SCENA IV
Konrad i Aldona.
ALDONA
wbiegając
Rycerzu!
KONRAD
na stronie
Cóż to? znów z przeszłości łona
Głos ten serdeczny wraca? — Tak, to ona!
ALDONA
Nie odchodź! Już się nie sprzeciwię tobie;
Nie będę badać: kto jesteś? kim byłeś?
Nie wzbudzę wspomnień, co spoczęły w grobie
Nie powiem więcej, że ty przedtem żyłeś
W innej postaci; a więc prośby mojej
Słuchaj jak obcy, co na drodze stoi
Wobec nieszczęścia. O, panie! ty wspomóż
Tych, którzy giną.
KONRAD
Mam pomóc? i komuż?
ALDONA
Kiejstuta ratuj! Wynajdź środek jaki,
Gdy się tak wszystko na niego sprzysięga —
I los, i ludzie. Wszakże wy, Krzyżaki,
Macie dłoń silną, co daleko sięga,
Macie na wszystko środki i sposoby:
A więc ratujcie!
KONRAD
Często od choroby
Gorsze lekarstwo.
ALDONA
Słowami rozsądku
Nie mów ty do mnie, bo nic nie pojmuję.
Podobna będąc małemu dzieciątku,
Które nie umie myśleć — tylko czuje.
Ty nie wiesz chyba, żem jest na kształt lutni,
Na której struny rwała losu ręka:
Więc coraz słabiej skarży się i smutniej.
Dzisiaj ostatnia struna we mnie pęka;
I gdy ta pęknie, umilknie narzędzie,
Bo już i głosu, i lutni nie będzie.
KONRAD
A owa struna ostatnia, jedyna?
ALDONA
To jeszcze miłość, choć w różnej postaci,
Którą na ojca przeniosłam ze syna.
Kto z oczu słońce miłości utraci,
To do bladego zwraca się księżyca,
Co, chociaż żarem nie zrumieni lica,
Jednak litośnie w srebrne stroi wianki
Skroń opuszczonej żony i kochanki.
Ale ty nie wiesz, że ja opuszczona,
Straciwszy męża i sen szczęścia krótki,
Znalazłam ojca, który mnie do łona
Swego przytulił. Nie wiesz, że dwa smutki
Złączone dziwną stworzyły zażyłość —
Co jest dla duchów zaświatowa miłość —
I że w tym starcu sercem moim żyję,
I tą jasnością, która z niego bije.
KONRAD
z zajęciem
Więc ty go bardzo kochasz?
ALDONA
Pytasz o to?
Ha! tyś go nie znał, a gdy znał — zapomniał
O tym rycerzu z gołębią prostotą;
I nie wiesz, jak on w nieszczęściu zogromniał,
I jakie skarby w sercu swoim mieści —
W sercu, co wszystkie ukryte boleści
Na perły zmienia na kształt cennej muszli...
z rozpaczą
I on ma nie ujść zguby!
KONRAD
Ach! zazdrośnie
Los czyha, nie chcąc, by rozbicia uszli
Ci, których ducha wysokość przerośnie
Zwyczajny poziom. Im kto dąży wyżej,
Więcej z nieszczęściem pozna się i zbliży,
I kres odnajdzie wszystkich dumnych dążeń,
Gdy na pierś ziemi usypią na sążeń.
ALDONA
rozpaczliwie, z wyrzutem
Nie chcesz nic zrobić dla mnie? nic dla niego?
KONRAD
w zapomnieniu, z żywością
Wszystko, co w mocy mojej.
ALDONA
Dzięki, dzięki!
KONRAD
chłodno i z goryczą
Ty mi nie dziękuj; wszakże nic dobrego
Nie może dla was z naszej spłynąć ręki:
Bez skrytych celów nigdy nic nie czynim.
Lecz gdzie jest Kiejstut?
ALDONA
Byłam ciągle przy nim.
Dopóki w bitwy przegranej zamęcie/Dopóki w bitwy przegranej zamęcie
Nie znikł mi z oczu, a ja, pełna grozy,
Na wpół szalone czyniąc przedsięwzięcie,
Wprost na krzyżackie chciałam biec obozy —
Wzywać ratunku.
Słychać za sceną daleki głos rogu. Aldona z radością do Konrada.
Czy słyszysz?
KONRAD
Tak, słyszę.
ALDONA
To odgłos rogu, który przerwał ciszę.
słychać wyraźniejsze brzmienie
Znów się powtarza i dźwięczy donośniej:
To on się zbliża! Bogowie litośni,
Wy nas wspierajcie!
Aldona pośpiesza na prawą stronę sceny ku głębi, skąd wychodzi Kiejstut, za nim Butrym i orszak rycerzy.