III

Gdy Mistrz praw świętych ucałował księgi,

Skończył modlitwę i wziął od komtura

Miecz i krzyż wielki, znamiona potęgi:

Wzniósł dumne czoło. Chociaż troski chmura

Ciężyła nad nim, wkoło okiem strzelił,

W którym się radość na pół z gniewem żarzy,

I, niewidziany gość na jego twarzy,

Uśmiech przeleciał, słaby i znikomy:

Jak blask, co chmurę poranną rozdzielił,

Zwiastując razem wschód słońca i gromy.

Ten zapał Mistrza, to groźne oblicze

Napełnia serca otuchą, nadzieją:

Widzą przed sobą bitwy i zdobycze,

I hojnie w myśli krew pogańską leją.

Takiemu władcy któż dostoi kroku?

Któż się nie zlęknie jego szabli, wzroku?

Drżyjcie, Litwini! Już się chwila zbliża,

Gdy z murów Wilna błyśnie znamię krzyża.

Nadzieje próżne. Cieką dni, tygodnie,

Upłynął cały długi rok w pokoju,

Litwa zagraża. Wallenrod niegodnie

Ani sam walczy, ani śle do boju;

A gdy się zbudzi i coś działać zacznie,

Stary porządek wywraca opacznie41.

Woła, że Zakon z świętych wyszedł karbów42,

Że bracia gwałcą przysiężone śluby;

Módlmy się, woła, wyrzeczmy się skarbów,

Szukajmy w cnotach i pokoju chluby.

Narzuca posty, pokuty, ciężary,

Uciech, wygody niewinnej zaprzecza,

Lada grzech ściga najsroższymi kary

Podziemnych lochów, wygnania i miecza.

Tymczasem Litwin, co przed laty z dala

Omijał bramy zakonnej stolicy,

Teraz dokoła wsi co noc podpala

I lud bezbronny chwyta z okolicy;

Pod samym zamkiem dumnie się przechwala,

Że idzie na mszę do mistrza kaplicy...

Pierwszy raz dzieci z rodziców swych progu

Drżały na straszny dźwięk żmudzkiego rogu.

Kiedyż być może czas lepszy do wojny!

Litwa szarpana wewnętrzną niezgodą;

stąd dzielny Rusin, stąd Lach niespokojny,

stąd krymskie chany lud potężny wiodą.

Witołd, zepchnięty od Jagiełły z tronu,

Przyjechał szukać opieki Zakonu,

W nagrodę skarby i ziemie przyrzeka

I wsparcia dotąd nadaremnie czeka.

Szemrają bracia, gromadzi się rada:

Mistrza nie widać. Halban stary bieży;

W zamku, w kaplicy nie znalazł Konrada.

Gdzież on? Zapewne u narożnej wieży.

Śledzili bracia nocne jego kroki;

Wszystkim wiadomo: każdego wieczora,

Gdy ziemię grubsze osłaniają mroki,

On idzie błądzić po brzegach jeziora;

Albo klęczący, przyparty do muru,

Okryty płaszczem, aż do białej zorzy

Świeci z daleka, jak posąg z marmuru,

I przez noc całą senność go nie zmorzy.

Często na cichy odgłos pustelnicy

Wstaje i ciche daje odpowiedzi;

Brzmienia ich z dala ucho nie dośledzi:

Lecz widać z blasku wstrząśnionej przyłbicy,

Rąk niespokojnych, podniesionej głowy,

Że jakieś ważne toczą się rozmowy.

Pieśń z wieży

Któż me westchnienia, kto me łzy policzy?

Czy już tak długie przepłakałam lata,

Czy tyle w piersiach i oczach goryczy,

Że od mych westchnień pordzewiała krata?

Gdzie łza upadnie, w zimny głaz przecieka:

Jak gdyby w serce dobrego człowieka.

Jest wieczny ogień w zamku Swentoroga43,

Ten ogień żywią pobożne kapłany;

Jest wieczne źródło na górze Mendoga.

To źródło żywią śniegi i tumany:

Nikt moich westchnień i łez nie podsyca,

A dotąd boli serce i źrenica.

Pieszczoty ojca, matki uściśnienia,

Zamek bogaty, kraina wesoła,

Dni bez tęsknoty, nocy bez marzenia:

Spokojność na kształt cichego anioła,

We dnie i w nocy, na polu i w domie44

Strzegła mię z bliska, chociaż niewidomie45.

Trzy piękne córki było nas u matki,

A mnie najpierwej żądano w zamęście;

Szczęśliwa młodość, szczęśliwe dostatki;

Któż mi powiedział, że jest inne szczęście?

Piękny młodzieńcze! Na coś mi powiedział

To, o czym w Litwie nikt pierwej nie wiedział?

O Bogu wielkim, o jasnych aniołach,

Kamiennych miastach, kędy wiara święta,

Gdzie lud w bogatych modli się kościołach,

I kędy dziewic słuchają książęta,

Waleczni w boju, jak nasi rycerze,

Czuli w miłości, jak nasi pasterze.

Gdzie człowiek, ziemne złożywszy pokrycie,

Z duszą ulata po rozkosznym niebie...

Ach, ja wierzyłam... bo niebieskie życie

Już przeczuwałam, gdym słuchała ciebie!

Ach, odtąd marzę w dobrych i złych losach,

Tylko o tobie, tylko o niebiosach!

Krzyż na twych piersiach oczy me weselił,

W nim oglądałam przyszłe szczęścia hasło...

Niestety! z krzyża gdy piorun wystrzelił,

Wszystko dokoła ucichło, zagasło!...

Nic nie żałuję, choć gorzkie łzy leję,

Boś wszystko odjął, zostawił nadzieję.

*

Nadzieję, cichym powtórzyły echem

Brzegi jeziora, doliny i knieje.

Zbudził się Konrad i z dzikim uśmiechem:

«Gdzież jestem — wołał — tu słychać — nadzieje?!...

Na co te pieśni?... Pomnę46 twoje szczęście:

Trzy piękne córki było was u matki,

Ciebie najpierwej żądano w zamęście...

Biada, o biada wam, nadobne kwiatki!

Straszliwa żmija wkradła się do sadu,

A kędy piersią prześliźnie się błędną,

Usechną trawy i róże uwiędną,

I będą żółte jako piersi gadu!

Uciekaj myślą i dni przypominaj,

Które byś dotąd pędziła wesoło,

Gdyby... Ty milczysz?... Śpiewaj i przeklinaj;

Niechaj łza straszna, co głazy przecieka,

Nie ginie darmo; zdejmę szyszak z głowy,

Tu niechaj spadnie, niech mi pali czoło;

Tu niechaj spadnie, jam cierpieć gotowy:

Chcę znać zawczasu, co mię w piekle czeka».

Głos z wieży

«Daruj, mój miły, daruj mi, jam winna.

Przyszedłeś późno, tęskno było czekać,

I mimowolnie jakaś pieśń dziecinna...

Precz mi z tą pieśnią!... Miałaż bym47 narzekać?

Z tobą, mój luby, z tobąśmy przeżyli48

Znikomą chwilę: lecz tej jednej chwili

Nie będę mieniać49 z całą ziemian zgrają

Na ciche życie przepędzone w nudzie!

Ty sam mówiłeś, że zwyczajni ludzie

Są jako konchy50, co się w bagnie tają:

Ledwie raz na rok, falą niepogody

Wypchnięte, z mętnej pokażą się wody,

Otworzą usta, raz westchną ku niebu

I znowu wrócą do swego pogrzebu51.

Nie, jam na takie szczęście nie stworzona!

Jeszcze w ojczyźnie ciche pędząc życie,

Nieraz w pośrodku towarzyszek grona

Za czymś tęskniłam i wzdychałam skrycie,

I czułam serca niespokojne bicie.

Nieraz z poziomej uciekałam łąki,

I na najwyższym stanąwszy pagórku,

Myśliłam sobie: gdyby te skowronki

Ze skrzydeł swoich dały mi po piórku,

Poszłabym z nimi i tylko z tej góry

Chciałabym jeden mały kwiat uszczyknąć,

Kwiat niezabudki52, a potem za chmury

Lecieć wysoko! wysoko! i — zniknąć...

Tyś mię wysłuchał! Ty, skrzydły orlemi,

Monarcho ptaków, wzniosłeś mię do siebie!..

Teraz, skowronki, o nic was nie proszę:

Bo gdzież ma lecieć, po jakie rozkosze,

Kto poznał Boga wielkiego na niebie

I kochał męża wielkiego na ziemi?»

Konrad

«Wielkość! i znowu wielkość, mój aniele!

Wielkość, dla której jęczymy w niedoli!...

Kilka dni jeszcze, niech serce przeboli,

Kilka dni tylko — już ich tak niewiele...

Stało się! Próżno po czasie żałować;

Płaczmy — lecz niechaj drżą nieprzyjaciele:

Bo Konrad płakał — ażeby mordować.

Po coś tu przyszła, po co, moja droga!

Z klasztornych murów, z świątyni pokoju?

Jam się poświęcił na usługi Boga:

Nie lepiejż było53 w świętych jego murach

Z dala ode mnie płakać i umierać,

Niż tu, w krainie kłamstwa i rozboju,

W grobowej wieży, w powolnych torturach

Konać i oczy samotne otwierać,

I przez niezłomne tej kraty okucia

Pomocy żebrać... a ja słuchać muszę,

Patrzeć na długą skonania katuszę,

Stojąc z daleka, i kląć moję54 duszę,

Że w niej są jeszcze ostatki uczucia!...»

Głos z wieży

«Jeśli narzekasz, nie przychodź tu więcej!

Chociażbyś przyszedł, błagał najgoręcej,

Już nie usłyszysz! Już okno zamykam:

Spuszczę się znowu w moją wieżę ciemną,

Niechaj w milczeniu gorzkie łzy połykam.

Bądź zdrów na wieki, bądź zdrów, mój jedyny!

I niech zaginie pamięć tej godziny,

W której nie miałeś litości nade mną!»

Konrad

«Więc ty miej litość! Ty jesteś aniołem!

Stój! A jeżeli prośba cię nie wstrzyma,

O ten róg wieży uderzę się czołem,

Będę cię błagał skonaniem Kaima...»

Głos z wieży

«O, miejmy litość, nad sobą samemi!...

Pomnij, mój luby, że jak ten świat wielki,

Dwoje nas tylko na ogromnej ziemi,

Na morzach piasku dwie rosy kropelki;

Że lada wietrzyk, z ziemnego padołu

Znikniem na zawsze: ach, gińmyż pospołu55!...

Nie na to przyszłam, ażeby cię dręczyć:

Nie chciałam przyjąć święcenia kapłanek,

Bo niebu serca nie śmiałam zaręczyć,

Póki w nim ziemski panował kochanek.

Pragnęłam zostać w klasztorze i skromnie

Oddać dni moje zakonnic usłudze:

Lecz tam, bez ciebie, wszystko wokoło mnie

Było tak nowe, tak dzikie, tak cudze...

Wspomniałam sobie, że po latach wielu,

Miałeś powrócić do Maryi-grodu,

Szukając zemsty na nieprzyjacielu

I broniąc sprawy biednego narodu...

Kto czeka, lata myślami ukraca;

Mówiłam sobie: on już może wraca,

Może już wrócił... czyż nie wolno żądać,

Gdy mam żyjąca zakopać się w grobie,

Abym cię mogła raz jeszcze oglądać,

Abym przynajmniej umarła przy tobie?...

Pójdę więc, rzekłam, w pustelniczym domku,

Około drogi, na skały ułomku

Zamknę się sama: może rycerz jaki,

Koło mej chatki przechodzący blisko,

Wymówi czasem kochanka nazwisko;

Może pomiędzy obcymi szyszaki56

Ujrzę znak jego; niech odmieni zbroje,

Niechaj na tarczy obce godła kładnie,

Niech twarz odmieni... jeszcze serce moje,

Z daleka nawet, kochanka odgadnie;

I gdy go ciężka powinność przymusza

Wszystko dokoła wyniszczać i krwawić,

Wszyscy go przeklną — będzie jedna dusza,

Co mu z daleka śmie pobłogosławić!...

Tu mój obrałam domek i grobowiec,

W cichej ustroni, kędy świętokradzki

Mych jęków nie śmie podsłuchać wędrowiec.

Ty, wiem, że lubisz samotne przechadzki;

Myśliłam57 sobie: on może z wieczora

Wybieży58 z dala od swych towarzyszy,

Pomówić z wiatrem i z falą jeziora,

Pomyśli o mnie i głos mój usłyszy...

Niebo spełniło niewinne życzenia!

Przyszedłeś, moje zrozumiałeś pienia59!...

Dawniej prosiłam, by mię twym obrazem

Sny pocieszały, choć obraz był niemy:

Dziś, ile szczęścia! Dziś, możemy razem —

Razem zapłakać...»

Konrad

«I cóż wypłaczemy?...

Płakałem, pomnisz60, kiedy się wydarłem

Na wieki wieków z twojego objęcia;

Gdy dobrowolnie dla szczęścia umarłem,

Ażeby krwawe spełnić przedsięwzięcia.

Już uwieńczone zbyt długie męczeństwo!

Teraz stanąłem u życzeń mych celu,

Mogę się zemścić na nieprzyjacielu:

A ty mi przyszłaś wydzierać zwycięstwo!...

Odtąd jak znowu z okna twej wieżycy

Spojrzałaś na mnie: w całym kręgu świata

Znowu nic nie ma dla mojej źrenicy,

Tylko jezioro i wieża, i krata...

Wkoło mnie wszystko wre wojny rozruchem:

Śród trąb odgłosu, śród oręża szczęku,

Ja niecierpliwym, wytężonym uchem

Szukam ust twoich anielskiego dźwięku,

I dzień mój cały jest oczekiwaniem,

A gdy wieczornej doczekam się pory,

Chcę ją przedłużyć rozpamiętywaniem:

Ja życie moje liczę na wieczory!

Tymczasem Zakon spoczynkowi łaje61,

O wojnę prosi, własnej żąda zguby,

I mściwy Halban wytchnąć mi nie daje:

Albo dawniejsze przypomina śluby,

Wyrżnięte sioła62 i zniszczone kraje;

Albo, gdy nie chcę skargi jego słuchać,

Jednym westchnieniem, skinieniem, oczyma,

Umie przygasłą chęć zemsty rozdmuchać...

Wyrok mój zda się przybliżać do końca,

Nic już Krzyżaków od wojny nie wstrzyma.

Wczoraśmy z Rzymu odebrali gońca,

Z różnych stron świata niezliczone chmury

Pobożny zapał w pole nagromadził,

Wszyscy wołają, abym ich prowadził

Z mieczem i krzyżem na wileńskie mury...

A przecież — wyznam ze wstydem ! — w tej chwili,

Kiedy się ważą narodów wyroki,

Myślę o tobie, wynajduję zwłoki,

Żebyśmy jeszcze dzień jeden przeżyli...

Młodości! jakże wielkie twe ofiary!

Jam miłość, szczęście, jam niebo za młodu

Umiał poświęcić dla sprawy narodu,

Z żalem, lecz z męstwem! — a dzisiaj, ja stary,

Dzisiaj powinność, rozpacz, wola boża

Pędzą mię w pole: a ja siwej głowy

Nie śmiem oderwać od tych ścian podnoża,

Ażeby twojej nie stracić — rozmowy!...»

Umilknął. Z wieży słychać tylko jęki.

W milczeniu długie przeciekły godziny;

Noc rozrzedniała63 i promyk jutrzenki

Już zarumienił lica cichej wody;

Pomiędzy liściem drzemiącej krzewiny

Ze szmerem ranne przewiewały chłody,

Ptaszęta cichym ozwały się pieniem,

Umilkły znowu — i długim milczeniem

Znać dają, że się zbudziły za wcześnie.

Konrad powstaje, wzniósł ku wieży czoło,

Długo na kratę poglądał boleśnie.

Słowik zanucił. Konrad naokoło

Spojrzał: już ranek; opuścił przyłbicę,

W szerokie zwoje płaszcza twarz obwinął,

Skinieniem ręki żegna pustelnicę

I w krzakach zginął.

Tak duch piekielny od wrót pustelnika

Na odgłos dzwonu porannego znika.