SCENA V
Konrad i Halban.
KONRAD
Halbanie,
Kiedym porzucił swe rodzinne progi,
Miłość i szczęście, ojczyznę i wiarę,
Ohydną zdrajcy przybierając postać —
Byle, pełzając ukradkiem jak żmija,
Do serca hydry krzyżackiej się dostać
I cios w przyszłości zadać, co zabija —
przygotowany byłem, że me czyny
Przyjdzie opłacać straszną serca męką;
Nie przewidziałem jednak tej godziny,
Że tak stać będę z skrępowaną ręką,
Kiedy w pierś ojca godzą zbójców dłonie,
Że nie dobędę z pochwy swego miecza,
Ani go piersią swoją nie zasłonię;
Więc się dziś wstrząsa natura człowieka,
Na to się wzdryga zgwałcona przyroda!
Nie chcę iść naprzód w tym dziele zdradzieckiem
Za taką cenę...
HALBAN
z wzgardliwą litością
Szkoda ciebie, szkoda!
Miałeś być mężem — jesteś tylko dzieckiem,
Co się w myśl wielką bawiło przez chwilę,
Ale, spostrzegłszy nagle, że się zrani,
Rzuca ją...
KONRAD
Nie szydź! wycierpiałem tyle
I tyle szczęścia poświęciłem dla niej,
Żem na szyderstwo twoje nie zasłużył,
Gdy z drogi widmo straszliwe mnie spycha.
HALBAN
Widzę, że duch twój zachwiał się i znużył.
Byłaż to tylko żądza sławy licha,
Co do nadludzkich ofiar cię popchnęła?
Jeśli tak było, zrzecz się twego dzieła,
Kochaj, myśl, działaj jak ludzie zwyczajni,
Bo nic wielkiego nie zrobisz na świecie;
Lecz, jeśliś żywił w twego ducha tajni
Prawdziwą miłość dla sprawy ojczystej,
Jeśliś chciał zrzucić jarzmo, co nas gniecie,
I Litwie tryumf zgotować wieczysty...
To idź, jak dotąd, milczący na wyłom
Przeciw piekielnym czy niebieskim siłom,
Przez łzy, przez ogień i przez krwi strumienie!
Zapomnij, że masz serce lub sumienie!
Wij się z boleści!... umieraj z rozpaczy!...
Lecz to, coś zaczął — dokonaj!
KONRAD
rozpaczliwie
Inaczej
Te słowa niegdyś brzmiały mi przed laty,
Kiedym je stroił w własnych marzeń kwiaty.
Dziś nawet cel ten — wielki, wzniosły, święty,
Któremu duszę zaprzedałem młodą,
Tak mi się zdaje mgłami przesłonięty,
Że już pociechą nie jest, ni nagrodą.
Dziś mi na oczach głowa ojca siwa,
Która ode mnie ratunku przyzywa.
On mnie tak kochał! jam mu rozdarł serce —
A teraz, wszystkie gdy nań spadły gromy,
Mam obojętnie czekać, aż morderce
Cios mu nareszcie zadadzą kryjomy?
HALBAN
Skąd taka pewność?
KONRAD
Ta dzika wilczyca,
Co się zaledwie krwią ofiar nasyca,
Jawnie się chełpi z zamierzonej zbrodni
I jeśli brat jej nie wesprze w zamyśle
I do więzienia Kiejstuta nie wyśle,
Sama go zgładzi: to słyszałem od niej.
Tak więc jedyny sposób ocalenia,
Biednego starca wtrącić do więzienia.
HALBAN
Tu nie rozpaczać, lecz działać wypada.
Trudno się ustrzec, gdzie czatuje zdrada;
Ale więzienne otworzyć mu bramy
Łatwo nam przyjdzie. Wszelką pomoc mamy
Bo interesem także jest zakonu
Współzawodnika Jagielle do tronu
Trzymać w zapasie...
KONRAD
Straszliwe to środki,
Za które chwytać muszę dłonią drżącą,
Jakby za przędzę, pajęczyny wiotkiej.
Ponad przepaścią na łup czyhającą.
Odchodzi z Halbanem przez drzwi na prawo. Po chwili przez drzwi środkowe wchodzi Jagiełło, a z nim Kiejstut i Witold. Przez otwarte drzwi widać Butryma i kilku rycerzy z orszaku Kiejstuta, którzy jednakże nie wchodzą na scenę.