie sprawdzi to, co widział.

MENENIUSZ

Schowaj miecz. Chwilę tylko, trybunowie.

BRUTUS

Bierzcie go, dalej!

MENENIUSZ

Na pomoc, na pomoc!

W kim krew szlachetna płynie! Hej, na pomoc,

Młodzi i starzy!

OBYWATELE

Niech ginie, niech ginie!

Wśród tego zamieszania trybunowie, edylowie i obywatele zostają wyparci.

MENENIUSZ

Wracaj do domu teraz, spiesz, bez zwłoki,

Inaczej wszystko na nic.

DRUGI SENATOR

Idź, idź!

KORIOLAN

Śmiało

Stawmy im czoło, mamy równą liczbę

Przyjaciół, jak i nieprzyjaciół.

MENENIUSZ

Chceszże

Do tego rzeczy doprowadzić?

PIERWSZY SENATOR

Niech nas

Bogowie chronią! Zacny przyjacielu,

Odejdź do domu i zdaj naszej pieczy

Tę smutną sprawę.

MENENIUSZ

Bo w tej alternacie164

Nic sam nie wskórasz, zaklinam cię, odejdź!

KOMINIUSZ

Pójdź z nami razem, pójdź z nami.

KORIOLAN

Chciałbym, żeby to byli barbarzyńcy

(Którymi w gruncie są, choć ich Rzym wydał),

A nie Rzymianie (którymi bynajmniej

Nie są, choć się ich matki ocieliły

Pod przysionkami Kapitolu).

MENENIUSZ

Odejdź,

Błagamy ciebie, nie przelewaj w usta

Sprawiedliwego gniewu twego, jedna

Chwila zaciąga dług względem następnych.

KORIOLAN

Na innym gruncie zgniótłbym ich czterdziestu.

MENENIUSZ

Ja sam najtęższych dwóch wziąłbym na siebie,

Choćby tych łotrów trybunów.

KOMINIUSZ

Lecz teraz

Liczba nad wszelką miarę jest nierówna,

A męstwo zmienia się w istne szaleństwo,

Gdy chce walący się budynek wspierać.

Chceszże tu czekać na powrót motłochu,

Którego wściekłość wybuchnie niebawem

Jak woda w biegu wstrzymana i przerwie

Dotychczasowe swe tamy?

MENENIUSZ

Idź, proszę,

Spróbuję, czy mój stary dowcip165 znajdzie

Pokup166 u ludzi niezdolnych nim zgrzeszyć.

Trzeba nam zatkać tę dziurę gałganem

Jakiej bądź barwy.

KOMINIUSZ

Wysłuchaj próśb naszych,

Daj się nakłonić.

KORIOLAN

Idźmy więc.

Wychodzą Koriolan, Kominiusz i inni.

PIERWSZY PATRYCJUSZ

Ten człowiek

Zniweczył sobie przyszłość.

MENENIUSZ

Jego umysł

Jest za szlachetny dla naszego świata.

Nie schlebiłby on Neptunowi167, choćby

Mu szło o trójząb, ani Jowiszowi

Za wszystkie jego gromy. Jego serce

Jest w ustach; co się pocznie w jego piersi,

To jego język wnet musi urodzić,

Będąc zaś zdjęty gniewem, zapomina,

Że kiedykolwiek słyszał miano śmierci.

Będziemy mieli sęk nie lada!

Zgiełk zewnątrz.

DRUGI PATRYCJUSZ

Rad bym,

Żeby już byli w łóżku!

MENENIUSZ

Ja bym wolał,

Żeby nie w łóżku byli, ale w Tybrze! —

Co za zawziętość! Nie mógłże on mówić

łagodniej?

Brutus i Sycyniusz wracają z gromadą pospólstwa.

SYCYNIUSZ

Gdzie jest ta żmija, co chciała

Wyludnić miasto i sama być wszystkim?

MENENIUSZ

Cni trybunowie...

SYCYNIUSZ

Zostanie strącony

Z Tarpejskiej Skały, nie ma dlań litości,

śmiał się opierać prawu, toteż prawo

Odmawia mu wręcz zwykłej procedury

I oddaje go całej surowości

Władz, które za nic miał.

PIERWSZY OBYWATEL

Powinien wiedzieć,

Że trybunowie są ustami ludu,

A my rękami ich.

OBYWATELE

w kilku razem

Już on się dowie.

MENENIUSZ

Moi panowie!

SYCYNIUSZ

Cicho!

MENENIUSZ

Nie wołajcie

Gwałtu, gdzie swego możecie spokojnym

Dopiąć wyrokiem.

SYCYNIUSZ

Jakże się to stało,

Żeście panowie temu człowiekowi

Ujść dopomogli?

MENENIUSZ

Chciejcie mnie wysłuchać.

Tak samo, jak znam zalety konsula,

Tak samo mogę wymienić i jego

Wady.

SYCYNIUSZ

Konsula! Jakiego konsula?

MENENIUSZ

Konsula Koriolana.

BRUTUS

Co? On konsul?

OBYWATELE

Nie, nie, nie!

MENENIUSZ

Jeżelibym mógł zyskać posłuchanie

Panów trybunów i wasze, poczciwi

Obywatele, powiedziałbym słowo

Lub dwa najwięcej, co by was o inną

Nie przyprawiło szkodę jak o stratę

Kilku chwil czasu.

SYCYNIUSZ

Mówcież, panie, mówcie,

Ale niedługo, bo nam pilno sprzątnąć

Ten gad zdradziecki168; wypędzić go grozi

Niebezpieczeństwem, trzymać go zaś w mieście

Grozi nam śmiercią, stanęło więc, że ma

Zginąć tej nocy.

MENENIUSZ

Nie dajcie, bogowie,

Aby nasz sławny Rzym, którego wdzięczność

Dla zasłużonych dzieci swoich stoi

W Jowisza nawet księdze zapisana,

Na wzór wyrodnej matki miał dziś własny

Płód swój pożerać.

SYCYNIUSZ

On jest chorobliwą

Naroślą, którą gwałtem trzeba odciąć.

MENENIUSZ

O, on jest raczej chorym tylko członkiem,

Odciąć go zgubnie, uleczyć go łatwo.

Cóż on tak złego uczynił Rzymowi,

Żeby aż na śmierć zasłużył? Że wrogów

Naszych zabijał? Krew, którą utracił

(A utracił jej, ręczę, o niejedną

Uncję169 obficiej, niż jej dziś ma), krew ta

Przelana była w obronie ojczyzny;

Ma mu ojczyzna resztę jej odbierać?

Taki postępek okryłby nas wszystkich,

Co byśmy mogli zrobić to i ścierpieć,

Wieczystym piętnem hańby.

SYCYNIUSZ

Stara piosnka.

BRUTUS

I na fałszywą nutę. Kiedy dobrze

Służył ojczyźnie, wtedy go ojczyzna

Umiała także cenić.

MENENIUSZ

Kiedy nogę

Dotknie gangrena, dawne jej usługi

Przestają już być cenione?

BRUTUS

Niczego

Słuchać nie chcemy — idźcie go poszukać

W jego mieszkaniu i wywlec go stamtąd,

Aby się jego zaraźliwy oddech

Dalej nie rozszedł.

MENENIUSZ

Jeszcze tylko słowo;

Słowo, panowie. Ta tygrysia wściekłość,

Poznawszy gorzkie skutki nierozważnej

Swej porywczości, zechce poniewczasie

Ołowiem sobie okowywać nogi.

Złóżcie na niego sąd, inaczej bowiem

Powstaną partie (bo on ma przyjaciół)

I wielki nasz Rzym runie w waśni Rzymian.

BRUTUS

Gdyby tak miało być...

SYCYNIUSZ

Co wasze170 prawisz171!

Nie wiemyż, jak on umie być posłusznym?

Nie uderzyłże on naszych edylów?

Nie targnąłże się na nas samych? Idźmy!

MENENIUSZ

Zważcie, że on się wychował w obozach,

Odkąd mógł dźwignąć miecz, że się nie ćwiczył

W cedzonej mowie, mąkę i otręby

Razem pytluje172. Pozwólcie mi działać:

Pójdę do niego i biorę na siebie

Skłonić go, żeby się stawił przed wami

I wedle prawnych form usprawiedliwił

Z zarzutów albo kaźń poniósł.

PIERWSZY SENATOR

Szlachetni

Obrońcy ludu, to jest droga zgodna

Z ludzkością173, inna byłaby za krwawa;

A końca naprzód nie można przewidzieć.

SYCYNIUSZ

Szlachetny Meneniuszu, bądźże waćpan

W tej sprawie niby delegatem ludu.

Mości panowie, złóżcie broń.

BRUTUS

Jednakże

Nie rozpierzchajcie się.

SYCYNIUSZ

Idźcie na rynek;

Tam, Meneniuszu, czekać na was będziem.

Jeśli Marcjusza nam nie przyprowadzisz,

Chwycim się pierwszej drogi.

MENENIUSZ

Przyprowadzę

Go, przyprowadzę. Szanowni koledzy,

Mogę na wasze liczyć uczestnictwo?

Musi się stawić, inaczej najgorsze

Skutki wynikną.

PIERWSZY SENATOR

Chętnie ci służymy.

Wychodzą.

SCENA DRUGA

Komnata w domu Koriolana.

Wchodzi Koriolan z patrycjuszami.

KORIOLAN

Niech się wkoło mnie, jak chcą, srożą, niech mi

Stawią przed oczy sromotną174 śmierć w kole175

Albo u kopyt rozpędzonych koni;

Niech na Tarpejską Skałę wsadzą jeszcze

Dziesięć skał takich, aby dno przepaści

Sięgało dalej, niż wzrok może dosiąc176;

Jeszcze i wtedy będę dla nich takim

Samym, jak jestem.

PIERWSZY PATRYCJUSZ

Tym szlachetniej czynisz.

KORIOLAN

Zastanawia mnie to, że moja matka

Nie okazuje mi teraz takiego

Zadowolenia jak dawniej, a przecie

Sama ich dawniej zwała poddańcami

Z wełną pod strzyżę177; istotami, które

Na to są tylko, aby je kupować

Za marny szeląg178 i za marny szeląg

Sprzedawać; żeby szły na zgromadzenia

Z odkrytą głową; żeby się gapiły,

Słuchały, milcząc, i wpadały w podziw,

Kiedy ktoś mego stopnia wstał i prawił

O sprawach kraju!

Wchodzi Wolumnia.

O was mówię, matko.

Dlaczegóż mnie chcesz widzieć uleglejszym?

Chciałabyś, abym zaprzeczał sam sobie?

O, powiedz raczej, że nie zaprzestaję

Być tym, czym jestem.

WOLUMNIA

Synu, synu, synu!

Trzeba ci było wprzód pozyskać władzę,

Nimeś179 ją stracił.

KORIOLAN

Dajmy temu pokój.

WOLUMNIA

Byłbyś był łatwo mógł być tym, czym jesteś,

Gdybyś być sobą mniej był usiłował.

Nie postawiono by się tak na drodze

Twoim widokom, gdybyś był dopiero

Wtedy był pozór odrzucił, kiedy by

Już nie zdołano stanąć ci na poprzek.

KORIOLAN

Niech im kat świeci!

WOLUMNIA

Niech ich spali nawet!

Wchodzi Meneniusz z senatorami.

MENENIUSZ

Pójdź, pójdź! Za ostro się z nimi obszedłeś,

Za opryskliwie; trzeba ci powrócić

I złe naprawić.

PIERWSZY SENATOR

Nie ma środka; jeśli

Tego nie zrobisz, nasze wielkie miasto

Rozpadnie się i runie.

WOLUMNIA

Słuchaj rady;

I ja mam serce nieugięte, ale

Umysł mój zwraca czynność mego gniewu

Na korzystniejsze drogi.

MENENIUSZ

Dobrze mówisz,

Zacna matrono. Nimby on w ten sposób

Stanąć miał przed tą trzodą w innym czasie,

Nie omieszkałbym ja sam przywdziać zbroi,

Którą już ledwie mogę dźwignąć; ale

W obecnym razie krok ten jest niezbędny

Jako lekarstwo w gwałtownej chorobie

Czasu, potrzebne dla całego państwa.

KORIOLAN

Cóż mam uczynić?

MENENIUSZ

Wrócić do trybunów.

KORIOLAN

Dobrze; cóż potem? Cóż potem?

MENENIUSZ

Żałować

Tego, coś wyrzekł.

KORIOLAN

Żałować? Przed nimi?

Nie mógłbym tego przed obliczem bogów,

A mam żałować przed nimi?

WOLUMNIA

Mój synu,

Za niezawisły masz sposób myślenia:

Piękny to przymiot, ale niebezpieczny

W niektórych razach ostatecznych. Nieraz

Z ust twych słyszałam, że honor i zręczność,

Na wzór przyjaciół nierozłącznych, w parze

Chodzą na wojnie; jeśli tak jest, powiedz,

Czym może jedno drugiemu zaszkodzić

W czasie pokoju, że je w nim rozdzielasz?

KORIOLAN

Przestańcie, matko.

MENENIUSZ

Dobre zapytanie.

WOLUMNIA

Jeśli na wojnie zgadza się z honorem

Wydawać się tym, czym się w gruncie nie jest

I k’temu zręczność przyzywać na pomoc:

Dlaczegoż by mniej miało być godziwym

Honor z zręcznością spleść w czasie pokoju,

Kiedy tak wojna, jak pokój zarówno

Obu tych zalet wymaga?

KORIOLAN

O matko,

Dlaczegóż przy tym obstajesz?

WOLUMNIA

Bo teraz

Masz się odezwać do ludu nie wedle

Własnego zdania i poszeptu serca,

Ale takimi słowy, które będą

Języka twego nieprawymi dziećmi;

Głoskami, które z przekonaniem twoim

Nie będą nic mieć wspólnego. Nie bardziej

Ci to ubliży niż wejście do miasta

Wskutek uprzejmej odezwy, bez czego

Nie uniknąłbyś niebezpieczeństw walki

I krwi rozlewu. Byłabym zaiste

W sprzeczności z sobą, gdybym się wahała

Tak honorowo postąpić w potrzebie,

W której by los mój lub moich najbliższych

Był narażony. W tej potrzebie teraz

Jestem ja, żona twa, syn, szlachta, senat —

A ty ludowi wolisz pokazywać

Zmarszczone czoło niż pozorny uśmiech,

Którym byś kupić mógł jego przychylność

I zabezpieczyć tym samym nas wszystkich

Od nieochybnej ruiny.

MENENIUSZ

Szlachetna

Matko Rzymianko! Pójdź, pójdź z nami; przemów

Do nich uprzejmie: tym sposobem zdołasz

Nie tylko zakląć złe dziś nam grożące,

Lecz i odzyskać to, cośmy stracili.

WOLUMNIA

Uczyń tak, synu, proszę cię, pójdź do nich

Z tą czapką w ręku; unieś ją do góry,

Pocałuj ziemię kolanami (w takich

Bowiem okazjach gesta są wymową,

A oczy gminu wrażliwsze niż uszy),

Kiwaj im głową, aby pomyśleli,

Że twarde serce twe skruszało, zmiękło

Jako dojrzała morwowa jagoda,

Którą najmniejszy wiatr strząsa. Lub wreszcie

Powiedz im, żeś jest żołnierzem, że będąc

W bitwach i w wrzawie wychowanym, nie masz

Tego łatwego, słodkiego obejścia,

Które właściwie, jak to sam przyznajesz,

Mieć byś powinien; a którego oni

Właściwie mogą od ciebie wymagać,

Skoro się starasz o ich względy. Wszakże

Uczynisz wszystko, co będzie w twej mocy,

Ażeby się im nadal przypodobać.

MENENIUSZ

Weź się w ten sposób do rzeczy, a wszystkich

Sobie zniewolisz; bo tacy prostacy

Równie pochopni180 są do przebaczenia,

Gdy ich pogłaszczesz, jak skorzy do krzyków

O lada bzdurstwo.

WOLUMNIA

Jeszcze raz cię proszę,

Posłuchaj rady i pójdź do nich, chociaż

Wiem, że wolałbyś za nieprzyjacielem

W ognistą otchłań skoczyć niż mu w chłodzie181

O włos pochlebić. Otóż i Kominiusz.

Wchodzi Kominiusz.

KOMINIUSZ

Byłem na rynku; wypada ci śpiesznie

Zebrać stronników lub szukać ucieczki

W zimnej krwi albo oddaleniu. Wszystko

Wre przeciw tobie.

MENENIUSZ

Niech jeno uprzejmie

Do nich przemówi.

KOMINIUSZ

To by wprawdzie mogło

Zaradzić złemu, ale czy on tylko

Potrafi zdobyć się na to?

WOLUMNIA

Powinien,

Musi się zdobyć. Zaklinam cię, synu:

Powiedz, żeś gotów, i idź to uczynić.

KORIOLAN

Mam więc pójść ciemię odkrywać przed nimi?

Podłymi usty szlachetnemu sercu

Kłamstwo zadawać, że się musi, temu

Poddać spokojnie? Dobrze, niech tak będzie.

Gdyby atoli tylko szło o stratę

Tej jednej ziemi bryłki, Marcjusza,

Niechby ją starli w proch i rozrzucili

Na cztery wiatry. Chodźmy już na rynek!

Rolę mi taką dajecie, że nigdy

Dobrze jej zagrać nie zdołam.

MENENIUSZ

Pójdź, my cię wesprzemy.

WOLUMNIA

Kochany synu, mówiłeś był dawniej,

Że ci pochwały moje bodźcem były

Na polu Marsa; niechajże cię one

Zachęcą teraz do tej roli trudnej

I tak dla ciebie nowej.

KORIOLAN

Dobrze więc, dobrze więc. Precz, męski duchu!

Niech mnie duch sprośnej niewolnicy natchnie;

Wojenne gardło moje, które dźwiękom

Trąb wtórowało, niechaj się zamieni

W cienką piszczałkę rzezańca182 lub niańki,

Co dzieci lula! Niech szalbierski uśmiech

Osiądzie na mych licach; łzy żakowskie

Powloką szybę mych oczu! Niech w ustach

Moich żebraczy język zabełkoce,

Kolana moje, com je dotąd chyba,

Pnąc się pod górę, zginał, niech się zniżą

Jak u charłaka, co bierze jałmużnę!

Nie, nie, nie zrobię tego: bo musiałbym

Przestać czcić godność własną i grą ciała

Wdrażać swój umysł do najostatniejszej

W świecie podłości.

WOLUMNIA

Jak ci się podoba,

Żebrać od ciebie większą jest zakałą183

Dla mnie niż od nich dla ciebie. Zgub wszystko;

Daj matce doznać skutków dumy twojej!

Wolę to niż się obawiać zgubnego

Twego uporu, bo pogardzam śmiercią

Tak samo jak ty. Rób, co chcesz. Odwaga,

Którą się pysznisz, moją jest; tyś z moim

Mlekiem ją wyssał, ale duma twoja

Wyłączną twoją własnością.

KORIOLAN

O matko,

Idę na rynek. Bądź zadowolona,

Przestań mnie winić. Jak szachraj wyłudzę

Ich dobre względy, jak kuglarz podchwycę

Serc ich życzliwość i wrócę do ciebie

Pieścidłem wszystkich rzemieślników Rzymu.

Oto już idę, patrz. Pozdrów mą żonę.

Wrócę konsulem lub zwątpię na zawsze,

Aby mój język na drodze pochlebstwa

Mógł kiedy czego dokazać.

WOLUMNIA

Masz wszelką

Wolność.

Wychodzi.

KOMINIUSZ

Dalejże, dalej; trybunowie

Czekają na cię; uzbrój się w łagodność.

Bo oni mają, jak słyszę, wystąpić

Z oskarżeniami gorszymi niż dotąd.

KORIOLAN

Łagodność jest więc hasłem. Dobrze, idźmy.

Niech mnie oskarżą, jak chcą, ja odbiję

Ich oskarżenia, jak mi honor każe.

MENENIUSZ

Tylko łagodnie.

KORIOLAN

O, tak, tak, łagodnie!

Wychodzą.

SCENA TRZECIA

Tamże. Forum.

Wchodzą Sycyniusz i Brutus.

BRUTUS

Bijmy w to, że on chce sobie przywłaszczyć

Tyrańską władzę. Jeśli nam w tym ujdzie,

Przywiedźmy jego nienawiść do ludu;

I to, że zdobycz, wzięta na Ancjatach,

Jeszcze nie była rozdzielona.

Wchodzi Edyl.

Jakże,

Czy przyjdzie?

EDYL

Idzie już.

BRUTUS

Z kim?

EDYL

Z Meneniuszem

I z pewną liczbą senatorów, którzy

Mu są życzliwi.

BRUTUS

Czy masz szczegółowy

Spis wszystkich głosów przez nas zwerbowanych?

EDYL

Mam go tu; oto jest.

BRUTUS

Sąli184 spisane

Porządkiem cechów?

EDYL

Tak jest.

BRUTUS

Idźcie teraz

Wezwać w to miejsce gminy, skoro powiem:

„Tak ma być z mocy praw i woli ludu”,

Czyli185 to będzie śmierć, sztrof186 czy wygnanie.

Niech, jeśli powiem: „Śmierć”, chórem: „Śmierć” krzyczą,

„Sztrof”, jeśli powiem: „Sztrof”, „Wygnanie”, jeśli

Powiem: „Wygnanie”, obstając przy dawnej

Prerogatywie swojej i legalnej

W tej mierze władzy.

EDYL

Powiem im.

BRUTUS

A skoro

Raz zaczną krzyczeć, niech nie poprzestają,

Owszem, z całego gardła wrzeszczą, nagląc

O przyspieszenie wydanego przez nas

Wyroku.

EDYL

Bardzo dobrze.

SYCYNIUSZ

Niech się niczym

Zmiękczyć nie dają i bacznymi będą

Na wszelkie nasze skinienia.

BRUTUS

Spiesz po nich.

Wychodzi Edyl.

Od razu wprawmy go w wściekłość. On przywykł

Zwycięsko wszelki pokonywać opór,

Żadnym się nie da powściągnąć wędzidłem,

Jak weźmie na kieł, wypowie nam wszystko,

Co tylko ślina mu poda, a wtedy

Będziemy go mieć w punkcie pożądanym,

Żeby mu prawnie kark skręcić.

SYCYNIUSZ

Nadchodzi.

Koriolan, Meneniusz, Kominiusz, senatorowie i patrycjusze wchodzą.

MENENIUSZ

Tylko spokojnie, błagam cię.

KORIOLAN

Spokojny

Będę jak szkapa, która za garść paszy

Furę gałganów ciągnie. Niech bogowie

Stale w opiece twojej utrzymują

Nasz Rzym i krzesła sędziowskie osadzą

Zacnymi ludźmi, niech pomiędzy nami

Zaszczepią miłość! Obszerne świątynie

Nasze napełnią łaską, a ulice

Błogim widokiem zgody!

PIERWSZY SENATOR

Amen, amen.187

MENENIUSZ

Piękne zaiste życzenie!

Edyl wraca z tłumem obywateli.

SYCYNIUSZ

Obywatele, przystąpcie!

EDYL

Słuchajcie

Waszych trybunów, uciszcie się: baczność!

KORIOLAN

Słuchajcie mnie wprzód.

OBAJ TRYBUNOWIE

Dobrze, mów. Milczenie!

KORIOLAN

Nie będę więcej badany? Czy na tym

Skończy się wszystko?

SYCYNIUSZ

Ja się ciebie pytam,

Czy się poddajesz wyrokowi ludu,

Czy chcesz szanować jego urzędników

I czyś jest gotów ponieść zgodną z prawem

Karę za winy, które ci niebawem

Dowiedzionymi będą.

KORIOLAN

Jestem gotów.

MENENIUSZ

Słyszycie, obywatele, on mówi,

Że gotów. Weźcie na uwagę jego

Wojenne czyny, pomyślcie o jego

Szerokich bliznach, które wyglądają

Jako grobowce na cmentarzu.

KORIOLAN

Furda188!

To są draśnięcia, szramy śmiechu warte.

MENENIUSZ

Zważcie następnie, że gdy w jego mowie

Nie przebija się obywatel, żołnierz

Stoi przed wami. Nie bierzcie przyszorstkich

Jego wyrażeń za objaw niechęci,

Jeno, jak rzekłem, za sposób mówienia,

Który przystoi żołnierzowi bardziej

Niż urażanie się wam.

KOMINIUSZ

Nie inaczej.

KORIOLAN

Jakiż jest powód, że zostawszy świeżo

Za wspólną zgodą obrany konsulem,

Doznaję teraz tak wielkiej obelgi,

Iż mi tę godność odbieracie?

SYCYNIUSZ

Zanim

Ci odpowiemy, ty nam odpowiadaj.

KORIOLAN

Mówcie więc, ani słowa, powinienem.

SYCYNIUSZ

Oskarżamy cię, żeś się kusił odjąć

Rzymowi jego starodawne prawa

I sam zagarnąć despotyczną władzę.

Dopuściłeś się przez to zdrady ludu.

KORIOLAN

Co? Zdrady?

MENENIUSZ

Tylko bez gniewu, przyrzekłeś...

KORIOLAN

Żeby z najgłębszych otchłani piekielnych

Ognie zionęły na ten lud! Ja zdrajca!

Bezwstydny, fałszem przesiąkły trybunie!

Choćby w twych oczach pięćdziesiąt tysięcy

Środków zagłady siedziało, w twym ręku

Tyleż milionów, w kłamliwych twych ustach

Dwa razy tyle, jeszcze bym ci w oczy

Powiedział: „Kłamiesz!”, tak śmiało, jak śmiało

Zanoszę modły do bogów.

SYCYNIUSZ

Czy słyszysz,

Ludu?

OBYWATELE

Na skałę z nim, na skałę z nim!

SYCYNIUSZ

Cicho! Nie mamy potrzeby przywodzić

Na potępienie go niczego więcej.

Jego postępki, jego słowa dosyć

Świadczą w tej mierze. Widzieliście sami,

Jak się na waszych targnął urzędników,

Siłą się oparł prawu. Słyszeliście,

Jak wam złorzeczył i tu nawet bluźnił

Tym, których prawa władza ma stanowić

O jego losie. Te wszystkie przestępstwa

Tak kapitalne189, już go czynią godnym

Najsromotniejszej śmierci.

BRUTUS

Bacząc wszakże,

Że względem Rzymu położył zasługi...

KORIOLAN

Co tam waść pleciesz o zasługach?

BRUTUS

Mówię,

O czym wiem...

KORIOLAN

Waść wiesz?

MENENIUSZ

Także190 dotrzymujesz

Danego matce przyrzeczenia?

KOMINIUSZ

Miejże

Wzgląd przecie.

KORIOLAN

Nie chcę już na nic mieć względu,

Niechaj wyrzekną wyrok, niech mnie skażą

Na śmierć z Tarpejskiej Skały, na wygnanie,

Na dożywotnie tułactwo, na zdarcie

Skóry czy nawet usychanie z głodu

W lochu, o jednym nędznym ziarnku dziennie,

Nie opłaciłbym jednym dobrym słowem

Ich przyzwolenia anibym za wszystkie

Dary ich łaski nie krępował dłużej

Mojego męstwa, choćbym je ryczałtem

Mógł u nich kupić za marne „dzień dobry”.

SYCYNIUSZ

Z powodu przeto, że różnymi czasy

Uwłaczał ludu powadze, szukając

Środków odjęcia mu władzy, jak tego

Świeży dał dowód, podniósłszy zbrodniczo

Rękę nie tylko wobec nietykalnej

Sprawiedliwości, ale co ważniejsza,

Na samychże jej wykonawców:

W imieniu ludu i z mocy służących

Nam atrybucji191 trybunalnej władzy,

Wypędzamy go z miasta jednocześnie

Z tym wyrzeczeniem192: nie wolno mu odtąd

Pod karą śmierci wstąpić w bramy Rzymu.

Taka jest wola ludu, tak ma być.

OBYWATELE

Tak ma być! Precz z nim! Niech będzie wygnany!

Tak ma być!

KOMINIUSZ

Posłuchajcie mnie, moi przyjaciele!

SYCYNIUSZ

Wyrok już zapadł, już po wszystkim.

KOMINIUSZ

Słowo!

Byłem konsulem i mogę na sobie

Pokazać znaki nieprzyjaciół Rzymu,

Kocham ojczyznę uczuciem gorętszym,

Świętszym i głębszym niż własne me życie,

Drogą mą żonę, owoc jej żywota,

Skarb mego rodu. Jeżeli obecnie

O tym nadmieniam...

SYCYNIUSZ

Wiemy, dokąd zmierzasz.

Cóż tedy?

BRUTUS

Nie ma tu o czym już mówić,

Wygnany został jako nieprzyjaciel

Ludu i kraju, niechże się wynosi.

Tak ma być.

OBYWATELE

Tak ma być! Tak ma być! Precz z nim!

KORIOLAN

Podła, wrzaskliwa psiarnio, której tchnienie

Jest dla mnie tym, czym wyziew zgniłych bagien

Której przychylność tyle u mnie warta,

Ile pobliskość ścierw nie pogrzebionych,

Zarażająca mi powietrze. Ja to,

Ja ci powiadam: Precz ode mnie! Zostań,

Marnij tu w swoim niedołęstwie! Niech was

Najmniejszy szelest wskroś przejmuje dreszczem!

Widok wiejących piór nieprzyjacielskich

Niechaj was w rozpacz wprawia! Używajcie

Z całą swobodą władzy wypędzania

Obrońców waszych, aż was wreszcie wasza

Głupota, która nie widzi, nie czując,

I nie ma nawet prostego instynktu

Własnego dobra, odda w obce ręce,

Które was w kluby wezmą jako bydło

Nie wydobywszy miecza! Gardząc wami,

Z wzgardą odwracam się od tego miasta.

Jest ci gdzie indziej jeszcze świat!

Koriolan, Kominiusz, Meneniusz, senatorowie i patrycjusze wychodzą.

EDYLOWIE

Poszedł już, poszedł wróg ludu!

OBYWATELE

Wróg nasz wygnany, poszedł już! Ha! ha!

Lud wydaje okrzyki i rzuca czapki w górę.

SYCYNIUSZ

Idźcie w trop za nim aż do bram,

Urągajcie mu, jak on wam urągał,

Oddajcie mu wet za wet, nam zaś dajcie

Dla bezpieczeństwa straż przez miasto.

OBYWATELE

Idźmy,

Odprowadźmy go do bram. Niech bogowie

Strzegą dni naszych szlachetnych trybunów!

Wychodzą.

AKT CZWARTY

SCENA PIERWSZA

Tamże. Przed bramą miasta.

Koriolan, Wolumnia, Wirgilia, Meneniusz, Kominiusz wchodzą z orszakiem młodych patrycjuszów.

KORIOLAN

Połóżcie tamę łzom, bądźcie mi zdrowi;

Tysiącznogłowy zwierz rogami swymi

Wybódł mnie z moich progów. Ejże, matko,

Gdzież jest twój dawny hart? Nieraz mawiałaś,

Że przeciwności są próbnym kamieniem

Tęgości ducha; że los pospolity

Znośnym być może pospolitym ludziom;

Że kiedy morze jest spokojne, wtedy

Każda łódź śmiało płynie; że im cięższe

Ciosy fortuny, tym chlubniejsze rany,

Jeśli je znosim mężnie i roztropnie.

Tyś we mnie takie wpoiła zasady,

Które przejęte nimi serce mogły

Niezwyciężonym uczynić.

WIRGILIA

O bogi!

KORIOLAN

Przestań, kobieto, proszę cię.

WOLUMNIA

Niech czarna

Zaraza spadnie na ten lud i wszystkie

Warsztaty jego przepadną!

KORIOLAN

Cóż z tego?

Będą mnie cenić, gdy mnie mieć nie będą.

Matko, zbierz w sobie ów duch, za którego

Wzniosłym natchnieniem mawiałaś mi nieraz,

Że gdybyś była żoną Herkulesa,

Byłabyś była część jego prac wzięła

Na swój rachunek, aby tym sposobem

Ulżyć mężowi trudów. Kominiuszu,

Nie smuć się, bądź zdrów! Żono moja! Matko!

Żegnam was! Jeszcze mi będzie się szczęścić.

I ty, mój stary, wierny Meneniuszu!

Łzy twoje słońsze są niż łzy u młodych,

Mogą ci strawić wzrok. Dawny mój wodzu!

Widziałem nieraz twoją nieugiętość,

I tyś był nieraz świadkiem takich rzeczy,

Na których widok serce mogło stwardnieć,

Powiedz tym smutnym niewiastom, że szlochać

Nad nieszczęściami nieuniknionymi

Równie jest zdrożnym, jak z nich się naśmiewać.

Matko, wiesz dobrze, że niebezpieczeństwa

Moje kończyły się dotychczas zawsze

Twoją pociechą; ufaj w to i nadal,

Chociaż sam jeden idę w świat (jakoby

Do odludnego legowiska smoka,

Który dokoła szerzy postrach, wszakże

Bardziej w podaniach niż w rzeczy193 istnieje),

Wiedz, że się wzniosę ponad pospolitość,

Jeśli zaś tego nie dokonam, padnę

W sidłach zdradzieckich intryg.

WOLUMNIA

Drogi synu!

Gdzież się chcesz udać? Weź z sobą na jaki

Czas Kominiusza, postanów coś naprzód

Zamiast się puszczać na dzikie koleje

Ślepego trafu.

KORIOLAN

Bogom się oddaję.

KOMINIUSZ

Ja cię przez miesiąc nie opuszczę, razem

Będziemy radzić, gdzie stale zamieszkasz,

Abyś mógł słyszeć o swoich i oni

Wzajem o tobie, a gdy czas nastręczy

Sposobną porę, w której byś mógł wrócić,

Abyśmy wtedy nie potrzebowali

Pojedynczego po szerokim świecie

Szukać człowieka i nie utracili

Korzyści, które nieobecnych zawsze

Chybiają194.

KORIOLAN

Bądźcie zdrowi! Kominiuszu!

Jesteś już letni195 i syty wojennych

Biesiad, nie tobie tułać się po świecie

Z kimś, co ma jeszcze niestargane siły;

Przyjmuję twoje towarzystwo tylko

Do bramy. Luba żono, droga matko,

Cni przyjaciele, pójdźcie! Jak odejdę,

Poślijcie za mną nieme pożegnania

I uśmiechnijcie się. Pójdźcie! Choć będę

Z daleka od was, zawsze mieć będziecie

Ode mnie wieści i nigdy inaczej

Nie usłyszycie o mnie jak w sposobie

Godnym przeszłości mojej.

MENENIUSZ

To mi mowa:

Aż miło słuchać! No, no, dość już tego;

Idźmy, otrzyjmy łzy! Gdybym mógł strząsnąć

Jakich dziesiątek lat z tych starych kości,

Wszędzie bym poszedł za tobą.

KORIOLAN

Daj rękę:

Idźmy.

Wychodzą.

SCENA DRUGA

Tamże. Ulica w pobliskości bramy.

Sycyniusz i Brutus wchodzą z Edylem.

SYCYNIUSZ

Każ im się rozejść, już go nie ma w mieście.

Nie posuwajmy się dalej. Stronnicy

Jego ze szlachty krzywo na nas patrzą.

BRUTUS

Pokazaliśmy im, co możem; teraz,

Dopiąwszy swego, trzeba nam się wydać

Pokorniejszymi naprzeciw tych panów,

Niżeśmy byli przed dopięciem.

SYCYNIUSZ

Każ się

Rozejść ludowi: powiedz mu, że jego

Wróg już ustąpił i że jego prawa

Znów odzyskały moc.

BRUTUS

Rozpuść ich zaraz.

Edyl wychodzi. Wolumnia, Wirgilia i Meneniusz wchodzą.

Oto nadchodzi jego matka.

SYCYNIUSZ

Zejdźmy

Jej z drogi.

BRUTUS

Czemu?

SYCYNIUSZ

Oszalała, mówią.

BRUTUS

Już nas spostrzegli; idźmy swoją drogą.

WOLUMNIA

Ha, to wy! Niech was kaźń niebios przywali

Za wasze dzieło!

MENENIUSZ

Ciszej, ciszej!

WOLUMNIA

Gdybym

Mogła płacz wstrzymać, usłyszelibyście...

Lecz posłuchajcie i tak.

do Brutusa, który chce odejść

Zostań.

WIRGILIA

do Sycyniusza

Zostań.

Czemuż nie mogę tak samo powiedzieć

Do mego męża!

SYCYNIUSZ

Azaliż196 jesteście

Męskiego rodu?

WOLUMNIA

Tak, głupcze. Ot głupiec!

Czyliż to ojciec mój nie był mężczyzną?

Mamże się tego rumienić? — Nikczemny,

Lisi wyrodku, tyżeś to się ważył

Wygnać człowieka, który w sprawie Rzymu

Orężem swoim więcej zadał ciosów,

Niżeś ty twoim językiem słów spłodził.

SYCYNIUSZ

O dobre nieba!

WOLUMNIA

I to szlachetniejszych

Ciosów niżeli ty słów, z dobrem Rzymu.

Słuchaj no: ale nie, poczekaj jednak:

Chciałabym, żeby mój syn był w Arabii

I miał przed sobą całe twoje plemię,

A w ręku swój miecz.

SYCYNIUSZ

Cóż by stąd wynikło?

WIRGILIA

Co? Położyłby on od razu, pewnie,

Koniec twojemu pokoleniu.

WOLUMNIA

Temu

Gniazdu bękartów! Tak szlachetny człowiek,

Za tyle zasług!

MENENIUSZ

Dajcie pokój, idźmy.

SYCYNIUSZ

Żałuję, że tak nie skończył, jak zaczął,

I że związawszy tak chwalebny węzeł

Sam go rozwiązał potem.

BRUTUS

Żałujemy.

WOLUMNIA

Żałosne dusze! A któż to, jeżeli

Nie wy, podbechtał przeciw niemu motłoch?

To bydło, które o jego wartości

Tyle jest w stanie osądzić, ile ja

O niezbadanych tajemnicach niebios.

BRUTUS

Prosim, was, panie, pozwólcie nam odejść.

WOLUMNIA

Proszę cię, panie, odejdź. Spełniliście

Czyn bohaterski, triumfujcież teraz;

Ale pomnijcie, że jako Kapitol

Przenosi197 czołem niskie strzechy Rzymu,

Tak syn mój (mąż tej szlachetnej niewiasty,

Co ją widzicie tu) przenosi duchem

Wszystkich was w rumel wziętych.

BRUTUS

Dobrze, dobrze:

Już idziem.

SYCYNIUSZ

Czegóż tu stoim, u licha,

Za cel przekąsów szalonej niewiasty?

Idźmy.

WOLUMNIA

Zabierzcie z tobą modły moje.

Trybunowie odchodzą.

Rada bym, żeby bogowie nie mieli

Nic do czynienia więcej, jeno spełniać

Moje przekleństwa! Gdybym tych nędzników

Raz na dzień tylko mogła mieć przed sobą,

Pozbyłabym się wnet tego ciężaru.

Który mi tłoczy serce.

MENENIUSZ

Obeszłyście

Się walnie z nimi, i słusznie: a teraz

Podobaż się wam spożyć w moim domu

Małą wieczerzę?

WOLUMNIA

Gniew jest moją karmią198:

Sama się trawię i głodową śmiercią

Umrę z sytości. Pójdź, córko; zaniechaj

Tych niedołężnych, nadaremnych żalów;

Rozpaczaj tak jak ja, na wzór Junony

Wrąc gniewem. Pójdź, pójdź.

MENENIUSZ

Hańba ci, o Rzymie!

Wychodzą.

SCENA TRZECIA

Droga pomiędzy Rzymem a Ancjum.

Z dwóch stron przeciwnych wchodzą Rzymianin i Wolsk i spotykają się pośrodku.

RZYMIANIN

Znam cię i jestem ci znany: nazwisko twoje Adrian, jeśli się nie mylę.

WOLSK

W istocie tak mnie zowią, ale wasza osoba wyszła mi z pamięci.

RZYMIANIN

Rzymianinem jestem, ale jak ty, służę przeciw Rzymowi; nie poznajeszże mnie teraz?

WOLSK

Nikanor? Wszakże tak?

RZYMIANIN

Ten sam, do usług.

WOLSK

Większą miałeś brodę, kiedym cię widział po raz ostatni, ale mowa twoja uwydatnia rysy twojej twarzy: Cóż tam nowego w Rzymie? Mam polecenie od wolscyjskiego rządu dowiedzieć się, co się u was dzieje! Oszczędziłeś mi dzień drogi.

RZYMIANIN

W Rzymie były niespokojności: lud powstał przeciwko senatorom, patrycjuszom i szlachcie.

WOLSK

Były? A więc się już skończyły? Rząd nasz nic nie wie o tym i czyni wielkie przygotowania do wojny, spodziewając się ich zejść w samym zapale rozruchu.

RZYMIANIN

Gorączka już minęła, ale najmniejsza okazja może ją wzmóc na nowo, bo szlachta tak żywo wzięła do serca wygnanie poczciwego Koriolana, że bardzo myśli o odebraniu wszelkiej władz ludowi i skasowaniu na zawsze trybunów. Tli to tak, powiadam waszmości, i niewiele brakuje do gwałtownego wybuchu.

WOLSK

Koriolan wygnany?

RZYMIANIN

Wygnany, bracie.

WOLSK

Mile przyjęty będziesz z tą wieścią, Nikanorze.

RZYMIANIN

Pora wam jest przyjazna: słyszałem, że cudzą żonę najłatwiej uwieść wtedy, kiedy się z mężem poróżni. Wasz mężny Tullus Aufidiusz poradzi sobie w tej wojnie bez wielkiego trudu, skoro Rzymowi ubył taki jak Koriolan obrońca.

WOLSK

Nie zaśpi też pewnie sprawy. Poczytuję sobie za szczęście, żem się z waszmością tak przypadkowo zdybał; uwalniasz mnie od dalszych zachodów i stawiasz mnie w możności towarzyszenia ci.

RZYMIANIN

Opowiem ci w ciągu drogi dziwne rzeczy o Rzymie; wszystkie się składają na waszą korzyść. Powiadasz więc, że macie armię w pogotowiu?

WOLSK

I to prawdziwie królewską. Już setnicy z centuriami swymi są zaciągnięci, żołd im z góry zapłacono, czekają tylko na rozkaz do pochodu.

RZYMIANIN

Cieszę się, słysząc o takowej ich gotowości, i tuszę199, że moje przybycie tym mniej im pozwoli stać nieczynnie. Niechże się święci nasze spotkanie; serdeczniem rad z towarzystwa waszmości.

WOLSK

Uprzedzasz mnie waszmość; dla mnie to radość, że mu mogę służyć.

RZYMIANIN

Idźmy teraz razem.

Wychodzą.

SCENA CZWARTA

Ancjum. Przed domem Aufidiusza.

Koriolan w pospolitej odzieży przebrany i osłonięty.

KORIOLAN

Porządne to jest miasto, ten gród Ancjum;

O grodzie, ja to jestem, ten sam, który

Twoje niewiasty przywiódł o wdowieństwo;

Przed którym w wirze bitwy padł i skonał

Niejeden dziedzic tych pięknych budowli.

Nie poznaj ty mnie, boby mnie inaczej

Twe białogłowy rożnami zakłuły,

A chłopcy twoi ukamienowali

W pigmejskiej200 bitwie.

Obywatel wchodzi.

Bądź pozdrowion, panie.

OBYWATEL

Nawzajem.

KORIOLAN

Wskażcie mi, jeżeli łaska,

Gdzie mieszka wielki Aufidiusz. Nie wiecie,

Czy jest on w Ancjum?

OBYWATEL

Jest i teraz właśnie

Wyprawia ucztę panom Rady.

KORIOLAN

Gdzie jest

Dom jego, chciejcie mi, proszę, pokazać?

OBYWATEL

Ot tu, przed wami.

KORIOLAN

Dziękuję waszmości.

Obywatel wychodzi.

O świecie, dziwne są twoje koleje!

Najprzywiązańsi przyjaciele, którzy

W dwojgu łon jedno zdali się mieć serce,

Których godziny, łoże, mienie, jadło,

Prace, uciechy, wszystko było wspólne,

Którzy w miłości byli nierozdzielni

Jako bliźnięta, nagle skutkiem sporu

O rzecz niewartą szeląga wpadają

W najzapalczywszą ku sobie nieprzyjaźń.

A z drugiej strony najnieubłagańsi

Nieprzyjaciele, którym jadowite

Szepty zawiści i przemyśliwania,

Jakby mógł jeden drugiemu zaszkodzić,

Sen przerywały dla bzdurstwa, o którym

Wspomnieć nie warto, zmieniają się nagle

W najzagorzalszych przyjaciół i ściśle

Jednoczą z sobą byt i całą przyszłość.

Tak się ma właśnie ze mną: nienawidzę

Miejsc mych rodzinnych, a kocham to miasto,

Którego dotąd byłem wrogiem. Wnijdźmy201,

Zabijeli202 mnie, sprawiedliwie zrobi;

Zostawili203 mnie przy życiu, wyświadczę

Przysługi jego ojczyźnie.

Wychodzi.

SCENA PIĄTA

Tamże. Sala w domu Aufidiusza.

Muzyka z zewnątrz. Jeden z miejscowych sług wchodzi.

PIERWSZY SŁUGA

Wina, wina, wina! Cóż to za usługa, czy nasi ludzie posnęli?

Drugi sługa wchodzi.

DRUGI SŁUGA

Gdzie Kotus? Pan go woła. Kotusie!

Koriolan wchodzi.

KORIOLAN

Piękny dom, miły zapach uczty wonie,

Lecz jam do gościa niepodobny.

Pierwszy sługa wraca.

PIERWSZY SŁUGA

Czego chcesz, przyjacielu? Skąd jesteś? Nie ma tu miejsca dla ciebie, proszę cię, wyjdź za drzwi.

Wychodzi.

KORIOLAN

Nie zasłużyłem na lepsze przyjęcie,

Będąc, czym jestem.

Wchodzi Drugi sługa.

DRUGI SŁUGA

Skąd waść? Czy odźwierny ma oczy z tyłu, że wpuszcza takie figury? Wynoś się, skąd przyszedłeś.

KORIOLAN

Precz!

DRUGI SŁUGA

Precz? Ty sam precz!

KORIOLAN

Jesteś naprzykrzony.

DRUGI SŁUGA

Jaki mi zuch! Zaraz ci lepiej rzecz przełożę.

Wchodzi Trzeci sługa. Pierwszy spotyka się z nim.

TRZECI SŁUGA

Co to za człowiek?

PIERWSZY SŁUGA

Oryginał, jakiego nie widziałem, nie mogę się go pozbyć z domu; poproś no tu naszego pana.

TRZECI SŁUGA

Po coś tu przyszedł, człowieku? Radzę ci, nie zawadzaj tu dłużej.

KORIOLAN

Pozwólcie mi tu stać, moi panowie,

Nie zrobię krzywdy waszemu ognisku.

TRZECI SŁUGA

Któż waść jesteś?

KORIOLAN

Szlachcic.

TRZECI SŁUGA

Podupadły, widać.

KORIOLAN

W istocie, podupadły.

TRZECI SŁUGA

Proszę cię, mój podupadły szlachcicu, obierz sobie inne stanowisko; tu nie ma miejsca dla waszmości, wynoś się, pókiś cały!

KORIOLAN

Precz, drabie! pilnuj twego obowiązku i idź się napaść szczątkami biesiady.

Odtrąca go.

TRZECI SŁUGA

Cóż to? Nie chcesz? Idź no, kamracie, donieś panu, jakiego tu ma gościa.

DRUGI SŁUGA

Zaraz to zrobię.

Wychodzi.

TRZECI SŁUGA

Gdzie mieszkasz?

KORIOLAN

Pod stropem.

TRZECI SŁUGA

Jakim?

KORIOLAN

Niebieskim.

TRZECI SŁUGA

Pod stropem niebieskim?

KORIOLAN

Wzdyć tak.

TRZECI SŁUGA

Gdzież jest ten strop?

KORIOLAN

W mieście wron i kawek.

TRZECI SŁUGA

W mieście wron i kawek? Patrzcie, co to za osioł! To mieszkasz i z gawronami?

KORIOLAN

Nie, nie jestem przecie sługą twego pana.

TRZECI SŁUGA

Mojego pana śmiesz zaczepiać?

KORIOLAN

Patrz, żebym twojej pani nie zaczepił;

Dość tego: weź blat204 pod pachę i ruszaj!

Wypędza go.

Aufidiusz wchodzi z Drugim sługą.

AUFIDIUSZ

Gdzie jest ten człowiek?

DRUGI SŁUGA

Tu, panie: byłbym go wypchnął jak psa, gdybym się nie był obawiał harmideru narobić w pobliskości panów.

AUFIDIUSZ

Skąd jesteś? Czego chcesz? Jak się nazywasz?

Czemu nie mówisz? Odpowiadaj, jak się

Nazywasz?

KORIOLAN

odsłaniając się

Jeśliś mnie jeszcze nie poznał,

Tullusie, jeśli ci widok mej twarzy

Nie mówi głośno, kim jestem, zaprawdę,

Muszę ci moje wymienić nazwisko.

AUFIDIUSZ

Wymień je.

Słudzy oddalają się w głąb sceny.

KORIOLAN

Jest to nazwisko niedźwięczne

Dla ucha Wolsków, twarde i rażące

Dla twego.

AUFIDIUSZ

Wymień je. Masz postać groźną,

W twarzy twej jest coś rozkazującego;

A choć pokrowiec twe podarte, widno205,

Że się szlachetny pod nim sprzęt ukrywa.

Jak się nazywasz?

KORIOLAN

Przygotuj się zmarszczyć

Czoło. Jeszcze mnie teraz nie poznajesz?

AUFIDIUSZ

Nie, nie poznaję cię. Jak się nazywasz?

KORIOLAN

Nazwisko moje, Tullusie, jest Marcjusz.

Jam to ów Kajus Marcjusz, który Wolskom,

A w szczególności tobie, tyle ciężkich

Krzywd i klęsk zadał, na poparcie czego

Posłużyć może nazwa Koriolana,

Którą mi dano. W nagrodę przebytych

Mozolnych trudów, srogich niebezpieczeństw

I krwi przelanej za niewdzięczną ziemię

Zyskałem tylko ten przydomek: hasło

Twej sprawiedliwej ku mnie nienawiści.

Krom206 tego miana nic mi nie zostało.

Dzikość i zawiść ludu, ośmielona

Ustąpieniami chwiejącej się szlachty,

Niedbałej o mnie, pochłonęła resztę

I przyprawiła mnie o to, żem został

Przez niewolniczą hałastrę sromotnie

Wygnany z Rzymu. Ta to ostateczność

Sprowadza mnie dziś do twego ogniska.

Nie myśl, ażebym łudził się nadzieją,

Że mi zachowasz życie; gdybym bowiem

Lękał się śmierci, nikogo bym pewnie

Na całym świecie nie unikał bardziej

Niż ciebie. Staję tu nie w innym celu,

Jeno ażebym się skwitował207 z tymi,

Co mnie skrzywdzili. Jeżeli więc w sercu

Żywisz gniew, który by rad odwetować

Własne twe krzywdy i zabliźnić rany

Twojego kraju, masz sposobność. Przybierz

Moją niedolę w pomoc doli twojej

I użyj zemsty mojej za narzędzie

Twojej korzyści; będę bowiem walczył

Przeciwko mojej skażonej ojczyźnie

Z całą wściekłością podziemnych zastępów.

Jeżeli ci to jednak nie dogadza,

Jeżeli syty walk i znojów nie chcesz

Dalej próbować szczęścia, w takim razie

Krótko rzecz możesz skończyć. Syty życia,

Chętnie ci głowę podaję pod topór,

Weź ją jak swoją, zmyj dawne urazy.

Niedorzecznością byłoby z twej strony

Nie wziąć jej, bacząc, żem cię od tak dawna

Z zawziętą ścigał nienawiścią, z piersi

Ojczyzny twojej beczki krwi wytoczył,

Żyć bym mógł jeno ku twemu wstydowi,

Jeślibym nie mógł żyć ku wyświadczeniu

Przysług twej sprawie.

AUFIDIUSZ

O Marcjuszu, każde

Z twych słów wyrwało z serca mego korzeń

Dawnej niechęci. Choćby mi sam Jowisz

Z głębi chmur boskie obwieszczając rzeczy

Powiedział: „Tak jest”, nie dałbym mu większej

Wiary niż tobie, szlachetny Marcjuszu.

Pozwól mi objąć ramieniem to ciało,

O które tylekroć razy miotałem

Mą jesionową włócznię, aż jej drzazgi

Lecące w górę zaćmiewały księżyc.

Oto rękojeść miecza obejmując,

Zobowiązuję się równie żarliwym

Współzawodnikiem twoim być w przyjaźni,

Jak mnie nim w boju znajdowałeś, kiedym

Zajrząc208 ci sławy, występował na harc

Doświadczać twego męstwa. Wiedz nasamprzód,

Żem kochał dziewkę, którąm wziął za żonę.

Żaden miłośnik nie wzdychał serdeczniej;

Lecz teraz widząc tu ciebie, cny mężu,

Radośniej skacze mi serce niż wówczas,

Kiedym małżonkę moją po raz pierwszy

Ujrzał wchodzącą w me progi. Tak, Marsie!

A teraz dowiedz się, żeśmy na nowo

Zebrali siły. Zakładałem sobie

Raz jeszcze zmierzyć się z tobą i albo

Tobie odrąbać tarczę od ramienia,

Albo dać sobie odciąć ramię. Tyś mnie

Dwanaście razy pokonał, za każdym

Co noc marzyłem o spotkaniach z tobą.

Stałeś przede mną we śnie, walczyliśmy,

Gruchotaliśmy sobie wzajem hełmy,

Chwytaliśmy się oburącz za gardło,

I przebudzałem się martwy z rozpaczy,

Że to był tylko sen. O tak, Marcjuszu,

Choćbyśmy żadnych zajść nie mieli z Rzymem,

Żadnych do niego uraz, za to jedno,

Że ciebie wygnał, wielki bohaterze,

Podnieślibyśmy całą naszą ludność

Od lat dwunastu do siedemdziesięciu

I jako wrzący potok wlelibyśmy

Żar wojny w wnętrze niewdzięcznego kraju.

Pójdź, pójdź i w dowód przyjacielskich uczuć

Uściśnij ręce naszym senatorom,

Którzy mnie przyszli pożegnać; nie później

Bowiem jak jutro zamierzam się rzucić

Na posiadłości wasze, choć nie zaraz

Na samo miasto.

KORIOLAN

Wspierajcie mnie bogi!

AUFIDIUSZ

Jeżeli zatem chcesz, dostojny mężu,

Sam sprawą zemsty twej kierować, przyjmij

Połowę mojej władzy i postanów —

Ile że jesteś bieglejszy w rzemiośle

I bliżej zdolny ocenić silniejszą

I słabszą stronę twej ziemi — którędy

Mamy się udać i od czego zacząć:

Czy zaraz do bram Rzymu zakołatać,

Czy postrach rzucić, zanim ich zniszczymy,

Pohulać pierwej w dalszych okolicach.

Ale pójdź; pozwól, bym się przede wszystkim

Przedstawił moim gościom, którzy z góry

Na każde twoje zgodzą się żądanie.

Witaj po tysiąc razy! Nigdyś nie był

Nieprzyjacielem naszym w takim stopniu,

Jak teraz jesteś przyjacielem, mimo

Żeś niepoślednio był tym pierwszym. Podaj

Mi rękę! Niechaj się święci ta chwila,

W której cię mogę nazwać gościem moim.

Wychodzą Koriolan i Aufidiusz.

Słudzy zbliżają się.

PIERWSZY SŁUGA

Szczególne się rzeczy dzieją.

DRUGI SŁUGA

Świerzbiało mnie coś, żeby go poczęstować lagą, a jednak coś mi szeptało, że jego ubiór fałszywie mówi o jego osobie.

PIERWSZY SŁUGA

Cóż to on ma za rękę! Zakręcił mną w dwóch palcach jak ten, co frygę209 puszcza.

DRUGI SŁUGA

Wyczytałem mu ja z oczu, że w nim jest coś; miał on widocznie w twarzy coś takiego — nie wiem, jakby to powiedzieć.

PIERWSZY SŁUGA

W istocie, miał coś takiego, jak gdyby — niech mnie kaci porwą, jeżelim zaraz nie pomyślał — że w nim jest coś więcej, niż myślałem.

DRUGI SŁUGA

Dalipan210, i ja to samo; po prostu mówiąc, nie ma na świecie równego mu człowieka.

PIERWSZY SŁUGA

I ja tak sądzę, ani większego żołnierza, chyba tylko jeden.

DRUGI SŁUGA

Kto, nasz pan?

PIERWSZY SŁUGA

Ani mowy o tym.

DRUGI SŁUGA

On wart sześciu takich.

PIERWSZY SŁUGA

Ejże, chyba nie tyle, ale że większy żołnierz, to pewna211.

DRUGI SŁUGA

Prawdę powiedziawszy, nie wysłowię, jakby to można wyrazić, jednakże nasz wódz jedyny jest do obrony miasta.

PIERWSZY SŁUGA

Ba, i do szturmu.

Wchodzi Trzeci sługa.

TRZECI SŁUGA

O mazgaje, o niedołęgi, wiecie, co wam powiem?

PIERWSZY I DRUGI SŁUGA

Co, co, co? Co takiego? Mów.

TRZECI SŁUGA

Nie chciałbym być Rzymianinem za nic w świecie, na jedno by mi wyszło być zbrodniarzem, co go na śmierć wiodą.

PIERWSZY I DRUGI SŁUGA

Dlaczegóż to? Dlaczego?

TRZECI SŁUGA

Dlaczego? A toć to jest ten, co tyle razy na kwaśne jabłko zbił naszego wodza — Kajus Marcjusz.

PIERWSZY SŁUGA

Na kwaśne jabłko naszego wodza?

TRZECI SŁUGA

Co tam kwaśne jabłko, ale że go nieraz pobił, to pewna.

DRUGI SŁUGA

Dajcie pokój, jesteśmy zgodni kamraci i dobrzy przyjaciele, stał on mu zawsze kością w gardle, sam to słyszałem z jego ust.

PIERWSZY SŁUGA

Prawdę mówiąc, dał on mu się nieraz we znaki. Pod Koriolami, na przykład, popłatał go i pokiereszował jak pieczeń.

DRUGI SŁUGA

Gdyby miał ludożerczą naturę, byłby go był upiekł i pożarł.

PIERWSZY SŁUGA

Cóż nam więcej powiesz?

TRZECI SŁUGA

Na rękach go tam noszą, jak gdyby był rodzonym synem i dziedzicem Marsa; sadowią go na najpierwszym miejscu przy sobie; senatorowie za lada słowem uniżają przed nim łysiny; sam nas wódz nadskakuje mu jak gach212 w zalotach, błogosławi go ręką i z wytrzeszczonym białkiem stoi na czatach jego słów. Ale esencją moich nowin jest to, że nasz wódz rozpadł się na dwie części i że jest tylko połową tego, czym był wczoraj, bo tamten zabrał drugą połowę na prośby i za zgodą całej kompanii. Powiada, że pójdzie natrzeć uszu tym, co bram Rzymu strzegą, że wszystko skosi przed sobą i wolną sobie utoruje drogę.

DRUGI SŁUGA

Bardzo on do tego podobny. Nie wyobrażam sobie człowieka, któremu by bardziej coś takiego z oczu patrzało. Jak powiedział, tak zrobi.

TRZECI SŁUGA

Nie ma kwestii, że zrobi; bo trzeba wam wiedzieć, moi panowie, że tyluż ma przyjaciół, co i nieprzyjaciół, tylko że owi przyjaciele, mówiąc między nami, nie śmią, widzicie, pokazać się, że tak powiem, jego przyjaciółmi, dopóki jest dyskredowany213.

PIERWSZY SŁUGA

Dyskredowany! Co to znaczy?

TRZECI SŁUGA

Ale skoro zobaczą, że mu się grzebień podniósł i że mu krew nie skrzepła, powyłażą z kryjówek jak króliki po deszczu i skakać zaczną wkoło niego.

PIERWSZY SŁUGA

Rychłoż rozpocznie działanie?

TRZECI SŁUGA

Jutro, dziś, teraz, zaraz. Usłyszycie kotły dziś jeszcze po południu, będzie to niejako na wety214; nie otrą ust, a już hasło zabrzmi.

DRUGI SŁUGA

Tak więc świat znowu się rozrucha. Pokój na to jest tylko, żeby żelazo rdzewiało, żeby się krawcy mnożyli i fabrykanci rymów.

PIERWSZY SŁUGA

Bodaj to wojna, i ja mówię; ona a pokój to tak jak dzień i noc, rześko na niej, ruchawo, głośno i swobodnie. A pokój to prawdziwy letarg, paraliż: ckliwy, głuchy, ospały, nieczuły, i więcej płodzi bękartów, niż wojna zabija ludzi.

DRUGI SŁUGA

Tak, tak, i jeżeli wojna pod pewnym względem może się zwać gwałcicielem, to niezaprzeczenie pokój śmiało można nazwać przyprawiaczem rogów.

PIERWSZY SŁUGA

I przyprawiaczem ludzi o to, że jedni drugich nienawidzą.

TRZECI SŁUGA

Racja zaś w tym, że wtedy mniej potrzebują jedni drugich. Niech więc żyje wojna! Kładę mieszek w zakład, że wkrótce Rzymianie tak będą tani jak Wolskowie! Wstają od stołu, wstają od stołu!

WSZYSCY TRZEJ

Śpieszmy, śpieszmy, śpieszmy!

Wybiegają.

SCENA SZÓSTA

Rzym. Plac publiczny.

Wchodzą Sycyniusz i Brutus.

SYCYNIUSZ

Nic coś nie słychać o nim, w każdym razie

Nie mamy się go potrzeby obawiać.

Pokój obecny i spokojność ludu,

Który niedawno jeszcze tak się burzył,

Bezsilnym czynią wszelki jego zamach.

Świat idzie swoim trybem na przekorę

Jego stronnikom, którzy by woleli,

Aczkolwiek może z własną swoją szkodą,

Widzieć wichrzące po ulicach tłumy

Niżeli cichą czynność rzemieślnika

Śpiewającego przy pracy i raźnie

Zwijającego się koło warsztatu.

Wchodzi Meneniusz.

BRUTUS

W poręśmy wzięli się do rzeczy. Wszak to

Meneniusz.

SYCYNIUSZ

On sam. Od pewnego czasu

Wygrzeczniał stary! Witaj, panie.

MENENIUSZ

Witam

Waszmościów.

SYCYNIUSZ

Ten wasz Koriolan niewielką

Jakoś po sobie próżnię pozostawił,

Chybaby może między przyjaciółmi.

Rzeczpospolita stoi i będzie,

Choćby się nie wiem jak zżymał.

MENENIUSZ

Tak, jak jest, dobrze jest, byłoby jednak

Nierównie lepiej, gdyby był miał władzę

Nad sobą.

SYCYNIUSZ

Gdzież on się teraz obraca?

Nie słyszeliście nic?

MENENIUSZ

Nic nie słyszałem.

I jego matka, jego żona także

Nic nie słyszały.

Wchodzi trzech czy czterech obywateli.

OBYWATELE

Niech wam bogowie płacą!

SYCYNIUSZ

Dobry wieczór,

Sąsiedzi.

BRUTUS

Dobry wieczór, dobry wieczór.

PIERWSZY OBYWATEL

Powinniśmy się z żonami i z dziećmi

Na klęczkach dzień w dzień modlić za was.

SYCYNIUSZ

Żyjcie

I prosperujcie!

BRUTUS

Bądźcie zdrowi. Gdyby

Was był Koriolan tak jak my miłował!

OBYWATELE

Poruczamy was bogom.

OBAJ TRYBUNOWIE

Bądźcie zdrowi.

Wychodzą obywatele.

SYCYNIUSZ

Lepsze to dzisiaj czasy i weselsze

Niż owe, kiedy ciż sami ludziska

Biegali, „gwałtu!” krzycząc.

BRUTUS

Kajus Marcjusz

Niepospolitym, prawda, był żołnierzem,

Ale zuchwałym nad wszelkie pojęcie,

Dumnym, wyniosłym, samolubnym.

SYCYNIUSZ

Pełnym

Uzurpatorskich uroszczeń.

MENENIUSZ

Nie sądzę.

SYCYNIUSZ

Bylibyśmy się o tym przekonali,

Niech no by tylko był został konsulem.

BRUTUS

Bogowie strzegli nas i uchronili

Rzym od tyranii.

Wchodzi Edyl.

EDYL

Cześć wam, trybunowie.

Jakiś niewolnik przytrzymany przez nas

Wskutek badania zeznał, że Wolskowie

Dwoma wojskami wtargnęli w granice

Rzymu i z wściekłą zawziętością niszczą,

Co tylko im się nawinie.

MENENIUSZ

Aufidiusz

Nie traci czasu, widzę. Usłyszawszy

O oddaleniu Marcjusza, na nowo

Wystawia rogi, które, przytulone

W skorupie, ruszyć się z miejsca nie śmiały,

Dopóki Marcjusz bronił Rzymu.

SYCYNIUSZ

Co tam

Waszmość nam prawisz o Marcjuszu?

BRUTUS

Każcie

Wychłostać tego rozsiewacza bajek.

To być nie może, Wolskowie by z nami

Nie śmieli zerwać.

MENENIUSZ

Nie śmieliby zerwać?

To być nie może? Że może być, mamy

Przykłady, ja sam trzy razy widziałem

Coś podobnego. Zanim ukarzecie

Tego człowieka, dowiedzcie się wprzódy,

Skąd on zaczerpnął tę wieść, moglibyście

Go bowiem skrzywdzić, jeżeli rzetelną

Prawdę podając, uprzedził was o tym,

Co nam istotnie grozi.

SYCYNIUSZ

Przestań waćpan.

To być nie może.

BRUTUS

To bajka wierutna.

Wchodzi Goniec.

GONIEC

Szlachta w największym poruszeniu spieszy

Do sali obrad, doszła ją wiadomość

Przerażająca.

SYCYNIUSZ

To ten pies niewolnik.

Wysypcie mu sto plag215 na środku rynku,

On to narobił tego swym zeznaniem!

On to.

GONIEC

Zeznanie tego niewolnika

Sprawdza się, panie; oprócz tego chodzi

Straszniejsza jeszcze wieść.

SYCYNIUSZ

Jeszcze straszniejsza?

GONIEC

Dość głośno mówią (o ile to prawda,

Nie wiem), że Kajus Marcjusz w połączeniu

Z Aufidiuszem znaczne wojska wiedzie

Przeciw Rzymowi i przysięga zemstę

Tak wielką, jak jest wielki przeciąg czasu

Między najmłodszym a najstarszym wiekiem.

SYCYNIUSZ

Niepodobnego w tym nic nie ma.

BRUTUS

Jest to

Po prostu wymysł, dążący do tego,

Ażeby słabsi ludzie zapragnęli

Mieć znów Marcjusza w Rzymie.

SYCYNIUSZ

Próżny fortel.

MENENIUSZ

Nie ma w tym ani cienia podobieństwa,

On i Aufidiusz tak się z sobą zgodzą

Jak najsprzeczniejsze żywioły.

Wchodzi Drugi goniec.

GONIEC

Panowie!

Senat was wzywa: masy wojsk pod wodzą

Kaja Marcjusza i Aufidiusza

Pustoszą naszą ziemię, już zajęły

Znaczną część kraju, spaliwszy i wziąwszy,

Co im stanęło na drodze.

Wchodzi Kominiusz.

KOMINIUSZ

Cieszcie się z swego dzieła!

MENENIUSZ

Cóż się stało?

KOMINIUSZ

Dopomogliście gwałcić córy wasze,

Dopomogliście, żeby wam na głowy

Dachy zrzucano, żeby wam pod nosem

Żony hańbiono!

MENENIUSZ

Nieba! Cóż się stało?

KOMINIUSZ

Żeby świątynie wasze do ostatniej

Cegły runęły i owe swobody,

O które tak wam chodziło, zmalały

I znikczemniały tak, iżby je można

W najlichszą dziurę wsadzić.

MENENIUSZ

Cóż się stało?

Piękneście dzieło osnuli. Na bogi,

Mów, co się stało? Jeżeliby Marcjusz

Miał się połączyć z Wolskami...

KOMINIUSZ

Jeżeli!

On jest bożyszczem ich, jest dla nich jakimś

Wyższym jestestwem, które nie natura

Wydała, ale jakieś inne bóstwo

Z lepszego ludzi lejące metalu.

Prowadzi ich, jak chce, a oni idą

W trop za nim przeciw nam, frycom216, tak ufnie

Jak chłopcy, co za motylami gonią,

Lub jak rzeźnicy idący na szlachtuz217

Muchy zabijać.

MENENIUSZ

Oto wasze dzieło,

Wasze i waszej fartuchowej zgrai.

Otóż to skutek waszego wspólnictwa

Z tymi, co mają powalane łapy,

A dech cuchnący czosnkiem.

KOMINIUSZ

On wam strząśnie

Rzym na kark.

MENENIUSZ

Tak jak Herkules trząsł z drzewa

Dojrzały owoc.218 Piękneście nam żniwo

Zasieli!

BRUTUS

Ale czy to tylko prawda?

KOMINIUSZ

Czy prawda? Prędzej zbledniecie jak trupy,

Niż się dowiecie o czym innym. Wszystkie

Powiaty rokosz podnoszą radośnie.

Kto się opiera odważnym szaleństwem,

Śmiech tylko wzbudza i pada ofiarą

Głupiej stałości. Można mu to zganić?

Wy sami łącznie z wrogami waszymi

Musicie przyznać mu słuszność.

MENENIUSZ

Jedynie

Jego wspaniałość219 może nas ocalić.

KOMINIUSZ

I któż go o nią poprosi? Trybunom

Wstyd nie otworzy ust, lud zasługuje

Na jego litość tak jak wilk na litość

Owczarza, jego przyjaciele także

Nie mogą się z tym odezwać, bo gdyby

Mu powiedzieli: „Oszczędź Rzym”, podobną

Niesprawiedliwość by mu wyrządzili,

Jak ci, co jego ściągnęli nienawiść,

I okazaliby się przez to jego

Nieprzyjaciółmi.

MENENIUSZ

Niestety, to prawda!

Gdybym go widział podpalającego

Mój dom, nie miałbym czoła220 mu powiedzieć:

„Folguj”221. Pięknieście nas wykierowali,

Trzymając z stekiem partaczów! Piękneście

Spartali dzieło!

KOMINIUSZ

Wyście to przywiedli

Rzym o wstrząśnienie, któremu zaradzić

Niepodobieństwem222 jest prawie.

TRYBUNOWIE

Nie mówcie,

Że to my.

MENENIUSZ

Nie wy! Któż więc? Może senat?

Myśmy sprzyjali mu, ale jak bydło

Rozbrataliśmy szlachetność z szlachectwem,

Ustąpiwszy wam i dawszy go z miasta

Wysykać waszym szczekaczom.

KOMINIUSZ

Zawyją

Oni wnet za nim. Tullus Aufidiusz,

Pierwszy mąż po nim, słucha jego skinień,

Jak gdyby jego był podwładnym. Rozpacz

Jedyną tarczą jest, jedyną siłą,

Jaką im możem przeciwstawić.

Wchodzi gromada obywateli.

MENENIUSZ

Oto

Szanowna gawiedź. Aufidiusz jest tedy

Z nim razem? Wyście to zapowietrzyli

Rzym, podrzucając swoje przepocone,

Plugawe czapki, wtenczas gdy Koriolan

Szedł na wygnanie. Zbliża się on teraz,

A każdy włos tych, co mu towarzyszą,

Biczem jest na was. Ilu niedołęgów

Rzucało czapki, tylu głąbów gardłem

Zapłaci za głos, co im wyszedł z gardła.

Nie ma co mówić; chociażby nas wszystkich

Spalił na węgiel, jeszcze by miał słuszność.

OBYWATELE

Straszne nas rzeczy dochodzą.

PIERWSZY OBYWATEL

Co do mnie,

Kiedy mówiłem: „Wygnać go”, mówiłem

Także, że szkoda by go było wygnać.

DRUGI OBYWATEL

I ja także.

TRZECI OBYWATEL

I ja także, i prawdę mówiąc, wielu z nas tak samo mówiło. Cokolwiek zrobiliśmy, zrobiliśmy w najlepszej myśli; i chociażeśmy dobrowolnie zgodzili się, żeby go wygnać, stało się to jednak mimo woli naszej.

KOMINIUSZ

Poczciwe dusze z was!

MENENIUSZ

Nawarzyliście

Kwaśnego piwa, wypijcież je teraz.

Udamy się na Kapitol?

KOMINIUSZ

A jakże,

Tam przede wszystkim.

Wychodzą Kominiusz i Meneniusz.

SYCYNIUSZ

Wracajcie do domów,

Nie przypuszczajcie obawy: to klika;

Oni by radzi, żeby było prawdą

To, co na pozór tak ich trwoży! Idźcie,

Idźcie do domów i nie okazujcie

Najmniejszej trwogi.

PIERWSZY OBYWATEL

Niech się bogowie nad nami zmiłują! Chodźcie, bracia, wracajmy do domów. Ja zawsze mówiłem, żeśmy nie mieli racji go wypędzać.

DRUGI OBYWATEL

Wszyscyśmy to mówili. Cóż robić! Wracajmy do domów.

Wychodzą obywatele.

BRUTUS

Nie podobają mi się te nowiny.

SYCYNIUSZ

I mnie tak samo.

BRUTUS

Idźmy na Kapitol.

Chętnie bym oddał połowę fortuny,

Żeby to było bajką.

SYCYNIUSZ

Idźmy, idźmy.

Wychodzą.

SCENA SIÓDMA

Obóz w niewielkiej odległości od Rzymu.

Wchodzi Aufidiusz z swym Powiernikiem.

AUFIDIUSZ

Czy jeszcze wszystko bije czołem temu

Rzymianinowi?

POWIERNIK

Nie pojmuję, jaką

Moc czarodziejską posiada ten człowiek:

On staje naszym żołnierzom za przedmiot

Modłów przed stołem, rozmów w czasie jadła,

Podzięk przy końcu biesiad; ty zaś, panie,

Bledniesz nieznacznie223 w oczach własnych ludzi.

AUFIDIUSZ

Nie mogę temu na teraz zaradzić,

Bo przedsiębiorąc coś przeciwko temu,

Zwichnąłbym nasze plany. Takiej dumy,

Jakiej sam teraz od niego doświadczam,

Nie przypuszczałem: mianowicie wtenczas,

Kiedym mu moje otwierał objęcia.

Natura jego niepoprawna; darmo,

Trzeba zabaczać224 i znosić to, czego

Zmienić nie można.

POWIERNIK

Wolałbym był jednak

(Dla twego dobra, panie), żebyś nie był

Dzielił z nim władzy, lecz żebyś albo

Na siebie przyjął cały onej ciężar,

Albo zupełnie jemu go zostawił.

AUFIDIUSZ

Zrozumiałem cię dobrze i bądź pewny,

Że skoro przyjdzie z nim do porachunku,

Będę mu takie mógł stawić zarzuty,

Jakich się ani domyśla. Na pozór

Zdaje się wprawdzie, i on sam rozumie,

Że dobrze rzeczy prowadzi, że cały

Wylany225 jest dla sprawy Wolsków. Walczy

Jak smok i ledwie miecz z pochwy dobędzie,

Jużci i pobił; jest jednak coś, czego

Jeszcze nie zrobił; coś, co albo jemu

Kark skręci, albo mój na szwank narazi,

Jeżeli kiedy przyjdzie między nami

Do porachunku.

POWIERNIK

Rozumieszli, panie,

Że on zdobędzie Rzym?

AUFIDIUSZ

Wszystkie obronne

Miejsca poddają mu się bez oporu

I szlachta rzymska trzyma jego stronę;

Senatorowie i patrycjusze

Także są za nim: trybunowie — zera

W sprawie wojennej; a lud ich zarówno

Pochopny będzie wezwać go na powrót,

Jak był skwapliwy wygnać go. Ja mniemam,

Że Rzym tym będzie dla niego, czym ryby

Są dla morskiego orła, który one

Porywa mocą naturalnej władzy.

Służył on zrazu zaszczytnie Rzymowi,

Ale nie umiał z jednostajnym zawsze

Umiarkowaniem piastować zaszczytów.

Czyli226 to była duma, nazbyt często

Pociągająca szczęśliwych za metę

Danej im doli, czyli brak zdrowego

Rozsądku w trafnym użyciu wypadków,

Których był panem, czy wreszcie natura,

Która nie dając mu być tym, czym nie był,

Nie pozwoliła mu twardego hełmu

Złożyć na miękkim krześle i szeptała,

Że surowością równie dobrze można

W pokoju rządzić jak na wojnie. Mniejsza

Czy to, czy owo, dosyć, że coś z tego

(Bo on wszystkiego tego ma po trochu,

Po trochu, mówię; nie powiem, że wszystko),

Dość, że coś z tego zrobiło go strasznym,

Znienawidzonym, a wreszcie wygnańcem.

Zasługi jego same się zabiły

Tym, że za bardzo wychodziły na wierzch.

Niezaprzeczenie cnoty nasze leżą

W opinii świata; wszelka zaś potęga,

Jakkolwiek w sobie chwalebna, znajduje

Grób na mównicy, z której siebie chwali.

Płomień ruguje płomień, falę fala.

Prawo praw, siła sił budowę zwala.

Idźmy, Marcjuszu, jeśli Rzym posiędziesz,

Biada ci wtedy; bo wnet moim będziesz.

Wychodzą.

AKT PIĄTY

SCENA PIERWSZA

Rzym. Plac publiczny.

Wchodzi Meneniusz, Kominiusz, Sycyniusz, Brutus i inni.

MENENIUSZ

Nie, ja nie pójdę; słyszeliście sami,

Co mówił dawny wódz jego, któremu

On tak był drogi. On mnie wprawdzie kiedyś

Ojcem nazywał, ale cóż stąd? Wyście

Go wypędzili, wy idźcie do niego;

Idźcie na milę przed jego namiotem

Paść na kolana i na klęczkach pełzać,

Żebrając227 jego przebaczenia. Kiedy

On Kominiusza wzbraniał się wysłuchać,

Ja ani kroku nie zrobię.

KOMINIUSZ

Nie chciał mnie poznać nawet.

MENENIUSZ

Czy słyszycie?

KOMINIUSZ

Raz mnie jednakże nazwał po imieniu:

Zakląłem go na dawne nasze związki,

Na krew, którąśmy przelewali razem,

Ale on głuchy był na te zaklęcia.

Zaparł się wszelkich nazw dotychczasowych;

Powiedział, że jest czymś nieokreślonym,

Czymś bezimiennym, że sobie dopiero

Zamierza ukuć nazwisko w płomieniach

Palącego się Rzymu.

MENENIUSZ

Cóż wy na to?

Pięknychście rzeczy narobili; to mi

Para trybunów, co się przez patriotyzm

Starała o to, żeby w Rzymie węgle

Staniały. Będą wam pomniki stawiać.

KOMINIUSZ

Napomknąłem mu, jaką by to było

Monarchy godną wspaniałomyślnością

Przebaczyć tam, gdzie ani śmią rachować228

Na przebaczenie; a on odpowiedział,

Że to jest śmieszna rzecz, aby karzący

Ukaranego o łaskę prosili.

MENENIUSZ

Wybornie; mógłże powiedzieć inaczej?

KOMINIUSZ

Usiłowałem obudzić w nim czułość

Na dolę jego prywatnych przyjaciół.

Odrzekł mi na to, że trudno mu zdrową

Słomę wybierać ze stosu zepsutej,

Zbutwiałej mierzwy; że gwoli229 jednego

Albo dwóch biednych ziarn, byłoby głupstwem

Nie puszczać z dymem barłogu i wąchać

Coś, co obraża nos.

MENENIUSZ

Gwoli jednego

Albo dwóch biednych ziarn? Ja, jego matka,

Żona, syn, nawet ten szanowny człowiek,

Jesteśmy biedne ziarna; wy jesteście

Zbutwiałą mierzwą, której odór bije

Nad księżyc; dla was wszyscy musim spłonąć.

SYCYNIUSZ

Nie, nie, uspokój się, panie. Jeżeli

Nam odmawiacie pomocy w tej nigdy

Nieprzewidzianej toni, nie zwalajcie

Na nas przynajmniej całej winy. Pewni

Jesteśmy jednak, że gdybyście chcieli

W tej opłakanej odezwać się sprawie,

Głos wasz dopomógłby ojczyźnie bardziej

Niż wszelkie wojska, które byśmy mogli

Zebrać naprędce.

MENENIUSZ

Nie, nie chcę się wcale

W to mieszać.....

SYCYNIUSZ

Błagam was, pójdźcie do niego.

MENENIUSZ

Po cóż ja tam mam pójść?

BRUTUS

Po to jedynie,

Żeby spróbować, co wpływ wasz u niego

Wskórać potrafi dla zbawienia Rzymu.

MENENIUSZ

A jeśli on mnie tak jak Kominiusza

Z niczym odprawi, to cóż wtedy? Jeśli

Niewysłuchany, obrażony jego

Nieuprzejmością, z kwitkiem do was wrócę,

To i cóż wtedy?

SYCYNIUSZ

Wtedy Rzym wam będzie

Za waszą dobrą chęć obowiązany

Z uwagi, żeście czynili, co mogli,

Dla jego dobra.

MENENIUSZ

Dobrze więc, spróbuję.

Rozumiem, że mnie wysłucha; że jednak

Mógł się oburknąć i zacisnąć zęby,

Kiedy Kominiusz go odwiedził, to mnie

Zbija z terminu230. Snadź wtedy był nieswój,

Musiał być jeszcze przed obiadem. Kiedy

Żyły niepełne, krew w człowieku chłodna,

Zrzędni jesteśmy i niezdolni baczyć

Ani przebaczyć; kiedy zaś, przeciwnie,

Winem i jadłem dobrze wprzód opatrzym

Owe kanały i dukta231 krwi, wtedy

Wnet nasze dusze giętszymi się stają,

Niż kiedy pościm jak kapłani. Czekać

Więc będę, aż pod dietetycznym względem

Usposobiony będzie odpowiednio;

Wtedy dopiero szturm przypuszczę.

SYCYNIUSZ

Wiecie

Najlepiej, panie, jaką obrać drogę

Do jego serca, i fatyga wasza

Nie może chybić celu.

MENENIUSZ

Na poczciwość,

Zrobię, co mogę, i wkrótce się dowiem,

Jak wiele mogę.

Wychodzi.

KOMINIUSZ

On go nie wysłucha.

SYCYNIUSZ

Nie?

KOMINIUSZ

Nie, powiadam wam. On siedzi w złocie,

Wzrok mu się iskrzy, jakby chciał Rzym spalić,

A litość jego jest spętanym więźniem

Jego urazy. Uklęknąłem przed nim;

Półgębkiem rzekł mi: „Powstań”, i niedbałym

Skinieniem ręki pokazał mi wyjście.

Co postanowił zrobić i od czego

Z mocy przysięgi odstąpić nie może.

W przysłanym liście oznajmił mi potem,

Dodając, iż nam pozostaje tylko

Poddać się jego warunkom.

Jeśli go matka nie zmiękczy i żona,

Które, jak słyszę, mają go pójść błagać

O łaskę, żadnej już nie ma nadziei.

Idźmy więc do nich, panowie, i prośmy,

Aby zabiegi swoje przyspieszyły.

Wychodzą.

SCENA DRUGA

Forpoczty Wolsków przed Rzymem. Warty na posterunkach.

Wchodzi Meneniusz.

PIERWSZY WARTOWNIK

Stój! Skąd?

DRUGI WARTOWNIK

Stój! Nazad!

MENENIUSZ

Pełnicie służbę po ludzku, to dobrze;

Ale za wielkim waszym pozwoleniem

Przychodzę tutaj w poselstwie, w poselstwie

Do Koriolana.

PIERWSZY WARTOWNIK

Od kogo?

MENENIUSZ

Od Rzymu.

PIERWSZY WARTOWNIK

Nie przejdziesz, wasze, wracaj, skąd przyszedłeś;

Koriolan nie chce już słyszeć o Rzymie.

DRUGI WARTOWNIK

Prędzej ujrzycie Rzym w płomieniach, niż się

Z nim rozmówicie.

MENENIUSZ

Moi przyjaciele,

Musiał wam pewnie wasz wódz nieraz prawić

O Rzymie i o przyjaciołach, których

W nim pozostawił; można więc sto stawić

Przeciw jednemu, że i moje miano

Was doszło: jestem Meneniusz.

PIERWSZY WARTOWNIK

Być może;

Idź waść zdrów, mości Meneniuszu, siła

Waszego miana nic tu nie poradzi.

MENENIUSZ

Mówię ci przecie, chłopcze, żem przyjaciel

Twojego wodza; żywą byłem księgą

Jego chwalebnych dzieł, w której to księdze

Ludzie czytali szeroko i długo

O jego sławie niezrównanej; bom ja

Moich przyjaciół (których on jest głową)

Zawsze wystawiał w tak korzystnym świetle,

Na jakie tylko prawda bez uszczerbku

Zgodzić się mogła. Ba, czasami nawet

Przeholowałem i chwaląc go, pchnąłem

Prawdę jak kulę po gładkiej płaszczyźnie

Za rzeczywisty jej obręb: dlatego

Musisz mnie puścić, chłopcze.

PIERWSZY WARTOWNIK

Chociażbyś był waszmość tyle kłamstw na jego korzyść powiedział, ileś tu w swoim interesie słów uronił, nie przejdziesz, dalipan, nie przejdziesz; chociażby równy zaszczyt przynosiło kłamać jak żyć poczciwie. Dlatego proszę nazad.

MENENIUSZ

Zważ, mój przyjacielu, że się nazywam Meneniusz; że to nazwisko figurowało zawsze na czele listy przyjaciół twego wodza.

DRUGI WARTOWNIK

Jeżeliś waszmość z przyjaźni ku niemu pełnił urząd kłamcy (jak to sam wyznajesz), ja z mojego urzędu oświadczam ci po prawdzie, że nie przejdziesz. Zawróć się więc i odejdź.

MENENIUSZ

Powiedzcie mi, czy jadł on już obiad? Bo nie chciałbym z nim mówić przed obiadem.

PIERWSZY WARTOWNIK

Jesteś waść Rzymianinem czy nie jesteś?

MENENIUSZ

Jestem nim, tak dobrze jak i wasz wódz.

PIERWSZY WARTOWNIK

Powinien byś więc nienawidzić Rzym, tak jak on go nienawidzi. Jak to? Wyforowaliście232 najdzielniejszego swego obrońcę, w przystępie ślepego szału oddaliście tarczę waszą w ręce nieprzyjaciół i spodziewacie się zakląć jego zemstę babskimi jękami, dziewiczymi załamywaniami rąk i niedołężnymi instancjami233 takiego starca gaduły jak waszmość? Jak wam może przejść przez głowę, żeby tak słaby oddech mógł zdmuchnąć grożący Rzymowi pożar? Mylicie się grubo. Dlatego zawróć się, waszmość, do Rzymu i gotuj się na śmierć wraz z drugimi. Zapadł już dekret na was; przysięga naszego wodza zagradza wam wszelką drogę do frysztu234 i ułaskawienia.

MENENIUSZ

Milcz, drabie; gdyby twój komendant wiedział, że tu jestem, obszedłby się ze mną z uszanowaniem.

DRUGI WARTOWNIK

Idź waść, nasz komendant nie wie nawet, czy waść jesteś na świecie.

MENENIUSZ

Mówię o waszym wodzu.

PIERWSZY WARTOWNIK

Nasz wódz nie troszczy się o waści. Jeszcze raz, odstąp waść, jeżeli nie chcesz, żebym z twojego ciała wyprosił resztę krwi, co się w nim kołacze. Nazad! Oto ostatnie słowo: nazad!

MENENIUSZ

Ależ posłuchaj, posłuchaj.

Wchodzą Koriolan i Aufidiusz.

KORIOLAN

Co się tu dzieje?

MENENIUSZ

Zaraz mi ty inaczej śpiewać będziesz, zuchwały zawalidrogo; dowiesz się, jak się ze mną trzeba obchodzić, i że lada drągal na placówce nie może mi bronić przystępu do mego syna Koriolana. Bacz na rozmowę moją z nim i wnioskuj, ażali235 zasługujesz na szubienicę lub na inny jaki rodzaj śmierci, dłuższy dla widzów i cięższy dla ciebie; słuchaj i truchlej, myśląc, co cię czeka.

obraca się do Koriolana

Niech nieśmiertelni bogowie na nieustającym posiedzeniu radzą o twej prywatnej pomyślności i niech cię miłują, tak jak cię miłuje stary twój przyjaciel Meneniusz! O synu, synu mój! Ty nam pożogę gotujesz; patrz, tu jest woda do ugaszenia jej. Zaledwie mnie nakłoniono, żebym się udał do ciebie, ale przekonany, że oprócz mnie nikt cię nie potrafi wzruszyć, podałem ucho naglącym mnie westchnieniom i oto staję przed tobą: zaklinam cię, przebacz Rzymowi i żebrzącym łaski twej współrodakom. Niech litościwi bogowie ukoją twój gniew i zwrócą szczątki jego na tego tu hultaja, który jak kloc zagradzał mi drogę do ciebie.

KORIOLAN

Precz!

MENENIUSZ

Jak to? Precz?

KORIOLAN

Nie znam cię; nie znam matki, żony, dziecka,

Nikogo. Wszystko, co się mnie dotyczy,

Należy dzisiaj do kogo innego.

Choć zemsta, którą tchnę, moja jest własna,

Jej umorzenie leży w piersiach Wolsków.

Niech raczej czarna niepamięć ze szczętem

Zatrze ślad naszej dawnej zażyłości,

Niżby ją litość miała budzić. Odejdź!

Twardsze są uszy moje dla próśb waszych

Niż bramy wasze dla mojej potęgi.

Ponieważ jednak był czas, żem ci sprzyjał.

Weź to: pisałem to dla ciebie, starcze.

oddaje mu list

I miałem przesłać ci przez gońca. Nie chcę

Z ust twoich słyszeć ani słowa więcej.

Patrz, Aufidiuszu, ten człowiek był pierwszym

Mym przyjacielem w Rzymie: widzisz jednak...

AUFIDIUSZ

Stałość ta czyni ci zaszczyt.

Wychodzą Koriolan i Aufidiusz.

PIERWSZY WARTOWNIK

No i cóż, mości panie, nazywasz się przecie Meneniusz?

DRUGI WARTOWNIK

To istne czarodziejskie słowo. Patrzże teraz, którędy droga do domu.

PIERWSZY WARTOWNIK

Kaducznie nas zmyto za daną waszej wielmożności odprawę.

DRUGI WARTOWNIK

Z jakiegoż to ja powodu mam truchleć, jak waść myślisz?

MENENIUSZ

Mniejsza mi o cały świat, a z nim i o waszego wodza. Co się tyczy takich jak wy istot, o takim drobiazgu ani mi przyjdzie pomyśleć. Kto sam pragnie umrzeć, ten się nie boi śmierci z rąk drugiego. Niech wasz wódz, co chce, robi. Co do was: pchajcie jak najdłużej waszą taczkę i niech się z wiekiem powiększa nędza wasza! Jak mnie powiedziano, tak ja wam powiadam: „Precz!”

Wychodzi.

DRUGI WARTOWNIK

Tęgi starowina, na poczciwość!

PIERWSZY WARTOWNIK

Nasz wódz to mi człowiek! Jak skała, jak dąb niewzruszony wiatrem.

Wychodzą.

SCENA TRZECIA

Namiot Koriolana.

Wchodzą Koriolan, Aufidiusz i inni.

KORIOLAN

Jutro staniemy pod murami Rzymu.

Współtowarzyszu mój w tej sprawie, donieś

Wolscyjskim panom Rady, czy rzetelnie

Zobowiązania mojego dopełniam.

AUFIDIUSZ

W istocie, tylko nasz interes miałeś

Na względzie, głuchy byłeś na wszechstronne

Utyskiwania i błagania Rzymu,

Puściłeś, mimo poszepty236 przyjaciół,

Tych nawet, którzy z pewnością liczyli

Na twą powolność237.

KORIOLAN

Ten starzec, którego

Świeżo z rozdartym sercem odprawiłem,

Kochał mnie bardziej niż ojciec; co mówię,

On mnie ubóstwiał: w istocie ostatnia

Otucha Rzymu na nim polegała.

Okazałem się twardy względem niego,

Przez wzgląd jednakże na dawną z nim przyjaźń,

Choć zachowałem twarz ponurą, srogą,

Podałem jeszcze raz owe warunki,

Które Rzym już był odrzucił, a których

I teraz pewno nie przyjmie, tym bardziej

Że się za jego pośrednictwem większych

Rzeczy spodziewał. Dobrze rzecz zważywszy,

Ustąpiłem z nich nieco. Od tej chwili

Żadne wstawienia, żadne prośby posłów

Ani prywatnych przyjaciół nie znajdą

Do mnie przystępu. Lecz cóż to za hałas?

Hałas za sceną.

Czyliżbym miał być stawiony na próbę

W tej właśnie chwili, kiedy to wyrzekłem?

W żałobnych szatach wchodzi Wirgilia, Wolumnia prowadząca małego Marcjusza za rękę, Waleria i ich orszak.

Małżonka moja idzie przodem, za nią

Szanowna forma, w której to naczynie

Wzięło początek, a obok niej mała

Odrośl jej szczepu. Ale precz czułości!

Pękajcie wszelkie ogniwa natury!

Zakamieniałość niechaj będzie cnotą.

Czymże jest wdzięczna ta pokora albo

Ten wzrok gołębi, który bogów nawet

Może uczynić krzywoprzysięzcami?

Mięknę i czuję się z takiegoż kruszcu

Jak inni. Matka moja chyli czoło,

Jak gdyby Olimp skłaniał się błagalnie

Przed kretowiskiem, a mój mały synek

Ma w twarzy wyraz pojednawczy, którym

Cała natura woła: „Nie odmawiaj!”.

Nie! Niech Wolskowie Rzym zrównają z ziemią,

Niechaj Italię wzdłuż i wszerz rozryją,

Nie będę nigdy tyle dobroduszny,

Iżbym ślepego miał słuchać instynktu.

Nieporuszony stać będę, jak gdybym

Własnym był twórcą i nie miał najmniejszej

Wspólności z ludźmi.

WIRGILIA

Mężu mój i panie!

KORIOLAN

Niestety, inne w Rzymie miałem oczy.

WIRGILIA

Smutek to, panie, który tak nas zmienił,

Nasuwa ci tę myśl.

KORIOLAN

Jak ów zły aktor,

Na samym wstępie zapominam roli

I najsromotniej utykam. Najmilsze

Moje! Przebaczcie mi moją nieczułość,

Ale nie mówcie mi: „Przebacz Rzymianom”.

O, choćby tylko jeden pocałunek,

Długi jak moje wygnanie, a słodki

Jak nasycenie zemsty! Na zazdrosną

Królowę niebios, pocałunek taki

Wziąłem od ciebie, luba, przy rozstaniu.

I wierne usta me w dziewiczym stanie

Zachowały go dotąd. O bogowie!

Ja tu rozprawiam, a najszlachetniejsza

Ze wszystkich matek na tej ziemi jeszcze

Nie powitana. Zniżcie się kolana!

klęka

Okażcie głębszą cześć niż zwykłe hołdy

Niewieścich synów.

WOLUMNIA

Powstań! Mnie to raczej

Na granitowej poduszce wypada

Klęknąć przed tobą i wbrew przyrodzeniu

Cześć ci okazać tak, jak gdybym była

Jakimś obłędnym, pośrednim jestestwem

Pomiędzy dzieckiem a matką.

Klęka.

KORIOLAN

Ty klękasz?

Przede mną? Przed twym zawstydzonym synem?

Niechże więc lichy żwir z wyschłego brzegu

Bije o gwiazdy, niech szalony wicher

Dumnymi cedry miota o tarcz słońca,

Niepodobieństwo mieniąc w rzeczywistość

I niemożebność w czyn.

WOLUMNIA

Tyś mój bohater,

Płód mego łona. Czy znasz tę niewiastę?

KORIOLAN

Witaj, szlachetna siostro Publikoli238,

Ty luno Rzymu, czysta jako sopla,

Którą mróz osnuł z najbielszego śniegu

I wdzięcznie zwiesił u świątyni Diany239,

Droga Walerio!

WOLUMNIA

A to małe ziarnko

Twego pnia, które się z czasem stać może

Tak wielkim jak ty drzewem.

KORIOLAN

Niech bóg wojny

Za pozwoleniem wielkiego Jowisza

Zaprawi duch twój szlachetnością, abyś

Rósł wolen240 plamy i stał wśród bitw jako

Ów słup na morzu, który się opiera

Wszelkim nawałom i chroni od zguby

Tych, co nań patrzą.

WOLUMNIA

Na kolana, chłopcze.

KORIOLAN

To mój waleczny syn.

WOLUMNIA

Dowiedz się teraz,

Że ten syn, żona twoja, ta niewiasta

I ja przyszłyśmy z prośbami do ciebie.

KORIOLAN

Błagam was, milczcie lub jeżeli chcecie

Prosić mnie o co, pamiętajcie z góry

Nie poczytywać za odmowę tego,

Czego, związany przysięgą, nie mogę

Dla was uczynić. Nie żądajcie, abym

Rozpuścił wojsko lub kapitulował

Z rzemieślnikami Rzymu. Nie znajdujcie

W postępowaniu moim cech wyrodka;

Nie usiłujcie chłodniejszymi względy

Tłumić mojego gniewu.

WOLUMNIA

Przestań! przestań!

Jużeś powiedział, że się nie możemy

Niczego zgoła spodziewać od ciebie,

Bo my cię mamy o to tylko prosić,

Czego nam z góry odmawiasz. Będziemy

Prosić jednakże, aby cała wina

Bezskuteczności naszych błagań spadła

Na ciebie: słuchaj zatem.

KORIOLAN

Aufidiuszu,

I wy, Wolskowie, bądźcie obecnymi;

Nie chcę mieć bowiem z Rzymem żadnych obcych

Dla was stosunków. O cóż tedy idzie?

WOLUMNIA

Choćbyśmy ani słowa nie wyrzekły,

Odzienie nasze i nasze oblicza

Już by wskazały, jaki był nasz żywot

Od chwili twego oddalenia. Pomyśl

Sam tylko, czy są gdzie niefortunniejsze

Niewiasty niż my w tej dobie? Twój widok,

Miasto241 rozjaśniać nam oczy radością

I serca nasze pociechą napawać,

Wyciska z tamtych łzy, a te przejmuje

Bólem i trwogą. Możeż być inaczej,

Gdy matka, żona, dziecko widzi syna,

Męża i ojca rozdzierającego

Wnętrzności wspólnej ojczyzny? Zawziętość

Twoja pozbawia nas nawet możności

Wznoszenia modłów do bogów, tej ulgi,

Którą w nieszczęściu najlichszy ma nędzarz,

Bo czyliż możem modlić się za sprawę

Ojczyzny, co jest obowiązkiem naszym,

I za pomyślność twojego oręża,

Co jest podobnież naszym obowiązkiem?

Niestety, albo nam przyjdzie utracić

Ojczyznę, drogą żywicielkę naszą,

Albo postradać ciebie, który jesteś

Pociechą naszą w ojczyźnie. Na korzyść

Której bądź strony los przechyli szalę,

Które bądź nasze spełni się życzenie,

Nie możem ciosu uniknąć. Bo albo

W kajdanach musisz, jak obcy złoczyńca,

Pośrodkiem ulic Rzymu być ciągniony,

Albo w triumfie przejść po jego gruzach,

Palmą zwycięstwa ozdobiony za to,

Żeś mężnie przelał krew żony i dzieci.

Co się mnie tyczy, bynajmniej nie myślę

Czekać wypadku tej wojny; jeżeli

Nie zdołam skłonić cię do szlachetnego

Zaspokojenia obydwu stron, zamiast

Co byś na zgubę jednej z nich miał godzić,

Nie prędzej pójdziesz zdobyć gród rodzinny

(Nie prędzej, zapisz to sobie), aż przejdziesz

Po ciele matki twojej, po tym łonie,

Któreć242 wydało na świat.

WIRGILIA

I po moim,

Które ci tego dziedzica imienia

Twego wydało.

MAŁY MARCJUSZ

Nie przejdzie on po mnie;

Schowam się, będę rósł, a potem walczył.

KORIOLAN

Kto nie chce przejąć niewieściego ducha,

Niech nigdy niewiast i dzieci nie słucha;

Za długo już tu siedzę.

Powstaje.

WOLUMNIA

O, nie odchodź!

Gdyby to, o co cię prosim, zmierzało

Do ocalenia Rzymu jednocześnie

Ze szkodą Wolsków, którym służysz, słusznie

Mógłbyś odrzucić nasze prośby jako

Zgubną dla twego honoru truciznę;

Ale nam o nic innego nie idzie,

Jak o wzajemne pojednanie. Niechby

Wolskowie mogli powiedzieć: „Wspaniale

Postąpiliśmy z nimi”, a Rzymianie:

„Wspaniale z nami postąpiono”. Niechby

Jedni i drudzy, błogosławiąc ciebie,

Mogli zawołać: „Chwała tobie, sprawco

Tego pokoju!”. Synu mój, wiesz dobrze,

Że skutek wojen zawżdy243 jest niepewny,

Ale to pewna, że gdybyś Rzym zdobył,

Całym owocem twojego zwycięstwa

Byłoby takie imię, które nigdy

Z niczyich by ust nie wyszło bez przekleństw,

Pod którym tak by pisały kroniki:

„Był to szlachetny mąż, ale ostatnim

Postępkiem zmazał całą swoją przeszłość,

Zburzył ojczyznę, imię jego przeto

Zgrozą dla przyszłych pozostanie wieków”.

Ubiegałeś się o zaszczytny rozgłos,

Chciałeś majestat bogów naśladować,

Gromem powietrzne sklepienia rozsadzać,

A wzdyć do siarki swej użyłeś tylko

Takiego bełtu, który by zaledwie

Dąb mógł rozszczepić. Nic nie odpowiadasz?

Mniemaszli, że to jest ozdobą męża

Nie zapominać uraz? Mów ty, córko:

On nie dba o twe łzy. Mów ty, pacholę:

Może dziecinne twoje słowa więcej

Na nim wymogą niż moja wymowa.

Nikt nie ma większych niż on obowiązków

Dla matki, a on mi się tu pozwala

Rozwodzić, jakby spętany miał język.

Biedna ja, com cię do walk zachęcała,

Gdacząc jak kokosz, choć tracąc cię, mogłam

Zostać bezdzietna; com cię za powrotem

Obsypywała błogosławieństwami.

Nic miałam nigdy tej słodkiej pociechy,

Abyś mi w czym bądź okazał powolność,

Nazwij żądanie me niesprawiedliwym,

Każ mnie odpędzić, nie rzeknę i słowa,

Ale jeżeli tego nie uczynisz,

Wręcz ci powiadam, że czynisz niegodnie

I że bogowie skarżą cię za takie

Lekceważenie i łamanie względów

Matce należnych. Odwraca się, milczy;

Dalej, niewiasty, zegnijmy kolana,

Upokorzeniem tym go upokorzmy.

Przydomek jego więcej, widać, wpływa

Na jego pychę niż nasze błagania

Na jego czułość. Dalej, na kolana!

Ostatni to już krok — wrócimy potem

Do Rzymu umrzeć razem z rodakami. Spojrzyj

Raz jeszcze na nas, na to chłopię, które

Nie mogąc jeszcze uczuć swych wysłowić,

Klęczy i ręce ku tobie wyciąga.

Czymże byś upór twój usprawiedliwił

Wobec tej niemej wymowy? Dość tego;

Idźmy. Ten człowiek miał matkę Wolscjankę,

W Koriolach żonę ma, a jego dziecko

Musi być pewnie takie jak i ojciec —

Bywaj zdrów! Skoro ujrzę pożar Rzymu,

Wtedy ci powiem jeszcze coś, na teraz

Niczego więcej z ust mych nic usłyszysz.

KORIOLAN

O matko, matko!

bierze Wolumnię za rękę i milczy przez czas niejaki

Cóżeś uczyniła?

Spojrzyj: niebiosa otwarły się na ścież244;

Bogowie patrzą się na nas i szydzą

Z nienaturalnej tej sceny. O matko,

Matko! Odniosłaś zwycięstwo fortunne

Dla Rzymu, ale dla twojego syna,

Wierzaj mi, bardzo niebezpieczne, może

Nawet fatalne. Niech się święci jednak;

Przyjmę następstwa jego. Aufidiuszu,

Nie mogąc dalej prowadzić tej wojny,

Zawrę godziwy pokój. Czyżbyś, powiedz,

Na moim miejscu mniej był słuchał matki

I mniej był zadośćuczynił jej prośbie?

AUFIDIUSZ

Byłem wzruszony.

KORIOLAN

Mógłbym przysiąc na to!

Musiała to być trudna próba, kiedy

Litość zdołała oczy me zwilgocić.

Powiedz mi, jaki wam pokój najlepiej

Dogadzać będzie? Co do mnie, nie myślę

Wracać do Rzymu; pójdę z wami. Chciej mnie

Wesprzeć w tej sprawie. Matko moja! Żono!

AUFIDIUSZ

na stronie

Nie mam ci za złe, żeś wspaniałomyślność

Przeniósł nad honor: to mi dopomoże

Wrócić na dawne moje stanowisko.

Niewiasty dają znak Koriolanowi.

KORIOLAN

Nie traćmy czasu.

do Wolumnii i Wirgilii

Ale pierwej pójdźmy

Spełnić puchary. Weźmiecie ze sobą

Lepsze świadectwo niż słowa, bo pismo,

W którym wzajemne, podobne warunki

Spisane będą i pieczęcią naszą

Stwierdzone. Pójdźcie z nami do namiotu.

Jeżeli komu, to wam by powinien

Rzym wznieść świątynie.245 Wszystkie jego miecze,

Wszystkie zastępy wojsk z nim sprzymierzonych

Nie potrafiłyby były wyjednać

Tego pokoju.

Wychodzą.

SCENA CZWARTA

Rzym. Plac publiczny.

Wchodzą Meneniusz i Sycyniusz.

MENENIUSZ

Czy widzisz ten narożny kamień Kapitolu?

SYCYNIUSZ

Widzę, cóż z tego?

MENENIUSZ

Jeżeli znajdziesz sposób poruszenia go z miejsca małym palcem, to jeszcze jest nadzieja, że nasze kobiety, a w szczególności jego matka, potrafią na nim coś wymóc. Ale ja mówię, że żadnej nie ma nadziei; głowy nasze dekretowane i egzekucja za pasem.

SYCYNIUSZ

Może się człowiek w krótkim czasie do tego stopnia zmienić!

MENENIUSZ

Pomiędzy poczwarką a motylem jest różnica, a przecie motyl był poczwarką. Ten Marcjusz stał się z człowieka smokiem: ma skrzydła, jest czymś więcej niż pełzającą istotą.

SYCYNIUSZ

On był do matki bardzo przywiązany.

MENENIUSZ

I do mnie także, ale teraz dba on o matkę tyle, co koń ośmioletni. Cierpkość jego najdojrzalszą by skwasiła jagodę. Kiedy stąpa, myślałbyś, że to kusza posuwa się pod mury, ziemia zdaje się pod nim uginać, wzrok jego przebiłby pancerz, mowa jego jest jak dźwięk dzwonów pogrzebowych, a mruczenie podobne do grzmotu. Siedzi w obozie jak posąg Aleksandra. Co każe uczynić, to, ledwie wyrzekł, staje się czynem. Wieczności mu brak tylko, żeby był bogiem, i niebios, z których by światu panował.

SYCYNIUSZ

Biada nam, jeżeli ten jego obraz prawdziwy!

MENENIUSZ

Odmalowałem go, jakim jest. Osądź z tego, czy przyczynienie się matki potrafi go rozczulić. Jego rozczulić! U niego czułości tyle, co mleka w samcu tygrysie. Przekona się o tym biedne nasze miasto, a wszystkiego tego wyście przyczyną.

SYCYNIUSZ

Niech się bogowie nad nami zmiłują!

MENENIUSZ

Nie, w takim przypadku nie zmiłują się nad nami bogowie. Nie mieliśmy na nich względu, kiedyśmy go wyganiali, toteż i oni teraz nie będą mieli na nas względu, kiedy on nam przychodzi kark skręcić.

Wchodzi Posłaniec.

POSŁANIEC

Uciekaj, panie, jeśli dbasz o życie,

Lud gniewny porwał waszego kolegę,

Wlecze go środkiem ulic i przysięga,

Że go powolną śmiercią zamorduje,

Jeżeli matka i żona Marcjusza

Nie wrócą z dobrą odpowiedzią.

Wchodzi Drugi posłaniec.

SYCYNIUSZ

Cóż tam!

DRUGI POSŁANIEC

Dobre nowiny, radosne nowiny:

Niewiasty triumf odniosły, Wolskowie

Usunęli się i Koriolan z nimi.

Od czasu wyjścia z Rzymu Tarkwiniuszów

Jeszcze piękniejszy dzień nam nie zajaśniał.

SYCYNIUSZ

Jestże to szczerą prawdą? Jestżeś pewny,

Że to jest prawdą?

DRUGI POSŁANIEC

Tak, jak pewny jestem,

Że słońce szczerym jest ogniem. Z jakiegoż

Świata wracacie, że wątpicie o tym?

Nigdy tak chyżo parta wichrem fala

Nie wylewała się przez luki arkad,

Jak się w tej chwili przez bramy wylewa

Uradowany tłum ludu. Słyszycie?

Odgłos trąb, obojów i kotłów w połączeniu z okrzykami słychać za sceną.

Trąby, puzony, harfy, surmy, flety,

Kotły, cymbały i okrzyki Rzymian

Wzbudzają słońce do pląsów. Słyszycie?

Znowu okrzyki.

MENENIUSZ

Walna wieść, spieszę na spotkanie naszych

Szlachetnych niewiast. Tę Wolumnię warto

Ozłocić, całe miasto senatorów

I patrycjuszów, z konsulami razem,

Nie zrównoważy jej w zasłudze. Co się

Tyczy trybunów, takich jak wy, tych by

Do równowagi trzeba wziąć przynajmniej

Tylu, ile by cały kraj i morze

Mogło pomieścić. Dobrzeście się dzisiaj

Modlili. Jeszcze dziś rano nie byłbym

Był dał denara246 za dziesięć tysięcy

Głów waszych. Co za radosne okrzyki!

Okrzyki i muzyka.

SYCYNIUSZ

Niech cię nasamprzód bogi błogosławią!

Następnie przyjmij nasze dziękczynienia

Za tę wiadomość.

DRUGI POSŁANIEC

My wszyscy podobno

Równy tu mamy powód do dziękczynień.

SYCYNIUSZ

Dalekoż one są od miasta?

DRUGI POSŁANIEC

Były

Tuż przed bramami, gdym tu przyszedł.

SYCYNIUSZ

Idźmy

Na ich spotkanie i dołączmy głosy

Do tych weselnych okrzyków.

Postępują. Niewiasty otoczone senatorami, patrycjuszami i ludem przechodzą przez scenę.

PIERWSZY SENATOR

Oto zbawczyni nasza, życie Rzymu!

Zwołajcie wszystkie cechy, chwalcie bogi,

Rozpalcie ognie triumfalne, sypcie

Kwiaty pod nogi tych niewiast, zagłuszcie

Ów okrzyk, który Marcjusza wywołał,

W niebo bijącym okrzykiem wdzięczności,

Należnym jego matce! Krzyczcie: „Cześć wam,

Cześć wam, niewiasty! Cześć wam!”.

WSZYSCY

Cześć wam, cześć wam,

Niewiasty! Cześć wam!

Odgłos trąb i kotłów. Wszyscy wychodzą.

SCENA PIĄTA

Ancjum. Plac publiczny.

Tullus Aufidiusz wchodzi z orszakiem swoim.

AUFIDIUSZ

Oznajmcie panom Rady, że tu jestem,

Wręczcie im ten list, gdy go przeczytają,

Niech się zgromadzą na rynku, ażebym

Tak im, jak gminom dowodnie wykazał

Zawartą w liście tym prawdę. Oskarżam

Tego zmiennika247, który się nie wahał

Wnijść w bramy miasta i zamierza stanąć

Przed ludem, tusząc, że się wnet oczyści

Zręcznym do niego przemówieniem. Spieszcie.

Orszak odchodzi. Wchodzi trzech czy czterech sprzysiężonych stronników Aufidiusza.

Witam was!

PIERWSZY SPRZYSIĘŻONY

Cóż się dzieje z naszym wodzem?

AUFIDIUSZ

To, co z człowiekiem otrutym przez własny

Czyn miłosierdzia i zamordowanym

Przez własną litość.

DRUGI SPRZYSIĘŻONY

Szlachetny Tullusie,

Jeżeli jeszcze trwasz w owym zamiarze,

W którym naszego poparcia żądałeś,

Gotowiśmy cię dziś jeszcze uwolnić

Od grożącego ci niebezpieczeństwa.

AUFIDIUSZ

Nie mogę jeszcze nic wyrzec stanowczo,

Trzeba nam zbadać wprzód usposobienie

Ludu.

TRZECI SPRZYSIĘŻONY

Lud będzie wahał się bez końca,

Póki będziecie stać naprzeciw siebie,

Ale upadek jednego uczyni

Wnet spadkobiercą jego względów tego,

Co pozostanie przy życiu.

AUFIDIUSZ

Wiem o tym;

I mam też na czym ugruntować powód

Mego zamachu. Wyniosłem go, dałem

Honor mój w zakład za jego rzetelność,

A on, wyniósłszy się z mej łaski, polał

Rosą pochlebstwa nowe swoje pole;

Odwiódł ode mnie przyjaciół i ugiął

K’temu swój umysł, znany dotąd zawsze

Z samowolności, z szorstkości i dumy.

TRZECI SPRZYSIĘŻONY

Wyniosłość, z jaką starał się był w Rzymie

O konsulostwo248, którego też za to

Nie dostał.

AUFIDIUSZ

Właśnie o tym chciałem mówić:

Wygnany za to, przyszedł do mnie; poddał

Pod mój miecz gardło. Przyjąłem go mile;

Zrobiłem go mym towarzyszem broni;

Wszelkim życzeniom jego dogodziłem;

Co więcej, dałem mu wybrać w szeregach

Mojego wojska najdzielniejszych ludzi,

Z którymi by swe plany uskutecznił.

Sam osobiście podjąłem się służyć

Jego widokom; byłem mu pomocą

Do żniwa chwały, którą on wyłącznie

Sobie przywłaszczył; znajdowałem nawet

Jakowąś chlubę w wyrządzaniu sobie

Tej krzywdy: ażem się wydał nareszcie

Służalcem jego, nie współtowarzyszem,

Ażem się przezeń ujrzał traktowany

Jak prosty żołdak.

PIERWSZY SPRZYSIĘŻONY

Nie inaczej: wojsko

Zdumiewało się nad tym. Na ostatek,

Kiedy już Rzym miał w garści i kiedyśmy

Z rychłym podbojem wyglądali nie mniej

Łupów jak chwały...

AUFIDIUSZ

Toć to przeciw niemu

Wypręży nerwy mojego ramienia.

Dla kilku kropel niewieściej wilgoci,

Tanich jak kłamstwo, sprzedał krew i trudy

Wielkiej wyprawy naszej: umrze za to,

A ja odżyję. Słyszycie ten odgłos?

Trąby i kotły odzywają się przy głośnych okrzykach ludu.

PIERWSZY SPRZYSIĘŻONY

Jak goniec wszedłeś, panie, w progi domu,

Rodzinne miasto głucho cię przyjęło;

A jego powrót rozdziera powietrze

Grzmotem okrzyków.

DRUGI SPRZYSIĘŻONY

Dobroduszne głąby,

Drą sobie gardła dla niego, nie pomnąc,

Że on im dzieci pozabijał.

TRZECI SPRZYSIĘŻONY

Nim więc

Zdoła głos zabrać i na lud zdradziecko

Wpłynąć swą mową, daj mu uczuć, panie,

Hart twego miecza; w czym my cię poprzemy.

Skoro zaś legnie, twoja wersja sprawy

Pogrzebie jego usprawiedliwienie

Wraz z jego ciałem.

AUFIDIUSZ

Dosyć tego: oto

Panowie rajcy.

Wchodzą rajcowie miasta.

RAJCOWIE

Bądź nam pozdrowiony.

AUFIDIUSZ

Nie zasłużyłem na to, miłościwi

Moi panowie; ale czyście tylko

Z uwagą list mój odczytali?

RAJCOWIE

Z całą

Uwagą.

PIERWSZY RAJCA

Lecz i z niemałą boleścią.

Poprzednie jego przewinienia mogły

Były jeszcze się zatrzeć jako tako;

Ale tam kończyć, gdzie zaledwie zaczął,

Rzucać plon naszych wysileń i tylko

Zwracać nam nasze koszty, zawrzeć układ

Tam, gdzie był pewny podbój — to się nie da

Usprawiedliwić.

AUFIDIUSZ

Otóż i nadchodzi.

Koriolan wchodzi z muzyką i chorągwiami, za nim tłum obywateli.

KORIOLAN

Cześć wam, szlachetni panowie! Powracam

Tak, jakem wyszedł, wiernym wam żołnierzem;

Nie zarażonym miłością ojczyzny,

Ale wylanym dla was i i posłusznym

Waszym rozkazom. Wiedzcie, żem szczęśliwie

Wojnę rozpoczął i żem sobie krwawą

Aż do bram Rzymu utorował drogę.

Wartość zdobyczy, którą wam przynosim,

Przewyższa o część trzecią koszt wyprawy.

Uczyniliśmy mir249 z nie mniejszą chwałą

Dla synów Ancjum jak hańbą dla Rzymian;

A to składamy waszmościom na piśmie,

Zbiór punktów przez nas przyjętych, stwierdzony

Ręką konsulów oraz patrycjuszów

I opatrzony pieczęcią senatu.

AUFIDIUSZ

Odrzućcie niecne to pismo i zdrajcą

Nazwijcie tego, co śmiał w taki sposób

Nadużyć waszej ufności.

KORIOLAN

Zdrajcą! Ja, zdrajca?

AUFIDIUSZ

Tak, zdrajco Marcjuszu!

KORIOLAN

Marcjuszu!

AUFIDIUSZ

Ma się rozumieć, Marcjuszu,

Kaju Marcjuszu! Chcesz, żebym cię krasił250

Owocem twego rozboju, kradzionym

W koriolskich murach mianem Koriolana?

Tak, naczelnicy państwa, wiarołomnie

Zdeptał on waszą sprawę i za kilka

Mizernych kropel słonej wody wydał

Wasz Rzym (wasz, mówię, Rzym) matce i żonie.

Przysiąg, honoru stargał święte węzły

Jak stary sznurek jedwabny i nigdy

Radzie wojennej nie dawszy przystępu,

Dał wreszcie przystęp łzom matki i onym

Poświęcił wasze zwycięstwo. Pachołcy

Rumienili się na widok tej zgrozy,

A ludzie z sercem251 patrzyli po sobie,

Nie wierząc własnym uszom.

KORIOLAN

Słyszysz, Marsie?

AUFIDIUSZ

Nie tobie wzywać tego boga mężnych,

Miękki dzieciuchu.

KORIOLAN

Ha!

AUFIDIUSZ

Milcz, ani słowa.

KORIOLAN

Bezczelny kłamco! Tyś mi serce zrobił

Tak wielkim, iż się nie może pomieścić

W swojej siedzibie. „Dzieciuch”! O nędzniku!

Synu podłości! Przebaczcie, panowie,

Po raz to pierwszy lżyć musiałem. Sąd wasz

Światli mężowie, zada nieochybnie

Temu bydlęciu fałsz, a własna jego

Świadomość (jego, który niezatarte

Nosi na sobie piętno dłoni mojej

I nosić ono będzie aż do śmierci)

Powie mu z wami: łżesz!

PIERWSZY RAJCA

Stłumcie ten zapęd

I posłuchajcie nas.

KORIOLAN

Niech mnie Wolskowie

Zrąbią na sztuki, niechaj lada młokos

Aż po rękojeść miecz swój wbije we mnie!

„Dzieciuch”! Fałszywy psie! Jeśli umiecie

Rzetelnie pisać, patrzcie w swoje dzieje:

Jest tam krwawymi podane głoskami,

Żem waszych Wolsków w puch rozbił w Koriolach

Jak orzeł ptactwo w gołębniku. Sam to,

Sam to sprawiłem, on zaświadczy. „Dzieciuch”!

AUFIDIUSZ

Możecie ścierpieć, szlachetni panowie,

Ażeby wam ten niecny samochwalca

Ślepe swe szczęście, a z nim krzywdę waszą

Stawiał przed oczy i uszy?

SPRZYSIĘŻENI

jednogłośnie

Niech zginie!

OBYWATELE

jeden przez drugiego

Rozszarpcie go! rozćwiartujcie! On mi zabił syna! On mi zabił córkę! On zabił mego krewnego Marka! On mi zabił ojca!

DRUGI RAJCA

Hola! Wstrzymajcie się! Bez zniewag! Hola!

Jest to szlachetny mąż i jego chwała

Napełnia cały krąg ziemski. Ostatni

Czyn jego względem nas ulegnie śledztwu

W drodze właściwej. Miarkuj się, Tullusie,

I nie zakłócaj spokoju!

KORIOLAN

O, gdybym

Sześciu miał takich Tullusów i więcej,

Cały ród jego, do użycia mojej

Poczciwej stali!

AUFIDIUSZ

Zuchwały niecnoto!

SPRZYSIĘŻENI

Śmierć mu! Niech ginie!

Aufidiusz i sprzysiężeni dobywają mieczów i przebijają Koriolana, ten pada, a Aufidiusz wstępuje na jego ciało.

RAJCOWIE

Stójcie! Stójcie! Stójcie!

AUFIDIUSZ

Cni rządcy ludu, chciejcie mnie wysłuchać.

PIERWSZY RAJCA

Tullusie, cóżeś uczynił?

DRUGI RAJCA

Spełniłeś

Dzieło, nad którym zapłacze waleczność.

TRZECI RAJCA

Nie depcz go! Hola! Panowie! Schowajcie

Miecze do pochew.

AUFIDIUSZ

Szlachetni mężowie,

Skoro wam będzie wiadomym (bo teraz,

W tym zamieszaniu, które on wywołał,

Trudno wam wiedzieć), skoro się dowiecie,

Jak wielkim złem wam zagrażało życie

Tego człowieka, cieszyć się będziecie,

Że je przeciąłem. Pozwólcie mi stanąć

Przed wami w sali obrad, tam dowiodę

Wiernej wam służby mojej lub poniosę.

Kaźń najsurowszą.

PIERWSZY RAJCA

Zdejmcie stąd to ciało;

I uroczystym uczcijcie je żalem,

Bo nigdy herold szlachetniejszym zwłokom

Nie towarzyszył do urny.

DRUGI RAJCA

Porywczość

Jego łagodzi winę Aufidiusza.

Załatwmy tę rzecz w dobry sposób.

AUFIDIUSZ

Gniew mój

Już minął, smutek następuje po nim.

Niech go trzech najcelniejszych wojowników

Weźmie na barki, ja jednym z nich będę.

Uderzcie w kotły, niech żałobnie zabrzmią!

Uniżcie ostrza dzid! Choć on w tym mieście

Niemało matek zrobił bezdzietnymi,

Niemało niewiast wdowami, choć dotąd

Z jego przyczyny płyną łez strumienie,

Znajdzie w nim jednak zaszczytne wspomnienie.

Dalej!

Wychodzą, niosąc ciało Koriolana. Muzyka gra marsza pogrzebowego.

Przypisy:

1. Koriolan — dramat opowiada losy na wpół legendarnego Rzymianina Koriolana na podstawie tekstu Życia Koriolana, będącego częścią Żywotów sławnych mężów Plutarcha. Z tego źródła Szekspir zapożyczył ogólną fabułę razem z większością postaci sztuki (Koriolan, Tytus Larcjusz, Kominiusz, Meneniusz Agryppa, Sycyniusz Welutus, Juniusz Brutus i Tullus Aufidiusz, który w źródłach staroż. występuje jako Attius Tullius, oraz matka i żona Koriolana). [przypis edytorski]

2. Rzecz dzieje się częścią w Rzymie... — akcja sztuki rozgrywa się na początku V w. p.n.e., kilkanaście lat po obaleniu władzy królewskiej i zaprowadzeniu republiki. Rządy, za pośrednictwem senatu i konsulów, sprawują przedstawiciele możnych rodów, patrycjusze. [przypis edytorski]

3. Wolskowie — staroż. lud italski zamieszkujący tereny płd. Lacjum, w V i IV w. p.n.e. prowadzący wojny z republiką rzymską; w 338 p.n.e. podbici przez Rzym. [przypis edytorski]

4. Koriole, łac. Corioli — staroż. miasto w środkowej Italii, należące do ludu Wolsków; po wydarzeniach opisywanych w tej sztuce zniknęło z kart historii. [przypis edytorski]

5. Ancjum — staroż. miasto nadmorskie w Italii, ok. 50 km na płd. od Rzymu, daw. stolica ludu Wolsków; ob. Anzio. [przypis edytorski]

6. intrata — dochód, zysk. [przypis edytorski]

7. osobliwie (daw.) — szczególnie. [przypis edytorski]

8. Kapitol — jedno z siedmiu wzgórz Rzymu, będące symbolem miasta. Kapitol stanowił naturalną twierdzę oraz ważne miejsce kultu: na wierzchołku zbudowano świątynię gł. bóstw oraz liczne inne przybytki; u stóp wzgórza znajdowało się archiwum państwowe. [przypis edytorski]

9. suplikant (daw.) — osoba wnosząca prośbę. [przypis edytorski]

10. i co dzień uciążliwsze ogłaszają postanowienia ku uszczerbkowi i ograniczeniu biedaków — wg Plutarcha plebejuszom, masowo tracącym dobytek i wtrącanym do więzienia z powodu długów, przed wyprawą przeciwko Sabinom najzamożniejsi wierzyciele obiecali, że będą ich traktować łagodniej. W senacie przegłosowano, że gwarantem przyrzeczenia zostanie konsul Waleriusz. Jednak po wygranej wojnie sabińskiej senat udawał, że nic nie wie o takiej umowie, a wierzyciele wrócili do wcześniejszych praktyk. [przypis edytorski]

11. Onego czasu wszystkie członki ciała... — wg źródeł starożytnych bajkę o żołądku Meneniusz Agryppa opowiedział ludowi podczas tzw. pierwszej secesji plebejuszy (494 p.n.e.), kiedy oburzeni postawą senatu w sprawie długów opuścili miasto i udali się na Świętą Górę koło Rzymu, odmawiając służby wojskowej w obronie interesów bogatych patrycjuszy. Przemowa Meneniusza, stojącego na czele delegacji senatu, oraz obietnica stworzenia urzędu trybunów ludu doprowadziły do zawarcia zgody. Plutarch rozróżnia dwa wystąpienia ludu, różnej wagi: jedno z powodu zdzierstwa wierzycieli oraz drugie, po zdobyciu Korioli, z powodu klęski głodu, podczas gdy Szekspir łączy je w jedno wydarzenie. [przypis edytorski]

12. kluby (daw.) — dyby, imadło, daw. narzędzie tortur; przen.: porządek, ryzy. [przypis edytorski]

13. cny (przestarz.) — cnotliwy, prawy, szlachetny. [przypis edytorski]

14. uważ — daw. forma trybu rozkazującego; dziś: zwróć uwagę, zauważ. [przypis edytorski]

15. karm (r.ż., daw.) — pokarm, strawa. [przypis edytorski]

16. pomnieć (daw.) — pamiętać. [przypis edytorski]

17. atoli (daw.) — jednak, ale; spójnik wyrażający przeciwstawienie, kontrast. [przypis edytorski]

18. strumieńmi — dziś popr.: strumieniami. [przypis edytorski]

19. gręzy (daw.) — męty, osad, fusy. [przypis edytorski]

20. wzdyć, właśc. wżdyć (daw.) — zawsze; jednak, przecież. [przypis edytorski]

21. świerzba — dziś popr.: świerzb, zakaźna choroba skóry. [przypis edytorski]

22. jest nim dobrze opatrzone — dziś popr.: jest w nie dobrze zaopatrzone. [przypis edytorski]

23. fakcja (daw.) — stronnictwo, koteria; zmowa, wichrzenie. [przypis edytorski]

24. szpica (daw., r.ż.) — szpic, ostra końcówka czegoś. [przypis edytorski]

25. Pięciu trybunów wedle ich wyboru... — wg Plutarcha senat zawarł porozumienie z protestującymi na Świętej Górze plebejuszami, dając im prawo wybierania rocznie pięciu urzędników, zwanych trybunami ludu, którzy mieli bronić ich interesów. Jako pierwszych trybunów wybrano przywódców secesji: Juniusza Brutusa i Sycyniusza Welutusa. Imion pozostałych trybunów Plutarch nie wymienia. [przypis edytorski]

26. uważać coś (daw.) — dziś: zwracać na coś uwagę, zauważać coś. [przypis edytorski]

27. przekąs (daw.) — drwina, szyderstwo. [przypis edytorski]

28. chyba (daw.) — uchybienie, błąd. [przypis edytorski]

29. snadź (daw.) — widocznie, zapewne. [przypis edytorski]

30. znaleźć kogoś jakimś (daw.) — zobaczyć, że ktoś jest jakiś; uznać kogoś za jakiegoś; ocenić jako. [przypis edytorski]

31. uwodzić się — tu: zwodzić samego siebie, oszukiwać się. [przypis edytorski]

32. wieniec dębowycorona civica, jedno z najwyższych odznaczeń wojskowych starożytnego Rzymu, przyznawane za uratowanie życia współobywatela w czasie bitwy. [przypis edytorski]

33. łuskokryta ręka — ręka okryta pancerną rękawicą, z metalowych płytek mocowanych do skórzanego podkładu. [przypis edytorski]

34. Jowisz a. Jupiter (mit. rzym.) — najwyższe bóstwo rzymskiego panteonu, bóg nieba i burzy, odpowiednik gr. Zeusa. [przypis edytorski]

35. Piersi Hekuby, karmiące Hektora — Hekuba była żoną króla Priama i matką Hektora, najdzielniejszego z wojowników trojańskich podczas wojny trojańskiej. [przypis edytorski]

36. rąbek — daw. element stroju, chusta osłaniająca głowę kobiety. [przypis edytorski]

37. ochmistrz (daw.) — urzędnik zarządzający dworem panującego lub magnata; opiekun dzieci na takim dworze. [przypis edytorski]

38. walny (daw.) — dzielny, chwacki. [przypis edytorski]

39. ladaco — ktoś niewiele wart, nicpoń. [przypis edytorski]

40. Penelopa (mit. gr.) — opisana w Odysei żona Odyseusza, która przez 20 lat wiernie czekała na powrót męża z wojny trojańskiej. W tym czasie zwodziła ubiegających się o jej rękę zalotników, obiecując, że wyjdzie ponownie za mąż, gdy skończy tkać całun dla teścia, lecz każdej nocy pruła robioną w dzień tkaninę. [przypis edytorski]

41. Ulisses (mit. gr.) — inaczej: Odyseusz, król Itaki, bohater Iliady i Odysei Homera, znany ze sprytu. [przypis edytorski]

42. rańtuch (daw.) — kobiece nakrycie głowy; wełniana chusta zakrywająca głowę i ramiona, niekiedy również część twarzy. [przypis edytorski]

43. sta — dziś: setki. [przypis edytorski]

44. Mars (mit. rzym.) — bóg wojny. [przypis edytorski]

45. surmacz (daw.) — trębacz wojskowy; od surma: instrument dęty używany w daw. wojsku do sygnalizacji. [przypis edytorski]

46. jestli — konstrukcja z partykułą -li; znaczenie: czy jest. [przypis edytorski]

47. Ereb (mit. gr.) — najciemniejsza część Hadesu, podziemnej krainy zmarłych. [przypis edytorski]

48. Tyś był wojownikiem szkoły Katona — tzn. na wzór Katona Starszego (234–149 p.n.e.), znanego z surowości obyczajów rzymskiego męża stanu, mówcy i zdolnego wodza, który przeprowadził m.in. bezwzględną kampanię wojenną w Hiszpanii. Życiorys Katona, podobnie jak życiorys Koriolana, znajduje się w Żywotach sławnych mężów Plutarcha, jednak Szekspir, który czerpał z tego dzieła, zapomniał, że Katon żył prawie trzysta lat później niż Koriolan. [przypis edytorski]

49. Zjedzże kaduka! — daw. przekleństwo: niech cię licho (dosł.: zjedz diabła). [przypis edytorski]

50. drachma — staroż. moneta grecka, na ogół srebrna; jedną drachmę dzielono na 6 oboli. [przypis edytorski]

51. obol — drobna staroż. moneta grecka. [przypis edytorski]

52. drań (daw., r.ż.) — o rzeczach: lichota, rupiecie, graty, gałgany. [przypis edytorski]

53. niepodobna (daw.) — nie można, nie da się, jest niemożliwe. [przypis edytorski]

54. Fortuna (mit. rzym.) — bogini ślepego przypadku, losu; wspominana zwłaszcza w związku z dobrym losem, szczęściem. [przypis edytorski]

55. kontent (daw.) — zadowolony. [przypis edytorski]

56. niepodle — tj. bez hańby, bez tchórzostwa. [przypis edytorski]

57. mila — jednostka miary długości (odległości), używana od czasów staroż., oznaczająca początkowo tysiąc kroków (łac. mille passus) podwójnych, czyli ok. 1,5 km. [przypis edytorski]

58. sfora (daw.) — rzemień lub linka do prowadzenia psów gończych na polowanie. [przypis edytorski]

59. pochop (daw.) — chęć; zapał. [przypis edytorski]

60. stwierdzić (daw.) — tu: potwierdzić; wzmocnić, utrwalić. [przypis edytorski]

61. centuria — jednostka taktyczna wojska rzymskiego licząca stu piechurów. [przypis edytorski]

62. spuścić się na kogoś (daw.) — polegać na kimś, liczyć na kogoś. [przypis edytorski]

63. Hektor (mit. gr.) — bohater Iliady Homera, najdzielniejszy obrońca Troi. [przypis edytorski]

64. binda (daw.) — wstęga, szarfa, opaska. [przypis edytorski]

65. czaprak — tkanina umieszczana pod końskim siodłem. [przypis edytorski]

66. dank (daw., z niem.) — podziękowanie, hołd; nagroda zwycięstwa. [przypis edytorski]

67. dział — podział, tu: dzielenie łupów. [przypis edytorski]

68. dziękujęć — konstrukcja z partykułą -ci, skróconą do -ć. [przypis edytorski]

69. instrumenta — daw. forma M. lm, dziś: instrumenty. [przypis edytorski]

70. Bellona (mit. rzym.) — bogini wojny. [przypis edytorski]

71. charłak — człowiek wyniszczony chorobą; cherlak, mizerak. [przypis edytorski]

72. hiperboliczny — tu: przesadny. [przypis edytorski]

73. karm (r.ż., daw.) — pokarm, strawa. [przypis edytorski]

74. przybory — dziś popr. forma N. lm: przyborami; przybory (tu daw.): ogół przedmiotów tworzących komplet, tu: składających się na rząd koński (osprzęt potrzebny do jazdy). [przypis edytorski]

75. rad (daw.) — zadowolony; chętny, przychylny. [przypis edytorski]

76. mię — daw. forma nieakcentowana w zdaniu zaimka osobowego 1 os.lp (analogiczna do 2 os.lp: cię); dziś tylko: mnie. [przypis edytorski]

77. puklerz — rodzaj okrągłej tarczy. [przypis edytorski]

78. augur — kapłan w starożytnym Rzymie, który odczytywał wolę bogów i przepowiadał przyszłość z lotu ptaków. [przypis edytorski]

79. cholera (daw., dziś wulg.) — złość, gniew. [przypis edytorski]

80. alias (łac.) — inaczej. [przypis edytorski]

81. Tyber — rzeka w Italii, nad którą leży Rzym. [przypis edytorski]

82. hubka — miąższ huby, grzyba rosnącego na pniach drzew, stosowany przy rozpalaniu ognia za pomocą krzesiwa. [przypis edytorski]

83. Likurg (IX a. VIII w. p.n.e.) — na poły legendarny prawodawca spartański. [przypis edytorski]

84. asinus (łac.) — osioł. [przypis edytorski]

85. mikrokosm — mikrokosmos, światek. [przypis edytorski]

86. urynał (daw.) — nocnik. [przypis edytorski]

87. zależeć na czymś (daw.) — polegać na czymś. [przypis edytorski]

88. trefniś — błazen. [przypis edytorski]

89. dera — gruby materiał kładziony pod siodło; rodzaj koca. [przypis edytorski]

90. w rumel (daw.) — bez wyjątku. [przypis edytorski]

91. Deukalion (mit. gr.) — syn Prometeusza i Pandory; Deukalion i jego żona Pyrra byli jedynymi ludźmi ocalałymi z zesłanego przez Zeusa potopu; odrodzili ludzkość, rzucając za siebie kamienie, które stawały się ludźmi. [przypis edytorski]

92. Luna (łac.: księżyc; mit. rzym.) — bogini księżyca. [przypis edytorski]

93. Junona (mit. rzym.) — bogini kobiet, małżeństwa i macierzyństwa, utożsamiana z gr. Herą. [przypis edytorski]

94. szczutek (daw.) — prztyczek. [przypis edytorski]

95. Galen, właśc. Claudius Galenus (ok. 130–ok. 200 n.e.) — wybitny rzym. lekarz i anatom pochodzenia greckiego, autorytet medycyny średniowiecza i odrodzenia; żył kilkaset lat po Koriolanie. [przypis edytorski]

96. gdyby mu był dotrzymał... — przykład użycia czasu zaprzeszłego, wyrażającego czynność wcześniejszą niż opisana czasem przeszłym lub niezrealizowaną możliwość. [przypis edytorski]

97. Tarkwiniusz Pyszny — wg tradycji siódmy i ostatni król rzymski (535–509 p.n.e.), po którego wypędzeniu ustanowiono w Rzymie republikę. Ostateczna próba jego powrotu do władzy została udaremniona w zwycięskiej dla Rzymian bitwie nad jeziorem Regilus (498 a. 496 p.n.e.). Właśnie w tej bitwie Koriolan miał się wyróżnić po raz pierwszy. [przypis edytorski]

98. oblektament (daw., z łac. oblectamentum) — przyjemność, uciecha; rozrywka. [przypis edytorski]

99. pluch, właśc. plucha (daw.) — flejtuch, brudas. [przypis edytorski]

100. przyzba — wał usypany z ziemi dokoła podmurówki dawnej chaty wiejskiej, na którym można było usiąść. [przypis edytorski]

101. facjata — mieszkanie a. pokój na poddaszu, z oknem wychodzącym z dachu i nakrytym własnym daszkiem; daw., pot.: twarz. [przypis edytorski]

102. flamen, lm. flaminowie (z łac.) — kapłan w starożytnym Rzymie służący jednemu z bogów oficjalnego panteonu państwowego; najważniejszych trzech flaminów zajmowało się kultem Trójcy Kapitolińskiej: Jowisza, Marsa i Kwiryna. [przypis edytorski]

103. zakwefiony — mający twarz osłoniętą kwefem, tj. zasłoną z tkaniny. [przypis edytorski]

104. Feb (mit. gr.) — przydomek Apolla, boga światła i słońca, opiekuna sztuk (z gr. Fojbos: promienny). [przypis edytorski]

105. mandant (z łac., praw.) — mocodawca, osoba powierzająca prawnikowi prowadzenie swoich spraw. [przypis edytorski]

106. po formie (daw. rusycyzm) — zgodnie z formą, z przyjętym sposobem zachowania się. [przypis edytorski]

107. jeno (daw.) — tylko, zaledwie. [przypis edytorski]

108. jarzmo — uprząż dla bydła pociągowego, przen.: niewola. [przypis edytorski]

109. względnie (daw.) — względem czegoś, ze względu na coś. [przypis edytorski]

110. tęgi — tu: dzielny. [przypis edytorski]

111. kaducznie (daw.) — diabelnie. [przypis edytorski]

112. paradę robić z czegoś — popisywać się czymś, robić coś na pokaz. [przypis edytorski]

113. liktor — w staroż. Rzymie niższy funkcjonariusz, członek ochrony urzędnika państwowego; liktor nosił pęk rózeg i topór i brał udział w wykonywaniu wyroków. [przypis edytorski]

114. doba (daw.) — czas, moment. [przypis edytorski]

115. hazard (daw.) — niebezpieczeństwo. [przypis edytorski]

116. ówczesny dyktator — niewymieniony z imienia u Plutarcha, wg Liwiusza był to Aulus Postumius Albus, który otrzymał przydomek Regillensis. [przypis edytorski]

117. amazońskie lico — twarz bez zarostu, więc jak kobieca; Amazonki były legendarnym plemieniem kobiet-wojowniczek. [przypis edytorski]

118. nieznacznie — niezauważalnie, niepostrzeżenie. [przypis edytorski]

119. geniusz — bóstwo opiekuńcze miejsca a. osoby, wyobrażane jako uskrzydlony człowiek; później ogólnie duch (dobry a. zły). [przypis edytorski]

120. folga (daw.) — ulga, odpoczynek. [przypis edytorski]

121. rzecz (daw.) — tu: mowa (coś, co się rzecze, tj. mówi). [przypis edytorski]

122. klient — w staroż. Rzymie wolny, lecz ubogi obywatel pozostający pod opieką zamożnego patrona, zwykle patrycjusza, winny mu w zamian posłuszeństwo i poparcie. [przypis edytorski]

123. względny (daw.) — okazujący względy, przychylny; uprzejmy. [przypis edytorski]

124. za czym (daw.) — więc, zatem, wobec tego. [przypis edytorski]

125. wolneć — konstrukcja z partykułą wzmacniającą -ci (skróconą do -ć). [przypis edytorski]

126. usty (daw.) — dziś popr. forma N. lm.: ustami. [przypis edytorski]

127. gotówem — skrócone: gotów jestem. [przypis edytorski]

128. enigmat (daw.) — coś zagadkowego. [przypis edytorski]

129. pospolitować (daw.) — robić pospolitym, pozbawiać należytej wartości. [przypis edytorski]

130. siła (daw.) — wiele. [przypis edytorski]

131. wotum, lm. wota (z łac., tu daw.) — uroczyste przyrzeczenie a. głos osoby głosującej. [przypis edytorski]

132. sankcja — tu: zatwierdzenie nadające moc prawną. [przypis edytorski]

133. wasan (daw.) — pot. skrót od: waszmość pan. [przypis edytorski]

134. byłyż — konstrukcja z partykułą -że, skróconą do -ż; znaczenie: czy nie były. [przypis edytorski]

135. Rzeczpospolita — tu: republika rzymska, postrzegana zgodnie z dosłowną nazwą jako państwo tworzone wspólnie przez obywateli. [przypis edytorski]

136. czyliż (daw.) — czy, czyż. [przypis edytorski]

137. niepłonny — tu: uzasadniony, niebezpodstawny. [przypis edytorski]

138. fawor (daw.) — przywilej, względy. [przypis edytorski]

139. afekt (daw.) — skłonność, sympatia, miłość. [przypis edytorski]

140. k’temu (daw.) — skrócone: ku temu, do tego. [przypis edytorski]

141. Ankus Marcjusz — czwarty legendarny król Rzymu (642–617 p.n.e.); według tradycji był synem córki Numy Pompiliusza, drugiego króla po Romulusie, oraz następcą Tullusa Hostiliusza. [przypis edytorski]

142. Publiusz i Kwintus, którzy nam (...) wodociągami wodę sprowadzili — informacja o członkach rodu wzięta z Plutarcha, ale ci byli potomkami, a nie przodkami Koriolana. Kwintus Marcjusz Rex był pretorem w 144 p.n.e. i na polecenie senatu wyremontował dwa istniejące akwedukty oraz zbudował nowy, większy: Aqua Marcia. [przypis edytorski]

143. Cenzorinus — tu: Gajusz Marcjusz Rutilus, syn pierwszego plebejskiego dyktatora i cenzora starożytnego Rzymu, noszącego to samo imię; trybun ludowy (311 p.n.e.) i konsul (310 p.n.e.); przydomek Cenzorinus otrzymał, gdy po raz drugi pełnił wysoki urząd cenzora (294 i 265 p.n.e.), wprowadzony w Rzymie pół wieku po wygnaniu Koriolana. Do głównych obowiązków cenzora należało przeprowadzanie spisów obywateli i czuwanie nad obyczajnością, a także zawieranie kontraktów na roboty publiczne. [przypis edytorski]

144. glejt — dokument wystawiony przez władze, zezwalający posiadaczowi na przejazd przez podległe im terytorium i zapewniający mu bezpieczeństwo osobiste; inaczej: list żelazny, list bezpieczeństwa. [przypis edytorski]

145. samowtór (daw.) — sam z kimś wtórym, we dwóch. [przypis edytorski]

146. flegma — powolność i spokojność charakteru, zimna krew. [przypis edytorski]

147. podbechtać — podjudzić, nastawić kogoś wrogo, zbuntować przeciw komuś a. czemuś. [przypis edytorski]

148. czernić — oczerniać, zniesławiać. [przypis edytorski]

149. tedy (daw.) — zatem, więc. [przypis edytorski]

150. chceszli (daw.) — konstrukcja z partykułą -li; tu w znaczeniu: jeśli chcesz. [przypis edytorski]

151. rokosz — bunt. [przypis edytorski]

152. worujem — skrócone: worujemy, tzn. orząc, wprowadzamy w głąb gleby. [przypis edytorski]

153. samochcąc (daw.) — z własnej woli. [przypis edytorski]

154. Tryton (mit. gr., mit. rzym.) — bóstwo morskie, syn i herold Posejdona (w mit. rzym. Neptuna); przedstawiany jako postać o ludzkim tułowiu i rybim ogonie, z wielką muszlą, w którą dął, uspokajając lub wzburzając fale; czasem uznawany za ojca trytonów, podobnych sobie istot morskich. [przypis edytorski]

155. Hydra (mit. gr.) — potwór z wieloma głowami, odrastającymi po ścięciu, zabity przez Heraklesa. [przypis edytorski]

156. są tylko rogami potworu — tzn. instrumentami dętymi, wydającymi dźwięk, o którym decyduje grający na nich potwór. [przypis edytorski]

157. onić (daw.) — konstrukcja z partykułą wzmacniającą -ci, skróconą do -ć i dodaną do zaimka osobowego „oni”. [przypis edytorski]

158. obojej strony (daw.) — dziś: obu stron. [przypis edytorski]

159. areopag — rada starszych w staroż. Atenach, początkowo mająca najwyższą władzę polityczną i sądowniczą; jej siedzibą było położone w pobliżu Akropolu wzgórze Aresa (stąd nazwa). [przypis edytorski]

160. driakiew (daw.) — medykament z kilkudziesięciu składników, uważany za uniwersalny lek i odtrutkę, wytwarzany aż do XVIII w.; przen.: lekarstwo. [przypis edytorski]

161. edyl — w staroż. Rzymie urzędnik nadzorujący porządek i bezpieczeństwo w mieście, odpowiadający też za aprowizację, handel i organizację igrzysk. [przypis edytorski]

162. jako nowatora — tj. jako człowieka dążącego do zaprowadzenia nowego, zmienionego ustroju, buntownika. [przypis edytorski]

163. Tarpejska Skała — stroma ściana skalna w płd. części wzgórza kapitolińskiego, z której w czasach republiki rzymskiej strącano zbrodniarzy i zdrajców. [przypis edytorski]

164. alternata (daw.) — zmiana biegu wypadków. [przypis edytorski]

165. dowcip (daw.) — inteligencja, spryt, rozum. [przypis edytorski]

166. pokup (daw.) — popyt na jakiś towar. [przypis edytorski]

167. Neptun (mit. rzym.) — bóg morza, odpowiednik gr. Posejdona, jego atrybutem był trójząb do połowu ryb. [przypis edytorski]

168. sprzątnąć ten gad zdradziecki — dziś popr. z N.: sprzątnąć tego gada zdradzieckiego. [przypis edytorski]

169. uncja — jednostka wagi używana w starożytnym Rzymie, a także w krajach anglosaskich, równa ok. 28 gramów. [przypis edytorski]

170. wasze a. waszeć (daw.) — skrócona forma grzecznościowa: waszmość, tzn. wasza mość, wasza miłość. [przypis edytorski]

171. prawić (daw.) — mówić, opowiadać. [przypis edytorski]

172. pytlować — przesiewać mąkę przez pytel, sito z tkaniny, mające kształt worka. [przypis edytorski]

173. ludzkość — tu: człowieczeństwo, natura człowieka utożsamiana z dobrymi cechami ludzi. [przypis edytorski]

174. sromotny (daw.) — haniebny. [przypis edytorski]

175. śmierć w kole — właśc.: na kole, chodzi o karę łamania kołem, metodę egzekucji publicznej stosowaną w Europie od czasów starożytnych aż do XVIII w.; ofiarę przywiązywano do osadzonego na palu dużego koła od wozu, a kat uderzał kołem (drągiem) lub nawet młotem kolejne członki ciała skazańca, podczas gdy jego pomocnik stopniowo obracał koło. [przypis edytorski]

176. dosiąc — dziś: dosięgnąć. [przypis edytorski]

177. strzyża — strzyżenie owiec. [przypis edytorski]

178. szeląg — dawna drobna moneta; miedziak. [przypis edytorski]

179. nimeś ją stracił — konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika; znaczenie: nim ją straciłeś. [przypis edytorski]

180. pochopny (daw.) — prędki, chętny. [przypis edytorski]

181. w chłodzie — w oryginale: in a bower, w altanie, zatem w ocienionym, przyjemnie chłodnym miejscu. [przypis edytorski]

182. rzezaniec (daw.) — eunuch, kastrat. [przypis edytorski]

183. zakała — tu: wstyd. Najczęściej słowo to oznacza osobę przynoszącą wstyd innym. [przypis edytorski]

184. sąli — konstrukcja z partykułą pytającą -li; znaczenie: czy są. [przypis edytorski]

185. czyli (daw.) — czy. [przypis edytorski]

186. sztrof a. sztraf (z niem.) — kara pieniężna, grzywna. [przypis edytorski]

187. Amen, amen — oczywisty anachronizm, gdyż hebrajskie słowo amen, uroczysty zwrot potwierdzający (dosł.: niech tak będzie), przeniknęło do łaciny dopiero w czasach chrześcijańskich. [przypis edytorski]

188. furda (daw.) — błahostka. [przypis edytorski]

189. kapitalny (z łac. capitalis: główny) — doniosły, ważny, istotny. [przypis edytorski]

190. także — tu: konstrukcja z partykułą -że; znaczenie: to tak? [przypis edytorski]

191. atrybucje — uprawnienia komuś przysługujące. [przypis edytorski]

192. wyrzeczenie — tu: orzeczenie. [przypis edytorski]

193. w rzeczy (daw.) — w rzeczywistości, rzeczywiście. [przypis edytorski]

194. chybiać — tu: zaniedbywać, pomijać, zawodzić. [przypis edytorski]

195. letni (daw.) — mający wiele lat, leciwy. [przypis edytorski]

196. azaliż (daw.) — czyż. [przypis edytorski]

197. przenosić (daw.) — przewyższać. [przypis edytorski]

198. karm (r.ż., daw.) — pokarm, strawa. [przypis edytorski]

199. tuszyć (daw.) — uważać, sądzić; spodziewać się, mieć nadzieję. [przypis edytorski]

200. pigmejska bitwa — taka jak prowadzona przez Pigmejów, mityczny lud karłów mieszkających w Afryce lub w Indiach, wg legend prowadzących ustawiczną wojnę z żurawiami. [przypis edytorski]

201. wnijść (daw.) — wejść. [przypis edytorski]

202. zabijeli — konstrukcja z partykułą -li; znaczenie: jeśli zabije. [przypis edytorski]

203. zostawili — konstrukcja z partykułą -li; znaczenie: jeśli zostawi. [przypis edytorski]

204. blat (daw.) — taca, płaski, podłużny półmisek na pieczone mięsa. [przypis edytorski]

205. widno (daw.) — widać. [przypis edytorski]

206. krom (daw.) — oprócz. [przypis edytorski]

207. skwitować się (daw.) — wyrównać rachunki. [przypis edytorski]

208. zajrzeć (daw.) — zazdrościć. [przypis edytorski]

209. fryga (daw.) — wirująca zabawka dziecięca, podobna do bąka. [przypis edytorski]

210. dalipan (daw.) — doprawdy, słowo daję; wykrzyknienie podkreślające prawdziwość wypowiedzi. [przypis edytorski]

211. pewna (daw.) — skrócone: rzecz pewna; dziś: pewne. [przypis edytorski]

212. gach (daw., gw.) — kochanek. [przypis edytorski]

213. dyskredowany — przekręcone przez mówiącego: dyskredytowany. [przypis edytorski]

214. wety (daw.) — deser. [przypis edytorski]

215. plagi (daw.) — uderzenia batem, kijem, rózgą itp. [przypis edytorski]

216. fryc (daw.) — nowicjusz, początkujący. [przypis edytorski]

217. szlachtuz (daw., z niem. Schlachthaus) — rzeźnia. [przypis edytorski]

218. Tak jak Herkules trząsł z drzewa dojrzały owoc — jedną z dwunastu prac mitycznego herosa i siłacza Heraklesa (w mit. rzym. Herkulesa) było zdobycie złotych jabłek z jabłoni rosnącej w ogrodzie nimf Hesperyd. [przypis edytorski]

219. wspaniałość (daw.) — wspaniałomyślność. [przypis edytorski]

220. nie mieć czoła (daw.) — nie mieć wstydu, honoru. [przypis edytorski]

221. folgować (daw.) — traktować łagodniej. [przypis edytorski]

222. niepodobieństwo (daw.) — coś nieprawdopodobnego a. niemożliwego. [przypis edytorski]

223. nieznacznie — niezauważalnie, niepostrzeżenie. [przypis edytorski]

224. zabaczać (daw.) — zapominać. [przypis edytorski]

225. wylany (daw.) — ofiarny, życzliwy, serdeczny. [przypis edytorski]

226. czyli (daw.) — czy. [przypis edytorski]

227. żebrając — dziś popr.: żebrząc. [przypis edytorski]

228. rachować na coś (daw.) — dziś: liczyć na coś. [przypis edytorski]

229. gwoli (daw.) — z powodu. [przypis edytorski]

230. zbijać z terminu — zbijać z tropu. [przypis edytorski]

231. dukt — droga leśna; dziś popr. lm: dukty. [przypis edytorski]

232. wyforować (daw.) — wyrzucić. [przypis edytorski]

233. instancja (daw., z łac.) — wstawiennictwo, poparcie. [przypis edytorski]

234. fryszt (daw., z niem.) — odłożenie sprawy, zawieszenie broni. [przypis edytorski]

235. ażali a. azali (daw.) — czy, czyż. [przypis edytorski]

236. poszept (daw.) — podszept, namowa. [przypis edytorski]

237. powolność (daw.) — uległość, poddawanie się cudzej woli. [przypis edytorski]

238. Publikola, właśc. Publius Valerius Publicola (zm. 503 p.n.e.) — rzymski arystokrata, polityk i dowódca, uważany za jednego z ojców założycieli republiki; jeden z przywódców powstania przeciwko Tarkwiniuszom, pierwszy konsul republiki (w 509 p.n.e., razem z Lucjuszem Juniuszem Brutusem); urząd konsula pełnił łącznie czterokrotnie; swoim oddaniem sprawie ludu zyskał sobie przydomek Publicola (Przyjaciel ludu). [przypis edytorski]

239. Diana (mit. rzym.) — dziewicza bogini łowów i księżyca, odpowiednik gr. Artemidy. [przypis edytorski]

240. wolen (daw.) — dziś: wolny; wolen plamy: wolny od plamy, tj. od zmazy na honorze. [przypis edytorski]

241. miasto (daw.) — zamiast. [przypis edytorski]

242. któreć (daw.) — tu: które cię. [przypis edytorski]

243. zawżdy (daw.) — zawsze. [przypis edytorski]

244. na ścież (daw.) — na oścież. [przypis edytorski]

245. Jeżeli komu, to wam by powinien Rzym wznieść świątynie — wg Plutarcha senat dla uhonorowania kobiet spełnił ich prośbę i nakazał zbudowanie świątyni Fortuny oraz utrzymywanie kultu z pieniędzy publicznych. [przypis edytorski]

246. denar — srebrna moneta rzymska bita od III w. p.n.e.; w oryginale: doit, tj. drobna moneta holenderska, przen.: marny grosz. [przypis edytorski]

247. zmiennik (daw.) — mężczyzna zmienny w uczuciach, niedotrzymujący słowa. [przypis edytorski]

248. konsulostwo (daw.) — urząd konsula, konsulat. [przypis edytorski]

249. mir (daw.) — pokój. [przypis edytorski]

250. krasić (poet.) — zdobić, upiększać. [przypis edytorski]

251. ludzie z sercem — tj. ludzie mający mężne serca, dzielni. [przypis edytorski]