O centaurach

O centaurach1

Ścierają się rym o rym ostrzone wiersze ze szczękiem

— nie ufaj ścisłym rozmysłom, by żaden cię nie opętał,

— nie ufaj palcom, jak ślepcy,

ni oczom, jak sowy bezrękie.

Oto głoszę namiętność i mądrość

ciasno w pasie zrośnięte

jak centaur.

Wyznaję dostojną harmonię męskiego torsu i głowy

z rozrosłym ciałem ogiera i cienką pęciną nogi —

— do żeńskich chłodnych policzków

i kłębów2 okrągłych kobył

galopują wspaniałe centaury

w dzwonie podków z łąk mitologii.

Ich namiętność skupioną i mądrą

i ich mądrość płomienną jak rozkosz

odnalazłam w dostojnej harmonii

i stopiłam w pasie i sercu.

Popatrz:

namysł

o twarzy antycznej

zgrzanym koniom zawierzył swą boskość,

jak spętane rumaki po jaskrach

drżące zmysły pędzą po czerwcu.

Proces

1. Na początku było niebo i ziemia:

czarny tłuszcz i chabrowy tlen,

i jelonki

przy gibkich jeleniach,

z Bogiem miękkim i białym jak len.

2. Kredo,

juro,

triasie3,

gleba się warstwi po słoju,

miocen4 naciera czołgiem w majestatycznym podboju.

I rozdział jest między wodą

a ziemią paproci i brzezin

— i widzi Bóg, że jest dobrze, gdy zorzą wstaje genezis5.

Azot się parzy w lawie,

lawa zastyga lakiem,

góra

na górę

włazi

grzmiącym kosmicznym okrakiem,

karbon6 nasyca ziemię węglowo-kamienną miazgą —

— i widzi on, że jest dobrze wilgotnym płazom i gwiazdom.

Żelazo tętni najkrwiściej,

fosfor tęży się w piszczel,

a on śpiewającym powietrzem w fujarki kraterów gwiżdże.

3. Na początku było niebo i ziemia,

i jelonki,

i jelenie płowe.

No a dalej bieg się odmienia:

oto

ciało

stało się

słowem.

4. Kiedyś pod wonnym aniołem dorodny drżał rododendron,

skrzypiały, chrzęściły skrzypy wielkie i rosłe jak New-York.

w Koninie, Brześciu i Równem

na skwerkach

stokrotki więdną,

i policjanci

po nocach

ślubne

małżonki

miłują.

Pycha

Spotykają razowych młodzieńców unerwione dziewice pszeniczne,

aniołowie o świeżym oddechu prezentują astralne ciała.

Wiem:

wplątałam się w dobro i zło

jak w stokrotną trójlistność koniczyn —

dzwonią jabłka wszelkiego poznania, pomieszane w łykowych kobiałach.

Więc mam pytać o drogę

do Ciebie

zabłąkana na snów skrzyżowaniach?

Tyle razy już oczy niebieskie czarną nocą uczerniał dzień.

Osiemnaście zrudziałych czerwców

nie usłyszy,

krzycząc,

pytania.

Osiemnaście zim nie usłyszy siwych zim głuchoniemych jak pień.

Babskie ciepłe języki liści trą i sypią słowa na wiatr,

fanatyczny wąż z aluminium wije gniazda na rajskim drzewie.

Nie wiem, Panie,

co dobre,

co złe —

w osiemnaście wpatrzona lat —

zasłuchana, surowa i baczna

coraz hardziej,

coraz mądrzej,

nie wiem.

Canticum canticorum7

Pienią się winne jagody,

Pachnący nard8

Ciężko zalewa sady.

Pasłam braciom mym trzody

W słoneczny skwar —

Dlatego jestem śniada.

Szumi noc granatowa,

Od żółtych gwiazd

Gore, popieli się niebo.

Oczy płonące chowam

W rzęs cyprysowy las

Jako sadzawki w Hazebon9.

„O, miła moja, otwórz!

Obiegłem sad,

Mam sypką rosę w kędziorach —

Usta mi twoje powtórz,

Bym znowu zgadł,

Czy piłaś jabłka z wieczora”.

„Jak mam tobie odemknąć

Skrzypiące drzwi,

Gdy suknie z siebie zewlekłam,

Matki mnie trzykroć przeklną,

A stada kóz

Nie dadzą słodkiego mleka”.

Noc granatowa szumi

I szczepki winnic rozchwiane,

I liście fig —

I wcale zasnąć nie umiem.

Bramy rozwieram drewniane —

— A miły znikł.

Szafranu i kasji wonność.

Olejek ściekł

I mirra10 ścieka na klamkę.

Ścieżka zaciera się wolno

Jak spruty ścieg.

Mrok czarnooki za gankiem.

Szukałam go — nie znalazłam.

Wołałam go

— Lecz mi się wcale nie ozwał.

(A piękny jest jako gwiazda,

Jak niebios dno —

Każdy go tedy rozpozna).

Zaklinam was, panny w wonnościach,

Przez sarnę z kniei,

Przez łanię nagłą jak zamach:

Nie szukajcie zawczasu miłości,

Nie budźcie jej,

Pokąd do was nie przyjdzie sama.

Treść

Ciężarny, gęsty Pacyfik warczy pod taflą szklistą,

różowomięsna pantera jedwabne futro rozsadza —

biblijny boży wieloryb płonącym tranem tryska,

jak boży biblijny archanioł blaskiem ocieka na gwiazdach.

Widzisz —

to właśnie dlatego.

Czarnoziem rozsadza chodnik.

Pod każdą milczącą powłoką wietrzysz petardę treści.

Niebo od gwiazd się przepali

jak od rozwianych pochodni.

Przypływ i odpływ pociągów czas wzbierający obwieści.

A kiedy krzyczysz;

«śmiech»,

trzydziestodwuzębne rżą baby.

A kiedy szepczesz:

«śmierć»,

głuchoniema

ślepota

dławi.

Prężą się drżące zwierzęta, któreś z uroczysk wywabił,

których imionaś wysłowił,

któreś imieniem wysławił.

Sprawy czerwone i ciepłe z frazesów się rodzą jak z matek,

treść bulgocącym krwotokiem wybucha z śpiewnej udręki.

Imię pęcznieje światem,

świat się wydyma zaświatem —

— a ty

słowa ciałem porosłe

wymawiasz —

jak Stwórca —

z lękiem.

Defraudacja

O rublowe, talarowe, o brzęczące dni,

czerwońcami11 dzwonił czerwiec,

potrząsiście dzwonił trzosem,

północami

jak reszkami

księżycowy połysk lśnił,

południami

jak orłami

słońce biło w oczy kłosom —

— a ja sama, a ja słaba

wśród rojeń

zapomniałam, że te dni są

twoje.

2 lipca 1934

Żegluga

W smolistej, szczelnej arce własnych, rozgrzanych spraw

chłoszczący rozchłyst potopu

i świat świszczący

omijam —

tkliwe gołąbki wywiodłam z dalekiej zawiei zjaw,

płazy z błyszczącej miki12

i giętkie, dorodne żmije.

Symbole o skrzydłach kosmicznych

i krytych lakierem kłach

wpiły się w płowe grzywy zwierząt z biblijnej arki.

O, tępe słonie lenistwa, sny kołyszące na łbach!

O, pycho, o, szpony orle, wbite ekstazą w lwie karki!

O korab13 uderza świat złą metaliczną falą —

— tam

mroczny

upust

chaosu

wrogi, zawzięty potop —

— za ile jeszcze dni w dolinach zalśnią emalią

na gibkich kibiciach jabłonie w różowych papilotach? —

— a tutaj pachnie żywicą,

esencja tęży się z barw,

druciany sopran marców na lipców alt się nawija.

W smolistej, szczelnej arce własnych, rozgrzanych spraw

chłoszczący rozchłyst potopu

i świat świszczący omijam.

Futro

O, rysie, żbiki i pumy wypchane najpuszyściej,

lisy o żółtych podszewkach i żółtych oczach ze szkła,

o, runo14 rozwieruszone, rozpięte płasko i chytrze,

poranki rozwieruszone,

napięte ciasno na snach;

o, grząskie, wilcze igliwo leśne jak sosen włosie,

chaosie niedźwiedziej szczeci,

zamęcie zmąconych dni —

— czeszę cię ostrą pogardą,

o, futro rozwianych mych wiosen,

sypkie, kosmate futro,

bez mięsa,

kośćca

i krwi.

Gramatyka15

(— a wrosnąć w słowa tak radośnie,

a pokochać słowa tak łatwo —

trzeba tylko wziąć je do ręki i obejrzeć jak burgund16 pod światło).

Przymiotniki przeciągają się jak koty

i jak koty są stworzone do pieszczot

miękkie koty ciepłe i potulne mruczą tkliwość andante17 i maesto18.

Miękkie koty mają w oczach jeziora i ziel-topiel wodorostną na dnie.

Patrzę sennie w źrenice kocie

tajemnicze i szklane i zdradne.19

Oto jest bryła i kształt, oto jest treść nieodzowna,

konkretność istoty rzeczy, materia wkuta w rzeczownik,

i nieruchomość świata i spokój martwot i stałość,

coś, co trwa wciąż i jest, słowo stężone w ciało.20

Oto są proste stoły i twarde drewniane ławy,

oto są wątłe i mokre z tkanek roślinnych trawy,

oto jest rudy kościół, co w Bogu gotykiem sterczy,

i oto jest żylne tętnicze ludzkie najprostsze serce21.

Zaś przysłówek22 to nagły cud

niespodzianka potartych krzesiw —

było coś nie wiadomo jak

a już teraz jest w skos i w poprzek

i oburącz oplata myśl i jest pewnie rzewnie i dobrze23.

A zaimki to malutkie pokoiczki,

gdzie na oknach rosną małe doniczki.

Każdy kącik — to pamiątka po dawniej

a są tylko dla Ciebie i dla mnie.

Tu tajemną abrakadabrą

kwitną prawa miłosnych algebr:

ja — to ty, ty — to ja (równanie)

ja bez ciebie — ty beze mnie to zero.

My lubimy otuleni zmierzchami

w małych słowach jak w szufladkach szperać.

Ja to ty — ty to ja. Równanie.

A zaimki są tak tajne jak kwiaty,

jak malutkie, malutkie pokoiczki,

w których mieszkasz w tajemnicy przed światem24.

(— więc weź tylko słowo do ręki

i obejrzyj jak burgund pod światło,

a wrosnąć w słowa tak radośnie,

a pokochać słowa tak łatwo. — ).

Dziewictwo

My...

Chaos leszczyn, rozchełstanych po deszczu,

pachnie tłustych orzechów miazgą,

krowy rodzą w parnym powietrzu

po oborach płonących jak gwiazdy,

O, porzeczki i zboża źrałe25,

soczystości wzbierająca w wylew,

o, wilczyce karmiące małe,

oczy wilczyc słodkie jak lilie!

Ścieka żywic miodna pasieczność,

wymię kozie ciąży jak dynia —

płynie białe mleko jak wieczność

w macierzyńskiej piersi świątyniach.

A my...

...w hermetycznych

jak stalowy termos

sześcianikach tapet brzoskwiniowych,

uwikłane po szyję w sukienki,

prowadzimy

kulturalne

rozmowy.

To jedno

Dnie bumerangiem ciśnięte wrócą grotami przypomnień:

mizdrzyły się dziewki przepyszne,

wełniane owce szły z gór —

co ciebie gnało przez wszystko — rozważ,

wyrachuj przytomnie,

co ciebie gnało przez pieśń,

las śpiewny,

śpiew drzewny,

bór.

O, akwarele poranków, tłuste oleje południ,

senne pastele wieczorów i nocy głębokich węgle!

Ostrą źródlaną rozkosz czerpały wiadra ze studni —

to ciebie gnało,

to,

przez furkot, chorągwie i wstęgi.

To ciebie gna dziś przez czułość:

płyną ładowne okręty,

pełne gromnicznych madonn o skórze z dotyku i wosku,

pannom pełnym słodyczy, tkliwym i uśmiechniętym,

pachną twarze z pierwiosnków i rude nasturcje włosów.

To ciebie gna przez patos:

stygną cokoły zwycięstw.

Dłoń ci wybucha w pion. Sztandar wybucha nad dłoń.

Pioruny biją w rdzeń jabłek. Z grzmotem przelewa się życie.

I zachwyt odurza jak zapach. Czeremcha dudni o skroń.

W niemej arktycznej przeszłości z mapami wspomnień się włóczysz —

O, wiadra nienasycone,

cynowe wiadra bez dna.

Ostrą, źródlaną rozkosz czerpiesz ze wszystkich kluczy.

Rozważam, rachuję i wiem:

— to jedno,

to ciebie gna.

Zdrada

Nie upilnuje mnie nikt.

Grzech z zamszu i nietoperzy

zawisł na strychach strachu półmysią głową w dół —

O zmierzchu wymknę się z wieży, z warownej ucieknę wieży,

przez cięcie ostrych os,

przez zasiek zatrutych ziół —

Ciężko powstaną z rumowisk tłoczące turnie przykazań,

dwadzieścia piekieł Wedy26.

płomienie,

wycie

i świst,

noc fanatyczna zagrozi, zakamienuje gwiazdami,

rtęcią wyślizgnę się z palców.

Nie upilnuje mnie nic.

Ty w wilka się zmienisz, ja w pliszkę,

ty w orła, ja w kręte dziwy —

nieprzeniknionym zamysłem uprzedzę każdy twój pościg.

Nie upilnuje mnie świat,

o, luby — o, drogi — o, miły,

jeśli nie zechcę

sama

słodkiej majowej

wierności.

Wyjaśnienie na marginesie

Nie powstałam

z prochu,

nie obrócę się

w proch.

Nie zstąpiłam

z nieba

i nie wrócę do nieba.

Jestem sama niebem,

tak jak szklany strop.

Jestem sama ziemią,

tak jak rodna gleba.

Nie uciekłam

znikąd

i nie wrócę

tam.

Oprócz samej siebie nie znam innej dali.

W wzdętym płucu wiatru

i w zwapnieniu skał

muszę

siebie

tutaj

rozproszoną

znaleźć.

Obcość

Patrz:

purpurowy trubadur święto obwieścił surmami27,

kupcy rozdają szkarłat i maści pachnącej miarki,

na szklanych szczudłach sopranu chwieją się

mdlejąc pieśniarki,

tancerzom dzwonią torsy i ud błyszczący ornament —

— a tyś spowszedniał sobie

ulicą

mierzoną

co dzień,

a w tobie jest śmierć nieuchronna,

jak igła krążąca w żyłach.

Radość przepływa

z dala

w różowej, świątecznej łodzi

daleką, obcą rzeką

z ultramaryny28 i z iłu.

Powiedzą o twoim żalu: „płaskostopy i karłowaty”,

powiedzą o twoim smutku: „bielidło, olejek, róż”.

Ni liryka z tkliwych batystów29,

ni ciężki epos z brokatu

nie wyzna ciebie

nikomu

domysłem zza siedmiu mórz.

Deklaracja

Teza

Zwierzęta o szorstkich językach poznały zaprawdę smak.

Wilki miłosne i głodne pełne są wiedzy i doznań.

Oto jest chwila obecna:

owady drążą ją w bzach,

osy o żądłach ostrych wwierciły się w słodycz dna.

Na rożnie obraca się ziemia — wonna jelenia pieczeń,

słońce smolnym ogniskiem rumieni, przypieka znak.

O, uczto mięsożernych!

Czujne na głody odwieczne

Zwierzęta o szorstkich językach poznały zaprawdę smak.

Antyteza

Ludzie o mięśniach zwiotczałych znają posmak i przedsmak.

Posmak — historia starców.

Przedsmak — łuna proroków.

A smaku miąższ miazgomózgi, czereśnia ciepła i cierpka

i śliwa zmiękła od soku daleko rosną za oknem.

(Historia: „O, Wiosno Ludów, rewolto jak leśny pożar,

o, roku czterdziesty ósmy, szumiący i niezatarty!”

Proroctwo: „O, wiosno kolonii, wiosno kwitnąca na morzach,

w czterdziestym ósmym roku przyjdziesz pożogą Afryk!”)

Gnieżdżą się w skórach kozic,

w futrach łagodnych niedźwiedzi,

wiedzą,

że było,

że będzie,

a dzisiaj: pusty oczodół.

Dzisiaj dzienny półksiężyc w mleczu pochmurnym się biedzi

i rosną w kawiarni stoliki pniami wymarłych ogrodów.

Synteza

Znam przedsmak rozkołysany,

posmaku ciszę bezbrzeżną,

i chwilę pieszczę ustami,

gdy ciepła

ze snu się budzi.

Nie jestem niczym innym, jak mądrą odmianą zwierząt

i niczym innym nie jestem, jak czujną odmianą ludzi.

Zamiast różowego listu

Moje malutkie miasto ma zbyt wiele uliczek —

(nie mogę ciebie spotkać, choć co dnia wszystkie liczę).

Moje malutkie miasto ma uliczek za mało —

(nie ma w nim takiej jednej, by się dwoje spotkało).

Moje malutkie miasto mogło stać nad tysiącem,

które mają chodniki30 długo, długo idące,

a nad każdą by stały smukłych domów miliony,

jak dynie pełne pestek drobiem ludzkim zmrowionych —

a każda, co dzień inna, pełna twego kochania

mogła święto spotkania na tych domach wydzwaniać,

na tych domach ogromnych, kolorowych klawiszach —

a my byśmy szli

wiecznie,

a w nas byłaby cisza.

Moje malutkie miasto mogło stać nad króciutką,

tylko jedną jedyną, jak strumyczek wąziutką,

a uliczka ta mogła mieć dwa tylko domeczki,

naprzeciwne, radosne, roześmiane dzwoneczki —

moglibyśmy wyjść sobie w jakiś wieczór lub ranek

z naszych domów: śmieszyczek, radośnianek, wiośnianek,

i od razu się spotkać sercodzwonnie, dłońwdłonnie,

i patrzeć sobie w oczy

wiecznie,

wiecznie,

dozgonnie.

Moje malutkie miasto ma zbyt mało uliczek

i zbyt wiele uliczek,

których nigdy nie zliczę.

Połów

RYBACZKA:

Oczami jak agrafkami ostro wpięłam się w świat —

żółto strzelony promień w oczy wwiercił się świdrem,

znienacka ognistym dyskiem

blask w odblask źrenicy wpadł,

znienacka w zmrużeniu powiek

świat z chwytu oczu się wydarł.

Rybną zatokę zjawisk

omotam sieciami zmysłów —

patrz:

ryba biała i śliska, to biały i śliski dzień

zgrzyt żwiru ziarna i żużlu

objawia rzeczy domysłem — zarzucam sieci i mówię:

„Co wiem,

co wiem,

to wiem.”

MORZE:

Rozlałem się szeroko, wylewnie jak epos,

zielonym śpiewem liści,

czerwonym śpiewem krwi —

wierz we mnie,

wierz zaocznie,

jak w epos wierz na ślepo,

jak w epos białomięsnych, srebrnołuskich dni.

Wtrysnąłem życia świerkom po cięcie smolnej kory

ja —

morze rozparskane, spieniony śpiewem świat.

A ty,

rybaczko z brzegu,

rozpięty złóż aforyzm,

bo w usta,

w palce,

w uszy,

pochwycisz tylko wiatr.

RYBACZKA:

Zarzucam sieci i mówię:

„Co wiem,

co wiem,

to wiem” —

wiem, jaki miazga jabłeczna zostawia na wargach smak —

czereśnie sennie jak usta kłonią się z sennych drzew —

w dwa serca rozcięta grusza

ma sokiem płynący znak.

MORZE:

(Z Bogiem prawuje się ziemia głosem ochrypłym od drgania,

dudni, przeklina ziemię lawa grzmotem i rykiem).

Rybaczko z tamtego brzegu, sieć swoją próżno wyganiasz

rybami, których nie dojrzysz,

jak wywar po brzegi kipię.

Mówisz na brzegu o sieci,

pięć zmysłów łączysz powojem,

a nie wiesz, ilu ci braknie, żeby wyruszyć na połów,

jak pachnie księżyc na mrozie

i jaki smak ma dno moje,

jak w zmysły dziurawe i wąskie

chwycisz

tabuny

aniołów?

RYBACZKA:

Wiem tylko o żużlu i żwirze,

że zgrzyta,

o łuską pluszczącej fali,

że pryśnie,

o kosie, co w skos lśni w trawie,

że syta,

a o ust lśnieniu i pieśni,

że śni się.

Przypisy:

1. centaur (mit. gr.) — stworzenie z ludzkim tułowiem na końskim korpusie. [przypis edytorski]

2. kłąb — nasada szyi u czworonożnego ssaka. [przypis edytorski]

3. kreda, jura, trias (geol.) — okresy ery mezozoicznej. [przypis edytorski]

4. miocen (geol.) — pierwsza epoka neogenu, w której powstawały wielkie łańcuchy górskie. [przypis edytorski]

5. genezis — por. gr. Genesis, tj. Księga Rodzaju w Biblii opowiadająca o stworzeniu świata i początkach rodzaju ludzkiego. [przypis edytorski]

6. karbon (geol.) — piąty okres ery paleozoicznej. [przypis edytorski]

7. Canticum coanticorum (łac.) — Pieśń nad pieśniami, księga mądrościowa Starego Testamentu, w warstwie dosłownej stanowiąca utwór miłosny, lecz zazwyczaj interpretowana jako alegoria miłości duszy do Boga. [przypis edytorski]

8. nard (bot.) — roślina z gatunku kozłkowatych, z której otrzymuje się olejek eteryczny, ceniony w starożytności jako pachnidło; także: sam olejek. [przypis edytorski]

9. Hazebon — właśc. Cheszbon, dawna stolica ludu Amorytów; porównanie oczu do tamtejszych sadzawek pochodzi z PnP 7,5. [przypis edytorski]

10. mirra — mocno pachnąca żywica drzew lub krzewów z rodzaju balsamowiec. [przypis edytorski]

11. czerwoniec — czerwony złoty: nazwa złotego pieniądza o wartości zbliżonej do dukata. [przypis edytorski]

12. mika — błyszczący minerał z grupy krzemianów. [przypis edytorski]

13. korab — inaczej okręt, łódź. [przypis edytorski]

14. runo — warstwa roślin i grzybów rosnących w lesie najbliżej ziemi. [przypis edytorski]

15. Gramatyka — Wiersz zdobył wyróżnienie w Turnieju Młodych Poetów, organizowanym przez redakcję „Wiadomości Literackich” w 1934 roku. Pojawił się w 29 numerze tego pisma 15 lipca 1934 roku. [przypis redakcyjny]

16. burgund — gatunek wina z Burgundii. [przypis edytorski]

17. andante — (wł. termin muz.) spokojnie. [przypis edytorski]

18. maesto — (wł. termin muz.) majestatycznie, triumfalnie. [przypis edytorski]

19. Patrzę sennie w źrenice kocie tajemnicze i szklane i zdradne. — W rękopisie ten dwuwers brzmiał: słodko patrzeć przymiotnikom w źrenice / tajemnicze i najcichsze i zdradne — [przypis edytorski]

20. coś, co trwa wciąż i jest, słowo stężone w ciało. — w rękopisie ten wers brzmiał: coś, co trwa wciąż i jest, bo prawdą z pustki się stało — [przypis edytorski]

21. oto są wątłe i mokre z tkanek roślinnych trawy, oto jest rudy kościół, co w Bogu gotykiem sterczy, i oto jest żylne tętnicze ludzkie najprostsze serce — W rękopisie: oto są drżące i wątłe z tkanek roślinnych trawy — / oto jest kościół z cegieł, co w niebo gotykiem sterczy / i oto jest ludzkie żywotne, żylne, tętnicze serce. — [przypis edytorski]

22. Zaś przysłówek — w rękopisie ta strofa brzmiała: było coś - nie wiadomo jak, / a już styl ma żywy jak trzeźwość — / było coś — nie wiadomo jak, / a już teraz jest w skos i w poprzek / i oburącz otula myśl / i jest pewnie, rzewnie i dobrze. — [przypis edytorski]

23. rzewnie i dobrze — w rękopisie dalej znajdowała się strofa o czasowniku: A czasownik, pal go czart: / prężnych sprężyn rzutny chan. / Gdy wytryska w nagły ruch, / ściera rzewność w pył i puch; / nie ma miejsca na zmrok lila, / bez do okien się nie schyla — / jeśli ból, to twardy ból, / nie smętnica żalnych pól. / Gdy o szczęście walczyć mam, / zerwę, zburzę opór tam: / żywy mięsień, żywa pięść / może zdobyć tkliwość szczęść — / Wszystkie smętki, precz do diaska! — / stoi słowo, koniem parska, / staje dęba, wpada w szał — / tylko siąść i pędzić w cwał. [przypis edytorski]

24. przed światem — w rękopisie dalej następowała strofa o następującym brzmieniu: (więc nie wykładaj słów, jak karty / w pasjansów powrotnej nudzie: / tak / czy / nie — / tak / czy / nie — / bo każde słowo jest właśnie tyle warte / ile jest warte dla każdego z ludzi — [przypis edytorski]

25. źrały (daw.) — dojrzały. [przypis edytorski]

26. Wedy — święte księgi hinduizmu. [przypis edytorski]

27. surma (muz.) — drewniany instrument dęty. [przypis edytorski]

28. ultramaryna — pigment mineralny (najczęściej kojarzony z kolorem niebieskim, jednak może mieć także barwę np. fioletową lub żółtą). Także określenie intensywnie niebieskiej barwy lub farby. [przypis edytorski]

29. batyst — przezroczysta, cienka tkanina. [przypis edytorski]

30. chodniki — możliwa poprawka tekstu: ulice. [przypis edytorski]