Koriolan1
OSOBY
- Kajus Marcjusz Koriolan — Rzymianin szlachetnego rodu
- Tytus Larcjusz — dowódca wojsk przeciw Wolskom
- Kominiusz — dowódca wojsk przeciw Wolskom
- Meneniusz Agryppa — przyjaciel Koriolana
- Sycyniusz Welutus — trybun ludu
- Juniusz Brutus — trybun ludu
- Młody Marcjusz — syn Koriolana
- Nikanor — Rzymianin
- Rzymski herold
- Tullus Aufidiusz — wódz Wolsków
- Powiernik Aufidiusza
- Adrian — Wolsk
- Sprzysiężeni w zmowie z Aufidiuszem
- Jeden z obywateli Ancjum
- Dwóch wolscyjskich wartowników
- Wolumnia — matka Koriolana
- Wirgilia — żona Koriolana
- Waleria — przyjaciółka Wirgilii
- Jedna ze służebnic Wirgilii
- Rzymscy i wolscyjscy senatorowie, patrycjusze, edylowie, liktorowie, żołnierze, obywatele, gońcy, słudzy Aufidiusza i inne osoby.
Rzecz dzieje się częścią w Rzymie2, częścią w posiadłościach Wolsków3 na południu, z miastami Koriole4 i Ancjum5.
AKT PIERWSZY
SCENA PIERWSZA
Ulica w Rzymie.
Tłum zbuntowanych obywateli wchodzi z kijami, pałkami i inną podobną bronią.
PIERWSZY OBYWATEL
Posłuchajcie mnie, nim się dalej udamy.
OBYWATELE
jeden przez drugiego
Mów, mów!
PIERWSZY OBYWATEL
Postanowiliście nieodmiennie wszyscy umrzeć raczej niż głód cierpieć?
OBYWATELE
Nie inaczej, nie inaczej.
PIERWSZY OBYWATEL
Trzeba wam przede wszystkim wiedzieć, że Kajus Marcjusz jest hersztem nieprzyjaciół ludu.
OBYWATELE
Wiemy o tym, wiemy.
PIERWSZY OBYWATEL
Zabijmy go więc, a będziemy mieć zboże za dowolną cenę. Zgadzacie się na to?
OBYWATELE
Zgadzamy się, nie ma się nad czym rozwodzić: idźmy, idźmy.
DRUGI OBYWATEL
Słowo, zacni obywatele.
PIERWSZY OBYWATEL
Myśmy biedni obywatele, zacnymi nazywają nas patrycjusze. To, co przeładowuje ich uprzywilejowane kiszki, nas by postawiło na nogi. Gdyby przynajmniej dla własnego zdrowia chcieli nam odstąpić przewyżki od swych potrzeb, moglibyśmy przypuścić, że nas z ludzkości wspierają, ale oni sądzą, że jesteśmy za kosztowni. Nasza chudość, widomy skutek nędzy naszej, jest tabelą specyfikacyjną ich intrat6, nasze cierpienia są dla nich lichwą. Zemścijmyż się za to, póki się nie obrócimy w szczapy, a bogom wiadomo, że mówię to, łaknąc chleba, nie zaś pragnąc zemsty.
DRUGI OBYWATEL
Nastajesz więc osobliwie7 na Kaja Marcjusza?
PIERWSZY OBYWATEL
Najbardziej na niego, bo on jest najzawziętszym na lud brytanem.
DRUGI OBYWATEL
Zważ, jakie on ojczyźnie wyświadczył przysługi.
PIERWSZY OBYWATEL
Nie przeczę, moglibyśmy mu za nie wdzięcznością zapłacić, ale on sam sobie płaci za nie dumą.
DRUGI OBYWATEL
Być może, w każdym razie jednak nie godzi się źle o nim mówić.
PIERWSZY OBYWATEL
Powiadam wam, że co bądź dobrego zrobił, zrobił to jedynie dla zaspokojenia dumy. Niech tam ludzie delikatni, jak chcą, mówią, że on ojczyznę miał na celu; ja nie przestanę utrzymywać, że celem jego było przypodobanie się matce i wyniosłość, w którą rośnie w miarę zasług.
DRUGI OBYWATEL
Poczytujecie mu za występek to, co leży w jego naturze i czego tym samym nie może się pozbyć. Nie możecie jednak żadną miarą powiedzieć, żeby był chciwy.
PIERWSZY OBYWATEL
Jeżeli tego powiedzieć nie mogę, nie idzie za tym, żeby mi brakło zarzutów, znalazłoby się ich tyle, że człowiek zmordowałby się ich wyliczaniem.
Krzyki za sceną.
Cóż to za krzyki? Tamta część miasta powstała. Czegóż tu stoim i paplem? Dalej, do Kapitolu8!
OBYWATELE
Dalej! Dalej!
PIERWSZY OBYWATEL
Cicho, któż się zbliża?
Wchodzi Meneniusz Agryppa.
DRUGI OBYWATEL
Szanowny Meneniusz Agryppa, ten był zawsze dobry dla ludzi.
PIERWSZY OBYWATEL
On jeden jako tako poczciwy, niechby wszyscy byli tacy tylko!
MENENIUSZ
Cóż się to święci, moi współrodacy?
Gdzież to idziecie z kijmi i pałkami?
O co wam idzie? Powiedzcie mi, proszę.
PIERWSZY OBYWATEL
Zamiar nasz nie jest senatowi obcy; już go przed piętnastu dniami doszły słuchy o tym, cośmy mieli na myśli, a co teraz postanowiliśmy przywieść do skutku. Panowie senatory mówią, że biedni suplikanci9 mają ciężki oddech, poznają teraz, że mają i ciężkie pięści.
MENENIUSZ
Moi panowie, łaskawcy, sąsiedzi,
Chcecie się sami o zgubę przyprawić?
PIERWSZY OBYWATEL
Nie boimy się tego, panie, bośmy już o nią przyprawieni.
MENENIUSZ
Mogę wam ręczyć, moi przyjaciele,
Że patrycjusze mają o was pieczę.
Co się waszego tyczy niedostatku
I waszej biedy podczas tego głodu,
Za to zarówno moglibyście miotać
Kijami w niebo, jak i w rzymskie państwo,
Które iść dalej będzie swoją drogą,
Rwąc krocie twardszych wędzideł niż wszelkie
Mogące przez was stawić się zawady.
Bo nieurodzaj zrządzają bogowie,
Nie patrycjusze, a u tych schylone
Kolana raczej mogłyby coś wskórać,
Nie podniesione ramiona. Niestety!
Niedola rzuca was w większą niedolę;
I złorzeczycie sterownikom państwa,
I przeklinacie jako nieprzyjaciół
Tych, co się o was jak ojcowie troszczą.
PIERWSZY OBYWATEL
Troszczą się o nas! Ba, i bardzo! Pięknie się troszczą: pozwalają nam umierać z głodu, a magazyny ich pełne zboża; wydają ustawy o lichwie, aby wspierać lichwiarzy; kasują co dzień zbawienne jakie prawo, stawiające tamę bogaczom, i co dzień uciążliwsze ogłaszają postanowienia ku uszczerbkowi i ograniczeniu biedaków10. Jeżeli nas wojna nie zje, oni to zrobią. Taka to ich troskliwość o nas.
MENENIUSZ
Albo musicie przyznać, że nad miarę
Złe macie serca, albo ścierpieć zarzut,
Że macie bardzo źle w głowie. Opowiem
Wam jedną powieść, jużeście ją może
Słyszeli kiedy, gdy jednakże ona
W obecnej chwili wielce jest stosowna,
Spróbuję ją wam raz jeszcze przytoczyć.
PIERWSZY OBYWATEL
Słuchamy jej, panie; nie spodziewajcie się jednak otumanić dykteryjkami naszej biedy. Mówcież więc.
MENENIUSZ
Onego czasu wszystkie członki ciała11
Zbuntowały się przeciw żołądkowi
I obwiniły go, że on jak przepaść
Spoczywa w ciele gnuśny i nieczynny,
Chłonąc pokarmy i nigdy nie dzieląc
Prac z resztą członków; gdy tymczasem one
Patrzą, słuchają, radzą, uczą, chodzą,
Czują i wzajem sobie pomagając,
Zaspokajają żądze i potrzeby
Całego ciała. Żołądek rzekł na to...
PIERWSZY OBYWATEL
Cóż on rzekł? Ciekawy jestem.
MENENIUSZ
Zaraz się o tym dowiecie. Z uśmiechem,
Nie takim jednak, co to idzie z serca,
Lecz oto takim (bo żołądek może
Nie tylko mówić, jak widzicie, ale
I śmiać się czasem) odparł on szyderczo
Niechętnym członkom, owym rozdąsanym
Organom, co mu zazdrościły bytu
Z równą słusznością, jak wy powstajecie
Na senatorów, że nie są takimi,
Jakbyście chcieli i jacyście sami.
PIERWSZY OBYWATEL
Niech wasz żołądek kpi sobie zdrów. Jak to?
Toż by król członków głowa, serce-radca,
Oko-stróż, ramię-żołnierz, koń nasz-noga,
Język-nasz herold, oprócz tylu innych
Ważnych narzędzi i pomniejszych cząstek
Naszej machiny, toż by to...
MENENIUSZ
Co? Cóż by?
Ten człowiek śmie mi przerywać! Co? Cóż by?
PIERWSZY OBYWATEL
Toż by to wszystko pasibrzuch żołądek....
Miał trzymać w klubach12; żołądek, ta istna
Kloaka ciała?
MENENIUSZ
Cóż dalej? Cóż dalej?
PIERWSZY OBYWATEL
Jakąż odpowiedź mógł dać ten pasożyt
Na zażalenie owych cnych13 działaczów?
MENENIUSZ
Zaraz wam powiem, jeżeli się tylko
Zdołacie zdobyć przez parę chwil na to,
Na czym wam zbywa, to jest na cierpliwość,
Będziecie słyszeć odpowiedź żołądka.
PIERWSZY OBYWATEL
Za długo się z nią ociągacie.
MENENIUSZ
Uważ14,
Mój przyjacielu, poważny żołądek
Nie tak był prędki jak strona skarżąca;
Zastanowiwszy się, tak odpowiedział:
„Prawda to, moi współwcieleni bracia,
Że ja karm15 wspólną nam pierwszy odbieram.
I słusznie, bom ja spichrz, bom ja magazyn
Całego ciała. Pomnijcie16 atoli17,
Że ją strumieńmi18 krwi waszej posyłam
Do dworu, w serce; do stolicy, mózgu;
I że rozliczną drogą różnych funkcyj
Najtęższe nerwy i najmniejsze żyłki
Biorą ode mnie swój dział pożywienia.
Skoro zaś, moi kochani — tak dalej
Mówił żołądek, uważajcie dobrze... —
PIERWSZY OBYWATEL
No, no, cóż dalej mówił pan żołądek?
MENENIUSZ
Skoro zaś wszyscy razem nie możecie
Widzieć naocznie, czego wam dostarczam,
Mogę wam moje rachunki pokazać,
Z których poznacie, że wszyscy ode mnie
Otrzymujecie sam ekstrakt wszystkiego,
Mnie zaś zostają gręzy19. — Cóż wy na to?
PIERWSZY OBYWATEL
Wzdyć20 to odpowiedź. Radzi byśmy tylko
Usłyszeć teraz jej zastosowanie.
MENENIUSZ
Senat nasz jest tym poczciwym żołądkiem,
A wy jesteście krnąbrnymi członkami.
Bo zważcie tylko jego trudy, jego
Gorliwą czynność; rozpoznajcie bacznie
To, co się tyczy publicznego dobra,
A przekonacie się sami, że wszelka
Ogólna korzyść, jaka wam przypada,
Od niego tylko pochodzi, nie od was.
Cóż na to waszmość, waszmość, mój ty wielki
Palcu u nogi tego zgromadzenia?
PIERWSZY OBYWATEL
Ja wielki palec u nogi? Dlaczego?
MENENIUSZ
Bo będąc jednym z najnieokrzesańszych,
Najnikczemniejszych, najbrudniejszych cząstek
Tej mądrej zgrai, stajesz na jej czele.
Nędzny odrzutku, znam cię: tyś tu przyszedł
Podszczuwać innych, byś sam coś skorzystał.
Dalej, do pałek! Rzym z szczurami swymi
Staje do walki, jedna strona musi
Wziąć wnyki. Witaj, szlachetny Marcjuszu!
Wchodzi Kajus Marcjusz.
MARCJUSZ
Witaj! Cóż się tu dzieje? Co to znaczy?
Niesforne gbury, dlaczegóż to drapiąc
Litości godną świerzbę21 swych mózgownic,
Chcecie powiększać swoje wrzody?
PIERWSZY OBYWATEL
Zawsze
Otrzymujemy od was dobre słowo.
MARCJUSZ
Kto by wam dobre dał słowo, ten byłby
Pochlebcą niższym nad wszelką pogardę.
Czegóż wy chcecie, trutnie, wy, co ani
Pokoju, ani wojny nie lubicie?
Jedno was straszy, drugie uzuchwala.
Kto wam zaufa, ten zamiast lwów znaleźć
Znajdzie zające, zamiast lisów — gęsi.
Statek wasz tym jest, czym iskra na lodzie,
Czym szron na słońcu. Cała wasza cnota
Na tym polega, aby pod niebiosa
Wynosić tego, kogo potępiły
Własne postępki, a potępiającą
Lżyć sprawiedliwość. Kto na cześć zasłużył,
Ten zasługuje na waszą nienawiść,
Życzenia wasze są jako apetyt
Chorego, który najbardziej pożąda
Tego, co może zwiększyć jego niemoc.
Kto wasze względy zyskuje, ten pływa
Płetwą z ołowiu, trzciną dęby rąbie.
Niech wam kat świeci! Wamże by zaufać?
Wam, co zmieniacie zdanie z każdą chwilą,
Szlachetnym zwiecie tego, co wam wczoraj
Był nienawistnym, a nikczemnym tego,
Co wczoraj jeszcze był ozdobą waszą?
Cóż się to znaczy, że się tu i owdzie
Włóczycie, wrzeszcząc, i wyszczekujecie
Na senat, który za przewodem bogów
Trzyma was w swoich opiekuńczych karbach,
Ażebyście się sami nie pożarli?
Czegoż oni chcą?
MENENIUSZ
Zboża i zniżenia
Jego wysokiej ceny, twierdzą bowiem,
Że miasto jest nim dobrze opatrzone22.
MARCJUSZ
Obwiesie! Oni to twierdzą? Jak świerszcze
Siedzą za piecem i wmawiają w siebie,
Że wiedzą, co się dzieje w Kapitolu:
Kto pozyskuje wziętość, kto się wznosi
I kto upada. Popierają fakcje23
I domniemane kojarzą małżeństwa.
Jednym dodają splendoru, a drugich,
Których nie lubią, obryzgują błotem
Gorzej niż swoje dziurawe chodaki.
I oni twierdzą, że mamy dość zboża?
O, gdyby senat chciał na bok odłożyć
Litość i miecza użyć mi pozwolił,
Nagromadziłbym z tych głów kapuścianych
Stos tak wysoki, jak najwyżej mogę
Dosięgnąć szpicą24 mej włóczni.
MENENIUSZ
Ci się już dali przekonać, bo chociaż
Na roztropności potężnie im zbywa,
Tchórzem są za to porządnie podszyci.
Ale powiedz mi, proszę, co się stało
Z tą drugą tłuszczą, tam?
MARCJUSZ
Już się rozpierzchła.
Niech im kat świeci! Mówili, że głodni,
Stękali, plotąc przysłowia, jako to:
Że głód rozbija mury, że psy nawet
Dostają strawy, że chleb jest dla wszystkich,
Co mają gęby, że bogowie dają
Zboże nie tylko dla bogatych. W takich
I tym podobnych bzdurstwach wyzionęli
Swe użalania, którym czyniąc zadość,
Postanowiono, zgodnie z ich życzeniem,
Coś, co szlachetną myśl przejmuje zgrozą
I śmiałą władzę w bladą lalkę zmieni.
Zaczęli wtedy rzucać czapki w górę,
Jakby je chcieli zawiesić na obu
Rogach księżyca, i jak opętani
Wrzeszczeć z radości.
MENENIUSZ
Cóż postanowiono?
MARCJUSZ
Pięciu trybunów wedle ich wyboru25,
Którzy praw szui strzec i bronić mają.
Jednym obrany został Juniusz Brutus,
Drugim Sycyniusz Welutus, kto więcej,
Nie wiem. Do kroćset siarczystych piorunów!
Prędzej byłoby to szubrawcze plemię
Z całego Rzymu pozdzierało dachy,
Niżby zdołało było coś takiego
Wymóc ode mnie. Wezmą oni wkrótce
Większą przewagę i, poparci buntem,
Przyjdą nam podać trudniejsze warunki.
MENENIUSZ
Rzecz dziwna.
MARCJUSZ
Precz stąd do domów, hultaje!
Goniec nadchodzi.
GONIEC
Gdzie Kajus Marcjusz?
MARCJUSZ
Tu, cóż mi obwieścisz?
GONIEC
To, że Wolskowie wzięli się do broni.
MARCJUSZ
Cieszę się z tego, będziem przecie mogli
Przewietrzyć trochę ten stęchły kram gminu;
Lecz oto nasza starszyzna.
Kominiusz, Tytus Larcjusz i inni senatorowie, Juniusz Brutus i Sycyniusz Welutus wchodzą.
PIERWSZY SENATOR
Marcjuszu,
Prawdę mówiłeś: Wolskowie istotnie
Podnieśli oręż.
MARCJUSZ
Przywodzi im sławny
Tullus Aufidiusz, z którym twarda sprawa.
Grzeszę, zazdroszcząc mu jego wartości,
Zaprawdę, gdybym nie był tym, czym jestem,
Nim tylko być bym chciał.
KOMINIUSZ
Jużeście kiedyś
Szczerbili z sobą miecze?
MARCJUSZ
Gdyby jedna
Połowa świata drugą wzięła za łeb,
A on stał na tej samej ze mną stronie,
Umyślnie bym wszczął bunt dlatego tylko,
Abym go mógł mieć przeciw sobie. On jest
Lwem, na którego polowanie łechce
Mą dumę.
PIERWSZY SENATOR
Zacny Marcjuszu, chciej zatem
Pod Kominiuszem wziąć udział w tej wojnie.
KOMINIUSZ
Wszakżeś nam to już przyrzekł?
MARCJUSZ
Nie inaczej.
I wiernym słowu. Tytusie Larcjuszu,
Będziesz więc jeszcze raz świadkiem mojego
Spotkania z Aufidiuszem; wszakże będziesz?
Jeszcześ nie stępiał?
LARCJUSZ
Nie, Marcjuszu, wolę
Choćby o kuli pójść z drugimi walczyć
Niż zostać z tyłu.
MENENIUSZ
Szlachetna krew!
PIERWSZY SENATOR
Idźmy
Do Kapitolu, tam na nas czekają
Najlepsi nasi przyjaciele.
LARCJUSZ
Idźmy.
Ty nam przewodnicz, panie, i ty także,
Cny Kominiuszu, my za wami pójdziem.
Wam wprzód przystoi.
KOMINIUSZ
Szlachetny Marcjuszu!
PIERWSZY SENATOR
do obywateli
Dalej, do domu!
MARCJUSZ
Nie, niech pójdą z nami.
Wolskowie mają dość zboża; pozwólcie
Tym szczurom napaść się w ich spichrzach. Nuże,
Przezacna zgrajo, pokaż swą waleczność!
Senatorowie, Kominiusz, Marcjusz, Larcjusz i Meneniusz wychodzą. Obywatele wynoszą się chyłkiem.
SYCYNIUSZ
Jestże kto bardziej dumny niż ten Marcjusz?
BRUTUS
Nie wiem, kogo by z nim porównać.
SYCYNIUSZ
Będąc obrani trybunami ludu...
BRUTUS
Czy uważałeś26 jego wzrok i gesty?
SYCYNIUSZ
Nie, tylko jego przekąsy27.
BRUTUS
Gdy go rozdrażnisz, z bogów szydzić gotów.
SYCYNIUSZ
Drwić z spokojnego księżyca.
BRUTUS
Obecna wojna pożera go. Nie wie,
Jak się już nadąć, że tak jest waleczny.
SYCYNIUSZ
Tego rodzaju ludzie, połechtani
Bodźcem powodzeń, pogardzają cieniem,
Po którym chodzą w południe. Dlatego
Dziwi mnie, że on przy swej wyniosłości
Pod Kominiuszem nie wzbrania się służyć.
BRUTUS
Sławy, o którą mu idzie, a której
Nieskąpe względy już zyskał, nie można
Skuteczniej nabyć i łatwiej zarazem,
Jak stojąc za kimś będącym na czele,
Bo jeśli się co nie uda, powiedzą:
„Wódz temu winien” — choć wódz z swojej strony
Czynił, co tylko człowiek czynić może;
Głupia krytyka krzyczeć będzie wtedy:
„O, gdyby Marcjusz był tę rzecz prowadził!”
SYCYNIUSZ
Jeżeli się zaś powiedzie, opinia,
Która tak bardzo sprzyja Marcjuszowi,
Obierze z zasług Kominiusza.
BRUTUS
Z góry
Można przewidzieć, że połowa chwały
Kominiuszowej na Marcjusza spłynie,
Choćby ten na nią nie pracował. Wszystkie
Zaś jego chyby28 podniosą wysokość
Zalet Marcjusza, choćby Marcjusz w gruncie
Bynajmniej na to nie zasłużył.
SYCYNIUSZ
Pójdźmy
Posłuchać, co tam o wyprawie radzą
I w jaki sposób weźmie się ten człowiek
Do obecnego przedsięwzięcia.
BRUTUS
Idźmy.
Wychodzą.
SCENA DRUGA
Koriole. Wnętrze senatu.
Aufidiusz i senatorowie.
PIERWSZY SENATOR
Jesteś więc tego zdania, Aufidiuszu,
Że Rzym przeniknął nasze tajne plany
I wie, co knujem?
AUFIDIUSZ
Inneż zdanie wasze?
Kiedyż to u nas co bądź umyślono
I wykonano, żeby wprzód do Rzymu
Nie doszły o tym słuchy? Przed czterema
Niespełna dniami miałem stamtąd wieści,
Których treść na to wychodzi; jak myślę,
Mam list przy sobie; oto jest, słuchajcie.
czyta
„Zbierają wojska, nie wiadomo jednak,
Czy je chcą wysłać na wschód, czy na zachód,
Drożyzna wielka, lud wichrzy i słychać,
Że wódz Kominiusz, a z nim Marcjusz, dawny
Wasz nieprzyjaciel, którego jednakże
Rzymianie bardziej niż wy nienawidzą,
I Tytus Larcjusz, waleczny Rzymianin,
Kierują we trzech przygotowaniami
Do tej wyprawy. Snadź29 ona jest na was.
Pomyślcie nad tym”.
PIERWSZY SENATOR
Nasze wojska w polu.
Nie wątpiliśmy, że Rzym skory będzie
Dać nam odpowiedz.
AUFIDIUSZ
Ani się wam zdało
Stosownym plan nasz w tajemnicy trzymać
Tak długo, ażby śmiało mógł wyjść na wierzch;
Bo go Rzym w samym zarodzie przewąchał.
Przez to odkrycie zostajemy zbici
Z drogi do celu, który się zasadzał
Na wzięciu kilku miast, nimby się w Rzymie
O poruszeniach naszych dowiedziano.
DRUGI SENATOR
Dzisiaj niezwłocznie, zacny Aufidiuszu,
Nie tracąc czasu, śpiesz do swoich hufców;
My tu w Koriolach zostaniem ku straży
I ku obronie. Jeśli nas oblegną,
Przyjdź nam na odsiecz; nie sądzę jednakże,
Abyś ich znalazł przygotowanymi30.
AUFIDIUSZ
O, nie uwodźcie się31, mówię wam o tym
Jako o rzeczy pewnej, więcej powiem:
Liczne oddziały ich wojsk już są w marszu
I tu zmierzają. Żegnam was, panowie.
Jeśli się spotkam z Kajusem Marcjuszem,
Nie będzie żartów między nami, bośmy
Przysięgli sobie wzajem póty walczyć,
Póki jednemu z nas tchu nie zabraknie.
WSZYSCY
Niech cię bogowie wspierają!
AUFIDIUSZ
I w zdrowiu
Was utrzymują
PIERWSZY SENATOR
Żegnaj!
DRUGI SENATOR
Żegnaj!
WSZYSCY
Żegnaj!
Wychodzą.
SCENA TRZECIA
Rzym. Komnata w domu Marcjusza.
Wolumnia i Wirgilia siedzą na stołkach i szyją.
WOLUMNIA
Proszę cię, córko, śpiewaj, a przynajmniej bądź weselsza. Gdyby mój syn był moim mężem, bardziej bym się czuła szczęśliwa w jego nieobecności, która mu jedna sławę, niż w jego objęciach, które by mi świadczyły o jego miłości. Gdy jeszcze małym był chłopięciem, jedynym owocem mego żywota; gdy jego młodość i uroda wszystkich pociągała oczy; gdy inna matka takiego dziecka na całodzienne prośby królów nie byłaby odstąpiła jednej godziny spoglądania na nie, wtedy ja, marząc o jego przyszłości, myśląc, że ta piękna postać bez wieńca chwały byłaby tym, czym marny obrazek zawieszony na ścianie, znajdowałam uciechę w wyszukiwaniu dlań niebezpieczeństw, wśród których mógł się dobić chwały. Wysłałam go na krwawą wojnę, z której wrócił ozdobiony wieńcem dębowym32. Zaprawdę, córko, nie bardziej zadrgałam z radości, słysząc po raz pierwszy, że mi się urodziło dziecię płci męskiej, niż widząc po raz pierwszy, że się to dziecię pokazało mężem.
WIRGILIA
Lecz gdyby był zginął, o pani, gdyby był zginął!
WOLUMNIA
Wtedy jego dobre imię zastąpiłoby mi było miejsce syna i w nim bym się była odrodziła. Szczerze ci wyznaję, że gdybym miała dwunastu synów, z których by każdy stał na równi w mym sercu i każdy był mi tak drogi jak twój i mój kochany Marcjusz, wolałabym, żeby jedenastu szlachetnie umarło za ojczyznę, niż żeby jeden poza bitwą zmarniał na łożu rozkoszy.
Wchodzi Domownica.
DOMOWNICA
Pani, szlachetna sąsiadka, Waleria,
Przyszła odwiedzić was.
WIRGILIA
Błagam cię, pani,
Pozwól mi odejść.
WOLUMNIA
Zostań. Zdaje mi się,
Że słyszę odgłos trąb twojego męża,
Że widzę, jak w tej chwili Aufidiusza
Targa za włosy, a przed nim Wolskowie
Jak dzieci przed lwem stronią; zdaje mi się,
Że jestem przy tym, jak tupie i woła:
„Za mną tu, tchórze! Was w trwodze poczęto,
Chociaż byliście w Rzymie narodzeni”.
I łuskokrytą33 ręką obcierając
Skrwawione czoło, postępuje naprzód,
Na kształt żniwiarza, który postanowił
Zżąć wszystko albo utracić zarobek.
WIRGILIA
Skrwawione czoło! O, chroń go, Jowiszu34!
WOLUMNIA
Milcz, głupie dziecko! Krwawe znamię bardziej
Ozdabia męża niż złote trofea.
Piersi Hekuby, karmiące Hektora35,
Mniej były piękne niż Hektora czoło,
Gdy zeń krew ciekła pod ciosami Greków.
Powiedz Walerii, żeśmy ją gotowe
Przyjąć, jak zawsze.
Wychodzi Domownica.
WIRGILIA
O nieba, zasłońcie
Mego małżonka przed tym Aufidiuszem!
WOLUMNIA
Dziecinne modły! On zegnie zuchwały
Kark Aufidiusza i zdepce go nogą.
Domownica wprowadza Walerię i jej towarzyszkę.
WALERIA
Zacne niewiasty, bądźcie pozdrowione!
WOLUMNIA
Luba sąsiadko.
WIRGILIA
Miło mi widzieć was.
WALERIA
Jakże się macie? Zakute z was domatorki. Cóż to, szyjecie, widzę? Śliczne rąbki36, na poczciwość! Jakże się miewa twój mały synek, Wirgilio?
WIRGILIA
Dziękuję wam, łaskawa pani, zdrów jest, do usług waszych.
WOLUMNIA
Wolałby patrzeć na połysk mieczów i słuchać odgłosu trąb niż siedzieć przy swoim ochmistrzu37.
WALERIA
Walny38 chłopiec, prawdziwy syn swego ojca. Przeszłej środy przyglądałam mu się przez pół godziny, ma coś tak pewnego w sobie. Widziałam, jak pogonił za złotobarwnym motylem; schwytał go i puścił, dalejże znowu w pogoń za nim, i znowu go schwytał. Schwytawszy go znowu, czy to z gniewu, że upadł, czy to z innej jakiej przyczyny, zacisnął zęby i zgniótł go; powiadam wam, zgniótł go bez litości.
WOLUMNIA
To z ojca te raptusy.
WALERIA
Doprawdy, rzadkie dziecko.
WIRGILIA
Ladaco39, pani.
WALERIA
Odłóżcie na bok robotę i pójdźcie ze mną: muszę was dziś rozpróżniaczyć.
WIRGILIA
Wybacz, kochana pani, nie wyjdę na krok z domu.
WALERIA
Ani na krok?
WOLUMNIA
Wyjdzie, wyjdzie.
WIRGILIA
Przepraszam cię, matko: nie wyjdę, nie przestąpię progu domu, dopóki mój pan nie powróci z wojny.
WALERIA
Wstydź się, nierozsądnie czynisz, więżąc się tak w domu. Pójdź, odwiedzimy leżącą połogiem przyjaciółkę.
WIRGILIA
Życzę jej prędkiego wydobrzenia i odwiedzę ją w modłach moich, ale do niej pójść nie mogę.
WOLUMNIA
Dlaczego? Powiedz dlaczego?
WIRGILIA
Nie dla oszczędzenia sobie fatygi ani dla braku życzliwości ku niej.
WALERIA
Chcesz być drugą Penelopą40; powiadają jednak, że wszystkie jej prace pod niebytność Ulissesa41 posłużyły tylko do rozplenienia molów w Itace. Pójdź, chciałabym, żeby ten twój rańtuch42 tak był czuły jak twoje palce, ażebyś go z litości kłuć przestała. Pójdź, pójdź z nami.
WIRGILIA
Nie, kochana pani, wybacz mi; doprawdy nie pójdę.
WALERIA
Daj się namówić, a ja ci za to udzielę wybornych nowin o twym mężu.
WIRGILIA
Jeszcze ich być nie może, pani.
WALERIA
Jako żywo, nie żartuję; tej nocy nadeszły wieści od niego.
WIRGILIA
O pani! Czy podobna?
WALERIA
Tak jest, rzeczywiście; słyszałam to od jednego z senatorów. Rzecz się ma tak: Wolskowie wysłali wojsko, przeciw któremu pociągnął Kominiusz z częścią naszych sił. Twój mąż i Tytus Larcjusz rozłożyli się pod Koriolami; nie wątpią bynajmniej o pomyślnym skutku wyprawy i spodziewają się położyć wkrótce koniec tej wojnie. Wszystko to, na honor, szczerą jest prawdą; a teraz, proszę cię, pójdź z nami.
WIRGILIA
Miej mnie za wytłumaczoną, łaskawa pani; będę ci we wszystkim posłuszna prócz w tym jednym.
WOLUMNIA
Daj jej pokój, w takim usposobieniu, jak jest teraz, popsułaby nam dobry humor.
WALERIA
W istocie, i ja tak sądzę. Bądź więc zdrowa. Pójdźmy, szanowna przyjaciółko. Proszę cię, jeszcze raz, Wirgilio, wypraw za drzwi posępność i pójdź z nami.
WIRGILIA
Nie, kochana pani; rzetelnie powiadam, że nie mogę. Życzę wam dobrej zabawy.
WALERIA
Kiedy tak, bądźże zdrowa.
Wychodzą.
SCENA CZWARTA
Pod Koriolami.
Przy odgłosie trąb wchodzą z chorągwiami Marcjusz, Larcjusz, dowódcy i żołnierze, ku nim nadbiega Goniec.
LARCJUSZ
Nadchodzą wieści stamtąd. O co idzie,
Że się już starli?
MARCJUSZ
Konia mego stawiam
Przeciw twojemu, że jeszcze nie.
LARCJUSZ
Zgoda.
Czy wódz nasz starł się już z nieprzyjacielem?
GONIEC
Stoją naprzeciw siebie, ale jeszcze
Nie przemówili do siebie i słowa.
LARCJUSZ
Koń twój należy do mnie.
MARCJUSZ
Przyjmij odkup.
LARCJUSZ
Ani go sprzedam, ani go daruję,
Pożyczyć ci go wszakże gotów jestem
Na jakie pół sta43 lat. Wezwijmy miasto
Do poddania się.
MARCJUSZ
Dalekoż stąd stoją
Obydwa wojska?
GONIEC
O półtorej mili.
LARCJUSZ
Będziemy ich więc, a oni nas słyszeć.
A teraz, Marsie44, dodaj nam szybkości,
Abyśmy mogli nie otarłszy mieczów,
Ruszyć na pomoc naszym braciom w polu.
Nuże, surmacze45, dajcie znak.
Dają znak do rozmówienia się. Na murach ukazuje się kilku senatorów i mieszczan.
Tullus Aufidiusz jestli46 w murach waszych?
Odpowiadajcie.
PIERWSZY SENATOR
Nie ma go i nie ma
Nikogo, co by się lękał was bardziej
Niż on, który się wcale was nie lęka.
Słyszycie odgłos naszych trąb?
Odgłos trąb w oddali.
Wzywają
One do walki dzielną naszą młodzież.
Zburzym te mury prędzej, niżby one
Miały nas zamknąć jak bydło. Te bramy
Zdają się wprawdzie zatarasowane,
Ale podparte są tylko trzcinami;
Otworzą się wnet same. Czy słyszycie?
Powtórny odgłos trąb i wrzawa w oddaleniu.
Tam jest Aufidiusz, słyszycie, jak hula
Wśród waszych hufców rozbitych?
MARCJUSZ
Już walczą!
LARCJUSZ
Niech ten zgiełk będzie nam hasłem. Hej, drabin!
Bramy Korioli otwierają się nagle i Wolskowie wchodzą na scenę.
MARCJUSZ
Nie boją się nas i wychodzą. Dalej!
Zasłońcie serca tarczami i walczcie
Przy serc pomocy, pewniejszej niż tarcze.
Naprzód, waleczny Tytusie! Te łotry
Wyraźną sobie igraszkę z nas stroją.
Czuję po całym ciele pot wściekłości.
Dalej, żołnierze! Naprzód! Kto się cofnie,
Będzie w mych oczach Wolskiem i poczuje
Smak mego miecza.
Hasło do bitwy. Rzymianie i Wolskowie wychodzą, walcząc. Rzymianie zostają odparci do swych przekopów. Marcjusz powraca.
MARCJUSZ
Niech was tkną wszystkie zarazy południa!
Wy kały Rzymu, psy! Niech was okryją
Wrzody i trądy, byście wstręt budzili
Przed ukazaniem się, byście się wzajem
O milę z ciągiem wiatru zarażali!
O, gęsie dusze w powłoce człowieczej!
Jakżeście mogli uciec przed hałastrą,
Którą by małpy w puch rozbiły? Bodaj
Was Ereb47 schłonął! Wszystkie rany z tyłu.
Plecy czerwone, a oblicza blade
Z trwogi i znoju. Wróćcie do ataku
Albo, do wszystkich piorunów, porzucę
Nieprzyjaciela, a rzucę się na was;
Podnieście głowy! Poprawcie się! Jeśli
Śmiało natrzecie, zagnamy ich nazad
Między ich baby, tak jak oni teraz
Do tych przekopów nas odparli.
Powtórne hasło do bitwy. Wolskowie i Rzymianie stają znowu naprzeciw siebie i walka znowu się wszczyna. Wolskowie cofają się do miasta. Marcjusz ściga ich aż do bram.
Bramy otwarte: wesprzyjcie mnie teraz!
Szczęście otwiera je idącym naprzód,
Nie tym, co podle tył podają. Za mną!
Wbiega w bramę, która w tejże chwili zostaje za nim zatrzaśnięta.
PIERWSZY ŻOŁNIERZ
Szalona śmiałość! Niegłupim pójść za nim.
DRUGI ŻOŁNIERZ
Ani ja.
TRZECI ŻOŁNIERZ
Patrzcie, zatrzasnęli bramę!
Szczęk broni nie ustaje.
WSZYSCY
Będzie mu ciepło! Przepadł, ani wątpić.
Wchodzi Tytus Larcjusz.
LARCJUSZ
Co się z Marcjuszem stało?
WSZYSCY
Zginął pewnie.
PIERWSZY ŻOŁNIERZ
Zdążając krok w krok za pierzchającymi,
Wszedł z nimi razem do miasta, wtem nagle
Zamknięto bramy. Został się sam przeciw
Całej załodze.
LARCJUSZ
O szlachetny mężu!
W tobie jest lepszy hart niż w mieczu twoim,
Choć on ze stali; kiedy on się zgina,
Ty się wyprężasz. Opuszczono ciebie!
Rubin tak wielki jak ty obok ciebie
Straciłby wartość. Tyś był wojownikiem
Szkoły Katona48, nie tylko prawicą
Dzielnym i strasznym, lecz i siłą wzroku,
I brzmieniem głosu do gromu podobnym.
Takeś przerażać umiał nieprzyjaciół,
Że się zdawało, jakby świat miał febrę
I trząsł się w swoich posadach.
Marcjusz wraca skrwawiony i ścigany przez nieprzyjaciół.
PIERWSZY ŻOŁNIERZ
Patrz, wodzu!
LARCJUSZ
To Marcjusz, idźmy mu pomóc lub zginąć!
Walczą i wszyscy wchodzą do miasta.
SCENA PIĄTA
Wewnątrz miasta. Ulica.
Kilku Rzymian wchodzi z łupami.
PIERWSZY RZYMIANIN
Zaniosę to do Rzymu.
DRUGI RZYMIANIN
A ja to.
TRZECI RZYMIANIN
Zjedzże kaduka!49 Wziąłem to za złoto.
Wrzawa wojenna ciągle się daje słyszeć w oddali.
Marcjusz i Tytus Larcjusz wchodzą z trębaczami.
MARCJUSZ
Patrz no, ci trutnie ważą czas na równi
Z złamaną drachmą50. Ołowiane łyżki,
Bety, żelazo niewarte obola51,
Stare łachmany, które by kat pogrzebł
Razem z wisielcem: wszystko to zagarnia
Ta szuja jeszcze przed skończeniem bitwy.
Rzućcie mi zaraz precz tę drań52. — Słyszycie
Tę wrzawę, ten szczęk broni w tamtej stronie?
Tam wasz wódz, dalej do niego! Tam brodzi
W strugach krwi waszych współziomków Aufidiusz,
Cel nienawiści mojej. Cny Tytusie,
Weź pewną liczbę ludzi, ile trzeba
Do obsadzenia miasta; ja tymczasem
Z takimi, którzy mają szczyptę ducha,
Pospieszę w pomoc Kominiuszowi.
LARCJUSZ
Zacny człowieku, tyś ranny; po takiej
Gwałtownej pracy niepodobna53 tobie
Przedsiębrać nowej wyprawy.
MARCJUSZ
Bez pochwał,
Tytusie, jeszczem się wcale nie rozgrzał.
Bądź zdrów, ubytek tych kilku krwi kropel
Na zdrowie będzie mi, a nie na szkodę.
Tak się ukazać chcę Aufidiuszowi
I walczyć.
LARCJUSZ
Oby nadobna bogini
Fortuna54 chciała zakochać się w tobie,
I swymi czary odbijała miecze
Twych przeciwników! Dzielny wojowniku,
Niech szczęście będzie ci giermkiem!
MARCJUSZ
A tobie
Tak wiernym druhem, jak tym, których wznosi
Najwyżej. Bywaj zdrów.
LARCJUSZ
O wzorze mężów!
Wychodzi Marcjusz
Idź zadąć w trąbę na rynku, każ na nim
Zebrać się pierwszym urzędnikom miasta!
Tam im zamiary oznajmimy nasze.
Wychodzą.
SCENA SZÓSTA
W pobliskości obozu Kominiusza.
Kominiusz z wojskiem w odwrocie wchodzi na scenę.
KOMINIUSZ
Nabierzcie nieco tchu, jestem z was kontent55.
Sprawiliście się, moi przyjaciele,
Tak, jak przystoi Rzymianom, w spotkaniu
Nielekkomyślnie, w odwrocie niepodle56.
Będziemy jeszcze musieli wytrzymać
Nowe natarcie wrogów. W ciągu walki
Dochodziły nas od czasu do czasu
Wiatrem niesione wojenne odgłosy
Naszych współbraci. Oby ich orężom
Bogowie rzymscy tak błogosławili,
Jak tego tobie życzym; aby nasze
Obydwa wojska radośnie złączone
Dziękczynną mogły im ofiarę złożyć!
Goniec nadbiega.
Cóż tam nowego?
GONIEC
Mieszkańcy koriolscy,
Zrobiwszy z miasta wycieczkę, wydali
Wojskom Larcjusza i Marcjusza bitwę.
Widziałem naszych odpartych do szańców,
I z tym przychodzę.
KOMINIUSZ
Choćbyś mówił prawdę,
Nie zdaje mi się, abyś dobrze mówił.
Jakże to dawno się stało?
GONIEC
Nie dawniej
Jak przed dwiema godzinami, wodzu.
KOMINIUSZ
Nie masz stąd mili57 do Koriol, dopiero
Cośmy słyszeli odgłosy ich kotłów.
Jakżeś mógł tyle czasu spotrzebować
Na przejście jednej mili i tak późno
Przybyć z tą wieścią?
GONIEC
Przednie straże Wolsków
W pogoń puściły się za mną, musiałem
Nadłożyć drogi trzy czy cztery mile;
Inaczej byłbym tu od pół godziny.
Wchodzi Marcjusz.
KOMINIUSZ
Któż to jest, co się tu zbliża, jak gdyby
Ze skóry go obdarto? O, bogowie!
To twarz, to postać Marcjusza, widziałem
Go już tak kiedyś.
MARCJUSZ
Przychodzę za późno?
KOMINIUSZ
Pasterz nie mógłby dokładniej odróżnić
Odgłosu grzmotu od brzęku grzechotki,
Jak ja odróżniam dźwięk głosu Marcjusza
Od głosu lichszych ludzi.
MARCJUSZ
Więc za późno?
KOMINIUSZ
Tak, jeśliś przyszedł tu nie we krwi innych,
Ale swą własną okryty.
MARCJUSZ
O, pozwól
Mi się uścisnąć ramieniem tak zdrowym
Jak wtedy, kiedy chodziłem w zaloty:
Z równie radosnym uczuciem jak wtedy,
Kiedyśmy ślubny dzień nasz obchodzili
I blask jarzących pochodni nam świecił
Do łóż małżeńskich.
KOMINIUSZ
Kwiecie wojowników!
Mów, co się dzieje z Tytusem Larcjuszem?
MARCJUSZ
To, co z kimś urząd sędziego pełniącym:
Dekretującym jednych na wygnanie,
A drugich na śmierć, ułaskawiającym
Jednych, a drugich przejmującym trwogą.
W imieniu Rzymu trzyma on Koriole,
Jakby na sforze58 ogara, którego
Puści, gdy zechce.
KOMINIUSZ
Gdzież jest ten niecnota,
Co mówił, że was odparto do szańców?
Niech się tu zaraz stawi.
MARCJUSZ
Daj mu pokój,
On prawdę mówił, bo te bohatery,
Co były ze mną (podła zbieranina!
Niech im kat świeci! Im dawać trybunów!),
Jak mysz przed kotem zemknęli przed zgrają
Gorszą od siebie.
KOMINIUSZ
Jakimże sposobem
Zwycięstwo przy was zostało?
MARCJUSZ
Zostawmy
Opowiadanie na później.
Gdzież nieprzyjaciel? Jesteście już pola
Bitwy panami? Jeśli nie, dlaczegoż
Stać się onymi zwlekacie?
KOMINIUSZ
Marcjuszu,
Ścieraliśmy się z niepomyślnym skutkiem
I cofnęliśmy się dla pomyślniejszej
Odmiany losu.
MARCJUSZ
Nie wiecie, jak stoją
Ich wojska i gdzie znajdują się ludzie,
W których swą ufność położyli?
KOMINIUSZ
Jeślim
Dobrze uważał, przednią straż trzymają
Ancjaci, czoło ich wojska, a wodzem
Ich jest Aufidiusz, jądro ich nadziei.
MARCJUSZ
Wodzu, zaklinam cię na wszystkie bitwy,
Któreśmy razem odbyli, na wszystką
Krew, którą obok siebie przeleliśmy;
Na ową przyjaźń, którąśmy przyrzekli
Sobie nawzajem — pozwól mi pójść przeciw
Aufidiuszowi i jego Ancjatom,
I to niezwłocznie. Napełniwszy przestwór
Podniesionymi mieczmi i włóczniami,
Doświadczmy szczęścia tej chwili.
KOMINIUSZ
Chociażbym
Wolał, ażebyś przede wszystkim innym
Pokrzepiającą wziął kąpiel i balsam
Pozwolił sobie przyłożyć na rany,
Nie śmiem się jednak opierać
Żądaniu twemu. Wybierz sobie ludzi,
Którzy najlepiej wesprzeć cię zdołają
W tym przedsięwzięciu.
MARCJUSZ
Są nimi ci, którzy
Najwięcej czują pochopu59 do tego.
Jeżeli tu jest kto taki (a grzechem
Byłoby wątpić), co lubi ten pokost,
Którym widzicie mnie pomalowanym;
Jeżeli tu jest kto taki, co mniej się
Uszczerbku ciała niż złej sławy lęka,
Co myśli, że śmierć szlachetna ma stokroć
Więcej wartości niż jałowe życie,
I bardziej kocha ojczyznę niż siebie,
Niech taki, wespół z podobnymi sobie,
Poruszy ręką — tak:
podnosi rękę i wstrząsa nią
Na okazanie
Swej gotowości, i uda się za mną.
Wszyscy wydają okrzyk i potrząsają mieczami, podnoszą go na ramionach i rzucają czapki w górę.
Mnie tylko? Tylko mnie? Cóż to, czy chcecie
Miecz ze mnie zrobić? Bez tych zwierzchnich oznak!
Któryż z was w gruncie niewart czterech Wolsków?
Któryż w spotkaniu z Aufidiuszem tak się
Nie złoży tarczą, jak on się nią składa?
Przecież choć wszystkim wam dziękuję, muszę
Pewną część tylko spomiędzy was wybrać,
Reszta dopełni swego obowiązku
W innym spotkaniu, gdy się pora zdarzy.
Marsz, więc! Niech czterech setników oddzieli
Z komendy swojej tych, co się okażą
Najbardziej skłonni do boju.
KOMINIUSZ
Ruszajcie,
Moi waleczni, stwierdźcie60 te oznaki
Męstwa czynami, a będziecie z nami
Dzielili wszelkie korzyści zwycięstwa.
Wychodzą.
SCENA SIÓDMA
Bramy Korioli.
Tytus Larcjusz, zostawiwszy załogę w Koriolach, idąc przy odgłosie trąb i kotłów na pomoc Kominiuszowi i Marcjuszowi, wchodzi na scenę z Namiestnikiem swoim, oddziałem żołnierzy i przewodnikiem.
LARCJUSZ
Niech bramy będą strzeżone, pełnijcie
Waszą powinność tak, jakem wam wskazał;
Jeżeli przyślę, wyprawcie natychmiast
Tamte centurie61, reszta ich wystarczy
Do utrzymania się jakiś czas. Jeśli
Przegramy bitwę, będziemy musieli
Opuścić miasto.
NAMIESTNIK
Spuść62 się na nas, wodzu.
LARCJUSZ
Idźcie i bramy zamknijcie za sobą.
Hej, przewodniku, postępuj przed nami —
I do rzymskiego prowadź nas obozu.
Wychodzą.
SCENA ÓSMA
Pole bitwy pomiędzy obozami Rzymian i Wolsków.
Wrzawa wojenna. Marcjusz i Aufidiusz wchodzą.
MARCJUSZ
Z tobą chcę tylko walczyć, boś ty dla mnie
Nienawistniejszy niż krzywoprzysięzca.
AUFIDIUSZ
Równieśmy sobie nienawistni. Nie ma
W Afryce węża, którym bym się bardziej
Brzydził niż twoją sławą i zuchwalstwem.
Trzymaj się krzepko!
MARCJUSZ
Kto się pierwszy cofnie,
Niech skona jako niewolnik drugiego
I niech go przeklną bogowie!
AUFIDIUSZ
Jeżeli ja ci tył podam, Marcjuszu,
Wolno ci będzie szczuć mnie jak zająca.
MARCJUSZ
Nie ma trzech godzin, Tullusie, jak w murach
Twojego miasta samopas walczyłem
I wyprawiałem, co chciałem. Nie moja
To krew, którą mnie widzisz tak upstrzonym.
W imieniu zemsty natęż swoje siły.
AUFIDIUSZ
Chociażbyś nawet był Hektorem63 owym,
Gwiazdą twojego chełpliwego rodu,
Nie wymkniesz mi się stąd.
Walczą. Kilku Wolsków przychodzi w pomoc Aufidiuszowi.
Usłużni, ale niemężni! Przeklęta
Wasza gorliwość wstydem mnie okrywa.
Wychodzą, walcząc. Aufidiusz i Wolskowie ustępują przed Marcjuszem.
SCENA DZIEWIĄTA
Tamże.
Zgiełk bitwy. Sygnały do odwrotu. Muzyka triumfalna. Z jednej strony wchodzi Kominiusz z częścią wojska, z drugiej Marcjusz, z zawieszoną ręką na bindzie64, na czele swego oddziału.
KOMINIUSZ
Gdybym ci zaczął opowiadać twoje
Dzisiejsze czyny, sam byś im, Marcjuszu,
Nie chciał dać wiary, ale zdam z nich sprawę
Tam, gdzie słuchając ich, senatorowie
Łzy mieszać będą z uśmiechem radości.
Gdzie znakomici patrycjusze, milcząc,
Słuchać mnie będą, wzruszać ramionami,
Wreszcie podziwiać, gdzie kobiety będą
Drżeć z przerażenia i w słodkim wzruszeniu
Z uwagą chwytać każde moje słowo.
Gdzie płytkogłowi trybunowie, wespół
Z cuchnącą zgrają niesfornych plebejan,
Nienawidzący twej wyższości, będą
Zmuszeni mówić: „Dziękujemy bogom,
Że Rzym takiego posiada żołnierza!”.
Aleś ty przyszedł na szczątki biesiady,
Sutą wprzód ucztę spożywszy.
Tytus Larcjusz, wracając z pogoni za nieprzyjacielem, wchodzi z wojskiem swoim.
LARCJUSZ
O wodzu!
Oto jest rumak, my tylko czapraki65,
Gdybyś był widział!
MARCJUSZ
Przestań! Moja matka,
Posiadająca szczególny przywilej
Do wynoszenia zalet swego rodu,
Chwaląc mnie, przykrość mi sprawia. Zrobiłem
To, co wy, to jest, co mogłem; jednaki
Mieliśmy bodziec, to jest myśl, że przez to
Służym ojczyźnie. Kto wypełnił tylko
To, czego pragnął, ten w zasłudze stoi
Ze mną na równi.
KOMINIUSZ
Nie będziesz ty grobem
Twych cnót. Rzym musi znać wartość swych dzieci.
Występkiem by to było, i zaprawdę
Gorszym niż kradzież, gorszym niż oszczerstwo,
Kryć czyny twoje i przemilczać o tym,
Co podniesione do szczytu uwielbień
Skromnym by jeszcze się zdało. Dlatego
Pozwolisz, abym (w celu okazania,
Czym jesteś, nie zaś w dank66 za to, coś zdziałał)
Przemówił do cię przed obliczem wojska.
MARCJUSZ
Rany me, chociaż same przez się błahe,
Bolą mnie wszakże, kiedy o nich słyszę.
KOMINIUSZ
Gdyby je raczej milczeniem pokryto,
Wtedy by słusznie mogły się rozgnoić
I zgangrenować; byłaby to bowiem
Niewdzięczność gorsza niż drażniący plaster.
Z wszystkich tych koni (którycheśmy wzięli
Niemałą ilość, i to dobrej rasy),
Z wszystkich tych skarbów, których nam dostarczył
Ich gród i obóz, wolno ci dziesiątą
Część wziąć na własność, oddajem ją tobie
Przed uczynieniem ogólnego działu67
I zostawiamy ci wybór.
MARCJUSZ
Dziękujęć68,
Wodzu; nie mogę jednak w żaden sposób
Na sercu moim wymóc przyzwolenia,
Iżbym zapłatę przyjął za usługi
Miecza mojego. Uchylam się przeto
Od tej korzyści i pragnę pozostać
Na równej stopie z tymi, którzy byli
Świadkami moich usiłowań.
Przeciągły odgłos trąb. Wszyscy wykrzykują: „Marcjusz! Marcjusz!”, rzucają w górę czapki i włócznie.
Kominiusz i Larcjusz stoją z odkrytymi głowami.
Oby
Te instrumenta69, które znieważacie,
Nigdy już więcej nie zabrzmiały! Kiedy
Trąby i kotły na polu Bellony70
Mogą się zniżać do dworaczych pochlebstw,
Dwory i miasta powinny by całe
W fałsz się przyodziać. Kiedy się stal może
Stawać tak miękką jak jedwab gnuśnika,
Niechże z niej szyją kołdry wojownikom!
Przestańcie. Toż więc za to, żem jak baba
Nie otarł nosa, gdy mi krew szła z niego,
Żem kilku słabych powalił charłaków71,
Co i niejeden z obecnych tu zrobił,
Chociaż nikt tego nie pamięta, za to
Hiperboliczne72 odbieram oklaski,
Jak gdybym lubił karmić moją małość
Mdłą karmią73 pochwał zaprawionych kłamstwem.
KOMINIUSZ
Za skromny jesteś, Marcjuszu, surowszy
Dla swoich zasług niż uprzejmy dla nas,
Którzy cześć prawdzie oddajemy. Wybacz,
Ale ponieważ sam chcesz krzywdzić siebie,
Musim cię pierwej (jak kogoś, co godzi
Na własne zdrowie) ująć w pęta, zanim
Będziem się mogli lepiej porozumieć.
Niech więc wiadomo będzie nam i światu,
Że Kajus Marcjusz zasłużył w tej wojnie
Na bohaterski wieniec; w dowód czego
Daję mu mego dziarskiego rumaka,
Wychowanego w obozach, z wszelkimi
Należącymi do niego przybory74.
Za to zaś, co pod Koriolami zdziałał,
Niechaj nazwany będzie uroczyście,
Wśród wiwatowych ogólnych okrzyków:
Kajem Marcjuszem Koriolanem.
Noś ten dodatek godnie aż do śmierci!
Odgłos trąb i kotłów.
WSZYSCY
Niech żyje Kajus Marcjusz Koriolanus!
KORIOLAN
Idę twarz obmyć, zobaczycie potem,
Czy mnie ta nazwa rumieni. Przyjmijcie
Dzięki tymczasem. Konia twego, wodzu,
Rad75 będę dosiąść i przez całe życie
jako pióropusz na szyszaku nosić
Na czele mych nazw ten drogi dodatek,
Który od ciebie otrzymałem.
KOMINIUSZ
A teraz idźmy do namiotów spocząć
Po trudach, wprzódy trzeba nam jednakże
Wysłać do Rzymu listy z doniesieniem
O odniesionym zwycięstwie. Larcjuszu,
Tobie wypada powrócić do Koriol;
Przyślesz nam stamtąd do Rzymu przedniejszych
Obywateli, celem traktowania
Z nimi o własnym ich dobru i naszym.
LARCJUSZ
Wypełnię, wodzu, co każesz.
KORIOLAN
Bogowie
Naigrawać się ze mnie zaczynają.
Ja, com przed chwilą odrzucił ofiarę
Książęcych darów, zniewolony jestem
Udać się z prośbą do mojego wodza.
KOMINIUSZ
Z góry już masz jej skutek. O cóż idzie?
KORIOLAN
Zdarzyło mi się w Koriolach przed laty
Nocować w domu pewnego biedaka,
Który mię76 przyjął gościnnie. Ten człowiek,
Zostawszy dzisiaj pojmany przez naszych,
Zawołał na mnie, ale wzrok mój wtedy
Widział przed tobą tylko Aufidiusza,
I gniew zagłuszył litość w moim sercu.
Proszę cię teraz, wodzu, puść na wolność
Tego biedaka!
KOMINIUSZ
O, ta prośba godna
Jest ciebie! Choćby ten człowiek był mego
Brata zabójcą, zostałby natychmiast
Tak jak wiatr wolnym. Uwolń go Tytusie.
LARCJUSZ
Jakież jest jego miano?
KORIOLAN
Na Jowisza,
Nie mogę sobie przypomnieć — znużony
Jestem, nie jestem w stanie zebrać myśli.
Nie ma tu wina?
KOMINIUSZ
Idźmy do namiotu,
Krew ustąpiła z twych lic, czas w to wejrzeć,
Nie ociągajmy się dłużej.
Wychodzą.
SCENA DZIESIĄTA
Obóz Wolsków.
Odgłos trąb i rogów. Tullus Aufidiusz skrwawiony wchodzi z dwoma czy trzema żołnierzami.
AUFIDIUSZ
Wzięto więc miasto!
PIERWSZY ŻOŁNIERZ
Nie inaczej, wodzu;
Ale podobno ma być powrócone
Pod łagodnymi dla nas warunkami.
AUFIDIUSZ
Pod warunkami? O, trzeba mi było
Być Rzymianinem, kiedy będąc Wolskiem,
Nie mogę być tym, czym jestem. Warunki!
Jakież u kata łagodne warunki
Mogą się mieścić w układach dla strony,
Co się na łaskę zdała lub niełaskę?
Pięć razy z tobą walczyłem, Marcjuszu,
I tyleż razy pobity zostałem.
Spotkałoby mnie, rozumiem, toż samo
Za każdym razem, chociażbyśmy z sobą
Ścierali miecze tak często, jak jemy.
Na wszystkie nieba i piekła! Jeżeli
Kiedy bądź jeszcze przyjdzie mi się znowu
Broda o brodę zetknąć z tym człowiekiem,
Albo ja padnę, albo on. Szlachetne
Współzawodnictwo już mnie dziś nie łechce.
Dotąd myślałem go zgnieść w równej walce,
Miecz z jego mieczem skrzyżowawszy: teraz
Nie dbam o środki, byle się go pozbyć,
Siła lub podstęp, jedno z tego dwojga
Musi go dosiąc.
PIERWSZY ŻOŁNIERZ
To prawdziwy szatan.
AUFIDIUSZ
Śmielszy od niego, ale mniej przebiegły...
Moja waleczność nasiąkła trucizną
Przez to jedynie, że cierpiała plamę,
Którą ją okrył, gotowa dla niego
Zaprzeć się siebie. Nic nie zdoła wstrzymać
Mej ręki, ani sen, ani modlitwa,
Ani choroba, ani nagość, ani
Próg Kapitolu, ani wnętrze świątyń,
Ani kapłanów pobożne obrzędy,
Ani czas ofiar: nic z tego wszystkiego,
Co wszelkiej stawia wściekłości zaporę,
Nie zdoła żadnym starym przywilejem
I zardzewiałym puklerzem77 zwyczaju
Zasłonić piersi Marcjusza przed gromem
Mej nienawiści. Gdziekolwiek go znajdę,
Choćby to było w domu i pod strażą
Brata mojego własnego, utopię
Chciwą krwi dłoń w własnych jego wnętrznościach.
Idźcie do miasta, wywiedzcie się, co tam
Zaszło nowego i jacy do Rzymu
Posłani będą zakładnicy.
PIERWSZY ŻOŁNIERZ
Mamy
Sami iść, wodzu? nie pójdzieszże z nami?
AUFIDIUSZ
Czekają na mnie w gaju cyprysowym
(Ku południowi za młynami miasta).
Tam mi donieście, jak się świat obraca,
Abym do tego zastosować umiał
Dalszą mą drogę.
PIERWSZY ŻOŁNIERZ
Uczynim tak, wodzu.
Wychodzą.
AKT DRUGI
SCENA PIERWSZA
Rzym. Plac publiczny.
Metieniusz, Sycyniusz i Brutus.
MENENIUSZ
Augurowie78 powiedzieli mi, że tej nocy będziemy mieli wieści.
BRUTUS
Dobre czy złe?
MENENIUSZ
Niezupełnie odpowiednie życzeniom ludu, bo lud nie lubi Marcjusza.
SYCYNIUSZ
Natura uczy zwierzęta poznawać nieprzyjaciół.
MENENIUSZ
Powiedzcie mi, proszę, kogo wilk lubi?
SYCYNIUSZ
Jagnięta.
MENENIUSZ
Ba, dlatego że rad by je pożreć, tak jak głodni plebejusze radzi by pożreć szlachetnego Marcjusza.
BRUTUS
To jagnię nie lada, mruczy jak niedźwiedź.
MENENIUSZ
To niedźwiedź nie lada, co żyje jak jagnię. Jesteście już starzy obydwa, odpowiedzcie mi, proszę, na jedno zapytanie.
OBAJ TRYBUNOWIE
Chętnie to uczynim.
MENENIUSZ
Jakimiż to wadami upośledzony jest Marcjusz, których byście wy nie mieli pod dostatkiem?
BRUTUS
Nie upośledzony on jest żadną, owszem, sowicie każdą uposażony.
SYCYNIUSZ
Mianowicie dumą.
BRUTUS
Którą depcze drugich bez względu.
MENENIUSZ
To rzecz dziwna, wiecie wy, co o was mówią na mieście, to jest w naszych wyższego rzędu towarzystwach? Czy wiecie?
OBAJ TRYBUNOWIE
Cóż takiego o nas mówią?
MENENIUSZ
Ponieważ dopiero co wspomnieliście o dumie, nie będziecie urażeni?
OBAJ TRYBUNOWIE
Bynajmniej, panie, bynajmniej.
MENENIUSZ
Niewiele zresztą na tym zależy, bo maleńka doza pierwszej lepszej okoliczności zdolna wam będzie odjąć i bez tego wielką porcję wyrozumienia. Popuśćcie więc cugle cholerze79 i gniewajcie się, jak chcecie. Zarzucacie więc Marcjuszowi, że jest dumny?
BRUTUS
Nie sami jedni to czynimy.
MENENIUSZ
Wiem ja, że sami jedni mało co możecie uczynić, macie licznych popleczników; inaczej czynności wasze wydałyby się dziwnie odosobnione. Zdolności wasze tak są drobne, iż niepodobna im wiele zrobić samym przez się. Mówicie o dumie? O, gdybyście mogli zwrócić oczy wasze na włos rosnący wam na karku i zrobić jaki taki przegląd wewnętrznej strony jestestw waszych! Gdybyście mogli!
BRUTUS
Cóż byśmy zobaczyli?
MENENIUSZ
Co? Oto parę lichych, nadętych, gwałtownych, drażliwych urzędników (alias80 półgłówków), jedynych w swoim rodzaju na cały Rzym.
SYCYNIUSZ
Meneniuszu, waszmość także dokładnie jesteś znany!
MENENIUSZ
Znany jestem jako patrycjusz, mający swoje dziwactwa i lubiący czarę dobrego wina, w którego skład Tyber81 nie wchodzi; o którym mówią, że jest cokolwiek za słaby, bo pierwszego lepszego skargi popiera, porywczy i do hubki82 podobny z błahego powodu, że woli pośladek nocy niż czoło poranku. Co myślę, to i mówię; złość mą przelewam w słowa, kiedy spotkam dwóch takich jak wy dobroczyńców ludzkości (Likurgami83 nazwać was nie mogę), a napój podany mi przez nich nie głaszcze mi podniebienia, to się krzywię. Nie mogę powiedzieć, że wasze miłoście dobrze rzecz rozważyli, kiedy widzę, że do większej części ich sylab wchodzi as-i-nus84 a chociaż nie spieram się z tymi, co utrzymują, żeście poważni i szanowni, mniemam jednak, że kapitalnie kłamią ci, co mówią, że wam dobrze z oczu patrzy. Jeżeli to wszystko dostrzegacie na mapie mojego mikrokosmu85, idzie za tym, że jestem znany dokładnie? I cóż by wasze ślepe przenikliwoście mogły sprostować, jeżeli dokładnie jestem znany?
BRUTUS
No, no, już my waćpana dobrze znamy.
MENENIUSZ
Nie znacie ani mnie, ani siebie, ani niczego zgoła! Dumni jesteście z tego, że czereda gnojków czapice zdejmuje przed wami i nogami wam uniżenie wierzga; marnujecie drogie przedpołudnie, słuchając sprawy między przekupką i tandeciarzem, a potem odraczacie mizerny spór o trzy grosze na drugi dzień audiencji. Jeżeli was przy słuchaniu stron kolka zażgnie, wykrzywiacie się jak maszkary, podnosicie czerwoną flagę ku zniecierpliwieniu najspokojniejszych, i krzycząc o urynał86, zostawiacie spór zawikłany bardziej, niż był przed wprowadzeniem. Jedyna zgoda, do której przyprowadzacie strony, na tym zależy87, że i tych, i owych zwiecie szelmami. Jesteście czworonożną szajką dziwnego nabożeństwa.
BRUTUS
No, no, no, wiadomo każdemu, że waszmość jesteś lepszym śmieszkiem u stołu niż potrzebnym sprzętem w Kapitolu.
MENENIUSZ
Kapłani nawet muszą się stać trefnisiami88 w towarzystwie tak śmiesznych jak wy kreatur. Kiedy się wam zdarzy jako tako mówić w jakiej materii, to jeszcze i wtedy wasza mowa niewarta poruszenia bród waszych, a wasze brody nie zasługują na nic szlachetniejszego po śmierci, jak żeby nimi wypchać poduszki gałganiarza lub utkać z nich derę89 dla osła. Mimo tego utrzymujecie, że Marcjusz jest dumny, on, którego wartość, lekko oceniona, przewyższa wartość wszystkich poprzedników waszych w rumel90 wziętych od czasów Deukaliona91, chociaż może najlepsi z nich z ojca na syna pełnili urząd oprawców. Dobranoc, moi przezacni pasterze plebejskiej trzody, dłuższa rozmowa z wami mogłaby mi mózg zarazić; pozwalam sobie pożegnać was.
Brutus i Sycyniusz oddalają się w głąb sceny. Wolumnia, Wirgilia, Waleria i kilka innych niewiast wchodzą.
Witajcie piękne, szlachetne niewiasty. Gdyby Luna92 była ziemianką, śmiało by mogła obok was stanąć. Gdzież to tak niecierpliwie wzrok posyłacie?
WOLUMNIA
Zacny Meneniuszu, mój Marcjusz jest spodziewany. Na miłość Junony93, idźmy naprzeciwko niego.
MENENIUSZ
Co słyszę! Marcjusz powraca?
WOLUMNIA
Tak jest, Meneniuszu, powraca szczęśliwie i zaszczytnie.
MENENIUSZ
Do góry, czapko moja! Jowiszu, przyjm pokłon i dzięki! Marcjusz, Marcjusz powraca?
DWIE NIEWIASTY
Nie inaczej, wkrótce tu będzie.
WOLUMNIA
Patrz, oto list od niego; senat odebrał drugi, jego żona trzeci, a czwarty pewnie w domu na was czeka!
MENENIUSZ
Biada memu domowi! Roztrząsnę go za powrotem. List do mnie od niego?
WIRGILIA
Najniezawodniej znajdziecie list w domu, widziałam go.
MENENIUSZ
List od niego? Wieść ta wprawia mnie w stan zdrowia, którego na siedem lat wystarczy. Dziś jeszcze dam szczutka94 w nos lekarzowi. Najdoskonalszy przepis Galena95 szarlatańskim jest środkiem, nie lepszym od końskiej mikstury w porównaniu z taką receptą. Nie jestże on ranny? Bo on bez ran nie zwykł powracać.
WIRGILIA
O, nie, nie, nie!
WOLUMNIA
I owszem, jest ranny; bogom za to dzięki składam.
MENENIUSZ
Czynię i ja to samo, jeżeli tylko jego rany nie są cięższego kalibru, będą mu one do twarzy. Przynosi w garści zwycięstwo?
WOLUMNIA
Na czole, Meneniuszu; po raz trzeci to już wraca w wieńcu dębowym.
MENENIUSZ
Musiał dać dobrą pamiątkę Aufidiuszowi?
WOLUMNIA
Tytus Larcjusz pisze, że walczyli z sobą, ale Aufidiusz uszedł.
MENENIUSZ
I dobrze zrobił, mogę mu ręczyć; bo gdyby mu był96 dotrzymał placu, za wszystkie skrzynie Koriolów i wszystko złoto, co w nich jest, nie chciałbym wyglądać tak, jak by on wyglądał. Czy wie o tym senat?
WOLUMNIA
Idźmy, moje kobiety. Nie inaczej, nie inaczej, senat odebrał listy od wodza, w których tenże przyznaje mojemu synowi cały zaszczyt tej wojny, przewyższyć on miał w dwójnasób tym razem poprzednie swoje czyny.
WALERIA
W istocie, dziwne o nim rzeczy opowiadają.
MENENIUSZ
Dziwne? Gwarantuję, że nie przesadzono o włos rzeczywistości.
WIRGILIA
Dałyby bogi, żeby tak było!
WOLUMNIA
Dałabyś pokój swoim żeby...
MENENIUSZ
A ja dałbym gardło, że tak jest. Gdzież on raniony?
do trybunów, którzy przystąpili
Polecam was bogom! Marcjusz powraca, przybyło mu powodów być dumnym. Gdzież on raniony?
WOLUMNIA
W łopatkę i w lewe ramię; pod dostatkiem będzie miał blizn do pokazania ludowi, kiedy się będzie starał o przynależny mu stopień. Przy wypędzeniu Tarkwiniusza97 otrzymał był siedem cięć.
MENENIUSZ
Z tych, jedno w kark, a dwa w udo, o ile pamiętam, wiemy już więc o dziewięciu.
WOLUMNIA
Udając się na ostatnią wyprawę, miał na sobie dwadzieścia pięć szram.
MENENIUSZ
Będzie ich więc miał dwadzieścia i siedem, każda z nich stała się grobem nieprzyjaciela.
Odgłos trąb i okrzyków.
Słyszycie te głosy?
WOLUMNIA
Są to Marcjusza heroldowie, przed nim
Idą okrzyki, za nim łzy zostają.
Duch śmierci siedzi na jego prawicy,
Którą gdy wstrząśnie, giną przeciwnicy.
Marsz. Odgłos trąb. Kominiusz i Tytus Larcjusz wchodzą, pomiędzy nimi Koriolan z dębowym wieńcem na czole, za nimi rotmistrze i żołnierze, na przodzie Herold.
HEROLD
Wiadomo czynim Rzymowi, że Marcjusz
Sam jeden walczył w murach miasta Koriol,
Gdzie obok sławy zyskał nowe miano
W dodatku do dwóch dawnych. Od tej pory
Ma się zwać: Kajus Marcjusz Koriolanus.
Witaj, wsławiony męstwem Koriolanie!
Odgłos trąb.
WSZYSCY
Witaj, wsławiony męstwem Koriolanie!
KORIOLAN
Dość tego, okrzyk ten razi mi serce.
Dość tego, błagam.
KOMINIUSZ
Oto wasza matka.
KORIOLAN
O! matko!
klęka
Wiem, że za moją pomyślność
Do wszystkich bogów zanosiłaś modły.
WOLUMNIA
Powstań, waleczny bohaterze, powstań,
Luby Marcjuszu, szlachetny Kajusie,
W nagrodę chlubnych dzieł świeżo nazwany —
Jakież to miano? Ha, mam cię podobno
Zwać Koriolanem? Drogi Koriolanie!
Lecz oto twoja żona.
KORIOLAN
O, ty moje
Wdzięczne milczenie, pozdrawiam cię! Czyżbyś
Się śmiała, gdybym był w trumnie powrócił,
Kiedy przy moim triumfie łzy ronisz?
O, luba, takie oblicza dziś mają
Wdowy w Koriolach i matki żałosne
Po stracie synów.
MENENIUSZ
Niechże cię bogowie
Ukoronują!
KORIOLAN
Żyjesz jeszcze, stary?
do Walerii
Wybacz mi, zacna pani; w rzeczy samej,
Nie wiem, gdzie pierwej mam się zwrócić. Witaj,
Rodzinne miasto, witajcie mi wszyscy
Razem, witajcie po szczególe wszyscy!
MENENIUSZ
Po sto tysięcy razy witaj! Mógłbym
Śmiać się i płakać; czuję się na poły
Lekki i ciężki: witaj nam! Niech temu
Przekleństwo toczy serce, kto niekontent
Z twego widoku. W was trzech powinien by
Rzym się rozszaleć; są tu jednak stare,
Dzikie jabłonie, których cierpki owoc
Oblektamentów98 wam nie da. Z tym wszystkim
Bądźcie nam całym sercem pozdrowieni,
Chwastem nazwijmy chwast, a błędy głupców
Głupotą.
KOMINIUSZ
Dobrze mówisz.
KORIOLAN
Tak jak zawsze.
HEROLD
Dalej, mężowie!
KORIOLAN
do matki i żony
Podajcie mi dłonie!
Nim mnie dach domu naszego ocieni,
Muszę odwiedzić zacnych patrycjuszów,
Od których obok pozdrowień zaszczytny
Dank otrzymałem.
WOLUMNIA
Dożyłam spełnienia
Życzeń mych, nawet marzeń, jednej tylko
Brak jeszcze rzeczy, a i tej zapewne
Rzym względem ciebie ziścić nie zaniedba.
KORIOLAN
Bądź przekonana, matko, że wolałbym
Być po swojemu sługą niż panować
Po służalczemu.
KOMINIUSZ
Idźmy na Kapitol.
Odgłos trąb i rogów. Wszyscy odchodzą tym samym porządkiem, jak weszli. Trybunowie zostają.
BRUTUS
Wszystko, co żyje, o nim tylko mówi....
Kto ma wzrok słaby, okulary wkłada,
Aby go ujrzeć. Świegotliwa niańka
Pozwala dziecku zanieść się od krzyku„
A plecie o nim: lada pluch99, skręciwszy
Najdroższą szmatę koło szyi, idzie
Piąć się na mury i gapić na niego;
Wystawy domów, przyzby100, okna, ganki
Upstrzone, gną się dachy, na facjatach101
Okraczkiem siedzą żyjące facjaty,
Tym tylko jednym do siebie podobne,
Że wszystkie oczy wytrzeszczają. Rzadko
Napotykani flaminowie102 drą się
Pośrodkiem tłumów i zaledwie dysząc,
Szukają sobie miejsca wśród motłochu,
Nasze zazwyczaj zakwefione103 damy
Podają śmiało swoje delikatne
Różą i lilią jaśniejące lica
Na łup figlarnych Feba104 pocałunków:
Taki ścisk wszędzie, taki wir, jak gdyby
Jakiś bóg w tego człowieka wcielony
Dał mu nadludzką potęgę i powab.
SYCYNIUSZ
Zobaczysz, że się ani spostrzeżemy,
Jak go obiorą konsulem.
BRUTUS
A wtedy
Urząd nasz pójdzie spać.
SYCYNIUSZ
On nie potrafi
Z umiarkowaniem piastować do końca
Swoich godności; to, co dziś pozyskał,
Utraci jutro.
BRUTUS
W tym nasza otucha.
SYCYNIUSZ
Nie wątp, że nasi mieszczańscy mandanci105
Przy pierwszej lepszej okazji poczują
Dawną ku niemu niechęć i zapomną
O jego nowych zaszczytach, do czego
Że im da powód, znając jego dumę,
Z łatwością można przewidzieć.
BRUTUS
Słyszałem,
Jak się zarzekał, że choćby chciał zostać
Konsulem, nigdy nie pójdzie na rynek,
Nigdy nie włoży na siebie wytartej
Szaty pokory ani też nie będzie
Ran swych po formie106 odkrywać ludowi,
By tym sposobem skarbić sobie jego
Smrodliwy oddech.
SYCYNIUSZ
Tym lepiej.
BRUTUS
Powiedział,
Oto są jego słowa: że wolałby
Nie być konsulem niż być nim inaczej
Jak za usilną prośbą sobie równych
I wskutek życzeń szlachty.
SYCYNIUSZ
Nie pragnijmy
Niczego więcej: jeno107 żeby wytrwał
W tym przedsięwzięciu i one wykonał.
BRUTUS
Zdaje się, że tak zrobi.
SYCYNIUSZ
W takim razie
Zgotuje sobie to, czego mu życzym,
To jest niechybną zgubę.
BRUTUS
Jedno z dwojga
Musi nastąpić: albo on upadnie,
Albo my wpływ nasz utracim. Dlatego
Trzeba nam zręcznie poszepnąć ludowi,
Jak on go zawsze nie cierpiał; że gdyby
Miał władzę, to by go zaprzągł do jarzma108;
Obrońcom jego nakazał milczenie;
Ukrócił jego swobody; że on go
W praktycznym życiu, w publicznych stosunkach
Względnie109 na zdolność i na użyteczność
Za nic lepszego nie ma, jak wielbłąda
Na wojnie, który dostaje posiłek
Za to jedynie, że dźwiga ciężary,
A kije, kiedy pod nimi upada.
SYCYNIUSZ
Skoro się o tym, coś powiedział, wspomni
W stosownym czasie, kiedy jego niczym
Nieposkromiona zuchwałość wybuchnie
W oczy ludowi (wybuchnie zaś ona,
Jak tylko się go podżegnie, a jego
Podżec tak łatwo, jak psem poszczuć owce),
Wtedy ten wybuch ogarnie w lot suche
Paliwo ludu, a dym stąd powstały
Zaćmi na zawsze cały jego urok.
Wchodzi Posłaniec.
BRUTUS
Co nam przynosisz?
POSŁANIEC
Jesteście wezwani
Do Kapitolu. Zanosi się na to,
Że Marcjusz będzie konsulem. Widziałem
Głuchych tłoczących się, żeby go widzieć,
A ślepych — żeby go słyszeć. Matrony,
Niewiasty, panny rzucały na niego
W przechodzie chusty, szarfy i zasłony;
Szlachta skłaniała się z uszanowaniem
Jak przed statuą Jowisza; a nasze
Tłumy wydały taki grzmot okrzyków,
Zrobiły taki grad z czapek, jakiegom
Jeszcze nie widział.
BRUTUS
Idźmy na Kapitol!
Nastrójmy oczy i słuchy do tego,
Co jest, a serca postawmy na czatach
Tego, co będzie.
SYCYNIUSZ
Wesprę cię we wszystkim.
Wychodzą.
SCENA DRUGA
Tamże. Kapitol.
Dwaj woźni ustawiają senatorskie krzesła i kładą na nich poduszki.
PIERWSZY WOŹNY
Spieszmy się; wkrótce nadejdą. Ilu jest kandydatów do konsulatu?
DRUGI WOŹNY
Trzech podobno; ale powszechnie mówią, że Koriolan będzie obrany.
PIERWSZY WOŹNY
Tęgi110 to człowiek, ale kaducznie111 dumny i nie ma serca do ludu.
DRUGI WOŹNY
Prawdę mówiąc, bywali wielcy ludzie, którzy pochlebiali ludowi, a lud do nich nie miał serca; są także tacy, do których lud ma serce, nie wiedząc sam dlaczego: idzie za tym, że jeżeli lud ma do kogoś serce, nie wiedząc dlaczego, z równą zasadą nie ma go do kogoś drugiego. Jeżeli więc Koriolan nie dba o to, czy go lud lubi, czy nie lubi, dowodzi tym, że zna doskonale naturę ludu, a szlachetności charakteru tym, że mu to jawnie okazuje.
PIERWSZY WOŹNY
Gdyby mu to było wszystko jedno, czy lud go lubi, czy nie lubi, obojętnie by się względem niego zachował; to jest: nie czyniłby mu ani dobrze, ani źle; ale on żarliwiej się stara o nienawiść ludu niż lud o uczynienie mu w tym zadość i niczego nie zaniedbuje, żeby się okazać otwartym jego przeciwnikiem. Moim zdaniem, paradę112 robić z lekceważenia i drażnienia ludu jest równie nagannym, jak czynić to, na co prawość nie pozwala, to jest pochlebiać dla zyskania jego względów.
DRUGI WOŹNY
Znakomicie się zasłużył ojczyźnie i wyniesienie się jego nie szło po tak łatwych stopniach jak u tych, co nadskakując i łasząc się ludowi czapkowaniem tylko, bez żadnego innego tytułu, jednali sobie jego cześć i życzliwość. On swoją godność tak mu postawił przed oczyma, a swoje czyny tak mu wraził w serce, że milczenie ludu i niewyznawanie tego, co czuje, byłoby już rodzajem krzyczącej niewdzięcznością obelgi, a odezwanie się ubliżające — złością, która, sama sobie zadając kłamstwo, oburzyłaby i przejęła zgrozą każdego, co by ją słyszał.
PIERWSZY WOŹNY
Nie ma co mówić; zacny to jest człowiek.
Ustąpmy; oto nadchodzą.
Przy odgłosie muzyki wchodzą poprzedzeni przez liktorów113 Kominiusz — konsul, Meneniusz, Koriolan, wielu innych senatorów, Sycyniusz i Brutus. Senatorowie zajmują twoje miejsca, trybunowie swoje.
MENENIUSZ
Po tymczasowym załatwieniu kwestii
W sprawie z Wolskami i po wyrzeczeniu
Względem powrotu Tytusa Larcjusza
Głównym zadaniem zebrania naszego
W obecnej dobie114 jest wynagrodzenie
Znakomitego męża, który świeżo
Tak ważne przyniósł ojczyźnie usługi.
Dlatego chciejcie łaskawie, przezacni
I przedostojni panowie, zawezwać
Teraźniejszego naszego konsula,
A niegdy wodza naszej tak pomyślnie
Przeprowadzonej wyprawy, ażeby
Wam zdał pokrótce relację o czynach
Kaja Marcjusza Koriolana, który
Jest tu pomiędzy wami, a to celem
Podziękowania mu i zawdzięczenia
Miarą zaszczytów odpowiednią mierze
Jego zasługi.
PIERWSZY SENATOR
Mów, cny Kominiuszu;
Nie pomiń, przez wzgląd na długość, niczego,
I spraw, abyśmy uznali, że raczej
Naszemu państwu brakuje nagrody
Niźli nam chęci przysądzenia onej
Jak najsowiciej. Naczelnicy, ludu!
Senat was prosi, abyście nasamprzód
Uprzejmie ucho podać, a następnie
Z przychylnym wnioskiem raczyli zdać sprawę
Z tego, co zajdzie.
SYCYNIUSZ
Jest to arcymiłym
Dla nas wezwaniem i jesteśmy skłonni
Wedle możności uczcić i potwierdzić
Przedmiot naszego zebrania.
BRUTUS
O tyle
Chętniej, o ile dostojny kandydat
Zechce uprzejmiej cenić wartość ludu,
Niż to dotychczas czynił.
MENENIUSZ
Dawne dzieje!
Lepiej byłoby milczeć niż to wznawiać.
Chcecież posłuchać Kominiusza?
BRUTUS
Z całą
Uwagą, panie; rozumiałbym jednak,
Że moja wzmianka stosowniejsza była
Niżeli wasza przygana.
MENENIUSZ
On kocha
Wasz lud, upewniam; nie żądajcie jednak,
Żeby z miłości aż łoże z nim dzielił.
Zabierz głos, zacny Kominiuszu. Cóż to?
O, zostań, zostań!
Koriolan zrywa się z miejsca i chce wyjść.
PIERWSZY SENATOR
Usiądź, Koriolanie,
Nie wstydź się słyszeć o tym, co z honorem
Spełnić umiałeś.
KORIOLAN
Wybaczcie, ojcowie:
Wolę na nowo goić moje rany
Niż słuchać, jakem je poniósł.
BRUTUS
Nie mogę
Przypuścić, panie, że to moje słowa
Tak cię wzruszyły z miejsca.
KORIOLAN
O, bynajmniej!
Masz waćpan słuszność; nieraz mi się jednak
Zdarzyło słowom tył podać, gdziem stale
Dotrzymał placu padającym ciosom.
Nie głaszcząc, zranić mnie waszmość nie mogłeś.
Co się zaś tyczy ludu, o, na honor,
Cenię go, ile wart.
MENENIUSZ
Usiądź, prosimy.
KORIOLAN
Wolałbym sobie spokojnie dać głowę
Iskać na słońcu, gdy alarm uderzą,
Niż siedzieć gnuśnie, słuchając opisu
Mojej nicości.
Wychodzi.
MENENIUSZ
Przewodnicy ludu!
Możeż ten człowiek zalecać się tłumom
(W których na tysiąc głów ledwie jest jedna
Godna uczczenia), gdy sam, jak widzicie,
Wolałby raczej wszystkie swoje członki
Podać na hazard115 w honorowej sprawie
Niż jedno ucho tym, co by mu chcieli
O tym powiedzieć? Zacznij, Kominiuszu.
KOMINIUSZ
Słów mi zabraknie: Koriolana czyny
Słabo się bowiem nie dadzą wyrazić.
Powszechnie twierdzą, że waleczność z wszystkich
Cnót jest najpierwszą i że sama przez się
Najznakomiciej uszlachetnia ludzi:
Jeżeli tak jest, nikt w świecie nie może
Zrównać w zacności mężowi, o którym
Mówić mam zaszczyt. Gdy Tarkwiniusz Pyszny
Wojskami pod Rzym podstąpił, on wtedy,
Szesnaście mając lat, przewyższał innych
W zaciętej walce. Ówczesny dyktator116,
O którym ze czcią przychodzi mi wspomnieć,
Był świadkiem jego popisu i widział,
Jak przed bezbrodym, amazońskim117 licem
Młodzieńca starzy pierzchali brodacze.
Jakiś Rzymianin obskoczony został
Od nieprzyjaciół, on, niosąc mu pomoc,
Wobec konsula własną ręką zabił
Trzech napastników; z samym Tarkwiniuszem
Ścierał się nawet i takie mu zadał
Cięcie, że stary wojownik aż przykląkł.
Wtedy już, kiedy mógł był jeszcze dziewkę
Udać na scenie, okazał się w boju
Najpierwszym mężem i w nagrodę zyskał
Dębowy wieniec. Tak nieznacznie118 przeszedł
Z małoletności do męskiego wieku:
Rosnąc jak morze, odtąd w siedemnastu
Bitwach z kolei wszystkim innym mieczom
Odbierał wieńce. Nareszcie w ostatniej,
Tak pod murami, jak i w murach Koriol,
Tu muszę wyznać, że nie będę w stanie
Sprostać mu żadnym opisem — powstrzymał
Uciekających i nieporównanym
Przykładem swoim sprawił, że lękliwym
Niebezpieczeństwo stało się igraszką.
Jak przed okrętem żaglolotnym fala,
Tak przed naciskiem jego dłoni wszystko
Ustępowało i padało. Jego
Miecz, stempel śmierci, gdziekolwiek zabłysnął,
Wszędzie ślad wyrył. Od stóp aż do głowy
Cały wydawał się jakąś żyjącą
Masą krwi, której wszelkim poruszeniom
Towarzyszyły jęki konających.
Sam jeden wkroczył w groźne bramy miasta,
Aby się zgubnym stać jego obrońcom;
Sam bez pomocy wyszedł z nich i nagle,
Nowych nabrawszy sił, spadł jak planeta
Na mury Koriol. Cokolwiek się stało
Jego jest dziełem. Kiedy trud wojenny
Zaczynał czasem nieco wątlić jego
Przytomne władze, wtedy podwojony
Duch jego dawał w mgnieniu oka odsiecz
Fatydze ciała. Szybkim zwrotem przeszedł
Na pole bitwy, jak geniusz119 zagłady,
Depcąc tych, co mu śmieli opór stawić.
I pókiśmy się nie stali panami
Tak pola bitwy, jak i miasta, póty
Nie ustał w pracy, aby choć na chwilę
Dać folgę120 piersi wytchnieniem.
MENENIUSZ
To człowiek!
PIERWSZY SENATOR
Wart on ze wszech miar tego dostojeństwa,
Na jakie chcemy go wynieść.
KOMINIUSZ
On łupy
Odtrącił nogą, skarbami pogardził
Jak pospolitym śmieciem; on nie pragnie
Niczego więcej nad to, co ostatnia
Nędza dać może: nagrodę swych czynów
Znajduje w samychże czynach i dość mu
Działać dlatego tylko, żeby zdziałać.
MENENIUSZ
Szlachetny człowiek! Każcie go przywołać.
PIERWSZY SENATOR
Idźcie przywołać Koriolana.
WOŹNY
Właśnie nadchodzi.
Koriolan wraca.
MENENIUSZ
Cny Koriolanie, senat postanowił
Nadać ci godność konsula.
KORIOLAN
Do niego
Należą moje usługi i życie.
MENENIUSZ
Zostaje ci już tylko zwykłym trybem
Mieć rzecz121 do ludu.
KORIOLAN
Pozwólcie mi, proszę,
Tryb ten pominąć: nie mogę przyoblec
Szat kandydata, nie mogę obnażać
Mych ran i w imię ich błagać o głosy.
Raczcie od tego mnie uwolnić.
SYCYNIUSZ
Panie!
Lud nie odstąpi od swych praw i ani
Joty nie ujmie ze zwykłych obrzędów.
MENENIUSZ
Lud pod tym względem nie zwykł czynić ujmy.
Proszę cię, poddaj się prawom zwyczaju
I za przykładem poprzedników dopełń
Form wymaganych.
KORIOLAN
Jest to rola, której
Nikt nie odegra bez zarumienienia
I która słusznie powinna by kiedyś
Być skasowana.
BRUTUS
Zapiszmy to sobie.
KORIOLAN
Chełpić się wobec mas, prawić im: „Patrzcie,
Com to ja zrobił”; odsłaniać im szramy
Już zabliźnione, które bym chciał ukryć,
Tak jakbym na to tylko je odebrał,
Abym skutecznie o ich łaskę żebrał.
Nie!
MENENIUSZ
Nie bądź wzbroniony. Trybunowie ludu,
Wam zalecamy, abyście ludowi
Postanowienie oznajmili nasze:
Zaś szlachetnemu konsulowi życzym
Wszelkich powodzeń i honorów.
SENATOROWIE
Wszelkich powodzeń i honorów cnemu
Koriolanowi!
Odgłos trąb. Senatorowie rozchodzą się.
BRUTUS
A co, słyszałeś,
Jak się on względem ludu chce postawić?
SYCYNIUSZ
Niechże i lud wie, jak się ma postawić
Naprzeciw niego. Jeśli on wystąpi
Z prośbą do ludu, to będzie miał minę,
Jakby pogardzał tym, o co go prosi,
Dlatego że cel jego prośby zawisł
Od łaski ludu.
BRUTUS
Pójdź, uwiadomimy
Naszych klientów122 o tym, co tu zaszło.
Czekają na nas na rynku.
Wychodzą.
SCENA TRZECIA
Tamże. Forum.
Wchodzi kilku obywateli.
PIERWSZY OBYWATEL
Już to, jeżeli nas poprosi o głosy, odmówić mu nie będziemy mogli.
DRUGI OBYWATEL
Będziemy mogli i owszem, jeżeli tylko zechcemy.
TRZECI OBYWATEL
Mocni jesteśmy to uczynić, ale jest to moc przechodząca naszą możność, bo jak nam pokaże swoje rany, to nam zamknie gęby i zmusi nas do względnej123 odpowiedzi. Jeżeli nam znowu powie o swoich pięknych czynach, będziemy mu także musieli o naszych uczuciach coś pięknego powiedzieć. Niewdzięczność potworną jest rzeczą, za czym124 lud niewdzięczny byłby potwornym ludem, a my jako jego członkowie bylibyśmy potwornymi członkami.
PIERWSZY OBYWATEL
Na poparcie czego mogłyby posłużyć własne jego wyrazy, boć on nas przecie nazwał pstrogłową hydrą wtedy, kiedyśmy się domagali zboża.
TRZECI OBYWATEL
Nazwało nas tak wielu; nie dlatego, że jedni z nas mają brązowe głowy, inni czarne, inni płowe, a inni łyse; ale że u nas w głowach są takie różne barwy. I w rzeczy samej gdyby myśli nasze mogły się wydobyć z jednej czaszki, podobno by jedne poleciały na wschód, drugie na zachód, te na północ, a te na południe, a zdania ich zwróciłyby się z prostej drogi na wszystkie punkta kompasu.
DRUGI OBYWATEL
Tak myślicie? Na jakąż drogę, waszym zdaniem, zwróciłoby się moje zdanie?
TRZECI OBYWATEL
Twoje zdanie nie tak prędko mogłoby się wyzwolić jak u kogokolwiek innego, bo jest w ciasnym miejscu szczelnie zamknięte, ale gdyby się wydostało na wolność, to by pewnie powędrowało na południe.
DRUGI OBYWATEL
Dlaczego na południe?
TRZECI OBYWATEL
Dlatego żeby się w parę zamienić. Skoroby się tam trzy jego części ulotniły w masie złych wyziewów, czwarta, przez sumienność, powróciłaby do ciebie, żeby ci do ożenienia się dopomóc.
DRUGI OBYWATEL
Ciebie się zawsze żarty trzymają; wolneć125 one, wolne.
TRZECI OBYWATEL
Jesteście gotowi pisać się za nim? Ale mniejsza o to, większość tu rozstrzygnie. Powiadam wam, że gdyby on się tylko chciał zbliżyć do ludu, nie byłoby godniejszego człowieka.
Wchodzą Koriolan i Meneniusz.
Otóż i on, i to w szacie pokory. Uważajcie jego postawę. Nie wypada nam tu stać razem, ale zbliżyć się do niego po jednemu, po dwóch albo po trzech. Trzeba, żeby każdemu z nas pojedynczo przełożył swoje żądanie, tym sposobem każdy z nas będzie miał honor dać mu głos własnymi usty126. Pójdźcie więc, pokażę wam, jak macie do niego przystąpić.
WSZYSCY
Zgoda! Zgoda!
Wychodzą.
MENENIUSZ
Błędnie uważasz tę rzecz, Koriolanie;
Nie wieszli, że się temu poddali
Najznakomitsi ludzie?
KORIOLAN
Cóż im powiem?
„Proszę waszmościów” — tfy! tfy! nie potrafię
Nagiąć języka do takiej przemowy:
„Patrzcie, panowie, oto moje rany,
Odebrałem je, walcząc za ojczyznę,
Wtenczas, gdy pewna liczba braci waszych
Gwałtu krzyczała i zmykała z placu
Przed dźwiękiem własnych trąb naszych”.
MENENIUSZ
Na bogi!
Nie mów im tego, powinieneś raczej
Polecić siebie ich dobrej pamięci.
KORIOLAN
Niech im kat świeci z ich pamięcią! Wolę,
Żeby zupełnie o mnie zapomnieli,
Jak zapomnieli o cnotach, o których
Na próżno prawią im nasi kapłani.
MENENIUSZ
Chcesz wszystko popsuć. Zostawiam cię, przemów
Do nich uprzejmie, zaklinam cię!
Wychodzi. Wchodzi trzech obywateli.
KORIOLAN
Każ im
Umyć się pierwej i wypłukać zęby.
Oto już dwóch się zbliża. — Wiecie waszmość,
W jakim tu celu jestem?
PIERWSZY OBYWATEL
Wiemy, panie.
Lecz chciejcie wyznać, co was tu przywiodło?
KORIOLAN
Moje zasługi.
DRUGI OBYWATEL
A, wasze zasługi.
KORIOLAN
Ma się rozumieć, że nie dobra wola.
PIERWSZY OBYWATEL
Jak to? Nie dobra wola?
KORIOLAN
Nie inaczej,
Bom dobrowolnie nigdy jeszcze dotąd
Nie trudził biednych prośbami.
TRZECI OBYWATEL
Trzeba wam wiedzieć, panie, że jeżeli
Wam w czym wygodzim, to tylko w nadziei,
Że coś zyskamy u was.
KORIOLAN
Bardzo dobrze.
Wiele kosztuje wasz konsulat?
PIERWSZY OBYWATEL
Tyle,
Ile kosztuje żądać go uprzejmie.
KORIOLAN
Uprzejmie żądać? Proszę więc waszmościów,
Pozwólcie mi go dostąpić. Mam rany,
I gotówem127 je wam zaprezentować
Gdzie na ustroniu. Cóż, panowie, będę
Miał wasze głosy?
DRUGI OBYWATEL
Będziesz je miał, panie.
KORIOLAN
Rzecz więc skończona. Wyprosiłem sobie
Przecie jałmużnę dwóch poważnych głosów:
Dobranoc!
PIERWSZY OBYWATEL
Jakoś to dziwnie wygląda.
DRUGI OBYWATEL
Rad bym się cofnąć, ale mniejsza o to.
Wychodzą. Wchodzą dwaj inni obywatele.
KORIOLAN
Moi panowie, jeżeli się to zgadza z melodią głosów waszych, żebym był konsulem, chciejcie zauważyć, że mam na sobie strój formalny.
CZWARTY OBYWATEL
Pięknieś się, panie, zasłużył ojczyźnie, ale niepięknie się zasługiwałeś.
KORIOLAN
Co znaczy ten enigmat128?
CZWARTY OBYWATEL
Byłeś, panie, plagą nieprzyjaciół kraju, a biczem jego przyjaciół, okazywałeś się nieprzychylny pospolitemu ludowi.
KORIOLAN
Powinni byście mi to do cnót policzyć, żem przychylności mojej nie pospolitował129. Będę odtąd, mój panie, inaczej sobie postępował z przyrodnim moim bratem, ludem: głaskać go będę, żeby sobie na większy jego szacunek zasłużyć; jest to bowiem warunek, którego on ściśle przestrzega. A ponieważ w mądrości swojej woli posiadać raczej moją czapkę niż serce, nie zaniedbam mu się kiwać i kłaniać i przestanę być oryginałem, to jest kopiować będę urok ludzi popularnych i hojnie obdzielać nim na żądanie. Na tej zasadzie proszę waszmościów o możność zostania konsulem.
PIĄTY OBYWATEL
Spodziewamy się, panie, znaleźć w was dobrego przyjaciela, i na tej zasadzie ofiarujemy wam nasze głosy.
CZWARTY OBYWATEL
Odebrałeś, panie, niemało ran za ojczyznę.
KORIOLAN
Nie będę świadomości waszmość panów obarczał ich pokazywaniem. Wielce sobie ważę ich głosy, dlatego nie chcę ich dłużej zatrzymywać.
OBYWATELE
Niech wam bogowie, panie, dadzą wszystko dobre! Z serca wam tego życzymy.
Wychodzą.
KORIOLAN
Miluchne głosy!
Lepiej jest umrzeć, głód i męki znosić
Niż o nagrodę zasłużoną prosić.
Mnież to przystoi tu w tej wilczej szacie
Stać ku jałowej gminu aprobacie?
Przed tym i owym uniżać się chłystkiem?
Zwyczaj chce tego. Gdyby nam we wszystkim
Zwyczaj był normą, starożytne śmiecie
Pozostałyby nietknięte na świecie.
I takie góry błędów by powstały,
Że święta prawda już by tej zawały
Przebić nie mogła. Precz, podła głupoto!
Kto dla godności gotów rzucać w błoto
Wewnętrzną godność, niech sobie zabierze
Ten cel upodleń. Lecz jużem w tej mierze
Przebył pół drogi, cofnąć się nie mogę,
Zabrnąwszy, muszę przebrnąć dalszą drogę.
Wchodzą trzej inni obywatele.
Otóż i nowe głosy!
Mości panowie, dajcie mi swe głosy!
Dla pozyskania ich głosów walczyłem,
Nie dosypiałem, odebrałem przeszło
Parę tuzinów ran: dla pozyskania
Ich głosów byłem w kilkunastu bitwach;
Dla pozyskania ich głosów zrobiłem
Siła130 zachodów mniej więcej zaszczytnych.
Dajcież mi głosy, krótko mówiąc, chciałbym
Zostać konsulem.
SZÓSTY OBYWATEL
Szlachetnie postępował, nie może mu więc zbraknąć głosów poczciwych ludzi.
SIÓDMY OBYWATEL
Niech więc będzie konsulem! Niech go bogowie błogosławią i utrzymują w przyjaźni z ludem.
WSZYSCY
Tak niech się stanie! Bogowie z tobą, szlachetny konsulu!
Wychodzą obywatele.
KORIOLAN
Szanowne głosy!
Wchodzi Meneniusz z Brutusem i Sycyniuszem.
MENENIUSZ
Uczyniłeś już, Koriolanie, zadość
Zwykłej rutynie, oto trybunowie
Przychylne ludu przynoszą ci wota131.
Nie pozostaje ci teraz nic więcej,
Jak tylko w znakach godności niezwłocznie
Pójść się przedstawić senatowi.
KORIOLAN
Zatem
To już minęło.
SYCYNIUSZ
Dopełniłeś, panie,
Uświęconego zwyczajem warunku,
Lud cię potwierdza, wzywamy cię przeto,
Abyś się udał niezwłocznie po odbiór
Publicznej sankcji132.
KORIOLAN
Gdzież się to mam udać?
Do Kapitolu?
SYCYNIUSZ
Tak, do Kapitolu.
KORIOLAN
Mogę więc zdjąć ten ubiór?
SYCYNIUSZ
Możesz, panie.
KORIOLAN
Uczynię też to natychmiast, a skoro
Znów będę sobą, stawię się w senacie.
MENENIUSZ
Idźmy. A waszmość panowie?
BRUTUS
My tutaj
Czekać będziemy na lud.
SYCYNIUSZ
Bądźcie zdrowi.
Koriolan i Meneniusz wychodzą.
Zgryzł orzech, ale mu ciężko na sercu;
To z oczu widać.
BRUTUS
Pod szatą pokory
Zawsze ta sama wyniosłość. Cóż myślisz?
Mamy rozpuścić lud?
Obywatele wracają.
SYCYNIUSZ
Tak więc, waszmoście,
Daliście temu człowiekowi głosy?
PIERWSZY OBYWATEL
Ta jużci, niby tak.
BRUTUS
Prosimy bogów,
Ażeby się on wam za to odwdzięczył.
DRUGI OBYWATEL
Dałyby bogi! Według mojej biednej
Miary widzenia zdało mi się jakoś,
Że on z nas szydził, prosząc nas o głosy.
TRZECI OBYWATEL
Ba, nawet drwił z nas.
PIERWSZY OBYWATEL
Ej, to taki jego
Sposób mówienia; nie myślał drwić.
DRUGI OBYWATEL
Żaden
Z nas, oprócz ciebie jednego, nie wątpi,
Że on się z nami obszedł pogardliwie;
Powinien nam był pokazać znamiona
Swojej zasługi, rany odebrane
W obronie kraju.
SYCYNIUSZ
Musiał ci je przecie
Pokazać. Jak to, nie?
OBYWATELE
jeden przez drugiego
Nikt ich nie widział.
TRZECI OBYWATEL
Powiedział, że ma rany, że je gotów
Zaprezentować nam gdzie na uboczu;
Potem, skłaniając się z urągowiskiem,
Rzekł: „Chciałbym zostać konsulem, atoli
Bez waszych głosów dawny zwyczaj nie chce
Na to pozwolić; dajcie mi więc głosy”.
Kiedyśmy mu w tym uczynili zadość,
Wtedy przebąknął: „Dziękuję wasanom133
Za wasze głosy — lube głosy! — teraz,
Mając je w garści, nie mam już z wasaństwem
Nic do czynienia”. Nie byłyż134 to drwiny?
SYCYNIUSZ
Alboście byli ślepi, żeście tego
W lot nie spostrzegli, albo dobroduszni
Jak dzieci, żeście spostrzegłszy to, dali
Mu jednak głosy.
BRUTUS
Czyżeście nie mogli
Tak mu powiedzieć, jak was nauczono?
Nie mając władzy, będąc jeszcze w rzędzie
Prostych sług państwa, był on wrogiem waszym.
Zawsze opierał się waszym swobodom
I przywilejom, które posiadacie,
Stanowiąc ciało Rzeczypospolitej135.
Jeżeli teraz, zyskawszy znaczenie,
Miejsce u steru państwa, pozostanie
Nieprzyjacielem ludu, czyliż136 wasze
Wota nie będą przeciwko wam samym
Wołać o pomstę? Trzeba mu wam było
Powiedzieć, że jak z jednej strony jego
Chwalebne czyny torują mu drogę
Do tego, o co się stara, tak z drugiej
Uprzejmy jego i wdzięczny charakter
Niepłonną137 czyni wam wróżbę, że będzie
Pamiętał o was, w dank za wasze głosy,
I że zamieni niechęć ku wam w miłość,
Zostając stale przychylnym wam panem.
SYCYNIUSZ
Gdybyście byli rzecz tak wyłuszczyli,
Jak wam instrukcję dano, bylibyście
Byli trafili w jego słabą stronę
I chęci jego zbadali. A przy tym
Alboby musiał był wam uroczyste
Dać przyrzeczenie, które byście w każdym
Razie potrzeby mogli mu przypomnieć;
Alboby jego gwałtowna natura,
W niczym hamulca klauzul nie cierpiąca,
Została przez to podrażniona. Wtedy
Wzburzywszy mu żółć, bylibyście byli
Mogli skorzystać z jego uniesienia
I z kwitkiem panka odprawić.
BRUTUS
Skoroście
Zauważyli, że on was traktował
Z jawną pogardą, wtenczas kiedy jako
Suplikant waszych potrzebował względów,
Pomyślcie jeno, jakiej to pogardy
Przyjdzie wam wtedy doświadczyć od niego,
Kiedy was będzie mógł zgnieść? Cóż, u licha,
Nie macież serca w ciele, klepek w głowie,
A język na to tylko, żeby wrzeszczeć
Przeciw powadze rozumu?
SYCYNIUSZ
Czyżeście
Żadnego dotąd jeszcze kandydata
Nie odpalili? Skądże wam dziś znowu
Przyszedł szał czynić fawor138 człowiekowi,
Który bynajmniej was nie prosił, owszem,
Zbył was drwinkami?
TRZECI OBYWATEL
On nie zatwierdzony
Jeszcze; możemy go jeszcze odpalić.
DRUGI OBYWATEL
I odpalimy; ja pięćset mieć będę
Głosów po temu.
PIERWSZY OBYWATEL
Ja tysiąc; nie licząc
Półgłosów, które się przypną w dodatku.
BRUTUS
Idźcież, nie tracąc czasu, uwiadomić
Waszych przyjaciół, że sobie obrali
Konsula, który ich z swobód obierze,
Głos im ukróci jak psom, które często
Bywają bite za szczekanie, chociaż
Na to są, żeby szczekały.
SYCYNIUSZ
Zgromadźcie
Ich i po zdrowym rozważeniu rzeczy
Jednozgodnymi głosy odwołajcie
Wasz niedorzeczny wybór. Przypomnijcie
Im jego dumę i nienawiść ku wam.
Nie zapomnijcie im także nadmienić,
Z jaką on wzgardą był dla szat pokory,
Jak się z was, niby prosząc, naigrawał.
Ale naówczas afekt139 wasz ku niemu,
Wzgląd na zasługi jego nie pozwolił
Wam pilnie baczyć na jego obejście,
Którym niegodnie i uwłaczająco
Zakorzenionej nienawiści ku wam
Jawny dał dowód.
BRUTUS
Złóżcie całą winę
Na nas: powiedzcie, żeśmy pracowali
Usilnie nad tym, ażebyście (w razie,
Jeżeli k’temu140 nie zajdzie przeszkoda)
Poparli jego elekcję.
SYCYNIUSZ
Powiedzcie,
Żeście mu dali wasze wota raczej
Wskutek naszego rozkazu niż wskutek
Własnej skłonności i że ważąc w myśli
To, co wam zrobić kazano, z tym, co wam
Zrobić przystało, w chwili roztargnienia
Mimowolnieście głosowali za nim.
Tak, bez skrupułu złóżcie na nas winę.
BRUTUS
Nie oszczędzajcie nas: powiedzcie, żeśmy
Opowiadali wam, jak to on młodo
Zaczął ojczyźnie służyć; jak już dawno
Służy; z jakiego szczepu ród wywodzi;
Że go szlachetny dom Marcjuszów wydał,
Z którego wyszedł niegdyś Ankus Marcjusz141,
Wnuk Numy, ten sam, co później był królem
Po wiekopomnej sławy Hostyliuszu.
Z tegoż samego pochodzili domu
Publiusz i Kwintus142, którzy nam najlepszą
Wodociągami wodę sprowadzili;
A Cenzorinus143, ulubieniec ludu,
Godzien swej nazwy, bo dwakroć piastował
Godność cenzora, był jego pradziadem.
SYCYNIUSZ
Jako potomka tak zacnego rodu,
Który sam oprócz tego osobiście
Na wywyższenie zasłużył, żarliwie
Poleciliśmy go waszej pamięci.
Porównywając wszakże teraźniejsze
Postępowanie jego i poprzednie,
Przekonaliście się, że on jest stale
Nieprzyjacielem waszym, i dlatego
Cofacie waszą skorą aprobatę.
BRUTUS
Powiedzcie (i w to bijcie jak najwięcej),
Żebyście mu jej, jak żywo, nigdy
Nie byli dali, gdybyście nie byli
Do tego przez nas namówieni. Idźcie
I, zebrawszy się w przyzwoitej liczbie,
Udajcie się do Kapitolu.
OBYWATELE
Śpieszym
Błąd nasz naprawić, był to błąd nie lada.
Wychodzą.
BRUTUS
Niech idą, lepiej nam zaryzykować
To poruszenie niż czekać na większe,
Które musiałoby nastąpić. Skoro
On po swojemu w wściekłość wpadnie, słysząc
Ich odwołanie, my wtedy wystąpmy
I korzyść schwyćmy za łeb.
SYCYNIUSZ
Idźmy zaraz,
Trzeba nam bowiem być na Kapitolu
Wprzód niż pospólstwo; tym sposobem cała
Ta sprawa wyda się własnym ich dziełem,
Choć w gruncie przez nas była podżegnioną.
Wychodzą.
AKT TRZECI
SCENA PIERWSZA
Odgłos rogów. Koriolan, Menoniusz, Kominiusz, Tytus Larcjusz wchodzą w orszaku senatorów i patrycjuszów.
KORIOLAN
Tullus Aufidisz znów się odgrażał?
LARCJUSZ
Tak, i to właśnie nas spowodowało
Pośpieszniej zawrzeć pokój.
KORIOLAN
Więc Wolskowie
Stoją na takiej stopie jak poprzednio,
Czekając tylko na sposobną porę,
Żeby nas znowu napaść?
LARCJUSZ
Taką oni
Świeżo ponieśli klęskę, że my, starzy,
Powiewających chorągwi ich pewnie
Nigdy już więcej nie ujrzym.
KORIOLAN
Widziałżeś
Gdzie Aufidiusza?
LARCJUSZ
Z glejtem144 bezpieczeństwa
Przyszedł on do mnie i klął Wolskom za to,
Że tak nikczemnie miasto nam poddali.
Jest teraz w Ancjum.
KORIOLAN
Czy mówił co o mnie?
LARCJUSZ
Mówił.
KORIOLAN
Cóż mówił?
LARCJUSZ
Żeście się już nieraz
Starli samowtór145, że nie ma na świecie
Rzeczy, którą by nienawidził bardziej
Niż ciebie, i że gotów oddać wszystkie
Swoje dostatki, bez nadziei zwrotu,
Byleby tylko mógł się wreszcie nazwać
Twoim zwycięzcą.
KORIOLAN
Jest więc teraz w Ancjum?
LARCJUSZ
Tak, w Ancjum.
KORIOLAN
Rad bym go pójść tam odwiedzić
I nienawiści jego odpowiedzieć.
A teraz, witaj nam, Tytusie!
Sycyniusz i Brutus wchodzą.
Patrzcie!
Są to tak zwani trybunowie ludu,
Języki gminnej gęby. Gardzę nimi,
Bo się dmą w sposób wzburzający wszelką
Szlachetną flegmę146.
SYCYNIUSZ
Ani kroku dalej!
KORIOLAN
Co to jest?
BRUTUS
Dalej iść byłoby zgubne:
Nie idźcie dalej.
KORIOLAN
Co znaczy ta zmiana?
MENENIUSZ
Skąd powód?
KOMINIUSZ
Czyliż on nie zyskał wotów
Szlachty i ludu?
BRUTUS
Nie zyskał ich jeszcze.
KORIOLAN
Miałżem więc głosy żaków?
PIERWSZY SENATOR
Trybunowie,
Nie brońcie mu iść na rynek: odstąpcie.
BRUTUS
Lud jest rozżarty na niego.
SYCYNIUSZ
Ogólny
Wybuch nastąpi, jeśli się ukaże.
KORIOLAN
To więc lud waszą jest trzodą? I na cóż
Głos jest udziałem tych, co go wydają
I zaprzeczają go natychmiast? Jakaż
Jest wasza funkcja? Jesteście ich gębą,
Czemuż ich zębów nie trzymacie w karbach?
Podbechtaliście147 ich?
MENENIUSZ
Miarkuj się, miarkuj!
KORIOLAN
To ułożona rzecz: intryga w celu
Upokorzenia szlachty. Można znieść to
I żyć, gdzie tacy bezkarnie rej wodzą,
Co sami rządzić nie umiejąc, nie chcą
Być rządzonymi?
BRUTUS
Nie nazywaj tego
Intrygą, panie. Lud woła, żeś szydził
Z niego; żeś sarkał, kiedy mu bezpłatnie
Dawano zboże; żeś czernił148 tych, co się
Za nim wstawiali, zwąc ich lizusami,
Chorągiewkami, odstępcami szlachty.
KORIOLAN
To i wprzód było wiadome.
BRUTUS
Nie wszystkim.
KORIOLAN
Doniosłeś im więc potem?
BRUTUS
Jam miał donieść?
KORIOLAN
Do takich kroków zdasz się waszmość.
BRUTUS
Zdam się
Do niejednego, by sprostować wasze.
KORIOLAN
Na cóż mi tedy149 być konsulem, na co?
O, na te chmury, co wiszą nad nami,
Jeżeli jestem tak złym sługą kraju,
Zróbcie mnie lepiej trybunem.
SYCYNIUSZ
Ta mowa
Zdradza zbyt jawnie to, co jest przyczyną
Szemrania ludu. Chceszli150, panie, dopiąć
Celu swych życzeń, trzeba ci oględniej
Dotychczasowe zbadać stanowisko.
Ani się stawiać tak górnie jak konsul,
Ani tak nisko jak trybun.
MENENIUSZ
Zbierz flegmę.
KOMINIUSZ
Lud błędnie został poinformowany.
Takie krętactwo nie jest godne Rzymian
Ani Koriolan nie zarobił sobie,
Aby mu dzisiaj na utorowanej
Zasługą drodze tak uwłaczającą
Tamę stawiano.
KORIOLAN
Prawić mi o zbożu!
Com wtedy mówił, powtórzę i teraz.
MENENIUSZ
Tylko nie teraz, nie teraz.
PIERWSZY SENATOR
Nie teraz,
W tym uniesieniu.
KORIOLAN
Teraz, jako żywo!
Wybaczcie, zacni przyjaciele. Niechaj
Ten zmienny, durny tłum spojrzy mi w oczy
I w nich się przejrzy. Powtarzam, że głaszcząc
Ten ród, żywimy ku ujmie senatu
Kąkol rokoszu151, zuchwalstwa, zamieszek.
Sami go siejem i sami worujem152,
Dając tym ludziom miejsce w naszym kole,
Któremu chyba o tyle brak tylko
Czci i powagi, o ile się nimi
Dzieli z żebractwem.
MENENIUSZ
Dobrze, ale przestań.
PIERWSZY SENATOR
Prosim cię, panie, przestań.
KORIOLAN
Ja mam przestać?
Jakem przelewał krew mą za ojczyznę,
Nie obawiając się potęgi wrogów,
Tak przekonanie me przelewać będę
W słowa, dopóki tchu w piersi mej stanie.
Na przekór temu liszajowi, który
Lekceważymy, jednakże samochcąc153
Zarażać mu się pozwalamy.
BRUTUS
Mówisz,
Panie, o ludzie, jak gdybyś był bóstwem
Karzącym, nie zaś stworzeniem podobnież
Upośledzonym.
SYCYNIUSZ
Trzeba nam lud o tym
Uprzedzić.
MENENIUSZ
O czym? O jego gorączce?
KORIOLAN
O mej gorączce! Chociażbym był zimny
Jak sen północny, na władcę piorunów,
Ani na jotę nie zmieniłbym zdania.
SYCYNIUSZ
Jad tego zdania pozostanie jadem
Tam, gdzie jest, nigdzie dalej nie dosięgnie.
Tak ma być.
KORIOLAN
Tak ma być! Mości panowie,
Słyszycie tego trytona154 serdeli?
Uważaliście jego ton stanowczy?
KOMINIUSZ
Tak, to trąciło prawodawczym stylem.
KORIOLAN
Tak ma być! O, wy dobrzy, ale słabi
Patrycjuszowie, wy senatorowie
Poważni, ale nad miarę niebaczni,
Jakżeście mogli pozwolić tej hydrze155
Obierać sobie urzędników, którzy
Chociaż są tylko rogami156 potworu,
Apodyktycznym tonem śmią przemawiać
I przez to dawać wam do zrozumienia,
Że waszą rzekę sprowadzą do rowu
I sami w łożu jej spoczną? Jeżeli
Przy nich jest władza, zasłońcie ze wstydem
Waszą ślepotę, jeżeli nie, zbudźcie
Zgubną łagodność waszą. Jeżeliście
Światli, przestańcie być prostodusznymi,
Jeśli nie, idźcie im krzesła podstawiać
I kłaść przy sobie poduszki. Będziecie
Plebejuszami, jeśli oni będą
Senatorami, a onić157 już nie są
Czym innym, skoro po zmieszaniu głosów
Obojej158 strony ich wrzask idzie górą.
Pozwoliliście im obierać sobie
Pełnomocników: otóż i obrali
Sobie takiego, który wobec grona
Mężów, powagą przewyższającego
Areopagi159 greckie, śmie wyjeżdżać
Z swym popularnym: „Tak ma być!”. Na bogi!
Taki stan rzeczy poniża konsulat
I serce mi się kraje, gdy pomyślę,
Że kędy miejsce obok siebie mają
Dwie równe władze, łatwo zamieszanie
Zakraść się może w szczeliny i zrządzić
Upadek jednej przez drugą.
KOMINIUSZ
Masz słuszność.
Idźmy na rynek.
KORIOLAN
Kto pierwszy wniósł, żeby
Z publicznych spichrzów darmo wydać zboże,
Jak się to zwykło było praktykować
U Greków...
MENENIUSZ
Dobrze, dobrze, ale przestań.
KORIOLAN
(Chociaż tam lud miał więcej praw do władzy)
Ten, mówię, rzucił kość nieposłuszeństwa
I zgubę państwa zaszczepił.
BRUTUS
Miałżeby
Lud dać głos komuś, co tak mówi?
KORIOLAN
Dam ja
Natychmiast rację, dlaczego tak mówię,
A ta ważniejsza jest niż jego głosy.
Wie on, że zboża nie dostał w nagrodę,
Boć mu wewnętrzne przekonanie szepce,
Że żadnych k’temu zasług nie położył.
Będąc wezwany na wojnę, podówczas
Kiedy ojczyźnie szło o śmierć lub życie,
Nie chciał przestąpić bram. Ten rodzaj zasług
Nie jedna prawa do bezpłatnych datków.
Na samejże zaś wojnie ciągłe jego
Niespokojności i rokosze, w których
Głównie dał dowód swojej waleczności,
Nie przemówiły za nim. Jego liczne
Skargi na senat, jako wiatr zasadne,
Nie mogły także, rozumiem, wywołać
Naszej tak łatwej darowizny. Jakiż
Był tedy powód? Jakimże procesem
Ten różnolity, niesyty brzuch trawi
Ową uczynność senatu? Niech fakta
Staną za słowa, które by brzmieć mogły,
Jak następuje: „Żądaliśmy tego,
Bo stanowimy większość, i z bojaźni
Dano nam, cośmy chcieli”. Tym sposobem
Sami wzruszamy świętość naszych posad
I przyprawiamy się o to, że szuja
Troskliwość naszą nazywa bojaźnią.
Przyjdzie do tego z czasem, że wyłamią
Rygle senatu i że wrony będą
Dziobały orłów.
MENENIUSZ
Pójdź, pójdź; dość już tego.
BRUTUS
Dość i nad miarę.
KORIOLAN
Nie, weźcie, co wasze;
Niech to, co można by stwierdzić przysięgą
Zarówno w bogów, jak ludzi obliczu,
Zapieczętuje koniec mowy mojej!
Przy takiej dwójcy władz, gdzie jedna strona
Słusznie pogardza, a druga niesłusznie
Miota obelgi; gdzie ród, tytuł, mądrość
Niczego zgoła stanowić nie może
Bez potwierdzenia albo odrzucenia
Przez masę głupców — prawdziwe potrzeby
Ustąpić muszą chwilowym błyskotkom;
A gdzie jest taka przewrotność, tam wszystko
Prędzej czy później musi się przewrócić.
Dlatego wzywam was, którym przystoi
Nie lękliwymi być, lecz przezornymi,
Którzy podstawy egzystencji państwa
Bardziej kochacie, niż się domyślacie,
Jak mało braknie im, żeby runęły;
Którzy szlachetny żywot przekładacie/Którzy szlachetny żywot przekładacie
Nad długowieczny, a wolicie raczej
Niebezpiecznymi driakwiami160 ciało
Chore leczyć, niż bez nich dać je śmierci
Na pewną pastwę: wyrwijcie od razu
Ten język paszczy pospólstwa, nie dajcie
Im lizać miodu, który jest dlań jadem.
Uszczerbek waszej powagi przynosi
Uszczerbek zdrowej logice, odbiera
Właściwą godność państwu, przyprawiając
Je o niemożność świadczenia dobrodziejstw
Wśród złego, które śmie je kontrolować.
BRUTUS
Dość już powiedział.
SYCYNIUSZ
Mówił jako zdrajca
I jako zdrajca odpowie.
KORIOLAN
Nędzniku!
Przepadnij w wzgardzie! Na licho ludowi
Ta drań trybunów, od których zależny
Odmawia wyższej władzy posłuszeństwa?
W zamęcie buntu obrano ich, w chwili
Gdy nie potrzeba, ale mus był prawem.
Niechże, na odwrót, w sposobniejszej chwili
Musi być prawem to, co jest konieczne,
A wpływ ich legnie w prochu!
BRUTUS
Jawna zdrada.
SYCYNIUSZ
I toż to ma być konsul? Nigdy, nigdy!
BRUTUS
Hej, edylowie161! Pochwyćcie go!
SYCYNIUSZ
Biegnij
Po lud.
Wychodzi Brutus.
W którego wszechwładnym imieniu
Aresztuję cię jako nowatora162,
Zdrajcę i wroga Rzeczypospolitej.
Rozkazuję ci zaraz być posłusznym
I zaraz za mną pójść.
KORIOLAN
Precz, stary capie!
SENATOROWIE I PATRYCJUSZE
My poręczamy za nim.
KOMINIUSZ
Odstąp, starcze.
KORIOLAN
Zbutwiały zlepku, precz, albo wytrząsnę
Z szat twoich wszystkie twe kości.
SYCYNIUSZ
Na pomoc,
Obywatele!
Brutus powraca z edylami i gromadą obywateli.
MENENIUSZ
Zalecamy jednej
I drugiej stronie więcej wzajemnego
Uszanowania.
SYCYNIUSZ
Oto ten, co śmiał się
Targnąć na waszą władzę.
BRUTUS
Edylowie,
Bierzcie go!
OBYWATELE
Biada mu! biada mu!
DRUGI SENATOR
Stójcie!
Patrycjusze i obywatele ścierają się wkoło Koriolana.
Hola, hej, trybunowie, patrycjusze,
Obywatele! Hej, obywatele!
Brutusie, Sycyniuszu, Koriolanie!
OBYWATELE
Stójcie, wstrzymajcie się, czekajcie, stójcie!
MENENIUSZ
Do czegóż to ma przyjść? Tchu mi brakuje.
Ta waśń nas wtrąci w przepaść. Trybunowie,
Przemówcie przecie. Miej wzgląd, Koriolanie.
Mów, Sycyniuszu.
SYCYNIUSZ
Słuchajcie mnie, ludzie.
OBYWATELE
Nasz trybun mówi. Słuchajmy. Hej, cicho!
SYCYNIUSZ
Jesteście w punkcie utracenia swobód,
Marcjusz chce je wam odjąć, ten sam Marcjusz,
Coście go świeżo zanominowali
Konsulem.
MENENIUSZ
Tfu! Tfu! Tfu! Nie jest to gasić,
Ale rozżarzać pożar.
PIERWSZY SENATOR
Burzyć miasto
I wszystko z ziemią równać.
SYCYNIUSZ
Czymże innym
Jest miasto, jeśli nie ludem?
OBYWATELE
To prawda,
To szczera prawda, lud stanowi miasto!
BRUTUS
Za zezwoleniem wszystkich zostaliśmy
Urzędnikami ludu.
OBYWATELE
Tak, i nadal
Pozostaniecie nimi.
MENENIUSZ
Jako tacy
Powinni byście także postępować.
KORIOLAN
Tak postępować jest to siać zniszczenie,
Z fundamentami równać szczyty gmachów
I wszystko, co się znakomicie wznosi,
Grzebać w zwaliskach.
SYCYNIUSZ
Godzien śmierci za to.
BRUTUS
Albo się mamy utrzymać przy władzy,
Albo ją mamy utracić. W imieniu
Tej części ludu, która nas obrała
Stróżami swoich praw, dekretujemy
Marcjusza godnym śmierci.
SYCYNIUSZ
Niech więc będzie
Zaprowadzony na Tarpejską Skałę163
I z niej strącony w przepaść.
BRUTUS
Edylowie,
Weźcie go!
OBYWATELE
Poddaj się, poddaj, Marcjuszu!
MENENIUSZ
Posłuchajcie mnie, trybunowie, słowo,
Nic, tylko słowo.
EDYLOWIE
Cicho, cicho!
MENENIUSZ
Bądźcie
Takimi, jak się wydajecie, to jest
Rzeczywistymi przyjaciółmi kraju
I zachowajcie się z umiarkowaniem
W tej sprawie, którą z taką gwałtownością
Chcecie załatwić.
BRUTUS
Powolne działanie
Dobrym jest, panie, środkiem, lecz nie w razie
Gwałtownych chorób. Bierzcie go, prowadźcie
Zaraz na skałę!
KORIOLAN
Nie, tu wolę umrzeć.
dobywa miecza
Niejeden tu jest, co mnie widział w boju,
Niechaj na sobie sprawdzi to, co widział.
MENENIUSZ
Schowaj miecz. Chwilę tylko, trybunowie.
BRUTUS
Bierzcie go, dalej!
MENENIUSZ
Na pomoc, na pomoc!
W kim krew szlachetna płynie! Hej, na pomoc,
Młodzi i starzy!
OBYWATELE
Niech ginie, niech ginie!
Wśród tego zamieszania trybunowie, edylowie i obywatele zostają wyparci.
MENENIUSZ
Wracaj do domu teraz, spiesz, bez zwłoki,
Inaczej wszystko na nic.
DRUGI SENATOR
Idź, idź!
KORIOLAN
Śmiało
Stawmy im czoło, mamy równą liczbę
Przyjaciół, jak i nieprzyjaciół.
MENENIUSZ
Chceszże
Do tego rzeczy doprowadzić?
PIERWSZY SENATOR
Niech nas
Bogowie chronią! Zacny przyjacielu,
Odejdź do domu i zdaj naszej pieczy
Tę smutną sprawę.
MENENIUSZ
Bo w tej alternacie164
Nic sam nie wskórasz, zaklinam cię, odejdź!
KOMINIUSZ
Pójdź z nami razem, pójdź z nami.
KORIOLAN
Chciałbym, żeby to byli barbarzyńcy
(Którymi w gruncie są, choć ich Rzym wydał),
A nie Rzymianie (którymi bynajmniej
Nie są, choć się ich matki ocieliły
Pod przysionkami Kapitolu).
MENENIUSZ
Odejdź,
Błagamy ciebie, nie przelewaj w usta
Sprawiedliwego gniewu twego, jedna
Chwila zaciąga dług względem następnych.
KORIOLAN
Na innym gruncie zgniótłbym ich czterdziestu.
MENENIUSZ
Ja sam najtęższych dwóch wziąłbym na siebie,
Choćby tych łotrów trybunów.
KOMINIUSZ
Lecz teraz
Liczba nad wszelką miarę jest nierówna,
A męstwo zmienia się w istne szaleństwo,
Gdy chce walący się budynek wspierać.
Chceszże tu czekać na powrót motłochu,
Którego wściekłość wybuchnie niebawem
Jak woda w biegu wstrzymana i przerwie
Dotychczasowe swe tamy?
MENENIUSZ
Idź, proszę,
Spróbuję, czy mój stary dowcip165 znajdzie
Pokup166 u ludzi niezdolnych nim zgrzeszyć.
Trzeba nam zatkać tę dziurę gałganem
Jakiej bądź barwy.
KOMINIUSZ
Wysłuchaj próśb naszych,
Daj się nakłonić.
KORIOLAN
Idźmy więc.
Wychodzą Koriolan, Kominiusz i inni.
PIERWSZY PATRYCJUSZ
Ten człowiek
Zniweczył sobie przyszłość.
MENENIUSZ
Jego umysł
Jest za szlachetny dla naszego świata.
Nie schlebiłby on Neptunowi167, choćby
Mu szło o trójząb, ani Jowiszowi
Za wszystkie jego gromy. Jego serce
Jest w ustach; co się pocznie w jego piersi,
To jego język wnet musi urodzić,
Będąc zaś zdjęty gniewem, zapomina,
Że kiedykolwiek słyszał miano śmierci.
Będziemy mieli sęk nie lada!
Zgiełk zewnątrz.
DRUGI PATRYCJUSZ
Rad bym,
Żeby już byli w łóżku!
MENENIUSZ
Ja bym wolał,
Żeby nie w łóżku byli, ale w Tybrze! —
Co za zawziętość! Nie mógłże on mówić
łagodniej?
Brutus i Sycyniusz wracają z gromadą pospólstwa.
SYCYNIUSZ
Gdzie jest ta żmija, co chciała
Wyludnić miasto i sama być wszystkim?
MENENIUSZ
Cni trybunowie...
SYCYNIUSZ
Zostanie strącony
Z Tarpejskiej Skały, nie ma dlań litości,
śmiał się opierać prawu, toteż prawo
Odmawia mu wręcz zwykłej procedury
I oddaje go całej surowości
Władz, które za nic miał.
PIERWSZY OBYWATEL
Powinien wiedzieć,
Że trybunowie są ustami ludu,
A my rękami ich.
OBYWATELE
w kilku razem
Już on się dowie.
MENENIUSZ
Moi panowie!
SYCYNIUSZ
Cicho!
MENENIUSZ
Nie wołajcie
Gwałtu, gdzie swego możecie spokojnym
Dopiąć wyrokiem.
SYCYNIUSZ
Jakże się to stało,
Żeście panowie temu człowiekowi
Ujść dopomogli?
MENENIUSZ
Chciejcie mnie wysłuchać.
Tak samo, jak znam zalety konsula,
Tak samo mogę wymienić i jego
Wady.
SYCYNIUSZ
Konsula! Jakiego konsula?
MENENIUSZ
Konsula Koriolana.
BRUTUS
Co? On konsul?
OBYWATELE
Nie, nie, nie!
MENENIUSZ
Jeżelibym mógł zyskać posłuchanie
Panów trybunów i wasze, poczciwi
Obywatele, powiedziałbym słowo
Lub dwa najwięcej, co by was o inną
Nie przyprawiło szkodę jak o stratę
Kilku chwil czasu.
SYCYNIUSZ
Mówcież, panie, mówcie,
Ale niedługo, bo nam pilno sprzątnąć
Ten gad zdradziecki168; wypędzić go grozi
Niebezpieczeństwem, trzymać go zaś w mieście
Grozi nam śmiercią, stanęło więc, że ma
Zginąć tej nocy.
MENENIUSZ
Nie dajcie, bogowie,
Aby nasz sławny Rzym, którego wdzięczność
Dla zasłużonych dzieci swoich stoi
W Jowisza nawet księdze zapisana,
Na wzór wyrodnej matki miał dziś własny
Płód swój pożerać.
SYCYNIUSZ
On jest chorobliwą
Naroślą, którą gwałtem trzeba odciąć.
MENENIUSZ
O, on jest raczej chorym tylko członkiem,
Odciąć go zgubnie, uleczyć go łatwo.
Cóż on tak złego uczynił Rzymowi,
Żeby aż na śmierć zasłużył? Że wrogów
Naszych zabijał? Krew, którą utracił
(A utracił jej, ręczę, o niejedną
Uncję169 obficiej, niż jej dziś ma), krew ta
Przelana była w obronie ojczyzny;
Ma mu ojczyzna resztę jej odbierać?
Taki postępek okryłby nas wszystkich,
Co byśmy mogli zrobić to i ścierpieć,
Wieczystym piętnem hańby.
SYCYNIUSZ
Stara piosnka.
BRUTUS
I na fałszywą nutę. Kiedy dobrze
Służył ojczyźnie, wtedy go ojczyzna
Umiała także cenić.
MENENIUSZ
Kiedy nogę
Dotknie gangrena, dawne jej usługi
Przestają już być cenione?
BRUTUS
Niczego
Słuchać nie chcemy — idźcie go poszukać
W jego mieszkaniu i wywlec go stamtąd,
Aby się jego zaraźliwy oddech
Dalej nie rozszedł.
MENENIUSZ
Jeszcze tylko słowo;
Słowo, panowie. Ta tygrysia wściekłość,
Poznawszy gorzkie skutki nierozważnej
Swej porywczości, zechce poniewczasie
Ołowiem sobie okowywać nogi.
Złóżcie na niego sąd, inaczej bowiem
Powstaną partie (bo on ma przyjaciół)
I wielki nasz Rzym runie w waśni Rzymian.
BRUTUS
Gdyby tak miało być...
SYCYNIUSZ
Nie wiemyż, jak on umie być posłusznym?
Nie uderzyłże on naszych edylów?
Nie targnąłże się na nas samych? Idźmy!
MENENIUSZ
Zważcie, że on się wychował w obozach,
Odkąd mógł dźwignąć miecz, że się nie ćwiczył
W cedzonej mowie, mąkę i otręby
Razem pytluje172. Pozwólcie mi działać:
Pójdę do niego i biorę na siebie
Skłonić go, żeby się stawił przed wami
I wedle prawnych form usprawiedliwił
Z zarzutów albo kaźń poniósł.
PIERWSZY SENATOR
Szlachetni
Obrońcy ludu, to jest droga zgodna
Z ludzkością173, inna byłaby za krwawa;
A końca naprzód nie można przewidzieć.
SYCYNIUSZ
Szlachetny Meneniuszu, bądźże waćpan
W tej sprawie niby delegatem ludu.
Mości panowie, złóżcie broń.
BRUTUS
Jednakże
Nie rozpierzchajcie się.
SYCYNIUSZ
Idźcie na rynek;
Tam, Meneniuszu, czekać na was będziem.
Jeśli Marcjusza nam nie przyprowadzisz,
Chwycim się pierwszej drogi.
MENENIUSZ
Przyprowadzę
Go, przyprowadzę. Szanowni koledzy,
Mogę na wasze liczyć uczestnictwo?
Musi się stawić, inaczej najgorsze
Skutki wynikną.
PIERWSZY SENATOR
Chętnie ci służymy.
Wychodzą.
SCENA DRUGA
Komnata w domu Koriolana.
Wchodzi Koriolan z patrycjuszami.
KORIOLAN
Niech się wkoło mnie, jak chcą, srożą, niech mi
Stawią przed oczy sromotną174 śmierć w kole175
Albo u kopyt rozpędzonych koni;
Niech na Tarpejską Skałę wsadzą jeszcze
Dziesięć skał takich, aby dno przepaści
Sięgało dalej, niż wzrok może dosiąc176;
Jeszcze i wtedy będę dla nich takim
Samym, jak jestem.
PIERWSZY PATRYCJUSZ
Tym szlachetniej czynisz.
KORIOLAN
Zastanawia mnie to, że moja matka
Nie okazuje mi teraz takiego
Zadowolenia jak dawniej, a przecie
Sama ich dawniej zwała poddańcami
Z wełną pod strzyżę177; istotami, które
Na to są tylko, aby je kupować
Za marny szeląg178 i za marny szeląg
Sprzedawać; żeby szły na zgromadzenia
Z odkrytą głową; żeby się gapiły,
Słuchały, milcząc, i wpadały w podziw,
Kiedy ktoś mego stopnia wstał i prawił
O sprawach kraju!
Wchodzi Wolumnia.
O was mówię, matko.
Dlaczegóż mnie chcesz widzieć uleglejszym?
Chciałabyś, abym zaprzeczał sam sobie?
O, powiedz raczej, że nie zaprzestaję
Być tym, czym jestem.
WOLUMNIA
Synu, synu, synu!
Trzeba ci było wprzód pozyskać władzę,
Nimeś179 ją stracił.
KORIOLAN
Dajmy temu pokój.
WOLUMNIA
Byłbyś był łatwo mógł być tym, czym jesteś,
Gdybyś być sobą mniej był usiłował.
Nie postawiono by się tak na drodze
Twoim widokom, gdybyś był dopiero
Wtedy był pozór odrzucił, kiedy by
Już nie zdołano stanąć ci na poprzek.
KORIOLAN
Niech im kat świeci!
WOLUMNIA
Niech ich spali nawet!
Wchodzi Meneniusz z senatorami.
MENENIUSZ
Pójdź, pójdź! Za ostro się z nimi obszedłeś,
Za opryskliwie; trzeba ci powrócić
I złe naprawić.
PIERWSZY SENATOR
Nie ma środka; jeśli
Tego nie zrobisz, nasze wielkie miasto
Rozpadnie się i runie.
WOLUMNIA
Słuchaj rady;
I ja mam serce nieugięte, ale
Umysł mój zwraca czynność mego gniewu
Na korzystniejsze drogi.
MENENIUSZ
Dobrze mówisz,
Zacna matrono. Nimby on w ten sposób
Stanąć miał przed tą trzodą w innym czasie,
Nie omieszkałbym ja sam przywdziać zbroi,
Którą już ledwie mogę dźwignąć; ale
W obecnym razie krok ten jest niezbędny
Jako lekarstwo w gwałtownej chorobie
Czasu, potrzebne dla całego państwa.
KORIOLAN
Cóż mam uczynić?
MENENIUSZ
Wrócić do trybunów.
KORIOLAN
Dobrze; cóż potem? Cóż potem?
MENENIUSZ
Żałować
Tego, coś wyrzekł.
KORIOLAN
Żałować? Przed nimi?
Nie mógłbym tego przed obliczem bogów,
A mam żałować przed nimi?
WOLUMNIA
Mój synu,
Za niezawisły masz sposób myślenia:
Piękny to przymiot, ale niebezpieczny
W niektórych razach ostatecznych. Nieraz
Z ust twych słyszałam, że honor i zręczność,
Na wzór przyjaciół nierozłącznych, w parze
Chodzą na wojnie; jeśli tak jest, powiedz,
Czym może jedno drugiemu zaszkodzić
W czasie pokoju, że je w nim rozdzielasz?
KORIOLAN
Przestańcie, matko.
MENENIUSZ
Dobre zapytanie.
WOLUMNIA
Jeśli na wojnie zgadza się z honorem
Wydawać się tym, czym się w gruncie nie jest
I k’temu zręczność przyzywać na pomoc:
Dlaczegoż by mniej miało być godziwym
Honor z zręcznością spleść w czasie pokoju,
Kiedy tak wojna, jak pokój zarówno
Obu tych zalet wymaga?
KORIOLAN
O matko,
Dlaczegóż przy tym obstajesz?
WOLUMNIA
Bo teraz
Masz się odezwać do ludu nie wedle
Własnego zdania i poszeptu serca,
Ale takimi słowy, które będą
Języka twego nieprawymi dziećmi;
Głoskami, które z przekonaniem twoim
Nie będą nic mieć wspólnego. Nie bardziej
Ci to ubliży niż wejście do miasta
Wskutek uprzejmej odezwy, bez czego
Nie uniknąłbyś niebezpieczeństw walki
I krwi rozlewu. Byłabym zaiste
W sprzeczności z sobą, gdybym się wahała
Tak honorowo postąpić w potrzebie,
W której by los mój lub moich najbliższych
Był narażony. W tej potrzebie teraz
Jestem ja, żona twa, syn, szlachta, senat —
A ty ludowi wolisz pokazywać
Zmarszczone czoło niż pozorny uśmiech,
Którym byś kupić mógł jego przychylność
I zabezpieczyć tym samym nas wszystkich
Od nieochybnej ruiny.
MENENIUSZ
Szlachetna
Matko Rzymianko! Pójdź, pójdź z nami; przemów
Do nich uprzejmie: tym sposobem zdołasz
Nie tylko zakląć złe dziś nam grożące,
Lecz i odzyskać to, cośmy stracili.
WOLUMNIA
Uczyń tak, synu, proszę cię, pójdź do nich
Z tą czapką w ręku; unieś ją do góry,
Pocałuj ziemię kolanami (w takich
Bowiem okazjach gesta są wymową,
A oczy gminu wrażliwsze niż uszy),
Kiwaj im głową, aby pomyśleli,
Że twarde serce twe skruszało, zmiękło
Jako dojrzała morwowa jagoda,
Którą najmniejszy wiatr strząsa. Lub wreszcie
Powiedz im, żeś jest żołnierzem, że będąc
W bitwach i w wrzawie wychowanym, nie masz
Tego łatwego, słodkiego obejścia,
Które właściwie, jak to sam przyznajesz,
Mieć byś powinien; a którego oni
Właściwie mogą od ciebie wymagać,
Skoro się starasz o ich względy. Wszakże
Uczynisz wszystko, co będzie w twej mocy,
Ażeby się im nadal przypodobać.
MENENIUSZ
Weź się w ten sposób do rzeczy, a wszystkich
Sobie zniewolisz; bo tacy prostacy
Równie pochopni180 są do przebaczenia,
Gdy ich pogłaszczesz, jak skorzy do krzyków
O lada bzdurstwo.
WOLUMNIA
Jeszcze raz cię proszę,
Posłuchaj rady i pójdź do nich, chociaż
Wiem, że wolałbyś za nieprzyjacielem
W ognistą otchłań skoczyć niż mu w chłodzie181
O włos pochlebić. Otóż i Kominiusz.
Wchodzi Kominiusz.
KOMINIUSZ
Byłem na rynku; wypada ci śpiesznie
Zebrać stronników lub szukać ucieczki
W zimnej krwi albo oddaleniu. Wszystko
Wre przeciw tobie.
MENENIUSZ
Niech jeno uprzejmie
Do nich przemówi.
KOMINIUSZ
To by wprawdzie mogło
Zaradzić złemu, ale czy on tylko
Potrafi zdobyć się na to?
WOLUMNIA
Powinien,
Musi się zdobyć. Zaklinam cię, synu:
Powiedz, żeś gotów, i idź to uczynić.
KORIOLAN
Mam więc pójść ciemię odkrywać przed nimi?
Podłymi usty szlachetnemu sercu
Kłamstwo zadawać, że się musi, temu
Poddać spokojnie? Dobrze, niech tak będzie.
Gdyby atoli tylko szło o stratę
Tej jednej ziemi bryłki, Marcjusza,
Niechby ją starli w proch i rozrzucili
Na cztery wiatry. Chodźmy już na rynek!
Rolę mi taką dajecie, że nigdy
Dobrze jej zagrać nie zdołam.
MENENIUSZ
Pójdź, my cię wesprzemy.
WOLUMNIA
Kochany synu, mówiłeś był dawniej,
Że ci pochwały moje bodźcem były
Na polu Marsa; niechajże cię one
Zachęcą teraz do tej roli trudnej
I tak dla ciebie nowej.
KORIOLAN
Dobrze więc, dobrze więc. Precz, męski duchu!
Niech mnie duch sprośnej niewolnicy natchnie;
Wojenne gardło moje, które dźwiękom
Trąb wtórowało, niechaj się zamieni
W cienką piszczałkę rzezańca182 lub niańki,
Co dzieci lula! Niech szalbierski uśmiech
Osiądzie na mych licach; łzy żakowskie
Powloką szybę mych oczu! Niech w ustach
Moich żebraczy język zabełkoce,
Kolana moje, com je dotąd chyba,
Pnąc się pod górę, zginał, niech się zniżą
Jak u charłaka, co bierze jałmużnę!
Nie, nie, nie zrobię tego: bo musiałbym
Przestać czcić godność własną i grą ciała
Wdrażać swój umysł do najostatniejszej
W świecie podłości.
WOLUMNIA
Jak ci się podoba,
Żebrać od ciebie większą jest zakałą183
Dla mnie niż od nich dla ciebie. Zgub wszystko;
Daj matce doznać skutków dumy twojej!
Wolę to niż się obawiać zgubnego
Twego uporu, bo pogardzam śmiercią
Tak samo jak ty. Rób, co chcesz. Odwaga,
Którą się pysznisz, moją jest; tyś z moim
Mlekiem ją wyssał, ale duma twoja
Wyłączną twoją własnością.
KORIOLAN
O matko,
Idę na rynek. Bądź zadowolona,
Przestań mnie winić. Jak szachraj wyłudzę
Ich dobre względy, jak kuglarz podchwycę
Serc ich życzliwość i wrócę do ciebie
Pieścidłem wszystkich rzemieślników Rzymu.
Oto już idę, patrz. Pozdrów mą żonę.
Wrócę konsulem lub zwątpię na zawsze,
Aby mój język na drodze pochlebstwa
Mógł kiedy czego dokazać.
WOLUMNIA
Masz wszelką
Wolność.
Wychodzi.
KOMINIUSZ
Dalejże, dalej; trybunowie
Czekają na cię; uzbrój się w łagodność.
Bo oni mają, jak słyszę, wystąpić
Z oskarżeniami gorszymi niż dotąd.
KORIOLAN
Łagodność jest więc hasłem. Dobrze, idźmy.
Niech mnie oskarżą, jak chcą, ja odbiję
Ich oskarżenia, jak mi honor każe.
MENENIUSZ
Tylko łagodnie.
KORIOLAN
O, tak, tak, łagodnie!
Wychodzą.
SCENA TRZECIA
Tamże. Forum.
Wchodzą Sycyniusz i Brutus.
BRUTUS
Bijmy w to, że on chce sobie przywłaszczyć
Tyrańską władzę. Jeśli nam w tym ujdzie,
Przywiedźmy jego nienawiść do ludu;
I to, że zdobycz, wzięta na Ancjatach,
Jeszcze nie była rozdzielona.
Wchodzi Edyl.
Jakże,
Czy przyjdzie?
EDYL
Idzie już.
BRUTUS
Z kim?
EDYL
Z Meneniuszem
I z pewną liczbą senatorów, którzy
Mu są życzliwi.
BRUTUS
Czy masz szczegółowy
Spis wszystkich głosów przez nas zwerbowanych?
EDYL
Mam go tu; oto jest.
BRUTUS
Sąli184 spisane
Porządkiem cechów?
EDYL
Tak jest.
BRUTUS
Idźcie teraz
Wezwać w to miejsce gminy, skoro powiem:
„Tak ma być z mocy praw i woli ludu”,
Czyli185 to będzie śmierć, sztrof186 czy wygnanie.
Niech, jeśli powiem: „Śmierć”, chórem: „Śmierć” krzyczą,
„Sztrof”, jeśli powiem: „Sztrof”, „Wygnanie”, jeśli
Powiem: „Wygnanie”, obstając przy dawnej
Prerogatywie swojej i legalnej
W tej mierze władzy.
EDYL
Powiem im.
BRUTUS
A skoro
Raz zaczną krzyczeć, niech nie poprzestają,
Owszem, z całego gardła wrzeszczą, nagląc
O przyspieszenie wydanego przez nas
Wyroku.
EDYL
Bardzo dobrze.
SYCYNIUSZ
Niech się niczym
Zmiękczyć nie dają i bacznymi będą
Na wszelkie nasze skinienia.
BRUTUS
Spiesz po nich.
Wychodzi Edyl.
Od razu wprawmy go w wściekłość. On przywykł
Zwycięsko wszelki pokonywać opór,
Żadnym się nie da powściągnąć wędzidłem,
Jak weźmie na kieł, wypowie nam wszystko,
Co tylko ślina mu poda, a wtedy
Będziemy go mieć w punkcie pożądanym,
Żeby mu prawnie kark skręcić.
SYCYNIUSZ
Nadchodzi.
Koriolan, Meneniusz, Kominiusz, senatorowie i patrycjusze wchodzą.
MENENIUSZ
Tylko spokojnie, błagam cię.
KORIOLAN
Spokojny
Będę jak szkapa, która za garść paszy
Furę gałganów ciągnie. Niech bogowie
Stale w opiece twojej utrzymują
Nasz Rzym i krzesła sędziowskie osadzą
Zacnymi ludźmi, niech pomiędzy nami
Zaszczepią miłość! Obszerne świątynie
Nasze napełnią łaską, a ulice
Błogim widokiem zgody!
PIERWSZY SENATOR
Amen, amen.187
MENENIUSZ
Piękne zaiste życzenie!
Edyl wraca z tłumem obywateli.
SYCYNIUSZ
Obywatele, przystąpcie!
EDYL
Słuchajcie
Waszych trybunów, uciszcie się: baczność!
KORIOLAN
Słuchajcie mnie wprzód.
OBAJ TRYBUNOWIE
Dobrze, mów. Milczenie!
KORIOLAN
Nie będę więcej badany? Czy na tym
Skończy się wszystko?
SYCYNIUSZ
Ja się ciebie pytam,
Czy się poddajesz wyrokowi ludu,
Czy chcesz szanować jego urzędników
I czyś jest gotów ponieść zgodną z prawem
Karę za winy, które ci niebawem
Dowiedzionymi będą.
KORIOLAN
Jestem gotów.
MENENIUSZ
Słyszycie, obywatele, on mówi,
Że gotów. Weźcie na uwagę jego
Wojenne czyny, pomyślcie o jego
Szerokich bliznach, które wyglądają
Jako grobowce na cmentarzu.
KORIOLAN
Furda188!
To są draśnięcia, szramy śmiechu warte.
MENENIUSZ
Zważcie następnie, że gdy w jego mowie
Nie przebija się obywatel, żołnierz
Stoi przed wami. Nie bierzcie przyszorstkich
Jego wyrażeń za objaw niechęci,
Jeno, jak rzekłem, za sposób mówienia,
Który przystoi żołnierzowi bardziej
Niż urażanie się wam.
KOMINIUSZ
Nie inaczej.
KORIOLAN
Jakiż jest powód, że zostawszy świeżo
Za wspólną zgodą obrany konsulem,
Doznaję teraz tak wielkiej obelgi,
Iż mi tę godność odbieracie?
SYCYNIUSZ
Zanim
Ci odpowiemy, ty nam odpowiadaj.
KORIOLAN
Mówcie więc, ani słowa, powinienem.
SYCYNIUSZ
Oskarżamy cię, żeś się kusił odjąć
Rzymowi jego starodawne prawa
I sam zagarnąć despotyczną władzę.
Dopuściłeś się przez to zdrady ludu.
KORIOLAN
Co? Zdrady?
MENENIUSZ
Tylko bez gniewu, przyrzekłeś...
KORIOLAN
Żeby z najgłębszych otchłani piekielnych
Ognie zionęły na ten lud! Ja zdrajca!
Bezwstydny, fałszem przesiąkły trybunie!
Choćby w twych oczach pięćdziesiąt tysięcy
Środków zagłady siedziało, w twym ręku
Tyleż milionów, w kłamliwych twych ustach
Dwa razy tyle, jeszcze bym ci w oczy
Powiedział: „Kłamiesz!”, tak śmiało, jak śmiało
Zanoszę modły do bogów.
SYCYNIUSZ
Czy słyszysz,
Ludu?
OBYWATELE
Na skałę z nim, na skałę z nim!
SYCYNIUSZ
Cicho! Nie mamy potrzeby przywodzić
Na potępienie go niczego więcej.
Jego postępki, jego słowa dosyć
Świadczą w tej mierze. Widzieliście sami,
Jak się na waszych targnął urzędników,
Siłą się oparł prawu. Słyszeliście,
Jak wam złorzeczył i tu nawet bluźnił
Tym, których prawa władza ma stanowić
O jego losie. Te wszystkie przestępstwa
Tak kapitalne189, już go czynią godnym
Najsromotniejszej śmierci.
BRUTUS
Bacząc wszakże,
Że względem Rzymu położył zasługi...
KORIOLAN
Co tam waść pleciesz o zasługach?
BRUTUS
Mówię,
O czym wiem...
KORIOLAN
Waść wiesz?
MENENIUSZ
Także190 dotrzymujesz
Danego matce przyrzeczenia?
KOMINIUSZ
Miejże
Wzgląd przecie.
KORIOLAN
Nie chcę już na nic mieć względu,
Niechaj wyrzekną wyrok, niech mnie skażą
Na śmierć z Tarpejskiej Skały, na wygnanie,
Na dożywotnie tułactwo, na zdarcie
Skóry czy nawet usychanie z głodu
W lochu, o jednym nędznym ziarnku dziennie,
Nie opłaciłbym jednym dobrym słowem
Ich przyzwolenia anibym za wszystkie
Dary ich łaski nie krępował dłużej
Mojego męstwa, choćbym je ryczałtem
Mógł u nich kupić za marne „dzień dobry”.
SYCYNIUSZ
Z powodu przeto, że różnymi czasy
Uwłaczał ludu powadze, szukając
Środków odjęcia mu władzy, jak tego
Świeży dał dowód, podniósłszy zbrodniczo
Rękę nie tylko wobec nietykalnej
Sprawiedliwości, ale co ważniejsza,
Na samychże jej wykonawców:
W imieniu ludu i z mocy służących
Nam atrybucji191 trybunalnej władzy,
Wypędzamy go z miasta jednocześnie
Z tym wyrzeczeniem192: nie wolno mu odtąd
Pod karą śmierci wstąpić w bramy Rzymu.
Taka jest wola ludu, tak ma być.
OBYWATELE
Tak ma być! Precz z nim! Niech będzie wygnany!
Tak ma być!
KOMINIUSZ
Posłuchajcie mnie, moi przyjaciele!
SYCYNIUSZ
Wyrok już zapadł, już po wszystkim.
KOMINIUSZ
Słowo!
Byłem konsulem i mogę na sobie
Pokazać znaki nieprzyjaciół Rzymu,
Kocham ojczyznę uczuciem gorętszym,
Świętszym i głębszym niż własne me życie,
Drogą mą żonę, owoc jej żywota,
Skarb mego rodu. Jeżeli obecnie
O tym nadmieniam...
SYCYNIUSZ
Wiemy, dokąd zmierzasz.
Cóż tedy?
BRUTUS
Nie ma tu o czym już mówić,
Wygnany został jako nieprzyjaciel
Ludu i kraju, niechże się wynosi.
Tak ma być.
OBYWATELE
Tak ma być! Tak ma być! Precz z nim!
KORIOLAN
Podła, wrzaskliwa psiarnio, której tchnienie
Jest dla mnie tym, czym wyziew zgniłych bagien
Której przychylność tyle u mnie warta,
Ile pobliskość ścierw nie pogrzebionych,
Zarażająca mi powietrze. Ja to,
Ja ci powiadam: Precz ode mnie! Zostań,
Marnij tu w swoim niedołęstwie! Niech was
Najmniejszy szelest wskroś przejmuje dreszczem!
Widok wiejących piór nieprzyjacielskich
Niechaj was w rozpacz wprawia! Używajcie
Z całą swobodą władzy wypędzania
Obrońców waszych, aż was wreszcie wasza
Głupota, która nie widzi, nie czując,
I nie ma nawet prostego instynktu
Własnego dobra, odda w obce ręce,
Które was w kluby wezmą jako bydło
Nie wydobywszy miecza! Gardząc wami,
Z wzgardą odwracam się od tego miasta.
Jest ci gdzie indziej jeszcze świat!
Koriolan, Kominiusz, Meneniusz, senatorowie i patrycjusze wychodzą.
EDYLOWIE
Poszedł już, poszedł wróg ludu!
OBYWATELE
Wróg nasz wygnany, poszedł już! Ha! ha!
Lud wydaje okrzyki i rzuca czapki w górę.
SYCYNIUSZ
Idźcie w trop za nim aż do bram,
Urągajcie mu, jak on wam urągał,
Oddajcie mu wet za wet, nam zaś dajcie
Dla bezpieczeństwa straż przez miasto.
OBYWATELE
Idźmy,
Odprowadźmy go do bram. Niech bogowie
Strzegą dni naszych szlachetnych trybunów!
Wychodzą.
AKT CZWARTY
SCENA PIERWSZA
Tamże. Przed bramą miasta.
Koriolan, Wolumnia, Wirgilia, Meneniusz, Kominiusz wchodzą z orszakiem młodych patrycjuszów.
KORIOLAN
Połóżcie tamę łzom, bądźcie mi zdrowi;
Tysiącznogłowy zwierz rogami swymi
Wybódł mnie z moich progów. Ejże, matko,
Gdzież jest twój dawny hart? Nieraz mawiałaś,
Że przeciwności są próbnym kamieniem
Tęgości ducha; że los pospolity
Znośnym być może pospolitym ludziom;
Że kiedy morze jest spokojne, wtedy
Każda łódź śmiało płynie; że im cięższe
Ciosy fortuny, tym chlubniejsze rany,
Jeśli je znosim mężnie i roztropnie.
Tyś we mnie takie wpoiła zasady,
Które przejęte nimi serce mogły
Niezwyciężonym uczynić.
WIRGILIA
O bogi!
KORIOLAN
Przestań, kobieto, proszę cię.
WOLUMNIA
Niech czarna
Zaraza spadnie na ten lud i wszystkie
Warsztaty jego przepadną!
KORIOLAN
Cóż z tego?
Będą mnie cenić, gdy mnie mieć nie będą.
Matko, zbierz w sobie ów duch, za którego
Wzniosłym natchnieniem mawiałaś mi nieraz,
Że gdybyś była żoną Herkulesa,
Byłabyś była część jego prac wzięła
Na swój rachunek, aby tym sposobem
Ulżyć mężowi trudów. Kominiuszu,
Nie smuć się, bądź zdrów! Żono moja! Matko!
Żegnam was! Jeszcze mi będzie się szczęścić.
I ty, mój stary, wierny Meneniuszu!
Łzy twoje słońsze są niż łzy u młodych,
Mogą ci strawić wzrok. Dawny mój wodzu!
Widziałem nieraz twoją nieugiętość,
I tyś był nieraz świadkiem takich rzeczy,
Na których widok serce mogło stwardnieć,
Powiedz tym smutnym niewiastom, że szlochać
Nad nieszczęściami nieuniknionymi
Równie jest zdrożnym, jak z nich się naśmiewać.
Matko, wiesz dobrze, że niebezpieczeństwa
Moje kończyły się dotychczas zawsze
Twoją pociechą; ufaj w to i nadal,
Chociaż sam jeden idę w świat (jakoby
Do odludnego legowiska smoka,
Który dokoła szerzy postrach, wszakże
Bardziej w podaniach niż w rzeczy193 istnieje),
Wiedz, że się wzniosę ponad pospolitość,
Jeśli zaś tego nie dokonam, padnę
W sidłach zdradzieckich intryg.
WOLUMNIA
Drogi synu!
Gdzież się chcesz udać? Weź z sobą na jaki
Czas Kominiusza, postanów coś naprzód
Zamiast się puszczać na dzikie koleje
Ślepego trafu.
KORIOLAN
Bogom się oddaję.
KOMINIUSZ
Ja cię przez miesiąc nie opuszczę, razem
Będziemy radzić, gdzie stale zamieszkasz,
Abyś mógł słyszeć o swoich i oni
Wzajem o tobie, a gdy czas nastręczy
Sposobną porę, w której byś mógł wrócić,
Abyśmy wtedy nie potrzebowali
Pojedynczego po szerokim świecie
Szukać człowieka i nie utracili
Korzyści, które nieobecnych zawsze
Chybiają194.
KORIOLAN
Bądźcie zdrowi! Kominiuszu!
Jesteś już letni195 i syty wojennych
Biesiad, nie tobie tułać się po świecie
Z kimś, co ma jeszcze niestargane siły;
Przyjmuję twoje towarzystwo tylko
Do bramy. Luba żono, droga matko,
Cni przyjaciele, pójdźcie! Jak odejdę,
Poślijcie za mną nieme pożegnania
I uśmiechnijcie się. Pójdźcie! Choć będę
Z daleka od was, zawsze mieć będziecie
Ode mnie wieści i nigdy inaczej
Nie usłyszycie o mnie jak w sposobie
Godnym przeszłości mojej.
MENENIUSZ
To mi mowa:
Aż miło słuchać! No, no, dość już tego;
Idźmy, otrzyjmy łzy! Gdybym mógł strząsnąć
Jakich dziesiątek lat z tych starych kości,
Wszędzie bym poszedł za tobą.
KORIOLAN
Daj rękę:
Idźmy.
Wychodzą.
SCENA DRUGA
Tamże. Ulica w pobliskości bramy.
Sycyniusz i Brutus wchodzą z Edylem.
SYCYNIUSZ
Każ im się rozejść, już go nie ma w mieście.
Nie posuwajmy się dalej. Stronnicy
Jego ze szlachty krzywo na nas patrzą.
BRUTUS
Pokazaliśmy im, co możem; teraz,
Dopiąwszy swego, trzeba nam się wydać
Pokorniejszymi naprzeciw tych panów,
Niżeśmy byli przed dopięciem.
SYCYNIUSZ
Każ się
Rozejść ludowi: powiedz mu, że jego
Wróg już ustąpił i że jego prawa
Znów odzyskały moc.
BRUTUS
Rozpuść ich zaraz.
Edyl wychodzi. Wolumnia, Wirgilia i Meneniusz wchodzą.
Oto nadchodzi jego matka.
SYCYNIUSZ
Zejdźmy
Jej z drogi.
BRUTUS
Czemu?
SYCYNIUSZ
Oszalała, mówią.
BRUTUS
Już nas spostrzegli; idźmy swoją drogą.
WOLUMNIA
Ha, to wy! Niech was kaźń niebios przywali
Za wasze dzieło!
MENENIUSZ
Ciszej, ciszej!
WOLUMNIA
Gdybym
Mogła płacz wstrzymać, usłyszelibyście...
Lecz posłuchajcie i tak.
do Brutusa, który chce odejść
Zostań.
WIRGILIA
do Sycyniusza
Zostań.
Czemuż nie mogę tak samo powiedzieć
Do mego męża!
SYCYNIUSZ
Azaliż196 jesteście
Męskiego rodu?
WOLUMNIA
Tak, głupcze. Ot głupiec!
Czyliż to ojciec mój nie był mężczyzną?
Mamże się tego rumienić? — Nikczemny,
Lisi wyrodku, tyżeś to się ważył
Wygnać człowieka, który w sprawie Rzymu
Orężem swoim więcej zadał ciosów,
Niżeś ty twoim językiem słów spłodził.
SYCYNIUSZ
O dobre nieba!
WOLUMNIA
I to szlachetniejszych
Ciosów niżeli ty słów, z dobrem Rzymu.
Słuchaj no: ale nie, poczekaj jednak:
Chciałabym, żeby mój syn był w Arabii
I miał przed sobą całe twoje plemię,
A w ręku swój miecz.
SYCYNIUSZ
Cóż by stąd wynikło?
WIRGILIA
Co? Położyłby on od razu, pewnie,
Koniec twojemu pokoleniu.
WOLUMNIA
Temu
Gniazdu bękartów! Tak szlachetny człowiek,
Za tyle zasług!
MENENIUSZ
Dajcie pokój, idźmy.
SYCYNIUSZ
Żałuję, że tak nie skończył, jak zaczął,
I że związawszy tak chwalebny węzeł
Sam go rozwiązał potem.
BRUTUS
Żałujemy.
WOLUMNIA
Żałosne dusze! A któż to, jeżeli
Nie wy, podbechtał przeciw niemu motłoch?
To bydło, które o jego wartości
Tyle jest w stanie osądzić, ile ja
O niezbadanych tajemnicach niebios.
BRUTUS
Prosim, was, panie, pozwólcie nam odejść.
WOLUMNIA
Proszę cię, panie, odejdź. Spełniliście
Czyn bohaterski, triumfujcież teraz;
Ale pomnijcie, że jako Kapitol
Przenosi197 czołem niskie strzechy Rzymu,
Tak syn mój (mąż tej szlachetnej niewiasty,
Co ją widzicie tu) przenosi duchem
Wszystkich was w rumel wziętych.
BRUTUS
Dobrze, dobrze:
Już idziem.
SYCYNIUSZ
Czegóż tu stoim, u licha,
Za cel przekąsów szalonej niewiasty?
Idźmy.
WOLUMNIA
Zabierzcie z tobą modły moje.
Trybunowie odchodzą.
Rada bym, żeby bogowie nie mieli
Nic do czynienia więcej, jeno spełniać
Moje przekleństwa! Gdybym tych nędzników
Raz na dzień tylko mogła mieć przed sobą,
Pozbyłabym się wnet tego ciężaru.
Który mi tłoczy serce.
MENENIUSZ
Obeszłyście
Się walnie z nimi, i słusznie: a teraz
Podobaż się wam spożyć w moim domu
Małą wieczerzę?
WOLUMNIA
Gniew jest moją karmią198:
Sama się trawię i głodową śmiercią
Umrę z sytości. Pójdź, córko; zaniechaj
Tych niedołężnych, nadaremnych żalów;
Rozpaczaj tak jak ja, na wzór Junony
Wrąc gniewem. Pójdź, pójdź.
MENENIUSZ
Hańba ci, o Rzymie!
Wychodzą.
SCENA TRZECIA
Droga pomiędzy Rzymem a Ancjum.
Z dwóch stron przeciwnych wchodzą Rzymianin i Wolsk i spotykają się pośrodku.
RZYMIANIN
Znam cię i jestem ci znany: nazwisko twoje Adrian, jeśli się nie mylę.
WOLSK
W istocie tak mnie zowią, ale wasza osoba wyszła mi z pamięci.
RZYMIANIN
Rzymianinem jestem, ale jak ty, służę przeciw Rzymowi; nie poznajeszże mnie teraz?
WOLSK
Nikanor? Wszakże tak?
RZYMIANIN
Ten sam, do usług.
WOLSK
Większą miałeś brodę, kiedym cię widział po raz ostatni, ale mowa twoja uwydatnia rysy twojej twarzy: Cóż tam nowego w Rzymie? Mam polecenie od wolscyjskiego rządu dowiedzieć się, co się u was dzieje! Oszczędziłeś mi dzień drogi.
RZYMIANIN
W Rzymie były niespokojności: lud powstał przeciwko senatorom, patrycjuszom i szlachcie.
WOLSK
Były? A więc się już skończyły? Rząd nasz nic nie wie o tym i czyni wielkie przygotowania do wojny, spodziewając się ich zejść w samym zapale rozruchu.
RZYMIANIN
Gorączka już minęła, ale najmniejsza okazja może ją wzmóc na nowo, bo szlachta tak żywo wzięła do serca wygnanie poczciwego Koriolana, że bardzo myśli o odebraniu wszelkiej władz ludowi i skasowaniu na zawsze trybunów. Tli to tak, powiadam waszmości, i niewiele brakuje do gwałtownego wybuchu.
WOLSK
Koriolan wygnany?
RZYMIANIN
Wygnany, bracie.
WOLSK
Mile przyjęty będziesz z tą wieścią, Nikanorze.
RZYMIANIN
Pora wam jest przyjazna: słyszałem, że cudzą żonę najłatwiej uwieść wtedy, kiedy się z mężem poróżni. Wasz mężny Tullus Aufidiusz poradzi sobie w tej wojnie bez wielkiego trudu, skoro Rzymowi ubył taki jak Koriolan obrońca.
WOLSK
Nie zaśpi też pewnie sprawy. Poczytuję sobie za szczęście, żem się z waszmością tak przypadkowo zdybał; uwalniasz mnie od dalszych zachodów i stawiasz mnie w możności towarzyszenia ci.
RZYMIANIN
Opowiem ci w ciągu drogi dziwne rzeczy o Rzymie; wszystkie się składają na waszą korzyść. Powiadasz więc, że macie armię w pogotowiu?
WOLSK
I to prawdziwie królewską. Już setnicy z centuriami swymi są zaciągnięci, żołd im z góry zapłacono, czekają tylko na rozkaz do pochodu.
RZYMIANIN
Cieszę się, słysząc o takowej ich gotowości, i tuszę199, że moje przybycie tym mniej im pozwoli stać nieczynnie. Niechże się święci nasze spotkanie; serdeczniem rad z towarzystwa waszmości.
WOLSK
Uprzedzasz mnie waszmość; dla mnie to radość, że mu mogę służyć.
RZYMIANIN
Idźmy teraz razem.
Wychodzą.
SCENA CZWARTA
Ancjum. Przed domem Aufidiusza.
Koriolan w pospolitej odzieży przebrany i osłonięty.
KORIOLAN
Porządne to jest miasto, ten gród Ancjum;
O grodzie, ja to jestem, ten sam, który
Twoje niewiasty przywiódł o wdowieństwo;
Przed którym w wirze bitwy padł i skonał
Niejeden dziedzic tych pięknych budowli.
Nie poznaj ty mnie, boby mnie inaczej
Twe białogłowy rożnami zakłuły,
A chłopcy twoi ukamienowali
W pigmejskiej200 bitwie.
Obywatel wchodzi.
Bądź pozdrowion, panie.
OBYWATEL
Nawzajem.
KORIOLAN
Wskażcie mi, jeżeli łaska,
Gdzie mieszka wielki Aufidiusz. Nie wiecie,
Czy jest on w Ancjum?
OBYWATEL
Jest i teraz właśnie
Wyprawia ucztę panom Rady.
KORIOLAN
Gdzie jest
Dom jego, chciejcie mi, proszę, pokazać?
OBYWATEL
Ot tu, przed wami.
KORIOLAN
Dziękuję waszmości.
Obywatel wychodzi.
O świecie, dziwne są twoje koleje!
Najprzywiązańsi przyjaciele, którzy
W dwojgu łon jedno zdali się mieć serce,
Których godziny, łoże, mienie, jadło,
Prace, uciechy, wszystko było wspólne,
Którzy w miłości byli nierozdzielni
Jako bliźnięta, nagle skutkiem sporu
O rzecz niewartą szeląga wpadają
W najzapalczywszą ku sobie nieprzyjaźń.
A z drugiej strony najnieubłagańsi
Nieprzyjaciele, którym jadowite
Szepty zawiści i przemyśliwania,
Jakby mógł jeden drugiemu zaszkodzić,
Sen przerywały dla bzdurstwa, o którym
Wspomnieć nie warto, zmieniają się nagle
W najzagorzalszych przyjaciół i ściśle
Jednoczą z sobą byt i całą przyszłość.
Tak się ma właśnie ze mną: nienawidzę
Miejsc mych rodzinnych, a kocham to miasto,
Którego dotąd byłem wrogiem. Wnijdźmy201,
Zabijeli202 mnie, sprawiedliwie zrobi;
Zostawili203 mnie przy życiu, wyświadczę
Przysługi jego ojczyźnie.
Wychodzi.
SCENA PIĄTA
Tamże. Sala w domu Aufidiusza.
Muzyka z zewnątrz. Jeden z miejscowych sług wchodzi.
PIERWSZY SŁUGA
Wina, wina, wina! Cóż to za usługa, czy nasi ludzie posnęli?
Drugi sługa wchodzi.
DRUGI SŁUGA
Gdzie Kotus? Pan go woła. Kotusie!
Koriolan wchodzi.
KORIOLAN
Piękny dom, miły zapach uczty wonie,
Lecz jam do gościa niepodobny.
Pierwszy sługa wraca.
PIERWSZY SŁUGA
Czego chcesz, przyjacielu? Skąd jesteś? Nie ma tu miejsca dla ciebie, proszę cię, wyjdź za drzwi.
Wychodzi.
KORIOLAN
Nie zasłużyłem na lepsze przyjęcie,
Będąc, czym jestem.
Wchodzi Drugi sługa.
DRUGI SŁUGA
Skąd waść? Czy odźwierny ma oczy z tyłu, że wpuszcza takie figury? Wynoś się, skąd przyszedłeś.
KORIOLAN
Precz!
DRUGI SŁUGA
Precz? Ty sam precz!
KORIOLAN
Jesteś naprzykrzony.
DRUGI SŁUGA
Jaki mi zuch! Zaraz ci lepiej rzecz przełożę.
Wchodzi Trzeci sługa. Pierwszy spotyka się z nim.
TRZECI SŁUGA
Co to za człowiek?
PIERWSZY SŁUGA
Oryginał, jakiego nie widziałem, nie mogę się go pozbyć z domu; poproś no tu naszego pana.
TRZECI SŁUGA
Po coś tu przyszedł, człowieku? Radzę ci, nie zawadzaj tu dłużej.
KORIOLAN
Pozwólcie mi tu stać, moi panowie,
Nie zrobię krzywdy waszemu ognisku.
TRZECI SŁUGA
Któż waść jesteś?
KORIOLAN
Szlachcic.
TRZECI SŁUGA
Podupadły, widać.
KORIOLAN
W istocie, podupadły.
TRZECI SŁUGA
Proszę cię, mój podupadły szlachcicu, obierz sobie inne stanowisko; tu nie ma miejsca dla waszmości, wynoś się, pókiś cały!
KORIOLAN
Precz, drabie! pilnuj twego obowiązku i idź się napaść szczątkami biesiady.
Odtrąca go.
TRZECI SŁUGA
Cóż to? Nie chcesz? Idź no, kamracie, donieś panu, jakiego tu ma gościa.
DRUGI SŁUGA
Zaraz to zrobię.
Wychodzi.
TRZECI SŁUGA
Gdzie mieszkasz?
KORIOLAN
Pod stropem.
TRZECI SŁUGA
Jakim?
KORIOLAN
Niebieskim.
TRZECI SŁUGA
Pod stropem niebieskim?
KORIOLAN
Wzdyć tak.
TRZECI SŁUGA
Gdzież jest ten strop?
KORIOLAN
W mieście wron i kawek.
TRZECI SŁUGA
W mieście wron i kawek? Patrzcie, co to za osioł! To mieszkasz i z gawronami?
KORIOLAN
Nie, nie jestem przecie sługą twego pana.
TRZECI SŁUGA
Mojego pana śmiesz zaczepiać?
KORIOLAN
Patrz, żebym twojej pani nie zaczepił;
Dość tego: weź blat204 pod pachę i ruszaj!
Wypędza go.
Aufidiusz wchodzi z Drugim sługą.
AUFIDIUSZ
Gdzie jest ten człowiek?
DRUGI SŁUGA
Tu, panie: byłbym go wypchnął jak psa, gdybym się nie był obawiał harmideru narobić w pobliskości panów.
AUFIDIUSZ
Skąd jesteś? Czego chcesz? Jak się nazywasz?
Czemu nie mówisz? Odpowiadaj, jak się
Nazywasz?
KORIOLAN
odsłaniając się
Jeśliś mnie jeszcze nie poznał,
Tullusie, jeśli ci widok mej twarzy
Nie mówi głośno, kim jestem, zaprawdę,
Muszę ci moje wymienić nazwisko.
AUFIDIUSZ
Wymień je.
Słudzy oddalają się w głąb sceny.
KORIOLAN
Jest to nazwisko niedźwięczne
Dla ucha Wolsków, twarde i rażące
Dla twego.
AUFIDIUSZ
Wymień je. Masz postać groźną,
W twarzy twej jest coś rozkazującego;
A choć pokrowiec twe podarte, widno205,
Że się szlachetny pod nim sprzęt ukrywa.
Jak się nazywasz?
KORIOLAN
Przygotuj się zmarszczyć
Czoło. Jeszcze mnie teraz nie poznajesz?
AUFIDIUSZ
Nie, nie poznaję cię. Jak się nazywasz?
KORIOLAN
Nazwisko moje, Tullusie, jest Marcjusz.
Jam to ów Kajus Marcjusz, który Wolskom,
A w szczególności tobie, tyle ciężkich
Krzywd i klęsk zadał, na poparcie czego
Posłużyć może nazwa Koriolana,
Którą mi dano. W nagrodę przebytych
Mozolnych trudów, srogich niebezpieczeństw
I krwi przelanej za niewdzięczną ziemię
Zyskałem tylko ten przydomek: hasło
Twej sprawiedliwej ku mnie nienawiści.
Krom206 tego miana nic mi nie zostało.
Dzikość i zawiść ludu, ośmielona
Ustąpieniami chwiejącej się szlachty,
Niedbałej o mnie, pochłonęła resztę
I przyprawiła mnie o to, żem został
Przez niewolniczą hałastrę sromotnie
Wygnany z Rzymu. Ta to ostateczność
Sprowadza mnie dziś do twego ogniska.
Nie myśl, ażebym łudził się nadzieją,
Że mi zachowasz życie; gdybym bowiem
Lękał się śmierci, nikogo bym pewnie
Na całym świecie nie unikał bardziej
Niż ciebie. Staję tu nie w innym celu,
Jeno ażebym się skwitował207 z tymi,
Co mnie skrzywdzili. Jeżeli więc w sercu
Żywisz gniew, który by rad odwetować
Własne twe krzywdy i zabliźnić rany
Twojego kraju, masz sposobność. Przybierz
Moją niedolę w pomoc doli twojej
I użyj zemsty mojej za narzędzie
Twojej korzyści; będę bowiem walczył
Przeciwko mojej skażonej ojczyźnie
Z całą wściekłością podziemnych zastępów.
Jeżeli ci to jednak nie dogadza,
Jeżeli syty walk i znojów nie chcesz
Dalej próbować szczęścia, w takim razie
Krótko rzecz możesz skończyć. Syty życia,
Chętnie ci głowę podaję pod topór,
Weź ją jak swoją, zmyj dawne urazy.
Niedorzecznością byłoby z twej strony
Nie wziąć jej, bacząc, żem cię od tak dawna
Z zawziętą ścigał nienawiścią, z piersi
Ojczyzny twojej beczki krwi wytoczył,
Żyć bym mógł jeno ku twemu wstydowi,
Jeślibym nie mógł żyć ku wyświadczeniu
Przysług twej sprawie.
AUFIDIUSZ
O Marcjuszu, każde
Z twych słów wyrwało z serca mego korzeń
Dawnej niechęci. Choćby mi sam Jowisz
Z głębi chmur boskie obwieszczając rzeczy
Powiedział: „Tak jest”, nie dałbym mu większej
Wiary niż tobie, szlachetny Marcjuszu.
Pozwól mi objąć ramieniem to ciało,
O które tylekroć razy miotałem
Mą jesionową włócznię, aż jej drzazgi
Lecące w górę zaćmiewały księżyc.
Oto rękojeść miecza obejmując,
Zobowiązuję się równie żarliwym
Współzawodnikiem twoim być w przyjaźni,
Jak mnie nim w boju znajdowałeś, kiedym
Zajrząc208 ci sławy, występował na harc
Doświadczać twego męstwa. Wiedz nasamprzód,
Żem kochał dziewkę, którąm wziął za żonę.
Żaden miłośnik nie wzdychał serdeczniej;
Lecz teraz widząc tu ciebie, cny mężu,
Radośniej skacze mi serce niż wówczas,
Kiedym małżonkę moją po raz pierwszy
Ujrzał wchodzącą w me progi. Tak, Marsie!
A teraz dowiedz się, żeśmy na nowo
Zebrali siły. Zakładałem sobie
Raz jeszcze zmierzyć się z tobą i albo
Tobie odrąbać tarczę od ramienia,
Albo dać sobie odciąć ramię. Tyś mnie
Dwanaście razy pokonał, za każdym
Co noc marzyłem o spotkaniach z tobą.
Stałeś przede mną we śnie, walczyliśmy,
Gruchotaliśmy sobie wzajem hełmy,
Chwytaliśmy się oburącz za gardło,
I przebudzałem się martwy z rozpaczy,
Że to był tylko sen. O tak, Marcjuszu,
Choćbyśmy żadnych zajść nie mieli z Rzymem,
Żadnych do niego uraz, za to jedno,
Że ciebie wygnał, wielki bohaterze,
Podnieślibyśmy całą naszą ludność
Od lat dwunastu do siedemdziesięciu
I jako wrzący potok wlelibyśmy
Żar wojny w wnętrze niewdzięcznego kraju.
Pójdź, pójdź i w dowód przyjacielskich uczuć
Uściśnij ręce naszym senatorom,
Którzy mnie przyszli pożegnać; nie później
Bowiem jak jutro zamierzam się rzucić
Na posiadłości wasze, choć nie zaraz
Na samo miasto.
KORIOLAN
Wspierajcie mnie bogi!
AUFIDIUSZ
Jeżeli zatem chcesz, dostojny mężu,
Sam sprawą zemsty twej kierować, przyjmij
Połowę mojej władzy i postanów —
Ile że jesteś bieglejszy w rzemiośle
I bliżej zdolny ocenić silniejszą
I słabszą stronę twej ziemi — którędy
Mamy się udać i od czego zacząć:
Czy zaraz do bram Rzymu zakołatać,
Czy postrach rzucić, zanim ich zniszczymy,
Pohulać pierwej w dalszych okolicach.
Ale pójdź; pozwól, bym się przede wszystkim
Przedstawił moim gościom, którzy z góry
Na każde twoje zgodzą się żądanie.
Witaj po tysiąc razy! Nigdyś nie był
Nieprzyjacielem naszym w takim stopniu,
Jak teraz jesteś przyjacielem, mimo
Żeś niepoślednio był tym pierwszym. Podaj
Mi rękę! Niechaj się święci ta chwila,
W której cię mogę nazwać gościem moim.
Wychodzą Koriolan i Aufidiusz.
Słudzy zbliżają się.
PIERWSZY SŁUGA
Szczególne się rzeczy dzieją.
DRUGI SŁUGA
Świerzbiało mnie coś, żeby go poczęstować lagą, a jednak coś mi szeptało, że jego ubiór fałszywie mówi o jego osobie.
PIERWSZY SŁUGA
Cóż to on ma za rękę! Zakręcił mną w dwóch palcach jak ten, co frygę209 puszcza.
DRUGI SŁUGA
Wyczytałem mu ja z oczu, że w nim jest coś; miał on widocznie w twarzy coś takiego — nie wiem, jakby to powiedzieć.
PIERWSZY SŁUGA
W istocie, miał coś takiego, jak gdyby — niech mnie kaci porwą, jeżelim zaraz nie pomyślał — że w nim jest coś więcej, niż myślałem.
DRUGI SŁUGA
Dalipan210, i ja to samo; po prostu mówiąc, nie ma na świecie równego mu człowieka.
PIERWSZY SŁUGA
I ja tak sądzę, ani większego żołnierza, chyba tylko jeden.
DRUGI SŁUGA
Kto, nasz pan?
PIERWSZY SŁUGA
Ani mowy o tym.
DRUGI SŁUGA
On wart sześciu takich.
PIERWSZY SŁUGA
Ejże, chyba nie tyle, ale że większy żołnierz, to pewna211.
DRUGI SŁUGA
Prawdę powiedziawszy, nie wysłowię, jakby to można wyrazić, jednakże nasz wódz jedyny jest do obrony miasta.
PIERWSZY SŁUGA
Ba, i do szturmu.
Wchodzi Trzeci sługa.
TRZECI SŁUGA
O mazgaje, o niedołęgi, wiecie, co wam powiem?
PIERWSZY I DRUGI SŁUGA
Co, co, co? Co takiego? Mów.
TRZECI SŁUGA
Nie chciałbym być Rzymianinem za nic w świecie, na jedno by mi wyszło być zbrodniarzem, co go na śmierć wiodą.
PIERWSZY I DRUGI SŁUGA
Dlaczegóż to? Dlaczego?
TRZECI SŁUGA
Dlaczego? A toć to jest ten, co tyle razy na kwaśne jabłko zbił naszego wodza — Kajus Marcjusz.
PIERWSZY SŁUGA
Na kwaśne jabłko naszego wodza?
TRZECI SŁUGA
Co tam kwaśne jabłko, ale że go nieraz pobił, to pewna.
DRUGI SŁUGA
Dajcie pokój, jesteśmy zgodni kamraci i dobrzy przyjaciele, stał on mu zawsze kością w gardle, sam to słyszałem z jego ust.
PIERWSZY SŁUGA
Prawdę mówiąc, dał on mu się nieraz we znaki. Pod Koriolami, na przykład, popłatał go i pokiereszował jak pieczeń.
DRUGI SŁUGA
Gdyby miał ludożerczą naturę, byłby go był upiekł i pożarł.
PIERWSZY SŁUGA
Cóż nam więcej powiesz?
TRZECI SŁUGA
Na rękach go tam noszą, jak gdyby był rodzonym synem i dziedzicem Marsa; sadowią go na najpierwszym miejscu przy sobie; senatorowie za lada słowem uniżają przed nim łysiny; sam nas wódz nadskakuje mu jak gach212 w zalotach, błogosławi go ręką i z wytrzeszczonym białkiem stoi na czatach jego słów. Ale esencją moich nowin jest to, że nasz wódz rozpadł się na dwie części i że jest tylko połową tego, czym był wczoraj, bo tamten zabrał drugą połowę na prośby i za zgodą całej kompanii. Powiada, że pójdzie natrzeć uszu tym, co bram Rzymu strzegą, że wszystko skosi przed sobą i wolną sobie utoruje drogę.
DRUGI SŁUGA
Bardzo on do tego podobny. Nie wyobrażam sobie człowieka, któremu by bardziej coś takiego z oczu patrzało. Jak powiedział, tak zrobi.
TRZECI SŁUGA
Nie ma kwestii, że zrobi; bo trzeba wam wiedzieć, moi panowie, że tyluż ma przyjaciół, co i nieprzyjaciół, tylko że owi przyjaciele, mówiąc między nami, nie śmią, widzicie, pokazać się, że tak powiem, jego przyjaciółmi, dopóki jest dyskredowany213.
PIERWSZY SŁUGA
Dyskredowany! Co to znaczy?
TRZECI SŁUGA
Ale skoro zobaczą, że mu się grzebień podniósł i że mu krew nie skrzepła, powyłażą z kryjówek jak króliki po deszczu i skakać zaczną wkoło niego.
PIERWSZY SŁUGA
Rychłoż rozpocznie działanie?
TRZECI SŁUGA
Jutro, dziś, teraz, zaraz. Usłyszycie kotły dziś jeszcze po południu, będzie to niejako na wety214; nie otrą ust, a już hasło zabrzmi.
DRUGI SŁUGA
Tak więc świat znowu się rozrucha. Pokój na to jest tylko, żeby żelazo rdzewiało, żeby się krawcy mnożyli i fabrykanci rymów.
PIERWSZY SŁUGA
Bodaj to wojna, i ja mówię; ona a pokój to tak jak dzień i noc, rześko na niej, ruchawo, głośno i swobodnie. A pokój to prawdziwy letarg, paraliż: ckliwy, głuchy, ospały, nieczuły, i więcej płodzi bękartów, niż wojna zabija ludzi.
DRUGI SŁUGA
Tak, tak, i jeżeli wojna pod pewnym względem może się zwać gwałcicielem, to niezaprzeczenie pokój śmiało można nazwać przyprawiaczem rogów.
PIERWSZY SŁUGA
I przyprawiaczem ludzi o to, że jedni drugich nienawidzą.
TRZECI SŁUGA
Racja zaś w tym, że wtedy mniej potrzebują jedni drugich. Niech więc żyje wojna! Kładę mieszek w zakład, że wkrótce Rzymianie tak będą tani jak Wolskowie! Wstają od stołu, wstają od stołu!
WSZYSCY TRZEJ
Śpieszmy, śpieszmy, śpieszmy!
Wybiegają.
SCENA SZÓSTA
Rzym. Plac publiczny.
Wchodzą Sycyniusz i Brutus.
SYCYNIUSZ
Nic coś nie słychać o nim, w każdym razie
Nie mamy się go potrzeby obawiać.
Pokój obecny i spokojność ludu,
Który niedawno jeszcze tak się burzył,
Bezsilnym czynią wszelki jego zamach.
Świat idzie swoim trybem na przekorę
Jego stronnikom, którzy by woleli,
Aczkolwiek może z własną swoją szkodą,
Widzieć wichrzące po ulicach tłumy
Niżeli cichą czynność rzemieślnika
Śpiewającego przy pracy i raźnie
Zwijającego się koło warsztatu.
Wchodzi Meneniusz.
BRUTUS
W poręśmy wzięli się do rzeczy. Wszak to
Meneniusz.
SYCYNIUSZ
On sam. Od pewnego czasu
Wygrzeczniał stary! Witaj, panie.
MENENIUSZ
Witam
Waszmościów.
SYCYNIUSZ
Ten wasz Koriolan niewielką
Jakoś po sobie próżnię pozostawił,
Chybaby może między przyjaciółmi.
Rzeczpospolita stoi i będzie,
Choćby się nie wiem jak zżymał.
MENENIUSZ
Tak, jak jest, dobrze jest, byłoby jednak
Nierównie lepiej, gdyby był miał władzę
Nad sobą.
SYCYNIUSZ
Gdzież on się teraz obraca?
Nie słyszeliście nic?
MENENIUSZ
Nic nie słyszałem.
I jego matka, jego żona także
Nic nie słyszały.
Wchodzi trzech czy czterech obywateli.
OBYWATELE
Niech wam bogowie płacą!
SYCYNIUSZ
Dobry wieczór,
Sąsiedzi.
BRUTUS
Dobry wieczór, dobry wieczór.
PIERWSZY OBYWATEL
Powinniśmy się z żonami i z dziećmi
Na klęczkach dzień w dzień modlić za was.
SYCYNIUSZ
Żyjcie
I prosperujcie!
BRUTUS
Bądźcie zdrowi. Gdyby
Was był Koriolan tak jak my miłował!
OBYWATELE
Poruczamy was bogom.
OBAJ TRYBUNOWIE
Bądźcie zdrowi.
Wychodzą obywatele.
SYCYNIUSZ
Lepsze to dzisiaj czasy i weselsze
Niż owe, kiedy ciż sami ludziska
Biegali, „gwałtu!” krzycząc.
BRUTUS
Kajus Marcjusz
Niepospolitym, prawda, był żołnierzem,
Ale zuchwałym nad wszelkie pojęcie,
Dumnym, wyniosłym, samolubnym.
SYCYNIUSZ
Pełnym
Uzurpatorskich uroszczeń.
MENENIUSZ
Nie sądzę.
SYCYNIUSZ
Bylibyśmy się o tym przekonali,
Niech no by tylko był został konsulem.
BRUTUS
Bogowie strzegli nas i uchronili
Rzym od tyranii.
Wchodzi Edyl.
EDYL
Cześć wam, trybunowie.
Jakiś niewolnik przytrzymany przez nas
Wskutek badania zeznał, że Wolskowie
Dwoma wojskami wtargnęli w granice
Rzymu i z wściekłą zawziętością niszczą,
Co tylko im się nawinie.
MENENIUSZ
Aufidiusz
Nie traci czasu, widzę. Usłyszawszy
O oddaleniu Marcjusza, na nowo
Wystawia rogi, które, przytulone
W skorupie, ruszyć się z miejsca nie śmiały,
Dopóki Marcjusz bronił Rzymu.
SYCYNIUSZ
Co tam
Waszmość nam prawisz o Marcjuszu?
BRUTUS
Każcie
Wychłostać tego rozsiewacza bajek.
To być nie może, Wolskowie by z nami
Nie śmieli zerwać.
MENENIUSZ
Nie śmieliby zerwać?
To być nie może? Że może być, mamy
Przykłady, ja sam trzy razy widziałem
Coś podobnego. Zanim ukarzecie
Tego człowieka, dowiedzcie się wprzódy,
Skąd on zaczerpnął tę wieść, moglibyście
Go bowiem skrzywdzić, jeżeli rzetelną
Prawdę podając, uprzedził was o tym,
Co nam istotnie grozi.
SYCYNIUSZ
Przestań waćpan.
To być nie może.
BRUTUS
To bajka wierutna.
Wchodzi Goniec.
GONIEC
Szlachta w największym poruszeniu spieszy
Do sali obrad, doszła ją wiadomość
Przerażająca.
SYCYNIUSZ
To ten pies niewolnik.
Wysypcie mu sto plag215 na środku rynku,
On to narobił tego swym zeznaniem!
On to.
GONIEC
Zeznanie tego niewolnika
Sprawdza się, panie; oprócz tego chodzi
Straszniejsza jeszcze wieść.
SYCYNIUSZ
Jeszcze straszniejsza?
GONIEC
Dość głośno mówią (o ile to prawda,
Nie wiem), że Kajus Marcjusz w połączeniu
Z Aufidiuszem znaczne wojska wiedzie
Przeciw Rzymowi i przysięga zemstę
Tak wielką, jak jest wielki przeciąg czasu
Między najmłodszym a najstarszym wiekiem.
SYCYNIUSZ
Niepodobnego w tym nic nie ma.
BRUTUS
Jest to
Po prostu wymysł, dążący do tego,
Ażeby słabsi ludzie zapragnęli
Mieć znów Marcjusza w Rzymie.
SYCYNIUSZ
Próżny fortel.
MENENIUSZ
Nie ma w tym ani cienia podobieństwa,
On i Aufidiusz tak się z sobą zgodzą
Jak najsprzeczniejsze żywioły.
Wchodzi Drugi goniec.
GONIEC
Panowie!
Senat was wzywa: masy wojsk pod wodzą
Kaja Marcjusza i Aufidiusza
Pustoszą naszą ziemię, już zajęły
Znaczną część kraju, spaliwszy i wziąwszy,
Co im stanęło na drodze.
Wchodzi Kominiusz.
KOMINIUSZ
Cieszcie się z swego dzieła!
MENENIUSZ
Cóż się stało?
KOMINIUSZ
Dopomogliście gwałcić córy wasze,
Dopomogliście, żeby wam na głowy
Dachy zrzucano, żeby wam pod nosem
Żony hańbiono!
MENENIUSZ
Nieba! Cóż się stało?
KOMINIUSZ
Żeby świątynie wasze do ostatniej
Cegły runęły i owe swobody,
O które tak wam chodziło, zmalały
I znikczemniały tak, iżby je można
W najlichszą dziurę wsadzić.
MENENIUSZ
Cóż się stało?
Piękneście dzieło osnuli. Na bogi,
Mów, co się stało? Jeżeliby Marcjusz
Miał się połączyć z Wolskami...
KOMINIUSZ
Jeżeli!
On jest bożyszczem ich, jest dla nich jakimś
Wyższym jestestwem, które nie natura
Wydała, ale jakieś inne bóstwo
Z lepszego ludzi lejące metalu.
Prowadzi ich, jak chce, a oni idą
W trop za nim przeciw nam, frycom216, tak ufnie
Jak chłopcy, co za motylami gonią,
Lub jak rzeźnicy idący na szlachtuz217
Muchy zabijać.
MENENIUSZ
Oto wasze dzieło,
Wasze i waszej fartuchowej zgrai.
Otóż to skutek waszego wspólnictwa
Z tymi, co mają powalane łapy,
A dech cuchnący czosnkiem.
KOMINIUSZ
On wam strząśnie
Rzym na kark.
MENENIUSZ
Tak jak Herkules trząsł z drzewa
Dojrzały owoc.218 Piękneście nam żniwo
Zasieli!
BRUTUS
Ale czy to tylko prawda?
KOMINIUSZ
Czy prawda? Prędzej zbledniecie jak trupy,
Niż się dowiecie o czym innym. Wszystkie
Powiaty rokosz podnoszą radośnie.
Kto się opiera odważnym szaleństwem,
Śmiech tylko wzbudza i pada ofiarą
Głupiej stałości. Można mu to zganić?
Wy sami łącznie z wrogami waszymi
Musicie przyznać mu słuszność.
MENENIUSZ
Jedynie
Jego wspaniałość219 może nas ocalić.
KOMINIUSZ
I któż go o nią poprosi? Trybunom
Wstyd nie otworzy ust, lud zasługuje
Na jego litość tak jak wilk na litość
Owczarza, jego przyjaciele także
Nie mogą się z tym odezwać, bo gdyby
Mu powiedzieli: „Oszczędź Rzym”, podobną
Niesprawiedliwość by mu wyrządzili,
Jak ci, co jego ściągnęli nienawiść,
I okazaliby się przez to jego
Nieprzyjaciółmi.
MENENIUSZ
Niestety, to prawda!
Gdybym go widział podpalającego
Mój dom, nie miałbym czoła220 mu powiedzieć:
„Folguj”221. Pięknieście nas wykierowali,
Trzymając z stekiem partaczów! Piękneście
Spartali dzieło!
KOMINIUSZ
Wyście to przywiedli
Rzym o wstrząśnienie, któremu zaradzić
Niepodobieństwem222 jest prawie.
TRYBUNOWIE
Nie mówcie,
Że to my.
MENENIUSZ
Nie wy! Któż więc? Może senat?
Myśmy sprzyjali mu, ale jak bydło
Rozbrataliśmy szlachetność z szlachectwem,
Ustąpiwszy wam i dawszy go z miasta
Wysykać waszym szczekaczom.
KOMINIUSZ
Zawyją
Oni wnet za nim. Tullus Aufidiusz,
Pierwszy mąż po nim, słucha jego skinień,
Jak gdyby jego był podwładnym. Rozpacz
Jedyną tarczą jest, jedyną siłą,
Jaką im możem przeciwstawić.
Wchodzi gromada obywateli.
MENENIUSZ
Oto
Szanowna gawiedź. Aufidiusz jest tedy
Z nim razem? Wyście to zapowietrzyli
Rzym, podrzucając swoje przepocone,
Plugawe czapki, wtenczas gdy Koriolan
Szedł na wygnanie. Zbliża się on teraz,
A każdy włos tych, co mu towarzyszą,
Biczem jest na was. Ilu niedołęgów
Rzucało czapki, tylu głąbów gardłem
Zapłaci za głos, co im wyszedł z gardła.
Nie ma co mówić; chociażby nas wszystkich
Spalił na węgiel, jeszcze by miał słuszność.
OBYWATELE
Straszne nas rzeczy dochodzą.
PIERWSZY OBYWATEL
Co do mnie,
Kiedy mówiłem: „Wygnać go”, mówiłem
Także, że szkoda by go było wygnać.
DRUGI OBYWATEL
I ja także.
TRZECI OBYWATEL
I ja także, i prawdę mówiąc, wielu z nas tak samo mówiło. Cokolwiek zrobiliśmy, zrobiliśmy w najlepszej myśli; i chociażeśmy dobrowolnie zgodzili się, żeby go wygnać, stało się to jednak mimo woli naszej.
KOMINIUSZ
Poczciwe dusze z was!
MENENIUSZ
Nawarzyliście
Kwaśnego piwa, wypijcież je teraz.
Udamy się na Kapitol?
KOMINIUSZ
A jakże,
Tam przede wszystkim.
Wychodzą Kominiusz i Meneniusz.
SYCYNIUSZ
Wracajcie do domów,
Nie przypuszczajcie obawy: to klika;
Oni by radzi, żeby było prawdą
To, co na pozór tak ich trwoży! Idźcie,
Idźcie do domów i nie okazujcie
Najmniejszej trwogi.
PIERWSZY OBYWATEL
Niech się bogowie nad nami zmiłują! Chodźcie, bracia, wracajmy do domów. Ja zawsze mówiłem, żeśmy nie mieli racji go wypędzać.
DRUGI OBYWATEL
Wszyscyśmy to mówili. Cóż robić! Wracajmy do domów.
Wychodzą obywatele.
BRUTUS
Nie podobają mi się te nowiny.
SYCYNIUSZ
I mnie tak samo.
BRUTUS
Idźmy na Kapitol.
Chętnie bym oddał połowę fortuny,
Żeby to było bajką.
SYCYNIUSZ
Idźmy, idźmy.
Wychodzą.
SCENA SIÓDMA
Obóz w niewielkiej odległości od Rzymu.
Wchodzi Aufidiusz z swym Powiernikiem.
AUFIDIUSZ
Czy jeszcze wszystko bije czołem temu
Rzymianinowi?
POWIERNIK
Nie pojmuję, jaką
Moc czarodziejską posiada ten człowiek:
On staje naszym żołnierzom za przedmiot
Modłów przed stołem, rozmów w czasie jadła,
Podzięk przy końcu biesiad; ty zaś, panie,
Bledniesz nieznacznie223 w oczach własnych ludzi.
AUFIDIUSZ
Nie mogę temu na teraz zaradzić,
Bo przedsiębiorąc coś przeciwko temu,
Zwichnąłbym nasze plany. Takiej dumy,
Jakiej sam teraz od niego doświadczam,
Nie przypuszczałem: mianowicie wtenczas,
Kiedym mu moje otwierał objęcia.
Natura jego niepoprawna; darmo,
Trzeba zabaczać224 i znosić to, czego
Zmienić nie można.
POWIERNIK
Wolałbym był jednak
(Dla twego dobra, panie), żebyś nie był
Dzielił z nim władzy, lecz żebyś albo
Na siebie przyjął cały onej ciężar,
Albo zupełnie jemu go zostawił.
AUFIDIUSZ
Zrozumiałem cię dobrze i bądź pewny,
Że skoro przyjdzie z nim do porachunku,
Będę mu takie mógł stawić zarzuty,
Jakich się ani domyśla. Na pozór
Zdaje się wprawdzie, i on sam rozumie,
Że dobrze rzeczy prowadzi, że cały
Wylany225 jest dla sprawy Wolsków. Walczy
Jak smok i ledwie miecz z pochwy dobędzie,
Jużci i pobił; jest jednak coś, czego
Jeszcze nie zrobił; coś, co albo jemu
Kark skręci, albo mój na szwank narazi,
Jeżeli kiedy przyjdzie między nami
Do porachunku.
POWIERNIK
Rozumieszli, panie,
Że on zdobędzie Rzym?
AUFIDIUSZ
Wszystkie obronne
Miejsca poddają mu się bez oporu
I szlachta rzymska trzyma jego stronę;
Senatorowie i patrycjusze
Także są za nim: trybunowie — zera
W sprawie wojennej; a lud ich zarówno
Pochopny będzie wezwać go na powrót,
Jak był skwapliwy wygnać go. Ja mniemam,
Że Rzym tym będzie dla niego, czym ryby
Są dla morskiego orła, który one
Porywa mocą naturalnej władzy.
Służył on zrazu zaszczytnie Rzymowi,
Ale nie umiał z jednostajnym zawsze
Umiarkowaniem piastować zaszczytów.
Czyli226 to była duma, nazbyt często
Pociągająca szczęśliwych za metę
Danej im doli, czyli brak zdrowego
Rozsądku w trafnym użyciu wypadków,
Których był panem, czy wreszcie natura,
Która nie dając mu być tym, czym nie był,
Nie pozwoliła mu twardego hełmu
Złożyć na miękkim krześle i szeptała,
Że surowością równie dobrze można
W pokoju rządzić jak na wojnie. Mniejsza
Czy to, czy owo, dosyć, że coś z tego
(Bo on wszystkiego tego ma po trochu,
Po trochu, mówię; nie powiem, że wszystko),
Dość, że coś z tego zrobiło go strasznym,
Znienawidzonym, a wreszcie wygnańcem.
Zasługi jego same się zabiły
Tym, że za bardzo wychodziły na wierzch.
Niezaprzeczenie cnoty nasze leżą
W opinii świata; wszelka zaś potęga,
Jakkolwiek w sobie chwalebna, znajduje
Grób na mównicy, z której siebie chwali.
Płomień ruguje płomień, falę fala.
Prawo praw, siła sił budowę zwala.
Idźmy, Marcjuszu, jeśli Rzym posiędziesz,
Biada ci wtedy; bo wnet moim będziesz.
Wychodzą.
AKT PIĄTY
SCENA PIERWSZA
Rzym. Plac publiczny.
Wchodzi Meneniusz, Kominiusz, Sycyniusz, Brutus i inni.
MENENIUSZ
Nie, ja nie pójdę; słyszeliście sami,
Co mówił dawny wódz jego, któremu
On tak był drogi. On mnie wprawdzie kiedyś
Ojcem nazywał, ale cóż stąd? Wyście
Go wypędzili, wy idźcie do niego;
Idźcie na milę przed jego namiotem
Paść na kolana i na klęczkach pełzać,
Żebrając227 jego przebaczenia. Kiedy
On Kominiusza wzbraniał się wysłuchać,
Ja ani kroku nie zrobię.
KOMINIUSZ
Nie chciał mnie poznać nawet.
MENENIUSZ
Czy słyszycie?
KOMINIUSZ
Raz mnie jednakże nazwał po imieniu:
Zakląłem go na dawne nasze związki,
Na krew, którąśmy przelewali razem,
Ale on głuchy był na te zaklęcia.
Zaparł się wszelkich nazw dotychczasowych;
Powiedział, że jest czymś nieokreślonym,
Czymś bezimiennym, że sobie dopiero
Zamierza ukuć nazwisko w płomieniach
Palącego się Rzymu.
MENENIUSZ
Cóż wy na to?
Pięknychście rzeczy narobili; to mi
Para trybunów, co się przez patriotyzm
Starała o to, żeby w Rzymie węgle
Staniały. Będą wam pomniki stawiać.
KOMINIUSZ
Napomknąłem mu, jaką by to było
Monarchy godną wspaniałomyślnością
Przebaczyć tam, gdzie ani śmią rachować228
Na przebaczenie; a on odpowiedział,
Że to jest śmieszna rzecz, aby karzący
Ukaranego o łaskę prosili.
MENENIUSZ
Wybornie; mógłże powiedzieć inaczej?
KOMINIUSZ
Usiłowałem obudzić w nim czułość
Na dolę jego prywatnych przyjaciół.
Odrzekł mi na to, że trudno mu zdrową
Słomę wybierać ze stosu zepsutej,
Zbutwiałej mierzwy; że gwoli229 jednego
Albo dwóch biednych ziarn, byłoby głupstwem
Nie puszczać z dymem barłogu i wąchać
Coś, co obraża nos.
MENENIUSZ
Gwoli jednego
Albo dwóch biednych ziarn? Ja, jego matka,
Żona, syn, nawet ten szanowny człowiek,
Jesteśmy biedne ziarna; wy jesteście
Zbutwiałą mierzwą, której odór bije
Nad księżyc; dla was wszyscy musim spłonąć.
SYCYNIUSZ
Nie, nie, uspokój się, panie. Jeżeli
Nam odmawiacie pomocy w tej nigdy
Nieprzewidzianej toni, nie zwalajcie
Na nas przynajmniej całej winy. Pewni
Jesteśmy jednak, że gdybyście chcieli
W tej opłakanej odezwać się sprawie,
Głos wasz dopomógłby ojczyźnie bardziej
Niż wszelkie wojska, które byśmy mogli
Zebrać naprędce.
MENENIUSZ
Nie, nie chcę się wcale
W to mieszać.....
SYCYNIUSZ
Błagam was, pójdźcie do niego.
MENENIUSZ
Po cóż ja tam mam pójść?
BRUTUS
Po to jedynie,
Żeby spróbować, co wpływ wasz u niego
Wskórać potrafi dla zbawienia Rzymu.
MENENIUSZ
A jeśli on mnie tak jak Kominiusza
Z niczym odprawi, to cóż wtedy? Jeśli
Niewysłuchany, obrażony jego
Nieuprzejmością, z kwitkiem do was wrócę,
To i cóż wtedy?
SYCYNIUSZ
Wtedy Rzym wam będzie
Za waszą dobrą chęć obowiązany
Z uwagi, żeście czynili, co mogli,
Dla jego dobra.
MENENIUSZ
Dobrze więc, spróbuję.
Rozumiem, że mnie wysłucha; że jednak
Mógł się oburknąć i zacisnąć zęby,
Kiedy Kominiusz go odwiedził, to mnie
Zbija z terminu230. Snadź wtedy był nieswój,
Musiał być jeszcze przed obiadem. Kiedy
Żyły niepełne, krew w człowieku chłodna,
Zrzędni jesteśmy i niezdolni baczyć
Ani przebaczyć; kiedy zaś, przeciwnie,
Winem i jadłem dobrze wprzód opatrzym
Owe kanały i dukta231 krwi, wtedy
Wnet nasze dusze giętszymi się stają,
Niż kiedy pościm jak kapłani. Czekać
Więc będę, aż pod dietetycznym względem
Usposobiony będzie odpowiednio;
Wtedy dopiero szturm przypuszczę.
SYCYNIUSZ
Wiecie
Najlepiej, panie, jaką obrać drogę
Do jego serca, i fatyga wasza
Nie może chybić celu.
MENENIUSZ
Na poczciwość,
Zrobię, co mogę, i wkrótce się dowiem,
Jak wiele mogę.
Wychodzi.
KOMINIUSZ
On go nie wysłucha.
SYCYNIUSZ
Nie?
KOMINIUSZ
Nie, powiadam wam. On siedzi w złocie,
Wzrok mu się iskrzy, jakby chciał Rzym spalić,
A litość jego jest spętanym więźniem
Jego urazy. Uklęknąłem przed nim;
Półgębkiem rzekł mi: „Powstań”, i niedbałym
Skinieniem ręki pokazał mi wyjście.
Co postanowił zrobić i od czego
Z mocy przysięgi odstąpić nie może.
W przysłanym liście oznajmił mi potem,
Dodając, iż nam pozostaje tylko
Poddać się jego warunkom.
Jeśli go matka nie zmiękczy i żona,
Które, jak słyszę, mają go pójść błagać
O łaskę, żadnej już nie ma nadziei.
Idźmy więc do nich, panowie, i prośmy,
Aby zabiegi swoje przyspieszyły.
Wychodzą.
SCENA DRUGA
Forpoczty Wolsków przed Rzymem. Warty na posterunkach.
Wchodzi Meneniusz.
PIERWSZY WARTOWNIK
Stój! Skąd?
DRUGI WARTOWNIK
Stój! Nazad!
MENENIUSZ
Pełnicie służbę po ludzku, to dobrze;
Ale za wielkim waszym pozwoleniem
Przychodzę tutaj w poselstwie, w poselstwie
Do Koriolana.
PIERWSZY WARTOWNIK
Od kogo?
MENENIUSZ
Od Rzymu.
PIERWSZY WARTOWNIK
Nie przejdziesz, wasze, wracaj, skąd przyszedłeś;
Koriolan nie chce już słyszeć o Rzymie.
DRUGI WARTOWNIK
Prędzej ujrzycie Rzym w płomieniach, niż się
Z nim rozmówicie.
MENENIUSZ
Moi przyjaciele,
Musiał wam pewnie wasz wódz nieraz prawić
O Rzymie i o przyjaciołach, których
W nim pozostawił; można więc sto stawić
Przeciw jednemu, że i moje miano
Was doszło: jestem Meneniusz.
PIERWSZY WARTOWNIK
Być może;
Idź waść zdrów, mości Meneniuszu, siła
Waszego miana nic tu nie poradzi.
MENENIUSZ
Mówię ci przecie, chłopcze, żem przyjaciel
Twojego wodza; żywą byłem księgą
Jego chwalebnych dzieł, w której to księdze
Ludzie czytali szeroko i długo
O jego sławie niezrównanej; bom ja
Moich przyjaciół (których on jest głową)
Zawsze wystawiał w tak korzystnym świetle,
Na jakie tylko prawda bez uszczerbku
Zgodzić się mogła. Ba, czasami nawet
Przeholowałem i chwaląc go, pchnąłem
Prawdę jak kulę po gładkiej płaszczyźnie
Za rzeczywisty jej obręb: dlatego
Musisz mnie puścić, chłopcze.
PIERWSZY WARTOWNIK
Chociażbyś był waszmość tyle kłamstw na jego korzyść powiedział, ileś tu w swoim interesie słów uronił, nie przejdziesz, dalipan, nie przejdziesz; chociażby równy zaszczyt przynosiło kłamać jak żyć poczciwie. Dlatego proszę nazad.
MENENIUSZ
Zważ, mój przyjacielu, że się nazywam Meneniusz; że to nazwisko figurowało zawsze na czele listy przyjaciół twego wodza.
DRUGI WARTOWNIK
Jeżeliś waszmość z przyjaźni ku niemu pełnił urząd kłamcy (jak to sam wyznajesz), ja z mojego urzędu oświadczam ci po prawdzie, że nie przejdziesz. Zawróć się więc i odejdź.
MENENIUSZ
Powiedzcie mi, czy jadł on już obiad? Bo nie chciałbym z nim mówić przed obiadem.
PIERWSZY WARTOWNIK
Jesteś waść Rzymianinem czy nie jesteś?
MENENIUSZ
Jestem nim, tak dobrze jak i wasz wódz.
PIERWSZY WARTOWNIK
Powinien byś więc nienawidzić Rzym, tak jak on go nienawidzi. Jak to? Wyforowaliście232 najdzielniejszego swego obrońcę, w przystępie ślepego szału oddaliście tarczę waszą w ręce nieprzyjaciół i spodziewacie się zakląć jego zemstę babskimi jękami, dziewiczymi załamywaniami rąk i niedołężnymi instancjami233 takiego starca gaduły jak waszmość? Jak wam może przejść przez głowę, żeby tak słaby oddech mógł zdmuchnąć grożący Rzymowi pożar? Mylicie się grubo. Dlatego zawróć się, waszmość, do Rzymu i gotuj się na śmierć wraz z drugimi. Zapadł już dekret na was; przysięga naszego wodza zagradza wam wszelką drogę do frysztu234 i ułaskawienia.
MENENIUSZ
Milcz, drabie; gdyby twój komendant wiedział, że tu jestem, obszedłby się ze mną z uszanowaniem.
DRUGI WARTOWNIK
Idź waść, nasz komendant nie wie nawet, czy waść jesteś na świecie.
MENENIUSZ
Mówię o waszym wodzu.
PIERWSZY WARTOWNIK
Nasz wódz nie troszczy się o waści. Jeszcze raz, odstąp waść, jeżeli nie chcesz, żebym z twojego ciała wyprosił resztę krwi, co się w nim kołacze. Nazad! Oto ostatnie słowo: nazad!
MENENIUSZ
Ależ posłuchaj, posłuchaj.
Wchodzą Koriolan i Aufidiusz.
KORIOLAN
Co się tu dzieje?
MENENIUSZ
Zaraz mi ty inaczej śpiewać będziesz, zuchwały zawalidrogo; dowiesz się, jak się ze mną trzeba obchodzić, i że lada drągal na placówce nie może mi bronić przystępu do mego syna Koriolana. Bacz na rozmowę moją z nim i wnioskuj, ażali235 zasługujesz na szubienicę lub na inny jaki rodzaj śmierci, dłuższy dla widzów i cięższy dla ciebie; słuchaj i truchlej, myśląc, co cię czeka.
obraca się do Koriolana
Niech nieśmiertelni bogowie na nieustającym posiedzeniu radzą o twej prywatnej pomyślności i niech cię miłują, tak jak cię miłuje stary twój przyjaciel Meneniusz! O synu, synu mój! Ty nam pożogę gotujesz; patrz, tu jest woda do ugaszenia jej. Zaledwie mnie nakłoniono, żebym się udał do ciebie, ale przekonany, że oprócz mnie nikt cię nie potrafi wzruszyć, podałem ucho naglącym mnie westchnieniom i oto staję przed tobą: zaklinam cię, przebacz Rzymowi i żebrzącym łaski twej współrodakom. Niech litościwi bogowie ukoją twój gniew i zwrócą szczątki jego na tego tu hultaja, który jak kloc zagradzał mi drogę do ciebie.
KORIOLAN
Precz!
MENENIUSZ
Jak to? Precz?
KORIOLAN
Nie znam cię; nie znam matki, żony, dziecka,
Nikogo. Wszystko, co się mnie dotyczy,
Należy dzisiaj do kogo innego.
Choć zemsta, którą tchnę, moja jest własna,
Jej umorzenie leży w piersiach Wolsków.
Niech raczej czarna niepamięć ze szczętem
Zatrze ślad naszej dawnej zażyłości,
Niżby ją litość miała budzić. Odejdź!
Twardsze są uszy moje dla próśb waszych
Niż bramy wasze dla mojej potęgi.
Ponieważ jednak był czas, żem ci sprzyjał.
Weź to: pisałem to dla ciebie, starcze.
oddaje mu list
I miałem przesłać ci przez gońca. Nie chcę
Z ust twoich słyszeć ani słowa więcej.
Patrz, Aufidiuszu, ten człowiek był pierwszym
Mym przyjacielem w Rzymie: widzisz jednak...
AUFIDIUSZ
Stałość ta czyni ci zaszczyt.
Wychodzą Koriolan i Aufidiusz.
PIERWSZY WARTOWNIK
No i cóż, mości panie, nazywasz się przecie Meneniusz?
DRUGI WARTOWNIK
To istne czarodziejskie słowo. Patrzże teraz, którędy droga do domu.
PIERWSZY WARTOWNIK
Kaducznie nas zmyto za daną waszej wielmożności odprawę.
DRUGI WARTOWNIK
Z jakiegoż to ja powodu mam truchleć, jak waść myślisz?
MENENIUSZ
Mniejsza mi o cały świat, a z nim i o waszego wodza. Co się tyczy takich jak wy istot, o takim drobiazgu ani mi przyjdzie pomyśleć. Kto sam pragnie umrzeć, ten się nie boi śmierci z rąk drugiego. Niech wasz wódz, co chce, robi. Co do was: pchajcie jak najdłużej waszą taczkę i niech się z wiekiem powiększa nędza wasza! Jak mnie powiedziano, tak ja wam powiadam: „Precz!”
Wychodzi.
DRUGI WARTOWNIK
Tęgi starowina, na poczciwość!
PIERWSZY WARTOWNIK
Nasz wódz to mi człowiek! Jak skała, jak dąb niewzruszony wiatrem.
Wychodzą.
SCENA TRZECIA
Namiot Koriolana.
Wchodzą Koriolan, Aufidiusz i inni.
KORIOLAN
Jutro staniemy pod murami Rzymu.
Współtowarzyszu mój w tej sprawie, donieś
Wolscyjskim panom Rady, czy rzetelnie
Zobowiązania mojego dopełniam.
AUFIDIUSZ
W istocie, tylko nasz interes miałeś
Na względzie, głuchy byłeś na wszechstronne
Utyskiwania i błagania Rzymu,
Puściłeś, mimo poszepty236 przyjaciół,
Tych nawet, którzy z pewnością liczyli
Na twą powolność237.
KORIOLAN
Ten starzec, którego
Świeżo z rozdartym sercem odprawiłem,
Kochał mnie bardziej niż ojciec; co mówię,
On mnie ubóstwiał: w istocie ostatnia
Otucha Rzymu na nim polegała.
Okazałem się twardy względem niego,
Przez wzgląd jednakże na dawną z nim przyjaźń,
Choć zachowałem twarz ponurą, srogą,
Podałem jeszcze raz owe warunki,
Które Rzym już był odrzucił, a których
I teraz pewno nie przyjmie, tym bardziej
Że się za jego pośrednictwem większych
Rzeczy spodziewał. Dobrze rzecz zważywszy,
Ustąpiłem z nich nieco. Od tej chwili
Żadne wstawienia, żadne prośby posłów
Ani prywatnych przyjaciół nie znajdą
Do mnie przystępu. Lecz cóż to za hałas?
Hałas za sceną.
Czyliżbym miał być stawiony na próbę
W tej właśnie chwili, kiedy to wyrzekłem?
W żałobnych szatach wchodzi Wirgilia, Wolumnia prowadząca małego Marcjusza za rękę, Waleria i ich orszak.
Małżonka moja idzie przodem, za nią
Szanowna forma, w której to naczynie
Wzięło początek, a obok niej mała
Odrośl jej szczepu. Ale precz czułości!
Pękajcie wszelkie ogniwa natury!
Zakamieniałość niechaj będzie cnotą.
Czymże jest wdzięczna ta pokora albo
Ten wzrok gołębi, który bogów nawet
Może uczynić krzywoprzysięzcami?
Mięknę i czuję się z takiegoż kruszcu
Jak inni. Matka moja chyli czoło,
Jak gdyby Olimp skłaniał się błagalnie
Przed kretowiskiem, a mój mały synek
Ma w twarzy wyraz pojednawczy, którym
Cała natura woła: „Nie odmawiaj!”.
Nie! Niech Wolskowie Rzym zrównają z ziemią,
Niechaj Italię wzdłuż i wszerz rozryją,
Nie będę nigdy tyle dobroduszny,
Iżbym ślepego miał słuchać instynktu.
Nieporuszony stać będę, jak gdybym
Własnym był twórcą i nie miał najmniejszej
Wspólności z ludźmi.
WIRGILIA
Mężu mój i panie!
KORIOLAN
Niestety, inne w Rzymie miałem oczy.
WIRGILIA
Smutek to, panie, który tak nas zmienił,
Nasuwa ci tę myśl.
KORIOLAN
Jak ów zły aktor,
Na samym wstępie zapominam roli
I najsromotniej utykam. Najmilsze
Moje! Przebaczcie mi moją nieczułość,
Ale nie mówcie mi: „Przebacz Rzymianom”.
O, choćby tylko jeden pocałunek,
Długi jak moje wygnanie, a słodki
Jak nasycenie zemsty! Na zazdrosną
Królowę niebios, pocałunek taki
Wziąłem od ciebie, luba, przy rozstaniu.
I wierne usta me w dziewiczym stanie
Zachowały go dotąd. O bogowie!
Ja tu rozprawiam, a najszlachetniejsza
Ze wszystkich matek na tej ziemi jeszcze
Nie powitana. Zniżcie się kolana!
klęka
Okażcie głębszą cześć niż zwykłe hołdy
Niewieścich synów.
WOLUMNIA
Powstań! Mnie to raczej
Na granitowej poduszce wypada
Klęknąć przed tobą i wbrew przyrodzeniu
Cześć ci okazać tak, jak gdybym była
Jakimś obłędnym, pośrednim jestestwem
Pomiędzy dzieckiem a matką.
Klęka.
KORIOLAN
Ty klękasz?
Przede mną? Przed twym zawstydzonym synem?
Niechże więc lichy żwir z wyschłego brzegu
Bije o gwiazdy, niech szalony wicher
Dumnymi cedry miota o tarcz słońca,
Niepodobieństwo mieniąc w rzeczywistość
I niemożebność w czyn.
WOLUMNIA
Tyś mój bohater,
Płód mego łona. Czy znasz tę niewiastę?
KORIOLAN
Witaj, szlachetna siostro Publikoli238,
Ty luno Rzymu, czysta jako sopla,
Którą mróz osnuł z najbielszego śniegu
I wdzięcznie zwiesił u świątyni Diany239,
Droga Walerio!
WOLUMNIA
A to małe ziarnko
Twego pnia, które się z czasem stać może
Tak wielkim jak ty drzewem.
KORIOLAN
Niech bóg wojny
Za pozwoleniem wielkiego Jowisza
Zaprawi duch twój szlachetnością, abyś
Rósł wolen240 plamy i stał wśród bitw jako
Ów słup na morzu, który się opiera
Wszelkim nawałom i chroni od zguby
Tych, co nań patrzą.
WOLUMNIA
Na kolana, chłopcze.
KORIOLAN
To mój waleczny syn.
WOLUMNIA
Dowiedz się teraz,
Że ten syn, żona twoja, ta niewiasta
I ja przyszłyśmy z prośbami do ciebie.
KORIOLAN
Błagam was, milczcie lub jeżeli chcecie
Prosić mnie o co, pamiętajcie z góry
Nie poczytywać za odmowę tego,
Czego, związany przysięgą, nie mogę
Dla was uczynić. Nie żądajcie, abym
Rozpuścił wojsko lub kapitulował
Z rzemieślnikami Rzymu. Nie znajdujcie
W postępowaniu moim cech wyrodka;
Nie usiłujcie chłodniejszymi względy
Tłumić mojego gniewu.
WOLUMNIA
Przestań! przestań!
Jużeś powiedział, że się nie możemy
Niczego zgoła spodziewać od ciebie,
Bo my cię mamy o to tylko prosić,
Czego nam z góry odmawiasz. Będziemy
Prosić jednakże, aby cała wina
Bezskuteczności naszych błagań spadła
Na ciebie: słuchaj zatem.
KORIOLAN
Aufidiuszu,
I wy, Wolskowie, bądźcie obecnymi;
Nie chcę mieć bowiem z Rzymem żadnych obcych
Dla was stosunków. O cóż tedy idzie?
WOLUMNIA
Choćbyśmy ani słowa nie wyrzekły,
Odzienie nasze i nasze oblicza
Już by wskazały, jaki był nasz żywot
Od chwili twego oddalenia. Pomyśl
Sam tylko, czy są gdzie niefortunniejsze
Niewiasty niż my w tej dobie? Twój widok,
Miasto241 rozjaśniać nam oczy radością
I serca nasze pociechą napawać,
Wyciska z tamtych łzy, a te przejmuje
Bólem i trwogą. Możeż być inaczej,
Gdy matka, żona, dziecko widzi syna,
Męża i ojca rozdzierającego
Wnętrzności wspólnej ojczyzny? Zawziętość
Twoja pozbawia nas nawet możności
Wznoszenia modłów do bogów, tej ulgi,
Którą w nieszczęściu najlichszy ma nędzarz,
Bo czyliż możem modlić się za sprawę
Ojczyzny, co jest obowiązkiem naszym,
I za pomyślność twojego oręża,
Co jest podobnież naszym obowiązkiem?
Niestety, albo nam przyjdzie utracić
Ojczyznę, drogą żywicielkę naszą,
Albo postradać ciebie, który jesteś
Pociechą naszą w ojczyźnie. Na korzyść
Której bądź strony los przechyli szalę,
Które bądź nasze spełni się życzenie,
Nie możem ciosu uniknąć. Bo albo
W kajdanach musisz, jak obcy złoczyńca,
Pośrodkiem ulic Rzymu być ciągniony,
Albo w triumfie przejść po jego gruzach,
Palmą zwycięstwa ozdobiony za to,
Żeś mężnie przelał krew żony i dzieci.
Co się mnie tyczy, bynajmniej nie myślę
Czekać wypadku tej wojny; jeżeli
Nie zdołam skłonić cię do szlachetnego
Zaspokojenia obydwu stron, zamiast
Co byś na zgubę jednej z nich miał godzić,
Nie prędzej pójdziesz zdobyć gród rodzinny
(Nie prędzej, zapisz to sobie), aż przejdziesz
Po ciele matki twojej, po tym łonie,
Któreć242 wydało na świat.
WIRGILIA
I po moim,
Które ci tego dziedzica imienia
Twego wydało.
MAŁY MARCJUSZ
Nie przejdzie on po mnie;
Schowam się, będę rósł, a potem walczył.
KORIOLAN
Kto nie chce przejąć niewieściego ducha,
Niech nigdy niewiast i dzieci nie słucha;
Za długo już tu siedzę.
Powstaje.
WOLUMNIA
O, nie odchodź!
Gdyby to, o co cię prosim, zmierzało
Do ocalenia Rzymu jednocześnie
Ze szkodą Wolsków, którym służysz, słusznie
Mógłbyś odrzucić nasze prośby jako
Zgubną dla twego honoru truciznę;
Ale nam o nic innego nie idzie,
Jak o wzajemne pojednanie. Niechby
Wolskowie mogli powiedzieć: „Wspaniale
Postąpiliśmy z nimi”, a Rzymianie:
„Wspaniale z nami postąpiono”. Niechby
Jedni i drudzy, błogosławiąc ciebie,
Mogli zawołać: „Chwała tobie, sprawco
Tego pokoju!”. Synu mój, wiesz dobrze,
Że skutek wojen zawżdy243 jest niepewny,
Ale to pewna, że gdybyś Rzym zdobył,
Całym owocem twojego zwycięstwa
Byłoby takie imię, które nigdy
Z niczyich by ust nie wyszło bez przekleństw,
Pod którym tak by pisały kroniki:
„Był to szlachetny mąż, ale ostatnim
Postępkiem zmazał całą swoją przeszłość,
Zburzył ojczyznę, imię jego przeto
Zgrozą dla przyszłych pozostanie wieków”.
Ubiegałeś się o zaszczytny rozgłos,
Chciałeś majestat bogów naśladować,
Gromem powietrzne sklepienia rozsadzać,
A wzdyć do siarki swej użyłeś tylko
Takiego bełtu, który by zaledwie
Dąb mógł rozszczepić. Nic nie odpowiadasz?
Mniemaszli, że to jest ozdobą męża
Nie zapominać uraz? Mów ty, córko:
On nie dba o twe łzy. Mów ty, pacholę:
Może dziecinne twoje słowa więcej
Na nim wymogą niż moja wymowa.
Nikt nie ma większych niż on obowiązków
Dla matki, a on mi się tu pozwala
Rozwodzić, jakby spętany miał język.
Biedna ja, com cię do walk zachęcała,
Gdacząc jak kokosz, choć tracąc cię, mogłam
Zostać bezdzietna; com cię za powrotem
Obsypywała błogosławieństwami.
Nic miałam nigdy tej słodkiej pociechy,
Abyś mi w czym bądź okazał powolność,
Nazwij żądanie me niesprawiedliwym,
Każ mnie odpędzić, nie rzeknę i słowa,
Ale jeżeli tego nie uczynisz,
Wręcz ci powiadam, że czynisz niegodnie
I że bogowie skarżą cię za takie
Lekceważenie i łamanie względów
Matce należnych. Odwraca się, milczy;
Dalej, niewiasty, zegnijmy kolana,
Upokorzeniem tym go upokorzmy.
Przydomek jego więcej, widać, wpływa
Na jego pychę niż nasze błagania
Na jego czułość. Dalej, na kolana!
Ostatni to już krok — wrócimy potem
Do Rzymu umrzeć razem z rodakami. Spojrzyj
Raz jeszcze na nas, na to chłopię, które
Nie mogąc jeszcze uczuć swych wysłowić,
Klęczy i ręce ku tobie wyciąga.
Czymże byś upór twój usprawiedliwił
Wobec tej niemej wymowy? Dość tego;
Idźmy. Ten człowiek miał matkę Wolscjankę,
W Koriolach żonę ma, a jego dziecko
Musi być pewnie takie jak i ojciec —
Bywaj zdrów! Skoro ujrzę pożar Rzymu,
Wtedy ci powiem jeszcze coś, na teraz
Niczego więcej z ust mych nic usłyszysz.
KORIOLAN
O matko, matko!
bierze Wolumnię za rękę i milczy przez czas niejaki
Cóżeś uczyniła?
Spojrzyj: niebiosa otwarły się na ścież244;
Bogowie patrzą się na nas i szydzą
Z nienaturalnej tej sceny. O matko,
Matko! Odniosłaś zwycięstwo fortunne
Dla Rzymu, ale dla twojego syna,
Wierzaj mi, bardzo niebezpieczne, może
Nawet fatalne. Niech się święci jednak;
Przyjmę następstwa jego. Aufidiuszu,
Nie mogąc dalej prowadzić tej wojny,
Zawrę godziwy pokój. Czyżbyś, powiedz,
Na moim miejscu mniej był słuchał matki
I mniej był zadośćuczynił jej prośbie?
AUFIDIUSZ
Byłem wzruszony.
KORIOLAN
Mógłbym przysiąc na to!
Musiała to być trudna próba, kiedy
Litość zdołała oczy me zwilgocić.
Powiedz mi, jaki wam pokój najlepiej
Dogadzać będzie? Co do mnie, nie myślę
Wracać do Rzymu; pójdę z wami. Chciej mnie
Wesprzeć w tej sprawie. Matko moja! Żono!
AUFIDIUSZ
na stronie
Nie mam ci za złe, żeś wspaniałomyślność
Przeniósł nad honor: to mi dopomoże
Wrócić na dawne moje stanowisko.
Niewiasty dają znak Koriolanowi.
KORIOLAN
Nie traćmy czasu.
do Wolumnii i Wirgilii
Ale pierwej pójdźmy
Spełnić puchary. Weźmiecie ze sobą
Lepsze świadectwo niż słowa, bo pismo,
W którym wzajemne, podobne warunki
Spisane będą i pieczęcią naszą
Stwierdzone. Pójdźcie z nami do namiotu.
Jeżeli komu, to wam by powinien
Rzym wznieść świątynie.245 Wszystkie jego miecze,
Wszystkie zastępy wojsk z nim sprzymierzonych
Nie potrafiłyby były wyjednać
Tego pokoju.
Wychodzą.
SCENA CZWARTA
Rzym. Plac publiczny.
Wchodzą Meneniusz i Sycyniusz.
MENENIUSZ
Czy widzisz ten narożny kamień Kapitolu?
SYCYNIUSZ
Widzę, cóż z tego?
MENENIUSZ
Jeżeli znajdziesz sposób poruszenia go z miejsca małym palcem, to jeszcze jest nadzieja, że nasze kobiety, a w szczególności jego matka, potrafią na nim coś wymóc. Ale ja mówię, że żadnej nie ma nadziei; głowy nasze dekretowane i egzekucja za pasem.
SYCYNIUSZ
Może się człowiek w krótkim czasie do tego stopnia zmienić!
MENENIUSZ
Pomiędzy poczwarką a motylem jest różnica, a przecie motyl był poczwarką. Ten Marcjusz stał się z człowieka smokiem: ma skrzydła, jest czymś więcej niż pełzającą istotą.
SYCYNIUSZ
On był do matki bardzo przywiązany.
MENENIUSZ
I do mnie także, ale teraz dba on o matkę tyle, co koń ośmioletni. Cierpkość jego najdojrzalszą by skwasiła jagodę. Kiedy stąpa, myślałbyś, że to kusza posuwa się pod mury, ziemia zdaje się pod nim uginać, wzrok jego przebiłby pancerz, mowa jego jest jak dźwięk dzwonów pogrzebowych, a mruczenie podobne do grzmotu. Siedzi w obozie jak posąg Aleksandra. Co każe uczynić, to, ledwie wyrzekł, staje się czynem. Wieczności mu brak tylko, żeby był bogiem, i niebios, z których by światu panował.
SYCYNIUSZ
Biada nam, jeżeli ten jego obraz prawdziwy!
MENENIUSZ
Odmalowałem go, jakim jest. Osądź z tego, czy przyczynienie się matki potrafi go rozczulić. Jego rozczulić! U niego czułości tyle, co mleka w samcu tygrysie. Przekona się o tym biedne nasze miasto, a wszystkiego tego wyście przyczyną.
SYCYNIUSZ
Niech się bogowie nad nami zmiłują!
MENENIUSZ
Nie, w takim przypadku nie zmiłują się nad nami bogowie. Nie mieliśmy na nich względu, kiedyśmy go wyganiali, toteż i oni teraz nie będą mieli na nas względu, kiedy on nam przychodzi kark skręcić.
Wchodzi Posłaniec.
POSŁANIEC
Uciekaj, panie, jeśli dbasz o życie,
Lud gniewny porwał waszego kolegę,
Wlecze go środkiem ulic i przysięga,
Że go powolną śmiercią zamorduje,
Jeżeli matka i żona Marcjusza
Nie wrócą z dobrą odpowiedzią.
Wchodzi Drugi posłaniec.
SYCYNIUSZ
Cóż tam!
DRUGI POSŁANIEC
Dobre nowiny, radosne nowiny:
Niewiasty triumf odniosły, Wolskowie
Usunęli się i Koriolan z nimi.
Od czasu wyjścia z Rzymu Tarkwiniuszów
Jeszcze piękniejszy dzień nam nie zajaśniał.
SYCYNIUSZ
Jestże to szczerą prawdą? Jestżeś pewny,
Że to jest prawdą?
DRUGI POSŁANIEC
Tak, jak pewny jestem,
Że słońce szczerym jest ogniem. Z jakiegoż
Świata wracacie, że wątpicie o tym?
Nigdy tak chyżo parta wichrem fala
Nie wylewała się przez luki arkad,
Jak się w tej chwili przez bramy wylewa
Uradowany tłum ludu. Słyszycie?
Odgłos trąb, obojów i kotłów w połączeniu z okrzykami słychać za sceną.
Trąby, puzony, harfy, surmy, flety,
Kotły, cymbały i okrzyki Rzymian
Wzbudzają słońce do pląsów. Słyszycie?
Znowu okrzyki.
MENENIUSZ
Walna wieść, spieszę na spotkanie naszych
Szlachetnych niewiast. Tę Wolumnię warto
Ozłocić, całe miasto senatorów
I patrycjuszów, z konsulami razem,
Nie zrównoważy jej w zasłudze. Co się
Tyczy trybunów, takich jak wy, tych by
Do równowagi trzeba wziąć przynajmniej
Tylu, ile by cały kraj i morze
Mogło pomieścić. Dobrzeście się dzisiaj
Modlili. Jeszcze dziś rano nie byłbym
Był dał denara246 za dziesięć tysięcy
Głów waszych. Co za radosne okrzyki!
Okrzyki i muzyka.
SYCYNIUSZ
Niech cię nasamprzód bogi błogosławią!
Następnie przyjmij nasze dziękczynienia
Za tę wiadomość.
DRUGI POSŁANIEC
My wszyscy podobno
Równy tu mamy powód do dziękczynień.
SYCYNIUSZ
Dalekoż one są od miasta?
DRUGI POSŁANIEC
Były
Tuż przed bramami, gdym tu przyszedł.
SYCYNIUSZ
Idźmy
Na ich spotkanie i dołączmy głosy
Do tych weselnych okrzyków.
Postępują. Niewiasty otoczone senatorami, patrycjuszami i ludem przechodzą przez scenę.
PIERWSZY SENATOR
Oto zbawczyni nasza, życie Rzymu!
Zwołajcie wszystkie cechy, chwalcie bogi,
Rozpalcie ognie triumfalne, sypcie
Kwiaty pod nogi tych niewiast, zagłuszcie
Ów okrzyk, który Marcjusza wywołał,
W niebo bijącym okrzykiem wdzięczności,
Należnym jego matce! Krzyczcie: „Cześć wam,
Cześć wam, niewiasty! Cześć wam!”.
WSZYSCY
Cześć wam, cześć wam,
Niewiasty! Cześć wam!
Odgłos trąb i kotłów. Wszyscy wychodzą.
SCENA PIĄTA
Ancjum. Plac publiczny.
Tullus Aufidiusz wchodzi z orszakiem swoim.
AUFIDIUSZ
Oznajmcie panom Rady, że tu jestem,
Wręczcie im ten list, gdy go przeczytają,
Niech się zgromadzą na rynku, ażebym
Tak im, jak gminom dowodnie wykazał
Zawartą w liście tym prawdę. Oskarżam
Tego zmiennika247, który się nie wahał
Wnijść w bramy miasta i zamierza stanąć
Przed ludem, tusząc, że się wnet oczyści
Zręcznym do niego przemówieniem. Spieszcie.
Orszak odchodzi. Wchodzi trzech czy czterech sprzysiężonych stronników Aufidiusza.
Witam was!
PIERWSZY SPRZYSIĘŻONY
Cóż się dzieje z naszym wodzem?
AUFIDIUSZ
To, co z człowiekiem otrutym przez własny
Czyn miłosierdzia i zamordowanym
Przez własną litość.
DRUGI SPRZYSIĘŻONY
Szlachetny Tullusie,
Jeżeli jeszcze trwasz w owym zamiarze,
W którym naszego poparcia żądałeś,
Gotowiśmy cię dziś jeszcze uwolnić
Od grożącego ci niebezpieczeństwa.
AUFIDIUSZ
Nie mogę jeszcze nic wyrzec stanowczo,
Trzeba nam zbadać wprzód usposobienie
Ludu.
TRZECI SPRZYSIĘŻONY
Lud będzie wahał się bez końca,
Póki będziecie stać naprzeciw siebie,
Ale upadek jednego uczyni
Wnet spadkobiercą jego względów tego,
Co pozostanie przy życiu.
AUFIDIUSZ
Wiem o tym;
I mam też na czym ugruntować powód
Mego zamachu. Wyniosłem go, dałem
Honor mój w zakład za jego rzetelność,
A on, wyniósłszy się z mej łaski, polał
Rosą pochlebstwa nowe swoje pole;
Odwiódł ode mnie przyjaciół i ugiął
K’temu swój umysł, znany dotąd zawsze
Z samowolności, z szorstkości i dumy.
TRZECI SPRZYSIĘŻONY
Wyniosłość, z jaką starał się był w Rzymie
O konsulostwo248, którego też za to
Nie dostał.
AUFIDIUSZ
Właśnie o tym chciałem mówić:
Wygnany za to, przyszedł do mnie; poddał
Pod mój miecz gardło. Przyjąłem go mile;
Zrobiłem go mym towarzyszem broni;
Wszelkim życzeniom jego dogodziłem;
Co więcej, dałem mu wybrać w szeregach
Mojego wojska najdzielniejszych ludzi,
Z którymi by swe plany uskutecznił.
Sam osobiście podjąłem się służyć
Jego widokom; byłem mu pomocą
Do żniwa chwały, którą on wyłącznie
Sobie przywłaszczył; znajdowałem nawet
Jakowąś chlubę w wyrządzaniu sobie
Tej krzywdy: ażem się wydał nareszcie
Służalcem jego, nie współtowarzyszem,
Ażem się przezeń ujrzał traktowany
Jak prosty żołdak.
PIERWSZY SPRZYSIĘŻONY
Nie inaczej: wojsko
Zdumiewało się nad tym. Na ostatek,
Kiedy już Rzym miał w garści i kiedyśmy
Z rychłym podbojem wyglądali nie mniej
Łupów jak chwały...
AUFIDIUSZ
Toć to przeciw niemu
Wypręży nerwy mojego ramienia.
Dla kilku kropel niewieściej wilgoci,
Tanich jak kłamstwo, sprzedał krew i trudy
Wielkiej wyprawy naszej: umrze za to,
A ja odżyję. Słyszycie ten odgłos?
Trąby i kotły odzywają się przy głośnych okrzykach ludu.
PIERWSZY SPRZYSIĘŻONY
Jak goniec wszedłeś, panie, w progi domu,
Rodzinne miasto głucho cię przyjęło;
A jego powrót rozdziera powietrze
Grzmotem okrzyków.
DRUGI SPRZYSIĘŻONY
Dobroduszne głąby,
Drą sobie gardła dla niego, nie pomnąc,
Że on im dzieci pozabijał.
TRZECI SPRZYSIĘŻONY
Nim więc
Zdoła głos zabrać i na lud zdradziecko
Wpłynąć swą mową, daj mu uczuć, panie,
Hart twego miecza; w czym my cię poprzemy.
Skoro zaś legnie, twoja wersja sprawy
Pogrzebie jego usprawiedliwienie
Wraz z jego ciałem.
AUFIDIUSZ
Dosyć tego: oto
Panowie rajcy.
Wchodzą rajcowie miasta.
RAJCOWIE
Bądź nam pozdrowiony.
AUFIDIUSZ
Nie zasłużyłem na to, miłościwi
Moi panowie; ale czyście tylko
Z uwagą list mój odczytali?
RAJCOWIE
Z całą
Uwagą.
PIERWSZY RAJCA
Lecz i z niemałą boleścią.
Poprzednie jego przewinienia mogły
Były jeszcze się zatrzeć jako tako;
Ale tam kończyć, gdzie zaledwie zaczął,
Rzucać plon naszych wysileń i tylko
Zwracać nam nasze koszty, zawrzeć układ
Tam, gdzie był pewny podbój — to się nie da
Usprawiedliwić.
AUFIDIUSZ
Otóż i nadchodzi.
Koriolan wchodzi z muzyką i chorągwiami, za nim tłum obywateli.
KORIOLAN
Cześć wam, szlachetni panowie! Powracam
Tak, jakem wyszedł, wiernym wam żołnierzem;
Nie zarażonym miłością ojczyzny,
Ale wylanym dla was i i posłusznym
Waszym rozkazom. Wiedzcie, żem szczęśliwie
Wojnę rozpoczął i żem sobie krwawą
Aż do bram Rzymu utorował drogę.
Wartość zdobyczy, którą wam przynosim,
Przewyższa o część trzecią koszt wyprawy.
Uczyniliśmy mir249 z nie mniejszą chwałą
Dla synów Ancjum jak hańbą dla Rzymian;
A to składamy waszmościom na piśmie,
Zbiór punktów przez nas przyjętych, stwierdzony
Ręką konsulów oraz patrycjuszów
I opatrzony pieczęcią senatu.
AUFIDIUSZ
Odrzućcie niecne to pismo i zdrajcą
Nazwijcie tego, co śmiał w taki sposób
Nadużyć waszej ufności.
KORIOLAN
Zdrajcą! Ja, zdrajca?
AUFIDIUSZ
Tak, zdrajco Marcjuszu!
KORIOLAN
Marcjuszu!
AUFIDIUSZ
Ma się rozumieć, Marcjuszu,
Kaju Marcjuszu! Chcesz, żebym cię krasił250
Owocem twego rozboju, kradzionym
W koriolskich murach mianem Koriolana?
Tak, naczelnicy państwa, wiarołomnie
Zdeptał on waszą sprawę i za kilka
Mizernych kropel słonej wody wydał
Wasz Rzym (wasz, mówię, Rzym) matce i żonie.
Przysiąg, honoru stargał święte węzły
Jak stary sznurek jedwabny i nigdy
Radzie wojennej nie dawszy przystępu,
Dał wreszcie przystęp łzom matki i onym
Poświęcił wasze zwycięstwo. Pachołcy
Rumienili się na widok tej zgrozy,
A ludzie z sercem251 patrzyli po sobie,
Nie wierząc własnym uszom.
KORIOLAN
Słyszysz, Marsie?
AUFIDIUSZ
Nie tobie wzywać tego boga mężnych,
Miękki dzieciuchu.
KORIOLAN
Ha!
AUFIDIUSZ
Milcz, ani słowa.
KORIOLAN
Bezczelny kłamco! Tyś mi serce zrobił
Tak wielkim, iż się nie może pomieścić
W swojej siedzibie. „Dzieciuch”! O nędzniku!
Synu podłości! Przebaczcie, panowie,
Po raz to pierwszy lżyć musiałem. Sąd wasz
Światli mężowie, zada nieochybnie
Temu bydlęciu fałsz, a własna jego
Świadomość (jego, który niezatarte
Nosi na sobie piętno dłoni mojej
I nosić ono będzie aż do śmierci)
Powie mu z wami: łżesz!
PIERWSZY RAJCA
Stłumcie ten zapęd
I posłuchajcie nas.
KORIOLAN
Niech mnie Wolskowie
Zrąbią na sztuki, niechaj lada młokos
Aż po rękojeść miecz swój wbije we mnie!
„Dzieciuch”! Fałszywy psie! Jeśli umiecie
Rzetelnie pisać, patrzcie w swoje dzieje:
Jest tam krwawymi podane głoskami,
Żem waszych Wolsków w puch rozbił w Koriolach
Jak orzeł ptactwo w gołębniku. Sam to,
Sam to sprawiłem, on zaświadczy. „Dzieciuch”!
AUFIDIUSZ
Możecie ścierpieć, szlachetni panowie,
Ażeby wam ten niecny samochwalca
Ślepe swe szczęście, a z nim krzywdę waszą
Stawiał przed oczy i uszy?
SPRZYSIĘŻENI
jednogłośnie
Niech zginie!
OBYWATELE
jeden przez drugiego
Rozszarpcie go! rozćwiartujcie! On mi zabił syna! On mi zabił córkę! On zabił mego krewnego Marka! On mi zabił ojca!
DRUGI RAJCA
Hola! Wstrzymajcie się! Bez zniewag! Hola!
Jest to szlachetny mąż i jego chwała
Napełnia cały krąg ziemski. Ostatni
Czyn jego względem nas ulegnie śledztwu
W drodze właściwej. Miarkuj się, Tullusie,
I nie zakłócaj spokoju!
KORIOLAN
O, gdybym
Sześciu miał takich Tullusów i więcej,
Cały ród jego, do użycia mojej
Poczciwej stali!
AUFIDIUSZ
Zuchwały niecnoto!
SPRZYSIĘŻENI
Śmierć mu! Niech ginie!
Aufidiusz i sprzysiężeni dobywają mieczów i przebijają Koriolana, ten pada, a Aufidiusz wstępuje na jego ciało.
RAJCOWIE
Stójcie! Stójcie! Stójcie!
AUFIDIUSZ
Cni rządcy ludu, chciejcie mnie wysłuchać.
PIERWSZY RAJCA
Tullusie, cóżeś uczynił?
DRUGI RAJCA
Spełniłeś
Dzieło, nad którym zapłacze waleczność.
TRZECI RAJCA
Nie depcz go! Hola! Panowie! Schowajcie
Miecze do pochew.
AUFIDIUSZ
Szlachetni mężowie,
Skoro wam będzie wiadomym (bo teraz,
W tym zamieszaniu, które on wywołał,
Trudno wam wiedzieć), skoro się dowiecie,
Jak wielkim złem wam zagrażało życie
Tego człowieka, cieszyć się będziecie,
Że je przeciąłem. Pozwólcie mi stanąć
Przed wami w sali obrad, tam dowiodę
Wiernej wam służby mojej lub poniosę.
Kaźń najsurowszą.
PIERWSZY RAJCA
Zdejmcie stąd to ciało;
I uroczystym uczcijcie je żalem,
Bo nigdy herold szlachetniejszym zwłokom
Nie towarzyszył do urny.
DRUGI RAJCA
Porywczość
Jego łagodzi winę Aufidiusza.
Załatwmy tę rzecz w dobry sposób.
AUFIDIUSZ
Gniew mój
Już minął, smutek następuje po nim.
Niech go trzech najcelniejszych wojowników
Weźmie na barki, ja jednym z nich będę.
Uderzcie w kotły, niech żałobnie zabrzmią!
Uniżcie ostrza dzid! Choć on w tym mieście
Niemało matek zrobił bezdzietnymi,
Niemało niewiast wdowami, choć dotąd
Z jego przyczyny płyną łez strumienie,
Znajdzie w nim jednak zaszczytne wspomnienie.
Dalej!
Wychodzą, niosąc ciało Koriolana. Muzyka gra marsza pogrzebowego.
Przypisy:
1. Koriolan — dramat opowiada losy na wpół legendarnego Rzymianina Koriolana na podstawie tekstu Życia Koriolana, będącego częścią Żywotów sławnych mężów Plutarcha. Z tego źródła Szekspir zapożyczył ogólną fabułę razem z większością postaci sztuki (Koriolan, Tytus Larcjusz, Kominiusz, Meneniusz Agryppa, Sycyniusz Welutus, Juniusz Brutus i Tullus Aufidiusz, który w źródłach staroż. występuje jako Attius Tullius, oraz matka i żona Koriolana). [przypis edytorski]
2. Rzecz dzieje się częścią w Rzymie... — akcja sztuki rozgrywa się na początku V w. p.n.e., kilkanaście lat po obaleniu władzy królewskiej i zaprowadzeniu republiki. Rządy, za pośrednictwem senatu i konsulów, sprawują przedstawiciele możnych rodów, patrycjusze. [przypis edytorski]
3. Wolskowie — staroż. lud italski zamieszkujący tereny płd. Lacjum, w V i IV w. p.n.e. prowadzący wojny z republiką rzymską; w 338 p.n.e. podbici przez Rzym. [przypis edytorski]
4. Koriole, łac. Corioli — staroż. miasto w środkowej Italii, należące do ludu Wolsków; po wydarzeniach opisywanych w tej sztuce zniknęło z kart historii. [przypis edytorski]
5. Ancjum — staroż. miasto nadmorskie w Italii, ok. 50 km na płd. od Rzymu, daw. stolica ludu Wolsków; ob. Anzio. [przypis edytorski]
6. intrata — dochód, zysk. [przypis edytorski]
7. osobliwie (daw.) — szczególnie. [przypis edytorski]
8. Kapitol — jedno z siedmiu wzgórz Rzymu, będące symbolem miasta. Kapitol stanowił naturalną twierdzę oraz ważne miejsce kultu: na wierzchołku zbudowano świątynię gł. bóstw oraz liczne inne przybytki; u stóp wzgórza znajdowało się archiwum państwowe. [przypis edytorski]
9. suplikant (daw.) — osoba wnosząca prośbę. [przypis edytorski]
10. i co dzień uciążliwsze ogłaszają postanowienia ku uszczerbkowi i ograniczeniu biedaków — wg Plutarcha plebejuszom, masowo tracącym dobytek i wtrącanym do więzienia z powodu długów, przed wyprawą przeciwko Sabinom najzamożniejsi wierzyciele obiecali, że będą ich traktować łagodniej. W senacie przegłosowano, że gwarantem przyrzeczenia zostanie konsul Waleriusz. Jednak po wygranej wojnie sabińskiej senat udawał, że nic nie wie o takiej umowie, a wierzyciele wrócili do wcześniejszych praktyk. [przypis edytorski]
11. Onego czasu wszystkie członki ciała... — wg źródeł starożytnych bajkę o żołądku Meneniusz Agryppa opowiedział ludowi podczas tzw. pierwszej secesji plebejuszy (494 p.n.e.), kiedy oburzeni postawą senatu w sprawie długów opuścili miasto i udali się na Świętą Górę koło Rzymu, odmawiając służby wojskowej w obronie interesów bogatych patrycjuszy. Przemowa Meneniusza, stojącego na czele delegacji senatu, oraz obietnica stworzenia urzędu trybunów ludu doprowadziły do zawarcia zgody. Plutarch rozróżnia dwa wystąpienia ludu, różnej wagi: jedno z powodu zdzierstwa wierzycieli oraz drugie, po zdobyciu Korioli, z powodu klęski głodu, podczas gdy Szekspir łączy je w jedno wydarzenie. [przypis edytorski]
12. kluby (daw.) — dyby, imadło, daw. narzędzie tortur; przen.: porządek, ryzy. [przypis edytorski]
13. cny (przestarz.) — cnotliwy, prawy, szlachetny. [przypis edytorski]
14. uważ — daw. forma trybu rozkazującego; dziś: zwróć uwagę, zauważ. [przypis edytorski]
15. karm (r.ż., daw.) — pokarm, strawa. [przypis edytorski]
16. pomnieć (daw.) — pamiętać. [przypis edytorski]
17. atoli (daw.) — jednak, ale; spójnik wyrażający przeciwstawienie, kontrast. [przypis edytorski]
18. strumieńmi — dziś popr.: strumieniami. [przypis edytorski]
19. gręzy (daw.) — męty, osad, fusy. [przypis edytorski]
20. wzdyć, właśc. wżdyć (daw.) — zawsze; jednak, przecież. [przypis edytorski]
21. świerzba — dziś popr.: świerzb, zakaźna choroba skóry. [przypis edytorski]
22. jest nim dobrze opatrzone — dziś popr.: jest w nie dobrze zaopatrzone. [przypis edytorski]
23. fakcja (daw.) — stronnictwo, koteria; zmowa, wichrzenie. [przypis edytorski]
24. szpica (daw., r.ż.) — szpic, ostra końcówka czegoś. [przypis edytorski]
25. Pięciu trybunów wedle ich wyboru... — wg Plutarcha senat zawarł porozumienie z protestującymi na Świętej Górze plebejuszami, dając im prawo wybierania rocznie pięciu urzędników, zwanych trybunami ludu, którzy mieli bronić ich interesów. Jako pierwszych trybunów wybrano przywódców secesji: Juniusza Brutusa i Sycyniusza Welutusa. Imion pozostałych trybunów Plutarch nie wymienia. [przypis edytorski]
26. uważać coś (daw.) — dziś: zwracać na coś uwagę, zauważać coś. [przypis edytorski]
27. przekąs (daw.) — drwina, szyderstwo. [przypis edytorski]
28. chyba (daw.) — uchybienie, błąd. [przypis edytorski]
29. snadź (daw.) — widocznie, zapewne. [przypis edytorski]
30. znaleźć kogoś jakimś (daw.) — zobaczyć, że ktoś jest jakiś; uznać kogoś za jakiegoś; ocenić jako. [przypis edytorski]
31. uwodzić się — tu: zwodzić samego siebie, oszukiwać się. [przypis edytorski]
32. wieniec dębowy — corona civica, jedno z najwyższych odznaczeń wojskowych starożytnego Rzymu, przyznawane za uratowanie życia współobywatela w czasie bitwy. [przypis edytorski]
33. łuskokryta ręka — ręka okryta pancerną rękawicą, z metalowych płytek mocowanych do skórzanego podkładu. [przypis edytorski]
34. Jowisz a. Jupiter (mit. rzym.) — najwyższe bóstwo rzymskiego panteonu, bóg nieba i burzy, odpowiednik gr. Zeusa. [przypis edytorski]
35. Piersi Hekuby, karmiące Hektora — Hekuba była żoną króla Priama i matką Hektora, najdzielniejszego z wojowników trojańskich podczas wojny trojańskiej. [przypis edytorski]
36. rąbek — daw. element stroju, chusta osłaniająca głowę kobiety. [przypis edytorski]
37. ochmistrz (daw.) — urzędnik zarządzający dworem panującego lub magnata; opiekun dzieci na takim dworze. [przypis edytorski]
38. walny (daw.) — dzielny, chwacki. [przypis edytorski]
39. ladaco — ktoś niewiele wart, nicpoń. [przypis edytorski]
40. Penelopa (mit. gr.) — opisana w Odysei żona Odyseusza, która przez 20 lat wiernie czekała na powrót męża z wojny trojańskiej. W tym czasie zwodziła ubiegających się o jej rękę zalotników, obiecując, że wyjdzie ponownie za mąż, gdy skończy tkać całun dla teścia, lecz każdej nocy pruła robioną w dzień tkaninę. [przypis edytorski]
41. Ulisses (mit. gr.) — inaczej: Odyseusz, król Itaki, bohater Iliady i Odysei Homera, znany ze sprytu. [przypis edytorski]
42. rańtuch (daw.) — kobiece nakrycie głowy; wełniana chusta zakrywająca głowę i ramiona, niekiedy również część twarzy. [przypis edytorski]
43. sta — dziś: setki. [przypis edytorski]
44. Mars (mit. rzym.) — bóg wojny. [przypis edytorski]
45. surmacz (daw.) — trębacz wojskowy; od surma: instrument dęty używany w daw. wojsku do sygnalizacji. [przypis edytorski]
46. jestli — konstrukcja z partykułą -li; znaczenie: czy jest. [przypis edytorski]
47. Ereb (mit. gr.) — najciemniejsza część Hadesu, podziemnej krainy zmarłych. [przypis edytorski]
48. Tyś był wojownikiem szkoły Katona — tzn. na wzór Katona Starszego (234–149 p.n.e.), znanego z surowości obyczajów rzymskiego męża stanu, mówcy i zdolnego wodza, który przeprowadził m.in. bezwzględną kampanię wojenną w Hiszpanii. Życiorys Katona, podobnie jak życiorys Koriolana, znajduje się w Żywotach sławnych mężów Plutarcha, jednak Szekspir, który czerpał z tego dzieła, zapomniał, że Katon żył prawie trzysta lat później niż Koriolan. [przypis edytorski]
49. Zjedzże kaduka! — daw. przekleństwo: niech cię licho (dosł.: zjedz diabła). [przypis edytorski]
50. drachma — staroż. moneta grecka, na ogół srebrna; jedną drachmę dzielono na 6 oboli. [przypis edytorski]
51. obol — drobna staroż. moneta grecka. [przypis edytorski]
52. drań (daw., r.ż.) — o rzeczach: lichota, rupiecie, graty, gałgany. [przypis edytorski]
53. niepodobna (daw.) — nie można, nie da się, jest niemożliwe. [przypis edytorski]
54. Fortuna (mit. rzym.) — bogini ślepego przypadku, losu; wspominana zwłaszcza w związku z dobrym losem, szczęściem. [przypis edytorski]
55. kontent (daw.) — zadowolony. [przypis edytorski]
56. niepodle — tj. bez hańby, bez tchórzostwa. [przypis edytorski]
57. mila — jednostka miary długości (odległości), używana od czasów staroż., oznaczająca początkowo tysiąc kroków (łac. mille passus) podwójnych, czyli ok. 1,5 km. [przypis edytorski]
58. sfora (daw.) — rzemień lub linka do prowadzenia psów gończych na polowanie. [przypis edytorski]
59. pochop (daw.) — chęć; zapał. [przypis edytorski]
60. stwierdzić (daw.) — tu: potwierdzić; wzmocnić, utrwalić. [przypis edytorski]
61. centuria — jednostka taktyczna wojska rzymskiego licząca stu piechurów. [przypis edytorski]
62. spuścić się na kogoś (daw.) — polegać na kimś, liczyć na kogoś. [przypis edytorski]
63. Hektor (mit. gr.) — bohater Iliady Homera, najdzielniejszy obrońca Troi. [przypis edytorski]
64. binda (daw.) — wstęga, szarfa, opaska. [przypis edytorski]
65. czaprak — tkanina umieszczana pod końskim siodłem. [przypis edytorski]
66. dank (daw., z niem.) — podziękowanie, hołd; nagroda zwycięstwa. [przypis edytorski]
67. dział — podział, tu: dzielenie łupów. [przypis edytorski]
68. dziękujęć — konstrukcja z partykułą -ci, skróconą do -ć. [przypis edytorski]
69. instrumenta — daw. forma M. lm, dziś: instrumenty. [przypis edytorski]
70. Bellona (mit. rzym.) — bogini wojny. [przypis edytorski]
71. charłak — człowiek wyniszczony chorobą; cherlak, mizerak. [przypis edytorski]
72. hiperboliczny — tu: przesadny. [przypis edytorski]
73. karm (r.ż., daw.) — pokarm, strawa. [przypis edytorski]
74. przybory — dziś popr. forma N. lm: przyborami; przybory (tu daw.): ogół przedmiotów tworzących komplet, tu: składających się na rząd koński (osprzęt potrzebny do jazdy). [przypis edytorski]
75. rad (daw.) — zadowolony; chętny, przychylny. [przypis edytorski]
76. mię — daw. forma nieakcentowana w zdaniu zaimka osobowego 1 os.lp (analogiczna do 2 os.lp: cię); dziś tylko: mnie. [przypis edytorski]
77. puklerz — rodzaj okrągłej tarczy. [przypis edytorski]
78. augur — kapłan w starożytnym Rzymie, który odczytywał wolę bogów i przepowiadał przyszłość z lotu ptaków. [przypis edytorski]
79. cholera (daw., dziś wulg.) — złość, gniew. [przypis edytorski]
80. alias (łac.) — inaczej. [przypis edytorski]
81. Tyber — rzeka w Italii, nad którą leży Rzym. [przypis edytorski]
82. hubka — miąższ huby, grzyba rosnącego na pniach drzew, stosowany przy rozpalaniu ognia za pomocą krzesiwa. [przypis edytorski]
83. Likurg (IX a. VIII w. p.n.e.) — na poły legendarny prawodawca spartański. [przypis edytorski]
84. asinus (łac.) — osioł. [przypis edytorski]
85. mikrokosm — mikrokosmos, światek. [przypis edytorski]
86. urynał (daw.) — nocnik. [przypis edytorski]
87. zależeć na czymś (daw.) — polegać na czymś. [przypis edytorski]
88. trefniś — błazen. [przypis edytorski]
89. dera — gruby materiał kładziony pod siodło; rodzaj koca. [przypis edytorski]
90. w rumel (daw.) — bez wyjątku. [przypis edytorski]
91. Deukalion (mit. gr.) — syn Prometeusza i Pandory; Deukalion i jego żona Pyrra byli jedynymi ludźmi ocalałymi z zesłanego przez Zeusa potopu; odrodzili ludzkość, rzucając za siebie kamienie, które stawały się ludźmi. [przypis edytorski]
92. Luna (łac.: księżyc; mit. rzym.) — bogini księżyca. [przypis edytorski]
93. Junona (mit. rzym.) — bogini kobiet, małżeństwa i macierzyństwa, utożsamiana z gr. Herą. [przypis edytorski]
94. szczutek (daw.) — prztyczek. [przypis edytorski]
95. Galen, właśc. Claudius Galenus (ok. 130–ok. 200 n.e.) — wybitny rzym. lekarz i anatom pochodzenia greckiego, autorytet medycyny średniowiecza i odrodzenia; żył kilkaset lat po Koriolanie. [przypis edytorski]
96. gdyby mu był dotrzymał... — przykład użycia czasu zaprzeszłego, wyrażającego czynność wcześniejszą niż opisana czasem przeszłym lub niezrealizowaną możliwość. [przypis edytorski]
97. Tarkwiniusz Pyszny — wg tradycji siódmy i ostatni król rzymski (535–509 p.n.e.), po którego wypędzeniu ustanowiono w Rzymie republikę. Ostateczna próba jego powrotu do władzy została udaremniona w zwycięskiej dla Rzymian bitwie nad jeziorem Regilus (498 a. 496 p.n.e.). Właśnie w tej bitwie Koriolan miał się wyróżnić po raz pierwszy. [przypis edytorski]
98. oblektament (daw., z łac. oblectamentum) — przyjemność, uciecha; rozrywka. [przypis edytorski]
99. pluch, właśc. plucha (daw.) — flejtuch, brudas. [przypis edytorski]
100. przyzba — wał usypany z ziemi dokoła podmurówki dawnej chaty wiejskiej, na którym można było usiąść. [przypis edytorski]
101. facjata — mieszkanie a. pokój na poddaszu, z oknem wychodzącym z dachu i nakrytym własnym daszkiem; daw., pot.: twarz. [przypis edytorski]
102. flamen, lm. flaminowie (z łac.) — kapłan w starożytnym Rzymie służący jednemu z bogów oficjalnego panteonu państwowego; najważniejszych trzech flaminów zajmowało się kultem Trójcy Kapitolińskiej: Jowisza, Marsa i Kwiryna. [przypis edytorski]
103. zakwefiony — mający twarz osłoniętą kwefem, tj. zasłoną z tkaniny. [przypis edytorski]
104. Feb (mit. gr.) — przydomek Apolla, boga światła i słońca, opiekuna sztuk (z gr. Fojbos: promienny). [przypis edytorski]
105. mandant (z łac., praw.) — mocodawca, osoba powierzająca prawnikowi prowadzenie swoich spraw. [przypis edytorski]
106. po formie (daw. rusycyzm) — zgodnie z formą, z przyjętym sposobem zachowania się. [przypis edytorski]
107. jeno (daw.) — tylko, zaledwie. [przypis edytorski]
108. jarzmo — uprząż dla bydła pociągowego, przen.: niewola. [przypis edytorski]
109. względnie (daw.) — względem czegoś, ze względu na coś. [przypis edytorski]
110. tęgi — tu: dzielny. [przypis edytorski]
111. kaducznie (daw.) — diabelnie. [przypis edytorski]
112. paradę robić z czegoś — popisywać się czymś, robić coś na pokaz. [przypis edytorski]
113. liktor — w staroż. Rzymie niższy funkcjonariusz, członek ochrony urzędnika państwowego; liktor nosił pęk rózeg i topór i brał udział w wykonywaniu wyroków. [przypis edytorski]
114. doba (daw.) — czas, moment. [przypis edytorski]
115. hazard (daw.) — niebezpieczeństwo. [przypis edytorski]
116. ówczesny dyktator — niewymieniony z imienia u Plutarcha, wg Liwiusza był to Aulus Postumius Albus, który otrzymał przydomek Regillensis. [przypis edytorski]
117. amazońskie lico — twarz bez zarostu, więc jak kobieca; Amazonki były legendarnym plemieniem kobiet-wojowniczek. [przypis edytorski]
118. nieznacznie — niezauważalnie, niepostrzeżenie. [przypis edytorski]
119. geniusz — bóstwo opiekuńcze miejsca a. osoby, wyobrażane jako uskrzydlony człowiek; później ogólnie duch (dobry a. zły). [przypis edytorski]
120. folga (daw.) — ulga, odpoczynek. [przypis edytorski]
121. rzecz (daw.) — tu: mowa (coś, co się rzecze, tj. mówi). [przypis edytorski]
122. klient — w staroż. Rzymie wolny, lecz ubogi obywatel pozostający pod opieką zamożnego patrona, zwykle patrycjusza, winny mu w zamian posłuszeństwo i poparcie. [przypis edytorski]
123. względny (daw.) — okazujący względy, przychylny; uprzejmy. [przypis edytorski]
124. za czym (daw.) — więc, zatem, wobec tego. [przypis edytorski]
125. wolneć — konstrukcja z partykułą wzmacniającą -ci (skróconą do -ć). [przypis edytorski]
126. usty (daw.) — dziś popr. forma N. lm.: ustami. [przypis edytorski]
127. gotówem — skrócone: gotów jestem. [przypis edytorski]
128. enigmat (daw.) — coś zagadkowego. [przypis edytorski]
129. pospolitować (daw.) — robić pospolitym, pozbawiać należytej wartości. [przypis edytorski]
130. siła (daw.) — wiele. [przypis edytorski]
131. wotum, lm. wota (z łac., tu daw.) — uroczyste przyrzeczenie a. głos osoby głosującej. [przypis edytorski]
132. sankcja — tu: zatwierdzenie nadające moc prawną. [przypis edytorski]
133. wasan (daw.) — pot. skrót od: waszmość pan. [przypis edytorski]
134. byłyż — konstrukcja z partykułą -że, skróconą do -ż; znaczenie: czy nie były. [przypis edytorski]
135. Rzeczpospolita — tu: republika rzymska, postrzegana zgodnie z dosłowną nazwą jako państwo tworzone wspólnie przez obywateli. [przypis edytorski]
136. czyliż (daw.) — czy, czyż. [przypis edytorski]
137. niepłonny — tu: uzasadniony, niebezpodstawny. [przypis edytorski]
138. fawor (daw.) — przywilej, względy. [przypis edytorski]
139. afekt (daw.) — skłonność, sympatia, miłość. [przypis edytorski]
140. k’temu (daw.) — skrócone: ku temu, do tego. [przypis edytorski]
141. Ankus Marcjusz — czwarty legendarny król Rzymu (642–617 p.n.e.); według tradycji był synem córki Numy Pompiliusza, drugiego króla po Romulusie, oraz następcą Tullusa Hostiliusza. [przypis edytorski]
142. Publiusz i Kwintus, którzy nam (...) wodociągami wodę sprowadzili — informacja o członkach rodu wzięta z Plutarcha, ale ci byli potomkami, a nie przodkami Koriolana. Kwintus Marcjusz Rex był pretorem w 144 p.n.e. i na polecenie senatu wyremontował dwa istniejące akwedukty oraz zbudował nowy, większy: Aqua Marcia. [przypis edytorski]
143. Cenzorinus — tu: Gajusz Marcjusz Rutilus, syn pierwszego plebejskiego dyktatora i cenzora starożytnego Rzymu, noszącego to samo imię; trybun ludowy (311 p.n.e.) i konsul (310 p.n.e.); przydomek Cenzorinus otrzymał, gdy po raz drugi pełnił wysoki urząd cenzora (294 i 265 p.n.e.), wprowadzony w Rzymie pół wieku po wygnaniu Koriolana. Do głównych obowiązków cenzora należało przeprowadzanie spisów obywateli i czuwanie nad obyczajnością, a także zawieranie kontraktów na roboty publiczne. [przypis edytorski]
144. glejt — dokument wystawiony przez władze, zezwalający posiadaczowi na przejazd przez podległe im terytorium i zapewniający mu bezpieczeństwo osobiste; inaczej: list żelazny, list bezpieczeństwa. [przypis edytorski]
145. samowtór (daw.) — sam z kimś wtórym, we dwóch. [przypis edytorski]
146. flegma — powolność i spokojność charakteru, zimna krew. [przypis edytorski]
147. podbechtać — podjudzić, nastawić kogoś wrogo, zbuntować przeciw komuś a. czemuś. [przypis edytorski]
148. czernić — oczerniać, zniesławiać. [przypis edytorski]
149. tedy (daw.) — zatem, więc. [przypis edytorski]
150. chceszli (daw.) — konstrukcja z partykułą -li; tu w znaczeniu: jeśli chcesz. [przypis edytorski]
151. rokosz — bunt. [przypis edytorski]
152. worujem — skrócone: worujemy, tzn. orząc, wprowadzamy w głąb gleby. [przypis edytorski]
153. samochcąc (daw.) — z własnej woli. [przypis edytorski]
154. Tryton (mit. gr., mit. rzym.) — bóstwo morskie, syn i herold Posejdona (w mit. rzym. Neptuna); przedstawiany jako postać o ludzkim tułowiu i rybim ogonie, z wielką muszlą, w którą dął, uspokajając lub wzburzając fale; czasem uznawany za ojca trytonów, podobnych sobie istot morskich. [przypis edytorski]
155. Hydra (mit. gr.) — potwór z wieloma głowami, odrastającymi po ścięciu, zabity przez Heraklesa. [przypis edytorski]
156. są tylko rogami potworu — tzn. instrumentami dętymi, wydającymi dźwięk, o którym decyduje grający na nich potwór. [przypis edytorski]
157. onić (daw.) — konstrukcja z partykułą wzmacniającą -ci, skróconą do -ć i dodaną do zaimka osobowego „oni”. [przypis edytorski]
158. obojej strony (daw.) — dziś: obu stron. [przypis edytorski]
159. areopag — rada starszych w staroż. Atenach, początkowo mająca najwyższą władzę polityczną i sądowniczą; jej siedzibą było położone w pobliżu Akropolu wzgórze Aresa (stąd nazwa). [przypis edytorski]
160. driakiew (daw.) — medykament z kilkudziesięciu składników, uważany za uniwersalny lek i odtrutkę, wytwarzany aż do XVIII w.; przen.: lekarstwo. [przypis edytorski]
161. edyl — w staroż. Rzymie urzędnik nadzorujący porządek i bezpieczeństwo w mieście, odpowiadający też za aprowizację, handel i organizację igrzysk. [przypis edytorski]
162. jako nowatora — tj. jako człowieka dążącego do zaprowadzenia nowego, zmienionego ustroju, buntownika. [przypis edytorski]
163. Tarpejska Skała — stroma ściana skalna w płd. części wzgórza kapitolińskiego, z której w czasach republiki rzymskiej strącano zbrodniarzy i zdrajców. [przypis edytorski]
164. alternata (daw.) — zmiana biegu wypadków. [przypis edytorski]
165. dowcip (daw.) — inteligencja, spryt, rozum. [przypis edytorski]
166. pokup (daw.) — popyt na jakiś towar. [przypis edytorski]
167. Neptun (mit. rzym.) — bóg morza, odpowiednik gr. Posejdona, jego atrybutem był trójząb do połowu ryb. [przypis edytorski]
168. sprzątnąć ten gad zdradziecki — dziś popr. z N.: sprzątnąć tego gada zdradzieckiego. [przypis edytorski]
169. uncja — jednostka wagi używana w starożytnym Rzymie, a także w krajach anglosaskich, równa ok. 28 gramów. [przypis edytorski]
170. wasze a. waszeć (daw.) — skrócona forma grzecznościowa: waszmość, tzn. wasza mość, wasza miłość. [przypis edytorski]
171. prawić (daw.) — mówić, opowiadać. [przypis edytorski]
172. pytlować — przesiewać mąkę przez pytel, sito z tkaniny, mające kształt worka. [przypis edytorski]
173. ludzkość — tu: człowieczeństwo, natura człowieka utożsamiana z dobrymi cechami ludzi. [przypis edytorski]
174. sromotny (daw.) — haniebny. [przypis edytorski]
175. śmierć w kole — właśc.: na kole, chodzi o karę łamania kołem, metodę egzekucji publicznej stosowaną w Europie od czasów starożytnych aż do XVIII w.; ofiarę przywiązywano do osadzonego na palu dużego koła od wozu, a kat uderzał kołem (drągiem) lub nawet młotem kolejne członki ciała skazańca, podczas gdy jego pomocnik stopniowo obracał koło. [przypis edytorski]
176. dosiąc — dziś: dosięgnąć. [przypis edytorski]
177. strzyża — strzyżenie owiec. [przypis edytorski]
178. szeląg — dawna drobna moneta; miedziak. [przypis edytorski]
179. nimeś ją stracił — konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika; znaczenie: nim ją straciłeś. [przypis edytorski]
180. pochopny (daw.) — prędki, chętny. [przypis edytorski]
181. w chłodzie — w oryginale: in a bower, w altanie, zatem w ocienionym, przyjemnie chłodnym miejscu. [przypis edytorski]
182. rzezaniec (daw.) — eunuch, kastrat. [przypis edytorski]
183. zakała — tu: wstyd. Najczęściej słowo to oznacza osobę przynoszącą wstyd innym. [przypis edytorski]
184. sąli — konstrukcja z partykułą pytającą -li; znaczenie: czy są. [przypis edytorski]
185. czyli (daw.) — czy. [przypis edytorski]
186. sztrof a. sztraf (z niem.) — kara pieniężna, grzywna. [przypis edytorski]
187. Amen, amen — oczywisty anachronizm, gdyż hebrajskie słowo amen, uroczysty zwrot potwierdzający (dosł.: niech tak będzie), przeniknęło do łaciny dopiero w czasach chrześcijańskich. [przypis edytorski]
188. furda (daw.) — błahostka. [przypis edytorski]
189. kapitalny (z łac. capitalis: główny) — doniosły, ważny, istotny. [przypis edytorski]
190. także — tu: konstrukcja z partykułą -że; znaczenie: to tak? [przypis edytorski]
191. atrybucje — uprawnienia komuś przysługujące. [przypis edytorski]
192. wyrzeczenie — tu: orzeczenie. [przypis edytorski]
193. w rzeczy (daw.) — w rzeczywistości, rzeczywiście. [przypis edytorski]
194. chybiać — tu: zaniedbywać, pomijać, zawodzić. [przypis edytorski]
195. letni (daw.) — mający wiele lat, leciwy. [przypis edytorski]
196. azaliż (daw.) — czyż. [przypis edytorski]
197. przenosić (daw.) — przewyższać. [przypis edytorski]
198. karm (r.ż., daw.) — pokarm, strawa. [przypis edytorski]
199. tuszyć (daw.) — uważać, sądzić; spodziewać się, mieć nadzieję. [przypis edytorski]
200. pigmejska bitwa — taka jak prowadzona przez Pigmejów, mityczny lud karłów mieszkających w Afryce lub w Indiach, wg legend prowadzących ustawiczną wojnę z żurawiami. [przypis edytorski]
201. wnijść (daw.) — wejść. [przypis edytorski]
202. zabijeli — konstrukcja z partykułą -li; znaczenie: jeśli zabije. [przypis edytorski]
203. zostawili — konstrukcja z partykułą -li; znaczenie: jeśli zostawi. [przypis edytorski]
204. blat (daw.) — taca, płaski, podłużny półmisek na pieczone mięsa. [przypis edytorski]
205. widno (daw.) — widać. [przypis edytorski]
206. krom (daw.) — oprócz. [przypis edytorski]
207. skwitować się (daw.) — wyrównać rachunki. [przypis edytorski]
208. zajrzeć (daw.) — zazdrościć. [przypis edytorski]
209. fryga (daw.) — wirująca zabawka dziecięca, podobna do bąka. [przypis edytorski]
210. dalipan (daw.) — doprawdy, słowo daję; wykrzyknienie podkreślające prawdziwość wypowiedzi. [przypis edytorski]
211. pewna (daw.) — skrócone: rzecz pewna; dziś: pewne. [przypis edytorski]
212. gach (daw., gw.) — kochanek. [przypis edytorski]
213. dyskredowany — przekręcone przez mówiącego: dyskredytowany. [przypis edytorski]
214. wety (daw.) — deser. [przypis edytorski]
215. plagi (daw.) — uderzenia batem, kijem, rózgą itp. [przypis edytorski]
216. fryc (daw.) — nowicjusz, początkujący. [przypis edytorski]
217. szlachtuz (daw., z niem. Schlachthaus) — rzeźnia. [przypis edytorski]
218. Tak jak Herkules trząsł z drzewa dojrzały owoc — jedną z dwunastu prac mitycznego herosa i siłacza Heraklesa (w mit. rzym. Herkulesa) było zdobycie złotych jabłek z jabłoni rosnącej w ogrodzie nimf Hesperyd. [przypis edytorski]
219. wspaniałość (daw.) — wspaniałomyślność. [przypis edytorski]
220. nie mieć czoła (daw.) — nie mieć wstydu, honoru. [przypis edytorski]
221. folgować (daw.) — traktować łagodniej. [przypis edytorski]
222. niepodobieństwo (daw.) — coś nieprawdopodobnego a. niemożliwego. [przypis edytorski]
223. nieznacznie — niezauważalnie, niepostrzeżenie. [przypis edytorski]
224. zabaczać (daw.) — zapominać. [przypis edytorski]
225. wylany (daw.) — ofiarny, życzliwy, serdeczny. [przypis edytorski]
226. czyli (daw.) — czy. [przypis edytorski]
227. żebrając — dziś popr.: żebrząc. [przypis edytorski]
228. rachować na coś (daw.) — dziś: liczyć na coś. [przypis edytorski]
229. gwoli (daw.) — z powodu. [przypis edytorski]
230. zbijać z terminu — zbijać z tropu. [przypis edytorski]
231. dukt — droga leśna; dziś popr. lm: dukty. [przypis edytorski]
232. wyforować (daw.) — wyrzucić. [przypis edytorski]
233. instancja (daw., z łac.) — wstawiennictwo, poparcie. [przypis edytorski]
234. fryszt (daw., z niem.) — odłożenie sprawy, zawieszenie broni. [przypis edytorski]
235. ażali a. azali (daw.) — czy, czyż. [przypis edytorski]
236. poszept (daw.) — podszept, namowa. [przypis edytorski]
237. powolność (daw.) — uległość, poddawanie się cudzej woli. [przypis edytorski]
238. Publikola, właśc. Publius Valerius Publicola (zm. 503 p.n.e.) — rzymski arystokrata, polityk i dowódca, uważany za jednego z ojców założycieli republiki; jeden z przywódców powstania przeciwko Tarkwiniuszom, pierwszy konsul republiki (w 509 p.n.e., razem z Lucjuszem Juniuszem Brutusem); urząd konsula pełnił łącznie czterokrotnie; swoim oddaniem sprawie ludu zyskał sobie przydomek Publicola (Przyjaciel ludu). [przypis edytorski]
239. Diana (mit. rzym.) — dziewicza bogini łowów i księżyca, odpowiednik gr. Artemidy. [przypis edytorski]
240. wolen (daw.) — dziś: wolny; wolen plamy: wolny od plamy, tj. od zmazy na honorze. [przypis edytorski]
241. miasto (daw.) — zamiast. [przypis edytorski]
242. któreć (daw.) — tu: które cię. [przypis edytorski]
243. zawżdy (daw.) — zawsze. [przypis edytorski]
244. na ścież (daw.) — na oścież. [przypis edytorski]
245. Jeżeli komu, to wam by powinien Rzym wznieść świątynie — wg Plutarcha senat dla uhonorowania kobiet spełnił ich prośbę i nakazał zbudowanie świątyni Fortuny oraz utrzymywanie kultu z pieniędzy publicznych. [przypis edytorski]
246. denar — srebrna moneta rzymska bita od III w. p.n.e.; w oryginale: doit, tj. drobna moneta holenderska, przen.: marny grosz. [przypis edytorski]
247. zmiennik (daw.) — mężczyzna zmienny w uczuciach, niedotrzymujący słowa. [przypis edytorski]
248. konsulostwo (daw.) — urząd konsula, konsulat. [przypis edytorski]
249. mir (daw.) — pokój. [przypis edytorski]
250. krasić (poet.) — zdobić, upiększać. [przypis edytorski]
251. ludzie z sercem — tj. ludzie mający mężne serca, dzielni. [przypis edytorski]