Księga miraży

Stachowi na pamiątkę tamtego wieczoru (3 I 1943 r.)

Wieczory od łez sine i latarnie smutne

bardziej niż tamte noce, gdy garściami z nieba

wiatr sypał w okno gwiazdy:

pokój srebrniał w mroku,

a oczy pełne świateł, gorące jak morza

błądziły nieruchomo po kutych broszkach zodiaku.

Patos mistycznych rozżaleń...

mój smutny przyjacielu! — święty Franciszek umarł...

kochasz zastygłe kwiaty?

Umarłe kwiaty czy kochasz? patrz! — złote kaplice ptaków

w kompozycjach cieni na witrażach

światłocieniem przesuwają się z wolna.

Melodia, której nie słuchasz,

zaraz umilknie w organach —

nie odwracaj myśli od serca:

kościoły najpiękniejsze są rano.

Linia życia łagodnie

na twej dłoni wygięta ku światłu

— odloty ptaków nie obce —

zapadłeś w świętą geometrię nocy

ukochaniem sosnowych pniaków.

Poręczami słów się chwytałeś — ukosem przebiegał zakręt —

kroki dudniły jak pieniądz —

myślałeś — — —

magiczne formuły zaklęć uchylą piękno?

A pola były jak miłość

i miedze krokiem szerokie

— kolumbiadami snów, wpław, przeciw prądom —

na zboczach kwietnych gór,

na krawędziach mistycznych ołtarzy

— odpoznasz ciepło rąk drogich

znalezione w Księdze Miraży.

Dziewczynom słodycz odrzucić, banalnym jak zwrotki,

uśmiechy oczom odcięte niech płyną w ekstazach w błękit!

my

na powiekach rzęsami

jak do modlitwy przymkniętych

wstrzymamy przeciekającą młodość.

pierwodruk: „Dziś i Jutro”, 19. 05. 1946, nr 19 (25)