SCENA V
Konrad i Kiejstut.
KONRAD
obejrzawszy się za odchodzącymi
Oni już poszli. Jestem sam przy tobie —
W straszliwej męce, co pierś moją kruszy.
O tych dniach życia ja śnić będę w grobie,
Jeżeli będzie sen dla mojej duszy,
Ty nie wiesz, jakim ciężarem mnie tłoczy
Twoje milczenie niezbłagane, groźne;
Jaki dreszcz śmierci ślą mi twoje oczy,
Tak nieruchome, spokojne a mroźne!
Wolę, ach! wszystko przenieść, niźli widzieć
Takie zastygłe, milczące męczeństwo...
Więc jeśli masz mnie prawo nienawidzieć,
To chcę usłyszeć z ust twych — choć przekleństwo!
Nie stój tak dłużej martwy, nieruchomy,
Lecz powstań gniewny jako wódz olbrzymów,
Rzuć na mnie wszystkie twoich spojrzeń gromy,
Przeklnij, lecz słowo chociaż jedno wymów!
po pauzie
Nic? nic nie powiesz?... to zniosę w końcu;
Lecz daj mi rękę i z tego cmentarza
Uchodź wraz ze mną ku jasnemu słońcu,
Bo śmierć niechybna tutaj ci zagraża.
Uchodź, zaklinam!
po małej chwilce
Ha! ty może znowu
Lękasz się zdrady? pomnąc, żem poradził,
By cię uwięzić... Wierzaj memu słowu!
Ja ci przysięgam, żem ciebie nie zdradził,
Lecz chciałem tylko odwrócić w ten sposób
śmiertelne ciosy z ręki innych osób.
Nie idziesz? Milczysz?... Więc mi serce zamień,
Ażeby także milczało jak kamień.
po chwili z uniesieniem i determinacją
O, nie! ja muszę wyrwać cię od zguby!
Precz myśl o jutrze! Precz wszelka rozwaga!
Precz udawanie! Łamię swoje śluby...
klękając przed Kiejstutem
Ojcze! syn ciebie na kolanach błaga,
Byś się pozwolił ocalić...
KIEJSTUT
Syn? jaki?
Był jeden wprawdzie, któregom opłakał
I w duszy po nim zatarł wszystkie znaki;
Bo on — to moje nieszczęście i zakał.
Więc chociaż potem odgadłem od razu,
Jaką twarz nosi krzyżacka gadzina —
Zamknąłem oczy przed śladami płazu.
Poznałem zdrajcę — nie poznałem syna:
Syn mój nie żyje od dawna.
KONRAD
O, srogo
Mści się wciąż na mnie gwałt sercu zadany!
Na całym świecie nie ma już nikogo,
Co by z litością wejrzał w moje rany
I ogrom ofiar swym współczuciem zmierzył.
Ojcze! więc twoje serce rodziciela
Nic nie przeczuło? Więceś ty uwierzył
Pozorom zdrady, co kryje mściciela?
I głos ci żaden tajemny nie szeptał,
Dlaczegom wszystko poświęcił i zdeptał?
KIEJSTUT
Jam w życiu sobie wytknął prostą drogę;
Kraj swój kochając i czcząc swoje bóstwa,
Żyłem wciąż prawdą: więc się znać nie mogę
Na krętych ścieżkach fałszu i oszustwa,
Jam przywykł sądzić czyny, nie zamiary,
I to rozumiem, na co patrzą oczy;
Znam jedną prawość; więc nie daję wiary
Cnocie, co chytrze śladem zbrodni kroczy.
KONRAD
błagalnie
Ojcze!
KIEJSTUT
tak jakby do siebie
Ach! dawno straciłem to dziecko,
W którym najwięcej złożyłem nadziei,
Sądząc, że ze mną nawałę niemiecką
Odganiać będzie od litewskiej kniei,
Że mnie podtrzyma w walce z tą poczwarą,
Od rozjuszonych groźniejszą niedźwiedzic,
I nie da ciosom spaść na głowę starą —
On, mojej sławy uczestnik i dziedzic!
z wzruszeniem
Alem źle jemu i sobie wywróżył,
Zbyt zatopiony w tej główce dziecięcej;
Bo on sam szczęście i nadzieję zburzył —
On, miłowany przeze mnie najwięcej!
z ponurą żałością
Jam go na zawsze stracił!
KONRAD
Tak żałośnie
Słowami nie dźwięcz, jakbyś wzdychał za czem,
Co nie powróci; bo we mnie żal rośnie
Taki bezmierny, że rozsadzi płaczem
Pierś męską.
po małej chwili
Ojcze, więc ty wiary nie dasz,
Że ja Ojczyzny nie miałem na sprzedaż;
Więc ty nie wierzysz, że ja, wierny sławie,
Swe życie w jednym pomieściłem czynie,
Przez który Litwę pomszczę i zbawię?!
Ojcze, twój Butawt ożyje, gdy zginie!
KIEJSTUT
O tym, co będzie — będą sądzić inni...
Może go potem przyszłość uniewinni
I rzuci poklask za szczęśliwy zamach,
I nic nie wspomni o poprzednich plamach;
Lecz ja, którego schyłek dnia tak krótki,
Jam złego ziarna zgubne widział żniwo:
W rodzinie same nieszczęścia i smutki,
Tryumfy wrogów, Litwę nieszczęśliwą —
I w mojej starej głowie się nie mieści,
Że ma kraj zbawić, kto się pozbył cześci5,
Trudno, ach, temu, kto raz fałszu zarwie,
Choć w dobrej myśli, duszę swoją splami,
Ożyć na nowo w niewinności barwie
I szlachetnymi zajaśnieć czynami,
Wieczna go klątwa potem w życiu ściga,
Krzyżując wszystkie zamiary najczystsze,
Pcha do występku, przed którym się wzdryga,
I w ścieżki coraz prowadzi ciernistsze:
Więc to, czym gardzi, na zawsze poślubi,
Co chce ocalić, jeszcze prędzej zgubi —
I cała jego rąk skalanych praca
Pomimo woli na złe się obraca.
KONRAD
Mój ojcze! ty mi ostatniej otuchy
Przed kresem drogi nie chciej dziś odbierać!
Na pastwę nocy nie wydaj mnie głuchej,
Nie każ mi zwątpić, zwątpiwszy — umierać,
Bo jak, do celu nie doszedłszy, padnę,
To już mnie bóstwo nie rozgrzeszy żadne.
z pokorą, błagalnie
Ojcze! ty swego użal się dziecięcia,
Które tak cierpi za młodzieńczej pychy
Zbyt śmiały polot. Otwórz mi objęcia:
Niech w nie upadnę pokorny i cichy
Na twoim łonie łez wylewać zdroje...
Przebacz mi winy!
KIEJSTUT
wzruszony, jakby do siebie
Biedne dziecko moje...
KONRAD
z wykrzyknikiem padając w objęcia Kiejstuta
Ojcze!
KIEJSTUT
O, synu!
KONRAD
Ach! to jedno słowo
Zdejmuje klątwę ze mnie. Twe uściski
Wracają życia jutrzenkę różową,
Która u mojej świeciła kołyski.
Ty mi przebaczasz?
KIEJSTUT
Wy, niewdzięczne dzieci,
Nie wiecie nawet, co miłość rodzica,
Która za wami aż w przepaści leci
I własnym swoim bólem się podsyca;
A choć głos gniewnej przybierze rozpaczy,
Wszystko zapomni i wszystko przebaczy.
O, synu! synu!
Przyciska Konrada do swych piersi.
KONRAD
Błogo się spoczywa
Na twoim łonie. Ach, gdyby tak można
Zasnąć na długo!
po chwili, z niepokojem
Ojcze! czas upływa...
I myśl się budzi stroskana i trwożna...
Śpieszmy się ojcze! — Uchodź stąd, nie zwlekaj
Za mną chodź, za mną!
Postępuje parę kroków ku kracie naprzód i zatrzymuje się, widząc, że Kiejstut nie zdąża za nim.
KIEJSTUT
Synu, ty nie czekaj
Na próżno na mnie: ja się stąd nie ruszę.
KONRAD
Ojcze, ja ciebie uprowadzić muszę!
Wszak żeś przebaczył?
KIEJSTUT
Przebaczyłem, dziecię,
Lecz stąd już trudno, bym uciekał z tobą.
Co ja bym teraz robił w waszym świecie,
Starzec złamany wiekiem i żałobą?
Z wolności mojej wróg korzystać będzie:
Nie chcę powodem być domowej wojny,
Nie chcę Krzyżakom służyć za narzędzie —
I wolę tutaj umierać spokojny.
KONRAD
Ja ci przysięgam, że wynajdę środki,
Żeby cię wyrwać krzyżackiej obłudzie;
Ja ci zgotuję wypoczynek słodki,
Którego więcej nie zakłócą ludzie...
Tylko chodź z nami!
KIEJSTUT
O, nie, mój Butawcie!
Wy mnie mojemu losowi zostawcie.
Tak jest najlepiej, mimo woli bowiem
Mógłbym nieszczęście przynieść naszej ziemi
A u nóg twoich zaciężyć ołowiem —
Ażbyś się musiał zdradzić przed obcymi.
Nie chcę dla kilku nędznych chwil żywota
Kupować wolność po tak wielkiej cenie.
KONRAD
Ojcze!
KIEJSTUT
Tak każe i rozum, i cnota.
Nie kuś mnie próżno, bo już nie odmienię
Swych postanowień.
KONRAD
Miej litość nade mną!
KIEJSTUT
Świat dzisiaj dla mnie jest pustynią ciemną;
To, czym wprzód żyłem, ludzie mi wydarli;
Przeszłość nie wróci, nie wstaną umarli:
Jestem już niczym, nie mam wracać po co!
KONRAD
Ojcze! nie pójdziesz?
KIEJSTUT
Nie.
KONRAD
A więc przemocą
Stąd cię wyniesiem; przywołam Halbana.
wybiega szybko przez kratę i przez krużganek
KIEJSTUT
patrząc za odchodzącym
Za późno, synu!
Zwraca się i powoli schodzi ze sceny przez wejście na lewo. — Po chwili na krużganku ukazuje się Maria z Bilgenem i wchodzą przez drzwi kratowe na środek sceny.